Przed nami kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas wezmą sobie te słowa naprawdę do serca.
Jeśli pochylimy się nad polityczną historią Polski minionych 25 lat, to co nas powinno zastanowić, to sposób w jaki System rozgrywał nas za każdym razem, gdy decydowały się losy Państwa i Narodu. Rzecz mianowicie w tym, że tak naprawdę oni nigdy nie potrzebowali stosować wobec nas jakichś szczególnie przebiegłych technik manipulacyjnych, nie musieli opracowywać szczególnie wymyślnych sposobów kontrolowania publicznej świadomości, nie mieli najmniejszego powodu wreszcie, by powoływać jakieś specjalne grupy politycznego terroru. Wystarczyło skorzystać ze starej dobrej metody, tradycyjnie określanej nazwą „dziel i rządź” i ją na spokojnie realizować.
Przypomnijmy sobie czas, gdy po roku rządów gangu pod przywództwem Bronisława Geremka, doszło do wyborów prezydenckich, gdzie naprzeciwko Tadeusza Mazowieckiego stanął Lech Wałęsa, a przerażony perspektywą porażki System przeciwko Wałęsie wystawił niejakiego Stana Tymińskiego. Jest dziś oczywiście niełatwo opisać grę owych interesów, niemniej System zaliczył wówczas ciężką porażkę, a Tymiński, zamiast zneutralizować Wałęsę, wyeliminował z gry Mazowieckiego, co spowodowało, że wobec nowego prezydenta trzeba było użyć środków specjalnych.
Mam nadzieję, że pamiętamy też pierwsze prawdziwe wolne wybory parlamentarne roku 1991, kiedy to do Sejmu weszło 29 różnych – głównie prawicowych i wzajemnie skłóconych – ugrupowań, z których 11 wprowadziło zaledwie jednego posła. Jeśli ktoś myśli, że ja przesadzam, przypominam, że zwycięzca owych wyborów, czyli Unia Demokratyczna uzyskała 13,5% głosów, następni w kolejce komuniści – 13%, a cała reszta została podzielona między tak zwana „prawicę”. A teraz proszę bardzo wszystkich o minimum refleksji.
Pamiętamy zapewne wybory prezydenckie roku 1995, kiedy już było wiadomo, że Wałęsa to agent, z drugiej strony mieliśmy błękitną koszulę Aleksandra Kwaśniewskiego, a System, by ostatecznie doprowadzić do rozgrywki Wałęsa-Kwaśniewski, przeprowadził na prawicy taki festiwal patriotyzmu, że ostatecznie na placu boju został tylko… Wałęsa. Ja to pamiętam jak najgorszą zarazę.
Od roku 1990 mija 25 lat i pod pewnym szczególnym względem są one naznaczone dwoma stałymi – proszę mi wybaczyć to określenie – przekleństwami. Otóż z jednej strony, patriotyczna Polska tak naprawdę nigdy nie miała choćby jednego polityka, który potrafiłby skutecznie wystąpić przeciwko potędze Systemu, a z drugiej, ta sama Polska pozostawała tak okrutnie bezradna wobec tak żenująco prostego przekrętu, jak owo wspomniane wyżej „dziel i rządź”.
I oto po latach, niemal jak dar od Boga, pojawia się Andrzej Duda. I ani mi w głowie sugerować jego absolutną wybitność, ani mi w głowie twierdzić, że oto ktoś, kto nas ostatecznie wyzwoli. Nic podobnego. Żyjemy w czasach ostatecznych, natomiast ja twierdzę, że przed nami człowiek, który jest w stanie pokonać Bronisława Komorowskiego i dać nam choćby chwilę oddechu. A na to System wychodzi z tym samym co 25 lat temu przekrętem i stawia nam przed oczami prawdziwych tytanów: Grzegorza Brauna i Pawła Kukiza. Prawdziwych patriotów. A my kamieniejemy bezradni jak dzieci.
Mamy jeszcze niespełna trzy tygodnie. Proszę, opamiętajmy się.
Niezmiennie przypominam, że jeśli ktoś pragnie kupić sobie którąś z moich książek, najprościej będzie udać się do internetowej księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69 i złożyć zamówienie. Szczerze polecam.
Pisałem tu stosunkowo niedawno na temat dość starego już i wydawałoby się zużytego zjawiska – bo jest to w istocie socjologiczne zjawisko – znanego pod nazwą „Korwin”. Mówiąc bardzo krótko, poruszając ów temat, chciałem wskazać na fakt, że cały praktyczny sens obecności Janusza Korwina Mike w polskiej przestrzeni politycznej polega na tym, by uwodzić osoby nieletnie o nadmiernie rozbudzonych intelektualnych aspiracjach, ale też niektórych starszych już obywateli, którzy jednak zatrzymali się w rozwoju właśnie gdzieś tak na poziomie małoletniości, i polityka dla nich to wciąż zaledwie obsesyjna gra w Eurobusiness, gdzie wprawdzie nic nie dzieje się naprawdę, ale przynajmniej można mieć wrażenie, że człowiek o czymś decyduje. Pisałem o Korwinie-Mike, opisując jego metodę polegającą na tym, że najpierw wymyśla się możliwie najbardziej szokująca tezę, następnie, przy zastosowaniu najbardziej prymitywnej sofistyki, dowodzi się jej prawdziwości, a dalej już tylko czeka się na okrzyki podziwu, że no naprawdę tym razem to ten Korwin wszystkich zmasakrował.
