poniedziałek, 1 lipca 2013

O przewalaniu budżetu bez końca

Byliśmy w minioną sobotę z panią Toyahową w naszej handlowej galerii, a konkretnie w EMPiK-u, żeby kupić korepetytorce naszej córki, która – Pan Bóg wysłuchał naszych modlitw! – właśnie zdała maturę, jakiś ładny prezent, i od razu przy wejściu uderzyła mnie seria książek autorów, o istnieniu których dotychczas nawet nie miałem pojęcia, książek – najwidoczniej z automatu – przecenionych o 25%.
Jak mówię, nazwisk tych pisarzy ani nie znam, ani, jak podejrzewam, nigdy ich nie słyszałem, ale też, co dla mnie naturalne, ich nie zdołałem zapamiętać, ale przyznaję, że z czystej ciekawości, wziąłem do ręki tego, który leżał najbliżej, i najpierw przeczytałem informację na czwartej stronie okładki. Otóż okazuje się, że to jest najwybitniejszy dziś polski autor powieści kryminalnych, autor wielu nagród, tłumaczony na wiele języków, wydawany aż w Stanach Zjednoczonych, autor powieści, które doczekały się u nas już ekranizacji, z kolejnymi czekającymi w kolejce. No i ta nalepka na okładce: „25% taniej”. No, gwiazda, panie.
Jak się orientują bardziej uważni czytelnicy tego bloga, książek ostatnio praktycznie w ogóle nie czytam. Trochę dlatego, że mi się nie chce, ale też z tego powodu, że ile razy podejmowałem jakąkolwiek próbę – mam tu oczywiście na myśli literaturę tak zwaną wybitną – kończyło się to tym, że wpadałem w emocje, które uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie. A więc ostatecznie machnąłem na to wszystko ręką. Kiedyś jednak, owszem, czytałem dużo. I przyznam, że zawsze miałem coś takiego, że zwracałem uwagę na pierwsze zdanie. I przyznam, że zawsze uważałem, że jeśli pierwsze zdanie robi wrażenie, cała książka musi być równie dobra. Czym fantastyczniejsze jest pierwsze zdanie, tym bardziej wiadomo, że reszta będzie co najmniej równie wybitna. Jeśli mamy autora, który tak bardzo się stara, by pierwsze zdanie naprawdę robiło wrażenie, to znaczy, że on zarówno nas, jak i przy tym samego siebie, traktuje poważnie.
Weźmy takiego Marqueza i jego „Sto lat samotności”:
Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby pokazać mu lód”.
Albo naszego ulubionego „Ojca Chrzestnego”:
Amerigo Bonasera siedział w nowojorskim Sądzie Karnym Nr 3 i czekał na sprawiedliwość – zemstę na ludziach, którzy tak okrutnie skrzywdzili jego córkę, którzy usiłowali ją pohańbić”.
Weźmy „Galapagos” Vonneguta:
Było tak. Milion lat temu, w roku pańskim 1986, Guayaquil było głównym portem Ekwadoru, małego południowoamerykańskiego państewka z położoną wysoko w Andach stolicą o nazwie Quito”.
Popatrzmy, skoro jesteśmy przy opisywaniu pogody, na sowieckiego autora Radija Pogodina:
"Mróz ścisnął wszystko lodowatą pięścią".
Ale po co zaglądać tak daleko? Weźmy tego Żyda, komunistę i pedała, Stryjowskiego:
Tak. To było szczęście. Nie uciekać z miasta razem innymi może być szczęściem.
Niech i już na koniec trafi się nam zwykły kryminał, czyli Wiech:
Młody kupiec łokciowy pan Miryc Apelsiner, siedząc kiedyś samotnie w sklepie, postanowił zakochać się. Ponieważ w głębi duszy był poetą, nie chodziło mu absolutnie o zdobycie na tej drodze kapitału obrotowego, chciał tylko wpuścić w mrok swego sklepu słoneczny promień uczucia”.
Można by było cytować, cytować i cytować. Wielkich autorów, wspaniałych gawędziarzy, cudownych myślicieli. Co z tego zostało? Człowiek, którego nazwiska nie ma nawet sposobu zapamiętać. Jakiś pętak, którego książka, zanim się ukazała została przeceniona o jedną czwartą, no i mamy to pierwsze zdanie. Pierwszych parę zdań.
Zanim jednak przejdziemy do tego, o czym ten tekst faktycznie jest, a więc do tych zdań, które wypełzły spod palców pisarza, chciałbym wspomnieć mojego kolegę Coryllusa, który całkiem niedawno napisał tak pięknie, że on pisanie książek traktuje tak strasznie poważnie przede wszystkim z tego powodu, że bardzo się boi sytuacji, kiedy jego dzieci kiedyś zapytają go, z czego on żyje, a on nie będzie im umiał odpowiedzieć. On wprawdzie już tego nie napisał, bo, jak sądzę to akurat było w jego wypadku całkowicie oczywiste, ale, jak się domyślam, chodziło też od początku o to, by te dzieci nie mogły postawić pytania: „Czemu te książki są tak kiepskie?” Ale tu nie tylko chodzi o tak zwaną godność. Pisanie to nie jest coś, co można potraktować jako jeszcze jedno zajęcie, które się albo sprzeda, albo nie. Pisanie to słowo, a słowo, to… nawet nie ma co wyjaśniać.
Otóż mój kumpel Coryllus wciąż powtarza, że cały ten rynek wydawniczy to zwykłe przewalanie budżetów. Że te tony książek w empikowych księgarniach to fikcja służąca interesom, o których istocie nawet nie mamy pojęcia. Wchodzimy do pierwszej lepszej księgarni – dziś to już wspomniany Empik, ewentualnie Madras, czy jak się to coś nazywa – i zostajemy przysypani tonami nikomu niepotrzebnego, przecenionego w pierwszym momencie, kiedy został zadrukowany, papieru. Tonami nazwisk i tytułów, które nigdy nic nikomu już nie powiedzą, bo raz, że na to sobie zwyczajnie nie zasłużyły, a dwa, że tu w ogóle nigdy nie chodziło o to, by cokolwiek komukolwiek powiedzieć. O co tu chodzi?
Byliśmy w tym EMPiK-u i znaleźliśmy jakąś książkę o starym Wilnie, ładnie wydaną, ze starymi zdjęciami, no i ją kupiliśmy. Ja jeszcze znalazłem DVD z koncertem Santany z Meksyku za – też przecena – niecałe dwie dychy. No i na samym wejściu, trafiliśmy na tego pisarza bez nazwiska. Wziąłem do ręki tę książkę, przeczytałem informację na ostatniej stronie okładki, no i w końcu otworzyłem na pierwszej stronie, i zacząłem czytać:
Śnieg. Ciągle śnieg. Nie taki śnieg, jak…
I takie tam, nawet bez pewności, że to co piszę, to dosłowny z tego cytat. Wchodzimy do Empiku, przy samym wejściu znajdujemy książkę autora bez twarzy, bez nazwiska i ten śnieg. Śnieg, śnieg, śnieg. A później reszta. Ciekawe, że nie znalazłem nigdzie Igora Janke o Orbanie. Możliwe, że interesujący nas egzemplarz akurat przebywał w studio Telewizji Republika jako dekoracja do krojenia cebuli.
P.S. Kiedy pani Toyahowa była dzieckiem, przez fanaberię swoich rodziców, uczyła się języka węgierskiego. Puściłem jej dziś, przede wszystkim ze względu na te cebulę, która – co wydawało się niemożliwe – pobija samego Macieja Kuronia, i ona mi powiedziała, że zupa rybna to nie „Halaszle”, ale „Holasle”. Nawet to. I tyle. „Wszystko tu stare. Stare są hycle od moralności socjalistycznej”.

