Dziś chciałbym zaproponować Państwu stosunkowo
lekki, choć z pewnego punktu widzenia, bardzo istotny temat. Jednak zanim przejdę
do rzeczy, chciałbym załatwić pewną rzecz, która od pewnego czasu chodzi mi po
głowie. Otóż jak niektórzy z czytelników tego bloga być może jeszcze pamiętają,
jesienią roku 2014, a dokładnie 14 listopada opublikowałem tu tekst, w którym
wyraziłem przekonanie, że Andrzej Duda wygra nadchodzące wybory i zostanie
prezydentem RP. Opinia ta, a jednocześnie przekonanie o jej słuszności, była w
owym czasie szalenie kontrowersyjna, by nie powiedzieć durnowata, z tego
prostego powodu, że Duda wówczas był praktycznie nieznany, a zarówno pierwsze,
jak i też kolejne sondaże w starciu z Bronisławem Komorowskim nie dawały mu
najmniejszych szans. Tymczasem Duda wygrał, jak widzimy każdego dnia, wciąż
radzi sobie na politycznej scenie całkiem dobrze, a ja nie mam najmniejszych
wątpliwości, że gdyby Jarosław Kaczyński był takim dyktatorem jak go malują i faktycznie
przez osiem lat, jak to zabawnie określił pewien postkomunistyczny tygodnik, „robił
co chciał”, i dziś przed Prezydentem stałaby otworem trzecia kadencja, to on by w
ten otwór wjechał bez najmnniejszego problemu z całą swoją karawaną.
I oto dziś toczy się bardzo gorąca
debata na temat tego, kogo Prawo i Sprawiedliwość wystawi w przyszłorocznych
wyborach prezydenckich. A ja już tylko postanawiam podbić poprzeczkę i dla
czystej archiwizacji tej prognozy, chciałem wyrazić przekonanie, że kandydatem
Prawa i Sprawiedliwości zostanie pan poseł Zbigniew Bogucki i to on zostanie
przyszłym prezydentem Polski. I to tyle. A jak będzie, się zobaczy.
A teraz, jak to swego czasu ładnie
określili nasi ludzie z Monty Pythona, „for something completely different”.
Otóż przed wielu już laty w swojej muzycznej książce „Rock’n’Roll czyli
podwójny nokaut”, analizując zjawisko black metalu, czy ogólnie rzecz biorąc
muzyki satanistycznej, wyraziłem opinię, że w gruncie rzeczy cała to produkcja
to wyraz szczególnej religijności i to religijności na tyle szczerej i
zaangażowanej, że bardzo często tworzącej sztukę bardzo wysokiej jakości.
Jednocześnie z wielkim smutkiem zauważyłem, że to co my nazywamy „rokiem
chrześcijańskim” to najczęściej muzyczna nędza, w dodatku uprawiana na tak
niskim poziomie szczerości i religijnego uniesienia, że dociera ona wyłącznie
do tej kompletnie wyizolowanej publiczności dla której szczytem muzycznych
przeżyć jest gitara, fujarka, ewentualnie skrzypki i tekst, że Jezus nas kocha.
No i napisałem coś jeszcze, mianowicie to, że gdyby chrześcijańscy muzycy i twórcy
odebrali satanistom ów monumentalizm przekazu – w gruncie rzeczy wykradziony przez
nich z wielkich katolickich katedr – i z
równym zaangażowaniem, zamiast oddawać hołd drzewom, morskim falom i wiatrowi,
wysławiali Imię Jezusa Zmartwychwstałego, to by dopiero było coś.
I oto, proszę sobie wyobrazić, zupełnym
przypadkim wpadłem na, dziś już nieistniejący, zespół o nazwie 16 Horsepower,
następnie na jego reinkarnację Wovenhand, a w końcu na ich twórcę i lidera o
nazwisku David Eugene Edwards, dziś tworzącego solo. Choć muzyka ta nie jest
szeroko rozpoznawana, to biorę pod uwagę, że wśród czytelników tego bloga są i
tacy, którzy ze zdziwieniem przyjęli wiadomość, że ja Edwardsa dotychczas nie
znałem. Bo choć muzyka ta nie jest szeroko rozpoznawana, to nie da się też zaprzeczyć,
że dla wielu osób jest już przedmiotem swoistego kultu. No a ja dziś akurat
słucham już tylko tego.
Niedawno Nick Cave wydał swój nowy album
„Wild God”, który w sposób oczywisty stanowi autentyczną modlitwę i to modlitwę
do Jezusa. Znakomita jest to muzyka. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że
najlepsza. Dziś słucham koncertowej płyty Wovenhand i uważam, że Edwards jest
już bardzo blisko. Uważam też, że przynajmniej tym dwóm udało się bardzo
skutecznie odebrać satanistom, to co, jak już wcześniej wspomniałem, oni
ukradli muzyce kościelnej. No i mam wielką nadzieję, że tego jest dużo, dużo
więcej, tyle tylko, że świat staje na głowie, żebyśmy sie o tym nigdy nie dowiedzieli.
W związku z aktualnymi tragicznymi
zdarzeniami, jakie spadły na naszą Polskę, ogarniają nas najróżniejsze
refleksje oraz wspomnienia, sięgające niekiedy aż do roku 1997, a zatem do czasu
gdy te same tereny kraju, ze szczególnym wyróżnieniekm miasta Wrocław,
zaatakował podobny żywioł. Powiem szczerze, że nie planowałem ani poświęcać
czasu na komentowanie dzisiejszych wypadków, ani tym bardziej na przywoływanie
dawnych wspomnień, ale oto dziś, zanim jeszcze położyłem się do łóżka, dotarła
do mnie wiadomość, że już jutro, w związku z Powodzią, odbędzie się wspólna
konferencja prasowaniesławnego premiera
Tuska i niemal podobnie niesławnego Jerzego Owsiaka. A w tej sytuacji nie
pozostaje mi nic innego, jak przypomnieć świadectwo, jakie na tym blogu jeszcze
w roku 2011 pozostawił jego samozwańczy duszpasterz ksiądz Rafał Krakowiak,
dziś proboszcz w wiosce Ludomy w Wielkopolsce, a przez całe lata nasz wierny
przyjaciel. Posłuchajmy po raz kolejny.