Dziś wiem, że Janusz Korwin-Mike swoje przekonanie o konieczności wprowadzenia do polskich szkół polityki, gdzie tak zwani „normalni” uczniowie będą systemowo rozdzielani od „debili”, głosi już od dawna, ja jednak o tym czymś usłyszałem po raz pierwszy dopiero niedawno, przy okazji wywiadu, jakiego ów dziwny człek udzielił telewizyjnemu programowi „Kropka nad i”. Powiedział tam Korwin-Mike, że jest on absolutnie przekonany, że dla dobra jednych i drugich, „debili” (on używa takiego określenia) należy od dzieci normalnie inteligentnych izolować, by jednych i drugich uchronić przed zepsuciem. Jego zdaniem, w opisanej sytuacji, dzieci mądrzejsze, przez swoje wrodzone okrucieństwo, „debili” będą dręczyć, „debile” natomiast będą coraz bardziej się w sobie zamykały. On sam zresztą, jak chętnie przyznał, gdyby miał dziecko z zespołem Downa, prędzej by dla niego szukał towarzystwa wśród innych sobie podobnych, choćby i znalezionych w Internecie, niż narażał na okrutne traktowanie ze stronnych „normalnych” kolegów.
I ja, powiem szczerze, na tego typu gadkę reaguje wzruszeniem ramion. Mam okazję obserwować Korwina od wielu już lat, na różnych poziomach owego szaleństwa, i chyba nie ma nic takiego, co by mnie tu mogło jeszcze poruszyć. Stało się jednak tak, że parę dni temu w Salonie24 trafiłem na notkę blogera Grzegorza Świderskiego, powszechnie znanego libertarianina ze stajni wspomnianego Korwina-Mike, podpisującego się inicjałami GPS, w której ten uzupełnia wypowiedź swojego intelektualnego przywódcy, dość obszernie przy okazji wyjaśniając, o co chodzi z tymi deblami. Już sam tytuł notki „Czy chciałbyś się uczyć z debilem?” mówi wiele, jednak warto zanurzyć się w szczegóły, gdzie otrzymujemy coś takiego:
„Ale to oczywiście nie znaczy, że należy jedne dzieci od innych izolować. W normalnej szkole powinny być co jakiś czas lekcje typu: „spotkanie z ciekawym człowiekiem” i powinien to być nie tylko znany podróżnik czy poeta, ale też debil czy kaleka, a jeszcze lepiej podróżnik-debil i poeta-kaleka. Niech dzieci poznają innych – wtedy łatwiej o tolerancję i akceptację. Ale wspólna nauka powinna być w gronie równych sobie – nie tylko umysłowo, ale i równych sobie temperamentem.
Debilizm to stan lekkiego upośledzenia umysłowego. Takie dzieci istnieją. Nie powinno się ich uczyć razem z dziećmi normalnie się rozwijającymi. Niezależnie od poglądów jakichś psychologów na ten temat nie ma w takiej tezie nic obraźliwego. Takie naukowe tezy można i należy stawiać. A potem potwierdzać lub obalać. Przysłowie: „z jakim przystajesz, takim się stajesz” należy weryfikować, a nie obrażać się na nie”.
Jeśli ktoś myśli, że ja się tu będę teraz znęcał na blogerem Świderskim i analizował poziom debilizmu, przez niego akurat reprezentowanego (swoją drogą, skoro już mówimy o weryfikowaniu danych, wypadałoby rzucić okiem choćby na zdjęcie, jakie on sam uznał za stosowne zamieścić na swoim blogu), jest w dużym błędzie. Ponieważ ja wiem, że debili takich jak Świderski, czy Korwin-Mike jest znacznie więcej i w pewnym sensie oni stanowią autentyczna plagę, pozwolę sobie na tak zwaną merytoryczną polemikę.
Otóż, jak już zresztą miałem okazję parę razy w różnych miejscach wspominać, przez niemal dziesięć lat pracowałem w gimnazjum i liceum, gdzie w każdej klasie znajdowało się przynajmniej jedno dziecko autentycznie opóźnione w rozwoju. Niekiedy opóźnione bardzo. I proszę sobie wyobrazić, że przez te wszystkie lata, ja ani nie spotkałem się z choćby jednym przypadkiem wspominanego przez Korwina okrucieństwa w stosunku do owych „debili” ze strony tak zwanych dzieci „normalnych”, ani też, co może jeszcze ciekawsze, nie zauważyłem, by zasada przytaczana przez Świderskiego za Korwinem „z jakim przystajesz, takim się stajesz” realizowała się w jakiejkolwiek innej formie, jak tylko w tej, że dzieci „gorsze”, korzystając z tej wyjątkowej okazji, stopniowo nabierały siły, natomiast dzieci „lepsze”, nic nie tracąc ze swojej intelektualnej przewagi, stawały się bardziej wrażliwe, bardziej opiekuńcze i bardziej cierpliwe. A przez to mądrzejsze. Przystając z „mądrymi”, debile stawały się intelektualnie sprawniejsze, natomiast „mądrzy” przystając z „debilami” doznawali oświecenia, o jakim inaczej nawet nie mogłyby nawet marzyć.
I powiem szczerze, że gdybym dziś któregokolwiek z tych, którzy na jakąkolwiek refleksję mogą sobie pozwolić, poprosił o to, by w jakikolwiek sposób skomentował słowa Korwina-Mike, czy blogera Świderskiego, oni by jedynie splunęli z pogardą, a jeśli by zdecydowali się na jakiś komentarz, to może wyłącznie na to swoje stare „Jeeee, jaki ciul!”.