Skoro doszliśmy tak daleko, nie pozostaje nic już innego, jak przypomnieć, że, jeśli ktoś lubi czytać, a ma serce i głowę otwartą, w księgarni u Coryllusa można kupić książki, gdzie każde jedno słowo zostało poczęte w autentycznym bólu. A to stanowi gwarancję, jakiej znaleźć nie sposób No a jeśli ktoś ma, proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.


niedziela, 30 czerwca 2013

Czy Bauman lubi kobiece pupy

Zgodnie z tradycją, przedstawiam kolejny felieton, jaki każdego piątku zamieszczam w "Warszawskiej Gazecie". Dziś o Baumanie. Mam nadzieję, że żadne słowo się nie zmarnowało. Jeśli ktoś się ze mną zgadza, bardzo proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Większość z nas może nie pamięta, jak to przed laty, jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie, szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahn został aresztowany w Nowym Jorku za gwałt na pokojówce. Sprawa przez pewien czas była popularna w mediach, potem została przykryta przez inne, ciekawsze wydarzenia, i dziś nie sądzę, by ktokolwiek z nas wiedział, co u tego Kahna słychać. O ile pamiętam, w pewnym momencie, gdy wiadomo było, że już po nim, Kahn odpalił pokojówce parę milionów, ta zgodziła się z tej okazji wycofać oskarżenie, i sprawa przyschła.
Chciałbym jednak przypomnieć pewien epizod, który też został wspomniany w mediach, a który miał miejsce między incydentem w hotelu, a wspomnianym przekupstwem, a więc w dniach, kiedy przyszłość Kahna była niepewna. Otóż Strauss-Kahn, nagle, jako znakomity przedstawiciel międzynarodowej gospodarki, wielki autorytet w kwestiach światowych finansów, no a przede wszystkim wybitny Europejczyk, został zaproszony do wygłoszenia wykładu uniwersytecie w Cambridge. I proszę sobie wyobrazić, że zapowiedziana wizyta do tego stopnia wzburzyła studentów, że około 150 z nich otoczyło budynek, w którym miało dojść do wykładu i, wznosząc wrogie okrzyki, uniemożliwiło Cohenowi wejście do środka. Nie wiem, co oni tam krzyczeli, nie wiem też, jak całe starcie wyglądało, i jak długo trwało, nie wiem też, czy doszło do interwencji policji, w każdym razie Kahn ostatecznie, tylnym wejściem, wlazł do środka, wykład wygłosił i zapewne swoje odebrał.
Ale wiem coś jeszcze. Reakcja studentów spotkała się z powszechnym zrozumieniem. Oczywiście, można zgadywać, że ci, którzy spotkanie zorganizowali, najchętniej tych studentów zakuliby w dyby, natomiast opinia publiczna była jednoznaczna. Dziennikarka dziennika „Guardian” Meera Patel w odredakcyjnym komentarzu napisała, że każdy z nas wręcz ma obowiązek protestować wobec traktowania Kahna, jak autorytet: „Moim zdaniem organizacje uczelniane mają obowiązek potępić wykładowcę tak obciążonego, jak Kahn”.
I proszę sobie wyobrazić, że jej nawet nie chodziło o zarzut gwałtu. Zdaniem Patel, Kahn powinien zostać z uczelni wyrzucony na zbity pysk niezależnie od tego, czy on tę pokojówkę ostatecznie zgwałcił, czy nie. Z punktu widzenia wymagań cywilizacyjnych, jego kompromituje choćby to, że w pewnym momencie, broniąc się przed odpowiedzialnością, stwierdził, że ponieważ pokojówka we wstępnej fazie swoich zeznań nie mówiła prawdy, nie powinna być traktowana, jako wiarygodny świadek.
Skąd oburzenie? Stąd, że Dominique Strauss-Kahn ma reputację notorycznego kobieciarza, że swoim zachowaniem i słowami uwłaczył godności kobiety, i że w obliczu takiego występku, nie liczą się jakiekolwiek zasługi.
Kiedy przyglądam się temu, co się dzieje wokół osoby niejakiego Baumana, i kiedy słucham pojawiających się tu i tam argumentów, myślę, że nam pozostaje już tylko poszperać w przeszłości i znaleźć ten jeden dzień, kiedy Bauman, kiedy nie był jeszcze autorytetem, ale zwykłym komunistycznym śmieciem, i klepnął w tyłek którąś z funkcjonariuszek, z którymi pracował. Niechby i naukowo.