Jerzy Owsiak kojarzy mi się nieodmiennie
z jednym wydarzeniem, które w sposób decydujący wpłynęło na sposób, w jaki go
postrzegam. Otóż w czasie wielkiej powodzi 1997 roku, w parafii w której
pracowałem, zorganizowaliśmy zbiórkę artykułów pierwszej potrzeby dla
powodzian. Z Kurii otrzymaliśmy adres jednej z parafii pod Opolem i
postanowiliśmy ciężarówką mojego znajomego zawieźć zebrane dary do
potrzebujących. I wtedy pojawił się pewien problem. Nie mogliśmy w żaden sposób
skontaktować się z tamtejszym proboszczem, a jazda w ciemno nam się nie
uśmiechała. Nasi kurialiści zapewniali jednak, że nie ma się czym przejmować –
adres został przesłany z Kurii opolskiej i nawet jeśli przyjedziemy
niezapowiedziani, zostaniemy przywitani serdecznie. Oczywiście, to czy doznamy
tam jakichś serdeczności, czy też nie, nie było moim zmartwieniem. Problemem
była tylko i wyłącznie kwestia dojazdu. Chcieliśmy wiedzieć, czy przy wciąż
wysokim poziomie wody w Odrze, zalanych bądź podmytych drogach i zagrożonych
mostach, w ogóle jest możliwe do owych powodzian dotrzeć.
Tak czy inaczej pojechaliśmy, i po
licznych przygodach i jeszcze liczniejszych objazdach, dotarliśmy na miejsce.
Owa wieś wyglądała strasznie. To niesamowite, co rozszalała woda może
nawyczyniać. Do dzisiaj śnią mi się niektóre widoki. Podjechaliśmy pod widoczny
już z daleka kościół. Stała tam grupka ludzi, od której na nasz widok odłączył
się jakiś mężczyzna, energicznie otworzył drzwi naszej ciężarówki i zaczął na
nas wrzeszczeć. Prawdę powiedziawszy, rzucał najgorszym mięsem, przy czym
najbardziej dobitnie brzmiało słowo „wypierdalać!”. Ponieważ nosił na
sobie kapłańską koszulę, domyśliłem się, że jest to ów miejscowy proboszcz,
który według poznańskich kurialistów, miał nas bardzo serdecznie przywitać. No
i przywitał…
Po chwili jednak okazało się, że zaszło
przykre nieporozumienie, a jego przyczyną okazał się być sam Jerzy Owsiak. Otóż
owa podopolska wioska w czasie powodzi została praktycznie odcięta od świata, i
bardzo szybko zaczęło ludziom brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań,
leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych
władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian
skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by w tej trudnej
sytuacji ratować co się da i pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo
choroby mieli najtrudniej. To był naprawdę dzielny ksiądz, choć, jak widzimy,
trochę choleryczny.
Kiedy woda trochę opadła, pojawiła się
możliwość wspomożenia tej wsi transportami podobnymi do naszego. Jako jedne z
pierwszych pojawiły się bodajże trzy ciężarówki od Jerzego Owsiaka. To znaczy
pojawiły się kilka kilometrów od celu, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze…
i się zatrzymały. Tymczasem, kiedy proboszcz dowiedział się, że wspomniane
ciężarówki jadą właśnie do niego, zwołał ludzi do wyładunku, czeka, a tu nic –
ani widu, ani słychu. Ciężarówki jak stały za Odrą, tak stoją. Zepsuły się? Nie
wiadomo. Ludzie czekali najpierw całą noc, potem cały dzień. W końcu proboszcz,
jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na
drugi brzeg. I tam oto grzecznie mu wyjaśniono, że ponieważ pan Owsiak życzy
sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa
telewizyjna, musi uzbroić się w cierpliwość, bo tak się niefortunnie złożyło,
że owa ekipa najwcześniej może przyjechać jutro, a kto wie, czy nie dopiero za
dwa dni.
Proboszcz oczywiście zasugerował, by
machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo
potrzebują pomocy. Wtedy to jeden z członków owego transportu, w obecności
księdza, zadzwonił z komórki do Owsiaka, przedstawił sytuację i spytał co
robić. Po chwili rozłączył się i powiedział, że szefowi bardzo jednak na
telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie te parę dni jeszcze poczekać.
Proboszcz na takie dictum zdenerwował się
okrutnie, nawkładał tym ludziom – z Jerzym Owsiakiem na czele – od bezdusznych
chamów, i kazał im, jak już zostało wspomniane, „wypierdalać”. Przy
okazji też zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek
wjedzie do jego wsi, to on i jego parafianie własnoręcznie te ciężarówki, wraz
z tym co się na nich znajduje, spalą. No i to właśnie następnego dnia, tak się
złożyło, że do owej wioski wjechała nasza ciężarówka, a ksiądz proboszcz –
biorąc nas za ludzi z ekipy Jerzego Owsiaka – zareagował jak zareagował.
Wydarzenie to przypomina mi się zawsze
wtedy, gdy widzę Jerzego Owsiaka, lub gdy ktoś zastanawia się, co z nim jest
nie tak, skoro właściwie wszystko wydaje się być super. I przychodzą mi wtedy
na myśl słowa Chrystusa: „Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak
obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę
powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę,
niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w
ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” (Mt 6,2-4)
I na koniec zdanie prawosławnego teologa,
diakona Andrieja Kurajewa*: „Zło może podejmować nawet pożyteczne działania,
nie zmieniając swojej własnej natury. Na przykład czyniąc to w taki sposób, że
pomagając ludziom pod jednym względem, pod innym względem będzie się umacniało
ich sojusz ze złem w innych dziedzinach życia – choćby przez rozpalanie
próżności ofiarodawców”.
