poniedziałek, 9 marca 2015

Z życzeniami dla profesora Władysława Bartoszewskiego

Z informacji, jakie do mnie dochodzą, wynika, że gdy chodzi o sobotnią konwencją wyborczą Bronisława Komorowskiego, na którą w napięciu czekała cała Polska, by nie powiedzieć cały świat, największe wrażenie na obserwatorach, poza wjeżdżającym do sali autokarem, zrobiła pociągająca z flaszki premier Kopacz, jednak ja bym chciał zwrócić uwagę na coś, co chyba tylko ze względu na sędziwy wiek bohatera zdarzenia zostało dyskretnie przemilczane, a co z mojego punktu widzenia stanowiło pierwszy i tak naprawdę jedyny godny uwagi punkt dnia. Otóż w pewnym momencie wszedł na scenę tak zwany „profesor” Władysław Bartoszewski i ogłosił, co następuje (cytuję z pamięci):
„Pytają mnie znajomi, dlaczego głosuję na Bronisława Komorowskiego, a ja im zawsze odpowiadam, że to dlatego, że mam już 94 lata i bardzo bym był niezadowolony, gdy miał mnie chować ktoś inny, niż on”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Władysław Bartoszewski już od parudziesięciu lat jest typowym wesołym staruszkiem, który niczym tak pięknie opisany przez J.D. Salingera sędziwy nauczyciel Holdena Caulfielda, ożywia się wyłącznie wtedy, gdy żartuje, a więc wszyscy mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by się przyzwyczaić, niemniej ta akurat wypowiedź robi wrażenie szczególne. Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, co ów nieszczęsny człowiek powiedział. Ma on mianowicie już 94 lata i od pewnego już czasu żyje świadomością, że każdy kolejny dzień może być jego dniem ostatnim, i ma już tylko jedno marzenie, by kiedy umrze, na jego pogrzebie nie żegnał go Andrzej Duda. On ma 94 lata, jego życie dobiega końca, przed nim zagadki, których normalny człowiek nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, a on zakłada garnitur i udaje się na konwencję Bronisława Komorowskiego, aby powiedzieć światu, że kiedy on umrze i Polskie Państwo zorganizuje mu pogrzeb, on sobie życzy, by nad jego grobem przemawiał ktoś z Platformy Obywatelskiej, PSL-u, SLD, czy choćby i Ruchu Palikota, byle tylko nie jakiś tępy pisowiec. A zgromadzona publiczność, słysząc te słowa, wybucha szczerym entuzjazmem dla owej demonstracji miłości do Ojczyny i Człowieka.
Oni więc szaleją, a ja sobie przypominam, jak zaledwie kilka dni po Smoleńskiej Katastrofie, ten sam Bartoszewski udzielił wywiadu dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, w którym wyraził opinię, że w związku z tym, że samoloty generalnie się rozbijają, on nie widzi powodu, byśmy się akurat tym razem mieli jakoś szczególnie tym, co się stało, emocjonować, a ja sobie natychmiast pomyślałem, że on tak naprawdę uważa, że świat tak naprawdę jest piękny. I powiem szczerze, że nie wiedziałem, co to za cholera… aż do dziś. Dziś nagle zrozumiałem, że Władysława Bartoszewskiego tak bardzo ucieszyła śmierć Lecha Kaczyńskiego, bo on w tamtym momencie zrozumiał, że to nie Kaczyński będzie wygłaszał pożegnalną mowę na jego pogrzebie.
Niektórzy z nas pewnie w tym momencie się spodziewają, że ja już za chwilę znajdę jakiś odpowiedni bon mot, by podsumować ten rodzaj obłędu, a może też i opętanie, jakiemu ulegli ci wszyscy, którzy tego dziwnego pana tak bardzo hołubią, jednak nic z tego. Ja do ludzi starszych i niedołężnych na ciele i umyśle mam stały i niewzruszony szacunek, i w żaden sposób nie mam zamiaru dokuczać Władysławowi Bartoszewskiemu i szydzić ze stanu, w jakim znalazł się on na krawędzi życia. Natomiast jak najbardziej chciałbym poinformować fanów Bartoszewskiego, że skoro już weszliśmy na poziom ostatniej woli człowieka stojącego nad grobem i to w dodatku w zaproponowanej przez samego zainteresowanego poetyce, to powinniśmy wszyscy życzyć mu jednego: niech nam Pan Profesor kituje w ciągu najbliższych dwóch miesięcy, bo w maju już może być za późno i znów trzeba będzie czekać – a i to w najlepszym wypadku – do jakiejś katastrofy.

Wszystkich, którzy lubią tu w dobrej wierze przychodzić, zapraszam do kupowania moich książek, wszystkie do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 7 marca 2015

Po co Jan Hartman jeździ do Brukseli?

Właśnie przeczytałem w portalu wpolityce.pl, że gdzieś w Belgii, w czymś, co nosi dumną nazwę „szpitala uniwersyteckiego”, jeszcze w roku 2012 podano śmiertelny zastrzyk kobiecie, która narzekała na depresję. Kobieta ani nie była chora, ani umierająca, ani nie wyła z bólu, natomiast było jej tak strasznie smutno, że nie chciała już dłużej żyć, no i w tej sytuacji znalazła się grupa chętnych, by ją zabić. Portal wpolityce.pl podaje, że sprawa wyszła na światło dzienne, bo syn owej nieszczęsnej kobiety dowiedział się o tym, co się stało i podał morderców swojej matki do europejskiego trybunału, i pisze:
„De Toyer nie cierpiała na nieuleczalną chorobę, a psychiatra, który leczył ją od ponad 20 lat, wskazywał, że nie spełniała ona wymogów prawa koniecznych do eutanazji. Mimo to matka Toma Mortiera znalazła psychiatrów, którzy mieli inne zdanie, oraz onkologa gotowego przeprowadzić eutanazję, a niedługo przed śmiercią przekazała 2,5 tys. euro na prowadzone przez niego stowarzyszenie”.
Nie wiem, czy wpolityce.pl czegoś nie pomylili, ale tak jest napisane: „onkologa”.
Jak niektórzy czytelnicy wiedzą, od czterech już lat mamy psa, którego moja żona na przykład kocha bardziej, niż którekolwiek z nas, a który nas z kolei kocha tak, że tego się nie da wyrazić w ludzkim języku. Ponieważ on ma ostatnio chorą łapę, wszyscy jesteśmy bardzo zafrasowani i chodzimy wokół niego, jak wokół ukochanego dziecka. Ale też przez to, że mamy tego psa, znamy wielu innych posiadaczy psów, no i proszę sobie wyobrazić, że znajomi państwo musieli jakiś czas temu uśpić swojego pieska, ponieważ był on bardzo chory i cierpiał. Warto zwrócić jednak uwagę na to, że oni go uśpili dopiero po tym, jak sąsiedzi im zagrozili, że jeśli będą dalej narażać zwierzę na cierpienia, to oni ich zgłoszą na policję. Dziś już pies nie żyje, a oni wciąż się nie mogą po jego odejściu pozbierać.
Mam też kolegę, który zresztą od samego początku jest wiernym czytelnikiem naszego bloga, właściciela psa, który skutkiem przewlekłej choroby ma amputowane dwie przednie łapki. Zapadła decyzja, by psa uśpić, jednak mijają tygodnie, a oni nie mają odwagi wstać rano i powiedzieć sobie, że oto nadszedł jego ostatni dzień. Jak opowiada mój kumpel, pies jest bardzo grzeczny, mądry, bardzo przytomny i oni najzwyczajniej w świecie chcą, by jeszcze żył.
Jestem pewien, że wielu z nas ma cała kupę podobnych historii do opowiedzenia.
Tymczasem w Belgii grupa psychiatrów i lekarzy dowiedziała się, że jest szansa kogoś zamordować, z tego powodu zaczęło ich coś łaskotać pod sercem i nawet nie czekali na kolejny dzień. Tak było w Belgii. Tymczasem w Polsce, jak na swoim blogu napisał znany nam aż nazbyt dobrze prof. Jan Hartman, we wsi, w której on pomieszkuje, ktoś zastrzelił mu ukochanego pieska, i w związku z tym ów Hartman złożył uroczystą obietnicę (cytat wprawdzie niedosłowny, ale z pewnością oddający emocje autora) „całej tej pieprzonej katolickiej i zbydlęciałej Polsce”, że on nie spocznie dopóki jej dzieci i wnukowie nie wyemigrują do Londynu, Brukseli, czy Amsterdamu i tam dopiero się nauczą, czym jest prawdziwa europejska cywilizacja. Dlaczego? Bo Hartman kochał swego psa, a pies kochał Hartmana i był wesoły i mądry i chciał żyć, a jakiś Polak przyszedł i go z zimną krwią i z żądzy najniżej przyjemności go zastrzelił.
A ja czytam tekst na portalu wpolityce.pl i staram się spojrzeć w oczy tym belgijskim psychiatrom, temu onkologowi i jego znajomym, no a skoro już jesteśmy przy oczach, przypomina mi się baaaardzo fajny film „Prawdziwy Romans”, w którym James Gandolfini, grający zimnego, psychopatycznego zabójcę, opowiada Alabamie, jak to za pierwszym razem, kiedy on musiał kogoś zastrzelić, z nerwów się porzygał, natomiast dziś to już tylko patrzy, jak jego kolejnym ofiarom zmienia się wyraz twarzy.
Z Hartmanem akurat nie rozmawiam, więc do niego ani słowa, natomiast wszystkich tych, którym bardzo się spodobała jego refleksja na temat owych pobożnych wieśniaków z karabinami, strzelających do psów, i którzy w związku z tym coś tam sobie kombinują, chciałem prosić, żeby sobie dali spokój i się tak nie napinali, bo o tych ich oczach, które błyszczą na widok gasnącego życia kręci się już filmy.

