czwartek, 20 września 2012

To znowu my

Przez dłuższy czas – o czym czytelnicy tego bloga wiedzą bardzo dobrze – na Salonie24 ani nie pisałem, ani tam nawet nie zaglądałem, jednak w pewnym momencie, kiedy już nie mogłem patrzeć na to, jak mój kolega Gabriel Maciejewski, znany skądinąd jako Coryllus, męczy się tam samotnie przeciw niemal całemu światu, pomyślałem sobie, że mu przyjdę z pomocą, i we dwójkę, nawet jeśli nie zaprowadzimy tam właściwych porządków, będzie nam zwyczajnie raźniej. A zatem wyszło na to, że zacząłem prowadzić dwa blogi.
Ponieważ to jednak to miejsce jest głównym polem mojej aktywności, i to tu zaangażowałem niemal całe swoje nie tylko emocjonalne życie, tu też powstają teksty dla mnie najważniejsze i takie, dla których mam najwięcej serca. Salon24 bardzo często służy przypominaniu tego, co napisałem już kiedyś i co uważam za warte przypomnienia, zwłaszcza w sytuacji gdy towarzystwo jakie tam się gromadzi wymaga tego, by z nimi rozmawiać jak z dziećmi, które pozostawione sobie samym choćby na chwilę są natychmiast gotowe coś zbroić. W tej sytuacji nie bardzo wiem, czy wszyscy ci, którzy lubią spędzać swój czas tutaj, mają w ogóle ochotę zaglądać do Salonu24. Choćby po to, żeby zobaczyć, co ja tam napisałem. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby akurat owej ochoty nie mieli.
W tej sytuacji nie wiem, czy ktoś z, że się tak wyrażę, miejscowych był zaznajomiony z przypadkiem Bronisława Wildsteina, który oto właśnie wydał swoją kolejną powieść, i uznał za konieczne założyć w Salonie24 właśnie bloga, tylko po to, by ową powieść spopularyzować. By i tu na blogach poszukać ewentualnych chętnych do tego, by tę książkę kupić. Ponieważ tego nie wiem, a jestem bardzo o tym przekonany, że sprawa wymaga uwagi, chciałem podzielić się na ten temat paroma refleksjami. Otóż jak wiemy, polski rynek powieściowy jest dziś niemal w całości opanowany przez ludzi, którzy bez wsparcia „Gazety Wyborczej” byliby kompletnie nikim. I nie chodzi tu tylko o Jerzego Pilcha, Wojciecha Kuczoka, czy Dorotę Masłowską, ale całą serię pomniejszych autorów, którzy niemal z dnia na dzień, dzięki odpowiedniej promocji, stali się ogólnopolskimi gwiazdami. Weźmy choćby człowieka nazwiskiem Pilipiuk. Jeszcze dwa tygodnie temu nie miałem pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje, a tu najpierw zobaczyłem go jak plecie jakieś dyrdymały na katowickich targach książki, a ledwo co wczoraj zaszedłem do EMPiK-u i z przerażeniem nie mogłem nie zauważyć, że tam, na jak najbardziej poczesnym miejscu, wystawione są chyba z trzy jego tytuły. A więc mamy tego Pilipiuka, a ja jestem pełen obaw, że to wcale nie koniec.
Osobiście wprawdzie, o czym miałem okazję tu już wspominać, czytam niezwykle mało, ale ponieważ mam w tej mierze pewne swoje stare bardzo doświadczenia, bardzo mi zależy, by coś takiego jak dobra literatura istniało i kwitło. W związku z tym, jest mi okropnie przykro kiedy widzę, jak, podobnie jak polski film, polska sztuka i w ogóle polskie życie artystyczne, zwyczajnie gniją. Kiedy biorę do ręki nowa powieść Kuczoka i już pierwsze linijki robią na mnie wrażenie równie silne jak telewizyjny występ któregoś z posłów Ruchu Palikota.
Wiem jednak, że tak jak jest być musi, bo wszystko to co tworzy ten ruch, jest poza naszym zasięgiem, a my tak naprawdę nie jesteśmy naprawdę jego adresatami. Tu chodzi o zupełnie inne cele i zupełnie inną publiczność, a nam nic do tego. Mam kolegę, który jest dość ważnym profesorem od literatury, i który ma za zadanie w jakiś tam sposób opiniować kolejne nowe polskie powieści do jakichś tam nagród, i to od niego właśnie dowiedziałem się, że to co oni dostają do oceny jest tak strasznie złe, że gdyby nie to, że oni muszą coś zaproponować, to wszystko co do niech przychodzi, wyrzuciliby do kosza. I oto nagle, na tle całej tej rozpaczliwej wręcz mizerii, zaczęli pojawiać się autorzy, których pierwszym komunikatem wydało się być to, że to oni są ci prawdziwi. Że to oni nam przynoszą literaturę prawdziwą, a więc nie o kurwach, pijakach i kosmitach, których nikt normalny nawet na oczy nie widział, ale o Polsce i o nas – ludziach którzy żyjemy tuż obok. I tak to się dziwnie złożyło, że oni pojawili się nie w sposób naturalny, a więc zostali wypluci przez jakieś bardziej ambitne uniwersytety, czy licea ogólnokształcące, ale przez tak zwane prawicowe media. Jak się zdaje, w ramach odzyskiwania od „katów, zdrajców i tchórzy” przestrzeni wolności. I z nimi to właśnie nadszedł pisarz Bronisław Wildstein.
