wtorek, 3 lipca 2012

O tym jak Rosjanie i Niemcy polubili Polskę

Jak tu akurat wiadomo, z zawodu i z tak zwanego powołania, od zawsze jestem nauczycielem języka angielskiego. Pamiętam jak kiedyś uczyłem grupę psychologów – jeden z nich, mam wrazenie, dziś nawet czyta ten tekst – pracujących w ośrodku pomocy osobom uzależnionym od alkoholu. Otóż mieszkał tam – bo ten ośrodek zorganizowany był na zasadzie domu – pewien człowiek imieniem Jurek, z zawodu malarz pokojowy. Tak się złożyło, że mieliśmy do pomalowania mieszkanie, więc poprosiliśmy tego Jurka, no i on nam wszystko idealnie odmalował. Pracował u nas przez wiele dni i dużo nam opowiadał nam o tym, jak to jest być alkoholikiem i jak wygląda walka z nałogiem. Z tych jego opowieści zapamiętałem właściwie tylko jedną informację: wystarczy jeden kieliszek. Jeden raz. Ten jeden pieprzony raz. Dalej już jest droga w dół.
To jakże dramatyczne wspomnienie pojawiło się w mojej głowie przy okazji prawdę powiedziawszy gówno wartej, jednak ponieważ wszystko tak czy inaczej jest gówno warte, a głupio też wpaść w nastrój owego buddyjskiego skretynienia, gdzie chodzi tylko o to by się uśmiechać i mruczeć, będę pisał tak jak piszę dotychczas. Ktoś zatem kto przez ostatnie dni czy tygodnie nie stracił swojego zwykłego kontaktu z telewizją, może uznać te moje dzisiejsze refleksje za całkowicie trywialne i niewarte uwagi, niemniej wydaje mi się, że nadmierny kontakt z rzeczywistością – podobnie zresztą jak tego kontaktu brak – w niektórych kontekstach może się okazać zabójczy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy owa rzeczywistość jest w sposób jak najbardziej oczywisty patologiczna.
No bo spójrzmy na wspomnianą telewizję. Przyznaję bez zbędnej dyskusji, że od wielu już lat – a te lata sięgają niekiedy głęboko w lata PRL-u – starałem się dość dokładnie obserwować wszystko, co się działo na poziomie bezpośredniej medialnej propagandy. A zatem ani nie uszło mojej uwagi żadne bardziej znaczące nazwisko z tego sztabu, przez co, kiedy na przykład Kisiel publikował listę swoich tak zwanych „typów”, świetnie wiedziałem, o kim i o czym mowa, ani też nigdy nie miałem żadnego powodu, by kiedykolwiek czuć się bardzo zaskoczonym rozwojem wydarzeń. I to oczywiście bardzo sobie chwalę. Podobnie też było przez wszystkie kolejne lata III RP, i dziś tak samo, stojąc tu gdzie stoję, mam poczucie pewnej siły, którą daje wiedza.
Tak się jednak stało, że na dobrą sprawę, od początku Euro 2012, a w rzeczywistości już jakiś czas wcześniej, z nie do końca przeze mnie zdefiniowanego powodu, telewizję przestałem oglądać. Ostatnie trzy tygodnie to praktycznie już były tylko mecze, które, przyznaję, oglądałem z dużą przyjemnością. I, proszę sobie wyobrazić, że wszystko wskazuje na to, że byłem bardzo blisko od tego, by coś autentycznie stracić. Mianowicie, wspomniany wcześniej, kontakt z rzeczywistością. W miniony czwartek jednak poszedłem z moimi dziećmi na połączoną z oglądaniem meczu Niemcy-Włochy wizytę do pewnych bliskich nam państwa, których na wyraźnie sformułowane żądanie mam wieczny zakaz tu identyfikować, i tam przez jakieś półtorej godziny oglądałem telewizję TVN24. Otóż owe półtorej godziny, nie dość że w całości było wypełnione tematem mistrzostw, to w dodatku tematem ujętym w taki sposób, by przekaz formułowany był w jednym kierunku – Polska odniosła wielki, cywilizacyjny sukces, a to wyłącznie dzięki fantastycznemu wysiłkowi Platformy Obywatelskiej. No i stało się. Wystarczyło wziąć raz. Wystarczył ten jeden cholerny kieliszek. A dalej poszło już jak z płatka.
Jak mówię, z reżimową propagandą jestem od wielu wielu lat za pan brat i widziałem naprawdę wiele, poczynając od najwcześniejszego Gierka i jego służb, po Jerzego Urbana i Wiesława Górnickiego, kończąc na słynnych duetach Uberman – Szykuła, oraz Reszka – Majewski. Czegoś takiego jak w ówczesny czwartek, następnie w upalny sobotni wieczór, i wreszcie wczoraj, po zakończeniu meczu Włochy-Hiszpania, obserwować nigdy nie miałem okazji. Szlag jednak trafił czwartek z Marcinkiewiczem, Olejnik, Fibakiem i aktorem Malajkatem. Szlag trafił nawet ową sobotę, kiedy to na ułamek chwili – daje słowo, że to był ułamek chwili – włączyłem TVN24, a tam jeden z tych szczególnych dziennikarzy, których nazwiska Dobry Bóg mi zwyczajnie nie pozwala zapamiętać, rozmawiał ze znanym powszechnie Tomaszem Wołkiem, jakimś senatorem Platformy Obywatelskiej i człowiekiem nazwiskiem Waldemar Dąbrowski, dziś dyrektorem teatru, a wcześniej – jak to czasem bywa – wszystkim i nikim, kiedy to Tomasz Wołek zasugerował, że ponieważ ten sukces polśni nam jeszcze tylko przez jakiś czas, należy skorzystać z okazji i ostatecznie zlikwidować kibolstwo. Popatrzmy na dzień ostatni, a więc występ człowieka imieniem Agaton.
Zanim jednak zajmiemy się tym czymś, znów chciałbym sobie pozwolić na pewne wspomnienie. Swego czasu, jak może niektórzy pamiętają, gazeta codzienna „Dziennik” zorganizowała ankietę wśród najbardziej wpływowych osób polskiej kultury pod tytułem „Czy Polska jest sexy?”. Projekt polegał na tym, że ci właśnie wybitnie Polacy mieli przesyłać do Redakcji teksty o Polsce, w których oni będą pisać, co o tej Polsce sądzą. Wynik tego sprawdzianu był taki, że Polska to żałosne gówno i każdy porządny obywatel powinien się wstydzić, że przyszło mu być tego czegoś częścią. Dziś po latach, mogę nie najlepiej to wszystko odtwarzać, ale wydaje mi się, że najbardziej wdzięcznym przedstawicielem tamtej opinii był pisarz Stefan Chwin. Otóż napisał on dla „Dziennika” bardzo, bardzo dużo, ale dziś, na potrzeby tej refleksji, przytoczę tylko jeden fragment tamtej wypowiedzi:
Chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści”.
I oto, jak się okazuje, wystarczyły jedne mistrzostwa Europy w piłce nożnej, by tamten nastrój nagle się diametralnie zmienił. By się okazało, że nie, nie jesteśmy już „kłębiącym się w przejściach podziemnych dresowatym ludem z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza”. Nie możemy nim być, choćby przez to, że, jak się okazało, poznańską strefę kibica przez te trzy tygodnie odwiedziło 700 mln ludzi, a wszyscy byli piękni i radośni. I wreszcie cały świat zobaczył, jaka Polska jest sexy. Ale to wszystko mało. Atmosfera zrobiła się tak podniosła, że oni o wygłoszenie słowa poprosili dziennikarza „Polska The Times”, wspomnianego już człowieka imieniem Agaton, który wspólnie z towarzyszącym mu dziennikarzem TVN24 zwrócili się do mnie, bym przestał już wreszcie karmić te swoje kompleksy i zrozumiał w końcu, że Polska to wielki, wspaniały, europejski kraj, ze wspaniałymi, wykształconymi, znającymi języki obce ludźmi. Że Hiszpania wygrała ten finał i że cały świat wie, że z jednej strony do tego zwycięstwa by nie doszło, gdyby nie te nasze drogi, stadiony i cudowna atmosfera, a z drugiej gdybyśmy te mistrzostwa organizowali sami, bez Ukrainy, byłoby jeszcze lepiej i jeszcze bardziej sexy.
W pewnym momencie Agaton powiedział coś takiego (cytuję z pamięci): „Fantastycznie się stało, że do organizacji tych mistrzostw wybrano cztery najważniejsze miasta w tym kraju”. A dla mnie to zdanie, razem z „tym krajem” i tymi czterema „najważniejszymi” miastami, to jest już prawdziwy wyczyn. Bo o co chodzi? Staje przed nami człowiek o imieniu Agaton i oznajmia, że Wrocław, Poznań, Warszawa i Gdańsk to są „najważniejsze” polskie miasta, że Polska to jest „ten kraj” i że jeśli ten „dresowaty lud z lumpeksu” nie pojmie, że oto dostał od świata złoty róg, to jak zwykle wszystko zaprzepaści. A ja sobie myślę, co można na ten rodzaj impertynencji powiedzieć. Jakich swoich retorycznych talentów mogę użyć, by tego człowieka zwyczajnie wdeptać w ziemię? Jego, a może przede wszystkim tych, co go opłacają. I dochodzę do wniosku, że znaleźliśmy się w miejscu, gdzie o retoryce mowy już być nie może. Tu jedyne co można zrobić to zmusić Agatona, by się położył, i się przez chwilę nie ruszał. A następnie mu nasrać na głowę.
Na swoim blogu dotychczas zamieściłem grubo ponad tysiąc tekstów. Jeśli prześledzić tak zwane „tagi”, ponad setka z nich w ten czy inny sposób dotyczy Polski. A ja tu mogę dodać, że w każdym z nich, ilokrotnie pojawiało się słowo „Polska”, było ono wypowiadane z najwyższą miłością szacunkiem, i dumą. Właśnie – z dumą. Każdy mój tekst, ile razy przyszło mi deklarować swoją polskość, był tu całkowicie jednoznaczny. I teraz, tylko dlatego, że ta banda zepsutych darmozjadów nagle dostrzegła szansę na dalsze bezkarne pasożytnictwo w roznieceniu dumy narodowej, mają oni czelność stawać przede mną i mi tłumaczyć, że bycie Polakiem to jednak piękna rzecz? Bo w strefie kibica pojawiło się aż 700 mln. ludzi? I że ja nie powinienem się już dłużej wstydzić? O nie! Tu żadnej litości być nie może.
To jest zresztą nieważne. Skończyły się mistrzostwa, polska drużyna, wylosowawszy jakimś niezwykłym cudem najsłabszą grupę, zakończyła swój start w eliminacjach na ostatnim miejscu, w dodatku w atmosferze wzajemnych oskarżeń i pretensji, natomiast jeśli rozejrzymy się wokół siebie, widzimy niemal wyłącznie udekorowany biało-czerwonymi flagami entuzjazm. Wczoraj na zmianę pokazywano ujęcia z Madrytu i Poznania i naprawdę nie było sposobu ustalić, gdzie panowała większa radość. W związku z czym? Hiszpanów oczywiście zrozumieć jest łatwo, natomiast jak idzie o tę bandę idiotów w wielkich biało-czerwonych cylindrach – wyjaśnienia nie ma. Przepraszam bardzo, ale nie widzę żadnego innego powodu dla tej histerii jak to, że Irlandczycy okazali się tak fantastycznymi kibicami, a to podobno dzięki temu, że ich tak nastroił sukces Platformy Obywatelskiej w skutecznym dołączaniu nas do Europy.
W tej chwili mam telewizor wyłączony, meczu żadnego nie ma, mistrzostwa się skończyły, a jutro kolejny zwykły dzień. Ale postanawiam zaryzykować i włączam swój TVN24, by sprawdzić stan przekazu. Otóż okazuje się, że Sąd Najwyższy wydał wyrok w swego czasu znanej dość sprawie pewnych państwa z Zabierzowa, których oszukała udzielająca tak zwanych „pożyczek niebankowych” firma i skutkiem tego nieudanego interesu oni są dziś bez domu. Od początku tej historii minęły już trzy lata, i we wrześniu sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia. Dziennikarze TVN24 chwalą się, że to dzięki temu, że oni nagłośnili sprawę. „w tunelu zapaliło się światełko”. A więc dobrze. Wracamy do codzienności. Może jeszcze tylko jeden dzień, czy dwa.
Czy ktoś może nie wie, o czym ja mówię? Przepraszam, ale jaśniej już nie potrafię.