Jak już informowałem wczoraj, ukazał się kolejny numer „Szkoły Nawigatorów”, a w niej mój tekst o brytyjskich workhousach. Zachęcam bardzo serdecznie do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i przypominam, że zawsze można do tego dołożyć którąś z moich książek. Nawet nie umiem powiedzieć, która lepsza.

piątek, 6 marca 2015

Czy prezydenccy medycy rozumieją powagę sytuacji?

Dziś ukazuje się kolejne wydanie „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój felieton, jak zwykle na tematy bardzo dzisiejsze. Zapraszam:


Nie wiem, czy to, co od pewnego już czasu obserwujemy w jego zachowaniu, to wynik naturalnego kryzysu, jaki zaatakował jego umysł – co może przecież spotkać w każdej chwili każdego z nas – czy może ofensywa Andrzeja Dudy tak uszkodziła zmysły tego człowieka, że on zwyczajnie stracił poczucie rzeczywistości, ale faktem jest, że co najmniej od czasu, gdy Gabriel Janowski dał się czymś nafaszerować, żaden z polskich polityków aż tak dramatycznie, jak dziś Bronisław Komorowski, się nie odsłonił. Seria tak zwanych eufemistycznie „wpadek” Prezydenta, jest tak długa i tak spektakularna, że istotnie wypada się zastanowić, co jest ich przyczyną i w co ostatecznie ów upadek się przekształci. A po tym, co widzimy, można się spodziewać naprawdę najgorszego.
Ja wiem, że przez owe pięć lat, kiedy Bronisław Komorowski jest prezydentem, zdążyliśmy się przyzwyczaić do najróżniejszych ekscesów w jego wykonaniu, no i teraz, kiedy on nagle zaczyna biegać po japońskim parlamencie, pokrzykiwać, włazić z butami na fotele i strzelać sobie pamiątkowe zdjęcia, wielu z nas, uznając, że przecież nie dzieje się nic niezwykłego, wzruszy tylko ramionami, ja jednak bym bardzo wszystkich zachęcał, byśmy się jednak tym razem stanem zdrowia Prezydenta zainteresowali. Nie jest bowiem tym razem tak, że on sobie zasnął na jakiejś imprezie, zrobił błąd ortograficzny, czy że podczas oficjalnego obiadu zagapił się i zabrał komuś kieliszek; nie jest nawet tak, że on się rozgadał i zaczął coś pleść o tym, jak się robi bigos. Tym razem on autentycznie się zachowywał, jakby oszalał, czy, mówiąc delikatniej, schlał. To nie jest tak, że to co prezydent Komorowski robił podczas wizyty w Japonii, to parę kolejnych „wpadek”. Nie tym razem. Uważam więc, że akurat na tę okazję powinniśmy się wszyscy troszkę bardziej skoncentrować i spojrzeć nieco poważniej na to, co widzimy. Bo, jak mówię, sytuacja jest na tyle poważna, że diabli wiedzą, co przyniesie kolejny dzień, i lepiej będzie, jeśli będziemy na niego przygotowani.
Za dwa miesiące odbędą się w Polsce wybory prezydenckie i, zarówno z napływających regularnie informacji, jak i dzięki temu, że potrafimy przecież analizować rzeczywistość, możemy rozważać różne scenariusze. A więc, może się oczywiście zdarzyć, że jakimś smutnym cudem, nasze pragnienie zmiany okaże się na tyle niewielkie, że Bronisław Komorowski, albo te wybory wygra, albo przegra je nieznacznie i reżim je bez kłopotu sfałszuje. Może też być tak, że do drugiej tury wejdzie Ogórek i będziemy mieli powtórkę z roku 1990, kiedy to rozstrzygającą walkę o urząd prezydenta prowadził Wałęsa z Tymińskim. Ale może się też zdarzyć tak, że Bronisław Komorowski 10 maja nie wystartuje, ponieważ na to nie pozwolą mu ani lekarze, ani przepisy prawa. I ja bym osobiście stawiał na tę właśnie ewentualność.
Jutro kolejny dzień. I pamiętajmy, że nie znamy dnia ani godziny.

