środa, 4 marca 2009

Twarze, czyli kto nam zwinął szminkę?

Jechałem dziś przedpołudniem tramwajem do pracy i w pewnym momencie z przeciwnej strony nadjechała kolumna prezydencka i szybko pojechała w kierunku uniwersytetu. Ponieważ jestem oddanym członkiem tak zwanych (w niektórych kieszeniach salonowej Polski) Czarnych Szwadronów Czwartej RP, wpadłem w bardzo dobry nastrój, który - przy pięknej pogodzie i zupełnie wbrew fatalnemu kryzysowi - trzyma mnie do teraz. Kiedy już ujrzałem śmigającego ulicami mojego miasta Prezydenta, popadłem w chorobliwą już w mojej sytuacji zadumę i w ramach tej zadumy zacząłem sobie myśleć o – właśnie nie za bardzo wiem, czy już ministrze, czy jeszcze tylko doradcy – Michale Bonim. A skoro już zaczął mi po głowie chodzić Boni, to za chwilę pojawiły się już i kolejne gwiazdy, a wśród nich Kazimierz Kutz.
Co ja chcę od Kutza i Boniego, skoro dzień jest – jak już wspomniałem – piękny, a na dodatek Pan Prezydent zadaje szyku w moim mieście? Nic szczególnego. Zwykłe maleńkie refleksje. Jak idzie o Boniego, przyszedł mi on do głowy z tej prostej przyczyny, że nagle sobie uświadomiłem, że w ostatnich dniach jakoś tak się dzieje, że ile razy Platforma Obywatelska chce się pokazać, jako grupa pracusiów, i to na dodatek pracusiów z pomysłami, wystawia przed kamery właśnie Boniego. Jest to sytuacja o tyle ciekawa, że jak wszyscy powinniśmy jeszcze pamiętać, debiut tego człowieka w rządzie premiera Tuska był wielce oryginalny. Kiedy Premier zorientował się, że jemu brakuje ludzi odpowiednio zawziętych i jednocześnie fachowych, wyciągnął skądś tego nieszczęsnego kapusia i dziwkarza i ogłosił, że Polska własnie trafiła w ręce prawdziwie zawodowe. Niestety, w tym samym momencie okazało się co się okazało, Boni się ze wstydu posmarkał i niemal natychmiast został gdzieś wepchnięty i przykryty jakąś szmatą, by nie straszyć tych nielicznych już zwolenników Platformy, dla których problem komunistycznej agentury wciąż wydawał się problemem realnym.
Takie to były początki. Wprawdzie wciąż jesteśmy bardziej na początku, niż u końca tej chorej przygody, ale intensywność i konsekwencja upadku Donalda Tuska, jego ministrów i sympatyków najwyraźniej sprawia, że wszystko na tyle przestaje mieć znaczenie, że i tę szmatę z Boniego też już można było bezpiecznie zdjąć. Po ciężką cholerę przejmować się jakimś drobnym donosicielem, kiedy i tak wszystko w rejonach przyrządowych działa bez jakiejkolwiek kontroli, każdy robi to co chce, a publiczność robi wrażenie coraz mniej zainteresowanej? W sytuacji kiedy minister Hall wymyśla, żeby do podstaw programowych współczesnej polskiej szkoły wprowadzić czary, wodne żyły i karty Tarota, i pies z kulawą nogą się tym nie przejmuje, co komu zaszkodzi jakiś Boni? Skoro już nawet nie można mieć stuprocentowej pewności, że to co nam publicznie pokazują media, to jeszcze prawdziwy Donald Tusk, a nie jakaś japońska zabawka najnowszej generacji, to jakie znaczenie dla kogokolwiek może mieć to, że nową twarzą naszego rządu stał się komunistyczny agent? Wszystko jedno.
Więc myślałem sobie o twarzach i przypomniała mi się twarz Kazimierza Kutza z wczorajszej audycji 24 Godziny. Jak może część z Was wie, w środowiskach związanych z najbardziej salonowym europejskim salonem, po raz kolejny już w ciągu ostatnich parunastu lat wykluła się myśl, żeby ludzi, którzy z naszego punktu widzenia na śmierć sobie zapracowali, zabijać nie tylko gdzieniegdzie, ale w ogóle gdzie popadnie. Więc sprowadzono do tefauenowskiego studia tego dziadunia i poproszono o opinie na ów ważki temat. Kutz gadał standardowo, więc nie ma nawet co się zatrzymywać, ale ja zwróciłem uwagę na jeden, dla mnie zupełnie fantastyczny, fragment. On w pewnym momencie powiedział coś takiego, że ostatnio ten problem ludzi, których należy zabić powraca i jeszcze niedawno mieliśmy tego Janusza Switaja, a teraz mamy tę matkę i jej czterdziestoletniego syna. I kiedy pomyślałem, że kompletnie nie rozumiem po kie licho wyciągnął on tego Świtaja, którego niemal cudem udało się wyrwać z rąk morderców, Kutz powiedział mniej więcej tak: „Wprawdzie ten Świtaj to tam ten…”. I tu urwał temat. I wtedy pomyślałem sobie, że oto mamy człowieka, któremu pomysł eliminacji ze świata ludzi chorych jest tak drogi, że nie jest on w stanie wyksztusić z siebie słowa ‘życie’, o ile to życie nie jest podparte przymiotnikiem ‘straszne’, ‘bolesne’, ‘nieludzkie’, czy po prostu ‘nieprawdziwe’. I pomyślałem sobie, że oto mamy przed sobą kolejną twarz Platformy Obywatelskiej. Człowieka, który jak ma powiedzieć „Świtaj żyje”, to się zaczyna krztusić i mu wychodzi coś podobnego do „tam ten”.
Tak to właśnie było. Jechałem sobie do pracy i myślałem o tych dwóch łbach Platformy Obywatelskiej. Wreszcie prawdziwych, niczym nie osłoniętych twarzach. Twarzach bez pudru i bez makijażu. I właśnie przed chwilą, zanim zacząłem pisać ten dzisiejszy tekst, otworzyłem telewizor, a tam, na maleńkiej scenie stał sam premier Tusk, ze wszystkich stron otoczony tłumem jakichś starszych pań. Stał więc sobie Premier, z mikrofonem w ręku i pląsał po tej scenie, jak artysta rozrywkowy, i ja pomyślałem, że może on właśnie został piosenkarzem i to już jest ten obiecany New Age, ale dałem głośniej i okazało się, że Donald Tusk nie śpiewa, tylko akurat spotyka się z paniami z tzw. Uniwersytetu Trzeciego Wieku i rozprawia o sprawach poważnych. I tu, podobnie jak w przypadku wcześniej Kutza, wszystko się odbywało na normalnym poziomie, tyle że może tym razem Pan Premier był jeszcze bardziej śliski i bardziej obły, niż zwykle. Ale i tu zwróciłem uwagę na coś co mnie troszkę bardziej poruszyło. Kiedy Tusk opowiadał, zebrane panie od czasu do czasu przerywały mu rzęsistymi brawami. Jednak tylko wtedy, gdy on mówił coś w stylu: „nie będziemy padać na kolana przed biskupami”, czy „Kościół będzie się zajmował swoimi sprawami, a my swoimi”. Ów antyklerykalny nastrój na sali był tak uderzający, że aż nawet ja – człowiek który niejedno widział i słyszał – poczułem się dziwnie.
I pomyślałem sobie, że oto mamy trzecią twarz tej nowej, a jakże już starej, władzy. Twarz dobrze jakby nam znaną. A jednak jakoś nową. I choć Premier wił się jak piskorz, żeby i zasłużyć sobie na entuzjazm zebranych kobiet i też za bardzo nie podskoczyć kardynałowi Dziwiszowi, widać było wyraźnie, o co i jednej i drugiej stronie chodzi. I w czym leży cały sens tego, co się tam wyprawiało. I tak właśnie nagle ujrzałem te trzy twarze całkowicie razem – jedną twarz starej bolszewii, jedną nowego faszyzmu i jeszcze jedną – zupełnie nowiuteńkiej Europy.
Smutno. Ale też i dobrze. Smutno – wiadomo dlaczego. A dobrze? Bo zawsze jest dobrze kiedy prawda zaczyna wychodzić na wierzch. I niech tak już pozostanie. Na samym wierzchu.