Wszyscy wiemy, kim jest Wildstein. To bardzo zasłużony bohater naszej walki o wolność, następnie równie bardzo zaangażowany wolny dziennikarz, i wreszcie przez jakiś czas szef publicznej telewizji. I oto nagle okazało się, że Wildstein uznał, że czemu nie – można by też zostać pisarzem. W końcu, skoro człowiek umie zgrabnie złożyć zwykły tekst publicystyczny, to i coś większego też nie powinno być jakoś specjalnie trudne. Wystarczy to wszystko napisać jeszcze raz, tyle że raz na jakiś czas w ową publicystyczną narrację wstawić fikcyjne nazwisko.
Powieści Wildsteina sa żenująco słabe. Staram się bardzo go tu oszczędzać, ale obawiam się, że one są jeszcze słabsze od Masłowskiej, a kto wie czy nie i od Pilcha. Powiem więcej. Ja o sobie jako o potencjalnym autorze powieści mam zdanie jak najgorsze, ale wydaje mi się, że on jest gorszy nawet ode mnie. Rzecz w tym, że Wildstein jest tak makabrycznie niedobry, że dla niego konkurencją może być już chyba tylko Kuczok, albo ów autor kryminałów z Wrocławia, szczęśliwie akurat dziś dla mnie bez nazwiska. Ktoś się zapyta, co mnie to obchodzi? Co mi przeszkadza, że Wildstein postanowił zarabiać na życie wymyślając literackie intrygi. Tu właśnie dochodzimy do głównej przyczyny, dla której piszę ten tekst. Otóż w ostatnich dniach, jak już wspomniałem wcześniej, zamieścił on kilka kolejnych wpisów w Salonie24, w których zaprezentował fragmenty swojej nowej powieści i najpierw zaapelował do internautów, by tę jego powieść kupowali, a na koniec by przyszli na spotkanie, które dziś właśnie odbędzie się gdzieś w Warszawie, a które poprowadzi sam brat Karnowski z Antonim Liberą. Z owych czterech chyba notek, jedynie pierwsza spotkała się z pewnym odzewem czytelników, w większości zresztą dość prześmiewczym. Cała już reszta wywołała zainteresowanie żadne albo bardzo skromne, w dodatku ograniczone jednie do wyzwisk i szyderstw ze strony bandy jakichś miłośników twórczości Masłowskiej i Pilcha właśnie.
O co mi chodzi? Otóż właśnie o to. Mamy Wildsteina. Tego Wildsteina. Naszą ikonę i bohatera naszej walki o wolność. Człowieka, który dotychczas, ile razy pokazał się publicznie, gwarantował, że przez tę jego niezłomność i bezkompromisowość nikt go nie będzie w stanie nawet tknąć. Człowieka, którego bali się najsilniejsi. I oto on właśnie, nie dość że wydaje powieść, której poziom automatycznie wręcz musi go – a z nim i nas – skompromitować, to jeszcze zaczyna w najczystszej desperacji chodzić po zaprzyjaźnionych redakcjach i prosić swoich znajomych, by zechcieli mu pomóc to coś sprzedać. A więc robi coś takiego – on, Bronisław Wildstein – czego ani Kuczokowi, ani Pilchowi, ani nawet jakiś Pilipiukowi by do głowy nie przyszło.
Mało tego. On przychodzi prosić o tę uwagę, a w odpowiedzi zostaje obrzucony najbardziej przykrymi złośliwościami z każdej możliwej strony, a jedyny praktyczny tego efekt jest taki, że on nie dość że nie sprzeda tej swojej ksiązki, to jeszcze na dodatek cały ten straszny rynek reżimowych wydawnictw i reżimowej literackiej krytyki będzie miał bezpośredni dowód na to, że choć być może oni są słabi, to na pewno nie tak słabi jak ci, którzy chcieliby zająć ich miejsce. I to jest właśnie to, czego dokonał Bronisław Wildstein.
I tu właśnie zaczyna się coś znacznie ważniejszego od całej tej smutnej literatury. Mianowicie polityka. To bowiem jesteśmy my. To jest właśnie to, co mamy do zaproponowania my, jako alternatywa dla tego nieszczęścia, któremu na imię Platforma Obywatelska. Mieliśmy swoje nadzieje, mieliśmy swoich bohaterów, mieliśmy wreszcie swoją dumę. I co nam z tego zostało? Banda drobnych ciułaczy kombinujących tylko, jak by tu się ogrzać przy tym ogniu, który rozpalił System i ogłosił, że każdy chętny będzie mile widziany. Te twarze i te glosy ludzi, którzy nawet jeśli kiedyś wierzyli w jakąś walkę i w jakieś zwycięstwo, wkrótce potem uznali, że nie ma się co szarpać, zwłaszcza że wynik jest mocno nieznany, a żyć trzeba. I to jakby coraz bardziej. I dziś każde sowo przez nich wypowiedziane i każdy grymas na ich twarzach sprawia nam wyłącznie ból.
A Bronisław Wildstein jest tu właściwie zaledwie symbolem. On to właśnie pokazuje nam jak to tak naprawdę wygląda. Jacyś my to „nasi”. Jaka to za nami stoi siła, determinacja i niezłomność. To właśnie ta jego powieść i wszystko to co on wokół niej postanowił zorganizować, włącznie z tą dzisiejsza nieszczęsną premierą, idealnie symbolizuje miejsce, w jakim się dziś wszyscy znaleźliśmy. To jest miejsce w którym ci zaprzańcy mogą z uśmiechem na swoich podłych twarzach pojawić się i wybuchnąć okrutnym śmiechem satysfakcji, że nie są tacy w końcu bardzo sami.