piątek, 28 czerwca 2013

Pluskwa i cebulka, czyli o ukrytych talentach naszej prawicy

Nie wiem, czy to jest coś, co wciąż pamiętamy, czy może w natłoku najróżniejszych, starszych i nowszych, anegdot rozpłynęło się to wspomnienie wraz całym szeregiem innych, ja jednak pamiętam. Otóż był sobie za PRL-u taki dowcip: Przychodzi człowiek do restauracji i na talerzu, wśród ziemniaków, surówki i mięsa, znajduje zasuszoną pluskwę. Woła kelnera, kelner przychodzi, grzecznie się kłania, zdejmuje pluskwę z talerza, zjada ją, i z bezczelnie pewną siebie miną oświadcza: „Cebulka”.
Co się stało, że dziś akurat przypomniał mi się ten stary dowcip? Parę rzeczy. O jednej z nich – wbrew pozorom, wcale nie najbardziej dla nas istotnej – wspomniałem w notce zamieszczonej w Salonie24, a mam tu na myśli rozmowę, jaką dla tygodnika „Do Rzeczy” z Moniką Jaruzelską przeprowadził Rafał Ziemkiewicz. Mamy tu jednak z jednej strony tego Ziemkiewicza, a z drugiej – tak, tak – komunistyczną księżniczkę, i praktycznie wszystko jest jasne. Jasne w tym sensie, że nikt niczego nie udaje. Ziemkiewicz – prawicowy dziennikarz i legenda myśli konserwatywnej – zaprasza do rozmowy swoją dawną, szkolną miłość, Monikę Jaruzelską, córkę generała Jaruzelskiego i czołową gwiazdę popularnej kultury, i coś tam plotą, tak, by część publicznej opinii, którą nazywamy „prawicową”, uznała, że jedynym dla nas rozwiązaniem jest powszechna zgoda wokół tego, czym dla nas wszystkich jest Polska. To jednak, co wprawia mnie w nastrój, powiedziałbym, wyjątkowo ponury, to seria wydarzeń, które towarzyszą tej rozmowie niejako z boku, a które w pewnym sensie wręcz przebijają ją pod względem bezczelności wręcz modelowej. Bezczelności opisanej tak fantastycznie w owym starym dowcipie o cebulce.
Oto we wspomnianym Salonie24 znajduję notkę zamieszczoną przez Jarosława Gowina, który postanowił wreszcie się wyemancypować spod kurateli Donalda Tuska, ogłosił bardzo ambitne plany – o których w szczegółach, ze względu na szacunek do czytelnika, nie będę wspominał – i, zapewne w celu spopularyzowania owych planów wśród tak zwanej „internetową nędzy”, założył bloga w Salonie24. Oczywiście, nie pierwszy on i nie ostatni. Każdy, kto tu jest odrobinę dłużej, doskonale wie, jak ten przekręt działa. Pojawia się jakaś poważna okazja do załatwienia paru zaległych spraw, więc człowiek uderza w tak zwane „blogi”. Mieliśmy tu i Kazimierza Kutza, i Jarosława Kaczyńskiego, i Janusza Palikota, że już nie wspomnę o takiej nędzy, jak Zbigniew Girzyński. Ci czterej jednak, a z nimi jeszcze paru mniej istotnych, działali w czasie, kiedy ci bardziej może naiwni z nas wierzyli, że Internet to jest jakaś oferta, więc ich obecność tu mogła robić jakieś wrażenie. Dziś mamy tego Gowina, który przyłazi na te nasze blogi i z jak najbardziej poważną miną zaprasza nas do dyskusji, w której on sam oczywiście nawet przez krótką chwilę udziału brać zamiaru nie ma i nigdy nie miał. Nikt go oczywiście nie słucha, ale niemal w tym samym momencie pojawia się Igor Janke, i ogłasza koniec tradycyjnego dziennikarstwa, bo oto władzę przejmują blogerzy oraz politycy, tacy jak właśnie sam Jarosław Gowin. I on to pisze tak, jakby sądził, że dla nas cała ta sytuacja jest czymś nieskończenie poważnym.
Mamy więc tego Gowina, tuż za nim nadchodzi Igor Janke, a przecież nie sposób w tym kontekście zapomnieć o – również ledwo co wspomnianym przez mnie – Janie Pietrzaku. Tygodnik „Sieci” zamieszcza z Pietrzakiem wywiad, a całość zdobi najbardziej tandetnym, niemal jarmarcznym zdjęciem Pietrzaka z elektryczną gitarą i w wypasionych ray-banach – po ciężką, na Boga, cholerę! –zupełnie bezwstydnie przyznając, że zarówno gitara, jak i okulary, zostały wypożyczone z paru warszawskich sklepów na potrzeby sesji, a tym samym przyznając, że ani ów Pietrzak, ani cały ten przekaz nie jest w najmniejszym stopniu autentyczny; że to jest najbardziej tandetny przekręt przeprowadzony na potrzeby tych, których oni uważają za ostatnich durniów. A więc nas.
Ale jest jeszcze coś, co moim zdaniem jest już naprawdę groźne, choćby z tego względu, że się dzieje nie w owej skromniej przestrzeni między nami, a gazetą, czy ekranem komputera, ale zwyczajnie, na ulicy. Otóż w tym samym wydaniu tygodnika „Do rzeczy”, który zrelacjonował nam randkę po latach między Ziemkiewiczem, a Jaruzelską, jest tekst poświęcony postaci niejakiego Andrzeja Hadacza. Kim jest ów Hadacz? Otóż jest to, jak się okazuje, jeden z głównych, najbardziej radykalnych tak zwanych „obrońców krzyża”, który oto właśnie okazał się prowokatorem, opłacanym przez Janusza Palikota, jeśli nie przez kogoś stojącego znacznie jeszcze wyżej. Okazuje się, że to właśnie ów Hadacz, przez wiele miesięcy, czy już nawet lat, zjednywał sobie popularność wśród spragnionych prawdy Polaków zawołaniami w rodzaju: „rozliczyć tych skurwysynów”, „Tusk, albo Komorowski – w łeb”, czy wreszcie – przyznaję, że moje ulubione – „Jaruzelski powinien skończyć tak samo jak Ceausescu! Kula w łeb temu zbrodniarzowi! Dawać mi tego łobuza, mordercę!” I co my z tego wiemy? Dokładnie to samo, cośmy się właśnie dowiedzieli z rozmowy Ziemkiewicza z Jaruzelską, debiutu Jarosława Gowina w Salonie24, czy tekstu Igora Janke, w którym on nas informuje o tym, że to my przejmujemy władzę. To samo, co widzimy, jak się nam fantastycznie odbija w przepięknych ray-banach, które dla Jana Pietrzaka, bohatera naszej walki o sprawiedliwość wypożyczył redaktor Lisicki. Dokładnie to samo, co wypadło spod szarpanych palcami tego samego Jana Pietrzaka strun gitary, którą, podobnie jak te nieszczęsne ray-bany, a konto jeszcze jednego taniego grepsu dla nas, naiwnych patriotów, wyszarpał na parę godzin ów bohater naszej wiecznej walki.
O co chodzi? Otóż obawiam się – i temu dziś chciałem dać świadectwo – że jesteśmy manipulowani, jak nigdy dotąd. Z bezczelnością tak bezpośrednią, że ów stary peerelowsko-restauracyjny żart z pluskwą i cebulką jawi się nam, jako nie wart splunięcia bzdura. Ale jest w tym coś jeszcze znacznie gorszego. O ile wtedy, nie było takiej siły, by nam wcisnąć tę cebulkę, dziś do tego kłamstwa ustawiamy się wręcz w kolejkach. I niech no tylko ktoś się spróbuję wepchać przed nami!
Kiedy pisze się taki tekst, jak ten, a więc wypełniony czystą emocją, trudno jest się czasami zorientować, od którego momentu to, co się chciało powiedzieć na samym początku, jest jeszcze w wystarczający sposób przejrzyste. A zatem, jest całkiem możliwe, że kiedy zacząłem od tej pluskwy i cebulki, wszystko co pozostało z pierwszego wrażenia zostało skutecznie przykryte przez kolejną porcję tak zwanej polityki, reprezentowanej przez jakiegoś Lisickiego czy Gowina. W tej sytuacji, kto wie, czy zupełnie bez związku z tym, co tu się wydaje tak bez sensu sterczeć, chciałem powtórzyć po raz nie wiem już który, że zostaliśmy załatwieni równo i na czysto. A mnie pozostaje tylko urządzić konkurs pod hasłem: „Pluskwa czy cebulka”. Nagroda jest najskromniejsza ze wszystkich możliwych – czyste sumienie.

Wszystkim, którzy wspierają ten blog, czy to swoją obecnością, czy przez bardzo szczodre wpłaty na konto, bardzo dziękuję i zapewniam o swojej nieskończonej wdzięczności. Proszę nie odchodzić.