* Cytat z „Frondy”. Diakon Kurajew pisze tam o Apokalipsie św. Jana Apostoła.
Temat mnie zainteresował, ponieważ swego czasu prowadziłem rekolekcje, których
zagadnieniem była właśnie Apokalipsa z jej „błyskawicami, głosami, gromami,
wielkimi trzęsieniami ziemi i krwią tryskającą aż po wędzidła koni” – i było to
coś (przynajmniej dla rekolekcjonisty) wspaniałego. Kurajew, choć schizmatyk,
bardzo dorzecznie - a przy tym ortodoksyjnie - sprawę przedstawia, i jak sądzę,
jego przemyślenia mogą być całkiem niezłym komentarzem, do niektórych z naszych
notek.
Powód dla którego dziś tu się ukazało
powyższe wspomnienie wydaje się oczywisty. Wspólna konferencja prasowa Donalda
Tuska i Jerzego Owsiaka, w dzisiejszej sytuacji, to nie w kij dmuchał. Ja
jednak mam tu pewien dodatkowy powód, by po raz kolejny tę historię
opowiedzieć. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby powyższe
świadectwo za tym blogiem zacytowały wszystkie ogólnopolskie media – co ja
mówię, wszystkie, wystarczyłyby nasze tzw. prawicowe, wystarczyłby choćby sam
mistrz Sakiewicz– zarówno po Owsiaku, jak i w dalszej perspektywie i Donaldzie
Tusku, nie pozostałoby nawet wspomnienie. Wystarczyłoby, żeby paru polityków
Prawa i Sprawiedliwości zwołało jutro równoległą konferencję prasową i opowiedziało,
jak się w roku 1997 zachował nie kto inny jak nasz Juras, żeby ów szkodnik
zniknął ze sceny. A wraz z nim wszyscy inni.
Niestety tak się nie stanie. Jeden powód
jest taki, że te moje komentarze nie mają absolutnie żadnego znaczenia, a
drugie, że ci, którzy o ich istnieniu, podobnie jak o tym blogu, świetnie
wiedzą i jedno i drugie od lat uważnie śledzą, staną na głowie, by nikt i nic
nie zakłóciły im dotychczasowego komfortu. Nawet kosztem dobra powszechnego. I
to jest prawdziwa rozpacz. Nie ta powódź. To.
Jak pewnie większość z nas pamięta, epitet
„Rudy Niemiec” zaczął funkcjonować w polskim społeczeństwie już wiele dobrych
lat temu, a mianowicie wtedy gdy Jacek Kurski wspomniał coś o „Dziadku z Wehrmachtu”
i sprawa zaczęła żyć własnym życiem, niemal tak samo jak nie mniej słynny „Kaczy
Fuhrer”, z tą różnicą, że w ujęciu zdecydowanie bardziej merytorycznym.
Nazywamy więc Donalda Tuska „Niemcem”, ewentualnie Niemcem rudym, on i jego
polityczne wsparcie co raz zaprzeczają owym insynuacjom, twierdząc, że Donald,
podobnie jak jego mama, tata, ciocie, wujkowie, babcie i dziadkowie to szczerzy
polscy patrioci, a jeśli nawet którykolwiek z nich miał z niemiectwem coś
wspólnego, to wyłącznie z niemiectwem porządnym i kulturalnym. I tak się ta
zabawa toczy, a my już tak naprawdę powoli zapominamy, jak to naprawdę było i
coraz częściej określenia „Rudy Niemiec” używamy jako czystą złośliwość... taką
jak wspomniena wcześniej „Kaczy Fuhrer”.
I
oto, proszę sobie wyobrazić ledwie co wczoraj trafiłem na iksie u Elona Muska na wpis
człowieka podpisującego się jako John Bingham, który wspomniał o wydanej w roku
2003 roku książce zatytułowanej „Fotografie z tłem. Gdańszczanie po 1945 roku”
i zacytował z nich kilka fragmentów. Pozwolę sobie je tutaj zamieścić, bez
słowa komentarza. Bardzo proszę:
„Oma Anna
to był fenomen. Nigdy nie ruszyła się poza Gdańsk. Dla niej wszystko się wokół
Gdańska kręciło. To był jej die ganze Welt. Do końca życia, a dożyła ponad 90
lat, mówiła wyłącznie po niemiecku, w gdańskim żargonie. Mimo że zmarła dopiero
3 lata temu, polskiego nie nauczyła się nigdy".
„Donald
rozmawiał z nią po niemiecku, albo pytał po polsku (rozumiała świetnie), a ona
odpowiadała po niemiecku. Trochę tak jakby bojkotowała otaczającą
rzeczywistość. Zakupy robiła używając łamanej polszczyzny”.
„Bowke,
obiad! - wołała mama wychyliwszy się ze strychowego okna. Bowke, kolacja! -
nawoływał ojciec donośnym głosem. Przez całe dzieciństwo, kiedy biegałem po
podwórku, byłem chłopakiem bowke. A kiedy narozrabiałem, byłem Pomuchelkopf
(dosłownie głowa dorsza)”.
„A jak w
odwiedziny przychodziła babcia Anna, z niemiecka nazywała mnie zdrobniale
Krümel - kruszynka. Tak, jakby nic się nie zmieniło i 3 Maja nadal była
Nordpromenade”.
„Mamę
brało wówczas na wspomnienia. Opowiadała o Sopocie swojego dzieciństwa - o
sklepach i restauracjach na Seestraße, o Blumenkorso - kwietnej defiladzie, w
której uczestniczyła”.
