O ludziach z pistoletami i o u Bogu, który kule nosi

Zbliżają się wybory, i, zdaniem wielu, mają one w sobie coś szczególnego. Bardziej szczególnego, niż jakiekolwiek wcześniejsze. Czy tak jest rzeczywiście? Owszem. Te wybory są wyjątkowe w sposób absolutnie jednoznaczny. Też tak to czuję i też tę prawdę staram się głosić. Są one jednak moim zdaniem wyjątkowe nie dlatego, że ich wynik wpłynie na przyszłość Polski bardziej, niż wynik wyborów poprzednich. Nie są one też takie bardzo niezwykłe, że to one właśnie zdecydują o przyszłym układzie sił w Polsce. Zawsze tak bowiem było, że, ile razy szliśmy głosować i ile razy to nasze głosowanie było dla nas tak bardzo ważne, zawsze chodziło o to samo. By zmienić Polskę i by zniszczyć zło, które od tylu lat ją dręczy.
A mimo to, faktem jest, że dziś stoimy przed sytuacją jedyną w swoim rodzaju. A to co sprawiło, że ta sytuacja jest tak bardzo jedyna, to 10 kwietnia 2010 roku. Owa niezapomniana sobota. Ów niezapomniany ranek, który – nie oszukujmy się – wypełnił naszą polską historię wydarzeniem na miarę dziejów. Bo to, co się stało 10 kwietnia minionego roku, to nie była jakaś tam katastrofa. To nawet nie był jakiś tam zamach. To nawet nie buło jakieś tam morderstwo. To było i wciąż jest wydarzenie historyczne na skalę epoki. I wiem, że przyjdzie taki czas, że ono zostanie w ten sposób potraktowane z wszelkimi honorami.
Zeszłoroczne wybory prezydenckie mogły się stać bardzo spektakularną demonstracją tego przekonania. Mogły, ale się nie stały. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Istnieje opinia taka, że, owszem, Naród dokonał wyboru i ogłosił swoją suwerenność, jednak ponieważ System wciąż jeszcze miał na tyle siły, żeby się przed tą demonstracją obronić – to się obronił. Jednak pamięć 10 kwietnia jest wieczna i to właśnie ze względu na nią, najbliższa niedziela jest taka ważna. To właśnie ta niedziela przyniesie nam kolejną próbę i da nam kolejną szansę ogłoszenia niepodległości, i nawet jeśli i tym razem, okaże się, że siły Ciemności wciąż mają nad nami przewagę, będą próby następne i kolejne szanse. Aż w końcu nastąpi zwycięstwo.
Żeby zrozumieć sytuację w jakiej się znaleźliśmy, należy zrozumieć to, co się stało w tamtą sobotę. Jak mówię, to nie był wypadek, to nie było też zwykłe morderstwo. To było piekło na ziemi. I to też nie piekło, które spadło na nas tak nagle, tak niespodziewanie, tak przez przypadek. To było piekło, które nam zgotował System i które System przygotowywał od dawna. Pisałem już o tym jakiś czas temu na swoim blogu, ale w sposób tak – przyznaję – dyskretny, że fakt kompletnego braku reakcji na ten krzyk chociaż mnie zmartwił, to nie zaskoczył. Mijają jednak dni, a ja wciąż nie mogę się doprowadzić do porządku nad tym, co się stało 10 kwietnia. Oczywiście, bardzo chętnie przyznaję, że z każdym mijającym dniem, nabieram coraz większego przekonania, że moje wcześniejsze podejrzenia co do tego, że to nieszczęście miało swój sens, były jak najbardziej słuszne, i że to zwycięstwo – a przecież to właśnie o to zwycięstwo od początku najbardziej chodziło – jest już właściwie w zasięgu ręki. Mimo to jednak, wciąż ta smoleńska mgła mnie dręczy, nie pozwala ani żyć, ani spać, ani się zwyczajnie wyprostować i zaczerpnąć nowego jesiennego powietrza.
Oto fragment wywiadu, jakiego jeszcze jakiś czas przed katastrofą, kiedy wszystko wydawało się zupełnie inne, niż w rzeczywistości było, udzieliła „Rzeczpospolitej” swego czasu Zyta Gilowska. Proszę posłuchać:

„ – Wracając do tych tajemnic polskiej polityki. Nie jest dla pani tajemnicza rezygnacja Tuska z kandydowania na prezydenta?
– Trochę tak. Można to tłumaczyć obawami przed przegraną, ale to mnie nie przekonuje. Można tłumaczyć zamiarem utrzymania władzy premiera – też mnie nie przekonuje.
– Dlaczego to panią nie przekonuje?
– Przede wszystkim dlatego, że Donald Tusk przez minione cztery lata zachowywał się jak osoba, która otwarcie i bardzo konsekwentnie zmierza do prezydentury. Taka wolta, na dokładkę niezbyt serio objaśniana tymi żyrandolami, ma skrywany komponent, jakąś tajemnicę.
– Może więc to jakiś kaprys Donalda Tuska?
– Nie. Tego typu kaprysy mają tylko bardzo młode dziewczyny na pograniczu gimnazjum i liceum.
– Czyli na gruncie wiedzy istniejącej w domenie publicznej nie sposób tej rezygnacji wytłumaczyć?
– Tak. I odpowiadając wprost na pani pytanie: moim zdaniem jest w tym jakaś tajemnica.
– Tym, którzy przyczyny analizują, brakuje więc może jakiegoś elementu tej układanki, jakiejś wiedzy?
– Sądzę, że tak właśnie jest.
– A to kiedyś się wyda?
– Generalnie żywię takie XIX-wieczne i chyba naiwne przekonanie, że kiedyś wszystko się wyda. Myślę więc, że wyda się i to”.
Kiedy dziś czytam te słowa, oczywiście świetnie pamiętam moje oryginalne poruszenie, kiedy je czytałem po raz pierwszy. To przecież nie jest tak bardzo codzienna sprawa, gdy ktoś, kto niewątpliwie jest zorientowany i wie znacznie więcej, niż ktokolwiek z nas może sobie wymarzyć, mówi takie rzeczy. Wydawałoby się, że kwestia rezygnacji Donalda Tuska, jakkolwiek dziwna i ekscentryczna, miała jakieś swoje wytłumaczenie, i nawet jeśli nasze podejrzenia nie są słuszne, to z pewnością ktoś inny jest w stanie przedstawić odpowiednią ocenę i wszystko się jakoś ułoży. I na to wszystko przychodzi Zyta Gilowska i twierdzi, że za tym się kryje tajemnica, co do której można mieć tylko nadzieję, że się kiedyś wyjaśni. Że wszelkie próby racjonalnego wytłumaczenia faktu, ze Donald Tusk nagle przestał marzyć o prezydenturze, spełzły na niczym i stoimy już tylko wobec zagadki, i to zagadki jak na razie nie do rozwiązania.
I to jest właśnie to, co mnie od 10 kwietnia 2010 roku dręczy. Ów bardzo silny niepokój – niepokój wręcz fizyczny – że ta szczególna tajemnica, którą wtedy, w swej bezradności, przedstawiła Zyta Gilowska, się nagle przejaśniła. I to, że wcale nie trzeba było na tę chwilę czekać długo. Bo zaledwie do 10 kwietnia. Do 10 kwietnia, kiedy to dowiedzieliśmy się, że samolot wiozący na uroczystości katyńskie naszego prezydenta, rozbił tuż przed lądowaniem, i że Prezydent nie żyje. A chwilę potem, dotarła do nas informacja, że tak się szczęśliwie złożyło, że na pokładzie nie było Jarosława Kaczyńskiego. Który też miał tam podobno być, ale ostatecznie go zabrakło. I wtedy zrozumiałem. Bo mama i obowiązki. I to co zrozumiałem, dręczy minie do dziś, z każdym dniem coraz bardziej.
