poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Jak się nazywa ta zaraza?


Już wkrótce ukaże się kolejne wydanie tygodnika „Warszawska Gazeta” z moim nowym felietonem, a tymczasem wszystkich tych, co z dowolnych powodów do tego fantastycznego pisma dostępu nie mają, zachęcam do czytania mojego ostatniego tekstu.     


      Temperatura tak zwanego politycznego sporu, a w rzeczywistości najbardziej klasycznego sporu cywilizacyjnego, jakiego jesteśmy niemymi świadkami od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość objęło w kraju władzę nie spada, a wręcz przeciwnie, wydaje się, że zmieniła się w ciężką gorączkę, która miejscami przechodzi w zwyczajne majaczenie. Wszyscy pamiętamy czasy, gdy bywało naprawdę ciężko, choćby w latach 2005-2007, czy w miesiącach bezpośrednio po Smoleńskiej Katastrofie, jednak tego co się wyprawia dziś, wydaje się, że ludzkie oko dotychczas nie widziało, a ucho nie słyszało. Pisarka Nurowska publicznie ogłasza, że ulepiła sobie laleczkę voodoo symbolizująca posła Piotrowicza i wbija w nią szpilki modląc się dla niego o szybki i ostateczny wylew, reżyser Holland przyznaje, że ona w młodości w ten sposób zamordowała dwie osoby, filozof Środa opowiada o swoim uczestnictwie w sabatach czarownic, a na deser, gitarzysta i piosenkarz estradowy Hołdys informuje, że on ze swoja rodziną rozmawia wyłącznie przez „szyfrowany telefon”. Mało tego, wspomniana wcześniej prof. Środa opowiada jak to towarzysząc umierającej piosenkarce Korze w jej ostatnim tchnieniu rozpaliła przed jej domem „szamańskie” ognisko w nadziei, że jej przyjaciółka nawet jeśli umrze, to nie umrze.
       Poza tym, to co zawsze, czyli grupki oszalałych z rozpaczy nad deptaną Konstytucją mieszkańców Warszawy kierujący najbardziej wulgarne bluzgi w stronę ochraniających publiczną przestrzeń polcjantów, kandydat Trzaskowski deklarujący, że jako nowy prezydent Stolicy jako swój podstawowy cel przyjmie pozbawienie władzy Prawo i Sprawiedliwość, no i Komisja Europejska szykująca się do zadania ostatecznego ciosu faszyzmowi.
       A ja już się tylko zastanawiam dlaczego rząd polski nie wpadł jeszcze na pomysł, by ruszyć z ogólnopolską kampania billboardową, na którym będzie jeden tylko tekst:
       Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć. [Paweł Śpiewak 2011]”
      Ktoś powie, że ja sobie stroję żarty. Że to niemożliwe, żeby kto jak kto, ale Paweł Śpiewak powiedział coś podobnego. To musi być jakiś fejk. Otóż nie. Te słowa, wobec nadchodzących wyborów, zostały wypowiedziane przez Śpiewaka w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” w roku 2011 i można powiedzieć, że on wszystko znakomicie przewidział.To się autentycznie dało przeżyć, o czym świadczy fakt, że w końcu daliśmy im w kość. I to jak!
      Tylko skąd nagle to oburzenie? To musi być jakaś egzotyczna zaraza.

Książki tam gdzie zawsze. Jeśli komuś zależy, to sobie z pewnością poradzi.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Czy woda utleniona jest skutecznym lekarstwem na plagę gołębi