„Jak
sięgnąć pamięcią, w rodzinie zdarzały się imiona ze smaczkiem przedwojennego
Gdańska: Beatrix, Sigrid, Jürgen, Raimund. Język niemiecki znam z domu na tyle,
że wychwytuję twardy dialekt gdański”.
„Podczas
rodzinnych spotkań u Tusków wśród starych i młodych panowała pełna swoboda
przechodzenia z polskiego na 'gdański'”.
„Pamiętam,
że kiedy Omie Annie powiedziałem, że cała nasza rodzina to Kaszubi, znowuż
obraziła się na mnie na śmierć i życie. Kaszubskość to było jak szpecące znamię”.
„Babcia
Dawidowska miała silniejsze poczucie niemieckości niż polskości. Kiedy co jakiś
czas pojawiała się szansa dostania paszportu i możliwość wyjazdu na tak zwane
niemieckie papiery - Oma Anna pakowała walizki”.
„Podczas
II wojny światowej zginął Artur (brat babci Anny), który był w Wehrmachcie.
Babcia Anna przechowywała kondolencyjne listy wysłane przez dowódców w imieniu
Kaisera i Führera po śmierci ojca i brata”.
„[Stryj] Buni
urodził się w 1935 roku przy Ludolf Königsweg (obecnie Legnicka). Jako chłopiec
miał kłopoty z językiem polskim, bo przez całą wojnę, dzięki jakimś koneksjom
rodzinnym, wychowywał się w Berlinie”.
I to tyle, co nam przekazał
nieoceniony John Bingham, a za co ja mu serdecznie dziękuję. A jeśli tu
postanowiłem się nim aż w taki sposób wspomóc, to tylko po to, by prawda – a,
jak wiemy, zawsze chodziło nam o prawdę, prawdę i tylko prawdę – dotarła do jak
najszerszego grona. I tak, jak wcześniej wspomniałem, żadnego komentarza już
nie będzie.
Kiedy polski
gitarzysta, wówczas może 15-letni, Marcin Patrzałek pojawił się w internecie,
nasze media o tym zjawisku – a było to oczywiste zjawisko – nawet się nie zająknęły.
Kiedy ten zaprezentował się w amerykańskim Mam Talent i doprowadził zarówno jury
jak i publiczność do autentycznego szaleństwa, i to wydarzenie zostało w Polsce
powitane wzruszeniem ramion. Kiedy wreszcie, na fali tamtego sukcesu,
rozpoczęła się wielka międzynarodowa kariera muzyka, której kulminacją był występ
w londyńskim Royal Albert Hall, w Polsce wciąż o Patrzałku słyszał mało kto.
Osobiście pamiętam, jak jeszcze w zeszłym roku artysta wystąpił w katowickim
NOSPR-ze, sala była zapełniona zaledwie w połowie, a większość moich znajomych
muzyków, gdy im mówiłem, że do miasta z występem przyjeżdża Patrzałek, najpierw
przyznawali, że nie wiedzą, o kim mowa, by po chwili, gdy puszczałem im któreś
z nagrań Patrzałka na youtube, kamienieli z wrażenia, że ktoś taki w ogóle
istnieje, a oni nic o tym nie wiedzieli. Nie muszę oczywiście tu wspominać, że
żadnego z nich na samym występie już nie spotkałem. Czemu? Ja oczywiście wiem,
ale to już jest inny temat.
Dziś na stronie
Patrzałka na Facebooku widzę informację, że można już zamawiać bilety na wielką
przyszłoroczną trasę koncertową Patrzałka, która nawiedzi większość wielkich
europejskich miast, od Paryża przez Londyn, Dublin, Brukselę, Amsterdam,
Wiedeń, Pragę, Rzym, Madryt, Lizbonę i wiele innych. I tu się pojawia ciekawa
bardzo z naszego punktu widzenia informacja, ta mianowicie, że wspomniane
bilety można zamawiać nie przez zewnętrzne agencje, ale na osobistej stronie
Patrzałka marcinofficial.com, a to nam oczywiście, jak sądzę znakomicie
wyjaśnia, dlaczego zarówno kolejne zdania tej notki zaczynające sie od słowa „kiedy”,
kończyły się informacją, że o Patrzałku mało kto w ogóle kiedykolwiek słyszał.
Mam znajomego,
wybitnego altowiolninistę, któremu pokazałem Patrzałka na youtubie i
jednocześnie poinformowałem, że on, mimo że nie wydał jeszcze ani jednej płyty
i praktycznie nie koncertuje – wówczas jeszcze
nie – że jego cała aktywność muzyczna ogranicza się niemal wyłącznie do youtuba
i że z zamieszczonych w internecie informacji wynika, że on już na swojej grze zarobił
grube miliony dolarów, ten mi powiedział, że dziś płyty i koncerty to jest nic.
Liczy się wyłącznie talent i umiejętność dbania o swoje interesy. Liczą się też
więc przede wszystkim owe miliony osób, które znają Patrzałka z internetu, zachwycają
się jego grą i czekają na kolejny nagrany przez niego muzyczny clip.
Dziś, jak już
tu napisałem, Patrzałek zapowiada swoją trasę po Europie, ale też ogłasza, że w
połowie września ukazuje się jego pierwszy pełnowymiarowy album, wszędzie gdzie
jest podkreśla, że pochodzi z Polski, z miasta Kielce, a tymczasem ani Polska,
ani, jak sądzę nawet same Kielce, wciąż o tym, co powinno już dawno być
przedmiotem naszej lokalnej i narodowej dumy, nie ma bladego pojęcia. A więc
znów wraca to pierwsze, nie zadane, a tak ważne pytanie: Dlaczego? Otóż częściowo na nie
odpowiedziałem. Rzecz bowiem w tym, że Patrzałek się nie sprzedał, a skoro tak,
to ci wszyscy, którzy mogli liczyć, że na nim zarobią, i musieli się obejś
smakiem, muszą go szczerze nienawidzieć. Nienawidzieć od momentu pewnie, jak on
odniósł swój wielki sukces w AGT i przyszli do niego jacyś posłańcy, żeby mu
zaproponować występ na Sylwestrze Marzeń, względnie na festiwalu w Opolu, albo
zgłosił się do niego sam Kuba Wojewódzki i zaprosił go do swojego programu, a
on zwyczajnie wyłączył telefon.