Jeśli komuś powyższy tekst sal choć odrobinę satysfakcji, proszę łaskawie wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Przypominam niezmiennie, że w księgarni u Coryllusa jest do kupienia książka o liściu i Elementarz. Bardzo serdecznie polecam. Dziękuję.

poniedziałek, 2 lipca 2012

O czarach, jak zawsze z nadzieją, że po raz ostatni

Rola pani Toyahowej w naszym domu sprowadza się w znacznej mierze do tego, że ona trzyma wszystko w tak zwanym pionie. Oczywiście, kiedy jest na miejscu, wszystkie nasze myśli skoncentrowane są na tym, by ona była zadowolona, co samo w sobie jest sytuacją dość niekomfortową, natomiast jak jej nie ma, to tak wyczekiwane poczucie wolności zaczyna już po paru godzinach zwyczajnie męczyć. A chodzi właśnie o ów wspomniany wcześniej pion. No bo w końcu – a nie zapominajmy, że to jest zaledwie pierwszy z brzegu przykład – jak długo można leżeć bezczynnie, tonąć w dodatku w brudnych kubkach i talerzach?
W miniony czwartek żona moja została przez swoją szkołę wysłana do Brukseli na jakieś szkolenie, z którego wróciła wczoraj. Przedwczoraj wszyscy, pozbawieni koniecznego nadzoru, znaleźliśmy się w takim stanie zidiocenia, że pod wieczór włączyliśmy telewizor, w którym najpierw obejrzeliśmy fragment zdubbingowanego w wersji niemieckiej filmu pod tytułem Gang Olsena, nadawanego – jakże by inaczej – przez telewizję Silesia, następnie parę fragmentów amerykańskiego „Mam Talent”, by wreszcie trafić na coś, co się nazywa Mango Telezakupy, a tam występ na żywo człowieka o imieniu David, który przez telefon odpędzał złe duchy. Wbrew temu co się może wydawać, ów David jest jak najbardziej Polakiem i obsługuje lokalną polską publiczność, a idea programu jest taka, że jeśli ktoś ma w rodzinie jakieś zmartwienie, dzwoni do tego Davida, a on za pięć złotych za minutę przy pomocy wahadełka, czterech kart i zaklęcia usunie szkodliwą energię.
Ktoś powie, że to nic takiego. Każdy kto ma w domu satelitę, wie że tego typu specjalistów jest wszędzie całe mnóstwo i oni na całym świecie, przez 24 godziny na dobę, ciągną pieniądze od durniów, których ileś tam zawsze musi się znaleźć. Z owym Davidem jednak sprawa jest szczególna. Otóż na mnie przede wszystkim zrobił wrażenie komunikat eksponowany przez cały czas trwania seansu na dolnym pasku” to jest ostania okazja by skorzystać z pomocy Davida zanim on się uda na urlop. A to moim zdaniem musi świadczyć o tym, że ten David to nie byle kto. To człowiek, który ogłasza: „Słuchajcie. Ja jutro jadę na urlop, więc kto nie zdąży, niech się spodziewa najgorszego. Macie jeszcze tylko 23 minuty, a dalej – przykro mi, ale nie będę mógł już nic zrobić”, a na to wszyscy rzucają się do telefonów i proszą: „Davidzie, błagam. Córka zakochała się w złym człowieku, i już nie wiem co robić”.
Druga rzecz to sam David. Otóż ten człowiek, jak idzie o elokwencję i ogólną prezencję, wygląda tak, jakby redakcja Mango Telezakupy przez rok szukała kandydatów do prowadzenia tego czegoś, i kiedy już wydawało się, że się nikt nie zgłosi, przylazł on, więc go od razu wzięli. Ja wiem? On przypomina aktora Henryka Gołębiewskiego, tyle że trochę bardziej jak z ulicy, no i o pustce w oczach jeszcze głębszej, niż ta, którą czasem widzimy u spikerek Superstacji. Siedzi więc ten David, tasuje karty i prosi, żeby dzwonić, bo on zaraz jedzie na urlop, więc go nie będzie. Dzwoni telefon, on pyta, w czym rzecz, dzwoniąca pani (kiedy oglądałem program, dzwoniły tylko kobiety) mówi o co chodzi, on układa na stole krzyż z czterech kart i mówi (za każdym razem niezmiennie tak samo), że w piątym pokoleniu wstecz doszło do wypływu złej energii, ale on ją zaraz usunie. Wyciąga wahadełko, zaczyna nim kręcić nad kartami, szepce jakieś niezrozumiale zaklęcia adresowane, jak sam mówi, do Archanioła Gabriela, następnie, jak ksiądz w konfesjonale, wykonuje znak krzyża i ogłasza, że sprawa załatwiona. No i prosi o kolejny telefon, bo on zaraz jedzie na urlop.
Otóż, jak idzie o poziom bezczelności, ja czegoś takiego nie miałem okazji doświadczyć od czasu lektury „Głowy na tranzystorach” Hanny Ożogowskiej, kiedy to Marcin z Kostkiem, aby zarobić na zwrot długu, urządzili małym dzieciom cyrk w którym sztuka pod tytułem „zdalnie-sterowany człowiek” polegała na tym, że kiedy Marcin się łapał za ucho, to Kostek pokazywał język, i ten numer kosztował każde dziecko 50 groszy. Ale nie o to najbardziej mi chodzi. Pisząc ten tekst, mam na myśli przede wszystkim tę parodię spowiedzi. Ów David, autentycznie, ile razy robił ten swój porządek na pięć pokoleń do tylu, udawał księdza, szepczącego modlitwę i wykonującego znak krzyża. I ja sobie wtedy powiedziałem, że tu w ogóle nie ma żartów. To jest bowiem czysty satanizm, który nawet nie jest skierowany do tych biednych dzwoniących tam pań (bo prawdę powiedziawszy, jeśli ktokolwiek tam dzwonił, to najczęściej tylko po to, by sprawdzić jedynie, czy to się dzieje naprawdę i się od razu rozłączyć), ani też i nawet do nas (bo nie sądzę, by ten program razem z nami oglądało więcej niż sto osób). Tam nie chodziło ani o propagandę, ani tym bardziej oczywiście pieniądze. Ten program sam w sobie stanowił czarnoksięski rytuał na cześć Szatana. Tylko tyle i aż tyle. Tam nie chodziło ani o te złotówki za minutę, ani o to wahadełko, ani o to co on tam gadał, ale tylko o te dwa elementy, tę szeptaną modlitwę i znak krzyża. Po co. Po nic. Żeby były.
I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że poruszając się w znanym nam wszystkim napięciu, raz po raz narażam się na ryzyko ośmieszenia się. Wiem, że to moje dmuchanie na zimne niekiedy może wyglądać dość głupio, a moja reakcja na numer z Davidem może bardzo łatwo okazać się wybitną tego demonstracją. Stało się jednak tak, że jak już nas obleciał odpowiedni strach i to Mango zamknęliśmy w cholerę, przełączyliśmy kanały na końcowe może10 minut słynnego polskiego filmu „Wojna polsko-ruska”. Scena była taka, że po plaży biega aktor Borys Szyc z jakaś sepleniącą kurwą, oboje są albo zaćpani, albo pijani – nie wiem – Szyc jest ubrany w biało-czerwony dres z orzełkiem i napisem „Polska”, później oboje udają się na jakieś bardzo eleganckie typowo-warszawskie osiedle, niewiadomo dlaczego całe udekorowane biało-czerwonymi flagami, gdzie najpierw się pieprzą, a później on goły wyłazi na balkon i krzyczy, że jest dobrze.
Przypominam, że chodzi o kultowy polski film „Wojna polsko-ruska”, nakręcony według równie kultowej powieści jeszcze bardziej kultowej pisarki Masłowskiej, z papierami prosto z Agory. A więc nie mówimy w tej chwili o jakimś gównie zatytułowanym Mango Telezakupy nie wiadomo dla kogo. To jest poziom najbardziej elitarny, zapełniony takimi nazwiskami jak Kuczok, Krajewski, Koterski, czy Pilch. A mimo to, nagle stoimy w obliczu takiego oto faktu – to jest dokładnie ten sam rodzaj przekazu, jaki mogliśmy podejrzeć w przypadku udającego spowiednika Davida. Ten sam rodzaj przekazu, i skonstruowany na dokładnie tak samo co tamten amatorskim – amatorskim w sposób bezczelnie szyderczy – poziomie, Zarówno ten film, jak i tamte czary wyrastają z jednego źródła i mają tylko jeden cel. Rzucić urok na to wszystko co tradycyjnie było symbolizowane przez tę pierwszą i ostateczną jedność Bóg-Honor-Ojczyzna.
A więc, jak mówię, nie ma żartów. To w ogóle nie jest zabawa. I byłoby bardzo źle, gdybyśmy zupełnie niepostrzeżenie dali sobie wmówić, że nic się nie dzieje.