niedziela, 1 marca 2009

Japiszony napadają

W ostatnich dniach, zaglądając sobie do Salonu, wpadłem na teksty, w których powtarzała się nazwa Golden Line. Pewnie bym na to coś nie zwrócił uwagi, gdyby nie fakt, że obok tego pojęcia nieodmiennie powracało nazwisko Eryka Mistewicza. A dla mnie, sytuacja, w której eksperckie myśli Mistewicza zaczynają współtworzyć główny nurt medialnych doniesień, zawsze zasługuje na uwagę. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że z moich dotychczasowych obserwacji wynika jednoznacznie, ze Eryk Mistewicz, nawet jeśli nie tworzy bezpośrednio wizerunkowego kształtu obecnego rządu, to jest jego głównym piewcą.
A więc Eryk Mistewicz. Był też jednak drugi powód, dla którego zaintrygowało mnie pojawienie się tej nazwy. Otóż ja już się z tym projektem jakiś czas temu spotkałem. Choć sam jestem ze wsi i choć moja osobista pozycja w środowiskach miejskiej inteligencji jest bardzo mało wyrazista, tak się składa, że ludzie, którzy mi płacą za pracę, niewątpliwie należą do tego szczególnego towarzystwa, które mówi o sobie ‘Młodzi Europejczycy’. Prawdopodobnie więc właśnie z tego względu, któregoś dnia dostałem drogą e-mailową zaproszenie do wstąpienia do stowarzyszenia o nazwie Golden Line właśnie.
I znów muszę się tu powołać na moje wieśniactwo. Będąc zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie tak ukształtowany jak jestem, propozycję ze strony moich dobrodziei kompletnie zlekceważyłem. Raz, że ja już mam taki kompleks, że kiedy ktoś do mnie wyskakuje z propozycją na przykład o nazwie Wit First, Universal Mind, czy właśnie Golden Line, to ja się natychmiast robie podejrzliwy, że ktoś mnie chce wpuścić w jakieś czary. A ja czarów nie lubię. Moje podejrzenia robią się jeszcze większe, kiedy się okazuje, że to towarzystwo grupuje ludzi lepszych od innych, których jedynym celem jest się szkolić w swojej lepszości, wymieniać się swoimi spostrzeżeniami na temat tej swojej lepszości i wyłapywać innych lepszych, którzy jeszcze nie wiedzą o tym, że jest dla nich przygotowana propozycja.
Zlekceważyłem to zaproszenie, co jednak nie znaczy, że zlekceważyłem samo zjawisko. Zajrzałem do Internetu, żeby zobaczyć już oficjalnie, z czym mam do czynienia i oto przeczytałem, że Golden Line „jest społecznością skupioną na rozwoju kariery i życia zawodowego. Pomoże Ci poznać ludzi, zaistnieć w branży i monitorować rynek pracy”. To już było dużo, ale drążyłem dalej. A dalej było tak: „GoldenLine to pasja, kontakty, wiedza i doświadczenie kilkuset tysięcy osób aktywnych zawodowo. Jesteśmy serwisem społecznościowym, który łączy profesjonalistów o bardzo różnych zainteresowaniach, stanowiskach oraz celach zawodowych. Członkowie społeczności spędzają w GoldenLine kilka godzin dziennie, ponieważ każdy znajduje w niej coś ważnego dla siebie: kontakty - dzięki GL można skutecznie zarządzać kontaktami i podtrzymywać cenne relacje, praca - innowacyjne rozwiązania pozwalają dotrzeć do najciekawszych ofert, a Pracodawcom szybko, łatwo i skutecznie pozyskiwać dobrych pracowników, zasoby wiedzy - ludzie dyskutują na forach, budując bazę doświadczeń i informacji.” Później jeszcze były wypowiedzi osób, które wykazały więcej ode mnie zrozumienia dla czasów i wstąpiły do tego ‘serwisu społecznościowego’. Proszę popatrzeć:„Ja mam taką teorię, że ludzie (w większości) wkładają tu to co mają w sobie najfajniejszego." „Ten portal znacząco różni się od potocznych gron i jemu podobnych. To mnie cieszy, bo masowa sieczka internetowa juz mocno mnie męczyła. Z chęcią wiec tutaj zaglądam, tym bardziej, że w obrębie twego miejsca bardzo personalnie mam dostęp do ważnych dla mnie informacji." „Jeśli chodzi o mnie, to nawiązałam kontakty i zawodowe, i osobiste. Ktoś we wcześniejszych postach napisał, że jest tutaj tak "elitarnie". Zgadzam się. Choćby nawet kultura języka przygniatającej większości członków GL świadczy o tym." „Serwis GL uważam za bardzo pomocne narzędzie rozwoju własnej kariery, w tym wyszukiwania partnerów biznesowych. jestem w GL od niespełna dwóch miesięcy, a już miałem okazję, tylko i wyłącznie dzięki obecności w serwisie, odbyć kilka rozmów, które zaowocowały możliwościami realizacji ciekawych projektów z zakresu mojej specjalizacji" „GL to także doskonały sposób na nawiązanie wielu kontaktów. Bardzo dobry pomysł dla tych, którzy szukają i dla tych którzy chcą być znalezieni." „Serwis ma sens i udał się z kilku powodów. Jest starannie zrobiony, użyteczny, przejrzysty. Twórcy myśleli i parę rzeczy bardzo fajnie wymyślili.”
I teraz czytam w moim Salonie, że Eryk Mistewicz postanowił przestać ględzić o opowiadaniu story, które – jeśli tylko będzie odpowiednio umiejętnie aplikowane na mózgach ogłupiałego społeczeństwa – powinno umożliwić bandzie cynicznych trucicieli zniszczenie demokracji, a zamiast tego zaczął lansować koncepcję już bezpośredniego przejęcia władzy nie przez polityków opowiadających bajki, ale przez japiszonów, którzy w te bajki ostatnio uwierzyli http://www.dziennik.pl/opinie/article326782/W_internecie_rodzi_sie_bunt.html .
Muszę zatem oświadczyć, że ta ewolucja Eryka Mistewicza bardzo mnie ucieszyła. Przede wszystkim dlatego, że – jako człowiek przywiązany do wartości demokratycznych – nie chciałbym bardzo, żeby o kształcie mojego kraju decydowali bezczelni oszuści. A to właśnie oni – bezczelni oszuści – byli głównymi wykonawcami opisanego przez Mistewicza planu zamiany polityki w post-politykę, ze szkodą i dla Państwa i dla Narodu. Kiedy widzę dziś, że wymyślanie stories nie wypaliło i najwidoczniej trzeba się będzie z tego projektu rakiem wycofywać, moje serce rośnie.
A przyznam się, że się trochę bałem. Niedawno pisałem tu o moim podziwie dla filmowej produkcji powstającej w Stanach Zjednoczonych i w Anglii. W jednym z komentarzy ktoś zaproponował wyjaśnienie sukcesu tych kinematografii faktem, że literatura anglojęzyczna zawsze potrafiła w sposób bardzo sprawny, a przy tym piękny, opisywać proste, ludzkie historie. I że ta umiejętność po prostu bardzo zgrabnie realizuje się w filmowych scenariuszach. Bałem się więc, że jeśli jakaś polityczna grupa znajdzie dobrego i skutecznego autora bajek tworzonych na potrzeby ogłupiałych wyborców i ci wyborcy postanowią w te bajki uwierzyć, to będziemy mieli prawdziwe nieszczęście. Wprawdzie wraz z upływem czasu, widziałem, że z tych mistewiczowych historii najprawdopodobniej nic nie wyjdzie, więc nie ma się co przejmować, niemniej zawsze jakaś wątpliwość się gdzieś czaiła.
Pisząc tu w Salonie, niejednokrotnie wyrażałem przekonanie, że sukces mobilizacyjny tak zwanych ‘sił antykaczystowskich’, z jakim mieliśmy do czynienia jesienią roku 2007 już więcej się nie powtórzy. A stanie się tak z tej prostej przyczyny, że ten margines, który zadecydował o ostatecznym zwycięstwie Platformy Obywatelskiej jest z zasady antypaństwowy i antyobywatelski. Ludzie, których, dzięki bardzo perfidnym przedsięwzięciom propagandowym, udało się zachęcić do udziału w wyborach roku 2007 i którzy oczywiście oddali głos zgodnie z życzeniem organizatorów tej kampanii, w sposób naturalny nie biorą udziału w zyciu Narodu i na co dzień kierują się wyłącznie swoim najbardziej egoistycznie pojętym interesem. Raz udało ich się nabrać i przekonać, że plan usunięcia z polityki – a może też nawet z życia publicznego – braci Kaczyńskich, jest ściśle związany z tym ich właśnie egoistycznym interesem. Po tych wszystkich miesiącach, kiedy zamiast obiecanych kryminalnych procesów, karmiono ich wyłącznie pisanymi przez pracujących dla rządu copywriterów stories – na dodatek bardzo wątpliwej, jak się okazuje, jakości – oni mogą się już tylko wycofać do swoich biurek i swoich laptopów.
A to przecież nie poszło tylko o te procesy. Oni nie dostali absolutnie nic z tych wszystkich obietnic, które i tak ich pewnie niewiele interesowały, ale które były na tyle przejrzyście sformułowane, że niektórzy z nich przynajmniej postanowili w pewnym momencie powiedzieć „sprawdzam”. A później, widząc to co im pokazano, już tylko po prostu wzruszyli ramionami. Ale to jest całkowicie zrozumiałe. Oni są wprawdzie głupi, ale nie na tyle, żeby się zachwycać kinem francuskim. Oni, jak już zdecydują się na pójście do kina, to jednak wybiorą coś z tak zwaną ‘żywą akcją’. Czytając najnowsze przemyślenia Eryka Mistewicza, czuję w sobie bardzo piękną, ciepłą satysfakcję. Ja wiedziałem, że jeśli pomysł ze ‘story’ się zawali, niechybnie będzie trzeba wymyślić coś bardziej skutecznego. Brałem pod uwagę, że medialni i polityczni doradcy Platformy Obywatelskiej na sto procent wiedzą, że ich poprzedni i ewentualny przyszły sukces wyborczy jest ściśle związany z udziałem w wyborach jak największej liczby osób bez poglądów, bez idei, bez refleksji sięgających dalej, niż ten symboliczny ogórek ze starego dowcipu o amerykańskiej maszynie do wyświetlania marzeń. I że cały ich zawodowy wysiłek idzie w tym kierunku, żeby dotrzeć do tych ludzi i jeszcze raz ich zachęcić do obywatelskiej aktywności.
A tu się nagle okazuje, że jeden z najbardziej znanych guru tych niezwykłych profesjonalistów – Eryk Mistewicz, nagle doszedł do wniosku, że oni już nic nie łykną. Że ich trzeba wyszykować, żeby sami ruszyli do akcji. Żeby skorzystali z możliwości, jakie daje system demokratyczny i pokonali to, czego ani jemu, ani jego kolegom pokonać się nie udało. Rozejrzał się więc Eryk Mistewicz po bieżącej ofercie, dostrzegł projekt o nazwie Golden Line i uznał, że to tam właśnie należy szukać armat przeciwko siłom reakcji i zabobonu.
Proszę uprzejmie. Zachęcam do dalszej aktywności. Jestem pewien, że kiedy już ułożycie Państwo swoje listy wyborcze, a ludzie zobaczą ten zestaw: Global Release Analyst Specialist, Business Solutions Professional, Partner Account Manager Solutions, Industry Mktg Mgr, Pre-Sales Technical Support Engineer, Sponsorship Manager, Lead Recruiter, czy Health Safety and Environmental Coordinator, to dostaną takiego napędu, żemożecie nawet uzyskać większość bezwzględną.
IV RP już struchlała.