Jak mówię, wspominałem już o tym jeszcze w ubiegłym roku, ale ten przekaz gdzieś się zagubił. A więc dziś powiem to bardzo dobitnie. Mam bardzo mocne podejrzenie, że jakiś czas przed tym, jak Donald Tusk ogłosił rezygnację z ubiegania się o fotel prezydenta, przyszedł do niego ktoś – ktoś, kogo ja oczywiście ani nie znam, ani znać nie chcę – i poinformował go, że musi pozostać premierem. Że ma zapomnieć o prezydenturze, bo sytuacja jest taka, że jego udział w tym wyścigu jest niepotrzebny. Że on będzie pilnował spraw na poziomie rządu i partii, natomiast całą resztą już zajmą się ci, co wiedzą więcej. A jeśli ma jakieś obawy, to może być spokojny. Kwestia przyszłej prezydentury zostanie odpowiednio załatwiona. I to bez względu na to, czy kandydatem będzie Komorowski, Sikorski, czy nawet – jeśli komuś to pasuje – jakiś przedstawiciel świata kultury. Bo konkurencji się nie planuje.
Widzę te scenę. Jak Donald Tusk dowiaduje się, że jeszcze nie dziś. Że może nawet nigdy. Ale że nic nie może zrobić, bo ci którzy go wymyślili i dają mu żyć, mają wobec niego i wobec całego tego interesu inne plany. Widzę tę scenę, widzę tego Tuska, i widzę też go parę tygodni później, już po tym, jak dowiedział się co się stało… i widzę, jak on szarzeje ze strachu. Bo zrozumiał, że tu nie ma żartów. Że to nie jest piłeczka. I że to nawet nie jest jego ukochany Sopot i cała ta przygoda.
Tyle że, jak uczy mądrość ludowa, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Ja wiem, co oni wszyscy muszą czuć dziś od czasu, gdy na to smoleńskie błoto spłynęła ta krew. Kiedy się zorientowali, że może się bardzo szybko okazać, że to, iż ten plan nie do końca się udał, ma znaczenie podstawowe. Jak oni muszą się od tego czasu okropnie bać. Zwłaszcza że mają autentycznie związane ręce. Nie mają już w tej chwili żadnego ruchu. Mogą tylko kłamać, kłamać, kłamać…
Pewnego dnia, przy bardzo podobnej okazji, przypomniałem scenę z „Ojca Chrzestnego”, gdzie Don ostrzega innych szefów rodzin, że jeśli cokolwiek się stanie jego synowi, jeśli zachoruje, jeśli wpadnie pod samochód, a nawet jeśli zabije go piorun, to on będzie o to miał pretensje do któregoś z tych panów. I tak jest z nami. Przed nami wybory. Jest pewna szansa, że Polska te wybory wygra i że to zwycięstwo otworzy nam drogę do zwycięstwa jeszcze większego. Do zwycięstwa nie tylko prawa i Sprawiedliwości, ale do zwycięstwa – po prostu – prawa i sprawiedliwości. A więc do czegoś, na co czekaliśmy tyle lat. Czy może się stać coś, co to zwycięstwo powstrzyma? Owszem. Choćby i to, że to wciąż jeszcze nie ten czas. Ale są też możliwości inne. Choćby i ta, że komuś przyjdzie do głowy, by powtórzyć historię.
W tej sytuacja mam apel do tych, których serca są czarne a dusze jeszcze czarniejsze. Lepiej o niego dbajcie. Uważajcie więc bardzo, żeby, broń Boże, włos mu z głowy nie spadł. Bo jeśli i on odejdzie, to będzie jednocześnie i wasz koniec.
Wszystkich tych, którym spodobał się powyższy tekst, stale zapraszam na swój blog pod adresem www.toyah.pl.

