czwartek, 29 sierpnia 2013

Zawiść jako choroba śmiertelna

Tekst dzisiejszy mogłem napisać już bardzo dawno. Powiedziałbym, że niemal każdy dzień, jaki minął od dnia, kiedy tu zacząłem prowadzić ten blog, stanowiłby dla tego fantastyczną okazję, jednak jakoś zawsze mi się wydawało, że nie wypada. Wczoraj jednak stało się coś, co mnie zmusiło do zajęcia się sprawą na poważnie. Otóż bloger, którego wcześniej chyba nie znałem, ale który, jak sam napisał, śledzi moje teksty dzień za dniem, zwerbalizował coś, co wielu przed nim zdołało jedynie zaczepić mniej lub bardziej przejrzystą aluzją. Już tłumaczę, o co chodzi.
Jak większość czytelników wie, od czasu gdy prowadzenie tego bloga w formie, jaką znamy, doprowadziło do tego, że straciłem stałą i bezpieczną pracę, i sprawiło, że każda próba zarobienia na utrzymanie rodziny stanowi dla mnie do dziś bardzo duży, za każdym razem osobny, wysiłek, ogłosiłem na tym blogu właśnie, że gdybym potrafił grać pięknie na gitarze, udałbym się z czapką na dworzec i prosił o wsparcie. Ponieważ jednak grać na gitarze nie potrafię w ogóle, natomiast moje pisanie niektórym się podoba, będę prosił tych, którym ono daje jakąś satysfakcję, o traktowanie tego bloga, jako swego rodzaju dworca kolejowego, na którym ktoś stoi z gitarą i śpiewa „Baby I’m Gonna Leave You”, czy coś w tym rodzaju. I to właśnie – a nie, jak sądzą niektórzy, fakt, że poczułem się prawdziwą gwiazdą, czy to, że się na kogoś obraziłem – stanowiło jedyny powód, dla którego założyłem własną stronę: aby uniknąć mocno dwuznacznej sytuacji załatwianie swoich spraw na obcym portalu, jakim dla mnie zawsze był Salon24. Od tego czasu, prowadzenie bloga, oprócz pracy mojej żony, i tego wszystkiego, co uda mi się trafić, stanowi podstawę naszego utrzymania. Piszę te teksty, staram się, by mimo różnego rodzaju różnych obowiązków, zawsze znaleźć czas, no a przede wszystkim inspirację do tego, by to tu to tam napisać coś, czego nie będę się mógł wstydzić, a wszyscy ci, którym ich czytanie przynosi odpowiednią satysfakcję, dzielą się ze mną w sposób, jaki uznają za właściwy. I wszyscy pewnie czekamy, aż ten czarny czas się skończy.
I kiedy wydawało się, że to wszystko, co ci, którym to pisanie ością w gardle stoi, chcieli osiągnąć, zostało osiągnięte, niemal natychmiast okazało się, że nie; że ofiar ciągle za mało. Doszło w pewnym momencie do tego, że blogerka Magda Figurska w którymś z komentarzy dotyczących sytuacji, w jakiej się znalazłem, opublikowała odpowiedni zapis kodeksu wykroczeń dotyczący kar, jakie są przewidziane za uprawianie żebractwa.
Proszę zwrócić uwagę, jaka jest sytuacja. Ja, apelując o wsparcie, nie udaję, że mam na uwadze jakieś wyższe cele, że tu chodzi o wspieranie wolnego słowa, że mnie prowadzenie tego bloga dużo kosztuje i w związku z tym coś się dla mnie należy, że, wreszcie, my prawdziwi patrioci, powinniśmy sobie pomagać w budowaniu archipelagów polskości. Ja, najuczciwiej i najlepiej, jak tylko potrafię, piszę te teksty, i proszę wszystkich, którym się to pisanie podoba, o wysyłanie mi pieniędzy, bo jesteśmy biedni i bez nich zwyczajnie nie przeżyjemy. Tu nie ma ani podstępu, ani wyrachowania, ani jakiejkolwiek przebiegłości. Ja stoję z tą gitarą, gram, najlepiej jak tylko potrafię, te swoje piosenki i wystawiam kapelusz, mówiąc: „Co łaska”. I jeśli ktoś myśli, że to jest dla mnie frajda, życzę mu, by miał okazję kiedyś spróbować.