Piszę ten tekst i mam straszną, nieposkromioną wręcz, potrzebę powiedzenia czegoś, co pozwoli mi już tak do końca załatwić problem zarówno Janusza Korwina-Mike, blogera GPS, jak i całej tej hołoty, która wbija w nas te swoje przenikliwe spojrzenia i zastanawia się, czy jeśli oni się do nas za bardzo zbliżą, to nie dostaną jakich pryszczy, czy wrzodów, które zburzą im ów, tak starannie przez wszystkie te lata pielęgnowany, wizerunek – tu znów pojawia mi się przed oczami owo niezwykłe zupełnie zdjęcie blogera Świderskiego w tych ciemnych okularach i komórką przy uchu. I nic nie umiem wymyślić. To znaczy, nie do końca nic. Jednak nic takiego, co by się wiązało ze słowami. Tu pozostaje wyłącznie brutalna siła.
Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia wszystkie moje książki. Powiedziałem wszystkich, jednak muszę się poprawić. Blogera Świderskiego nie zapraszam. Jemu to co tam jest napisane mogłoby rozwalić mordę i miałbym go na sumieniu.
Ponieważ paru naszych znajomych postanowiło w ostatnich dniach ujawnić swoje zamiary wobec zbliżających się nieubłagalnie majowych wyborów i owe deklaracje zrobiły nie tylko na mnie pewne wrażenie, pomyślałem, że tym razem nie napiszę zwykłej notki, w której będę im wszystkim po raz setny tłumaczył jak sztachecie w płocie, że pycha to grzech, ale opowiem im dowcip. Posłuchajcie:
Do dyrektora cyrku przyszedł skromny pan ze skromną walizeczką i zaproponował swoje usługi. Kiedy dyrektor poprosił go, żeby pokazał, co potrafi, ten otworzył walizeczkę, z której natychmiast wyskoczyły myszy we frakach, wyciągnęły muzyczne instrumenty, rozłożyły pulpity z nutami, usiadły na specjalnie przygotowanych krzesełkach, jedna z nich zajęła miejsce dla dyrygenta, inna stanęła ze skrzypcami obok i wszystkie zaczęły najpiękniej na świecie grać „Cztery pory roku” Vivaldiego. Gdy występ dobiegł końca, myszy się grzecznie ukłoniły, złożyły sprzęt, wskoczyły z powrotem do walizki, człowiek w garniturze walizkę zamknął i spojrzał wyczekująco na dyrektora. Dyrektor chwilę pomyślał i odpowiedział: „No wie pan, nie będę ukrywał, że jestem pod wielkim wrażeniem. Czegoś podobnego w życiu nie widziałem. Jest jednak pewien kłopot. Czy ta trzecia od lewej w drugim rzędzie to przypadkiem nie Żyd?”
A teraz, durnie, możecie się zacząć śmiać. Albo pluć ze złości. Dla mnie to i tak bez znaczenia.
Całą resztę zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Polecam serdecznie.
Kiedy pisałem – dziś myślę, że pod pewnymi względami, najważniejszą ze wszystkich – swoją książkę o muzyce, mój pierwszy plan był taki, by ją zatytułować „Philthy Animal vs. Kylie Minogue, czyli podwójny nokaut”. Niestety, niemal natychmiast zainterweniował Gabriel, a więc, jak by nie było, wydawca, i powiedział, że taki tytuł nie wchodzi w grę, bo nikt go nie zrozumie. A ja uznałem, że on ma jak zwykle rację, pomyślałem nad czymś alternatywnym, no i w końcu uznałem, że zostawię ów „podwójny nokaut”, natomiast zamiast tych dwojga dam po prostu rock and rolla i jakoś to będzie. No i ostatecznie książka została skończona i wydana pod tytułem „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”.
Jak już wspomniałem we wczorajszej notce, na minionych targach w Warszawie sprzedaliśmy owej książki wyjątkowo dużo, a ja nie mogłem nie zauważyć, że to wcale nie dzięki owemu fantastycznemu tytułowi, ale wręcz wbrew niemu. Nie mogłem bowiem nie stwierdzić z pewnym smutkiem, że gdybyśmy się jednak trzymali oryginalnego tytułu, wynik byłby pewnie znacznie lepszy. Bo, nie oszukujmy się, rock and roll, jako znak i symbol, znaczy znacznie mniej, niż te dwa nazwiska. I co do tego nie ma kwestii. No a przede wszystkim, moja książka, tak beztrosko zatytułowana, „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” w żadnym wypadku nie jest książką o rock and rollu.
Mogło też jednak być tak, że ten wynik to dzięki dobremu słowu księdza Tomasza, który jeszcze w zeszłym roku wyznał mi, że korzysta z „Podwójnego nokautu” podczas rekolekcji, a który w sobotę pojawił się niemal jako pierwszy i nam swoją obecnością ładnie pobłogosławił. Tak czy inaczej, kiedy ksiądz już poszedł, do stoiska podchodzili obcy ludzie, brali tę książkę do ręki, patrzyli na tytuł i często mówili „Nie słucham rock and rolla”, a ja im na to niezmiennie tłumaczyłem, że to nie jest książka o rock and rollu, ani tak naprawdę do końca o muzyce, ale o życiu i śmierci, tyle że kiedy ją pisałem… i tak dalej i w tym kierunku. Pokazywałem im fragmenty, wyjaśniałem swoje intencje, no i, jak mówię, sytuacja się rozjaśniała, a Bartek musiał dokładać kolejne egzemplarze. W końcu, kiedy te się skończyły, przyjechał Michał z Foto Magu i uzupełnił nam ofertę tym co miał u siebie w księgarni.
