piątek, 9 października 2009

Flaszka

Przychodzę dziś do Was, Moi Kochani, w sprawie niecodziennej. Chciałem mianowicie skorzystać z tego forum, by zwrócić się akurat nie do Was, lecz do mojej rodziny, a ściśle rzecz biorąc do mojej żony i dzieci. Jeśli ktoś z Was zapyta, dlaczego nie pogadam z nimi osobiście, bez korzystania z pośrednictwa Salonu, to mogę się tylko życzliwie uśmiechnąć i poprosić wszystkich, by nie próbowali na siłę i bez żadnej potrzeby, niszczyć tego zaufania, które dotychczas pozwalało nam się tu spotykać, i nie zadawali mi pytań przepełnionych złą wolą i zwykłą, ludzką nieżyczliwością. Wszyscy znacie moją skromność i bezinteresowność i uważam, że tu akurat żadne słowa nie są potrzebne.
A więc, teraz już zwracam się bezpośrednio do Was moi najbliżsi. Nie muszę Wam przypominać, jak to się stało, że poprosiłem Was o uważne wysłuchanie tego, co mam do powiedzenia i uczciwe przemyślenie moich słów. Wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że skutkiem naszych wspólnych zaniedbań, rodzinę naszą spotkała wielka przykrość. I od razu, chciałem do Was zaapelować, spróbujmy wszyscy choć na chwilę zapomnieć o naszych osobistych ambicjach, o naszej urażonej dumie i o tym wszystkim, co zawsze pomagało nam wierzyć, że ze wszystkich rodzin na naszej ulicy, to my jesteśmy tymi, którzy mogą chodzić z podniesionym czołem. Bo przyszedł czas, kiedy ci wszyscy, którzy dotychczas byli z nas dumni i pełni satysfakcji, że to właśnie my jesteśmy ich sąsiadami, mogą czuć zawód jedynie i rozczarowanie.
I powiem Wam coś jeszcze. Jeśli ktokolwiek z Was uważa, że zgodzę się na to, byśmy, zamiast bić się we własne piersi, i próbować zrozumieć, co zrobiliśmy źle, będziemy przerzucać nasze winy na innych, to niech od razu przestanie czytać ten tekst. Dość już pustosłowia i fałszu. Musimy wreszcie zrozumieć, że nie możemy dalej iść tą drogą.
Kiedy zaczynaliśmy nasz wspólny marsz, dumni, że to my, spośród wszystkich innych rodzin z naszej ulicy, możemy godnie reprezentować nasze środowisko, podjęliśmy pewne zobowiązania, przyjęliśmy pewne zasady i ślubowaliśmy, że tym zasadom będziemy wierni. Jeśli dziś wszyscy patrzą na nas z pogardą, na nasz widok przechodzą na drugą stronę ulicy, a Wasze koleżanki i koledzy – to do Was te słowa, do Was – rzucają w Was kamieniami, nie to jest niczyja wina jak tylko nasza. Jeśli dziś nie jesteście w stanie wejść spokojnie do żadnego z okolicznych sklepów, by nie narażać się na cierpkie uwagi ze strony personelu, jeśli nie jesteście w stanie wsiąść do autobusu, nie ryzykując jednocześnie ostentacyjnych gestów ze strony współpasażerów, w postaci łapania się za kieszeń i teatralnego przytrzymywania torebek, to jest to wyłączną winą tego, że w chwili prawdy żadne z nas nie stanęło na wysokości zadania.
Nikt nie jest święty. Wszyscy mamy swoje drobne pokusy i swoje osobiste grzechy. Szczególnie jeśli lubimy się od czasu do czasu napić. Jeśli spojrzymy choćby na naszych sąsiadów, nie znajdziemy nikogo, kto byłby od nas lepszy, równie jak my uczciwy, czy tak jak my godny szacunku. Ale nie pozwolę, żeby ta myśl i ta świadomość przesłoniła nam to co w tej chwili najważniejsze. A najważniejsze jest to, że zgrzeszyliśmy i powinniśmy tę naszą winę wyznać. Więcej – wyznać ją, za nią przeprosić i spróbować pokazać wszystkim, że jesteśmy w stanie – jak nikt inny – tę winę odkupić. I teraz powiem parę słów do Ciebie. Ty wiesz, ile zawsze miałem do Ciebie sympatii i szacunku. Ale wiesz też, że wziąłem Cię za żonę dlatego, że wierzyłem – przez Twoje zapewnienia, że nie zrobisz nic, co by spowodowało, że ta opinia o nas, jako o najbardziej szlachetnych reprezentantach naszej ulicy zostanie kiedykolwiek narażona na szwank – że pomożesz nam wszystkim cieszyć się sławą ludzi dumnych i szlachetnych. I proszę, nie wierz w to, że przez zasłanianie oczu będziesz umiała zasłonić też prawdę. Prawdę o sobie, o naszych dzieciach i o nas samych. A prawda jest znana. Nie zdaliśmy egzaminu.
Przepraszam Was wszystkich za te wszystkie gorzkie słowa, które do Was dziś kieruję. Wiecie dobrze, że jako człowiek niezwykle skromny, uczciwy i pełen wewnętrznej pokory, wolałbym, żebyście to Wy mówili. Ale wiem też, że to ja muszę wziąć na siebie ciężar tej przykrej sytuacji, do której przez naszą własną nieroztropność wszyscy wspólnie doprowadziliśmy. Wiem, że jeśli nie spojrzymy prawdzie w oczy i nie rozliczymy się z naszych win i błędów, nie zrobi tego już za nas nikt. A wówczas nasza pozycja, już nie tylko na naszej ulicy, ale i w całej dzielnicy, zostanie podkopana na długie bardzo lata. Pamiętajmy. Tylko prawda, skromność i odwaga może nas wydobyć z tego miejsca, gdzie przez nasz grzech się znaleźliśmy. Jestem tu po to, żeby Wam to powiedzieć.
Doskonale znamy naszych wrogów. Wiemy, jak są bezwzględni i okrutni. Znamy ich agresję i ich wszystkie możliwości. I mimo że zdajemy sobie sprawę z tego, że to właśnie oni, przez swoją czujność i spryt, sprawili, że dziś możemy lepiej zrozumieć nasze błędy, nie możemy nigdy im wybaczyć tego, na jakie przykrości nas skazali. Zwłaszcza że nie ma żadnej pewności, że to ja zrobiłem to, o co się dziś mnie oskarża. Nie ma najmniejszych powodów, by przyjmować bezkrytycznie wszelkie zarzuty, jakie pod moim adresem są kierowane przez tych, którzy jedyne co naprawdę potrafią to zazdrościć i złorzeczyć. Kiedy zakładałem naszą rodzinę, na początku tej naszej drogi, wiedziałem że nie będzie nam łatwo, mimo nawet tego – a może własnie dlatego – że to my zostaliśmy wybrani i przez to wyróżnienie i ten zaszczyt, spadły na nas obowiązki szczególne. I dziś, mimo że mógłbym się skarżyć i pokazywać palcem prawdziwe zło, zamilknę. Przez swoją skromność i poczucie odpowiedzialności. I powiem tylko jedno. Nie będziemy tam już więcej kupować alkoholu. Znajdziemy sobie miejsce bardziej przyjazne i bardziej odpowiadające naszej naturalnej godności.
A teraz, pozwólcie że się napiję. Zdaje się, że mam jeszcze jedną buteleczkę, która się zachowała po tej mojej niefortunnej akcji. A Wy popatrzcie sobie na telewizję. Może dają coś ładnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.