Niedawno przeczytałem komentarz blogera Sowińca, który najpierw wyraził opinię, że prawdziwy mężczyzna powinien potrafić zarobić na utrzymanie rodziny, a następnie pochwalił się, że on zawsze sobie radził finansowo, a w takim PRL-u to do tego stopnia, że przez telefon relacjonował sytuację w Polsce dla Wolnej Europy, za co każdorazowo dostawał większe pieniądze, niż za miesiąc swojej pracy na uczelni, i dla niego dziś wyjechać na narty w Alpy, to tyle co splunąć.
Wyobraźmy więc teraz sobie owego Sowińca, prywatnie harcerza Jerzego Bukowskiego z Krakowa, jak idzie sobie ulicą na spacer, i nagle pod którymś z murów trafia na grającego na gitarze, czy na bębenku choćby, jakiegoś człowieka, jednak tym razem nie klasycznego ulicznego buskera, który to swoje granie traktuje jako dodatkowo źródło dochodów, czy okazję, by zarobić coś na wakacje, ale kogoś, kto swoje cele przedstawia na załączonej tabliczce: „Nie mam na życie”. Czy można sobie wyobrazić, że harcerz Sowiniec na ten widok wykrzywi w pogardzie swoje usta i zakomunikuje temu człowiekowi, że to co on robi, to wstyd i hańba? Otóż nie. Tego wyobrazić sobie nie można. Jerzy Bukowski tak nie postąpi, bo jest osobą wrażliwą na ludzką biedę i w ogóle na ludzkie przypadki. Podobnie, można podejrzewać, stałoby się, jak idzie o wszystkie inne osoby, które, czy to tu na moim blogu, czy na blogach obcych szydzą z mojej sytuacji i szukają ratunku w działalności kontrolnej urzędów skarbowych. Oni by tak się nie zachowali, bo są ludźmi niezwykle wrażliwymi na ludzką biedę, ludzkie losy i ludzki upadek.
Skąd ja to wiem? A to stąd mianowicie, że ostatnio – a przecież nie tylko ostatnio – otrzymałem zbyt dużo dowodów, wskazujących na to, że im chodzi tylko o ten jeden blog i tego jednego człowieka. Z jakiego względu? Co spowodowało ten akurat poziom troski o to, bym się nie kompromitował swoją żebraniną? Tego oczywiście z całą pewnością wiedzieć nie możemy, ale za to możemy próbować się domyślić. Podobnie jak przed laty zostałem pozbawiony pracy z powodu swoich poglądów, tak samo dziś ci wszyscy nowi kontrolerzy ludzkich sumień, być może chcą mnie pozbawić środków do życia właśnie z powodu moich poglądów. Różnica jest tylko taka, że, podczas gdy wtedy za mnie się wzięli tamci, dziś wokół mnie krążą już niemal tylko „nasi”. I rzecz w tym, że po raz kolejny może się okazać, że naszym problemem nie są ludzie, którzy stoją po przeciwnej stronie i nie kochają Polski, Kościoła i naszych bohaterów, ale że naprzeciwko siebie mamy ludzi zwyczajnie zawistnych i podłych. Jak to ludzie.
A więc poglądy… ale może coś jeszcze? Pamiętam, jak jeszcze nie tak dawno udzielał się w Salonie24 bloger podpisujący się nickiem Pantryjota, który swój blog w pewnym momencie przekształcił w strzelnicę, na której każdy, kto tylko chciał, mógł sobie postrzelać do mnie i do Coryllusa. Wprawdzie przez to, że Pantryjota miał bardzo radykalne antypolskie i antykościelne poglądy, na jego blogu, poza chyba Sowińcem, nie pojawiali się przedstawiciele tak zwanej prawej strony sceny politycznej, jednak atak jaki był kierowany w naszą stronę nie był polityczny, a aktywny udział w nim Sowińca świadczyć może o tym tylko najlepiej. Chodziło więc o to, by nas zniszczyć, jako ludzi. Za co? Oryginalnie oczywiście za poglądy i ich bardzo ekspresyjne wyrażanie, ale na zewnątrz to był tylko atak wymierzony w ludzi, z których jeden wygląda jak tłusty wieprz, a drugi jak małpa. Pamiętam, że były chwile, kiedy to szaleństwo osiągało takie rozmiary, ze ja wpadałem w autentyczna panikę. No bo w końcu, jak to jest możliwe, by pojedynczego człowieka tylko za to, że ma jakieś tam poglądy i je z pasją wyraża, aż tak nienawidzić? Jak to jest, by tę nienawiść aż tak w sobie kultywować, że ona w końcu stanie się niemal podstawą życia i działania? No ale w końcu uznałem, że to wszystko musi wynikać z tej, tak dobrze nam znanej nienawiści do Kaczyńskiego, i widocznie oni akurat już tak mają.