Dziś jest tak, że mam już gotową praktycznie kolejną część rozważań na temat muzyki i rzecz teraz tylko w tym, żeby się udało przekazać tę oto wiadomość, że aby dać się uwieść tematowi, naprawdę nie trzeba zbierać płyt i jeździć na festiwale. Wystarczy mieć uszy i serce otwarte. Jeśli to się uda, jestem pewien, że uda się też przekonać Gabriela, by pójść o krok dalej. Dziś zachęcam do kupowania mojej książki o muzyce, której nie sposób nie słyszeć http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut, i proponuje jeden szczególny tekst właśnie stamtąd:
Kiedy byłem jeszcze dzieckiem – ale przecież i teraz, kiedy sam mam już dzieci – wciąż pojawiała się pokusa zabawy, polegającej na typowaniu najlepszej piosenki, najlepszej płyty, czy też najlepszego zespołu, jak to dziś lubią mówić młodzi i starzy, „ever”. Pamiętam, że wówczas, nawet nie przez to, że jakoś szczególnie lubiłem słuchać Pink Floyd, ale z czystego, nieopanowanego zachwytu, ile razy ktoś mnie pytał, jaki „numer” uważam za swój ulubiony, niezmiennie odpowiadałem, że „Atom Heart Mother”. Ani „Fat Man” Jethro Tull, ani „I Want You” Dylana, ani nawet „Babe, I’m Gonna Leave You” Led Zeppelin, “Elegy” Colosseum, ani “Take A Pebble” ELP, ani “Cadence and Cascade” King Crimson, ale właśnie „Atom Heart Mother”.
Dziś oczywiście, ten utwór, bo trudno powiedzieć, że piosenka, nie robi na mnie już tak wielkiego wrażenia, choć oczywiście marnego słowa na niego nie dam powiedzieć. No ale wciąż, tak jak wtedy, pojawia się ten sam dylemat, tyle że formułowany w ów szczególny sposób: „Tatusiu, jaka jest najlepsza piosenka na świecie?” I powiem uczciwie, że dziś mi jest bez porównania trudniej wytypować tę jedną, jedyną piosenkę, jest po prostu najlepsza. Myślę, że powodem tego nie jest to, że ich jest znacznie więcej – w końcu od lat 70, tak wiele się nie zdarzyło – ale zwykły sentyment. Człowiek robi się coraz starszy, wspomnienia stają się coraz intensywniejsze, a przy okazji też o wiele bardziej związane są z wciąż zmieniającymi się nastrojami, no i wtedy o wiele łatwiej jest jednego dnia powiedzieć, że nigdy nie wydarzyło się nic wspanialszego, niż „Riders on the Storm”, by już następnego uznać, że to jednak będzie wciąż dylanowskie „I Want You”, lub któraś z piosenek The Smiths, czy choćby i „Without You I’m Nothing” Placebo, albo zwyczajnie – „Sittin’ on the Dock of the Bay” Otisa. No i w tej sytuacji, moje biedne dziecko musi pozostać w tym swoim pragnieniu uporządkowania świata kompletnie samotne.
Myślę jednak, że jest coś, co, z pewnym oczywiście ryzykiem, można określić jako piosenkę – tym razem, w odróżnieniu od niegdysiejszego „Atom Heart Mother”, jako piosenkę właśnie, a nie utwór – pod każdym względem najwspanialszą, największą, najgłębszą, najradośniejszą, najsmutniejszą, łączącą w sobie wszystko to, co sprawia, że od czegoś nie jesteśmy w stanie już do końca naszego świata uciec. Mam tu na myśli ponad 70 minutową kompozycję Gavina Bryarsa zatytułowaną „Jesus Blood Never Failed Me Yet”.
Króciutko opowiem, co to jest takiego. Otóż sama kompozycja, jak wspomniałem, trwa ponad 70 minut, jednak wszystko opiera się na bardzo krótkiej frazie, wyśpiewanej przez anonimowego menela, znalezionej i nagranej przez Bryersa, i stanowiącej podstawę tego dzieła, o następującej treści: „Jesus blood never failed me yet. This one thing I know that He loves me so”. I tak w kółko, przez ponad 70 minut, albo a capella, albo z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego, ewentualnie całej orkiestry. Nagrany śpiew jednego „dziada”, i do tego śpiewu stworzona cała potężna kompozycja. Powtarzam – jedna prosta fraza melodyczna na okrągło, przez ponad 70 minut.
Oczywiście dla każdego, kto wie, na czym polega urok tradycyjnych indyjskich mantr, czy – bardziej już lokalnie wyśpiewywanych po polskich wsiach „Godzinek” – jest też oczywiste, w jaki sposób można spędzić znacznie ponad godzinę w czystym zachwycie, który przelatuje jak krótka chwila, my jednak mówimy o piosence, a więc o tym, co dał nam ten – zresztą zmarły chyba jeszcze nawet zanim zdołał to co stworzył usłyszeć – pijaczek. Otóż ja nie wiem, czy on ów tekst i melodię wymyślił sam – podejrzewam, że jest to bardzo prawdopodobne – ale już zupełnie niezależnie od tego, co pozwolił stworzyć geniusz samego Bryarsa, czy choćby i nawet Toma Waitsa, który przejmuje od naszego dziada ostatnią partię tego utworu, to jest fantastyczna piosenka. To jest coś tak pięknego, że ja, choć niekiedy z prawdziwym bólem serca, muszę powiedzieć, że zwyczajnie wznosi się ponad wszystko, co się zdarzyło zarówno wcześniej, jak i później. I że wszystkie tak ukochane przez mnie piosenki zwyczajnie nie stanowią dla tego czegoś jakiejkolwiek konkurencji.