środa, 26 czerwca 2013

O prawicy w wypożyczonych ray-banach

Przyznam, że czuję się trochę niezręcznie, po raz kolejny już przychodząc tu jak ta cholerna Kasandra, ale przede wszystkim daję słowo, że nie mam wyjścia, widząc jak wszystko – dokładnie wszystko – wskazuje na to, że szykuje się ciężki, kto wie, czy nie najcięższy z dotychczasowych, przekręt, i to dosłownie w świetle reflektorów. Po drugie, byłoby mi jeszcze bardziej głupio, gdyby miało się okazać, że ja się tu niemal codziennie wymądrzam, a tu niemal z dnia na dzień okazuje się, że o najważniejszym nie powiedziałem; że najważniejsze przegapiłem; że coś, co w pewnym sensie kwestionuje całą naszą walkę, zlekceważyłem. Oczywiście jest możliwe, że nie mam racji; że to, co obserwuję wręcz z przerażeniem, to nie jest znak niczego specjalnie istotnego, a zaledwie dowód na to, że część z tak zwanych „naszych” z jakichś nieznanych nam powodów czuje, że się mogą nie załapać, i dostają histerii, która niekiedy może wyglądać jak szyderstwo. Może i tak jest, ja jednak przede wszystkim obawiam się jednak, że tym razem to się dzieje naprawdę, a poza tym, wolę dmuchać na zimne. To nigdy nie zaszkodziło.
Proszę więc sobie wyobrazić, że w najnowszym numerze tygodnika „Do Rzeczy”, który, co byśmy nie powiedzieli – zwłaszcza w ostatnich tygodniach – wciąż, jak by nie było, uchodzi za bardzo ważne pismo konserwatywnej prawicy, i który za jakoś tam zaprzyjaźniony uważa sam Jarosław Kaczyński, ukazał się wywiad, jaki z Moniką Jaruzelską – tak, tą samą Jaruzelską, która swego czasu popisywała się w TVN Style piękną skórzaną kurtką, którą „tatuś przywiózł w 1956 z Węgier” i jej, kiedy już była duża, podarował - przeprowadził Rafał Ziemkiewicz, o którym również można by wiele – zwłaszcza ostatnio – ale który wciąż to tu to tam uchodzi za główny autorytet po tej stronie politycznej sceny. Nie będę tu dokładnie omawiał tej niezwykłej rozmowy, natomiast powiem, jak do niej doszło, i bardzo ogólnie, na czym polega jej istota. Otóż z tego, co się zdążyłem zorientować, było tak, że Rafał Ziemkiewicz – od zawsze kumpel Jaruzelskiej – przeczytał książkę, jaką ta niedawno wydała, książka owa go tak zachwyciła, że napisał do niej na Twitterze, czy jakimś innym Facebooku, uściskał ją i poprosił, by do niego zadzwoniła. Jaruzelska się z Ziemkiewiczem skontaktowała, no i w wyniku tego spotkania po latach dostaliśmy ową, pięknie zilustrowaną przez „Do Rzeczy” sesją zdjęciową, rozmowę.
O czym ta rozmowa? Myślę, że więcej na ten temat napisze jutro mój kumpel Coryllus, z którym dziś sobie trochę w tej sprawie pogadaliśmy, ja dziś bardzo krótko i (nomen omen) do rzeczy. Otóż chodzi o to, że Ziemkiewicz i Jaruzelska chodzili najpierw do jednej klasy, później razem studiowali, i mimo różnic politycznych jakoś się tam zawsze szanowali. A więc ona w popularnej opinii oczywiście była komunistyczną księżniczką, on faszystowską świnią, ale oboje wiedzieli, że to tak do końca nie jest; że tak naprawdę w ogóle tak nie jest. Więcej. Oboje bardzo mocno czuli, że tak, Bogiem a prawdą, bycie czy to aniołem, czy zbirem to propagandowa fikcja wrzucana nam przez pilitykę. Weźmy takiego tatę Jaruzelskiej. Tak łatwo jest nam go oceniać, tymczasem, jeśli się dobrze zastanowić, to jest postać bardzo niejednoznaczna. Sam Ziemkiewicz przyznaje, że on kiedyś czytał jakiś stenogram z wystąpienia Jaruzelskiego, kiedy on „miotał gromy, że to zgnilizna, hańba, dno” pod adresem lokalnych komunistów, i był w tym naprawdę szczery. Albo popatrzmy na Urbana, o którym Jaruzelska mówi „Jerzy”. Niektórzy go nie lubią – może i słusznie, nie ma co wnikać – ale Jaruzelska na przykład bardzo się lubi z jego żoną – zupełnie tak samo, jak lubiła Marię Kaczyńską – i często u Urbanów bywa. No a poza tym, po co ta zapiekłość? Ona wie, że na Jerzego mówią „Goebbels stanu wojennego”, ale też wie, że na Ziemkiewicza mówią z kolei „Goebbels IV RP”. Komu to potrzebne?
Taka to jest rozmowa. Od początku do końca. Rozmowa dwojga przyjaciół, których los porzucił po obu stronach politycznej barykady, a oni, biedactwa, tam zostali ze swoją uczciwością i sercem, otoczeni przez ludzi tak samo dobrych i uczciwych, jak oni, tyle że zniszczonych przez politykę.
Co mnie w tej rozmowie najbardziej porusza? Oczywiście ani paplanie Jaruzelskiej, ani mądrości Ziemkiewicza. Prawdę powiedziawszy, to, co oni tam mówią nie ma najmniejszego znaczenia. To, co się liczy, to fakt, że do tego spotkania w ogóle doszło i że redakcja „Do Rzeczy” uznała za stosowne ją nam przedstawić z tą jedną sugestią: jeśli tylko zechcemy, możemy się wszyscy pogodzić. Tak jak pogodził się Terlikowski z Hołownią i z Wanat, a teraz Jaruzelska z Ziemkiewiczem. Bo jeśli tylko postaramy się zrozumieć wybory dokonane przez innych, wszystko już pójdzie prostą drogą. To co się liczy – po tym, jak Ziemkiewicz z Monika Jaruzelską ostatecznie się zgodzili co do tego, że nie ma co drzeć kotów nad naszymi wspólnymi grzechami – to fakt, że w tej chwili, jeśli w kolejnym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy” ukaże się rozmowa Terlikowskiego z żoną Jerzego Urbana o patriotyzmie i religii – w końcu Monika Jaruzelska im jest w stanie to bez problemu załatwić – będziemy mogli już tylko wzruszyć ramionami.
No i jest jeszcze coś – i tu już zmierzam do sedna. Dotychczasowy przebieg zdarzeń, moim zdaniem, wskazuje przede wszystkim na to, że Prawo i Sprawiedliwość przejmuje w Polsce władzę, niewykluczone, że z konstytucyjną większością. To po pierwsze. Po drugie, owo przejęcie władzy odbędzie się w sposób cywilizowany w tym sensie, że nikt nikogo nie będzie dręczył. Do dwa. Trzecia kwestia natomiast jest taka, że będziemy ciąć po skrzydłach, a do skrzydeł zostaną zaliczeni ci, którzy nie zechcą się pogodzić. A zatem prawdziwi komuniści i prawdziwi faszyści. A ponieważ, co, jak właśnie zostało nam to pięknie pokazane przez Monikę Jaruzelską i Rafała Ziemkiewicza, nawet ktoś taki, jak Wojciech Jaruzelski tak naprawdę komunistą nigdy nie był, pozostają tylko faszyści. A więc my.
Powinienem jakoś zakończyć te refleksje, i daję słowo, że nie wiem jak. Może więc zajrzyjmy do drugiego, bardzo nam bliskiego tygodnika o prawicowo-konserwatywnym obliczu, a tam na samej już okładce anonsowany jest wywiad już ani nie z Monika Jaruzelską, ani z żoną Urbana, ani ze Stanisławem Kanią, ani nawet z Czesławem Kiszczakiem, ale z samym Janem Pietrzakiem. Mamy więc tego Pietrzaka w pełnej okazałości, na tle wielkiego białego orła, w wypasionych ray-banach i z równie wypasioną, super fantazyjnie wymodelowaną, elektryczną gitarą, na której palce jego lewej ręki łapią odpowiedni chwyt, a palce drugiej pokazują znak zwycięstwa, i tytuł: „Polska będzie Polską wbrew Tuskowi”. Jak kto jest zainteresowany, może zajrzeć do samej rozmowy, i tam zobaczy Pietrzaka raz jeszcze, tyle że już bez znaku wiktorii, ale za to w pełnej pozie gitarzysty… i informację: „Podziękowania dla Salonu Muzycznego RIFF (pl. Konstytucji 5 w W-wie) za wypożyczenie gitary marki B.C. Rich Warlock oraz dla salonu Optique (pl. Trzech Krzyży 18 w W-wie) za wypożyczenie okularów marki Ray-Ban Aviator”.
Ci przynajmniej nie ukrywają, że jadą na pożyczonym. I tym optymistycznym akcentem zamknę ten dzień.