Jak już pewnie część z nas zauważyła, ukazał się też już kolejny numer „Szkoły Nawigatorów”, a w nim również mój tekst o brytyjskich „workhousach”, czyli pierwszych koncentracyjnych obozach pracy. Na stronie www.coryllus.pl można kwartalnik w każdej chwili zamawiać, a jeśli ktoś przy okazji zachce sobie sprawić którąś z moich książek, będzie taniej i wygodniej. Polecam szczerze.

czwartek, 5 marca 2015

Cudzołóstwo, czyli nasi przyszli i pozamiatali

Wczorajsza notka Coryllusa, przyznaję, wprawiła mnie w nastrój dość ponury, bo nagle sobie uświadomiłem, że strona, którą zwyczajowo określamy przy pomocy zaimka „oni”, ma tak strasznie dużo środków i sposobów, przy użyciu których może nami na wszelkie sposoby manipulować, że my tak naprawdę nie mamy w tej potyczce absolutnie żadnych szans. Oczywiście, co do tego, jaki jest faktyczny stan rzeczy, ja już nie miałem wątpliwości od dawna, o czym może świadczyć choćby uporczywe pisanie przeze mnie słowa „System” z dużej litery, niemniej zawsze czegoś mi w tym moim spojrzeniu na sytuację brakowało, co by kazało mi dojść do przekonania, że my faktycznie stoimy na pozycji przegranej.
Wspomniałem o manipulowaniu, i jestem pewien, że wszyscy wiemy, co mam na myśli, jednak nie możemy się łudzić, że owa manipulacja sprowadza się wyłącznie do relacji między nimi a nami, czyli że oni próbują nami manipulować, a my albo owej manipulacji ulegamy, albo ją mężnie odrzucamy i na tym koniec. Otóż nic podobnego. To z czym mamy do czynienia, to niekończący się łańcuch, który w dodatku niemal od samego początku, i to niemal w tempie geometrycznym, tworzy łańcuchy kolejne i kolejne i jeszcze kolejne, i w efekcie, ów proces manipulacji jest na końcu tak rozległy i zautomatyzowany, że „oni” już nawet nie muszą nic robić – to wszystko działa już samo.
Jak czytamy w tekście Coryllusa, oto w znanym nam aż nazbyt dobrze wydawnictwie o nazwie „Czarne” ukazuje się książka niejakiego Wójcika pod tytułem „W rodzinie ojca mego”, poświęcona opisywaniu tej części Kościoła w Polsce, którą popularnie określa się, jako „taliban”. Okazuje się teraz, że ów Wójcik, przez kilka lat zatrudniony w redakcji „Gościa Niedzielnego”, w pewnym momencie zwrócił się do posłanki Prawa i Sprawiedliwości Krystyny Pawłowicz z prośbą o wywiad, ta się na rozmowę z chęcią zgodziła i najszczerzej, jak tylko potrafiła, z Wójcikiem porozmawiała. Ten, kiedy sprawę uznał za załatwioną, już jako dziennikarz „Gazety Wyborczej”, pobiegł z tym wywiadem – i, jak się domyślam, paroma jeszcze innymi, które uzyskał, jako przedstawiciel „Gościa” – do wydawnictwa pod nazwą, nomen omen, „Czarne” i wydał tam wspomnianą wcześniej książkę o „rodzinie ojca mego”, która dziś, jak się okazuje, kompromituje środowisko Pawłowicz na całej linii.
Ja nie wiem, jak to się stało, że „Gość Niedzielny” nie dość, że swego czasu w ogóle owego Wójcika zatrudnił, to jeszcze trzymał go u siebie przez siedem lat, i wyrzucił z roboty dopiero, kiedy Wójcik roześmiał im się w twarz i powiedział, że teraz, kiedy on już ma wszystko co chciał, to oni mogą go pocałować w tyłek, i powiem szczerze, wiedzieć ani nie potrzebuję, ani nie chcę. Natomiast nie mogę się powstrzymać od myśli, że taki „Gość Niedzielny” jest wystawiony na atak Systemu w sposób wręcz modelowy i w jego redakcji nie ma nikogo, kto by się temu potrafił przeciwstawić, z tego przede wszystkim powodu, że jedna trzecia redakcji to właśnie takie Wójciki, druga jedna trzecia to księża, którzy wszyscy wiemy, jacy są, a reszta to ci, którzy jakimś cudem dostali tę robotę i mają w nosie, co się tam wyprawia. A naprzeciwko stoi armia uzbrojona po zęby tak, że świat nie widział, i ani jej w głowie brać jeńców, czy kogokolwiek oszczędzać.
Szedłem sobie wczoraj z psem na spacer i w drodze do parku rzucił mi się w oczy ogromny billboard w ostrych czerwono-czarnych barwach, przedstawiający dwie złączone dłonie kobiety i mężczyzny, splecione jednak nie ślubnymi obrączkami, lecz… wężem. Wielki napis głosi „Konkubinat to grzech – nie cudzołóż”. Ponieważ już wcześniej przeczytałem notkę Coryllusa o posłance Pawłowicz i jej przygodzie z Wójcikiem, pomyślałem sobie, że to jest jak nic kampania zorganizowana przez „Gościa Niedzielnego”. Uznałem, że z całą pewnością ktoś z redakcji wpadł na pomysł, by w ten fantastyczny sposób zaangażować się w kampanię na rzecz zwycięstwa Andrzeja Dudy w najbliższych wyborach, pokazując Polakom, jacy my katolicy jesteśmy pomysłowi, porządni, a przede wszystkim pobożni, a przy okazji ruszyć sumienia tych, którzy żyją w grzechu, i w ten sposób, za jednym zamachem, upiec dwie pieczenie: zachęcić ich do nawrócenia, no a potem to już tylko do głosowania na Dudę. Tak sobie pomyślałem, ale kiedy wróciłem do domu, w Sieci znalazłem informacje na temat tej akcji i okazuje się, że za tych z nas, którzy żyją w nieślubnych związkach postanowiono się wziąć na wyższym szczeblu, a mianowicie w Krajowym Ośrodku Duszpasterstwa Rodzin, i to tam właśnie zorganizowano tę niezwykłą kampanię. Po co? Ideę tłumaczy nam dyrektor Ośrodka, ksiądz Przemysław Drąg:
„Od pewnego czasu obserwujemy wzrost liczby konkubinatów i spadek zawieranych małżeństw, zarówno cywilnych, jak i sakramentalnych. Chcieliśmy dotrzeć do ludzi młodych z przekazem bezpośrednim, mocnym”.
Ja wiem, że z księżmi nie ma sensu dyskutować, a publicznie to już zwyczajnie nie wypada, ponieważ jednak mam głębokie przekonanie, że za projektem, którego tak pięknie broni ksiądz Drąg, stoi ktoś zupełnie inny, któremu jest znacznie bliżej do wydawnictwa „Czarne”, niż do Kościoła, chciałbym Księdzu zwrócić uwagę na fakt, że przeróżnych grzechów, poza cudzołóstwem jest cała kupa, w tym takie, o których znaczna większość z nas myśli jak najgorzej. A więc nawet ludzie, którzy z Kościołem nie chcą mieć nic wspólnego, wiedzą, że nie należy kraść, kłamać, zabijać, być niedobrym dla swoich rodziców, obżerać się, wybuchać gniewem, lenić się, zazdrościć, pysznić się, wstrzymywać zapłatę. Tak się też składa, że, jak to pięknie określa ksiądz Drąg, „od pewnego czasu obserwujemy wzrost” większości z nich. Na przykład, jestem pewien, że nawet ksiądz Drąg, który najwidoczniej najbardziej dziś jest przejęty tym, że pary, zamiast się żenić, żyją w wolnych związkach, zauważył, że coraz więcej ludzi, szczególnie młodych kobiet, nieumiarkowanie się obżera. Zauważył on też zapewne, że wielu z nas nie czci tak jak należy dnia świętego. Jestem przekonany, że ksiądz Drąg widzi, jak ostatnio często wielu z nas popełnia grzech wołający o pomstę do nieba, polegający na wstrzymywaniu zapłaty. Myślę również, że musiał ksiądz Drąg zauważyć, jak ostatnio coraz częściej ludzie kłamią i oszukują. Mam też silne podejrzenie, że zaobserwował też ksiądz Drąg gwałtowny wzrost osób, które z różnych powodów popadają w rozpacz, a która, jak wiemy, jest grzechem niezwykle ciężkim. Widząc to wszystko, on postanowił jednak nie wyjść do ludzi z paskudnym wężem na billboardzie i hasłem: „Weź się w garść – rozpacz jest grzechem”, lub „Zapłać pracownikowi i nie żyj w grzechu”, lecz wszcząć na całą Polskę kampanię przeciwko ludziom, którzy postanowili żyć w tak zwanym konkubinacie. Bo ich jest coraz więcej, a konkubinat, jak wiemy, to cudzołóstwo. Rzecz jednak w tym niestety, że ów konkubinat, to jest już chyba jedyny z tych grzechów, który dla wielu z nas, jest czymś równie błahym, jak zjedzenie w piątek hamburgera. Niedawno, o ile czegoś nie pomyliłem, sam papież Franciszek zwrócił uwagę na fakt, że nowoczesny świat doprowadził naszą cywilizację do miejsca, gdzie małżeństwo stało się zbędnym balastem, i że Kościół powinien się do tego odnieść w jakiś inny sposób, niż przez straszenie ludzi grzechem, bo w przeciwnym wypadku zainteresowani najzwyczajniej w świecie uznają, że z tym akurat Kościołem oni nie chcą mieć nic wspólnego. Ludzi można bowiem zachęcać do tego, by nie kradli, nie zabijali, nie oszukiwali, nie prześladowali słabszych, nie obżerali się wreszcie; można ich nawet zachęcać, by zaczęli chodzić do kościoła w niedzielę i starali się pracownikom płacić za wykonaną pracę, bo to jest dla nich zwyczajnie zdrowe, ale, jeśli doszło do tego, że ludzie przestają się żenić, a celibat ich nie interesuje, najgorszą rzeczą, jaką można sobie wymyślić, to straszenie ich wężem i ogniem piekielnym. Bo większość z nich prędzej uzna, że z tą religią to jakiś przekręt, niż wezmą kredyt na wesele i mieszkanie i wózek dla dziecka.
Mimo to, ksiądz Drąg postanowił okleić całą Polskę tymi przerażającymi billboardami, aby, jak mówi „dotrzeć do młodych z mocnym przekazem”. On już podobno próbował w zeszłym roku, przy pomocy bardzo w jego przekonaniu zabawnych T-shirtów z napisem: „Keep calm, don’t kocia łapa”, no ale mimo że jedną z tych koszulek sprezentował samemu Papieżowi, pomysł nie wypalił. Tym razem więc zdecydowano się na węża.
A ja nie mam najmniejszych wątpliwości, jak to się wszystko zaczęło. Przyszedł ktoś do księdza Drąga i mu powiedział: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica, proszę księdza. Chciałem powiedzieć, że my tej ‘kociej łapy’ nie możemy tak zostawić. Musimy walczyć, bo mamy do czynienia ze strasznym grzechem. Tu trzeba działać jak najszybciej. Proszę popatrzeć, mam już nawet projekt plakatu do tej nowej akcji: dwie dłonie splecione w uścisku węża. Mocna rzecz, prawda? To trzeba młodym pokazać, najlepiej już teraz, zanim nadejdzie wiosna. Rozumie ksiądz? Musimy dać świadectwo”. No i mamy to co mamy.
Tak to działa. Tak to właśnie działa. O akcji już nawet poinformował TVN. Bardzo rzetelnie, nie ukrywając nic z tego co najważniejsze. Nawet księdzu Drągowi pozwolili tam się wygadać. Do woli. Bez cenzury. No i w sam czas. Prezydent Komorowski przysypia, więc znów trzeba wszystko robić za niego. Na szczęście jest profesor Pawłowicz i ksiądz Drąg. Bardzo porządni ludzie. Bardzo.