          Mamy dwa balkony, jeden od strony ulicy, drugi od podwórka. I tak się złożyło, że przez ponad dwadzieścia lat jeden z tych balkonów był wyłączony z użytku ze względu na plagę gołębi, które tam sobie zrobiły domek, z którego ich się nie dało przy pomocy jakichkolwiek środków „wyczyścić”. I oto, proszę sobie wyobrazić, z jakiegoś powodu, jesienią zeszłego roku pojawiły się na naszym podwórku kawki, które opanowały cały teren i gołębie skutecznie przepędziły. Dziś gołębie, owszem, to tu to tam widać, ale nie na tyle, byśmy się mogli nimi przejmować, a nasz balkon wrócił do należnego sobie użytku.
        Ponieważ byłem bardzo ciekawy, czy z tymi kawkami to była jakaś zorganizowana akcja, czy może ich pojawienie się miało inne racjonalnie wytłumaczalne przyczyny, zadzwoniłem do Coryllusa, który jak wiemy również jest z wykształcenia leśnikiem, opisałem mu sytuację i poprosiłem o wyjaśnienie. I proszę sobie wyobrazić, że kolega Coryllus powiedział mi, że tego typu zjawiska nie mają jakiegokolwiek logicznego sensu i tak się po prostu w naturze dzieje. Po prostu któregoś dnia pojawiają się kawki, innego razu wrony, za innym razem mewy i niech Bóg broni tego, kto chciałby to samodzielnie w jakikolwiek sposób regulować, czy chocby próbować wyjaśniać.
        Mamy zatem te kawki, które krążą wokoło pilnując między innymi naszego balkonu i szafa gra.
        Ktoś spyta, skąd mi przyszło do głowy, by pisać o tych kawkach. Otóż niedawno na Facebooku jeden z moich znajomych nieznajomych wrzucił link do wywiadu ze znanym nam tu już nieco inżynierem Ziębą, specjalistą od alternatywnej medycyny, gdzie już sam tytuł informował o cudownej terapii na wszelkie choroby w postaci wstrzykiwania do żył wody utlenionej. Ponieważ ja już tego Ziębę mam doskonale opisanego od czasu gdy go osobiście usłyszałem, jak się pochwalił, że jego książka napisana przez niego w języku angielskim na temat między innymi leczniczych możliwości wody utlenionej idzie na Amazonie po 1000 dolarów, natomiast jej polskie tłumaczenie można u niego kupić za jedyne 35 zł, w odpowiedzi na ów link napisałem mojemu znajomemu nieznajomemu z Facebooka, że lepiej będzie, jeśli Zięba sobie wstrzyknie tę wodę utlenioną w mózg… i tą złośliwością rozpętałem prawdziwe piekło, gdzie jednym z jednym z najłagodniejszych życzeń było to, by za grzech jaki właśnie popełniłem Pan Bóg mnie raczył wybawić od mąk piekielnych, a argumenty po stronie Zięby sprowadzały się do opisywania przeróżnych pozytywnych skutków jego terapii wodno-utlenionej, jakich różne osoby doświadczyły. Oto ktoś cierpiał na bóle kości i mięśni, który uniemożliwiały mu poruszanie się, napił się wody utlenionej i wszystko przeszło. Kto inny cierpiał na bóle serca i duszności – woda utleniona wszystko wyleczyła. Jeszcze ktoś nie mógł spać po nocach, wystarczyło, że wstrzyknął sobie wodę utlenioną i już śpi jak dziecko. Tu z kolei kogoś przez całe lata bolała głowa z powodu kłopotów z zatokami – wlał sobie wodę utlenioną do nosa i głowa natychmiast przestała go boleć. Tu znów komuś dziecko zachorowało na ciężki katar, wlał dziecku do ucha wodę utlenioną i natychmiast katar minął
        W tej sytuacji chciałbym poinformować wszystkich zainteresowanych, że ja przez całe długie lata od jesieni do późnej zimy kaszlałem tak, że nie mogłem czasem prowadzić lekcji, bezskutecznie chodziłem do różnych lekarzy i od kilku dobrych lat kaszel mi minął. Jakieś dwadzieścia lat temu, również przez wiele długich lat cierpiałem na tak zwane hemoroidy, które niekiedy naprawdę nie dawały mi żyć i mimo że nie zdecydowałem się na konsultacje lekarskie owe hemoroidy minęły bezpowrotnie. Wiele lat temu również, przez wiele długich lat tak strasznie bolała mnie stopa, że niekiedy nie byłem w stanie chodzić. Tym razem próbowałem to leczyć – jednak bezskutecznie. Któregoś dnia ból minął i do dziś jestem jak nowonarodzony. Co ciekawe, jesienią zeszłego roku, wraz z pojawieniem się kawek, zaczęły mnie straszliwie boleć palce u nóg, jednak tu też wraz ze zniknięciem gołębi ból ustał i dziś również jestem szczęśliwy. Innym jeszcze razem z tyłu głowy pod włosami pojawiło mi się znamię, które nabrzmiewało, następnie pękało, krwawiło, zasychało, potem znikało, znów rosło, znów pękało, znów krwawiło, i znów znikało i tak przez długie długie lata. Ani tego nie leczyłem, ani nie próbowałem usuwać, a ono sobie samo znikło i od wielu lat nie ma po nim śladu. Już nie będę wspominał, jak to wiele lat temu, bez żadnej widocznej przyczyny zachorowałem na bezsenność i kiedy żona mi zaczęła tłumaczyć, że to jest normalny skutek starości, nagle zacząłem spać na nowo i tak mam już do dziś, ani nawet o tym, jak to nie wiedzieć czemu, od chyba już 20 lat nie bolał mnie ząb, a mam ich ciągle wiekszość.
       O co chodzi? O to mianowicie, że gdybym w każdym z tych wypadków zażywał wodę utlenioną, dziś prawdopodobnie głosiłbym wszem i wobec geniusz inżyniera Zięby i jego cudownej utlenionej terapii. Gdyby jednak okazało się, że to znamię pod włosami to był nowotwór, a ja bym od niego, mimo wstrzykiwania sobie w głowę wody utlenionej, umarł – do dziś bym Ziebę straszył po nocach za to co mi najlepszego uczynił. A piszę to wszystko po to, by powiedzieć, że najczęściej nie mamy bladego pojęcia, czemu coś nas zaczyna boleć, a czemu przestaje, z wyjątkiem tych kilku nielicznych sytuacji, które oficjalna medycyna skutecznie zdiagnozowała i na które to przypadłości znalazła skuteczny lek. I nie dajmy sobie wmówić, że gdzieś daleko, w bieszczedzkiej wiosce, mieszka pewien staruszek, który leczy wszystko przy pomocy kory drzew, lub że tu bliżej na krakowskiej AGH jest pewien inżynier, który napisał książkę o cudownych właściwościach wody utlenionej i jeśli ktoś będzie stosował jego rady, to nawet przy najwyższym poziomie cholesterolu będzie zdrów jak ryba, bo to jest jeszcze większe oszustwo niż to, że te moje gołębie sprowadzili tu Żydzi, a kawki zostaly zainstalowane na moim podwórku przez tajne działania Janusza Korwina Mike.