Jakoś ciągniemy, ale nie ulega wątpliwości, że tylko dzięki Waszemu wsparciu. Bez niego, nie ma nic. Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziekuję

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Przyszedł człowiek z koniem i chce nam poopowiadać o Polsce

Przyznam szczerze, że poprzedni tekst o Mai, która z tak skandalicznym uporem uczepiła się życia, że w pewnym momencie została z nią tylko jej mama i sam Pan Bóg, jest dla mnie tak ważny, że nie bardzo mi się chce go zastępować czymkolwiek innym, ale raz, że widzę aż nazbyt wyraźnie, że moje emocje są w dość jednoznacznej mniejszości, a dwa, że sprawy i tak biegną swoim własnym porządkiem i trudno sterczeć wciąż w jednym miejscu. W tej sytuacji, z jednodniowym opóźnieniem, przedstawiam swój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że się spodoba.

Kiedy wydawałoby się, że nasze wspólne doświadczenia są wystarczająco jednoznaczne, byśmy przestali ulegać złudzeniu, że słowa „Polska”, „prawica”, „wolność”, gwarantują cokolwiek innego, jak pewność, że ktoś nas chce wystawić do wiatru, i to w sposób najbardziej brutalny, bo wykorzystujący naszą naiwną wiarę, co chwilę musimy trafiać na kogoś, kto nam tłumaczy, że „nie ma wroga na prawicy”. Co najmniej od 1989 roku, a jak idzie o ludzi jeszcze bardziej czujnych i przezornych od nas, znacznie dłużej, nie ma praktycznie dnia, byśmy nie mogli się przekonać osobiście, wręcz na własnej skórze, w jaki sposób System regularnie okręca sobie nas wokół swojego brudnego palucha, podsuwając nam kolejne, „prawicowe”, jak jasna cholera, propozycje, które my łykamy, jak dzieci we mgle, i wciąż powtarzamy, że najgorsze, co nas może spotkać, to wewnętrzne kłótnie. Bo przecież „nie ma wroga na prawicy”.
W najświeższym numerze „Warszawskiej Gazety” znajdujemy dwa obszerne artykuły poświęcone udowadnianiu owej absurdalnej tezy, pierwszy Rekontry, gdzie od razu na pierwszej stronie dostajemy w łeb argumentem, że nie trzeba przecież „bać się inicjatywy ludzi, których łączy miłość do ojczyzny”, a nieco głębiej, Mirosław Kokoszkiewicz bierze nas pod włos czymś co już stanowi oczywisty szantaż. Okazuje się bowiem, że każdy z nas, kto boi się raptownego – co ciekawe, pojawiającego się regularnie przed każdymi kolejnymi wyborami – mnożenia prawicowych ofert, faktycznie wspiera „ducha wyłączności”, tak dobrze nam znanego z ulicy Czerskiej w Warszawie.
Kokoszkiewicz akurat, w ogóle, jak idzie o wymiar retoryczny swojej refleksji, bije wszelkie rekordy, a jednocześnie, w owym zauroczeniu własnym głosem, sam sobie skutecznie zaprzecza. Przysłuchajmy się co on ogłasza: „Właśnie jednego frontu i jednej wielkiej masowej ofensywy boją się zdrajcy i wrogowie Polski, więc będą dążyć do skłócenia, jątrzenia i dzielenia”. Przepraszam Kolegę bardzo, ale czy tu przypadkiem nie chodziło mu o niedawne słowa Rafała Ziemkiewicza, który najbardziej jednoznacznie jak tylko można było, zasugerował, że Jarosław Kaczyński i Adam Michnik wywodzą się z jednego wspólnego układu i że jego i jego kumpli narodowców ambicją jest stworzenie oferty, która w sposób pełniejszy będzie reprezentowała autentyczną polską prawicę?
Jak napisałem wcześniej, całe nasze doświadczenie minionych dwudziestu kilku już lat każe nam od rana do nocy pamiętać, że źli ludzie przede wszystkim nie próżnują, a poza tym – chociaż nie tak głupi, jak się nam wydaje – naprawdę nie są tacy mądrzy, by umieć wymyślić coś naprawdę nowego, jak idzie o to, co od zarania dziejów nosi nazwę prowokacji.
Dziś wpychają się nam do naszego domu z kolejnym koniem trojańskim i swoimi śliskimi głosami opowiadają nam, jakie to nam ciekawe patriotyczne historie przywieźli. A kiedy my mówimy im, żeby sobie tego konia wsadzili w tyłek, przychodzą Kokoszkiewicz z Rekontrą i tłumacza nam, jacy jesteśmy brzydcy, i że nam tylko zwady w głowie.

Domyślam się, że okres wakacyjny stawia przed większością z nas dodatkowe finansowe wyzwania, co w połączeniu z faktem, że w ogóle przez ostatnie lata zrobiło się raczej cieżko, niż lekko, pozostawia nam bardzo niewielkie pore manewru. Niemniej, jeśli ktoś czuje się w miarę bezpiecznie, a lubi tu spędzać czas, bardzo proszę o wsparcie pod podanym obok umerem konta. Dziękuję.

sobota, 22 czerwca 2013

O życiu nieznośnie uporczywym

Oryginalny plan był taki, by historię – jeśli ktoś myśli, że już całą, myli się bardzo – opisać w dniu, kiedy moja córka mi na nią zwróciła uwagę i mi ją pięknie opowiedziała, jednak, ze względów, które staną się jasne w miarę zapoznawania się z kolejnymi szczegółami, pomyślałem, że się z tym wstrzymam aż do dziś. Czy to akurat jest moment właściwy? Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak.
Proszę posłuchać. Oto wiosna roku 2009 i oto Maja:


Pewnego dnia czteroletnia wówczas jeszcze Maja straciła ochotę do jedzenia, narzekała, że boli ją ręka, przestała się bawić i praktycznie przestała wstawać z łóżka. Po pewnym czasie ręka boleć przestała, natomiast pojawił się katar i gorączka. Ale i to po jakimś czasie minęło, za to na którymś ze spacerów, na idealnie prostej drodze, Maja potknęła się i zwichnęła nogę. Noga się wyleczyła i przez dwa tygodnie dziewczynka miała spokój, tyle że po owych dwóch tygodniach, noga znów zaczęła boleć, do tego pojawiła się jakaś paskudna wysypka, no i znów wróciła gorączka.
Rodzice Mai postanowili już nie ograniczać się do zwykłych lekarskich wizyt, lecz zawieźli córeczkę do szpitala. Tam zrobiono Mai szereg badań, stwierdzono stan zapalny tkanek miękkich, wybroczyny, a w końcu, po badaniu krwi, postawiono ostateczną diagnozę – ostra białaczka limfoblastyczna. Podczas szczegółowych badań wykryto 55% komórek nowotworowych w szpiku, zapowiedziano leczenie na następne 2 lata, chemioterapię, może przeszczep, transfuzje krwi, i przekazano wiadomość, że istnieje szansa na przeżycie”.
Jeszcze w maju, zanim rozpoczęto chemioterapię, Maja nagle zaczęła umierać. Dziewczynka była nieprzytomna, nie było z nią żadnego kontaktu, nie otwierała oczu, nie ruszała się. Ponieważ ciśnienie miała bardzo wysokie, lekarze podejrzewali udar i wylew krwi do mózgu, jednak po kolejnych badaniach okazało się, że to wprawdzie nie to, jednak że stan dziewczynki jest tak zły, że śmierć nastąpić może w każdej chwili. Jednak to był dopiero początek lata roku 2009, i choroba Mai dopiero się zaczynała.
Rozpoczęła się chemioterapia, która trwała aż do sierpnia 2011 roku. Jeśli zajrzymy na prowadzony od początku przez mamę Mai blog mamy, widzimy, ze w tym czasie były chwile naprawdę dobre. Można obejrzeć sobie robione w tamtym czasie zdjęcia dziewczynki, widzimy, jak się śmieje, tańczy. Niestety z powodu owej chemii Maja wciąż cierpiała na różnego rodzaju choroby, które systematycznie niszczyły jej organizm. W dodatku, 3 miesiące po zakończeniu terapii nastąpił nawrót białaczki. Jest listopad 2011 roku. Kolejne leczenie, dziewczynka zaczęła otrzymywać cała serię sterydów. Któregoś dnia przestała ruszać ręką i palcami. Otrzymała skierowanie na przeszczep szpiku kostnego.
Stwierdzono u Mai porażenie nerwu w ręce, a jakby tego było mało, od podawanych sterydów i innych leków, zaczęło jej się psuć serce. Rozpoczęto kolejną chemioterapię. Okazało się, że Maja cierpi na tak zwane „zakażenie Browiaka”, chorobę tak samo groźną jak groźnie brzmi jej nazwa. Kolejne transfuzje płytek krwi. Dziecko, w wyniku wieloletniej już chemioterapii, ma poparzone jelita. Był z nią słaby kontakt, była bardzo chora.
W styczniu 2012, aby przeżyć, dziewczynka otrzymała wyjątkowo ciężką dawkę chemii, która całkowicie zniszczyła jej szpik kostny. Była już bardzo słaba i, jak to określiła jej mama, „wyzerowana”. Znowu stan krytyczny i z godziny na godzinę coraz bliżej i bliżej śmierci. Luty, to transfuzja za transfuzją, tymczasem Maja doznała całkowitego paraliżu, od głowy do stóp. Jeśli ktoś pyta w tym momencie o ból, morfina przestała pomagać. 17 lutego miała mieć kolejny przeszczep szpiku kostnego, ale ponieważ wystąpiły jakieś nowe, przedziwne objawy, lekarze zdecydowali zabieg przełożyć. Sparaliżowane dziecko w kompletnej histerii wrzeszczy z bólu.
Oddajmy głos Mamie:
21.02.2012. Stan Majeczki z godziny na godziną się pogarsza. Powróciło czucie po prawej stronie ciała, lewa strona ciała została nadal w paraliżu. Podłączenie do tlenu, bo saturacja gwałtownie spadła. Nasi lekarze bezradni. Płytki krwi 4 tys, krew płynie z nosa. Straszny ból głowy, oczu, szyi i uszu. Maja ryczy z bólu i jest uciszana przez pielęgniarkę, bo pobudzi inne dzieci. Jest krytycznie, poinformowano nas, że to może być koniec naszej walki”.
Tymczasem u Mai stwierdzają krwiak w mózgu. Konieczna jest natychmiastowa operacja. Niestety, z powodu stanu zdrowia Mai, zabieg nie wchodzi w grę. Ale oto nagle staje się cud, i stan dziewczynki ulega poprawie na tyle, że lekarze przeprowadzają operację. Stan dziewczynki jest wciąż bardzo zły, dziecko ma ciągłe wodniste biegunki, lewa strona ciała jest nadal sparaliżowana, a lekarze nie są już w stanie niczego przewidzieć. Rodzice zgadzają się na eksperymentalny przeszczep komórek macierzystych mezynchemalnych ze sznura pępowinowego z Polskiego Banku Komórek macierzystych z Warszawy.
Jest kwiecień 2012 roku. Stan Mai dramatyczny. Dziewczynka wciąż krzyczy z bólu, a lekarze nie są w stanie przewidzieć, jak długo jeszcze będzie żyła. Tymczasem u Mai pojawiają się kolejne choroby, w tym całą kupę nieznanych wirusów i grzybów, które następnie mijają, ustępując miejsca nowym, i tak w kółko. Lekarze nieustannie podają jej całe mnóstwo leków, sterydów, wykonywane są nieustanne punkcje szpiku, ponieważ od zakończeni operacji krwiaka, rana na głowie nie chce się goić, z głowy wystają dreny odprowadzające wciąż wyciekający płyn mózgowy.
Czerwiec 2012. Maja w stanie ciężkiej depresji. Z powodu ciągłego wbijania igieł dziewczynka ma zmasakrowane pachwiny. Dodatkowo, w wyniku osteoporozy, nastąpiło pęknięcie kręgosłupa. Organizm zostaje opanowany przez wirus cytomegalii. Po rehabilitacji, Maja zaczyna raczkować.
W styczniu 2013 roku kardiolodzy stwierdzają trwałe uszkodzenie serca. W marcu zwłóknienie wątroby. W kwietniu powraca sepsa i znowu mamy groźbę śmierci. Stan dziecka fatalny.Na blogu mama relacjonuje, że tkanki Mai są „jak sito”, wszystkie płyny i krew przeciekają. Dwa razy dziennie lekarze robią jej transfuzję, jednak nowa krew natychmiast się wylewa. Maja jest w stanie śpiączki, nie ma z nią kontaktu, ale mama czyta jej książki i wciąż do niej mówi, tak na wszelki wypadek. W kwietniu lekarze informują, że gorzej już być nie może. Maja, w obawie przed ustaniem akcji serca, utrzymywana jest w śpiączce farmakologicznej. Ciekawe, że Mama zauważa, że, kiedy wchodzi do pokoju i zaczyna do niej mówić, alarm zaczyna piszczeć, co oznacza, że Maja czuje jej obecność.
Lekarze powoli zaczęli jej zmniejszać leki usypiające, powoli wybudzając dziewczynkę. Maja zaczyna się ruszać, tyle że to powoduje pogorszenie stanu. Serce nie potrafi bić samo, w płucach jest krew, lub woda. W organizmie nieustanne stany zapalne, powodujące ryzyko śmierci, jednak ponieważ nie ma sposobu określenia źródła zapalenia, lekarze zaczynają mówić, że nic już nie są w stanie zrobić i że w tej chwili można już tylko czekać.