czwartek, 26 lutego 2009

Nixon, czyli co każdy Polak wiedzieć powinien

O Richardzie Nixonie, niesławnym prezydencie Stanów Zjednoczonych, wiem niewiele więcej niż można wiedzieć, amatorsko interesując się polityką. Wiem więc oczywiście to, że jest to postać ‘niesławna’. Ale to wie każdy. Każdy kto zauważył, że od kilku dziesiątek lat, każdy skandal, każdy wielki przekręt, każda polityczna afera operuje przyrostkiem –gate, jeśli jest tylko odrobinę wnikliwy, wie też, że to gate pochodzi od związanej z Nixonem afery podsłuchowej Watergate. A więc to jest wiedza powszechna. Richard Nixon, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1969-1974, to już na wieki symbol politycznej zbrodni i zasłużonego politycznego upadku.
Wiem jednak też o Nixonie parę innych rzeczy. Na przykład to, że swoją drugą kadencję wygrał z historyczną przewagą. W roku 1972, Nixon zdobył 60% głosów i zwyciężył w 49 stanach, praktycznie nie prowadząc kampanii wyborczej i nawet nie wykorzystując do końca funduszu wyborczego. Świadczyłoby to o tym, że jeszcze niecałe dwa lata przed tym, jak się stał wrogiem publicznym i najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych, Nixon był powszechnie lubiany. Na tyle przynajmniej powszechnie, że został prezydentem właściwie bez walki.
To, co napisałem powyżej, to fakty. Dziś, jednak, kiedy wspominamy Richarda Nixona, pojawiają się głównie nie fakty, ale plotki, mity i najbardziej niewiarogodne legendy. A wszystko to, w większości wypadków, opiera się na jednym, stałym założeniu – w historii światowej polityki nie było nigdy postaci tak odrażającej, jaką był Nixon. No, może z wyjątkiem Adolfa Hitlera i niektórych polityków Prawa i Sprawiedliwości. O co są do Nixona pretensje, pomijając oczywiście tę najbardziej znaną, a jednocześnie najbardziej nieprawdziwą, czyli że to on kazał podsłuchiwać Demokratów? O to, że był człowiekiem niesympatycznym, fizycznie odstręczającym, chorym z nienawiści, głupim i genetycznie nieuczciwym. No i jeszcze jedno – że był najgorszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. Gorszym nawet od młodego Busha.
Muszę powtórzyć to co powiedziałem na początku. Nie jestem ekspertem ani w kwestii Richarda Nixona, ani tez w kwestii w ogóle prezydentów Stanów Zjednoczonych. Zakładam więc, że są pewnie gdzieś jakieś fakty, o których nie mam pojęcia i które mogą świadczyć na niekorzyść Nixona, podobnie zresztą, jak fakty, które mogą świadczyć na jego korzyść. Jeśli jednak mam liczyć na swoją intuicję, doświadczenie i najbardziej podstawową inteligencję, nie mogę przestać pamiętać o tym, że przed Nixonem było mnóstwo prezydentów, a po Nixonie też nie mała ich grupka i że jest niezwykle mało prawdopodobne, żeby akurat tylko jeden z nich – własnie Nixon – okazał się tak wyjątkowo na tle całej reszty podły, zły i nieuczciwy, że trzeba go było wpisać na listę zasłużonych. To jest po prostu niemożliwe.
Nixon kłamał? Nixon kazał zakładać podsłuchy? Nixon prowadził brudną kampanię? Nixon niszczył swoich przeciwników? Nixon był bezwzględnym politycznym graczem? Tak? Rozumiem oczywiście, że na tym polu i Kennedy z jednego końca i Obama z drugiego, z Clintonem pośrodku, to dobrzy, serdeczni ludzie? Bardzo przepraszam, ale to zdaję się nie Nixon został zamordowany przez Bóg jeden wie kogo i to nie za prezydentury Nixona zmarła Marlin Monroe. Czy ja coś może mam do Kennedyego? Ależ skąd? Ani więcej, ani mniej, niż do wszystkich innych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Poza tym, mówiłem już – ja się na nich za bardzo nie znam. Nie na tyle jednak jestem ciemny, żeby wierzyć w to, że Barak Obama wyzwoli Afrykę post-kolonialnego nieszczęścia, a swoją ukochaną Kenię wprowadzi do wielkiej światowej rodziny krajów bogatych i prosperujących. Nie na tyle, żeby sobie wyobrażać, że prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje się od tak sobie. Bo dobrzy ludzie tak zapragnęli.
Może więc i jest tak, że Nixon w niczym nie był lepszy od swoich poprzedników i następców? Informacja jednak jest inna. Nixon był od nich gorszy. Przyjrzyjmy się więc Nixonowi bliżej. Wiemy już, że historia go nienawidzi i wiemy, że nie zawsze tak było. Co wiemy jeszcze? Miałem okazję obejrzeć ostatnio bardzo dyskutowany film Frost/Nixon. W mojej opinii, jest to film wybitny, a fakt, że został nominowany do tegorocznych Nagród Akademii, może świadczyć o tym, że nie jest to z mojej strony jakieś dziwactwo. Film zrobiony jest w formie quasi-dokumentu i – o ile mi wiadomo – jeśli ktoś chce zweryfikować obraz filmowy, może sobie nawet kupić całość słynnego wywiadu na DVD, albo poczytać historyczne teksty. Z filmu Nixon/Frost wynika więc, że Richard Nixon był człowiekiem, a nie demonem. Dodatkowo był człowiekiem, który potrafił być osobiście bardzo ujmujący, dowcipny i zadziwiająco inteligentny. Na filmie widać to nawet z zamkniętymi oczami.
Ale film pokazuje też drugą stronę tej historii. Pokazuje nienawiść do Nixona, która jest tak histeryczna, tak nieprzytomna i tak potężna, że każdy w miarę rozsądny człowiek musi się spytać, o co tu chodzi. Dlaczego jest tak, że wybitny, międzynarodowo rozpoznawany dziennikarz planuje przeprowadzić cykl telewizyjnych rozmów z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych i, realizując ten plan, spotyka się wyłącznie z wściekłością elit, które mają tylko dwa marzenia – zobaczyć Nixona w więzieniu i później już nie widzieć go nigdy więcej? Dlaczego Frost, najprawdopodobniej nastawiony na jeden tylko – pomijając kwestie finansowe – cel, mianowicie ostateczne skompromitowanie Nixona, pokazanie światu jego podłości i w efekcie wzięcie na siebie całego tryumfu nowoczesnego świata, musi aż ryzykować własnymi pieniędzmi, bo nie ma jednego, gotowego do współpracy, medialnego, czy politycznego ośrodka, który by się sam tego ryzyka po prostu nie bał?
A ryzyko było oczywiste. Przez cały niemal czas, kiedy ekipa Frosta kręci ten wywiad, to Nixon jest jego bezdyskusyjnym zwycięzcą. Jest od Frosta i bardziej dowcipny i błyskotliwy i o wiele inteligentniejszy i zdecydowanie bardziej przebiegły. A przede wszystkim – i film to pokazuje bardzo przejrzyście – jest daleko bardziej człowiekiem z zasadami. Prawie cały ten czas, to, z jednej strony zarówno w politycznym, jak i czysto ludzkim wymiarze, festiwal Nixona i dopiero ten ostatni wieczór i ostatni dzień, ni stąd ni z owąd, przynosi kompletną zmianę sytuacji. Tyle tylko, że i tak już nigdy nie będziemy wiedzieli, czy to ostateczne przyznanie się Nixona do kłamstwa jest efektem wybitnych dziennikarskich talentów Frosta, czy może i tu wszystkie nici trzymał sam były prezydent.