O co chodzi? Jak już wcześniej napisałem, było przez te wszystkie lata dziesiątki piosenek, które nam towarzyszyć będą już do końca. Piosenek naprawdę pięknych, cudownych, najlepszych. Jest jednak coś takiego w tej jednej frazie „Krew Jezusa jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. To jest to, co wiem. Że On mnie bardzo kocha”, i jej melodia, jej słowa, sposób, w jaki została zaśpiewana, ten biedniusieński głos, co sprawia, że tak chętnie się tego słucha w nieskończoność. Jestem pewien, że nawet Bob Dylan ze swoim „I Want You” nie dałby rady. Nawet Doorsi ze swoim jeźdźcami po trzecim, niech będzie, że czwartym, piątym razie, musieliby przestać. Co ja mówię Doorsi? Nawet Aretha Franklin, kiedy skończyłaby śpiewać „Say a Little Prayer” po raz dziesiąty, też by w końcu musiała przerwać, i zaczęła słuchać tego samotnego człowieka.
Gavin Bryars w pewnym momencie swojego życia usłyszał tego biedaka i zrozumiał, co mu się zdarzyło odnaleźć. Reszta, to już wyłącznie kwestia jego wrażliwości. Nie mam nawet pewności, czy umiejętności kompozytorskie mogły tu mieć jakiekolwiek znaczenie. W końcu, nie sądzę, by technicznie, stanowiło to jakieś bardzo ciężkie zadanie. On po prostu do tej piosenki dopisał odpowiednią instrumentację. No a wszystko zamknął już Tom Waits. Jeszcze jeden geniusz.
Jeśli udało mi się kogoś tutaj zachęcić, muszę od razu go zmartwić. Ta płyta, o ile mi wiadomo, jest już nie do kupienia. Na youtubie można znaleźć kilka krótszych wersji, również w formie tak zwanych „coverów”. No ale, przynajmniej wciąż jest szansa, zorientować się, co miałem na myśli, mówiąc, że mamy do czynienia z najpiękniejszą piosenką w historii, jak najbardziej, muzyki popularnej. W końcu, w ostatecznym rachunku, i tak wszystko sprowadza się do tej melodii i tego tekstu.
Czasem sobie myślę, że kiedy Jezus przyjdzie do nas po raz drugi i otworzy wszystkie groby, jest duża szansa, że spotkamy nie tylko naszych najbliższych, ale również i Billie Holiday, i Johnnego Casha, i Johna Coltrane’a, ale też i jego – tego szczególnego człowieka bez nazwiska.
No a teraz już tylko słuchajmy. W międzyczasie bowiem pojawiła się wersja pełna.
Nie umiem powiedzieć, które to z kolei były moje targi, natomiast gdy chodzi o Wydawców Katolickich, to chyba trzecie i mam wrażenie, że w pewnym sensie najbardziej udane ze wszystkich dotychczasowych, w jakich zdarzyło mi się w ogóle brać udział. Od razu jednak muszę wyprowadzić z błędu wszystkich tych, którzy sobie od razu pomyśleli, że zaliczyłem jakąś rekordową sprzedaż. Akurat nie w tym rzecz. Sprzedaż wprawdzie była na przyzwoitym, choć raczej zbliżonym do dolnego, poziomie. To co mnie natomiast zachwyciło i dało mi tyle satysfakcji, to fakt, że chociaż tym razem nie miałem ze sobą żadnej nowej książki, która ciągnęłaby ogólną sprzedaż, podobnie Gabriel, poza nowym wydaniem pierwszego tomu Baśni, nie bardzo był w stanie mi tu pomóc, a mimo to naprawdę nie było źle, no i, co wcale nie najmniej ważne, po raz pierwszy miałem przyjemność dorzucić się do ceny wynajęcia stoiska, to fakt, że książki kupiło wyjątkowo dużo osób, które wcześniej ani o nich, ani o wydawnictwie Coryllusa, nie słyszały. Naprawdę bardzo dużo osób zdecydowało się kupić te książki tylko przez to, że je sobie obejrzało i dało się zachęcić tam na miejscu.
Najlepiej świadczyć powinien o tym, że tym razem to nie blog mi najbardziej pomógł, świadczyć fakt, że akurat najwięcej sprzedałem „Listonosza” i „ Rock and rolla”, a zatem polityki tu było naprawdę bardzo mało. Jeśli sobie przypomnę, jak to podczas pierwszych moich wypraw targowych, poza czytelnikami bloga, nie miałem praktycznie klientów, po tych dwóch dniach jestem pod naprawdę dużym wrażeniem.
Ale zdarzyło się jeszcze coś, co uważam za dobry znak. Otóż w sobotę na targach pojawił się Bogdan Rymanowski ze swoim wywiadem z Małgorzatą Wasserman. Ponieważ tak się składa, że mój syn lubi Rymanowskiego zupełnie bezinteresownie, pomyślałem, że kupię mu tę książkę i przy okazji poproszę Rymanowskiego o dedykację. I oto doszło do takiej wymiany: -Czy mógłbym prosić o dedykację dla syna?
- Proszę bardzo. Jak syn ma na imię?
- Antoni.
- A nazwisko?