W maju dziewczynka znowu zaczyna umierać. Brzuch ma napompowany tak, że nie widać pępka. Organizm jest całkowicie zagrzybiony. Płuca w bardzo złym stanie, ciągła sepsa.
I nagle okazuje się, że grzybica ustąpiła całkowicie. Wszystkie posiewy z krwi ujemne, co oznacza, że nie ma w krwi ani grzyba ani bakterii.
Maja ma jednak bardzo uszkodzone serce. Lekarze twierdzą, że stan jest nieodwracalny i że po odłączeniu dziecka od respiratora, dziewczynka nie da rady sama oddychać. Tyle że nawet z respiratorem, nie sposób powiedzieć, jak długo serce dziewczynki będzie jeszcze bić. Lekarze twierdzą, że mamy do czynienia z terapią uciążliwą i proponują odłączenie od respiratora. Jednak Maja już się rusza, nie jest już tak opuchnięta i wygląda zdrowiej. W czerwcu lekarze wyciągają jej rurkę z krtani, Maja zaczyna trochę mówić, zaczyna jeść.
Potrzebny jest drugi przeszczep szpiku. Dawca jest, ale ponieważ Maja nie ma już własnej hemoglobiny i płytek krwi, zabieg jest niewykonalny.
Maja nagle zaczyna tracić wzrok, odróżniać kolory, lekarze mówią, że jest to wynikiem porażenia nerwu wzrokowego i że proces jest nieodwracalny. Znowu pojawia się sugestia dotycząca terapii uporczywej.
Zajrzyjmy na blog mamy Mai:„Powoli do mnie dociera, że leczenie Mai staje się leczeniem uciążliwym, a to teraz to przypomina przedłużanie agonii. Maja tak bardzo chce żyć, tak się stara, nawet nie przyznała się nam, że nie widzi. Bardzo się starałam, tak chciałam pomóc, ale los jest okrutny i naszego światełka w tunelu nadal nie widać. Chyba nam już nie można pomóc, ale za wszystko dziękujemy. Podczas całego leczenia Mai, doświadczyliśmy kilku cudów, inaczej tego nie można nazwać ani wytłumaczyć, ale teraz po prostu potrzebujemy natychmiastowego cudownego uzdrowienia. Miałam wielkie nadzieję na ten drugi przeszczep, że pomoże, wyobraziłam sobie, że wszystkie nasze problemy znikną jak za machnięciem cudowną różdżką. Chyba patrzyłam przez różowe okulary. Maja już nie chodzi, mamy uszkodzone serce, osteoporozę, po pęknięciu kręgosłupa, a teraz jeszcze utrata wzroku. A Majeczka nadal chce żyć, walczy i nie może zrozumieć co się dzieje i bardzo się boi i zaczęła zadawać trudne pytania: dlaczego ja?
Ja się dziś rozkleiłam”.
Maja przestaje rozumieć, co się do niej mówi, nie widzi, nie słyszy, nie umie myśleć, liczyć, tępo patrzy w ścianę. Lekarze dochodzą do wniosku, że został zaatakowany mózg. Maja drży, jakby za chwilę miała umrzeć. A ona żyje. Lekarze mówią, że to, iż Maja żyje, to nie ich zasługa, i że jeszcze nie widzieli, żeby ktoś w tym stanie jeszcze żył.
Posłuchajmy Mamy raz jeszcze:
Lekarz powiedział, że jesteśmy cudem i jeżeli modliliśmy się do Jana Pawła to mamy to zgłosić do Rzymu. Ja nie jestem żarliwą katoliczką, a moje modlitwy zawsze są do Jezusa i od 2 lat proszę o wstawiennictwo Ojca Pio, rzadko Jana Pawła II. Ale nie sądzę, aby jakiekolwiek moje modlitwy były wysłuchane, to nie moja zasługa, to modlitwy któregoś z Państwa są wysłuchiwane. Bardzo dziękujemy za każdą modlitwę o zdrowie Mai.
Wczoraj wieczorem przyszła neurolog i diagnoza: Maja jest w bardzo dobrej formie i jej stan nie jest z powodów neurologicznych i że należy jej organizm wypłukać z wszystkich leków, które mogły jeszcze pozostać po OITD, więc lecą wory kroplówek nawadniających
Maja już nie ma raka, żadnych wirusów, grzybów ani bakterii, ale jest bardzo chora i ledwo żyje z powodu powikłań i efektów ubocznych leków. Nie może siedzieć. Mama znów zaczyna się martwić, że skazuje ją na męki przez to, że nie chce jej odłączyć od aparatury. Ale nagle wszystko się poprawia. Maja zaczyna lepiej widzieć, myśleć logicznie, mówić, jeść, po raz pierwszy siada. Serce pracuje znacznie lepiej. W końcu lekarze postanawiają odłączyć Maję od respiratora.
Najnowszy wpis:
Gdy byliśmy na OITD Maja była w stanie krytycznym, mogła umrzeć w każdej chwili. Pytałam się lekarzy czy jest lepiej, ale nie dostawałam nadziei. Wtedy mówiłam, ale nie jest gorzej i odpowiedź była: nie jest gorzej. I to musiało mi wystarczyć, aby się pocieszyć, choć wiedziałam, że w jej przypadku gorzej oznacza tylko śmierć. Maja została wyprowadzona z wszystkiego, co najgorsze, było bardzo ciężko, ja nie będę tego opisywać, bo to się nie da opisać i nie do tego zmierzam. Lekarze się starali, choć przypadek beznadziejny, słuchali hematologów i Maja wróciła na hematologię. Gdy byliśmy na OITD, moim marzeniem było tylko jedno: jeszcze nie teraz, jeszcze nie, jeszcze przed Mają jest szansa, jeszcze musimy spróbować, jeszcze czeka ją drugi przeszczep, jeszcze ma szansę na życie. Nie udało się odłączenie Mai od respiratora za pierwszym razem, wtedy mówiłam spróbujemy za drugim, bo Mai za pierwszym razem się nic jakoś nie udaje. Lekarze mówili, że nie wiadomo czy uda się za drugim razem i czy w ogóle będą mieli okazję, była powoli przygotowana i w inny sposób redukowane leki i się udało. Wtedy marzeniem było, aby Maja tu kiedyś wróciła nie jako pacjent, ale jako okaz zdrowia z własnymi płytkami krwi i na własnych nogach i żeby lekarze na własne oczy ujrzeli, że dzieci z hematologii mają szansę, mimo że ich wyniki są tragiczne i że te dzieci to najdzielniejsi wojownicy i że starania lekarzy nie idą na marne i za dają szanse na dalsze leczenie i w efekcie wyzdrowienie. Gdy tylko jedziemy do innego szpitala niż hematologia lekarze są zdziwieni tak bardzo złymi wynikami morfologii i wydaje mi się, że patrzą na nas jak na chodzące zombie. Tak samo było dwa lata temu, gdy Maja, właśnie skończyliśmy chemię podtrzymującą i robiliśmy kontrolę nad morzem na wyjeździe i uprzedzaliśmy panią z laboratorium, że Maja ma białaczkę, że wyniki będą złe tzn. poniżej normy i że u nas to normalne. Ale Pani z laboratorium i tak wystraszona zadzwoniła mówiąc, że wyniki są złe i mimo że była uprzedzona to tak złych wyników morfologii jeszcze nie widziała i była w szoku.
Będąc na OITD moim marzeniem było zabrać ją na spacer, chciałabym aby pobyła jeszcze w domu. To marzenie może się wydać każdemu śmieszne, ale nie wtedy i nie w tamtej sytuacji, to był szczyt marzeń. Wtedy dni mijały tak wolno, a każdy dzień był gorszy od poprzedniego. Teraz jedno moje marzenie się spełniło i wydaje mi się, że to nastąpiło bardzo szybko. Dziś Maja mogła być 4 godziny na spacerze. Pojechaliśmy do parku i na pergolę z fontanną. Ale wciąż wydaje mi się, że Maja czeka na ten przeszczep, bo ma złe wyniki krwi. Poza tym ciągle nie za dobrze widzi. Nie może chodzić, ale może siedzieć bez oparcia”.