No właśnie, Kuba
Wojewódzki. Pamiętam jak ten, będąc członkiem jury w polskim Mam Talent,
odezwał się do pewnej dziewczynki, która zaśpiewała tak pięknie, że wszyscy
struchleli, w te mniej słowa: „Spieprzaj z tego kraju czym prędzej, bo tu nie
masz żadnych szans na sukces”. Czy ona posłuchała tego komika, czy nie, tego
nie wiemy, ale nie sądzę. Pewnie trochę dlatego, że to było naprawdę jeszcze
dziecko iono mogło nie zrozumieć języka,
jakim się posługuje na co dzień Wojewódzki, no a po drugie, sam talent to
naprawdę bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko.
Jak wszyscy
dziś widzimy, Marcin Patrzałek wiedział to od początku i dziś może tym
wszystkim cwaniakom podać najwyżej – że zacytuję tu nieśmiertelnego pana Bolka –
nogę
Swego czasu zdarzyło mi się prowadzić
kurs języka w pewnej dużej korporacji i wśród moich uczniów znalazło się paru
dyrektorów. Ponieważ z jednym z nich mocno się polubiliśmy i w związku z tym uzyskaliśmy
stosunkowo bliskie relacje prywatne, któregoś dnia zapytałem go, co się z nim
stanie jeśli w jakimś momencie zostanie z tej roboty wywalony. Odpowiedział mi,
że nic szczególnego, bo na tym poziomie na jakim on funkcjonuje, ma się
wystarcząco dużo kontaktów, by się utratą pracy nie martwić. I rzeczywiście, z
uwagi na to, że wspomnniana korporacja pozostaje pod kontrolą państwa, a więc
też polityki, z tego co wiem, on już trochę miejsc odwiedził. I nigdzie nie
było mu żle.
Przypomniał mi się ów mój znajomy dziś,
gdy na jakimś plotkarskim portalu znalazłem informację, że „były dziennikarz
TVN-u, dwukrotny laureat nagrody Grand Press, Jacek B.” został aresztowany pod
zarzutem udziału w bandyckim napadzie na pewnego przedsiębiorcę. Informacji
towarzyszyła kolejna, że żona B. poinformowała media, że cała rodzina jest
bardzo nieszczęśliwa z powodu krzywdy jaka spotkała męża i ojca, a ponieważ
nazwisko żony zostało przy tym podane, bardzo łatwo już było sprawdzić, że ów B.
to nie kto inny jak red. Jacek Bazan, jak donosi niezastąpiona Wikipedia, „polski
dziennikarz śledczy i przestępca”.
No a skoro doszliśmy już tak daleko, to
bez najmniejszych problemów można się też było dowiedzieć, że ów Bazan w roku
1996 został zatrudniony w radiu RMF FM, a następnie w TVN-ie, by kolejno
wylądować u dewelopera J.W. Construction w charakterze dyrektora marketingu i
rzecznika prasowego, oraz w kanale Discovery Historia, gdzie znów zajął się
dziennikarstwem i to chyba przy okazji tej roboty najpierw otrzymał nagrodę
Fundacji Batorego, a potem wspomnniany już podwójny Grand Press.
No i teraz skoro wiemy już wszystko o
Bazanie dziennikarzu i biznesmenie, popatrzmy na Bazana „przestępcę”., bo jak
się okazuje, ów epitet nie dotyczył ostatniego wydarzenia, ale czasów znacznie
wcześniejszych. Otóż, jak donosi Wikipedia, Bazan, jeszcze zanim stał się
sławny, był skazywany za „rozbój, zabór mienia i dezercję”. W maju 1992 roku
dostał rok w zawiasach za „podrobienie umowy i sprzedaż przywłaszczonych
samochodów”. W 1993 rozesłano za Bazanem list gończy „w związku z
dokonywaniem wymuszeń rozbójniczych”. Za rozbój, groźby karalne i
przywłaszczenie pieniędzy, został skazany na 6 lat więzienia. Wyszedł na wolność
po 3 latach i niemal natychmiast został zatrudniony w radiu RMF FM. Co robił po
otrzymaniu swoich wyróżnień Grand Press, do czasu gdy dziś jest zatrzymany za
bandytyzm, tego Wikipedia nie podaje, natomiast, owszem, otrzymujemy
informację, że Bazan jest nieśubnym synem niesławnego Krzysztofa Materny, o
czym sam komediant dowiedzial się dopiero w roku 2017.
Ktoś zapyta, po ciężką cholerę w tych
niełatwych przecież czasach zajmuję się ludzkimi i medialnymi śmieciami. Otóż
odpowiedź mam prostą. Chodzi nie tyle o samego Bazana, co głownie o media, które,
jak widzimy, obejmują rewiry normalnemu człowiekowi nie znane. Ale też mamy
tego Maternę, a ja się już tylko zastanawiam, czy ów dziwny człowiek swoją karierę
zawdzięcza bardziej przestępczym środowiskom mającym najwyraźniej swoje
kontakty w ogólnopolskich mediach, czy może swojemu sławnemu ojcu. A jeśli tak,
to czy jest możliwe, że wprawdzie stary Materna o tym co spłodził w wieku 20 lat
gdzieś w Sosnowcu dowiedział się faktycznie już jako starszy pan, ale
wcześniej, kto wiedział, ten wiedział, a już wiedział być może nawet sam Bazan.