- Wie pan, może to opuśćmy, bo to jest akurat takie nazwisko, które trzeba by było pewnie literować, a po co się męczyć?
- Ależ nie ma problemu.
- No to niech będzie. O-s-i-e-j-u-k.
- To bardzo znane nazwisko.
- Chyba nie.
- Owszem, tak.
- Pan zna?
- Oczywiście, że znam. Pan pisze, tak?
- Piszę.
- Miło mi.
- Mnie również.
Uprzedzając wszystkie złośliwości, chciałbym od razu powiedzieć, że ja to wszystko wiem i wszystko rozumiem, jednak chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Przede wszystkim po raz kolejny się okazało, że oni nas czytają i to oczywiście daje satysfakcję. Druga natomiast rzecz to ta, że on się jednak do tego przyznał, prawda? A nie musiał. Mógł dać mi do zrozumienia, jak wielu innych dotychczas, że oni stanowią inny krąg i bzdurami się nie zajmują. Jestem pewien, że Feusette by się nie przyznał. Skwieciński, Zaremba, Karnowski, Terlikowski, Mazurek, Nykiel – oni by tę wiedzę zachowali dla siebie. Rymanowski mógł być dyskretny, ale machnął na nią ręką i moim zdaniem to świadczy o nim jak najlepiej.
No i jeszcze wiadomość niemal już z ostatniej chwili. Już pod koniec dnia w niedzielę, miałem okazję podarować swoje „Licho” cudownego księdzu Waldemarowi Chrostowskiemu. Podarowałem mu tę książkę, on mnie poprosił o dedykację i adres mailowy, uścisnęliśmy sobie dłonie i jeśli o mnie idzie, to jest to dla mnie coś, na co bym mógł zamienić całą resztę.
I tyle. Jeśli przyjdą mi do głowy jakieś nowe refleksje, to się oczywiście nimi podzielę. A jeśli będą jakieś reakcje ze strony księdza, poinformuję natychmiast.
Już 7 maja będziemy z Gabrielem i Dr.Wallem w Opolu na uniwersytecie rozmawiać o nadchodzących wyborach. Tydzień później w Warszawie zaczynają się targi na stadionie, gdzie również będę, prawdopodobnie od początku do końca. Do tego czasu zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jest wszystko pod ręką.
Przedstawiam kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam wielką nadzieję, że jego przesłanie zdąży przed tymi durniami od Korwina, którzy najwidoczniej nie zamierzają spocząć dopóki tego wszystkiego ostatecznie nie rozpieprzą.
Ponieważ wśród czytelników „Warszawskiej Gazety” większość to osoby poważne i niechętnie oddające się czynnościom niepotrzebnym, tu akurat, jak sądzę, nazwisko niejakiego Łukasza Jakóbiaka musi pozostawać nieznane. Podobnie jak nieznany jest prowadzony przez niego na youtubie show sprowadzający się do rozmów z celebrytami. Otóż jest tak, że ów Jakóbiak do najnowszego ze swoich programów zaprosił samego Bronisława Komorowskiego, z którym przeprowadził kilkunastominutową rozmowę, której, jak sądzę, jedynym celem było pokazanie Komorowskiego, jako sympatycznego głupka, takiego, jakim zapewne jest każdy z sympatyków wspomnianego programu.
Jak wiele z kampanijnych gestów wykonywanych ostatnio przez sztab Bronisława Komorowskiego, i ten został, właściwie przez wszystkich komentatorów, potraktowany jako ciężka wpadka, a sam program i jego autor trafiły na równie pochyłą z tego prostego powodu, że najnowsza polityczno-medialna historia kraju nie zna chyba aż tak żenującego przykładu propagandowej manipulacji, gdzie wszystko od początku do końca jest tak zawstydzające, że jedyną reakcją będzie już tylko oblać się rumieńcem i wejść pod stół.
Ja jednak zwróciłem uwagę na coś, co musi stanowić wyczyn nawet w przypadku tak już kompletnie sprawdzonym i opisanym, jak przypadek Bronisława Komorowskiego. Oto w pewnym momencie rozmowy – przypomnijmy, że, jak się domyślamy, precyzyjnie przygotowanej i prowadzonej wedle bardzo precyzyjnego kampanijnego planu – ów Jakóbiak zwraca się do kandydata z prośbą, by wymienił trzy rzeczy, które ten by zabrał ze sobą na bezludną wyspę, i na to, wydawałoby się dające tyle możliwości, pytanie Bronisław Komorowski odpowiada, co następuje: „No wie pan, wbrew pozorom nie wziąłbym książki, bo mam dużą wyobraźnię, natomiast jako harcerz, wziąłbym rzeczy praktyczne, które pozwoliłyby mi przeżyć”. A więc? – pyta, zdecydowanie w tej szczególnej sytuacji niepolitycznie, Jakóbiak, na co Komorowski odpowiada: „Pewnie jednak towarzyszkę życia”. I w tym momencie, zamiast uznać, że w przypadku akurat Prezydenta, owa „towarzyszka” starczy nie tylko za trzy, ale i dziesięć rzeczy, które nasz gajowy mógłby wziąć ze sobą na bezludną wyspę, Jakóbiak naciska głupio, informując, że mamy przecież jeszcze trochę miejsca. Prezydent myśli, myśli, myśli… i wreszcie odpowiada: „To może psa”. Jeszcze coś? Owszem: „Wspomnienia”.