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za Waszą obecność i solidarną pomoc. Bez niej nie byłoby w ogolę o czym gadać. Nie byłoby nic.Proszę o mnie nie zapominać.

niedziela, 1 lipca 2012

Już mu łeb zdeptano, jako obiecano!

W jednym z ostatnich tekstów wspomniałem o tym jak z księdzem Paddingtonem i grupą małych dzieci z miejscowej podstawówki pojechaliśmy do wsi Obra, by zwiedzić mieszczące się w starym i niezwykle pięknym pocysterskim kompleksie seminarium duchowne Ojców Oblatów. Dzieci z którymi tam byliśmy, były zwykłymi wiejskimi dziećmi, a że w znacznym stopniu wyszły spod ręki i serca swojego księdza, stanowiły grupę, która potrafiła zrobić wrażenie, szczególnie gdy przyszło im śpiewać na pełen głos „Chwalcie łąki umajone”. A nie należy też zapominać o dwóch paniach nauczycielkach.
Najpierw ksiądz Paddington odprawił dla nas wszystkich Mszę Świętą, a po mszy, po samym kościele i po jego podziemiach prowadzał nas młody bardzo chłopak, jeszcze kleryk, a ja sobie tylko myślałem, że to jest naprawdę niesamowite, jak on – człowiek w końcu tak młody i siłą rzeczy przecież niedoświadczony – potrafi być sprawny w kontaktach z ośmiolatkami. W kościele znajduje się wielki obraz przedstawiający św. Jana Nepomucena trzymającego swój obcięty przez głupiego i występnego króla język. Kleryk najpierw urządził dzieciom konkurs na to, by zgadywały, co on takiego trzyma w ręku, a po tym, jak już dzieci wyczerpały swoją wyobraźnię do końca, zaczynając od ptaszka, a kończąc na jajku, kleryk poinformował ich że to jest nic innego jak język św. Jana, i opowiedział im historię owego języka ze szczegółami. Nie trzeba dodawać, że dzieci były zachwycone.
Następnie zeszliśmy do krypty, żeby obejrzeć trumny z pochowanymi tam zakonnikami plus centralnie położony sarkofag Karola Antoniewicza. Kleryk opowiedział dzieciom o tym, że cholera to nie tylko brzydkie słowo, ale też okropna choroba, a następnie, jak to Antoniewicz zmarł zaraziwszy się tą właśnie cholerą od pewnego biedaka, któremu niósł Komunię Świętą. Dzieci słuchały w skupieniu, przyglądały się tym trumnom i tylko jeden chłopczyk zapytał, czy się nie zarazimy cholerą, ale po zapewnieniu kleryka, że nic mu nie grozi, dumał nad tą niezwykłą tajemnica z wszystkimi.
W pewnym momencie, kiedy staliśmy przed ołtarzem, kleryk pokazał nam pewną absolutnie niezwykłą rzecz. Otóż ponieważ jest to kościół należący kiedyś do Cystersów, po obu stronach prezbiterium znajdują się tak zwane stalle, czyli chóry zakonne, w których Cystersi mieli zwyczaj siedzieć i śpiewać na zmianę, raz ci z lewej, a raz ci z prawej. Otóż to co dla nas tu interesujące, to to że aby wejść do któregokolwiek z nich, trzeba było stanąć na stopniu skonstruowanym na kształt skrzydlatego smoka, który oczywiście miał symbolizować Szatana. Oryginalna myśl więc była taka, by przystępując do tych śpiewów najpierw zdeptać Diabła.
Kiedy opowiadający nam o tym wszystkim kleryk zwrócił nam uwagę na to deptanie, a w dodatku w jego glosie nie zauważyłem nawet śladu zawstydzenia tak oczywistym przejawem jakże niechrześcijańskiej nienawiści, pomyślałem sobie, że gdyby w tamtym miejscu i w tamtym momencie pojawiła się obok nas jakaś dziennikarka lokalnego dodatku do „Gazety Wyborczej”, byłoby już po nas. Oczywiście po nas by było już wcześniej, za samo sprowadzenie tych dzieci w tak okropne miejsce, gdzie nic tylko te podziemia, te trumny i obcięte języki, nie wspominając już o niebezpieczeństwie złapania cholery, ale myślę, że ta nienawiść by nas pogrążyła ostatecznie.
No ale jakoś nam się upiekło. Mam tylko nadzieję, że to wszystko przez to, że do takich ekscesów jak ten, do którego doszło w miniony poniedziałek w kościele w Obrze, dochodzi w Polsce każdego dnia, w dziesiątkach miejsc, i różnego rodzaju szamani, czy to z ”Wyborczej”, czy z jakichś ośrodków krzewienia kultury świeckiej o nieokreślonych nazwach, musieliby się rozdwoić, żeby opanować choćby małą tego cząstkę. I że akurat, dalej będzie już tylko – z ich punktu widzenia, naturalnie – gorzej, i w efekcie nie pozostanie im nic innego jak słuchać po raz sześćset sześćdziesiąty szósty najnowszej płyty grupy muzycznej pod nazwą Kapela ze wsi Warszawa – tak długo aż im języki porosną włosami.

Przypominam wszystkim, którzy wciąż są do tylu, że wciąż jest do kupienia książka o liściu i elementarz. I u Coryllusa, i w Poznaniu u Karmelitów i w wielu innych miejscach. A jak ktoś już ma i książkę i trochę swobody ruchów, proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 30 czerwca 2012