Ponieważ wciąż tu się przewija ten wąż, zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji. Tam mamy moją najnowszą książkę o Diable jak najbardziej i o tym wszystkim, co wypada nam o nim wiedzieć. Bo inaczej, po nas.




środa, 4 marca 2015

Niszcz Polskę, czas na resztę przyjdzie później


Nie wiem, skąd się to bierze, ale już parę razy zaobserwowałem sytuację, kiedy to w odpowiedzi na którąś z tych notek, zupełnie niespodziewanie pojawia się cała seria kolejnych inspiracji, i temat, zamiast naturalną koleją rzeczy wygasnąć, ciągnie się dzień za dniem. Tak też było i tym razem. Polski film „Ida” otrzymał tego nieszczęsnego Oscara, przy tej okazji okazało się, że od samego filmu gorszy jest już tylko jego reżyser, a z nim obie odtwarzające główne role aktorki, ta z kolei wiadomość uruchomiła kolejną falę refleksji związanych z ogólnym poziomem, reprezentowanym przez polskie elity, ja na to napisałem kolejny tekst, w którym starałem powiedzieć to, co mnie tak strasznie dręczy od lat, a co kręci się wokół wciąż tego samego pytania: „Czemu wszyscy są od nas lepsi?”, no i kiedy wydawało się, że sprawę można już bezpiecznie zamknąć, dowiedziałem się o istnieniu człowieka nazwiskiem Sylwester Wardęga.
Zacznijmy jednak od początku. Jak wiemy wszyscy, miejsce, w którym się spotykamy, nosi nazwę blogosfery, teksty, które niemal codziennie piszę, zamieszczane są na tak zwanym blogu, a ja sam jestem nazywany blogerem. Trzeba nam jednak wiedzieć, że jest też coś takiego, jak „vloger”, a więc ktoś, kto tego, co mu leży na sercu nie zapisuje, ale rejestruje kamerą video i umieszcza w Internecie w postaci serii kolejnych kawałków. Ja tu zresztą swego czasu zwróciłem uwagę na jednego z owych „vlogerów”, niewidomego człowieka, który konsekwentnie opowiada o tym, jak to jest być niewidomym. Również i moje dzieci parę razy kazały mi oglądać jakichś innych, podobnie popularnych, „vlogerów”, najczęściej po to, by się tam z czegoś wspólnie pośmiać, i ja, owszem, nieraz byłem pełen podziwu dla inwencji i humoru jednego czy drugiego. Może nie na tyle, by tu się nad nimi pochylać, ale owszem: wielu z nich jest naprawdę pomysłowych.
I oto nagle okazuje się, że i my Polacy mamy swoją gwiazdę owej „vlogosfery”, która świeci na tyle dużym blaskiem, że podobno wspomniała o niej nawet znana choćby z prowadzenia paru gali oscarowych Ellen DeGeneres. I to jest wspomniany wcześniej Sylwester Wardęga. Co takiego zrobił ów Wardęga, że informacja o nim dotarła aż za ocean? Przede wszystkim, jak się okazuje, filmiki, które on umieszcza na youtubie osiągają grube miliony obejrzeń, a to już jest traktowane jako sukces. Konkretnie natomiast, on zrobił taki żart, że skonstruował ogromny kostium strasznego i obrzydliwego pająka, założył go na swego psa i wypuszczał go w tym przebraniu na niczego niespodziewających się ludzi. To co rozśmieszyło wielu, w tym Ellen DeGeneres, to było to, że ludzie zaatakowani przez tego „pająka”, niemal umierali ze strachu.
Wczoraj przeczytałem na portalu tvn24.pl, że ów Wardęga został skazany przez sąd w Warszawie na miesiąc prac na rzecz społeczeństwa za to, że któregoś dnia przebrał się za staruszka, polazł z kamerą do lokalnej galerii handlowej, zdjął spodnie, usiadł na koszu na śmieci i udawał, że robi tam kupę. Kiedy podszedł do niego pracownik ochrony, Wardęga ze spuszczonymi spodniami zaczął uciekać, kamera to wszystko nagrała, no i z tego była znów wielomilionowa, nomen omen, kupa śmiechu. A ja się mogę tylko domyślać, że skoro już mamy sprawę sądową i relację w telewizji TVN24, to będzie już tylko lepiej.
Oczywiście, nie muszę tu nikogo zapewniać, że ja akurat zarówno tamten numer z pająkiem, czy ten najnowszy, z robieniem kupy do kosza na śmieci, uważam za coś tak upiornego, że aż czasem żałuję, że ktoś odpowiednio przerażony widokiem wielkiego pająka, nie umarł na serce, za co ten wesołek Wardęga trafiłby do więzienia i tam by mu dopiero koledzy z celi pokazali, co to znaczy się bać. Kiedy zresztą widzę zdjęcie Wardęgi, myślę sobie, że on akurat byłby świetnym kandydatem na tak zwanego „cwela”. A zatem, działalność artystyczną Sylwestra Wardęgi traktuję z podobną pogardą, jak filmy Małgorzaty Szumowskiej, czy sztukę muzycznego zespołu Donatan & Cleo. Ależ też z podobnym bólem. Dlaczego? Bo nie ulega dla mnie wątpliwości, że to na przykładzie działalności tej trójki widzimy znakomicie miejsce, jakie Polsce przydzielono, gdy chodzi o światową rozrywkę i kulturę. Gdy chodzi o kino, Polska będzie produkowała filmy o polskich idiotach, w dziedzinie piosenki, promocje nam będą robić wiejskie, cycate dziwki, a polski humor będzie się sprowadzał do srania w galerii handlowej. I tak będzie wyglądała nasza oferta eksportowa.
Ale oczywiście i my coś dostaniemy w zamian. Ja tu zresztą jakieś czas temu owemu importowi poświęciłem osobny tekst i myślę, że nadszedł znakomity moment, by to co w nim się znajdowało, przypomnieć. Włączyłem otóż kiedyś telewizor i tam trafiłem na kanał pod nazwą „Polsat Cafe”, gdzie ktoś właśnie nam Polakom pokazywał dokumentalny film nieznanej produkcji o południowoamerykańskich transwestytach, oznaczając go w górnym lewym rogu żółtym trójkątem z liczbą 12, co oznaczało, że jest to program dla dzieci. Nie będę ukrywał, że przynajmniej od czasu, gdy jeden z naszych czołowych parlamentarzystów został przebrany za kobietę i przedstawiony nam, jako Anna, rozumiem i zmuszony jestem akceptować fakt, że publiczne prezentowanie pewnego rodzaju perwersji stało się czymś normalnym. Normalnym do tego stopnia, że możemy być pewni, że w momencie, gdy przed nami już za chwilę pojawi się ów poseł, w lewym rogu ekranu na sto procent nie pojawi się żółty trójkąt z wyrysowaną elegancko liczbą 18, lub nie zostanie wyświetlony tekst informujący, że rodzice mają zasłonić dzieciom oczy. Raz że nie wypada, a dwa, że w dobie Internetu, one nie takie rzeczy mają okazję oglądać. Co ja mówię – Internetu? To przecież w publicznej telewizji ostatnio ruszył nowy program pod tytułem „Adam szuka Ewy”, gdzie mamy wszystko to, co mieliśmy wcześniej, tyle że nago. To w telewizji przecież można oglądać program pod tytułem „Warsaw Shore” o takim spiętrzeniu najgorszego zła, że żadne słowa tego nie są w stanie opisać. I to dla nas Polaków specjalnie to coś zaimportowano w formie nowoczesnej rozrywki.