Moje książki, mimo tego że jest ich już niewiele, wciąż są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, oraz u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Polecam i zapraszam.
      

piątek, 10 sierpnia 2018

Piosenka

Z przykrościa informuję, że wczoraj sprzedały się trzy ostatnie egzemplarze "Licha". Po resztę zapraszam do kontaktu pod adres k.osiejuk@gmail.com. A dla podniesienia tempertatury dnia, zapraszam do słuchania piosenki.


czwartek, 9 sierpnia 2018

Hypatia z Aleksandrii patronem setnej rocznicy odzyskania niepodległości?

      Nad tym, czy pisać ten tekst zastanawiam się już od paru dni, a mój problem jest podwójny. Przede wszystkim, nie mam pewności, czy wypada mi komentować życiowe dokonania osoby, która nie dość że, jak to się mówi u mnie na wsi, „jeszcze nie wystygła”, a po drugie, na tym o czym chcę pisać nie znam się w stopniu choćby szczątkowym. A mam na myśli historię i to w dodatku historię jak najbardziej starożytną. A mimo to, jak widzimy, udało mi się przełamać i prę do przodu z podniesioną przyłbicą.
       Jak wiemy, niedawno zmarła prof. Maria Dzielska i owe odejście zostało ogłoszone z taką uroczystością, że na jej pogrzebie pojawili się i Prezydent i Premier i sam Prezes O Kulach, co, o ile czegoś nie przegapiłem, nie miało miejsca od czasu odejścia Zyty Gilowskiej. I tu muszę przyznać zupełnie uczciwie, że ja dotychczas nie miałem nawet pojęcia o tym, że ktoś taki jak śp. prof. Maria Dzielska w ogóle istnieje. Owszem, nazwisko Dzielski gdzieś tam słyszałem i dziś, kiedy już mam okazję się nad tym wszystkim zastanawiać, wiem już, że chodziło o niejakiego Mirosława Dzielskiego. Ale przejdźmy już może do szczegółow.
       Otóż, jak się okazuje, ów Mirosław Dzielski, mąż śp. Profesor, był przede wszystkim filozofem oraz działaczem „Solidarności”, a gdy chodzi o konkretne już poglądy, wyznawcą projektu wedle którego od demokracji znacznie bardziej wartościowy jest kapitalizm, a w związku z tym jego pomysł na Polskę sprowadzał się do tego, by elity zgodziły się na zachowanie komunistycznego terroru, a w zamian za to władza skończyła z socjalistyczną gospodarką. Wiedząc, że często w ostatecznym rozrachunku nic nie liczy się tak, jak słowo, sprawdziłem, co Mirosław Dzielski miał do powiedzenia już bardziej konkretnie, i proszę sobie wyobrazić, że w historii zapisała się tylko jedna jego myśl: „Nienawiść przebrana w szaty miłości i wierząca na dodatek szczerze, że jest miłością – oto czym jest socjalizm”. I to jest to co pozostało po tym wybitnym człowieku. Nam pozostaje więc już tylko zastanowić się, czy wspomniany projekt miał szansę na realizację, czy nie. Tego jednak nie udało się nam sprawdzić, ponieważ jeszcze przed czerwcem 1989 roku Dzielski wyjechał do Stanów i tam niemal natychmiast umarł. A więc do dziś jedynym, jak się zdaje, państwem oficjalnie realizującym marzenie Dzielskiego pozostają Chiny, a w praktyce… kto wie? Kto wie?
       No ale to nie Mirosław Dzielski jest dziś pierwszym bohaterem tej notki, lecz wdowa po nim, śp. prof. Maria Dzielska, wybitny historyk, filolog klasyczny oraz zasłużony nauczyciel akademicki, jak czytam, „jeden z najczęściej tłumaczonych na języki obce polskich historyków”, a to przede wszystkim ze względu na wydaną przez Harvard University Press książkę pod tytułem „Hypatia z Aleksandrii”. Jak mówię, nie znam się na historii i o owej Hypatii z Aleksandrii pierwsze słyszę, ponieważ natomiast jestem zawsze bardzo ciekawy świata, sprawdziłem, w czym rzecz i oto, czego się dowiedziałem. Otóż owa Hypatia to, wedle części przekazów, w tym też informacji podawanych przez Dzielską, żyjąca w Aleksandrii na przełomie IV i V wieku wybitna matematyczka, która jako poganka została okrutnie zamordowana przez wypuszczony na nią przez tamtejszego patriarchę, św. Cyryla z Aleksandrii, chrześcijański motłoch. Ponieważ mój szacunek do świętych Kościoła Katolickiego jest na tyle duży, że ja, kiedy tylko słyszę choćby jedno złe słowo wypowiedziane przeciwko któremukolwiek z nich, natychmiast