Uniwersytety z ograniczoną odpowiedzialnością

Mój kolega Gabriel Maciejewski, znany nam troszkę bardziej jako Coryllus, ma ostatnio w głowie kilka tematów, które go absorbują w sposób zupełnie skandaliczny, a jednym z nich jest coś co on chyba trochę umownie określa mianem „uniwersytety”. Inna sprawa, że prawdę powiedziawszy, ja sam do końca nie wiem, czy to jest istotnie coś umownego, czy jak najbardziej dosłownego, bo Gabriel jest tak bardzo oczytany i tak pełen najróżniejszej wiedzy, że ja właściwie nie mam pojęcia, co on do mnie mówi. To znaczy, słucham go – lub też czytam – regularnie i z najwyższą przyjemnością, ale zdecydowanie bardziej dlatego, że nie znam nikogo, kto potrafi opowiadać w tak pasjonujący sposób, niż przez to, że jego wykłady dają mi jakakolwiek konkretną wiedzę. A więc wiem, jak mi się zdaje, że jego zdaniem cała historia świata, od narodzenia Pana do dzisiaj, to wyłącznie wojna między demonami a chrześcijaństwem, i że uniwersytety stoją bardzo zdecydowanie po stronie demonów. Poza tym, wszystko co mi pozostaje to już tylko czuć i zgadywać.
Przyznać jednak muszę, że te uniwersytety akurat mnie zainteresowały bardziej niż może i cała reszta. Chodzi bowiem o to, że ja od wielu już lat, mam niezwykle silne wrażenie, że uniwersytety w rzeczy samej są siedliskiem wszelkich trapiących nas dziś chorób. Jestem bardzo mocno przekonany, i wydaje mi się, że to przekonanie już tu w różny sposób wyrażałem, że z jakiegoś nie do końca przeze mnie rozpoznanego powodu, każdy kto przepracuje choćby kilka lat na którymkolwiek uniwersytecie, popada w rodzaj szaleństwa, przy którym to co się dzieje z niektórymi nauczycielkami w podstawówkach gimnazjach, czy choćby i w liceach, wydaje się być wakacyjną zabawą. Co ciekawe, nie tak jak w szkołach, tu nie może tu chodzić o to, że oni wszyscy są tak sterroryzowani przez studentów i ich rodziców, że aby tę agresję przeżyć, muszą uciec w psychiczną chorobę. Większość z nas świetnie bowiem wie, że jeśli w ogóle mamy mówić o terrorze, to tu mamy do czynienia z kierunkiem odwrotnym. Pracownicy naukowi na uniwersytetach mają władzę pełną i egzekwują ją z pełną swobodą i, można by powiedzieć, zamiłowaniem… gdyby nie ten właśnie fakt. Oni w swojej poważnej większości są obłąkani. I wcale nie mam tu na myśli tylko tych wręcz już przysłowiowych staruszków-wariatów, odjechanych naukowców, którym wszystko się kojarzy z nieskończonością. Mówię o wszystkich. Nawet o jakichś niedorobionych filologach uczących gramatyki opisowej. A to by wskazywało na to, że oni na tych uniwersytetach jednak cierpią. Dlaczego?
Żeby nie poruszać się wyłącznie w sferze publicystycznej retoryki, pozwolę sobie na parę przykładów z tak zwanego życia. Wiem przy tym z całą pewnością, że gdybyśmy nie rozmawiali ze sobą na blogu, lecz zwyczajnie przy flaszce w jakimś przytulnym kąciku, już w tej chwili podniósłby się las rąk i wszyscy zaczęliby wołać: „To może ja coś opowiem!” Tak się jednak składa, ze to ja tu jestem dziś szefem, więc proszę posłuchać. Studiowałem tę filologię w Sosnowcu i zajęcia z fonologii mieliśmy z człowiekiem nazwiskiem Ruszkiewicz. Z wyglądu przypominał on trochę młodego Stefana Niesiołowskiego i korzystał jedynie z dwóch zestawów ubrań. Wykłady prowadził w garniturze, zawsze tym samym, zajęcia – zawsze w tych samych spodniach i polo nieokreślonego koloru. Lubiliśmy go, bo się zabawnie jąkał i był zawsze w dobrym humorze. Nienawidziliśmy go, bo był kosmitą. Egzamin wyglądał u niego tak, że człowiek przychodził, udzielał odpowiedzi w sposób jednoznaczny całkowicie idealnych, na co Ruszkiewicz mówił: „P… p… panie kolego, idź się pan o… o… żeń” i wstawiał do indeksu dwójkę. Albo na egzaminie zadawał pytanie: „P… powiedz mi p… pan miasto w Polsce, gdzie mamy b… b… bezdźwięczne „l”. A po chwili sam odpowiadał „P… Przemyśl. Idź się pan p…. poucz”. I odsyłał studenta z dwóją na wrzesień.
Literatury uczyła nas kobieta o nazwisku Wiszniowska. Ta z kolei miała taki zwyczaj, że jeśli kogoś nie lubiła – najczęściej były to dziewczyny – patrzyła na którąś z naszych koleżanek, słuchała jak odpowiada na zadane pytanie i nagle jej przerywała uwagą: „Pani śmierdzi”. Zdawałem u niej egzamin wstępny. Siedziała wprost przede mną, jadła słonecznik i wypluwała w moją stronę skorupki. Kiedy byłem na trzecim roku, pokochała mnie. Bez względu na to, czy coś umiałem, czy wygadywałem kompletne bzdury, zwracała się do mnie „panie Krzysieńku” i dawała mi czwórkę. Zawsze czwórkę.
Praktycznego angielskiego uczył nas człowiek nazwiskiem Anthony Jeffrey i wieść niosła, że był on absolwentem Oxbridge. Lubiliśmy go niezmiernie, bo się z nami upijał, nie miał żadnych wymagań, a oceny do indeksu wpisywał jednobrzmiące: „Amazing!” I do tego datę – 3.14.3611.
Zajęcia z tak zwanej gramatyki kontrastywnej mieliśmy z doktorem Jakubczakiem. Był bardzo gruby – coś na kształt Piotra Semki – chodził w obcisłym elastycznym polo i w spodniach na szelkach, wszędzie ze sobą nosił siatkę na zakupy, wypełnioną całą kupą batoników Prince Polo i gazetą „Przyjaciółka” i wszyscy wiedzieli o nim, że uchodzi za „największego w Europie specjalistę od predykatów”. Baliśmy się go tak bardzo, że pewnego dnia, kiedy mu podczas zajęć puściły szelki i został w samych gaciach, nikt nawet nie sapnął. Egzamin wyglądał tak, że pisał go jednocześnie cały rok w czterech salach. On przyszedł, podał nam temat i powiedział, że wróci za półtorej godziny… i sobie poszedł. Przez te półtorej godziny wszyscy siedzieliśmy sami, cichuteńko jak trusie, i pisaliśmy najlepiej jak tylko mogliśmy. Po półtorej godzinie wrócił, zebrał prace i powiedział, żeby przyjść do niego za pięć minut, to poda wyniki. Na to spotkanie wysłaliśmy naszą koleżankę, pewną Ewę z Sanoka, która się niczego nie bała. Ewa do niego poszła, a on jej powiedział, że wszyscy oblali. Ewa zapytała go, jak on to zrobił, że sprawdził 60 prac w pięć minut, na co Jakubczak wysapał – on z reguły sapał – że on je tylko przejrzał i wyszło mu że wszyscy oblali. Na to Ewa sprytnie go poprosiła, by on jej powiedział, jaki ona zrobiła błąd, tak by na przyszłość wiedziała lepiej. Jakubczak powiedział jej na to, że jego najbardziej zdenerwowało to, że wszyscy pisali „container” zamiast „vessel”, na co Ewa pochwaliła się, że ona akurat napisała „vessel”. Odpowiedź brzmiała: „Widocznie gdzieś zrobiła pani jakiś inny błąd”.
I tak oczywiście można by w nieskończoność, oczywiście cytując też przy tym wspomnienia naszych przyjaciół i krewnych wszystkich pokoleń. A ja muszę tylko jeszcze wrócić do tego fragmentu moich refleksji, w którym wspomniałem, że uniwersytecki rodzaj obłąkania znacznie przewyższa nawet to, z czym mamy do czynienia w szkołach. Otóż chodzi o to, że ci ludzie niekiedy opuszczają swoje uniwersytety by popisywać się na zewnątrz. Pamiętam jak w drugiej klasie liceum z jakiegoś powodu chemii nas uczył niejaki Mrowiec – człowiek właśnie z Uniwersytetu Śląskiego. Wszyscy byliśmy bardzo poruszeni, bo fakt że nas będzie uczył jakiś doktor z Wydziału Chemii UŚ, traktowaliśmy jako wielkie wyróżnienie. Pamiętam, jak musieliśmy umieć coś, o czym dziś już nie mam bladego pojęcia, a co polegało na tym, by na tablicy zapisywać jakieś potwornie długie ciągi cyfr, liter i znaków. On mnie z tego pytał, wstawiał mi dwóję i odsyłał na miejsce nieodmiennie mówiąc: „Siadaj, debilku”. Po jakimś czasie umiałem te ciągi wręcz na pamięć. Umiałem je tak, że robiłbym je z zamkniętymi oczami zerwany z najgłębszego snu. Szedłem do odpowiedzi, rysowałem mu na tablicy wszystko jak należy, a on mi dawał dwójkę i mówił „Siadaj, debilku”. Ja go pytałem, co ja zrobiłem źle, a on mi mówił: „Naucz się, debilku, to będziesz wiedział”. W końcu wstawił mi siedem dwój pod rząd, i na wakacje wysłał mnie z poprawką. Nie wiem, na co on cierpiał, w każdym razie, w następnym roku wrócił na uniwersytet, a ja tej poprawki nigdy nawet nie zdawałem. Myślę, że nauczyciele z mojego liceum – też w znacznej większości mocno stuknięci – wiedzieli, że do ludzi z uniwersytetu ktoś bez wieloletniej praktyki psychiatrycznej nawet nie powinien podchodzić, więc mi to darowali. Tak na marginesie, to był bardzo zabawny wrzesień. Ja już byłem w trzeciej klasie, chodziłem cały miesiąc za panią z chemii i pytałem, kiedy mogę zdawać te poprawkę, a ona mnie przeganiała i mówiła, żebym nie zawracał jej głowy. W końcu dałem jej spokój.
Ja akurat miałem to szczęście, że studiowałem w PRL-u. Z tego co dziś się dowiaduję, obecnie jest jeszcze gorzej, choćby z tego względu, że dzisiejsi wariaci, jak już idzie o sam poziom zawodowy, są znacznie mniej sprawni i kompetentni. Inna sprawa, że ponieważ studenci też są dziś o wiele głupsi, niż byli lata temu, relacje właściwie są zachowane. Poza tym, w sposób całkowicie naturalny, dzisiejsi magistrowie, doktorzy, docenci, czy może nawet i profesorowie, też już są z nowego rzutu. Z zatem o kimś takim jak „największy w Europie specjalista od predykatów” nie ma co mówić. Pozostaje wyłącznie świr. No i oczywiście ta nieodmienna zagadka: „Lubi mnie, czy nienawidzi?” Bo tak naprawdę to jest jedyna istotny w tym interesie element. Szczególnie żywy, gdy się uwzględni znane nam wszystkim podziały polityczne, przy których problemy wynikające z tego, że się w latach 70-tych było pobożnym patriotą, wyglądają jak wesoły psikus. No ale to już jest temat na inną opowieść – no i na inne, bezpieczniejsze czasy.
Ktoś w tym, momencie powie, że ja tu załatwiam swoje sprawy. Otóż nic nie załatwiam, bo tu się nic nie da załatwić. Mamy bowiem do czynienia z uniwersytetem, a więc miejscem gdzie zwykle, obowiązujące w świecie cywilizowanym, reguły nie istnieją. Uniwersytet to świat gdzie przede wszystkim nie ma mowy o jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ja nie wiem, co musiałaby zrobić jakaś pani doktor, żeby ją wezwał na rozmowę dziekan, czy kto tam teraz rządzi, i powiedział jej, żeby się jednak wzięła w garść, bo pełni bardzo odpowiedzialną funkcję i przy tym nie reprezentuje tylko siebie. Zabić studenta? No, może. Może to by stanowiło jakiś argument. Tak jak jest, mamy do czynienia z sytuacją całkowicie patologiczną. Uniwersytet, a więc szkoła teoretycznie mająca decydować o rozwoju społeczeństwa, stanowi patologiczne środowisko poza wszelką, również wewnętrzną, kontrolą. I muszę to podkreślić raz jeszcze. Mnie wcale nie chodzi o rozliczanie się z jednym przypadkiem i z jednym okresem w naszej historii. To jest autentyczna patologia przekraczająca granice czasów i regionów. Uniwersytet. Widzimy to od dziesięcioleci, wciąż w nieco innej formie, a zawsze takie samo. Co to za cholera? Chyba jednak trzeba się będzie zwrócić do Coryllusa, i poprosić go, żeby nam to jakoś przystępnie wytłumaczył. Nie używając języka typu: „Termin ‘predykat’ może oznaczać funktor zdaniotwórczy od (co najmniej jednego) argumentu nazwowego”. I on wtedy nam powie, kiedy to się zaczęło, i kto to tak zorganizował. Mam nadzieję, że on nam tylko nie zasugeruje, że to wszystko przez Czechów. Bo to by dla mnie było już zbyt straszne.