Film o transwestytach, to było jednak już co innego. On przede wszystkim – zachowując całe swoje obrzydlistwo – nie stanowił rozrywki, lecz był materiałem w sposób jednoznaczny propagandowym, mającym na celu wyjaśnienie wszystkim zainteresowanym, lub nie, że jeśli chłopcu przyjdzie do głowy, by zostać dziewczyną – lub ewentualnie na odwrót – to i nawet lepiej, bo to i świat się przez to staje lepszy pod każdym względem, a i robi się kolorowej. Poza tym, warto wiedzieć, że w takim Meksyku istnieje region, gdzie właściwie, jeśli ktoś rodzi się mężczyzną, to pierwsze co robi, natychmiast się zmienia w kobietę. I wcale nie musi nawet do tego przechodzić plastycznych operacji, czy kuracji genetycznych, ale normalnie – przyczepia sobie perukę, zakłada sukienkę i dopiero wtedy jest pełnoprawnym obywatelem. I to jest jak najbardziej w porządku.
Film był długi jak cholera, i – jak mówię – jego cały sens i zamiar sprowadzał się do tego, by każdy wiedział, że tak jak jest – jest źle. Ma być inaczej. A zatem, muszę uznać, że Polsat Cafe, oznaczając swoją prezentację informacją, że oto jest program dla dzieci – miał na oku właśnie te dzieci. A to, już nie jest ani trochę zabawne.
No ale w końcu wspomniany dokument szczęśliwie dobiegł końca, pojawiły się reklamy – o ile dobrze zauważyłem, nie reklamujące prezerwatyw – a po reklamach zaczął się kolejny film, też dokumentalny, tym razem jednak o urokach życia w związkach lesbijskich, i korzyściach z niego płynących. Na żółtym trójkącie w dalszym ciągu widniała liczba 12, tyle że – być może z tego powodu, że już było po północy – tym razem było znacznie ostrzej. I to od samego początku. Pojawiło się bowiem jakieś ledwo co dorosłe dziecko, i opowiedziało nam jak to pewnego dnia poszło do koleżanki, no i tam tak jakoś wyszło, że one się zaczęły całować… i tak dalej i tak dalej, no i w końcu ono sobie uświadomiło, że inaczej już nie chce. No i wówczas padły te słowa (cytuję dosłownie): „Wtedy pierwszy raz w życiu poczułam jak cudowne jest lizanie cipki”.
W tym momencie wyłączyłem telewizor, poszedłem spać, a od rana już tylko sobie myślałem – co to jest za cholera? Czy jest już może tak, że te żółte trójkąty z informacją o tym, kto co może i powinien w swoim telewizorze oglądać, to już jest kompletna fikcja, czy za tym stoi może jakaś metoda? Czy to możliwe – ja programu Polsat Cafe nie oglądałem nigdy wcześniej, a i od tamtego czasu też tam nie zaglądałem, więc nie wiem – że oni mają tam wszystko dozwolone od lat 12? Że tam jest tylko ta jedna plansza, i nawet jeśli od godziny 2 w nocy Polsat Cafe zaczyna transmisję pornograficznych stron internetowych, to ta dwunastka tam nadal wisi? A może oni mają jednak programy, których dzieciom, w obawie przed interwencją KRRiT, nie pozwalają oglądać? Na przykład film „Lewy Czerwcowy”, albo dokument o zbrodni smoleńskiej? Tyle że taka jest właśnie polityka, by polskie dzieci uczyły się o „cipkach” i na tych „cipkach” dorastały?
Otóż obawiam się, że ta druga opcja jest prawdziwa. Oni oczywiście są bezczelni i głupi, ale nie na tyle bezczelni i nie na tyle głupi, by ryzykować jakieś przypadkowe kary. Oni muszą świetnie wiedzieć, że jeśli po północy nadadzą film o zaletach bycia transwestytą, lub o lesbijkach i przyjemnościach płynących z „lizania cipek” – nic im nie będzie. Bo taki jest plan i taka potrzeba chwili. Ludzi – a już z całą pewnością ludzi młodych – nie wolno pozostawiać samych sobie. Obowiązek tworzenia nowego społeczeństwa jest naszym wspólnym obowiązkiem.
Jakiś czas temu syn mój znalazł w Internecie ofertę kupna T-shirtów z wydrukowanym napisem „Kurwa”. T-shirty te produkuje jakiś mieszkający w Niemczech Polak i robi to na skalę przemysłową. Przemysłową, co znaczy, że ma otwartą linię i sklep i odpowiednio bogatą ofertę. Jak sam tłumaczy, chodzi o to, by z tej okazji, że Polska staje się coraz bardziej otwarta na świat i coraz więcej ludzi z zagranicy przyjeżdża do nas, by trochę wśród nas pomieszkać, Polskę wypromować, a tym samym dać nam Polakom satysfakcje i powód do dumy. Dlaczego „kurwa”? Odpowiedź jest prosta. „Kurwa” to znak rozpoznawczy Polski. Polski znak handlowy. Polskie logo. Każdy kto usłyszy o Polsce w świecie, powinien znać słowo „kurwa”. Każdy kto do Polski przyjedzie, powinien to słowo umieć zastosować. A my powinniśmy mieć satysfakcję, że tak jak inne kraje, my też mamy się czym pochwalić; że mamy coś naprawdę swojego.
Przepraszam bardzo, ale to nie jest przypadek. To w żaden sposób nie jest przypadek. To też nie jest błąd. Podobnie jak nie było błędem nawiązanie przez reżysera Pawlikowskiego współpracy z Rebeką Lenkiewicz, napisanie scenariusza w oparciu o jej powieść, sfinansowanie przez Instytut Sztuki Filmowej produkcji filmu nakręconego według owego scenariusza, i wreszcie nagrodzenie owego filmu Oscarem. Nie. Przypadkiem też nie jest niemiecka kariera Małgorzaty Szumowskiej, która opowiada światu o „polskich przywarach”, czy duńskie sukcesy tej baby z cycami, czy wreszcie artystyczne osiągnięcia tego Wardęgi udającego, że wali kupę do kosza na śmieci. To wszystko nie było nie było ani przypadkiem, ani błędem. Dlatego, proponuję, by – kiedy już przyjdzie czas – się nie patyczkować.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl jest do kupienia moja najnowsza książka o Szatanie, zatytułowana „Palimy licho”. Tam wszystko jest wyjaśnione do końca. Polecam gorąco.