Tak czy inaczej, to tylko film. A więc zawsze jakaś tam fikcja. Oczywiście, możemy wszystko po kolei sprawdzać, by w efekcie zobaczyć i Nixona i jego wrogów takich jakimi byli naprawdę. Ale i tak, to wciąż tylko film, więc nie zdziwię się jeśli ktoś mnie tu wyśmieje i powe mi, żebym się nie wygłupiał. Są jednak rzeczy, o których już wspomniałem i które nie są ani moją, ani niczyją opinią. Według najbardziej obiektywnych standardów, był okres w politycznym życiu Richarda Nixona, kiedy on pod każdym względem był postacią wybitną. I to nie tylko na początku lat 70-tych.
Są też i inne fakty i inne znaki, pokazujące, że sprawa Nixona nie jest w najmniejszym stopniu jednoznaczna. Wiadomo, że Nixon był przez najbardziej wpływowe elity znienawidzony w sposób bezprecedensowy. Dziś już też wiadomo, że Bob Woodward nie był bohaterem. Nie był też nawet takim tam sobie średnio wybitnym dziennikarzem śledczym Washington Post, który dzięki swoim talentom i dociekliwości ukazał całe okropieństwa wielkiego politycznego oszustwa. Dziś już wiadomo, że to Mark Felt, zastępca dyrektora FBI, który nienawidził Nixona za to, że ten uniemożliwił mu awans na szefa Biura po odejściu Hoovera, przyniósł Woodwardowi – swojemu dobremu znajomemu – wszystko na tacy i ten był tylko pionkiem w grze osobistych ambicji, prywatnych niechęci i wielkich kulturowych i cywilizacyjnych interesów.
W swoim słynnym wywiadzie, jaki przeprowadził w roku 1980 z Nixonem Bob Greene, dziennikarz Chicago Tribune, Nixon opowiada o swoim życiu, swoich poglądach, o swoim upadku i o tym w co zawsze wierzył. Oczywiście, zawsze – podobnie jak w przypadku filmu – można powiedziec, że to bzdury, bo to mówi Nixon, a to co on gada jest bez znaczenia. Pomijając fakt, że najczęściej z takimi argumentami wychodzą ci, którzy wszystkie swoje poglądy opierają wyłącznie na tym, ze ktoś im coś powiedział, albo gdzieś coś usłyszeli, zgoda. To tylko gada Nixon. Warto i tak jednak posłuchać choć fragmentów.
Greene pyta Nixona, jak się czuję przechodząc do historii, jako „sztywny, zimny, pozbawiony uczuć człowiek”, na co ten odpowiada: „Dlaczego w ten sposób nie mówi się o innych prezydentach? Uważano, że Truman to taki swój chłop. Proszę mi wierzyć, on nigdy do siebie nie dopuszczał nikogo, poza bliskimi przyjaciółmi. Ani Eisenhower z tym swoim słynnym uśmiechem – nigdy nie pozwalał sobie na jakąkolwiek poufałość. Podobnie Kennedy. Mimo tej całej swojej reputacji, tego blasku i w ogóle, był zawsze bardzo wyniosły. Może jedynie Johnson… on tak. On lubił osobisty kontakt. Ja byłem bardziej jak Kennedy […] Jednak prezydent nie może być kimś z tłumu. Musi zachowywać pewien szacunek. Ludzie pewnie nawet nie chcą, żeby on przychodził do nich i mówił: ‘Patrzcie, jestem taki jak wy’”
W innym miejscu, kiedy Greene przyznaje, że w młodości zawsze obracał się wśród ludzi, którzy nie znosili nawet dźwięku samego jego nazwiska, Nixon przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tamtych nastrojów, i wspomina, kiedy krótko po tym jak został prezydentem, przemawiał w Wirginii, gdzie miał zapowiedzieć wycofanie pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu. „I wtedy pewna bardzo ładna dziewczyna, może szesnasto, czy siedemnastoletnia, podeszła do mnie, splunęła mi prosto w twarz i powiedziała - ‘Ty bandyto’. Wziąłem chusteczkę od agenta ochrony i wytarłem twarz. To było okropne.”
Wreszcie trzeci fragment, kiedy Greene sugeruje, ze może gdyby Nixon pokazał się ludziom, jako człowiek bardziej sympatyczny, bardziej swobodny, mniej oficjalny, ci by go zaakceptowali. Mówi Nixon: „U mnie to nie był problem stylu. Mogłem przecież zapraszać dziennikarzy na kolację. Mogłem organizować różne sympatyczne spotkania, a na drugi dzień liczyć na jakiś miły, ciepły tekst w gazecie. Jednak problemy, jakie mnie spotkały jeszcze przed rezygnacją, nie były w ogóle związane z brakiem tych kontaktów. To była kwestia mojej wiary i moich przekonań. Ich wiara i ich przekonania były kompletnie inne.”
Po co piszę ten tekst? Czy chodzi mi o to, żeby wszystkim błądzącym pokazać, że Nixon to był jednak świetny facet – mądry, zdolny i porządny. Może trochę tak. Jednak nie to jest moim zamiarem. Gdyby tak było, to pewnie bym bardziej pisał o tym, jakim to on był wspaniałym mówcą, jaki był wykształcony i oczytany, jak wspaniałą karierę zrobił od biednego dziecka z czasów Wielkiego Kryzysu do prezydenta wielkiego mocarstwa. Może bym wspomniał te jego opowieści o nocach w Białym Domu, kiedy chodził po tych wielkich pokojach i wchłaniał historię wielkiego narodu i o jego pięknych refleksjach na najbardziej zwykłe tematy. Jak ktoś chce, to niech sobie znajdzie ten tekst. Bob Greene Nixon on Nixon.
Chodzi mi o coś zupełnie innego. Ja chciałem zwrócić uwagę na historię pewnej manipulacji. Chciałem pokazać, co może osiągnąć grupa bardzo zaangażowanych, bardzo wpływowych osób, które mają cel zniszczyć czy to człowieka, czy to nawet pojedynczy projekt. Chciałem pokazać choć w bardzo byle jakim zarysie, jak to się robi. I jakie można osiągnąć efekty. Jak można, przy pomocy czystej zimnej nienawiści, zniszczyć niemal całą historię. I to nie na chwilę. Takie projekty nie dotykają jednego pokolenia. Przy tak wielkim zaangażowaniu w kłamstwo, ten brud pozostaje na wieki. Przypadek Nixona jest tu najlepszą tego ilustracją.
A co nas to obchodzi? Myślę, że nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby wiedzieć co mam na mysli. Na sam koniec, jeszcze sam początek rozmowy z Nixonem. Bob Greene idzie z Nixonem nowojorską ulicą i Nixon mówi: „Wczoraj szedłem do fryzjera i nagle na rogu zobaczyłem grupę młodych ludzi. Człowiek z ochrony zwrócił się do mnie; ‘Niech pan powącha. To trawa’ Marihuana. Proszę sobie wyobrazić, nigdy wcześniej tego nie czułem. Myślę, że jak o to idzie, jestem kompletnie tępy. Nie ten czas”.
Bo tak naprawdę, o to własnie chodzi. Że to nie ten czas. Można wybaczyć wiele, ale bez przesady. Niektórzy powinni naprawdę uważać.