Komentarze

  1. Niech dobry Bog Cie błogosławi!

    OdpowiedzUsuń
  2. @kryska
    I Ciebie. I nas wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam 10 kwietnia, jakby to było wczoraj. Najpierw pojawiły się mętne informacje o awarii przy lądowaniu i o tym, że na pokładzie są obaj Kaczyńscy. Nie wiem dlaczego, ale nie uwierzyłem w żadną awarię i ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że wszyscy lub prawie wszyscy zginęli. Pierwsza bardzo emocjonalna myśl była taka: "To już koniec! Nie ma już Polski." W krótkim czasie stało się jasne, że to rzeczywiście katastrofa, ale też podano, że na pokładzie nie było Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy pomyślałem: "No to jest jeszcze szansa." Dla jednych może być śmieszne, że tak wielkie znaczenie przypisuję tylko dwóm ludziom. Dla innych zabrzmi nieładnie dalsze wyjaśnienie, ale w istocie rzeczy nie chodziło mi o Jarosława Kaczyńskiego (choć żywię do niego najwyższą sympatię i szacunek). Po prostu było dla mnie jasne, że już nie najlepsza sytuacja Polski, jeśli zabraknie jedynego prawdziwego przywódcy, stanie się sytuacją beznadziejną.

    Dziś po zmierzchu jadę autobusem przez duże miasto pełne młodych i wykształconych, a na murze w dobrze oświetlonym miejscu krzyczy hasło TUSK ŁŻE! - nie sposób nie zauważyć. Ucho podchwytuje w autobusie ściszone kpiące śmiechy: "Tusk łże!" Nie tylko to jedno zdarzenie powoduje, iż dostrzegam, że dziś bardziej niż kilka miesięcy temu i wcześniej w powietrzu wisi napięcie (gniew?) tak gęste, że niemal namacalne. Oj, nie ma żartów.

    System nie ma wielu opcji: sfałszowanie wyborów, unieważnienie wyborów, opcja siłowa - w każdym przypadku ogromne ryzyko dla utrzymania status quo. Pozostaje mu jeszcze przyznanie się do klęski: nie udało się ujarzmić Polski. I tu - wydaje mi się - pojąłem zakończenie tego wpisu. Dla systemu - i jego ciemnych planów dotyczących Polski - Kaczyński, który przegrał wybory jest niegroźny, przynajmniej tak długo, jak długo uda się pacyfikować nastroje społeczne. W takiej sytuacji czysta logika wskazuje, że męczennik byłby ostatnią rzeczą, której system potrzebuje. Ale jeśli systemowe służby specjalne zostaną przyparte do muru spektakularnym zwycięstwem Kaczyńskiego i nie uda im się żadna sztuczka, by to zwycięstwo ukryć, zafałszować, to to, czego się obawiamy, może wydać im się logicznym wyjściem, zapobieżeniem wspomnianej klęsce w utrzymaniu Polaków w uległości. Klęsce z ich punktu widzenia nieakceptowalnej. Mogą uznać, że to najlepszy a właściwie ostatni moment, by dokończyć "spartaczoną" robotę pod Smoleńskiem.

    Oby system - w obliczu swojej klęski - miał na uwadze Twoje ostrzeżenie, Toyahu. I niech modli się, kto umie, bo - nie czas spekulować szczegółowo - konsekwencje mogłyby być nieobliczalne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Krzysztofie ten ciąg zdarzeń, w tym fakt, że na pokładzie samolotu J.Kaczyńskiego nie było wg. mnie nie zależał, od woli ludzkiej, ani nie był zbiegiem okoliczności, lecz ewidentną wolą i ingerencją Opatrzności Bożej. Może nawet w pewnym sensie podobną, do tej na placu Św. Piotra wobec dziś już bł. śp.Jana Pawła II.
    A zatem chyba nie należy wątpić, ani zbytnio zadręczać się?... Natomiast wypada Panu Bogu, także Jego Matce - Królowej Polski dziękować i zaufać, oraz mieć konieczną wiarę, nadzieję, że z pomocą Boga, oraz dzięki wstawiennictwu Jego Matki, także bł. JPII, oraz ks. J.Popiełuszki i żarliwym modlitwom znacznej części katolickiego Narodu - J. Kaczyński i jego elektorat pokona i zwycięży największych wrogów naszej ukochanej Ojczyzny.
    Szczęść Boże!