się najeżam, a więc i tym razem postanowiłem sprawdzić, jak to było z ową Hypatią i jej oprawcami, jednak, jak się okazuje, tak naprawdę wszystko co na jej temat wiemy, stanowi wyłącznie spekulacje, w dodatku podnoszone niermal wyłącznie przez antychrześcijańską reakcję. Owszem, istnieje teoria, że owa Hypatia wynalazła astrolabium i areometr, jednak inne źródła wskazują, że to nie ona, tylko ktoś zupełnie inny. Ponieważ nie zachowały żadne jej pisma, wszystko co wiemy na temat jej naukowych dokonań sprowadza się do określenia „nie wykluczone”, a i to, jak się zdaje, nie sięga poza to nieszczęsne astrolabium. Tak naprawdę o owej Hypatii nie wiadomo nawet czy, kiedy chrześcijanie ja mordowali, ona miała 25, czy może 60 lat. Dzielska – tu zresztą trzeba jej oddać sprawiedliwość – twierdzi, że 60, natomiast jej najbardziej zagorzali fani utrzymują, że ona umierając była piękną dziewczyną w wieku lat 25. O wiele więcej natomiast wiadomo na temat jej tak zwanej działalności filozoficznej, a konkretnie tego, że udało się jej wokół siebie stworzyć ściśle pogański krąg wyznawców, który w pewnym momencie uzyskał dość znaczne wpływy, a przez ówczesne społeczeństwo, w znacznej większości silnie chrześcijańskie, było traktowane z najwyższą nieufnością, jako sekta czarnoksięska, czy wręcz satanistyczna. I to ostatecznie sprawiło, że to nie Cyryl, lecz miejscowy tak zwany lud ostatecznie ją wywlókł na ulicę i tam zgodnie z ówczenym zwyczajem odpowiednio okrutnie zamordował.
       Inaczej tę sytuację widzi Dzielska. Otóż jej zdaniem, to nie motłoch, lecz sam Cyryl stał za tym mordem:
       ...zarzuty stawiane Cyrylowi dotyczą ponadto głębszego aspektu sprawy niż tylko udziału w zewnętrznych manifestacjach wrogości i kłamstwa. Dotykają sfery jego psychologii i moralności. Cyryl uczynił coś, co można by określić naruszeniem zasad chrześcijańskiego porządku moralnego, któremu miał służyć. Stało się tak dlatego, że nie umiał pogodzić się z przegraną. Chciał być liderem społeczności aleksandryjskiej, a tymczasem to miejsce w kręgach elity zajmowała Hypatia... Pobudzało to jego ambicje, prowadziło do frustracji i patologicznej zawiści. Cyryl stawał się niebezpieczny. Aż trzy źródła mówią nam o zawiści Cyryla jako przyczynie śmierci Hypatii. Chodzi tutaj o Sokratesa, Hezychiusza i Damascjusza. Najcięższe, bezpośrednie, imienne oskarżenia o kierowanie się prymitywną, mroczną zawiścią wobec Hypatii spadają na Cyryla ze strony Damascjusza…”.
      Inna sprawa, że sama Dzielska przyznaje, że „trudno jest udowodnić bezpośrednią odpowiedzialność Cyryla za ten mord, niemniej i tak to on jest odpowiedzialny za to co się stało”.
      Spójrzmy więc już na koniec na postać owego rzekomego zbrodniarza, św. Cyryla z Aleksandrii. Tu już tajemnic praktycznie nie ma. Tam niemal wszystko jest starannie zapisane i udokumentowane i jeśli gdziekolwiek trafiamy na jakiekolwiek złe słowo skierowane przeciwko temu świętemu człowiekowi, to najpierw, gdy chodzi o jemu współczesnych,ze strony jego politycznych przeciwników, w tym przede wszystkim schizmatyka Sokratesa Scholastyka, który Cyryla więc patologicznie nienawidził za to, że ten kazał zburzyć postawione przez antypapieża Nowacjana kościoły, a dalej pojawia się już właściwie tylko żyjący na przełomie V i VI wieku pogański filozof Damascjusz, no a potem już głównie liczni filozofowie wieku Oświecenia, którzy, jak choćby irlandzki wolnomyśliciel, John Toland, czy po nim sam Wolter, postanowili wynieść Hypatię na swoje ołtarze. A dziś prawdopodobnie jest tak, że gdyby nie wspomniana praca Dzielskiej, wydana przez Harvard University Press i przetłumaczona na wiele języków, o owej najpewniej aleksandryjskiej czarownicy, pomijając niektóre loże, pies z kulawą nogą by nie pamiętał.
      Zmarła więc owa wybitna profesor, jak słyszę osoba dobra, uczciwa i dzielna, nad urną z jej prochami przemówienia wygłosili Prezydent, Premier i Prezes, a ja się już tylko zastanawiam, czy naprawdę zrobiło się aż tak sucho, że nie stać nas na nic lepszego?