wtorek, 24 lutego 2009

Fajny film wczoraj widziałem, czyli precz z Almodovarem

Chciałem zacząć ten wpis od uwagi, że oto otwieram czwartą setkę, ale wystraszyłem się, że moje koleżanki z Salonu znów zaczną sobie żartować. Zatem powiem tak – zaczynamy czwartego drinka.
Muszę też od razu się zastrzec, że będę pisał o kwestiach całkowicie niesprawdzonych. Pełen subiektywizm i wyłącznie opinie. Jest to oczywiście sytuacja szczególna, bo dotychczas, jeśli pisałem, że Jarosław Kaczyński jest politykiem wybitnym, a Donald Tusk wręcz przeciwnie i kiedy próbowałem przekonać moich czytelników, że PiS tworzył najlepszy z dotychczasowych rządów, a Platforma Obywatelska – najgorszy, to wcale nie uważałem, że to co piszę, to tylko moje subiektywne przekonania. Ja jestem w stu procentach pewien, że to akurat to fakty, a nie opinie.
Dziś same opinie. A chciałem podzielić się moimi wrażeniami na temat kina, filmów i oczywiście Oscarów. Oscary są dla mnie wydarzeniem zawsze bardzo ważnym. Wynika to z mojego przekonania, ze poza Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią, kino nie istnieje. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że w takich Indiach, na przykład, kręci się bardzo dużo filmów i Hindusi – a ostatnio nie tylko Hindusi – uważają, że to Bollywood stanowi czystą sztukę i prawdziwą radość. Ja wiem też, że jest mnóstwo ludzi tu w Polsce i w całej Europie, którzy kpią z kina amerykańskiego i wolą oglądać filmy francuskie, hiszpańskie, belgijskie, austriackie, niemieckie, duńskie, a nawet polskie komedie. Ja jednak zawsze wiem, że największe wrażenia, najbardziej niezapomniane emocje, najpiękniejsze przeżycia dawały mi filmy produkowane w USA, albo w Wielkiej Brytanii.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Nigdy nie umiałem sobie wyjaśnić, na czym polega ten fenomen. Faktem jest, że z naprawdę drobnymi wyjątkami, wszystko co najlepsze w kinie zawsze szło stamtąd, a nie stąd. Pamiętam, kiedyś bardzo lubiłem oglądać filmy rosyjskie. Nawet dziś, uważam, że Dworzec dla dwojga, czy Lecą żurawie, czy Dziecko wojny, czy wiele innych filmów wyprodukowanych przez Rosjan, to arcydzieła. Ale wiem też, że duża część kina sowieckiego, to absolutne dno. Podobnie trochę jest z kinem amerykańskim. Jeśli chcemy znaleźć coś naprawdę beznadziejnego, to jest szansa, że to będzie któryś z filmów własnie amerykańskich. Nie zmienia to faktu, że dla mnie – powtórzę to raz jeszcze – najwspanialsze filmy, to filmy amerykańskie, lub brytyjskie. To jest trochę tak, jak z muzyką. Z jakiegoś powodu, wolę słuchać Coldplay niż Myslovitz i Lestera Bowie, niż Stańkę. Odpowiedzi jednak nie znam. Lubię więc kino ze Stanów i z Anglii. I wcale nie musi to być od razu Ojciec Chrzestny, choć właściwie, czemu nie? Wcale nie muszę od razu sięgać po Kubricka. Mam na myśli tanie, kameralne, ukryte w cieniu filmy, takie jak Withnail & I, Raining Stones, Sideways, Fresh, Smoke, Up The Junction i wiele, wiele innych, niezapomnianych, cudownych filmów. Filmów amerykańskich i brytyjskich. Dlatego więc, kiedy zbliżają się Złote Globy, a po nich Oskary, jestem zawsze poruszony, bo wiem, że oto w najbliższym czasie, będę mógł obejrzeć kolejną porcję filmów naprawdę znakomitych. Filmów najlepszych jakie w mijającym roku zostały zrobione na świecie.
Jeszcze raz muszę tu zaznaczyć. Ja wiem, że dla wielu, to co tu piszę, to bzdury i nieprawda. Okay. Biorę to pod uwagę. Ja się wyłącznie powołuję na moją wrażliwość i moje emocje. Jak ktoś twierdzi, że Almodovar jest twórcą wybitniejszym od choćby Spielberga – jego sprawa. Jeśli ktoś chce mnie przekonywać, że Full Monty nie dorównuje naszemu Testosteronowi, proszę uprzejmie. Jeśli ktoś się głośniej śmieje na występach Kabaretu Mru-Mru, niż przy oglądaniu skeczy z Big Train, niech mu będzie. Ja dziś nie agituję politycznie. Dziś pisze o tym, co lubię.
Czekam zawsze na te Oskary i zawsze mam z nimi kłopot. Ja wiem, że tych członków Akademii, którzy wybierają swoje ulubione filmy jest całe mnóstwo, ale i tak mam wrażenie, że oni mają tam tak naprawdę jedynie głos doradczy. W najlepszym wypadku. A więc ile razy zbliża się ta doroczna gala, ja wiem, że nie będzie najgorzej, ale z całą pewnością nie będzie tak, jak ja to sobie wyobrażałem. Jeśli Oscara dostanie Sean Penn, to wcale nie dlatego, że w tym roku zagrał najlepiej, ale dlatego, że najlepiej zagrał w zeszłym roku, albo jeszcze wcześniej, tyle, że wtedy Oscara nie mógł dostać, bo trzeba było go dać komuś innemu. I też nie dlatego, że ten ktoś zagrał lepiej od Penna, ale dlatego, że był Czarny, albo Czerwony, albo zagrał Żyda w piekle Holocaustu, albo po prostu tak wyszło z ustaleń. Może też być tak, że w tym roku film, w którym Penn zagrał, był tak beznadziejny, że on był jedyną jego wartością, a twórcy tego filmu musieli coś dostać, bo inaczej tzw. społeczność gejowska mogłaby się obrazić.
Konsekwentnie więc, w przyszłym roku na pewno Oscara za główną rolę męską dostanie Mickey Rourke, bo w tym roku trzeba było go dać pedałom. Inna sprawa, że najprawdopodobniej kolejny film Rourke będzie o niebo gorszy od The Wrestler, a my się będziemy denerwować, ze znów zlekceważono Johnnego Deppa, albo Leonardo DiCaprio. Tak to jednak jest i nie ma sposobu, żeby z tego wyjść. W minionym roku Di Caprio i Kate Winslet zagrali w filmie absolutnie wielkim. Porażającym w stopniu wyjątkowym. I on i ona zagrali tam życiowe role. Mówię o filmie wprawdzie nominowanym do Globów jednak z jakiegoś powodu zlekceważonym przy Oscarach - Revolutionary Road. Prawdopodobnie osoby, które decydują o nagrodach, czuły, że Winslet jednak powinna mieć tego Oscara, więcdały jej go za film byle jaki i rolę równie byle jaką.
I tak to działa. W tym roku, nominowanych było kilka filmów wybitnych. Był Nixon/Frost – gdzie nagle dowiadujemy się, że Nixon to jednak nie był gbur, cham, oszust i idiota, The Curious Case Of Benjamin Buton, czy wreszcie fantastyczny Doubt z Hoffmanem i Streep. Wszystkie główne nagrody zgarnął Slumdog Millionaire. I nie mam nic przeciwko temu, bo to świetny film. Tyle że większość osób, które się zachwycają losami tego hinduskiego chłopca - analfabety, zupełnie lekceważą fakt, że ten film to pastisz typu Kill Bill, który staje się wartościowy dopiero wtedy, jak ten pastisz zostanie zauważony. Bez tego, jest to najzwyklejszy, głupkowaty Bollywood o dziecku, którego ukochana zostaje narzeczoną paskudnego gangstera, brat - tego gangstera cynglem, a on sam wygrywa milion w teleturnieju, bo w tym swoim nędznym życiu akurat dowiedział się dwunastu rzeczy i to były własnie te kwestie, o które go – ja doszło co do czego – spytano.
Jednak, jak mówię, nie mam pretensji. Slumdog Millionaire to świetny film, Winslet jest wybitna aktorką i nawet ten nieszczęsny Penn, to też bardzo dobry aktor. Jeśli mnie coś w tym roku naprawdę rozjuszyło, to przypadek niejakiego Heatha Ledgera. Niezwykły ten aktor sławę zdobył dwukrotnie. Pierwszy raz, jak zagrał w (nagrodzonym oczywiście) najbardziej nudnym na świecie gniocie o kowbojach-pederastach Brokeback Mountain. A drugi raz, jak umarł. Kiedy umarł, postanowiono zrobić z niego aktora wielkiego. Doszło do tego, że wymyślono taką teorię, że on w roli Jokera był wybitniejszy od Jacka Nicholsona. Tak się składa, że ja tego Mrocznego Rycerza widziałem. W moim najgłębszym przekonaniu, Ledger nie gra tam gorzej od Nicholsona. On tam w ogóle nie gra. Z tą kompletnie zamalowaną twarzą i z tym jedynym grepsem polegającym na nieustannym mlaskaniu, co ma prawdopodobnie powodować uczucie grozy, on tam po prostu nie istnieje. Efekt jest taki, że o ile w oryginalnym Batmanie, Nicholson pojawiał się i w sposób automatyczny i całkowicie naturalny ciągnął za sobą chaos, Ledger, jak się pokazuje na scenie, żeby być przekonujący, musi to powiedzieć głośno: „Przynoszę wam chaos!” I za to właśnie, otrzymał w tym roku Oscara.
I niech by mu nawet było. Niechby już miał tę nagrodę, skoro zdarzyło mu się umrzeć tak młodo. Jest jednak tak, ze zawsze jest coś za coś. Jeśli Oscara dostał Ledger, Oscara nie dostał ktoś inny. A to już jest bardzo niesprawiedliwie. Michael Shannon, niezwykły, cudowny, kompletnie powalający na łopatki chory psychicznie matematyk został tego Oscara pozbawiony nie dlatego, że zagrał gorzej od Ledgera, albo zagrał źle. Nie. On przepadł, bo musiał przepaść. Bo się nie zaćpał, bo nie grał pedała, bo nawet nie wystąpił w filmie, który coś tam, komuś dał, co ten ktoś tam bardzo tego potrzebował. A przede wszystkim dlatego, że Oscar był dla Ledgera. Więc to mi się w tegorocznych Oscarach bardzo nie podobało. I o to mam pretensje. Większe nawet niż to, że Milk – film beznadziejny, bez scenariusza, bez akcji, bez sensu i na dodatek nieustannie niesmaczny – dostał nagrodę za scenariusz.
Ale trudno. Tak widocznie musi być. Jeśli tylko jednak Akademia w Los Angeles będzie dalej, w tak znacznej większości, patronowała sztuce wybitnej i wybitnym artystom, mogę machnąć ręką nawet na te pojedyncze wybryki. Skoro oni muszą mieć tę swoją dodatkową zabawę, nich mają. Ja sobie będę dalej oglądał wybitne filmy, z wybitnymi kreacjami wybitnych aktorów.