wtorek, 3 marca 2015

O Imperium i o tych, którym wystarczy flaszka i dowcip o gołej babie

We wczorajszej notce wspomniałem o występie piosenkarki znanej, jako Lady Gaga, podczas wręczenia filmowych nagród Oscara, zaznaczając jednocześnie, że ów występ i jego poziom, to temat na osobną refleksję. Nie jestem akurat pewien, czy dzisiejszy tekst to jest akurat ta okazja, ale ponieważ o owej Lady Gadze pisałem już wcześniej, również w mojej książce o zespołach, myślę, że nie zaszkodzi, jeśli to imię pojawi się tu jeszcze raz, może w nieco innym kontekście. Dla przypomnienia, ewentualnie z uwagi na tych, którzy książki nie czytali, w rozdziale poświęconym znakomitej piosenkarce Adele, opisałem scenę, kiedy to Adele wraca samochodem z głośnego koncertu Lady Gagi w Londynie i okrutni reporterzy nie mogą się powstrzymać, by zrobić jej całą serię zdjęć, na których on jest nie pomalowana, zmęczona, zniechęcona, i robi wrażenie, jakby koncert, którego przed chwilą była świadkiem, pokazał jej, że choćby i stanęła na głowie, to kimś tak wybitnym, jak Lady Gaga nie będzie nigdy, i to nie tylko dlatego, że Lady Gaga akurat na głowie potrafi stawać znakomicie. Oczywiście, biorę pod uwagę i to, że powody stanu, w jakim była Adele, mogły być zupełnie inne, w każdym razie dwa fakty nie ulegają wątpliwości: ona wracając z tego koncertu wyglądała, jak sto nieszczęść, no a przede wszystkim na ów koncert się udała, i chyba nikt jej do tego nie zmuszał.
A o co chodzi? O to mianowicie, że Adele i Lady Gaga to dwa zupełnie inne światy, które my prości ludzie mamy zwyczaj określać, jako „sztukę” i „syf”. Adele to w powszechnym rozumieniu wielka artystka, o wspaniałym głosie, w dodatku kompozytorka i autorka tekstów, szanowana przez wszystkich, natomiast Lady Gaga, to ów „syf” właśnie, dla małych dziewczynek, które to kupują, bo nie znają nic lepszego. Taka wytatuowana lalka Barbie; Marylin Manson dla dzieci, które są za małe na aż tak dużą dosłowność. Zjawiła się więc owa Lady Gaga na scenie Dolby Theatre, wystrojona jak wszyscy oni i zaśpiewała – powtarzam, zaśpiewała – tak, że sala oszalała. A przy okazji powiedziała parę słów, podczas których ani nie użyła słowa „fuck”, ani nie wykonywała satanistycznych gestów, ani nie opowiadała głupich dowcipów, a przede wszystkim nie wygłaszała banałów opartych głównie na stękaniu i rechocie. Ona się tam zachowywała, jak autentyczna gwiazda i dama. Z tymi wyłażącymi spod sukienki za setki tysięcy dolarów tatuażami.
Podobnie, nie mam zamiaru pisać dziś o poziomie wykonawczym Lady Gagi, który każdy z nas może zresztą sobie sprawdzić na youtubie, słuchając jej najnowszej płyty nagranej wspólnie z Tony Bennettem. To co mnie interesuje to sposób, w jaki Imperium promuje swoje talenty, w jaki sposób je wybiera i w jaki sposób dba o to, by tam się nie znalazł nikt, kto owemu Imperium przyniesie wstyd, a nie chlubę. Tam, jak wiele na to wskazuje, nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby owego zaszczytu dostąpił jakiś bałwan, który jedyne co potrafi, to popisywać się swoim gwiazdorstwem i pleść wydumane przez siebie farmazony, sprawiając, że już w pierwszej chwili jego występu większość słuchaczy ma ochotę skierować go do pracy na najniższych szczeblach tak zwanej drabiny społecznej. I tak się też z nimi często dzieje. Ci, którzy się nie nadają by reprezentować Imperium publicznie, pracują na jego rzecz tam, gdzie ich mogą oglądać wyłącznie ich koledzy. I nawet jeśli pojawi się od czasu do czasu ktoś taki jak Noel Galagher, to nie oszukujmy się, to też jest jedynie kreacja na użytek tych, którzy tam na dole czegoś innego by nie kupili, a też potrzebują się rozerwać, żeby później mieć więcej sił do pracy.
Przyznaję, że trochę z powodu atmosfery, jaka panuje u mnie w domu, ale też przez swoje własne zainteresowania, lubię oglądać różne gwiazdy Imperium (kto wie, ten wie, że z pewnego punktu widzenia, Imperium to nie tylko Commonwealth, lecz, jak twierdził sam John Dee, cały świat) w akcji, a więc poza sceną. I oczywiście bardzo często się zdarza, że któraś z nich się zachowała, jak ostatnia łajza, czy to umierając z przedawkowania, czy kolekcjonując w celach erotycznych małe dzieci, jednak za każdym razem, gdy rzecz dotyczyła tak zwanej reprezentacji, oni wszyscy zachowywali się tak, by nikomu ani do głowy nie przyszło pomyśleć, że to są tacy sami ludzie, jak my, tyle że może trochę głupsi, bardziej chamscy, czy zdemoralizowani. Dlaczego? Już to wyjaśniałem wyżej: sito, jakie tam jest zastosowane nie przypuści najmniejszego kantu. Imperium nie może sobie pozwolić na to, by ktokolwiek pomyślał, że tam się produkuje lewiznę, albo że przy tej produkcji zatrudnieni są koledzy kolegów, i znajomi szwagra, czy kochanki.
Jak mówię, lubimy tu oglądać różnego rodzaju gwiazdy w akcji, i oto w Wielkiej Brytanii nadawany jest program, w którym dzieci rozmawiają z wybitnymi gwiazdami angielskiego footballu, a który można sobie oglądać na youtubie. I ja już wiem, co sobie część czytelników pomyśli. Zapewne mi chodzi o te przemądrzałe dzieci dziennikarzy, piosenkarzy i aktorów, które udają swoich rodziców, przeprowadzając żenujące wywiady z ludźmi znanymi, którzy z kolei też udają, że nie wiedzą, że to jest tylko taka zabawa, wciąż przy tym mrugając do widza, a efekt tego jest taki, że wszyscy jesteśmy zawstydzeni. Otóż nie. Ja mam na myśli sytuację, gdzie i z jednej i z drugiej strony mamy najlepszych z najlepszych. Bo, powtórzę raz jeszcze, jeśli tam ktoś nie jest najlepszy, to się go nie pokazuje publicznie. A jeśli jest najlepszy, to możemy mieć pewność, że on jest najlepszy pod każdym względem, również, ze tak to ujmiemy, pozazawodowym. Dlaczego? Bo to jest przede wszystkim towar, i to towar bardzo drogi, a skoro tak, to nie ma takiej możliwości, żeby on się nagle rozsypał.
Proszę sobie obejrzeć dwa wybrane przeze mnie filmy, na których te dzieci rozmawiają z piłkarzami Liverpoolu, Luisem Suarezem i Phelippe Coutinho. Ja zdaję sobie sprawę, że zarówno jeden jak i drugi, to tylko ludzie, którzy naprawdę poza kopaniem piłki niewiele więcej potrafią, zdaję sobie też sprawę, że oni za uszami mogą mieć najróżniejsze brudy, podobnie zresztą jak te dzieci, które tam z tymi mikrofonami się udzielają, jednak przy tym, zarówno jedni jak i drudzy mają to coś, co sprawia, że my ich przede wszystkim lubimy, myślimy o nich dobrze, a jak trzeba, to i możemy się nawet troszeczkę powzruszać. I to dotyczy znacznej większości z nas, a nie tych tylko, którym wystarczy rzucić byle co, by byli zadowoleni. Bo, jak mówię, to jest towar, który ma swoją cenę, a więc też i jakość.
Popatrzmy na te dwa występy i zapewniam, że nawet jeśli z tego co tam się gada nie zrozumiemy ani słowa, nie będzie to miało najmniejszego znaczenia. Tu wystarczy obraz i te twarze, te oczy, te uśmiechy. Tak będzie nawet lepiej, bo nie oszukujmy się, oni tam nam wiele nie powiedzą – chodzi tylko o wrażenie. W jednym z wywiadów Quentin Tarantino opowiadał, jak to kiedyś spędził cały dzień ze swoim kamerzystą Andrzejem Sekuła, oglądając film za filmem z wyłączonym dźwiękiem. Sam obraz. I było jak nigdy dotąd. Bo tak naprawdę, to wszystko sprowadza się do pierwszego wrażenia. Jeśli się tego nie wie, to mamy to co mamy my, tu, na miejscu, a więc te tępe twarze i dowcipy na temat chlania.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adres http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Tam akurat pani Maciejewska uruchomiła promocję na moja książkę o zespołach, która w znacznym stopniu dotyczy tego, o czym napisałem wyżej i która dziś jest sprzedawana za jedyne 25 złotych plus przesyłka. Polecam szczerze i uczciwie.





poniedziałek, 2 marca 2015

Lady Gaga vs. Bronisław Komorowski, czyli o tym, jak nie należy szydzić z choroby