Ostatnio zaktywizował się tu pewien troll, który uznał, że skoro ja nie publikuję ostatnio podziękowań za wpłaty na blog, oznacza to, że nie mam komu dziękować, a to świadczy o tym, że ten blog pada. Ma on rację o tyle, że faktycznie, jeśli przyjdzie taki czas, że nie będzie komu dziękować, ten blog padnie. Natomiast, póki co, sprawy się mają tak, że ja mam tak dużo tych wpłat, że spisywanie ich zabiera mi zbyt dużo czasu i po prostu odkładam tę robotę na kolejny dzień. Wiem że to brzydko z mojej strony, ale ponieważ staram się rekompensować to moje lenistwo kolejnymi wpisami, mam nadzieję, że spotkam się ze zrozumieniem. w każdym razie wszystkim dziękuję i proszę o mnie pamiętać, bo fakt jest taki, że ja w istocie z prowadzenia tego bloga żyję. No i z książek. Więc o nich też proszę pamiętać. Dziękuję.

czwartek, 28 czerwca 2012

O poświęceniu, oddaniu i tryumfie prawdy

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze myśli rodzące się w głowie, a następnie wychodzące na świat spod języka Lecha Wałęsy, miały przynajmniej pozornie jakąś wartość, pojawiło się coś co nazwał on „ładowaniem akumulatorów”. Jeśli ktoś nie pamięta, chodziło o to, że ile razy Wałęsa miał się spotkać z Ojcem Świętym, mówił, że to mu dobrze robi, bo on w ten sposób ładuje swoje akumulatory, a więc że dla niego Papież to taka swego rodzaju ładowarka, po skorzystaniu z której Wałęsa będzie mógł ze zdwojoną energią wyciągać Polskę z postkomunistycznego dna. Dziś Jan Pawel II już nie żyje, a Wałęsa w międzyczasie pokazał, że, jak idzie o niego, żadne granice nie istnieją, więc on już działa bez żadnych akumulatorów, napędzany wyłącznie energią Kosmosu.
Problem „ładowania akumulatorów” jednak w jakiejś tam formie to tu to tam pozostał. Weźmy takiego Donalda Tuska. On ładuje swoje akumulatory, wypluwając z siebie swą wściekłość na piłkarskim boisku. Bronisław Komorowski czyni to, spędzając czas na zmianę to z panią Dziadzią, to z Tomaszem Nałęczem. Kuba Wojewódzki, upalając się do utraty świadomości, bloger Sowiniec – że już pozwolę sobie zejść na poziom najniższy – pisząc komentarze na blogu Marka Migalskiego. Jak idzie o mnie, ja swoje akumulatory ładuję regularnie, wyjeżdżając do Poznania i do pobliskiej Łomnicy, a więc, jak to osobiście lubię określać, na flaszkę z ojcem Rachmajdą i naszym księdzem Paddingtonem.
Tym razem mój pobyt w Wielkopolsce trwał aż trzy noce, z czego jednak – z uwagi na fakt, że ksiądz Paddington pije tylko w dzień – jedna była wyjątkowo krótka. Dwie kolejne jakkolwiek obfitowały w naprawdę wyjątkowe wydarzenia, i wcale nie koniecznie tylko dlatego, że Coryllus, który zechciał nam uprzejmie towarzyszyć, potrafi być nie mniej inspirujący niż najwybitniejszy ksiądz. Nie będę tu zajmował naszej wspólnej uwagi opowieściami o tych wspólnie spędzonych wyjątkowych chwilach, bo raz że nie wypada mi gorszyć maluczkich szczegółami na temat okultyzmu, czarowników, satanistów i zwykłych pedałów, bo o tym najlepiej sobie poczytać u źródeł, czyli w drugim tomie Baśni Coryllusa. Natomiast uważam, ze powinienem podzielić się refleksjami na temat wspomnianych wcześniej akumulatorów, jak już tylko idzie o moją – i niech się Robert Mazurek zadławi z głupiej satysfakcji – osobę.
Jeśli można, zanim przejdę do rzeczy, parę słów wyjaśnienia. U księdza Paddingtona byłem z wizytą czysto towarzyską. Głównym celem mojej obecnej wyprawy był jednak Poznań i zorganizowany przez ojca Rachmajdę benefis Coryllusa i Toyaha – dwóch prawdopodobnie najwybitniejszych dziś polskich blogerów. Troszkę na temat samego spotkania i towarzyszących mu wydarzeń okolicznych, takich jak cykl audycji dla Radia Emaus, czy naszego wspólnego wywiadu dla popularnego poznańskiego tygodnika ukazującego się pod nazwą „Przewodnik Katolicki”. Wbrew temu na co dotychczasowa treść niniejszej notki wskazuje, to wszystko nie jest głównym tematem i ideą, dla której ona powstała – o tym za chwilę – jednak z czysto kronikarskiego obowiązku muszę jeszcze ten akapit wypełnić pewną informacja. Otóż, wbrew temu co u siebie pisze Coryllus, na spotkanie z nami nie przyszło 50 osób, lecz znacznie więcej. To ja, być może przez moje nauczycielskie nawyki, miałem cały czas oko na salę i świetnie się orientowałem, ile tam jest ludzi, kto wchodzi, kto wychodzi, i jaka jest atmosfera. A zatem, na moje oko, było tam jakieś 80 osób, i przez cale spotkanie nie wyszedł – z wyjątkiem jednej osoby – nikt, i wszyscy siedzieli jak urzeczeni. Spotkanie było sukcesem bezdyskusyjnym, a ja – nie mając wcześniej na koncie tego typu doświadczeń – muszę powiedziec, że byłem autentycznie poruszony. Może jedynie sprzedaż nie poszła najlepiej, ale to w sposób oczywisty przez to, że do kupienia były aż trzy książki Coryllusa i dwie moje, a więc wydatek, jakby nie patrzeć, ogromny. Całość jednak została w Klasztorze, a więc tak czy inaczej mam nadzieję, że rozejdzie się w najbliższym czasie.
Ktoś powie, że głupie 80 osób – plus jeszcze ta nie najlepsza sprzedaż – to dowód na to, że to spotkanie wcale nie było zwycięstwem, lecz zwykłą szarą porażką. W tej sytuacji przypomnę coś, o czym wcześniej wspominał Coryllus. Plan oryginalny mianowicie był taki, że mieliśmy mieć dwa spotkania. Jedno u Karmelitów, a drugie w jakimś nieznanym mi bliżej poznańskim lokalu o prawicowo-konserwatywnej proweniencji. Okazało się jednak, że tamci państwo uznali, że spotkanie dwóch nikomu nieznanych blogerów nie gwarantuje jakiegokolwiek sukcesu, i postanowili oni w tym samym co my czasie zorganizować spotkanie ludzi z Teologii Politycznej ze znaną wszystkim gwiazdą nazwiskiem Dariusz Gawin (nie mylić z Gowinem). Z tego czego się dowiaduję dzisiaj wynika, że w tamtym spotkaniu uczestniczyło jakieś dwadzieścia osób. Co do tego, czy handlowano książkami, i jakie zanotowano wyniki, nie mam informacji.
A ja już mam tu tylko jedną refleksję. Kłamstwo nie popłaca. To co się liczy, to bezwzględna szczerość, prawdomówność i poświęcenie. Może poświęcenie najbardziej. Na wczorajszym spotkaniu pojawił się problem naszego stosunku do ludzi typu Semka, Ziemkiewicz, czy Karnowski. I ja spróbowałem się z niego wytłumaczyć w taki oto sposób. Jestem mianowicie pewien, że gdyby mnie się zdarzyło wziąć udział w spotkaniu z którymś z nich, i strzeliłoby mi do głowy podejść do niego i mu się wyżalić, on by mnie najzwyczajniej w świecie nie zrozumiał i, że się wyrażę potocznie, spuścił w swojej osobistej toalecie. Dlaczego? Dlatego, że on jest właśnie taki. I dokładnie takie jest jego zaangażowanie i jego solidarność i poświęcenie w owej solidarności demonstrowaniu. Za tą obojętnością stoi tylko to. Owa obojętność i będąca jej żywą konsekwencją nieszczerość. W pewnym punkcie spotkania podszedł do mnie bardzo już stary karmelita w swoim brązowym habicie. Jak się okazało był to niejaki ojciec Kasjan, od wielu już lat posługujący w syberyjskim mieście Usole, miejscu zsyłki św. Rafała Kalinowskiego. Jest to człowiek, o którym ojciec Rachmajda mówi, że kiedy on się pojawia na lotnisku w Moskwie, witany jest przez tych którzy na niego czekają, jak, nie przymierzając, David Beckham. A więc podszedł z książkami, które tam sprzedawaliśmy, zapytał, ile one kosztują, ja mu powiedziałem, on wyjął stary portfel, dał mi te pieniądze, książki zabrał i poszedł. Z tego co mówi ojciec Rachmajda wynika, że on te książki weźmie ze sobą na tę Syberię i tam je będzie sobie czytał. Cóż, proszę Państwa, więcej? No cóż?
Bo trzeba nam wiedzieć, że najważniejsze jest to, do kogo mówimy, komu jesteśmy potrzebni, i po co. Chodzi o to, że to czego nam wszystkim potrzeba, to jest właśnie szczerość, poświęcenie i oddanie. Bez tego nie ma nic. Do prawdy trzeba mieć szacunek. Prawda to nie towar. Dzień wcześniej, z księdzem Paddingtonem i grupką bardzo małych dzieci ze szkoły w której Paddington uczy, pojechaliśmy na krótką wycieczkę do miejscowości Obra. Celem tej wyprawy było zwiedzanie przepięknego pocysterskiego kompleksu, dziś służącego Oblatom jako Seminarium Duchowne. Kiedy już Obra przestała służyć Cystersom, a jeszcze nie przeszła w opiekę Ojców Oblatów, przez jakiś czas należała do Księży Jezuitów. Otóż w krypcie kościoła w Obrze znajduje się sarkofag pewnego jezuity nazwiskiem Karol Antoniewicz. Mam bardzo silne przypuszczenie, że niewielu z nas kiedykolwiek o tym człowieku słyszało. To już pewnie bardziej znamy napisane przez niego kościelne pieśni, takie jak „Chwalcie łąki umajone”, „O Maryjo, przyjm w ofierze”, czy „W krzyżu cierpienie”.
Kto chce, z pewnością, jeśli mocno poszuka, znajdzie na temat księdza Antoniewicza, wszystko co mu będzie potrzebne. Ja tu, za księdzem Paddingtonem, opowiem o nim bardzo krótko. Otóż Karol Antoniewicz urodził się w roku 1807 jako syn Ormian o nazwisku Nikorowicz z podlwowskiej Skwarzawy. Ukończył studia prawnicze, następnie walczył w Powstaniu Listopadowym, a po upadku Powstania ożenił się ze swoja kuzynką Zofią Nikorowicz, z którą miał pięcioro dzieci. Tak się nieszczęśliwie stało – kto wie, czy nie przez to, że w pewnym sensie pochodziły ze związku kazirodczego – że wszystkie te dzieci kolejno zmarły. Żona Antoniewicza popadła w szaleństwo, a następnie zmarła. Najpierw po śmierci śmierci dzieci, a następnie już po stracie żony, życie Antoniewicza nabrało nowego sensu. Swój dwór zmienił w szkolę i szpital dla dzieci chorych i opuszczonych, a następnie wstąpił do zakonu jezuitów. Był misjonarzem i kaznodzieją, zwalczał pijaństwo wśród chłopstwa i nieustannie prowadził działalność dobroczynną. W Obrze stworzył placówkę jezuicką, której został pierwszym przełożonym. Kiedy w okolicy wybuchła epidemia cholery, całe swoje życie poświecił na opiekę nad chorymi. Pewnego dnia poszedł z Komunią do umierającego. Niestety człowiek ten był już tak słaby, że nie był w stanie przyjąć hostii. Po wielu nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, a ksiądz Antoniewicz, żeby ją ochronić przed skalaniem, sam ją przyjął. W następstwie czego zachorował i zmarł.
Taka to historia. Jakie z niej wynika przesłanie dla nas? Co ta akurat historia robi w tej właśnie, tak małej i tak byle jakiej notce? Robi mnóstwo różnych rzeczy i służy wielu różnym celom. Ale pokazuje przy tym pewien typ wrażliwości, pewien typ wzruszenia, który jednych zainteresuje, a innych co najwyżej rozbawi. A ja piszę z myślą o tych pierwszych.