Powyższy tekst został oparty na informacjach pochodzących z blogu mamy Mai, do obejrzenia na stronie http://ksiezniczka-maja.blogspot.com/, tak jak mi je zrelacjonowała moja córka. Bardzo jej za to dziękuję. Jedyny komentarz, na jaki mnie stać, to być może tylko tytuł tej notki.

piątek, 21 czerwca 2013

O honorze w opakowaniu zastępczym

Ponieważ do niespodziewanych, pojawiających się wręcz z dnia na dzień, akcji medialnych mam stosunek bardzo podejrzany, nie za bardzo widzę potrzebę komentowania filmu, jaki Niemcy nakręcili na temat swojej nie tak dawnej przeszłości, a przy okazji, polskiej, w wytyczanym przez nią zakresie, za nią współodpowiedzialności. Powiem coś jeszcze. Ponieważ mianowicie mam bardzo wyczulony nos na wszelkie prowokacje, z którejkolwiek strony by one nie nadchodziły, ani nie przyszło mi do głowy, by zwracać uwagę na jakiekolwiek komentarze dotyczące tematu, a już tym bardziej oglądania samego filmu. Tyle wszystkiego, że to tu to tam dotarły do mnie strzępki jakichś rozmów, z których się dowiedziałem, że film jest naprawdę bardzo dobry, no i że niestety stanowi bardzo oczywisty fragment stałej antypolskiej propagandy w wydaniu niemieckim.
No i trafiłem na coś jeszcze, czego akurat bez komentarza już pozostawić nie mogłem. Otóż jeden z moich ulubionych dziennikarzy Piotr Semka zaproponował, byśmy my, w reakcji na niemiecką propagandową agresję, wyeksportowali do Niemiec, a pewnie i jeszcze dalej, nasz „Czas Honoru”… Ooops!
Gdyby ktoś nie wiedział, „Czas Honoru” to jest polski telewizyjny serial, który, podobnie zresztą jak niemal każda kolejna krajowa filmowa produkcja, jeszcze zanim powstał, został ogłoszony wydarzeniem, i który natychmiast jedynie potwierdził kompletny upadek naszej kinematografii. Przyznaję, że miałem okazję obejrzeć jeden odcinek tego filmu, i byłem autentycznie wstrząśnięty. Tam nie było jednej sceny, którą można by było znieść bez oburzenia. To było coś tak upiornego, że nie pomogło nawet to, kiedy nagle zauważyłem, że autorzy filmu w roli najbardziej czarnego charakteru postanowili obsadzić podobno dziennikarza – ostatnio nawet obdarowanego specjalnym wyróżnieniem przez prezydenta Komorowskiego – niejakiego Kozyrę.
I nagle okazuje się, że oto pojawia się propozycja – składana jak najbardziej poważnie – byśmy ruszali na wojnę ze szwabską zarazą, uzbrojeni w film „Czas Honoru”. Każdy z nas, kto ma jako taki kontakt z polską kinematografią, z tym całym gównem, poczynając od kolejnej komedii o dupczeniu, a kończąc na dramatach o spauperyzowanych nauczycielach i skorumpowanych policjantach, w tym momencie prawdopodobnie zaledwie wzruszy ramionami, i być może wykrzywi usta w ironicznym uśmiechu. Moim zdaniem jednak sprawa jest jak najbardziej poważna. Powiedziałbym wręcz, że poważna w sposób szczególny. Oto Niemcy produkują film – jak głosi dość powszechna opinia, naprawdę bardzo dobry – którego jedynym zamierzeniem jest pokazać, z jednej strony, że taka wojna to naprawdę psychologicznie ciężkie wyzwanie, a z drugiej, że ci Polacy to jednak była banda skurwysynów, a my na to albo unosimy się oburzeniem i piszemy listy protestacyjne, albo – a to akurat w przypadku zachowań nieco bardziej rozumnych – proponujemy zaatakować tą samą bronią. W naszym wypadku, polską kinematografią.
Przepraszam bardzo, ale to jest coś tak upiornego, że, z jednej strony, aż mi odbiera mowę, a z drugiej, czucie w palcach. Niemcy kręcą film, który już dziś podobno jest sprzedany do Stanów – a skoro do Stanów, to, jak wiemy, pewnie wszędzie – gdzie Polacy są pokazani w kontekście II Wojny Światowej, jako banda zdziczałej hołoty, a my na to mówimy: „Pokażmy im ‘Czas Honoru’ z Kozyrą, jako złym esesmanem, to Szwabom pójdzie w pięty, a świat się opamięta”.
Nieco wyżej napisałem, że w całej tej akcji obrony naszego honoru przed kłamstwem i pomówieniem, musi chodzić o coś na tyle brudnego, że ja osobiście wolę się od tego trzymać jak najdalej. Ktoś się być może zainteresuje tym, cóż to może być takiego, czym źli ludzie chcą nam zrobić wodę z mózgu, proszę więc pozwolić mi na parę jeszcze słów refleksji.
Rzecz bowiem w tym, że, z punktu widzenia tak zwanego mainstreamu, Polska, zarówno jako coś cudownie realnego, jak też i zaledwie pewien symbol, to coś, czym sobie nie należy w ogóle zaprzątać głowy, o ile akurat nie chodzi o to, by się spodobać tak zwanym „dużym graczom”. Oczywiście, na tak zwanej „arenie”. Ile razy pojawiają się nieśmiałe apele o to, by się może zacząć wreszcie szanować, bo dzisiejszy świat jest tak skonstruowany, że tak naprawdę poza tym szacunkiem nie ma nic, słyszymy, że mamy się zamknąć, bo nie ma nic gorszego, jak brak świadomości miejsca, które nam przysługuje.
I w tej oto sytuacji Piotr Semka proponuje, byśmy wyeksportowali do Niemiec nasz film „Czas Honoru”. Osobiście nie wierzę, żeby, z jednej strony, ktokolwiek zadał sobie trud, żeby to coś wystawić w jakiejkolwiek ofercie, a tym bardziej, żeby ktoś za to chciał zapłacić choćby uprzejmym skinieniem głowy, jednak przede wszystkim obawiam się, że po obejrzeniu pierwszych dwóch minut tego czegoś, każdy, nawet najbardziej przyjaźnie nastawiony do Polski mieszkaniec Kolonii, czy Frankfurtu, pierwsze, co pomyśli, to albo żeby wyjść na miasto i napić się piwa, albo odrobić jakieś zaległości. No ale dobrodusznie załóżmy, że owa ciekawość świata przeważy, i ktoś się autentycznie zaprze. Co więc ten ktoś zobaczy? Stan umysłu pana reżysera, pana scenarzysty, pana producenta, i wreszcie pana aktora, a więc coś, gdzie dla Polski, jako Polski, miejsca zwyczajnie nie ma. Gdzie Polska, jeśli nagle z jakiegoś niezbadanego powodu się pojawia, to wyłącznie, jako podłe, zakłamane alibi. Na okoliczność jakichś przelotnych zawirowań w tak zwanym przekazie. Dlaczego tak? Ależ to jest wszystko bardzo proste, i ja akurat ostatnio na ten przekręt zwracam uwagę. Będą nas próbowali wziąć na miłość do Ojczyzny. Dziękuję bardzo, ale przy tym stanie rzeczy, proszę mnie w to nie mieszać.

Serdecznie proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Każdy gest pozwala nam się zblizyć do końca tego okropnego czasu. Dziękuję.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...