A jeśli tak to było, to jest całkiem
możliwe, że kiedy mój stary dobry znajomy dyrektor w wielkiej państwowej firmie
opowiadał mi, jak to dobrze jest mieć mocne kontakty zawodowe, ani mu do głowy
nie przyszło, że znacznie łatwiej jest polegać na kontaktach rodzinnych, nawet
będąc zaledwie prostym bękartem.
Sytuacja na dziś jest taka, że nasza Zosia
w minioną sobotę szczęśliwie wyszła za mąż za Michała, ale niestety jej choroba
trwa i w najbliższym czasie ma mieć operację usunięcia glejaka. Prosimy wszyscy
o łąskę uzdrowienia i w sposób naturalny wiara i nadzieja nas nie opuszczają.
Minione miesiące mijają więc tak jak mijają, więc i ja praktycznie nic tu nie
piszę. Zdarzyło się jednak, że dziś na platformie Elona Muska, wśród szumu
związanego z Campusem Polska i ekscesami Silnych Razem, pojawił się pewien Ryszard Dąbrowski, autor komiksów, który i tu przed wielu laty zaistniał, chciałem więc
przypomnieć swój niegdysiejszy tekst, którego bohaterami są dwie czarne dusze. Uważam że
warto.
Niewątpliwą
zasługą pewnego naszego kolegi było to, że jako pierwszy z nas, z czystej
miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego
rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co
sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy
dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu
już raz zwrócić uwagę na to coś, co zostało nam odsłonięte, ale najwidoczniej
albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją
zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie
się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym
szacunku – uważam za wyjątkowo niemądre.
A zatem, tyle gdy
idzie o zasługi kolegów. Przejdźmy zatem do moich. Otóż ja postanowiłem zająć
się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i
symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych
zainteresowań polską polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa
polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał
linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby
nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować
więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne.
Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki
takie sobie, a resztę ja Wam opowiem.
Chodzi mianowicie
o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary,
z całą pewnością jeszcze sprzed Katastrofy, komiks wyprodukowany przez jakiegoś
Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili
przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów
komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć,
jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego
psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot.
Opublikował więc on ten komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką
oto sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy.
Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się,
że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już
polewano ich benzyną i miano podpalić, pojawili się komandosi i obu uratowali.
W 2011 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale
wybuchła tzw. afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to,
że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym
trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie.
No i to pogrążyło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego
obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krwawą i
okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy
„Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod
Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę
ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z
Pałacu Kultury. Na szczęście, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli
z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb
i zaprowadzili porządek.
To wszystko są
wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu
Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem
ludzie po kryjomu wymalowali obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni
siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada
wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg
wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci
przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba
i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną
„Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.
Jak mówię, komiks ten
został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego,
stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie
skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być
specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to,
że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem
– w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to
Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu –
a gdy idzie o mnie, właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się
opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego
na celu zniszczenie jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci
Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć,
ale przy pomocy słowa, które stało się ciałem. Zwykłego słowa. To tu to tam
słychać zdanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje
w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to
skutecznością modlitwy. W odpowiedzi na te sugestie, wielu ludzi wpada w
autentyczne oburzenie i zadaje pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto
konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie
pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego skierowanych do Pawła
Kowala. Kowal odpowiedział, że tak, że słowo potrafi zabić.
Jeśli zatem
komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia,
możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz
jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie. Przez Boga, względnie przez
Szatana.
Co natomiast,
jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została
wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego
dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy z pomysłów. I
staje się już wyłącznie ową desperacka próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze
raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją
odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego
czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota,
Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i
najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu,
który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma
uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest
wyłącznie margines i przykry wypadek, że życie toczy się daleko poza tymi
ekscesami, że Palikot to ktoś kto już tak naprawdę nawet nie jest częścią
Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod
Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.
Kiedy zaczynając pisać
ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w
pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza
Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o
alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani
apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy
się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego
powieszonego „za flaki” na pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też
bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną
refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na
zawsze. Jako znak i dowód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią.
Będzie już tylko to.
Powiem jeszcze jaśniej,
o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada
Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten
wyjaśnił, dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na
rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości
tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte
niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się
zająć normalną zwykłą polityką, zamiast wciąż roztrząsać jakieś i tak nie do
wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w „Rzeczpospolitej”, Joanna
Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku
myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama
nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja
kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z
Kaczyńskiego.
Otóż ja wszystkim im
mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej.
Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do
powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku, właśnie przestało mnie
interesować.
Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie, ze
względu na bardzo trudną chorobę mojego dziecka, nie mam ani siły ani przede
wszystkim nastroju, by wrzucać tu swoje kolejne refleksje, jednak stalo się
tak, że w tych dniach na portalu Szkoła Nawigatorów został wspomniany projekt o
nazwie Gothard-Basiltunnel, o którym przed siedmiu już laty pojawił się i tu na
tym blogu specjalny tekst. Ponieważ towarzyszący owej wzmiance komentarz
sugerował, że cała ta gadka o rzekomym satanizmie szwajcarsko-niemieckiego
projektu to stek zakompleksionych bzdur, wróciłem do dawnego tekstu i uznałem,
że ponieważ dziś nie zmieniłbym w nim ani jednego słowa, nic nie stoi na
przeszkodzie, by go wspomnieć, uzupełniając go dodatkowo o usunięty od tamtego
czasu ilustrujący sprawę film. Nie spuszczajmy oka z
TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji.