niedziela, 22 lutego 2009

300

No i dziś przyszło mi zamykać kolejną setkę. Wpadło mi jednak właśnie do głowy pewne skojarzenie, które sprawia, że te 300 wpisów nabiera szczególnego, bardzo symbolicznego znaczenia. Myślę o komiksie Franka Millera i inspirowanym nim filmie o tym niezwykłym tytule. Nie znam się kompletnie na komiksach. Jedyny fragment tej dziedziny sztuki jaki znam dość dobrze to Przygody Koziołka Matołka i trochę też czegoś, co się kiedyś czytało, a co się nazywało Tytus, Romek i Atomek. Poza tym jestem tu niemal kompletnie bezradny. Mam natomiast w domu młodego Toyaha, który mi każe ze sobą chodzić do kina, a więc pewnego razu obejrzałem ekranizację kultowego – jak się dowiaduję – komiksu o Spartanach i ich beznadziejnej walce z Persami.
Bardzo mi się ten film podobał. Mamy go w domu na DVD i od czasu do czasu sobie rzucimy okiem. Dziś jednak chciałem nie o filmie, ani nie o komiksie, ale o tych 300 tekstach, które, jeśli się tylko na spokojnie zastanowić, mają bardzo zbliżoną moc do tej, jaką dysponowało tych 300 Spartan. Jeśli się tylko spokojnie zastanowić, to – myślę sobie – te moje słowa, bez względu na to jak bardzo zaangażowane, jak pełne emocji i prawdziwej wiary, są niczym w porównaniu z tym, co stoi naprzeciwko i przeciwko czemu one faktycznie są skierowane. I wcale nie chodzi mi tu o moich kolegów blogerów, którzy też tu prowadzą swoją prywatną wojnę. Akurat oni, że się tak nieskromnie wyrażę, mnie nie martwią. Uważam – jeszcze mniej skromnie – że oni akurat, nawet gdyby się nagle zgromadzili wszyscy razem, mnie nie przestraszą. Więc to nie z nimi walczę. Naprzeciwko bowiem mam nie paru, podobnie jak ja, amatorskich publicystów, lecz całą organizację, której faktycznego kształtu, pochodzenia, ani składu do końca nikt z nas nie zna, ale która na swoje usługi zgromadziła setki wybitnych polityków, wielkich autorytetów, znakomitych dziennikarzy, profesjonalnych doradców, cały powszechny system edukacji, potężny biznes, grupy wydawnicze, ogromną część kultury popularnej, a przede wszystkim najbardziej sprawne kanały medialne, pomagające dzień i noc komunikować się z demokratycznym społeczeństwem. A to już jest przeciwnik potężny.
Dlaczego więc wciąż piszę i skąd mam wciąż tyle wiary w to, że warto? Stąd mianowicie, że mam szczere przekonanie, iż te 300 tekstów, to nie są same tylko teksty. Za tą liczba kryją się ludzie, w moim najgłębszym przekonaniu, prawdziwie wielcy i tak niezłomni, że z nimi się w ostatecznym rozrachunku wyłącznie wygrywa. Parę z moich niedawnych wpisów poświęciłem właśnie takim ludziom. Jeszcze wcześniej pozwoliłem sobie, najlepiej jak umiałem, oddać mój szacunek Annie Walentynowicz. Dziękowałem tu państwu Gwiazdom i każdemu z tych wszystkich walczących z dala od głównego nurtu bohaterom, o których akurat sobie pomyślałem.
W którymś z najnowszych komentarzy, które uprzejmie zostawiane są na moim blogu, ktoś napisał, że siły, które się przeciwko nam sprzymierzyły, okazały się jednak zbyt słabe „w kościach”, żeby pokonać to co mamy najlepszego. Nie zniszczyły na przykład Antoniego Macierewicza. I to jest fakt. Jednak nie cała. Bo nie zniszczyły nie tylko Macierewicza. Nie zniszczyły również Lecha i Jarosława Kaczyńskich, nie zniszczyły Anny Walentynowicz, nie zniszczyły Gwiazdów, nie zniszczyły Krzysztofa Wyszkowskiego. Nie zniszczyły też – o czym mogliśmy się z satysfakcją niedawno przekonać – Kornela Morawieckiego. Nie zniszczyły wielu z tej przecież nielicznej garstki, która okazała się silniejsza od czasów w których przyszło im wszystkim żyć i walczyć. Nie zniszczyła wreszcie tych wszystkich z nas, którzy się solidarnie wspieramy, nawet dziś. Tutaj. Właśnie dzięki nim warto jest pisać i dlatego też łatwo jest wierzyć, że to nie jest już takie ciężkie zadanie.
Powiedzmy więc, że tak jak tych tekstów jest już – razem z dzisiejszym – 300, można nawet przyjąć, że w ogóle wszystkich nas też jest 300. Zgoda więc. Niech zatem będzie tylko 300. Ale za to, jakież piękne jest to poczucie, że kiedy nam powiedzą: „Nasze strzały przysłonią wam słońce”, to my z radością i dumą odkrzykniemy: „Więc będziemy walczyć w cieniu!”

sobota, 21 lutego 2009

Biedny Polak czyta "Gazetę Wyborczą"