Zgodnie z ostatnio tu obowiązującą tradycją, zwracam się do wszystkich, by jeśli ktoś miał ochotę kupić jedną lub drugą z tych naprawdę bardzo ciekawych książek – zapraszam. Obiecuję każdą z nich ładnie podpisać i wysłać na własny koszt. „Liść” za 40 zł., a „Elementarz” za jedyne 30. Obok znajduje się odpowiedni numer konta. Wszyscy, którzy obie książki już wielokrotnie przeczytali i kolejnych kupować już nie planują, nawet w formie prezentu, mogą uprzejmie wspomóc ten blog w inny sposób. Pod tym samym numerem konta. Dziękuję.

9 komentarzy:

  1. Pilipiuk jest popularny od jakichś 10 lat i tych książek ma natrzaskanych pewnie już ze ćwierć setki.
    Co do Wildsteina- lepiej, żeby nie publikował tych fragmentów, bo to żywa antyreklama

    OdpowiedzUsuń
  2. @Iza
    Kilka razy "wpadłam" na Pani recenzje. Bardzo je sobie cenię. Pamiętam np to co Pani napisała o Januszu Krasińskim(http://filetyzizydora.blogspot.com/search/label/Janusz%20Krasi%C5%84ski) czy Józefie Mackiewiczu(nie raz).
    Zatem to jedno zdanie o pisarstwie BW potwierdzające słowa naszego Gospodarza musi dawać do myślenia.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie rozumiem czemu tu wciskasz Pilipiuka. Facet pisze rozrywkową fantastykę, ma licznych czytelników, którzy kupują jego książki i porównywanie go do takiego Kuczoka czy Masłowskiej uważam z Twojej strony za spore nadużycie.
    Z tego co pamiętam to do swojej obecnej pozycji doszedł nie na skutek jakiejś promocji przez gazownię, ale uporem i talentem - czyli mniej więcej tak jak Ty i Coryllus.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Iza
    No właśnie, w momencie jak on się pokazał na tych targach, Gabriel wspomniał, że on jest znany. Ja akurat jednak o nim nie słyszałem.

    OdpowiedzUsuń
  5. @karakuli
    Co do tego talentu, mam wątpliwości. Ale może istotnie on jest świetnym pisarzem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pilipiuk ma duży dystans do siebie i do swojej twórczości... Nie wiem czy o Wildsteinie można powiedzieć to samo.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Rain
    Muszę go bliżej zobaczyć. Na Targach zwyczajnie ględził, a z tego co widziałem w EMPiK-u, to nie za bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  8. Eliza,
    dziękuję:). Ale i tak za takiego eksperta, jak ja, może się uważać prawie każdy:).

    toyah,
    statystycznie wygląda to tak, że w serwisie oceniającym książki biblionetka 1. tom standarowego cyklu Pilipiuka ma tylko 3 razy mniej ocen niż 1. tom Wiedźmina Sapkowskiego.
    Czyli jest co najmniej trochę znany, przynajmniej na swoim poletku.

    OdpowiedzUsuń
  9. Niestety chyba Cię toyah zmartwię.
    Na własne uszy słyszałem, jak Wildstein mówił, że przede wszystkim uważa się za pisarza. Rolę publicysty odczytuje jako drugoplanową.
    Z jego promocją na s24, w zasadzie nie ma co robić sensacji. „Dolina Nicości” miała tam swoją premierę przed laty w odcinkach, więc szlak tu jest od dawna utarty.
    A co najważniejsze, nie rozumem, choć to już parę razy tłumaczyłeś, co sam robisz na s24. Ja tam nie zaglądam nawet z zasady, a rozumiem, że tam bardziej się udzielasz. I to może wkurzyć.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.