Przepraszam, że na tak długo pozostawiłem ten blog z tym, może i ładnym, wpisem o Lady Godivie. Musiałem jednak dojść do siebie, a prędzej zamknę ten blog, niż zacznę tu coś publikować na odczepnego. Proszę więc być ze mną, kupować książki, wspierać nas pod podanym numerem konta. I jak mówię – nie odchodzić. Dziękuję.

piątek, 22 czerwca 2012

Warka z Tyskim w koronie, czyli o Nowy Polski Patriotyzm

Parę dni temu zaszedłem do sklepu pod nazwą Tesco, i przy samym wejściu zobaczyłem stoisko z całą kupą biało-czerwonych chorągiewek, oraz przyczepioną kartkę z informacją, że cena jednej sztuki została obniżona z 12 złotych na pięć z jakimś hakiem. Jednak już następnego dnia, zanim zdążyłem jej przekazać tę fascynującą informację, pani Toyahowa przyniosła do domu jedną z nich, tyle że nie kupioną w Tesco za sześć złotych, ale w sklepie Rossmann za zaledwie jeden grosz. Bo, jak się okazało, przez tę jedną noc, cena chorągiewek spadła do niezbędnego minimum. A ja już się tylko zastanawiam, ilu z tych kierowców, którzy wciąż jeszcze krążą po mieście z wczepionymi za szyby swoich samochodów biało-czerwonymi flagami, pluje sobie w brodę, że przepłacili. Mogli sobie kupić po parze za głupie dwa grosze i równie skutecznie jak dziś zadawać szyku, jacy to z nich patrioci.
Nie wiem, ilu z nas zwróciło na ten fakt uwagę, ale kiedy przed rozpoczęciem meczu Polska – Rosja, rosyjscy kibice rozpostarli na zajmowanych przez siebie trybunach ogromny transparent z napisem „Tu jest Rosja”, czy jakoś tak, część oficjalnego przekazu wypełniły nawoływania do tego, byśmy my Polacy też, tak jak Rosjanie, pokazali, jakimi to jesteśmy patriotami i taki sam wielki transparent sobie uszyli. Apel ten ostatecznie okazał się na tyle nośny, że zebrała się jakaś ogarnięta bardzo świeżą miłością do Polski grupa, i w rytm dopingu ze strony mediów, zaczęła ów transparent szyć, w taki sposób, by na mecz z Czechami wszystko było gotowe. Byśmy też pokazali światu, jacy jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy Polakami. No i pokazaliśmy.
Jak można było przeczytać w paru miejscach, już po wspomnianym meczu z Czechami, kiedy do warszawskiej tak zwanej „strefy kibica” wkroczyła ekipa sprzątająca, obok porzuconych puszek po piwie najwięcej zebrano porzuconych tak samo jak te puszki, biało-czerwonych chorągiewek. Nie wiem, co się stało z tym wielkim, uszytym zgodnie z przykładem, jaki nam dali Rosjanie, białym orłem, i, powiem szczerze, że jestem w takim nastroju, że wołałbym tego nie wiedzieć.
Niedawno opisałem tu przygodę, jaka mnie spotkała w minioną niedzielę kiedy to wracaliśmy z kościoła, i na trawniku, pod drzewem, pod samym domem zobaczyliśmy porzucona przez jakiegoś rozczarowanego Polaka biało-czerwoną chorągiewkę, taką samą, jaką przez pierwszy tydzień przyczepiali do szyb swoich samochodów jego futbolowi koledzy. I opowiedziałem też, jak to w pewnej chwili ową smutna chorągiewkę podniósł pewien pan przechodzący akurat z małą dziewczynką, i obiecał jej, że jak przyjdą do domu, to ją ładnie wyczyszczą.
I ja wciąż nie potrafię otrząsnąć się z tego doświadczenia, i do dziś się zastanawiam, czy ten człowiek i to dziecko swojego patriotyzmu – bo to że oni są polskimi patriotami, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości – nauczyli się od Rosjan, czy może od Greków, a może od samych aż Irlandczyków, których wielkość jako narodu zrobiła na nas w tamtych dniach tak wielkie wrażenie? A może oni nie od nich się owego patriotyzmu uczyli, ale poczuli go nieco wcześniej, zapoznawszy się z dołączoną do piwa „Warka” zachętą, by się nauczyć ładnie śpiewać polski hymn, czy może kupując czteropak piwa „Tyskie” wraz z dołączoną do niego biało-czerwoną flagą?
A może było jeszcze inaczej? Może oni byli już tymi patriotami na długo jeszcze zanim Polska otrzymała zadanie zorganizowania tych nieszczęsnych mistrzostw w piłce nożnej? Może stało się tak, że oni, żeby zlitować się nad tą zabiedzoną chorągiewką, podnieść ją i zabrać do domu, by tam ją ładnie i porządnie obmyć z tego lewego patriotyzmu, nie potrzebowali ani rosyjskiego, ani irlandzkiego, ani żadnego innego przykładu? Czy to możliwe, że oni po to, by poczuć tę miłość i ten żal w ogóle nie potrzebowali korzystać z zachęt ze strony kampanii piwowarskich? Otóż jestem pewien, że właśnie tak. Oni, podnosząc z ziemi tę flagę, swój patriotyzm mieli we krwi. W przeciwnym wypadku, machnęliby na nią ręką.
Od ponad już dziś dwudziestu lat, System stara się z nas wykorzenić jakikolwiek autentyczny patriotyzm. Robi to przy zastosowaniu wszelkich dostępnych środków, a więc za pomocą kultury popularnej, mediów, umiejętnej rozbudzanej konsumpcji, czy wreszcie bezpośredniej edukacji – w szkołach i na uniwersytetach. Cały wysiłek Systemu nastawiony jest na to, by każdy Polak wiedział jedno – Polska jest brzydką panną na wydaniu, i jedyne co jej pozostaje, to się wdzięczyć i uśmiechać, z nadzieją, że ktoś ją poprosi do tańca. A jeśli akurat nikt nie poprosi, to niech się nie dziwi i wie, że widocznie inni byli lepsi. I niech się dalej grzecznie wdzięczy.
Uważam za niezwykle znaczący, i przy okazji symboliczny, fakt, że o nasz patriotyzm, nagle, jak się okazało, niezwykle potrzebny przy okazji tych mistrzostw, zatroszczyły się koncerny piwowarskie. Zupełnie jakby plan był taki, by skoro już zaszła konieczność przypomnienia nam Polakom, kim jesteśmy i skąd pochodzimy, zorganizować to w taki sposób, by ta refleksja była maksymalnie bezrefleksyjna, a więc w tym samym stopniu skupiona na naszej polskości co na półlitrowej flaszce z piwem. Zupełnie jakby chodziło o to, by skoro już po Polsce mają jeżdzić te obwieszone polskimi narodowymi symbolami samochody, a ludzie mają paradować po ulicach w biało-czerwonych strojach, skoro już ma wszędzie rozbrzmiewać polski śpiew, to niech przynajmniej nie będzie to „Jeszcze Polska nie zginęła”, lecz jakieś „Nikt nam nie powie…” w dodatku śpiewane na melodię „Guantanamera”, i to w miarę możliwości na lekkim rauszu. A jeśli jednak „Jeszcze Polska”, to najlepiej w totalnym upojeniu. I najlepiej na smutno. No a przede wszystkim należy nie zapominać, że i tak najważniejsze jest, by „nasi chłopcy” awansowali do ćwierćfinału. Bo to przecież od tego się wszystko zaczęło.
I ja to wszystko oczywiście świetnie rozumiem. Rozumiem myśl i plan, jaki za tym wszystkim stoi. Chodzi o to, by polski patriotyzm stał się wyłącznie narzędziem służącym do wspierania władzy, i to nie każdej władzy, ale władzy, która ma za zadanie czynić z Polski tak zwanego „partnera” dla tych, którzy nie muszą się ani wdzięczyć, ani uśmiechać, bo i bez tego są piękni i eleganccy. No i oczywiście, jak najbardziej szanowani. A więc ich rozumiem. Natomiast nie do końca umiem przyjąć to opętanie, jakie stało się udziałem znacznej części moich rodaków.
Wielkie wrażenie na nas wszystkich zrobiło zachowanie irlandzkich kibiców po przegranym meczu z Hiszpanią, kiedy to ich piłkarze, mimo tej dramatycznej wręcz porażki, schodzili boiska jak zwycięzcy. Do dziś, zarówno zwykli kibice, jak i media, a dziś nawet sam premier Tusk, nie mogą się nachwalić Irlandczyków, jacyż to oni wspaniali, dzielni i niezwyciężeni. No i, jak to się zwykle dzieje w podobnych sytuacjach, wraca pytanie – czemu my Polacy też tak nie potrafimy? Przyznaję, ja sam patrzyłem na kwitnące wręcz tą zielenią trybuny i z trudem powstrzymywałem łzy wzruszenia, ale i tęsknoty. Patrzyłem na tych tak fatalnie przegranych piłkarzy, jak już tylko wypatrują końca tej piłkarskiej kompromitacji, na Hiszpanów robiących na tym boisku co im się żywnie podoba, słuchałem tego niesłychanego śpiewu, i powiem szczerze, że w pewnym momencie ten śpiew stał się tak monumentalny, że nagle sobie pomyślałem, że ja właściwie Hiszpanom współczuję. Na ich miejscu poczułbym się autentycznie nieswojo, a to zwycięstwo wsadziłbym sobie gdziekolwiek.
Mam nadzieję, że nie muszę nikomu z czytających ten tekst wyjaśniać, dlaczego tak jest. Bo sprawa jest przerażająco jasna. Irlandczycy – podobnie zresztą jak Rosjanie, czy Grecy, Włosi czy Francuzi nie kupili sobie swojego patriotyzmu w ramach promocji zainicjowanej przez którąś z ich kampanii piwowarskich. Oni nim żyli od lat. Oni się z nim rodzili, kształcili, pracowali i umierali. I robią to również dziś. Oni swoich chorągiewek ani nie zakupili pod dodatkowe piwo, ani nie odebrali na stacji benzynowej pod jedno tankowanie, ale mieli ją w domu od lat. A zatem, bez względu na to, czy dziś wygrywają czy przegrywają, zabierają je ze sobą do domu, a nie wyrzucają gdzieś pod jakimiś obszczanym przez okoliczne psy drzewem
Oglądaliśmy sobie wczoraj tych walczących z Portugalczykami Czechów i nagle, Bóg Jeden wie, jak i skąd, ktoś z nas coś wspomniał o angielskim mieście Coventry, a pani Toyahowa zaczęła się zastanawiać, czy to chyba właśnie nie z Coventry pochodziła Lady Godiva. Zaczęliśmy się nad tym zastanawiać i okazało się, że nasz syn – który poza tym akurat wie dość dużo – w ogóle nie ma pojęcia, kto to taki i w czym rzecz. Zakładając, że i tu są tacy z nas, co mogą nie wiedzieć, a wierząc, że to akurat wiedzieć warto, opowiem szybciutko, kim była Lady Godiva. Otóż według angielskiej legendy, mąż tej kobiety, lord Coventry Leofric III narzucił na mieszkańców miasta jakiś dramatycznie wysoki podatek, który ludzi dosłownie przybił do ziemi. Wzruszona ich losem Godiva zwróciła się do Leofrica, by zechciał się nad nimi ulitować, jednak on pozostawał nieugięty. W końcu, licząc prawdopodobnie, że w ten sposób zmusi ją do tego, by mu dała święty spokój, zaproponował jej taki układ: on ten podatek zniesie, jeśli ona zgodzi się przejechać przez miasto na koniu, kompletnie nago. I proszę sobie wyobrazić, że Godiva się zgodziła, tyle że wcześniej zwróciła się do mieszkańców, że kiedy ona będzie jechała ulicami Coventry okryta tylko swoimi włosami, oni pozostaną w domach za zamkniętymi okiennicami. No i tak się stało. Lady Godiva na tym koniu, golusieńska jak ją Pan Bóg stworzył, osłonięta tylko swoimi długimi, rozpuszczonymi włosami, a cale miasto pozostało schowane za tymi okiennicami.
I tylko jeden człowiek, pewien krawiec, znany od tamtego czasu jako Peeping Tom wydłubał w okiennicy małą dziurkę i spojrzał na przejeżdżającą kobietę. W tym samym momencie – jakże by inaczej, prawda? – został pozbawiony wzroku. Inaczej mówiąc – oślepł. Za karę.
Co ta historia ma do rzeczy? Nie mam pojęcia, ale pewnie coś ma. Inaczej bym jej nie opowiadał, prawda? Tak czy inaczej, pewnie trochę pod wrażeniem tego jakże autentycznego patriotyzmu innych, ale niewątpliwie również w celu podtrzymania owej piłkarskiej histerii, która dla obecnie rządzących ma same pozytywne skutki, wokół słyszymy apele, by nie chować tych chorągiewek, by nie zmieniać tych strojów, by dalej śpiewać „Nikt nam nie powie…”, jak gdyby nigdy nic. Bo przecież wszyscy jesteśmy Polakami, a Polska to nasz kraj. No i te mistrzostwa są takie piękne i wszyscy nas tak bardzo chwalą. No, może w tej chwili z wyjątkiem Ukraińców, ale przecież wszyscy wiemy, że to są same kurwy i alfonsi. W dodatku bez poczucia humoru.
W tej sytuacji, ja mam apel przeciwny. Oczywiście wyrzucać flagi nie wolno. Nawet tej, która została wykonana na zamówienie wielkiego antynarodowego biznesu. Natomiast namawiam do tego, by te flagi pozdejmować z samochodów i z okien, schować je głęboko do szuflad, a następnym razem je wyjąć choćby 1 sierpnia, przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, albo w dzień Święta Wniebowzięcia 15 sierpnia. I wtedy dopiero spróbować poczuć, czym jest Polska, skoro nie flaszką „Warki” wypitą pod zdjęcie coraz mniej przytomnego Prezydenta i jego opuchniętej dzidzi. Przepraszam – Dziadzi. W szaliku, czy bez.