W dzisiejszym Dzienniku, a ściślej, w dodatku o dumnej nazwie Europa, tekst niezwykłyhttp://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article325207/Wojna_pokolen_przy_.... Cezary Michalski rozmawia, z, pod pewnym – dość wstydliwym – względem, kultowym dziennikarzem Gazety, Michałem Cichym. Zanim zacząłem czytać tę rozmowę, nie bardzo widziałem sens przepytywania akurat Cichego akurat o Adama Michnika,
Helenę Łuczywo i w ogóle o ten niezwykły projekt o pełnej nazwie Gazeta Wyborcza. Jednak, coś mnie podkusiło, i teraz już wiem, że właśnie przeczytałem tekst zupełnie epokowy. Biorąc pod uwagę, że Michalski rozmawia nie z kimś, kto zawsze stał w opozycji do Gazety i ludzi tam skupionych, nie z jakimś tropicielem Żydów, bojownikiem o etniczną czystość lokalnego środowiska, lecz z kimś z samej, że tak powiem, otchłani, mamy do czynienia z rewelacją.
I od razu muszę powiedzieć, że nie chodzi mi o to, ze Michał Cichy zaświadcza swoim doświadczeniem, że to nie Adam Michnik jest faktycznym szefem Gazety, ale Helena Łuczywo. Nie o to, że, zdaniem Cichego, Michnik to cham i cynik. Nie o to też, że według relacji człowieka, który przez bardzo długi czas był bardzo blisko tego towarzystwa, czołowi dziennikarze Gazety, jakimi niewątpliwie są Paweł Smoleński i Agnieszka Kublik to „cyngle do wynajęcia”. To wszystko jest nic. To, jęli tak można powiedziec, to wewnętrzna sprawa Michnika, Łuczywo i Cichego na dokładkę. To co mnie w tej wypowiedzi poraziło, to – po raz pierwszy tak autorytatywne – przyznanie, że środowisko tworzące Gazet ę Wyborczą i decydujące o jej polityce, filozofii i kształcie, to środowisko całkowicie wyalienowane z tzw. interesu narodowego, i to wyalienowane w sposób zamierzony i programowy.
Oto co mówi o Helenie Łuczywo – swojej mentorce, bohaterce, osobie o wielkości dla niego niemal historycznej – w rozmowie z Michalskim, Michał Cichy: „Dla mnie Helena jest postacią rangi historycznej, nie można jej porównywać ze współczesnymi postaciami. Ze znanych mi ludzi, którzy w XX wieku żyli w Polsce, mogę ją porównać tylko do Celiny Lubetkin, która była żoną Antka Zukiermana, dowódcy ŻOB. I faktyczną dowódczynią powstania w getcie. Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym tutaj antysemityzmem”.
A więc tak to wygląda w ocenie kogoś kto jest niewątpliwym autorytetem. Więc dziś już wiemy. Nie można się dziwić. To co się liczy przede wszystkim, to „zaplecze kulturowe i genetyczne”. Nie księża, nie Fieldorf, zapewne nawet nie Polska jako znak i symbol. Tu się odbywa misja polegająca na chronieniu swoich przed nieszczęściem. I proszę zwrócić uwagę. Cichy nie oskarża. Nie zgłasza pretensji. Nie przedstawia dylematów. Jego słowa są czystą afirmacją. Według Cichego, człowieka, który był w Gazecie przez tyle lat przez wzgląd na wielkość Heleny Łuczywo i który odszedł z niej mimo tej wielkości, tak jak, jest słusznie i właściwie. Dlaczego? Bo inaczej po prostu się nie da. Bo „problem polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.”
To z czym mamy do czynienia podczas tej niezwykłej rozmowy, rozkłada nawet samego Michalskiego. On oczywiście stara się zrozumieć, ale i on musi to w końcu wykrzyczeć, że jego „etniczne kryteria wcale nie kręcą”. Na nic. Za Cichym bowiem stoi nie to w co on wierzy, czy co mu się wydaje, czy nawet nie to, co on by bardzo chciał. Za Cichym stoją fakty. On sobie tego nie wymyślił. On tam był, on słuchał co do niego mówią, on tego wszystkiego doświadczał, on to zaakceptował i dziś on po prostu to wszystko wie. A skoro wie, to mówi, a mówi rzeczy porażające: „Ale jak pan [etnicznych kryteriów] nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych […]. O tym, kim się jest, decyduje środowisko, w jakim się żyje. Instynktownie przejmujesz pewne zachowania, myśli i sformułowania. Naczelnym pragnieniem każdego człowieka jest, po pierwsze unikanie problemów, a po drugie uzyskanie pochwały od stada swoich szympansów. To bardzo silny mechanizm wzbudzania pozytywnego konformizmu, bez którego umieramy”.
Ot co! Tak się mają sprawy. Więc ja już nic więcej nie napiszę. Zakończę ten tekst drobną refleksją. Gazetę – na poziomie bardziej ogólnym – zaczepiłem właściwie raz, w jeden, bardzo szczególny sposób i tę moją zaczepkę zapisałem na stałe na głównej stronie swojego bloga. Poza tym żartem, staram się o Gazecie wspominać wyłącznie w odniesieniu do spraw konkretnych. O ile sobie dobrze przypominam, jeśli idzie o Gazetę, udawało mi się zawsze unikać wchodzenia w coś, co wydawało mi się oceną pozamerytoryczną. Dziś widzę, że jeśli kiedykolwiek coś zaniedbałem, dziś to moje zaniedbanie naprawił z nawiązką Michał Cichy. Człowiek, który wszedł do współczesnej historii Polski jednym gestem. Gestem w postaci pamiętnego artykułu z roku 1994 zatytułowanego „Polacy - Żydzi: czarne karty Powstania” i adekwatnym tekstem. Dziś mi ten sam człowiek dokładnie wyjaśnił co jest na rzeczy.
Ze swojej strony mogę więc zadeklarować, że sprawy Gazety Wyborczej, Agory i całego tego środowiska będę traktował już zawsze, jak sprawy obce, które pozostają poza sferą mojego zainteresowania.