Ze szczerym bólem serca informuję, że zostały już tylko dwa egzemplarze mojej książki „Palimy Licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Proszę się pośpieszyć i nie mieć do mnie pretensji, gdy na wszelkie pytania o tę książkę będę musiał odpowiadać tak jak się to ma w przypadku „Siedmiokilgramowego liścia”: „Nie pamiętał pan, przepraszam, sorry, smutno”.

środa, 8 sierpnia 2018

Wesoła piątka na upalny sierpień


Kolejne dwa tygodnie za nami, a więc pora na moje krótkie kawałki z „Polski Niepodległej”. Mam nadzieję, że będzie wesoło jak zawsze.



Dzisiejsze wydanie „Wezwanych do tablicy” będzie o tyle inne od poprzednich, że w całości poświęcone osobom, które marszałek Karczewski zechciał specjalnie dla nas uprzejmie nazwać „świrami”. Ja oczywiście wiem, że przez te wszystkie miesiące jak jesteśmy razem, tu się głównie kręcą owe „świry”, jednak tym razem mam na myśli autentyczną patologię, bez jakichkolwiek skrótów i kompromisów. Na pierwszy rzut bowiem idzie nie kto inny, jak chyba tu dotychczas nie widziana, Magdalena Środa, która w wypowiedzi dla telewziji TVN Style powiedziała co następuje:
Na nasze zjazdy, może nie w Krakowie, ale już w innych miejscach, w Mądralinie, przyjeżdżała pewna czarownica prosto z Salem i uczyła nas różnych rzeczy. Wszystkiego nie mogę powiedzieć, bo jesteśmy związane tajemnicą i każda z nas ma dyplom. W każdym razie w noc Walpurgii albo w  głęboką noc bogini Hekate spotykamy się i gry i wtajemniczenia trwają do samego rana. Efekty tego, oczywiście widać potem w życiu politycznym”.
Ja oczywiście biorę pod uwagę, że profesor Środa postanowiła zaledwie nas sprowokować i tak naprawdę cała ta gadka o czarownicach z Salem to zwykła ironia, nie mająca nic wspólnego z prawdą, jednak, znając zarówno dotychczasową publiczną działalność tej dziwnej kobiety, ale też poziom szaleństwa, jakie ogarnęło ostatnio część z nas, nie mogę też do końca wykluczyć takiej oto możliwości, że to wszystko się dzieje naprawdę i Magdalena Środa w rzeczy samej ze swoimi znajomymi z Uniwersytetu Warszawskiego spotykaja się pokątnie gdzieś w lesie i tam próbują wpływać na to co się w Polsce dzieje od roku 2015. Że ludzie wykształceni mają pewne ograniczenia? Otóż nie. Ograniczenia mamy my wieśniacy. Tamci najbardziej cenią wolność.