Już w niedzielę jadę do Poznania, spotykać się z czytelnikami. Przypominam. Karmelici Bosi, ul Działowa, wtorek o 19. Zapraszam wszystkich. Ten tekst zostanie z Wami aż do środy. Jeśli komuś dał on choć odrobinę satysfakcji, proszę o wsparcie na podany obok numer konta. Będę miał za co żyć w poniedziałek i wtorek, do czasu aż sprzedam wszystkie książki i będę bogaty. Dziękuję. Pozostawiam wszystkich z pięknym portretem Lady Godivy.



O zabójczej szkodliwości palenia marihuany

Zarówno ze względu na rangę samego wydarzenia, ale też osobę jego bohaterki, większość z nas może sprawy nie znać, a wręcz uważać ją za nieinteresującą, jednak sądzę, że warto wspomnieć o pewnym incydencie, do jakiego doszło niedawno w jednym z programów TVP. Otóż podczas jednej z wielu ostatnio rozmów na temat nieszkodliwości palenia marihuany i konieczności owego procederu legalizacji, zaproszony do studia lekarz, wzburzony atmosferą zabawy, jaka się w miarę trwania programu wytworzyła w studio, rzucił w stronę prowadzącej program Agnieszki Szulim, że on osobiście uważa za skandal, że dziennikarka telewizyjna bez cienia wstydu publicznie przyznaje, że od 15 lat pali marihuanę.
Sam program zorganizowany był w klasyczny sposób. Otóż z jednej strony siedziała owa Szulim i jej telewizyjny kolega, a z drugiej sprowadzony do studia narkoman na wózku i wspomniany wcześniej lekarz, no i wszyscy po kolei mówili swoje. A zatem narkoman twierdził, że jemu marihuana bardzo dobrze służy, i on ją wręcz traktuje jak lekarstwo na swoją chorobę, lekarz dowodził, że nawet jeśli jemu służy, to dziesięciu innym szkodzi, natomiast owa Szulim i jej kumpel na zmianę albo chichotali, albo z wymuszoną powagą przekonywali, że marihuana to nie narkotyk i apelowali do lekarza, by tak bardzo znowu nie przesadzał. No i w pewnym momencie ten nie wytrzymał i owej Szulim nawrzucał, że niech ona nie udaje tak strasznie obiektywnej, bo sama mu przed programem przyznała, że osobiście jest od marihuany ciężko uzależniona, i że jego zdaniem powinna się wstydzić. Oczywiście, ona natychmiast zrobiła bardzo zdziwioną buzię i zaczęła udawać, że nic sobie takiego nie przypomina, że jemu się musiało coś pomylić, i że ona w ogóle nie wie o co chodzi. No i zrobiła się awantura, i tylko człowiek na wózku niezmiennie błogo się uśmiechał.
A ja się tylko zastanawiam, dlaczego ta Szulim w ogóle temu lekarzowi powiedziała o swojej słabości? Czemu ona osobie zupełnie przecież obcej, w dodatku w oczywisty sposób wrogo nastawionej do pomysłu legalizacji marihuany, przyznała się od czegoś tak jednak kontrowersyjnego? Domyślam się, że zanim włączono kamery, musiała tam już się przetoczyć jakaś wstępna dyskusja, no i to wtedy najwidoczniej puściły jej nerwy. I to wtedy ona zapewne rzuciła coś w stylu: „A ja, niech pan sobie wyobrazi, palę regularnie od 15 lat, i mam się świetnie”. No ale, mimo wszystko, czemu ona mu to powiedziała? Pozostaje to zagadką, nawet jeśli uwzględnimy fakt, że na tę Szulim wystarczy spojrzeć, by wiedzieć, że jest ona osobą szczerą w stopniu szczególnym. Czemu mianowicie ona nie potrafiła się powstrzymać?
W najświeższym wydaniu tygodnika „Uważam Rze”, wśród najróżniejszych niezwykle ważnych tekstów na temat równie niezwykle ważnych kwestii, jest też artykuł Krzysztofa Feusette o piosenkarce Korze Ostrowskiej i wypadku jaki się jej przydarzył ostatnio własnie z marihuaną. Tekst Feusette ilustrowany jest zdjęciem Kamila Sipowicza, znanego głównie z tego, że jest owej Kory konkubentem. Na wspomnianym zdjęciu Sipowicz stoi z charakterystycznym szerokim uśmiechem na twarzy, a w ręku trzyma wydaną właśnie przez siebie książkę zatytułowaną „Czy marihuana jest z konopi?” Nie mam oczywiście pojęcia, o czym dokładnie jest książka Sipowicza, ale dzięki samemu tytułowi domyślam się, że o marihuanie i o tych wszystkich bałwanach, którzy nie mają pojęcia, jaka ta marihuana jest fajna i zdrowa. Ale wiem coś jeszcze. Skoro Sipowicz postanowił na ten temat wydać całą książkę, musi to oznaczać, że dla niego – podobnie jak dla wspomnianej wcześniej Agnieszki Szulim – kwestia ta jest dość podstawowa.
Nie jest oczywiście tak, że ja bardzo uważnie śledzę wypowiedzi najróżniejszych gwiazd polskiej estrady i w ogóle kultury popularnej, ale mam tu doświadczenie wystarczająco duże, by móc stwierdzić, że dla wielu z nich słowo „marihuana” stosunkowo często funkcjonuje jako swego rodzaju klucz, nie tylko do nawiązania rozmowy, ale wręcz do rozmowy tej kontynuowania. Nie mogłem nie zauważyć, że, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z autorem książek, czy aktorem, czy piosenkarzem, czy jakąś gwiazdką z telewizji, wcale nierzadko wielu z nich nie może się powstrzymać, żeby do swojej wypowiedzi dorzucić choćby tylko jakąś aluzję dotyczącą marihuany. I znów powstaje pytanie, czemu oni to robią? Czemu nie potrafią trzymać języka za zębami?
Popatrzmy na tę Korę. Pyta ją dziennikarz, czy ona lubi alkohol? A ona, zamiast odpowiedzieć, że tak, lub nie, że lubi białe wino, albo że nie lubi wódki, zaczyna się przebiegle uśmiechać i opowiada o tym, że ona w ogóle nie pije, bo alkohol jest niezdrowy. Że ona lubi zupę grzybową. Szczególnie na przyjęciach. I to mrugnięcie, że wy wiecie i ja wiem. „I mamy trochę kataru, jeśli wiesz o czym ja mówię”, że zacytuje mojego ulubionego artystę rockowego Kazika.
Któryś z dziennikarzy przeprowadza wywiad z młodym muzykiem, czy autorem książek, pyta go o inspiracje, a ten, jakby już nie mógł się doczekać, zaczyna się wiercić i wszystkich informuje, że dla niego największą inspiracją jest zieleń traw, albo zapach ziół. He, he…