Amerykański reżyser meksykańskiego pochodzenia Alejandro González Iñárritu, nagrodzony w tym roku Oscarem za najlepszą reżyserię i najlepszy film, odbierając swoją statuetkę, część wystąpienia zaadresował w ojczystym języku do rodaków, dziękując im za wsparcie i życząc dobrego życia, a gdy chodzi o tych, którzy mieszkają na emigracji w Stanach, wyrażając nadzieję, że będą dobrze traktowani w swojej nowej ojczyźnie. Jakby tego było mało, jak czytam tu i ówdzie, władze Meksyku są obrażone na Iñárritu, bo wygłaszając owe podziękowania, wspomniał też coś na temat tego, że Meksykanie to naród, który zasługuje na dobry rząd.
Jak wiemy tu już z całą pewnością wszyscy, analogiczną nagrodę za najlepszy film, tyle że nie angielskojęzyczny, odebrał nasz rodak Paweł Pawlikowski i on również w swoim wystąpieniu na scenie Dolby Theater zwrócił się do Polaków w kraju i na świecie, wyrażając przekonanie, że wszyscy oni są już ze szczęścia nawaleni.
Ktoś powie, że wyjaśnienie tego dysonansu jest bardzo proste i sprowadza się do tego smutnego faktu, że my Polacy jesteśmy bandą nieokrzesanych, zakompleksionych durniów, od których bardziej cywilizowani, czy choćby tylko sympatyczni, są wszyscy, choćby i Meksykanie. A przekonanie to zostanie jeszcze bardziej wzmocnione, kiedy dowiemy się, że w czasie, gdy Pawlikowski gadał ze sceny o chlaniu, odtwórczynie dwóch głównych ról w jego filmie, zamiast siedzieć na sali i, podobnie jak cała reszta tego towarzystwa, zadawać szyku urodą, wdziękiem i strojami, spędzały czas w teatralnym barze żłopiąc za darmo wino. Właśnie tak. A więc, rzecz w tym, że my Polacy jesteśmy po prostu do dupy.
Przyznaję, że sam wielokrotnie już, przynajmniej od czasu gdyśmy w wyborach parlamentarnych w roku 2007 wybrali Platformę Obywatelską, a tym bardziej od roku 2010, kiedy to zdecydowaliśmy, że nic nie zaszkodzi, jeśli prezydentem kraju zostanie człowiek zwyczajnie głupi, a też i prawdopodobnie, jak wiele ostatnio na to wskazuje, ciężko zaburzony, byłem gotów przyznać, że faktycznie z nami jest coś nie tak. Mimo to, za każdym razem, po głębszym zastanowieniu, dochodziłem do wniosku, że to co świadczy o narodzie, i to nie tylko tu u nas, ale wszędzie na świecie, nie są tak zwani prości ludzie, ale ci, których nazywamy elitami. Ludzie mogą być różni i różne mogą być wewnętrzne proporcje, jakie się między nimi kształtują, natomiast za całość tego wizerunku odpowiadają właśnie elity. Niezależnie od tego, czy rzucimy okiem na Anglików, Francuzów, Szwedów, Amerykanów, czy wreszcie wspomnianych Meksykanów, i tak w ostatecznym rozrachunku swoją opinię będziemy kształtować na podstawie tego, jak się wobec nas prezentują ich aktorzy, filmowcy, autorzy książek, naukowcy, kompozytorzy, sportowcy, czy piosenkarze. Stanie przed nami taki Alejandro González Iñárritu i już mniej więcej wiemy, co się tam za tym nazwiskiem kryje; po nim pojawi się Pawlikowski – i też otrzymujemy idealny obraz. No a żeby nas już dobić ostatecznie, przyjdzie aktorka Trzebuchowska i opowie, jak to było w tym Hollywood.
I to jest problem naprawdę poważny, bo jeśli się uważnie przyjrzymy temu, czym się potrafimy my Polacy wykazać na tym poziomie, okaże się, że tak naprawdę reżyser Pawlikowski to standard. Ale, czy popatrzymy i posłuchamy reżyserów Pawlikowskiego, czy Wajdę, czy aktorów Trzebuchowskiej, czy Olbrychskiego, czy pisarzy Stasiuka, czy Witkowskiego, czy muzyków Hołdysa, czy Kukiza, czy wreszcie polityków Szejnfelda, czy Komorowskiego, wnioski są zawsze te same: oni wszyscy nam przynoszą wstyd. To nie my sobie przynosimy wstyd, to nie ten łysy burak, ten złodziej, ten cham, ten pijak, ten dureń z naprzeciwka – to oni.
Oglądałem troszeczkę ceremonię wręczenia Oscarów i w pewnym momencie na scenie pojawiła się artystka o scenicznym przezwisku Lady Gaga i zaśpiewała piosenkę. Ktokolwiek słyszał, jak ona śpiewa, wie, że ja tu nie zamierzam żartować, tyle że my nawet nie rozmawiamy o tak zwanym poziomie artystycznym, czy zwykłych talentach, bo to jest temat osobny. Ja bym chciał zwrócić uwagę na to, jak owa Lady Gaga zachowywała się przed tym występem, podczas krótkiego wywiadu i później, po tym, jak na scenę weszła wielka brytyjska aktorka Julie Andrews i obie panie sobie przez chwilę porozmawiały. Przepraszam bardzo, ale nie mogę się powstrzymać: Panie Pawlikowski, rzecz w tym, że ani jedna ani druga, kiedy je oglądał cały świat, ani nie były nawalone, ani nie wspominały o tym, że gdzieś ktoś nawalony jest.
No ale mamy coś jeszcze, i w tym momencie pozwolę sobie zmienić temat, lub wrócić do tego jedynie zaznaczonego. Otóż ledwo co, podczas wizyty w Japonii, nasz prezydent Bronisław Komorowski zachował się, jak człowiek, który się najzwyczajniej w świecie przestał kontrolować. Ledwo minął dzień, jak ten sam Komorowski wrócił do kraju i złożył publiczny hołd „ofiarom Żołnierzy Wyklętych”. A ja się wcale nie zamierzam z niego śmiać, choćby dlatego, że od zawsze wyznawałem zasadę, że z ludzi chorych szydzić nie wypada, chciałbym natomiast zwrócić uwagę, że w tym momencie rozmawiamy o człowieku, który nie tylko reprezentuje elity, ale również formację, która owe elity tworzy. A skoro tak, to również tworzy wizerunek Narodu. Właśnie tak. To jest człowiek i to są ludzie, którzy przez te wszystkie lata, powiedziałbym, że dokończyli dzieła udowadniania światu, że Polska i Polacy to już nawet nie kupa śmiechu, ale kupka kupy.
Nadchodzą wybory, przy okazji których po raz pierwszy od wielu lat pojawia się szansa na to, że uda się odsunąć od władzy ów straszny projekt symbolizowany przez dwie literki „P” i „O”. Wielu z nas bardzo kibicuje tej zmianie, mając na uwadze gospodarkę, niepodległość, edukację, bezpieczeństwo wewnętrzne, powodzenie rodzin, a ja sobie myślę, że może najlepiej byłoby się skoncentrować na aspekcie, który poruszyłem wyżej, a więc narodowym prestiżu. Bo tak długo jak Polska będzie pozostawała w tej strefie wpływów, nie ma w ogóle o czym mówić.
Wczoraj, obok Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, w naszym kościele obchodziliśmy dzień św. Kazimierza Jagielończyka i na zakończenie uroczystości ksiądz poprosił wszystkich, żeby się grzecznie udali do domów na obiad. Ponieważ jego prośba zabrzmiała szczególnie mocno, żona moja zasugerowała, że tu pewnie poszło o to, by tak zwani patrioci nie robili zamieszania. Niestety, nic z tego. Oni oczywiście zamieszanie zrobili. Nieduże, niepoważne, niezauważone, ale zrobili, z udziałem lokalnej gwiazdy, niejakiej Doroty Stańczyk. Prawdziwy show jednak zorganizowano dopiero pod wieczór, kiedy to przez miasto przeszła banda kiboli z Młodzieży Wszechpolskiej z flagami, drąca mordy, że nacjonalizm to ich życie, a Polska jest dla Polaków od Pomorza do Śląska.
Nie wiem, jak miasto zareagowało na ów pokaz tępego zbaranienia, ale mam wielką nadzieję, że nie tą jedną dla mnie upiorną myślą, że ten Duda, owszem, robi dobre wrażenie, ale jeśli jego prezydentura ma doprowadzić do tego, że tego typu manifestacje tępego zbaranienia będziemy mieli codziennie i że one mogą się nawet nam wedrzeć do naszych ukochanych galerii handlowych, to może już lepiej będzie, jeśli majowe wybory wygra „ten przygłup”.
I wtedy dopiero usłyszymy prawdziwy, szczery śmiech prawdziwej pogardy.

Gorąco wszystkich zapraszam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie pani Maciejewska sprzedaje nasze książki, w tym ostatnie już egzemplarze dwóch moich, wydanych pod imieniem Toyaha, „O siedmiokilogramowym liściu” i „Elementarz”. Szczerze polecam. Oba tytuły w cenie zaledwie 30 złotych plus przesyłka.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...