***

Popatrzmy choćby na to, co się niedawno wydarzyło tuż pod czujnym okiem wspomnianej Magdaleny Środy. Oto niejaka Maria Nurowska, podobno pisarka, ogłosiła tak samo publicznie, że ona właśnie zrobiła sobie z czegoś laleczkę, która ma przedstawiać posła Prawa i Sprawiedliwości Stanisława Piotrowicza i teraz codziennie wbija w nią szpilki, by tego „zamordystę, w porównaniu z którym poza panną Wassermann, nikt nie jest aż tak bezczelny, a przez to skuteczny, nie koniecznie zabić, ale doprowadzić do małego wylewu i paraliżu”.  Na to wyznanie zareagowała, najwidoczniej bliska bardzo znajoma Nurowskiej, reżyser filmowa Agnieszka Holland, oświadczając, że:
Marysiu, ja to zrobiłam w młodości 2 razy, za każdym razem ze skutkiem śmiertelnym. Obiecałam sobie i mojej córce, że już nigdy żadnego voodoo nie wykonam. Jestem przeciwna karze śmierci!
Oczywiście w tej sytuacji niektórzy z nas natychmiast zwrócą się z apelem do Ministra Sprawiedliwości, by zechciał się zorientować w sytuacji i sprawdził, czy faktycznie był czas, kiedy to Agnieszka Holland celowo doprowadziła kogoś do śmierci, a potem pod wpływem tego zdarzenia zwariowała i do dziś to tu to tam odpowiada, że to wszystko przez czary. Ja jednak bym na to machnął ręką. Moim zdaniem to wszystko jest wyłącznie przez Jarosława Kaczyńskiego. Swoją drogą ciekawe, że ten człowiek, mimo chorego kolana, ma wciąż aż tyle charyzmatów.

***

Żeby nikt nam nie zarzucił, że z nas szowinistyczne męskie świnie, chciałbym zwrócić uwagę na bardzo ciekawą wymianę między znanym tak zwanym działaczem miejskim Janem Śpiewakiem, a jeszcze bardziej znanym bohaterem Okrągłego Stołu i całej reszty, Andrzejem Celińskim. Oto Śpiewak, opierając się na zgromadzonych przez siebie materiałach związanych z warszawską reprywatyzacją wpadł na niejakiego Robenka i zwrócił uwagę, że Robenek ów, zanim zajął się wykupywaniem warszawskich kamienic, przez znaczną część minionych 30 lat działał w okolicach tak zwanych Służb, a razem z nim pokazywał się nie kto inny jak nasz faworyt, Andrzej Celiński. Pomijając to, że Celiński jest jaki jest, nie wiem o nim nic, ale skoro pojawiły się zarzuty, że ów bohater naszej walki robił interesy z ruską agenturą, można by się było  spodziewać, że Celiński zareaguje merytorycznie i wyjaśni, że to nieprawda, albo zwyczajnie, jak to oni mają w zwyczaju, się zamknie. Tymczasem nie. Celiński zareagował i ogłosił, że on owszem pracował gdzie pracował, natomiast Śpiewak to, cytuję – „ch…”. Śpiewak na te informację zareagował z honorem, czyli zwrócił się do Celińskiego, by mniej pił, ja natychmiast zastanawiam się nad czymś innym. Co ci ludzie mają w głowie, że ich aż tak nosi? Ta miesza w kotle czarownic, inna wbija szpilki w szmacianki, a ten tu nagle zapluwa się nieprzytomnie w sytuacji, gdy i tak nie jest już lekko. Czy ja się mylę, kiedy mówię, że dziś schodzimy na poziom najniższy?

***

Obawiam się, że nie. Zwłaszcza że ta zaraza, jak się okazuje, dopada już nie tylko jakieś niedobitki w rodzaju Celińskiego, czy byłą aktorkę Stalińską, ale wciąż jak najbardziej aktywne gwiazdy, w tym wypadku chodzi o posła do Sejmu RP, Pawła Kukiza. Otóż po tym jak senatorowie Prawa i Sprawiedliwości wystrzelili w kosmos, pijarowsko być może nadzwyczaj skuteczny, ale w praktyce wyjątko fatalny pomysł Prezydenta w sprawie ogólnonarodowego referendum konstytucyjnego, ów Kukiz zapisał na swoim profilu na Twitterze co następuje:
Jedno tylko powiem - jesteście bydlakami. Antyobywatelską burżuazją. Hołotą post bolszewicką, gnojami, które dla synekur i apanaży gotowe są sprzedać cały Naród. Łapa w łapę PiS z PO przeciw Polakom. Przeciw zwykłym ludziom. Przeciw wolności i demokracji. POPiSowym ścierwem jesteście i prędzej czy później za to zapłacicie. A teraz, gnoje pod krawatami, możecie mnie do sądu podawać”.
A ja sobie myślę, że to jest bardzo ciekawe, że ktoś taki jak Paweł Kukiz, a więc człowiek jakoś tam jednak obeznany z tajnikami życia publicznego, potrafi zrobić z siebie takiego durnia. I wcale nie chodzi mi o to, że on uważa, że Senat powinien był przyjąć prezydencki projekt referendum, bo to nie jest myśl jakoś szczególnie oryginalna. Rzecz w tym, że on wyrzuca z siebie to „ścierwo”, tych „bydlaków”, tę „hołotę”, tych „gnoi”, by chwilę później wypiąć dzielnie klatę i zaapelować do polityków Prawa i Sprawiedliwości, by go za te słowa pozwali. Że niby on jest taki odważny i bezkompromisowy. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zwrócić się do Kukiza bezpośrednio: „Panie Pawle, nie dość że jest pan idiotą, co w sumie nie jest jakimś wyjątkowym wyczynem, to, jak artysta estradowy nie ma Pan startu do Sławomira i tej cizi, która mu na co dzień towarzyszy. A teraz niech mnie Pan pozywa”.