Czemu oni nie mogą się powstrzymać? Pozwolę sobie na pewne wspomnienie. Otóż dawno, dawno temu pewien do dziś bliski mój bardzo kolega był uzależniony od marihuany. Był to przełom lat 70. i 80., i wówczas jeszcze ten problem nie istniał. Wiadomo było, że niektórzy palą, i że skądś te liście biorą, i choć oczywiście wiadomo było, że sprawa nie jest do końca czysta, wokół tej marihuany szczególnie ciężkiej atmosfery nie było. Mój kumpel marihuanę palił dzień w dzień. Marihuana wypełniała jego życie w stopniu niemal kompletnym, a przez to, że byliśmy zaprzyjaźnieni bardzo, a ja wówczas mieszkałem już zupełnie sam, również moje mieszkanie było wciąż wypełnione tym dymem i tym zapachem. Co jednak z naszego punktu widzenia w tym najciekawsze, to fakt, że w pewnym momencie doszło do tego, że marihuana stała się jedynym tematem na jaki można było liczyć. On przychodził, stawał w drzwiach i od początku się uśmiechał, mrugał i wykonywał znaczące gesty. Następnie wchodził do pokoju, zapałał skręta, zakładał na uszy słuchawki, puszczał bardzo głośno muzykę i się już tak samotnie kołysał. No i palił. Palił, palił, palił, potem wstawał i szedł do domu. Pamiętam, że w pewnym momencie autentycznie doszło do tego, że myśmy ze sobą przestali rozmawiać. On siedział w jednym pokoju, słuchał muzyki, uśmiechał się i dymił, a ja w drugim oglądałem telewizję. To, jeśli ta marihuana była. Jeśli natomiast jej z jakiegoś powodu nie było, on praktycznie potrafił wypowiedzieć tylko jedno zdanie: „Masz coś?” No i to mrugniecie. Ja na to odpowiadałem, że mam flaszkę, na co on się przebiegle uśmiechał i odpowiadał: „No, wiesz? Stary! Ja mówię poważnie”. Jak długo to trwało? Dziś już tego nie pamiętam, ale parę lat. Później mu to w sposób chyba zupełnie naturalny przeszło, co by świadczyło chyba tylko o tym, że jeśli ta marihuana jest zaledwie początkiem i końcem, można z siebie robić idiotę zupełnie bez jakiś gorszących konsekwencji. Inna sprawa, że akurat miałem też innego kolegę, dla którego to był zaledwie początek. Myślę, że on dziś już nie żyje. W każdym razie, kiedy go widziałem ostatnio wyglądał tak jakby mu zostało zaledwie parę tygodni.
Patrzę dziś na tę wspomnianą na początku Szulim, na tego człowieka na wózku, na piosenkarkę Korę, na Sipowicza i na całą masę różnych celebrytów, a ostatnio też polityków, i uważam – powiem, więcej, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – że oni są dziś dokładnie w takim stanie, w jakim był wtedy ów mój kumpel. Tyle że niewykluczone, że w jeszcze gorszym, jak się weźmie pod uwagę, że, jak krążą słuchy, to co teraz jest na rynku to żadne konopie, ale w dużym stopniu jakaś ciężka chemia. A więc to „zioło” jest ich całym życiem. Całym. Patrzę na zdjęcie Kamila Sipowicza w ostatnim „Uważam Rze”, i jestem absolutnie pewien, że on na tym zdjęciu jest zwyczajnie nieprzytomny.
Wczoraj dotarła do nas informacja, że ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych skierowało do Polski protest przeciwko kolejnemu występowi duetu Wojewódzki – Figurski. Wedle doniesień, cała ukraińska prasa oburzona pisze dziś o tym, jak to Wojewódzki z Figurskim potraktowali ich kraj. Nie wiem, czy sytuacja jest dokładnie tak dramatyczna, jak to przedstawiono, bo znam tylko reakcję Wirtualnej Polski, ale wygląda na to, że w swoim radiowym programie obaj ci komicy zasugerowali, że Ukrainki to kurwy, w dodatku tak brzydkie, że nawet nie ma jak ich gwałcić. No i ja się znów zastanawiam, czemu oni to zrobili? Ja wiem, że są sytuacje kiedy chodzi już tylko o to, żeby się śmiać, i to śmiać możliwie najgłośniej, jednak mimo to, się dziwię. I wcale niekoniecznie chodzi mi o to, że Wojewódzki z Figurskim powinni wiedzieć, jaka by była polska reakcja w analogicznej sytuacji, a więc gdyby to na przykład jacyś ukraińscy wesołkowie w ten sposób potraktowali polskie dziewczyny, bo zakładam, że oni na przykład w ogóle nie czują tu żadnej niestosowności. W końcu może być tak, ze dla nich kurwa to kurwa, i nie ma co się szczypać.
Mnie tu bardziej zastanawia biznesowy wymiar całej tej historii. Otóż, jak wiemy, obaj ci panowie mają otwartą sprawę w sprawie znieważenia pewnego obywatela o hinduskim pochodzeniu, i wygląda na to, że sprawa ta jest dość poważna. Wydawałoby się więc, że oni powinni wykazać choćby minimalny instynkt samozachowawczy, choć na pewien czas się zamknąć i ewentualnie swój bicz satyry skrócić do gnojenia ojca Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem mamy to Euro, cała Polska w stanie podwyższonej histerii, że jacy to z nas Europejczycy, jakie piękne mamy stadiony, jak nas wszyscy kochają, samochody jeżdżą wciąż z tymi chorągiewkami, portal TVN24 nie zajmuje się praktycznie niczym innym, jak cytowaniem zagranicznych opinii na temat polskiej gościnności, a tych dwóch baranów dostaje śmiechawy w związku z tym, że Ukrainki to kurwy. I to kurwy brzydkie. Czemu???
Otóż jedyne co mi przychodzi do głowy to myśl, że obaj ci gwiazdorzy, czyli Jakub Wojewódzki i Michał Figurski są zwyczajnie i regularnie zaćpani, i to zaćpani mocno. Inaczej mówiąc, oni są od rana do wieczora upaleni, i nie są już w stanie reagować na rzeczywistość inaczej niż pod kątem tego co ich śmieszy. Jak wiemy, ich radiowy program jest filmowany, a następnie prezentowany choćby na youtubie, i nie widać tam, by oni akurat coś palili. Natomiast ja mam bardzo mocne podejrzenie, że oni już wchodząc do tego studia są kompletnie załatwieni. I to wszystko stąd.
Nie wiem, jakie będą konsekwencje wspomnianego incydentu. Niewykluczone, że, jak wiele innych tego typu przygód, i ta rozejdzie się po kościach. Że szefowie obu panów, wspomniani tu już niedawno Bisiorek i ten drugi, którego nazwiska akurat nie pamiętam, też są ciężko w to palenie marihuany wciągnięci, i – podobnie jak to było w przypadku Alvina Gajadhura – nic z tego co się stało nie zrozumieją. Może być też tak, że zarówno Figurski jak i Wojewódzki wcale nie są aż tak otępiali, że oni świetnie wiedzą, co im wolno, a co jest już niebezpieczne, tylko ja, głupi, się tu niepotrzebnie podniecam. Różnie może być. Mam jednak nadzieję co do jednego. Że jednak to co się właśnie stało, sprawi przynajmniej, że dyskusja na temat perspektyw legalizacji marihuany poszerzy się o dodatkowy argument. Szlag trafił tych dwóch. W końcu sytuacja, jak wiemy, może się rozwinąć w kierunkach całkowicie dziś nieprzewidywalnych, natomiast jak idzie o rozstrzygnięcia doraźne – to by było coś z całą pewnością korzystnego dla nas wszystkich.

Przypominam, że już w najbliższy wtorek o godzinie 19.00, w Poznaniu u Karmelitów na ulicy Działowej, odbędzie się spotkanie zorganizowane przez redakcję „Zeszytów Karmelitańskich”, z udziałem dwóch wybitnych blogerów Toyaha i Coryllusa. Oczywiście jakoś tam dojadę, co nie zmienia faktu, że gdybym już teraz miał za co, a nie mam, czułbym się znacznie lepiej. Proszę więc niezmiennie o wspomaganie tego bloga pod podanym numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...