Kiedy to
wszystko tak naprawdę się urodziło, w czyjej głowie i z jakimi intencjami,
możemy się domyślić, ale tak do końca nie dowiemy się pewnie nigdy. Na pewno
wiemy, że 29 listopada 1998 roku w Szwajcarii odbyło się referendum z
podstawowym pytaniem: „Czy jesteś za budową tunelu?” Zwykle stosunkowo mocno
obywatelsko zdyscyplinowane społeczeństwo Szwajcarii na tę zaczepkę zareagowało
bardzo różnie. To, co bardzo ciekawe, ponad 60 procent z nich do głosowania nie
poszło, a z tych, co poszli, niemal 40 procent odpowiedziało, że tunelu sobie
nie życzy. Czemu tak, też nie wiemy, ponieważ jednak entuzjastów owej budowli
było wystarczająco dużo, w roku 2003 zaczęto przymierzać się do wierceń, a
równo dziesięć lat później prace ruszyły. 15 października 2010 roku ekipy
drążące tunel z dwóch kierunków spotkały się niedaleko wioski Sedrun na
głębokości 2 kilometrów od powierzchni góry, 24 sierpnia 2015 roku
poinformowano oficjalnie o zakończeniu montażu konstrukcji tunelu, a 1 czerwca
2016 roku odbyło się jego uroczyste otwarcie.
Ktoś
pewnie zada pytanie, czemu to trwało tak długo i czyja ręka sprawiła, że to
było relacjonowane aż z taką starannością. Otóż rzecz w tym, że ów tunel liczy
niemal 60 kilometrów długości i tym samym jest najdłuższą tego typu kolejową
konstrukcją w historii świata, ponad dwukrotnie bijąc dotychczasowego
rekordzistę, norweski Tunel Lærdal, nie mówiąc już o tym wszystkim, co
Szwajcarzy wybudowali w tamtym miejscu wcześniej, a więc zaczynając od
najstarszego przejścia jeszcze z roku 1707 o długości parudziesięciu metrów po
15 kilometrowy tunel z XIX wieku – wszystkie, podobnie jak sam ów wąwóz, które
przecinały, nazwane imieniem Gotarda, świętego patrona alpejskich wędrowców.
A więc
powstał ten tunel, najdłuższy tunel na świecie, i co tu dla nas akurat może i
najciekawsze, pierwszy z tej serii nie noszący już nazwy św. Gotarda, ale po
prostu Gotthard-Basistunnel. Oficjalnie, główną przyczyną budowy było
oczywiście pragnienie skrócenia czasu przejazdu między głównym miastami
Szwajcarii. Wedle wyliczeń projektodawców, nowa linia miała skrócić podróż
między Bazyleą a Mediolanem z 5 godzin i 20 minut do 3 godzin i 30 minut. O
prawie połowę skrócić się miał również czas podróży między Zurychem a
Mediolanem, z wcześniejszych 4 godzin i 10 minut do 2 godzin i 35 minut.
Inicjatorzy budowy zapewniają również, że dzięki tunelowi, lepiej będzie
chroniony przed fatalnym wpływem spalin unikalny alpejski ekosystem.
I tu
pojawia się pierwszy dreszcz. Ponieważ tu nie chodziło o proste przeciągnięcie
kładki przez rzekę, ale o przewiercenie przez Alpy 60 kilometrowego tunelu,
bezpośrednie koszta, z którymi i tak trzeba się było liczyć, a które sięgały
sumy 10 miliardów franków, zostały z biegiem lat powiększone o śmierć 9
robotników pracujących przy tej budowie. Wspomnijmy ich może, zwłaszcza, że oni
się tu jeszcze pojawią w pewien bardzo szczególny sposób. Pierwszym z nich był
33 letni Niemiec, Andreas Reichhardt uderzony przez belkę, która spadła z 700
metrów i trafiła go prosto w głowę. Następnym był 23 letni chłopak z
Południowej Afryki nazwiskiem Jacques Du Plooy, zasypany przez zgromadzony
podczas wiercenia materiał. 35 letni Niemiec, Hejko Bujack, umarł zwyczajnie
trafiony kamieniem. 37 letni pochodzący z Austrii Albert Ginzinger został
zgnieciony przez ogromny bęben z kablem. 31 letni Włoch Andrea Astorino oraz 23
letni Szwajcar zginęli razem uderzeni przez wykolejoną lokomotywę kolejki
transportującej materiał. Podobnie, ta sama kolejka jakiś czas później
śmiertelnie przygniotła Niemca, Thorstena Elsemanna. Inny Niemiec, Hans Gammel
zmarł zwyczajnie wypadając z pociągu. No i wreszcie Włoch, Giuseppe Liuzzo,
który spadł z rusztowania. Czemu spadł? Kto to może wiedzieć? Może się potknął,
a może mu się w głowie zakręciło? A może się zwyczajnie zamyślił. A może nie
stało się nic szczególnego, tylko on wziął i z tego rusztowania spadł? Tego
typu pytania można zadawać zawsze.
Dziewięć
osób to nie w kij dmuchał. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, to jest
dokładnie ta sama liczba, co u nas w Polsce w grudniu 1981 roku, by już nie
wspomnieć, że oni akurat to więcej nawet niż ci, którzy stracili życie w
słynnym filmie „Omen”. Z drugiej strony, nie należy zapominać, że źródła nie
informują nas, ile osób zginęło przy budowie wieży Babel. Można przypuszczać,
że znacznie więcej. W dodatku, jak wiemy, tamci ponieśli szczególną stratę
dodatkową, w postaci pomieszania języków.
Tak czy
inaczej, Gotthard-Basistunnel został uroczyście otwarty 1 czerwca 2016 roku, a
owa uroczystość została uświetniona niezwykłym występem artystycznym – dziś już
powszechnie opisywanym najróżniejszymi epitetami, z których angielskie słowo
„bizarre” robi jeszcze najłagodniejsze wrażenie –uświetnionym obecnością
kanclerz Angeli Merkel, prezydenta Francji François Hollande’a, premiera Włoch
Matteo Renzi, oraz kanclerza Austrii Christiana Kerna, który to występ już dziś
stał się historią.