***

Powiem szczerze, że, kończąc te dzisiejsze rozważania, wciąż nie mam pojęcia, czy zamykający je Rafał Trzaskowski to wariat, czy zwyczajny głupek, natomiast z naturalnie dobrego serca zakładam, że on akurat zwyczanie nie wytrzymał napięcia i wciąż może się chwalić, że wbrew wszelkim przeciwnościom losu, zachowuje on pozycję w miarę wyprostosowaną. W miarę. Rzecz w tym, że prowadząc swoją kampanię na prezydenta Warszawy, uznał on za stosowne ogłosić publicznie że:
Bronisław Geremek uczył mnie Cywilizacji europejskiej w Kolegium Europejskim w Natolinie, po francusku. Był poważny, zadumany i srogi. Dostałem najwyższą notę na roku, bo mój ówczesny francuski nie pozwolił na oratorskie popisy i zmusił do wypowiedzi chłodnej, precyzyjnej i oszczędnej. Profesor lubił konkret. Pamiętam, że referowałem credo Edgara Morina z „Penser l’Europe”. Czułem się, jakbym zdawał egzamin życia u biblijnego patriarchy z obrazów Rembrandta. Książkę zrozumiałem 10 lat później. A kiedy w 2015 roku wręczałem Edgarowi Morinowi nagrodę na szczycie ministrów europejskich Trójkąta Weimarskiego w Paryżu, miałem nieodparte wrażenie, że z obrazów zawieszonych na ścianie pałacu przy Quai d’Orsay spogląda na mnie lekko rozbawiony profesor. A jednak warto było czytać Morina”.
I tym zabawnym akcentem zostawiam Czytelników w zagadce: wariat, czy głupek? Odpowiedzi proszę nadsyłać do Redakcji. Nagrody nie są przewidziane.


Pragnę poinformować, że zostały już tylko dwa ostatnie egzemplarze mojej książki „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Wznowienia nie będzie i pozostanie już tylko Allegro, a ja książek kupionych na Allegro posdpisywac nie będę. Zainteresowanych proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Czy Wojciech Smarzowski zastąpi Korę jako wokalista zespołu Maanam?