    OdpowiedzUsuń
  5. @filozof grecki

    Ciemne siły rządzące naszym krajem zdolne są do wszystkiego, ale ostatecznego rozwiązania kwestii K. chyba się jednak obawiają. Katastrofa smoleńska pogrążyła połowę narodu w traumie (ja też, tak jak Toyah przeżywam to do dzisiaj), a drugą połowę w marazmie i gnuśności, skrywanymi głupią potrzebą grillowania i nieprzejmowania się jutrem.
    Mam wrażenie, że my wszyscy jesteśmy chorzy i głęboko zranieni, nawet jeżeli kierują nami różne pobudki.
    Po katastrofie smoleńskiej wydawało mi się, ze nastąpi katharsis i że będzie już tylko lepiej. Nic takiego nie nastąpiło, a zło zaatakowało ze zdwojoną siłą.
    Jak patrzę na to wszystko, co się teraz dzieje, to jestem pewna, że Pan Bóg ocalił Jarosława nie bez powodu. Każdy inny człowiek w jego sytuacji pogrążyłby się w rozpaczy, a on emanuje taką siłą wewnętrzną, że udziela się ona wszystkim dookoła. Dlatego jestem pewna, że nawet jeżeli nie teraz, to w najbliższej perspektywie ten człowiek, albo ktoś przez niego wyznaczony, będzie rządził.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Toyah
    10.04.2011 to był czarny dzień. Mam nadzieję, że 10.10.2011 obudzimy się i będzie to dla nad piękny poranek.

    Tak nam dopomóż Bóg.

    OdpowiedzUsuń
  7. @filozof grecki
    Pisałem o tym niedawno. Oni zachowają ten swój kawałek władzy już do końca świata. Z Kaczyńskim czy bez, to i tak już są czasy ostateczne. W tej chwili chodzi już tylko o to, by dawać świadectwo. Tylko, albo aż.

    OdpowiedzUsuń
  8. @raven59
    Jak znam życie, w poniedziałek rano nie będziemy wiedzieli nic. Jeszcze kilka lat temu, te wyborcze wieczory, te sondaże, te prognozy, miały jakiś sens. Od zeszłego roku, nie ma się czym emocjonować.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Toyah
    10.10.2011 - to taka "licentia poetica". Choć być może będziemy już wiedzieli nieco więcej...

    Pamiętasz co pisałem kiedyś w komentarzach o Jarosławie, Marcie i Indirze Ghandi?
    W komentarzu Filozofa Greckiego, mam wrażenie, ta myśl też się pojawia, choć bardziej ukryta...

    OdpowiedzUsuń
  10. Dwóch, może trzech, nieważne, chłopaków siedzi na dywanie i układają sobie klocki Lego.
    Budują kraj, budują Polskę.
    Temu plastikowemu ludzikowi o rudych włosach i wytrzeszczonych oczach powiedzieli - ty idziesz do konta, może później cię użyjemy.

    Kręcą, kombinują i układają. A my też jesteśmy te plastikowe ludziki. I co my możemy zrobić? Tylko tyle, co ci dwaj chłopcy potrafią wymyślić.
    Idźcie głosować i wybrać swojego premiera. Lecz oni też mogą go posłać do kąta jak tego rudego, albo rudego wyciągnąć i postawić na środku.

    Tak się trochę czuję. Jak marionetka

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

A więc Trump, czyli białe Święta?