Długo
myślałem, w jaki sposób przejść do właściwego tematu dzisiejszej notki bez
zmuszania Czytelnika do tego, by oglądał to, co tam się wydarzyło 1 czerwca i
niestety nie udało mi się. Wygląda na to, że bez tego ani rusz. A więc, zanim
pójdziemy dalej, proszę rzucić okiem na ów szczególny spektakl. Można
przewijać.
Najprościej
oczywiście byłoby mi teraz powiedzieć, że jeśli Diabeł razem z nami obejrzał
choć fragment tego teatru, a pogłoski na temat jego słynnej wrażliwości na
sztukę są prawdziwe, on w jednej chwili ze wstydu powinien tę tandetę spalić w
siarce i zalać smołą. Jeśli bowiem spojrzeć na to, co tam się wyprawia, jak na
sztukę właśnie, to ja osobiście, jak długo żyję, takiego gówna nie widziałem.
Nie wiem, jak długo całe to przedstawienie trwało i jak długo ta banda durniów
w garniturach musiała to znosić, ale nawet gdyby każdy z nich był honorowym
członkiem Zakonu Iluminatów Thanaterosa, to ja im naprawdę współczuję tej
żenady, jaką oni musieli przeżywać. No ale niestety tak się tego potraktować
nie da, bowiem stało się też tak, że myśmy to próbowali obejrzeć tu w domu i
mieliśmy z tym poważny problem, i to problem bardzo odległy od tego
wszystkiego, co tu wcześniej napisałem. Ja, jako osoba w pewnym sensie
doświadczona, choćby przez znane nam tu wszystkim perypetie z krakowskim
festiwalem Unsound, jakoś sobie z tym poradziłem, natomiast pozostali prędzej,
czy później, nie wytrzymali. I powiem szczerze, że się absolutnie nie dziwię.
Mógłbym nawet powiedzieć, że fakt iż oni tego nie wytrzymali, a ja owszem, może
świadczyć lepiej o nich, nie o mnie. No ale, jak mówię, obejrzałem to w całości
i wszystko co mi przychodzi do głowy, to to, co już wielokrotnie mówiłem
wcześniej. To, z czym mamy do czynienia, to nie prosty satanizm – myślę, że
nadszedł czas, by wreszcie to słowo wypowiedzieć – w sensie, jaki znamy i do
którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. To jest bowiem zaledwie folk, a więc
kultura ściśle ludowa, przedstawiona jako jedyna autentyczna, a więc pierwotna,
a skoro pierwotna, to naturalnie pogańska, definiująca przedchrześcijańskie
jeszcze czasy, cywilizacja. Gdy oni zorientowali się, że te wszystkie szóstki,
odwrócone pentagramy, diabły z rogami stały się częścią uniwersalnej
popkultury, postanowili swój czarny przekaz skierować na tak zwaną „sferę
wyższą” i w ten sposób dostaliśmy coś, co Oni nazywają czystą sztuką, lub, tak
jak to miało miejsce w tym wypadku, „artystyczną wizją pierwotnej kultury
alpejskiej”.
Słowo
„Oni” napisałem, jak widzimy, z wielkiej litery i zrobiłem to jak najbardziej
świadomie. To nie są bowiem jacyś „oni”, ale właśnie ci, jak najbardziej
określeni, dobrze nam znani Oni. Zanim zaczniemy zamykać te refleksje,
przyjmijmy odpowiednio mocną pozycję, bo tu naprawdę nie ma żartów. Uwaga: Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy
wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I
mówili jeden do drugiego: „Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu”. A
gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli:
„Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał
nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej
ziemi”. A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali
ludzie, i rzekł: „Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest
przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich
niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język,
aby jeden nie rozumiał drugiego!” W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po
całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to
nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi.
Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi.
Jak ci z
nas, którzy dali radę, mogli zaobserwować, w pewnym momencie owego szczególnego
teatru została również bardzo symbolicznie wspomniana owa dziewiątka zmarłych
robotników. Proszę się przyjrzeć uważnie tej scenie, bo to ona tak naprawdę
pokazuje cały sens owego strasznego przedsięwzięcia. Oni jeden po drugim
umierają, a nad nimi unosi się TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. To on w
całej swojej krasie zwycięstwa, a kiedy my już to wiemy, pozostaje nam się
tylko zastanowić, czy to przypadkiem nie jest tak, że on już nawet nie musi
czekać na okazję. Czy to nie jest tak, że on kolejne okazje jak najbardziej
kreuje? Uroczystość otwarcia Gotthard-Basistunnel pokazuje ową ekspansję bardzo
wyraźnie. Najwyraźniej komuś się bardzo spieszy.
W tych
dniach prezydent Argentyny Mauricio Macri – co warte podkreślenia, podobno
reprezentujący polityczną prawicę – przekazał 16 666 000 peso na rzecz
wspieranej przez Papieża Franciszka fundacji edukacyjnej Scholas Occurentes.
Jak informują watykańskie media, papież zadecydował o zwrocie pieniędzy. W
notatce uzasadniającej papieski gest, miały się pojawić słowa: „nie lubię
liczby 666”. I to jest wiadomość dla nas z pewnego punktu widzenia podstawowa.
Jak mogliśmy się wielokrotnie w ostatnich dniach przekonać, posługa papieża
Franciszka bywa ze strony najbardziej pobożnych katolików wyjątkowo mocno
kontestowana. A ja dziś sobie myślę, że jeśli akurat papież został przez
TegoKtóry w tak zuchwały sposób sprowokowany i tak pięknie się owej prowokacji
odejrzał, powinien mieć w nas swoje oparcie. Niech wszystko to, co zostało już
wcześniej powiedziane, podtrzymuje nas w tym postanowieniu. A święty Godard niech nadal chroni
alpejskich wędrowców, szczególnie tych, którzy szykują się, by, gdy spadną
pierwsze śniegi, sprawdzić czy ów tunel faktycznie sięga Nieba.