       Najpierw odpowiedni link na swoim blogu wrzucił nasz kolega Onyx, następnie szerzej sprawę omówił u siebie Coryllus, a ja żeby się bez sensu po raz kolejny nie powtarzać, skomentowałem kwestię bardzo krótko w komentarzu. Przypomniałem tam swój, moim zdaniem nadzwyczaj oryginalny plan, który na moje oko ma mniej więcej podobne jak plan Ministerstwa Kultury szanse skutecznej realizacji, natomiast jego ewentualny wynik jest przynajmniej bardziej wymierny. Moim zdaniem bowiem, jeśli polski rząd już się ostatecznie zdecydował, by zaatakować świat naszą wspaniałą historią od strony kultury pop, to te 70 milionów złotych, które minister Gliński postanowił przeznaczyć na produkcję cyklu hollywoodzkich filmów o Wielkiej Polsce, powinien przeznaczyć na scenariusz do kolejnej części przygód Jamesa Bonda, lub ewentualnie tego co się pojawi w ramach cyklu „Mission Impossible” za dwa lub trzy lata, tak by akcja wspomnianych filmów nie tylko miała miejsce w Polsce – bo to już akurat mieli choćby i Czesi, a nawet i Białorusini – ale by Polska została tam pokazana co najmniej tak atrakcyjnie jak Paryż, czy Londyn. Jak mówię, to jest z oczywistych dla nas wszystkich względów nie do przeprowadzenia, choćby premier Morawiecki znalazł na to jeszcze dodatkowe 70, albo nawet 280 milionów baniek, my natomiast przynajmniej moglibyśmy powiedzieć, że wiemy, na czym stoimy i wtedy dopiero ten cały budżet dałoby się przeznaczyć na jakiś inny, znacznie bardziej zbożny cel. Nawet jeśli związany z przemysłem filmowym.
       Otóż można by było w pierwszej kolejności zrównać z ziemią tak zwany Polski Instytut Sztuki Filmowej, rozgonić całe to towarzystwo na cztery wiatry, a następnie ogłosić tu na miejscu konkurs na propagandowy film o pięknej Polsce i dzielnych Polakach, z budżetem, powiedzmy, 10 milionów złotych, w którym pierwsza nagroda wyniosłaby te 70, czy 140 milionów, jednak pod warunkiem, że będzie to film o takiej jakości, że uzyska on przynajmniej nominację do Oscara. Biorąc pod uwagę fakt, że to nie będzie film o Polakach mordujących Żydów, czy katolickich księżach gwałcących małe dzieci, gwarancja, że skoro on już został nominowany, to musimy mieć do czynienia z czymś autentycznie dobrym. I wtedy reżyserem mógłby być nawet Wojciech Smarzowski, pod warunkiem oczywiście, że on na te 10 milionów weźmie kredyt pod zastaw domu, który zapewne sobie postawił za pieniądze uzyskane z tego gówna, które mu przyszło wcześniej reżyserować. I wtedy dopiero zobaczymy, jakie pokłady talentu drzemią w naszych filmowcach i aktorach.
       O Smarzowskim jednak wspomniałem nie bez przyczyny. Pamiętamy jeszcze z pewnością, jak na początku roku nasze media obiegła informacja, że jedną z głównych nagród na festiwalu filmowym w Berlinie zdobył film „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. Nagrodę przyznano w marcu, polska premiera filmu została zapowiedziana na kwiecień… i w tym momencie zapadła głucha cisza, a o filmie „Twarz” ponownie już nikt nigdzie nie usłyszał. I oto, jak się dowiaduję, minister Gliński i PISF podjęli kolejną próbę pokazania światu, że polski film to wciąż jest pewna marka, Polacy to dumny naród, a Polska to kraj na który warto stawiać, tym razem – jak się domyslam, na 100 rocznicę odzyskania niepodległości – finansując nowy film Smarzowskiego właśnie, pod tytułem „Kler”. Po tym jak ów Smarzowski pokazał światu, jak to swego czasu tacy Ukraińcy w jedną noc wyrżnęli tysiące Polaków w pień, a ci Polacy nawet nie pisnęli, tym razem on temu samemu światu pokaże jak bardzo Polacy na to co ich wciąż spotyka zasługują. A wszystko dzięki pieniądzom przeznaczonym przez rząd Dobrej Zmiany na promocję polskiej kultury.
        Na koniec wrócę do tych 70 milionów na ewentualną hollywoodzką superprodukcję, czy to o bohaterstwie rodziny Ulmów, czy o walce Powstańców o Aleje Jerozoimskie i jednocześnie pozwolę sobie na pewną dygresję. Otóż już bardzo dawno temu kolega z branży opowiadał mi historię o tym, jak to zespół Maanaam próbował zrobić karierę w USA. Przyjechała więc Kora z kolegami do Nowego Jorku i jeszcze przed spotkaniem z agentem zaszli oni do którejś z nowojorskich restauracji, spędzili tam upojny czas, a na drugi dzień dowiedzieli się, że spotkanie zostało odwołane i oni mogą wracać do Polski. Co się okazało? Otóż kiedy oni sobie używali w tej knajpie, gdzieś w rogu sali siedział sobie dyskretnie przedstawiciel firmy impresaryjnej i obserwował zachowanie naszych krakowiaczków, po czym uznał, że oni jednak nie gwarantują odpowiedniego poziomu. A zatem, nawet jeśli przyjmiemy, że plan ministra Glińskiego z tymi pieniędzmi na hollywoodzki film o Polsce ma jakiekolwiek realne szanse sukcesu, to jestem przekonany, że ci specjaliści z Hollywoodu już się wystarczająco napatrzyli na to, co to jest ta cała Polska, by wiedzieć, że od nas lepiej się jest trzymać z daleka. Choćby i za wspomniane wcześnie 280 milionów złotych. W końcu kto chce się zadawać z bandą zakompleksionych nieudaczników bez serc i dusz?

https://fdb.pl/film/857255-kler/trailers/25460#


Moje książki niezmiennie są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, u Michała w warszawskiej księgarni Foto-Mag, no i drogą mailową u mnie bezpośrednio pod adresem k.osiejk@gmail.com.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...