Dziś, od kilku już dni, trwa na blogach bardzo intensywna… powiedzmy, że dyskusja, zainicjowana krytyką piosenki barda-patrioty Andrzeja Kołakowskiego, jaką przedstawiłem u siebie. I, choć na początku wyglądało na to, że oburzenie komentatorów wzbudziło przede wszystkim to, że ja miałem czelność wykpić proste rymy dla prostych ludzi w wykonaniu prostego człowieka, to w rezultacie nagle okazało się, że tak naprawdę to wszystko się nie liczy, wobec faktu, że ja uprawiam na swoim blogu żebraninę. W sposób absolutnie mistrzowski pokazał te emocje bloger podpisujący się Telok, kiedy to w swoim tekście najpierw ogłosił, że ja, owszem, mam prawo żyć z pisania, jednak skoro tak, to mam pisać codziennie, bo inaczej mamy do czynienia z „marnieniem” przekazywanych mi pieniędzy. Ja w pierwszej chwili uznałem, że z tym „marnieniem” to jakaś upiorna literówka, ale już chwilę później pojawił się wspomniany wcześniej Sowiniec i jednoznacznie chwaląc użycie tego czasownika, w pewnym je sensie autoryzował. A więc to o to chodzi, że ja najpierw za te swoje teksty, które wcale nie są lepsze od ich tekstów, biorę pieniądze, a następnie te pieniądze „marnię”. I to jest to, co boli tych wszystkich, którzy mnie od kilku dni próbują wbić w ziemię, do tego stopnia, że gotowi są nawet podpisać pakt z Coryllusem i Kamiuszkiem, byleby tylko zobaczyć mnie, jak zdycham w nędzy. Czytam te komentarze, słyszę wręcz ów chlupot, z jakim wściekłość na te moje pieniądze, których wielkości oni nawet nie znają, się wylewa. I znów przypomina mi się stary blog starego Pantryjoty. Tam było dokładnie tak samo. To był dokładnie ten sam zestaw charakterów i ten sam zestaw emocji; ta sama zawiść, ta sama wściekłość w stosunku do tych, co mieli leżeć, a stoją. I nie dość że stoją, to jeszcze demonstrują tę swoją zasraną dumę.
To jest naprawdę niesamowite. Patrzeć na te dwie grupy, tak bardzo z pozoru od siebie różne, a jednocześnie tak doskonale się uzupełniające.
Kiedy już pisałem ten tekst dotarła do mnie bardzo ciekawa wiadomość. Otóż, podobnie jak kiedyś, bloger Pantryjota, wręcz z dnia na dzień, w samym szczycie swego szaleństwa, ogłosił, że odchodzi, i zostawił wszystkich swoich wyznawców samych, samiusieńkich ze swoimi obsesjami, tak samo dziś Telok, który jeszcze wczoraj wyjaśniał mi, jak ma wyglądać szacunek dla czytelnika, pokasował wszystkie swoje wpisy i poszedł w diabły. Po chwili okazało się, że on, owszem, owe wpisy pokasował, ale to było dawno, jednak od tego czasu mu przeszło, i znów się udziela. Natomiast dziś, po tych wszystkich szaleństwach, mnie i Gabriela przeprosił za przykre słowa i zapewnił, że nas obu bardzo bardzo lubi. A ja się zastanawiam, czy to nie moja wina. Kiedy on mi zarzucił, że ja piszę zbyt rzadko, czym obrażam swoich czytelników i darczyńców, ja mu odpowiedziałem, że były lata, kiedy ja pisałem więcej tekstów niż jest dni w roku. On się na to zamknął, nic już mi nie odpowiedział, i dziś widzę, że go zaczęło niebezpiecznie nosić. Czyżby faktycznie wszystko policzył i od tego zwariował? Nie zdziwiłbym się. A to by świadczyło, że zawiść nie tylko jest grzechem, ale chorobą. Śmiertelną. I to jest w pewnym sensie wiadomość dobra. Wreszcie.

A zatem, proszę o mozliwe wspieranie tego bloga. Za każdy gest, dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.