piątek, 20 lutego 2009

Komu uśmiech, komu jad, komu strach

Dziś, z samego rana, zaprzyjaźniony komentator Don Esteban przekazał mi wiadomość, że Sebastian Karpiniuk obiecał się zabrać za Zbigniewa Ziobro. I to wreszcie skutecznie. Jeśli wolno mi się trzymać konwencji, którą tu z upodobaniem ciągnę od kilku dni, jest to informacja – zgodnie zresztą z intencją Don Estebana – bardzo dobra. Świadczy ona bowiem o tym, że ruch, nie tylko na poziomie intelektualnym, ale również czysto fizycznym, w Platformie Obywatelskiej nie zamarł i jest szansa na to, że kiedy uda się wreszcie tych powiatowych referentów odsunąć od władzy, to odbędzie się to w sposób cywilizowany, a nie na zasadzie łapanki.
Wiadomość w Onecie brzmi następująco: „’Dziennik’: Sebastian Karpiniuk z PO, który został nowym szefem sejmowej komisji śledczej ds. nacisków zapowiada rozprawienie się ze Zbigniewem Ziobra i jego ekipą.” Oczywiście trudno mi zgadnąć, jak jest naprawdę. Może się okazać, że Onet źle cytuje Dziennik, albo Dziennik źle cytuje Karpiniuka, albo, wreszcie – co jest najbardziej prawdopodobne – Karpiniuk plecie trzy po trzy, tyle że, kiedy ostatnio oglądał film instruktażowy dla ludzi szukających pracy, w części zatytułowanej „Pierwszy dzień w pracy”, usłyszał, że każdy szanujący się młody biznesmen powinien być energiczny i pełen inicjatywy. Zatem jest i energiczny i pełen inicjatywy. Więc choć nie wiem, jak jest w rzeczywistości, to wiem, że „chłopaki walczą”.
Oczywiście, walczą tak jak są w stanie walczyć. Czyli najczęściej biegają bez sensu w kółko i wydają z siebie okrzyki, które znają jeszcze z filmu o Klasztorze Shao-Lin. Kierując jednocześnie całą swoją uwagę nie na prawdziwego wroga, ale na swoją zaciętą, pełną rozczarowania i złości twarz w lustrze. Wczoraj Jarosław Kaczyński zwrócił uwagę ministrowi Rostowskiemu, żeby wreszcie przestał się wściekać na PiS i zabrał się do pracy, ale niestety, jak wszystko na to wskazuje, oni już nic więcej nie potrafią. Rostowski będzie już do końca wyzłośliwiał się pod adresem Kaczynskiego, Karpiniuk biegał z jakimiś kwitami za cieniem Ziobro, a Donald Tusk każe sobie sprowadzić do gabinetu solidną mównicę, będzie za nią stawał i powtarzał: „Jestem kapitanem. Mówcie do mnie ‘Kapitanie’. To ja, wasz Kapitan. Kto mi tam wierci dziury w dnie mojego statku?”
No i oczywiście wszyscy pozostali będą kryć się po kątach i czujnie się rozglądać, czy przypadkiem gdzieś w pobliżu nie zasadził się na nich Antoni Macierewicz. Otóż dziś właśnie chciałem o Macierewiczu. Ja bardzo dobrze rozumiem, ze nawet w sytuacjach alarmowych życie musi się toczyć w miarę normalnie. Czyli, jeśli jest powódź, albo pożary, albo wielodniowy huragan, naturalnie oprócz prowadzenia zwykłych działań ratunkowych, należy tez coś od czasu do czasu zjeść, przespać się, a może nawet porozmawiać z ludźmi i nawet od czasu do czasu się uśmiechnąć. Jest tylko pewien kłopot. Kiedy Wojciech Młynarski w swoim czasie śpiewał o tym, ze „chleba dosyć, ale rośnie popyt na igrzyska”, może akurat chleba dosyć nie było, ale igrzysk już z pewnością ciężko było dojrzeć. Co jednak robić w sytuacji, gdy po wielu miesiącach tak zakręconych tańców, że o chlebie człowiek zapomniał, zeszliśmy z karuzeli, zobaczyliśmy, że coś przegapiliśmy, a Kapitan mówi, żeby wracać na karuzelę, bo on nam przygotował parę nowych młynków? I znów nam wyciągają Macierewicza.
Jak mowa o Macierewiczu, chciałem tu wyznać, że dla mnie osobiście on zawsze przede wszystkim pozostanie człowiekiem z tego historycznego już filmu nakręconego przez wałęsowską telewizję w roku 1993, na którym to filmie stoi z fajką przed Wałęsą i po raz pierwszy jest tak, że to Wałęsa jest przestraszony, natomiast Macierewicz – zamiast się przed nim płaszczyć – mówi, z tym swoim nieprawdopodobnym spokojem, że z pewnością wszystko będzie zrobione jak należy. Ja nie wiem, jak to dokładnie wygląda z psychiatrycznego punktu widzenia, ale domyślam się, że to co dla mnie – i dla wielu innych – było ze strony Macierewicza eksplozją niezłomnej wielkości, u innych pozostawiło wyłącznie ciężką traumę, która nie chce ustąpić aż do dziś.
Ja nie znam Antoniego Macierewicza osobiście. W życiu miałem go okazję spotkać dwa razy, i za każdym razem robił on na mnie wrażenie człowieka przede wszystkim osobiście niezwykle grzecznego, a poza tym bardzo kompetentnego, że tak powiem, zawodowo. Nigdy go nie widziałem w sytuacji, która by go kompromitowała jako osobę. Nigdy nie zdarzyło mi się go przyłapać na jednym nawet geście, który by kazał mi wierzyć, że on jest gorszy w jakikolwiek sposób ode mnie na przykład. A mimo to, od czasu kiedy Macierewicz jest mniej lub bardziej w centrum publicznej uwagi, ta własnie publiczna opinia wyzywa go od najgorszych w sposób tak wyjątkowy, że te wyzwiska w pewnym momencie nawet przestały już nawet wymagać dowodów. To że Antoni Macierewicz jest najgorszą szują, stało się w pewnym momencie wręcz aksjomatem.
A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że jeśli zebrać na jego temat wszelkie najbardziej powszechne zarzuty, to się okaże, że niemal wszystkie z nich dotyczą wyłącznie jego cech fizycznych. Albo chodzi o to, ze on ma oczy wypełnione jadem, albo usta sączące jad, albo uśmiech plujący jadem, albo głos syczący jadem, ewentualnie słowa gęste od jadu. Z czego właściwie tylko ta ostatnia kwestia mogłaby być uznana za ledwie merytoryczną. Ja nie umiem sobie przypomnieć jednej sytuacji, gdzie Antoni Macierewicz doprowadził do jakiejś ciężkiej awantury, gdzie kogoś w jakiś bardzo ciężki sposób obraził, gdzie zaczął na kogoś wrzeszczeć, gdzie zniszczył w jakikolwiek sposób zasady publicznej debaty. A mimo to, wielu przedstawicieli tzw. mainstreamu, kiedy tylko słyszą nazwisko ‘Macierewicz’, zaczynają zatykać nos z obrzydzeniem i otwierać okna. Albo jeszcze gorzej – uciekać gdzie pieprz rośnie.
Od czasu kiedy Antoni Macierewicz zyskał opinię nad-Belzebuba, minęło już ponad 15 lat. Ja naprawdę staram się bardzo uważnie obserwować scenę polityczną, ale nie umiem sobie przypomnieć nic na tyle szczególnego w działalności publicznej Macierewicza, żebym miał go uznać za kogoś bardzo wyjątkowego jeśli idzie o osobisty poziom zła. To jest wciąż ten sam uśmiech, te same oczy, ten sam głos, ten sam spokój, ale – jak już idzie o nienawiść, czy choćby tylko zwykłe chamstwo – to wielokrotnie częściej on padał ich ofiarą, niż sam częstował jednym, czy drugim swoje otoczenie. W końcu, kiedy jakiś czas temu w telewizji, Sebastian Karpiniuk – człowiek kontrowersyjny nawet nie w jednym procencie tak jak Macierewicz – powiedział Macierewiczowi właśnie, że ten nie jest upoważniony, żeby choćby oddychać, w odpowiedzi otrzymał jedynie lekceważący uśmiech. I ja teraz mam rozumieć, że ludzie wrażliwi mają na myśli ten właśnie uśmiech?
Ja mam czasem wrażenie, że sytuacja Antoniego Macierewicza trochę jest taka, jak medialna atmosfera wokół skoczka narciarskiego o nazwisku Harri Olli. On podobno kiedyś się upił i od tego czasu komentatorzy sportowi nie są w stanie wypowiedzieć jego nazwiska w jakimkolwiek kontekście tak, żeby coś nie wspomnieć o tym alkoholu. To już jest autentyczne szaleństwo. Harry Oli skacze źle – „Ho, ho! Widać, że wciąż bardziej mysli o kieliszku niż o skokach”. Harry Oli skoczy dobrze – „Ho, ho! Widać, że stara się zapomnieć o kieliszku”. Harry Oli akurat nie skacze – „Ho, ho! Ciekawe, gdzie to też dziś się Harry Oli zabawia?” Tyle jednak, że o ile w przypadku tego narciarza, mamy do czynienia ze zwykłym, typowym dla sportowych komentatorów stuporem, kiedy idzie o Macierewicza, obserwujemy posuniętą do najbardziej napiętych granic rozsądku nagonkę.
Osobiście mam przekonanie, że gdyby do naszej dzisiejszej debaty wprowadzić kogoś obcego, kto nie zna naszych dziwnych zwyczajów i nie ma pojęcia kto jest w Polsce kim i dlaczego, i gdyby mu pokazać to szczucie przeciwko Macierewiczowi, które się obecnie na naszych oczach odbywa, to ten ktoś niewątpliwie uznałby, że ten Macierewicz to musi być ktoś kto samym swoim istnieniem doprowadza niektórych do takiego przerażenia, gdzie rozum już zwyczajnie się wyłącza. No bo o cóż innego tu może chodzić? Mamy ten Sejm z tym niemal już pół tysiącem posłów, do tego stu senatorów, a na to pewną kupkę jeszcze polityków z poza Parlamentu, i na przyczepkę całą gromadę większych i mniejszych komentatorów politycznych. A tu okazuje się, że w tej gęstwinie jest jeden, dosłownie JEDEN, człowiek, na którego wspomnienie, niemal całej tej menażerii stają włosy dęba na głowie.
Ja zawsze sądziłem, że to jest w gruncie rzeczy taka gra. Że od czasu jak Macierewicz, będąc tym ministrem u Olszewskiego, otworzył część teczek, dochodzi raz na jakiś czas do intensywnej akcji, która ma na celu czystą, zwykła zemstę. I ja to rozumiem. Ale żeby aż tyle lat, żeby z taką zażartością? I żeby nawet dziś kiedy wszystko wskazuje na to, że Polska może upaść z powodu działalności ludzi kompletnie innych niż Antoni Macierewicz, poświęcać kilka dobrych dni na bezsensowne wrzaski kompletnie nie na temat i w gruncie rzeczy całkowicie bezskuteczne, tego już nie mogę traktować jako gry. Tu musi być coś więcej. Coś o wiele poważniejszego. O wiele bardziej poważnego niż nawet los Kraju. Tu musi chodzić jednak o czyjąś skórę. Albo może nawet i o kilka skór.
Tym jednak większy nasz szacunek dla Macierewicza.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...