Może wyjaśnię nieco bliżej, w czym rzecz. Pada pytanie, znane od pewnie już setek lat, o tę nudną jak jasna cholera bezludną wyspę, a z nim – zwłaszcza w sytuacji kampanii wyborczej – pytanie, gdzie można już tylko robić wrażenie. Bez najmniejszego wysiłku. I oto Pierwszy Obywatel Prezydent Komorowski odpowiada: „Gdybym znalazł się na bezludnej wyspie nie wziąłbym książki, bo mam dużą wyobraźnię, natomiast, jako harcerz, zabrałbym ze sobą same najbardziej praktyczne przedmioty, które by mi pozwoliły przeżyć, a więc babę, psa i mózg”. A i to dopiero po wielokrotnych naciskach ze strony zaprzyjaźnionego dziennikarza.
Przepraszam bardzo, ale jeśli ten człowiek zostanie prezydentem po raz drugi, spod tego wstydu się nie wygrzebiemy do dnia, w którym zgaśnie słońce.
Jutro i pojutrze jestem w Warszawie na targach. Wszystkim przypominam: Arkady Kubickiego, stoisko nr 11. Ponieważ wyjeżdżam z samego rana, pewnie dzisiejszy tekst poleży tu aż do poniedziałku. Na szczęście jest napisany ładnie, mocno, a przesłanie też solidne. Jest więc o czym myśleć.
Podczas wspominanego tu w niedawno pobytu w Pradze, nie mogliśmy nie zwrócić uwagi na całą kupę jednakowych skromnych plakatów, na których widniało przekreślone grubą czerwoną kreską zdjęcie obecnego prezydenta Republiki Miloša Zemana plus podpis, którego ani nie potrafiłem odcyfrować, ani też za bardzo mi na tym nie zależało. To natomiast, co wiedziałem, i czego z całą pewnością wiedzieć potrzebowałem, to to, że najwidoczniej dla bardzo wielu ludzi awans owego Zemana stanowił problem na tyle poważny, by przeciwko niemu protestować choćby i po latach.
Taki sam plakat zobaczyliśmy w knajpie obok naszego hotelu, dokąd chodziliśmy na piwo, tym razem jednak tuż obok wisiały zdjęcia i różnego rodzaju pamiątki po Vaclavie Havlu. Zapytałem właściciela lokalu o tego Zemana, co oni od niego chcą, i czemu nagle Havel, no i on mi odpowiedział bardzo krótko: Rzecz w upadku. Cokolwiek byśmy bowiem nie mówili o Havlu i innych, rzecz sprowadza się tak naprawdę do upadku.
Sprawdziłem tego Zemana, dziś prezydenta Republiki Czeskiej i dowiedziałem się, że jest to przede wszystkim bardzo wybitny czeski komunista, debiutujący jeszcze w roku 1968, którego kariera w interesującym nas zakresie toczyła się następująco:
„W 1969 ukończył zaoczne studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Pradze. W 1968 wstąpił do Komunistycznej Partii Czechosłowacji, z której po dwóch latach został wykluczony za niezależne poglądy w okresie tzw. normalizacji. Od końca lat 60. do początku 80. pracował w organizacji sportowej, następnie zaś w organizacji rolniczej. Podczas aksamitnej rewolucji włączył się w prace Forum Obywatelskiego. W 1990 uzyskał mandat posła do Zgromadzenia Federalnego. W 1992 przystąpił do Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej, z ramienia której wywalczył reelekcję do Zgromadzenia Federalnego. W 1993 został wybrany przewodniczącym ugrupowania, które aspirowało do funkcji wiodącej siły lewicowej na czeskiej scenie politycznej”.
Dziś Zeman jest prezydentem Czech, na praskich ulicach wiszą jego poprzekreślane portrety, a najnowsza wiadomość głosi, że skutkiem społecznej krytyki, będzie musiał z własnej kieszeni zapłacić za wycieczki, jakie ostatnio odbył na trasie Praga – Moskwa.
Jak mówię, sprawdziłem dość dokładnie, jak się mają sprawy w najnowszej politycznej historii Czech i dowiedziałem się też, że podczas wyborów prezydenckich sprzed dwóch lat Zeman wygrał w drugiej turze z niejakim Karel Schwarzenbergiem. Zobaczmy więc, kim jest ów Schwarzenberg:
„Czeski Karel Jan Nepomuk Josef Norbert Bedřich Antonín Vratislav Menas kníže ze Schwarzenbergu, niem. Karl Johannes Nepomuk Josef Norbert Friedrich Antonius Wratislaw Mena Fürst zu Schwarzenberg, arystokrata i polityk, minister spraw zagranicznych Republiki Czeskiej w latach 2007–2009 oraz od 13 lipca 2010 do 10 lipca 2013, lider partii TOP 09, od 1979 głowa domu Schwarzenbergów, działacz opozycji antykomunistycznej w okresie Czechosłowacji. Jest najstarszym synem księcia Karola VI Schwarzenberga i jego małżonki Antoniny von Fürstenberg. Posiada podwójne czeskie i szwajcarskie obywatelstwo. Po komunistycznym zamachu stanu z lutego 1948 opuścił wraz z rodziną Czechosłowację i osiadł za granicą. Studiował prawo na uniwersytetach w Wiedniu i Grazu oraz leśnictwo na uniwersytecie w Monachium.
Po praskiej wiośnie zaangażował się w tworzenie czechosłowackich ośrodków opozycyjnych za granicą. Razem z Vilémem Prečanem utworzył Czechosłowackie Centrum Dokumentacyjne archiwizujące zabronioną literaturę. Dziś zbiory te są eksponowane w Muzeum Narodowym w Pradze. Zaangażowany w ruch obrony praw człowieka, pomiędzy 1984 a 1990 pełnił funkcję przewodniczącego Międzynarodowej Helsińskiej Federacji na rzecz Praw Człowieka. W 1989 uczestnik organizowanego przez Solidarność Polsko-Czesko-Słowacką Seminarium Kultury Europy Środkowej, o którym Václav Havel powiedział, że było uwerturą do aksamitnej rewolucji. W 1989 razem z Lechem Wałęsą nagrodzony przez Radę Europy nagrodą za działanie na rzecz praw człowieka.
Powrócił do kraju po aksamitnej rewolucji. W latach 1990–1992 pełnił funkcję sekretarza w kancelarii prezydenta Havla. W 1992 był specjalnym wysłannikiem OBWE do Górnego Karabachu. W 1996 na zaproszenie Vaclava Havla przystąpił do Forum 2000.
Był członkiem Obywatelskiego Sojuszu Demokratycznego (Občanská demokratická aliance – ODA). W 2004 został wybrany senatorem (z rekomendacji Unii Wolności). Od 9 stycznia 2007 do 8 maja 2009 minister spraw zagranicznych z nominacji Partii Zielonych w drugim rządzie Mirka Topolánka. Od 2009 jest liderem nowo powstałej konserwatywnej partii politycznej TOP 09”.
Patrzę na jego zdjęcie, widzę jakiegoś komedianta w muszce typu Janusz Korwin Mikke i właściwie myślę sobie, że do tego, bym mógł tu dostać podstawowy obraz, wystarczyłoby mi ono; cała ta historia z Wikipedii i tak nie ma już większego znaczenia. Bo z czym mamy do czynienia? Z jednej strony mianowicie z jakimś wyjątkowo parszywym komunistą z historią w rolniczych i sportowych organizacjach, a z drugiej z „zielonym konserwatystą” z partii o wdzięcznej nazwie TOP.
Zaglądam jednak dalej i oto widzę, że w tamtych wyborach mieli Czesi też ofertę w postaci niejakiej Zuzana Roithovej. Popatrzmy więc, kto zacz owa Roithová:
„Czeska polityk, lekarka, była minister i senator, posłanka do Parlamentu Europejskiego. W 1978 została absolwentką Wydziału Medycyny Ogólnej Uniwersytetu Karola w Pradze. Odbyła studia podyplomowe na uczelni w Sheffield i na Wharton University.
W latach 1979–1992 pracowała w zawodzie lekarza. Od 1990 do 1998 zajmowała stanowisko dyrektora praskiego uniwersyteckiego centrum szpitalnego. W 1998 sprawowała urząd ministra zdrowia. W okresie 1998–2004 zasiadała w czeskim Senacie.
Należy do Unii Chrześcijańskich Demokratów – Czechosłowackiej Partii Ludowej. W latach 2001–2003 pełniła funkcję wiceprzewodniczącej tej partii. Od 2000 do 2002 była przewodniczącą Międzynarodowego Ruchu Europejskiego w Czechach. W 2004 z listy KDU-ČSL uzyskała mandat deputowanej do Parlamentu Europejskiego. W VI kadencji PE przystąpiła do grupy EPP-ED, została też wiceprzewodniczącą Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów. W wyborach europejskich w 2009 skutecznie ubiegała się o reelekcję.
W 2013 kandydowała w wyborach prezydenckich. W pierwszej turze uzyskała blisko 5% głosów, zajmując 6. miejsce wśród 9 kandydatów”.
Mamy więc już chyba obraz wystarczająco pełny: z jednej strony ten komuch, z drugiej pajac w muszce o zabawnym nazwisku, a obok nich ta Roithová. Patrzę na jej zdjęcie i widzę co widzę, a potem znów spoglądam na ten niezwykły wynik i myślę sobie, że ciekawe, czym ona sobie zasłużyła, że Czesi ją potraktowali w tak parszywy sposób, i dziś nagle, w związku z politycznymi wyborami swojego prezydenta, czują potrzebę wymuszania na nim jakichś śmiesznych gestów. Co ona nabroiła?
Czytam sobie o tych Czechach, i ponieważ zmuszony jestem przyznać, że jestem tu ciemny, jak tabaka w rogu, automatycznie zaczynam myśleć o tym, przed czym stoimy my tu u nas, w Polsce. O ileż nasza sytuacja jest prostsza. Jak wielkie szczęście nas spotkało, że tak naprawdę wszystko jest jasne i z każdym dniem coraz jaśniejsze. A z drugiej strony, jakie to straszne, że dajemy się tak łatwo zastraszać! Jakież to okropne, że daliśmy się doprowadzić do stanu, gdzie mając zaledwie wybierać między siekierką i kijkiem, tak wielu z nas prosi o kijek, kijek w dodatku spróchniały i cały unurzany w psich kupach. Jakie to straszne, że dostajemy ten kijek, bierzemy go w drżące dłonie i z satysfakcję wołamy: „A co? Nie wolno?” i zaczynamy tym kijkiem walić po łbach tych wszystkich, którzy mówią, że zawsze lepsza siekierka.
Bardzo się modlę o to, by się okazało, że jednak dostrzegliśmy tę granicę.
Dziś zaczęły się Targi Wydawców Katolickich w Warszawie. Coryllus z książkami już tam jest, a ja przyjeżdżam z samego rana w sobotę i będę przez dwa dni. Zapraszam wszystkich bardzo gorąco i szczerze. A jeśli ktoś nie może, moje książki można kupować w księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl.