czwartek, 8 października 2015

Dlaczego pedofile nie lubią dziewczynek?

Główne media podały wczoraj, że więzienie w Grudziądzu, po tym jak ten odsiedział swój wyrok, wypuściło na wolność pedofila, który jeszcze tego samego dnia wytropił gdzieś na mieście dziewięcioletnie dziecko, walnął je kawałkiem cegły w głowę, zaciągnął do bramy, a następnie brutalnie zgwałcił. Na tyle na ile znam poziom polskiego dziennikarstwa, jest bardzo możliwe, że brutalność owego gwałtu to jeszcze jeden jakże typowy tani greps, jednak nie zmienia to faktu, że w rzeczy samej oni go wypuścili, on tylko na to czekał, a polskie państwo, jak to ostatnio bywa zbyt często, okazało się ruiną.
W czym rzecz? Otóż wedle relacji telewizji TVN24, ów pedofil został wypuszczony z więzienia przede wszystkim oczywiście dlatego, że skończył mu się wyrok, ale również dzięki temu, że odpowiednio wcześniej zrealizował tak zwany (tu dokładny cytat) „indywidualny program terapeutyczny” i to zrealizował go na „dobrym poziomie”. A więc, jak się domyślam, kiedy jego pobyt w więzieniu w Grudziądzu dobiegał końca, został on otoczony opieką całej grupy wybitnych psychologów, psychiatrów, psychoanalityków, oraz psychoterapeutów, przede wszystkim zapewne wyszkolonych w badaniu osobowości pedofilskich, którzy poddali go całej serii odpowiednich badań, przeprowadzili z nim dziesiątki równie odpowiednich wywiadów, kazali mu wypełnić dziesiątki bardzo sprytnie opracowanych ankiet… no i okazało się, że on ich wszystkich najzwyczajniej w świecie zrobił w trąbę. Zrobił ich w trąbę, oni mu postawili wspomnianą czwórkę, ten ruszył w miasto i z miejsca zaczął rozglądać się za jakimś chłopaczkiem.
Oglądałem w swoim biednym, starym, wysłużonym telewizorze relację z owego zdarzenia i w pewnym momencie usłyszałem, jak rzecznik prasowy więzienia w Grudziądzu wyjaśnia, że zwalniając pedofila, oni byli naprawdę bardzo zapobiegliwi, bo wcześniej – a może zaraz po – wysłali list do miejscowej policji z odpowiednią informacją i prośbą, by tamci mieli na człowieka oko. Jak się okazało, ten jednak był szybszy, jednak nie zmienia to faktu, że wszystkie procedury zostały jak najbardziej dochowane: wyrok się skończył, psychologowie wydali opinię, pedofil został zwolniony, policja została powiadomiona… no a że gówniarz się bez sensu kręcił po mieście, to już naprawdę niczyja wina.
A zatem, mamy dwie kwestie, które powinny zostać wspomniane i wyjaśnione. Pierwsze to oczywiście problem tych tak zwanych „psy-”. Ja na nich mam oko od wielu już lat, raz nawet poświęciłem im osobny tekst – http://toyah1.blogspot.com/2010/02/puk-puk-dzis-w-sprawie-duszy.html – w którym określiłem ich mianem najbardziej bezczelnych szarlatanów i kłamców, i również dziś, kiedy tylko słyszę informację, że doszło do jakiegoś nieszczęścia i ktoś tam został natychmiast oczywiście otoczony opieką bandy psychologów, ogarnia mnie żądza mordu. I dziś również nie mogę czuć nic innego jak czystą satysfakcję, kiedy oni sami, czarno na białym, pokazują światu, jakimi są głupcami.
Druga rzecz jest już znacznie poważniejsza. Otóż, kiedy po raz nie wiadomo który, z każdej strony widzę kolejnych urzędników, którzy z zaciśniętymi zębami i pięściami tłumaczą mi, że wszystkie procedury zostały zachowane i jeśli są jakiekolwiek pretensję, to one powinny być kierowane do Antoniego Macierewicza, to ja po raz kolejny powtarzam: to państwo jest w kompletnej ruinie, i każdy kolejny dzień trwania tej sytuacji sprawia, że kiedy wreszcie oni znikną, my będziemy mieli jeszcze trudniej.
No i jeszcze coś. Gdy nadejdzie ten dzień, nie będzie żadnej litości. A kiedy będziemy wspólnie czekać na ów moment, proponuję intelektualne ćwiczenie: czemu oni wolą chłopców?

Tradycyjnie już przypominam, że moje książki są do nabycia na stronie www.coryllus.pl

środa, 7 października 2015

Marcin Dudziak, czyli błogosławiona nuda

Najmłodsze moje dziecko, poza nieustannymi próbami studiowania czegokolwiek, pracuje w kinie za 5 złotych za godzinę. Wybrała ona na ten rodzaj kariery trochę przez to, że jej starszy brat kiedyś też przedzierał te bilety i ogólną atmosferę tak zwanego Multikina sobie bardzo chwalił, ale również z tego względu, że i ona, podobnie jak on i my wszyscy, jest wręcz uzależniona od oglądania filmów. Ponieważ przy tym one wszystkie zostały przez nas intelektualnie i duchowo odpowiednio sformatowane, wrażliwość artystyczna mojej córki – proszę zwrócić uwagę na to, że nie używam słowa „gusta”, a więc czegoś, co stanowi kompletną fikcję, lecz „wrażliwość” – sprawia, że cokolwiek ona mi powie na temat każdego z nowych filmów, ja mogę obstawiać jako w stu procentach słuszne.
Od niej też wiem, jaki poziom prezentuje każdy kolejny przebój polskiej kinematografii. Od niej jak najbardziej wiem, że każdy – dosłownie każdy – nowy polski film to jest porażka na poziomie, którego nie da się opisać bez używania brzydkich słów. I to jest jeden z głównych powodów, dla którego polskich filmów nie oglądam.
A przecież nie było tak zawsze. Pomijając stare bardzo, jeszcze czarno-białe, filmy z lat 50-tych i 60-tych, z „Pętlą”, „Żywotem Mateusza”, „Do widzenia do jutra”, czy „Pingwinem” na czele, bardzo lubiłem „Brzezinę” i „Panny z Wilka” Wajdy, „Barwy ochronne” i „Życie rodzinne” Zanussiego, „Wodzireja” Feliksa Falka, no a w latach 80-tych nawet „Kronikę wypadków miłosnych” Wajdy. Poza tym jednak, tu akurat nie widzę nic. Zero. Gdy chodzi o polską kinematografię, to, z czym mamy dziś do czynienia, z mojego punktu widzenia, stanowi nędzę w stanie idealnie czystym. A zatem, polskie kino dla mnie nie istnie.
I oto proszę sobie wyobrazić, że kilka dni temu dostałem telefon od człowieka nazwiskiem Marcin Dudziak, który przedstawił się, jako wierny czytelnik tego bloga i poprosił mnie, bym zechciał obejrzeć jego najnowszy film zatytułowany „Wołanie”, który jest w tych akurat dniach wyświetlany w katowickim kinie „Światowid”, no i żebym – rozumiem, że w przypadku, gdy film mi się spodoba – przedstawił na blogu jego odpowiednią recenzję.
Obejrzałem ten film. W minioną sobotę o trzeciej po południu z ciężkim sercem wyszedłem z domu, polazłem do tego kina, poinformowałem w kasie, że jestem na seans zaproszony, zasiadłem – oczywiście jako jedyna osoba na sali – w fotelu… i przez następną godzinę i dwadzieścia minut prawdopodobnie nawet bym nie drgnął, gdybym ze względu na bardzo posunięty wiek nie musiał od czasu do czasu rozprostować kości. I od razu muszę też powiedzieć, że wcale nie chodzi o to, że film „Wołanie” jest w jakiś szczególny sposób fascynujący – nic podobnego. Całkiem odwrotnie. Mam wręcz wrażenie, że od czasu jednego z moich ukochanych filmów świata, „Wynajętego człowieka” Petera Fondy, ja nie miałem okazji oglądać czegoś równie nudnego. Powiem więcej: ja nie widziałem czegoś równie nudnego od czasu wspomnianego już wcześniej „Żywota Mateusza”. A mimo to, nie mam najmniejszych wątpliwości, że film Marcina Dudziaka pod tytułem „Wołanie” jest bezwzględnie i jednoznacznie i zdecydowanie najlepszym polskim filmem ostatnich trzydziestu lat.
„Wołanie” to historia – jeśli w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek historii – ojca i syna spędzającego wakacje w Bieszczadach, niemal bez przygód, właściwie bez słów, bez choćby jednego jednoznacznego przesłania, gdzie tak naprawdę pozostaje już tylko obraz tego lasu, tej rzeki i dźwięk i muszę powiedzieć, że nawet jeśli ktoś się uprze i powie, że film Dudziaka to tanie byle co, to i tak ów obraz i dźwięk pozostaną. Ów obraz i dźwięk, przez które, jeśli, jak mówię, musiałem się przez tę godzinę i dwadzieścia minut ruszyć, to wyłącznie ze względów czysto obiektywnych, starczą za całą historię współczesnego polskiego kina.
Ale i to nie jest wszystko. Każdy kto interesuje się filmem, wie, że niemal zawsze zdarza się, że nawet oglądając coś, co niemal w stu procentach akceptujemy, muszą pojawić się elementy, które budzą w nas odruch protestu. Chodzi o to, że zawsze, nawet w tych chwilach najbardziej poruszających, musi pojawić się coś, co każe nam krzyknąć: „No nie! To jest bez sensu! Wychodzę!”. Gdy chodzi o film Dudziaka, mimo, że od pewnego momentu, wiedząc, że jednak będę pisał tę recenzję, starałem się jak mogłem, nie znalazłem jednego momentu, gdzie mógłbym powiedzieć, że ja bym to zrobił inaczej. I taki to jest film.
Czy „Wołanie” to film wybitny? Nie sądzę. Ja na przekład dzień wcześniej byłem na „Marsjaninie” Ridleya Scotta i on jest od Dudziaka bezwzględnie lepszy. Za miesiąc pójdę na nowego Bonda i on będzie pewnie jeszcze lepszy, niż ostanie „Mission Impossible”, które też ze skupieniem obejrzałem i do którego Dudziak nie ma tak zwanego startu. W tym biednym filmie o ojcu i synu w bieszczadzkiej głuszy mamy tych dwóch zdecydowanie przeciętnych aktorów – co, swoją drogą, z jednej strony boli mnie jak jasna cholera, a z drugiej, Bogu dziękuję, że nie musiałem oglądać jakiegoś Kota, czy Lindy – sam film jest skromny w sposób wręcz nieznośny, a mimo to, jak to już zostało powiedziane, ja przez tę godzinę i dwadzieścia minut siedziałem tam, jak zaczarowany. Dźwiękiem, obrazem i dwiema – dosłownie dwiema – scenami, których nie mogę ujawnić, bo w ten sposób zdradziłbym wszystko, a to, jak wiadomo, nazywa się „spoiler” i jest jedenastym grzechem.
Nie wiem, jakie są możliwości poza Katowicami, gdzie ów film jeszcze tylko dziś i jutro będzie wyświetlany w kinie „Światowid”, ale, powiem szczerze, że jest mi to doskonale obojętne. „Wołanie” to jest mój film i jestem pewien, że sobie z tym poradzę bez względu na to, jakie będą jego dalsze losy. Tak jak sobie poradziłem z wieloma innymi przebłyskami ludzkiego talentu.

A skoro o talencie mowa, zapraszam do księgarni pod adrsem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Jeśli ktoś jeszcze nie ma, niech się zwyczajnie przełamie. To naprawdę nie jest trudne.

wtorek, 6 października 2015

Bull, czyli jak się to robi w Chicago

Pytają mnie ostatnio ludzie mi bliscy – w tym jak najbardziej moja żona – co mi strzeliło do głowy, żeby dzień w dzień oglądać sztandarowy projekt systemowej propagandy, w postaci programu telewizji TVN24, znanego nam pod nazwą „Szkło Kontaktowe”. A ja na te pytania mam jedną i tylko jedną odpowiedź. Rzecz bowiem w tym, że owo „Szkło Kontaktowe”, z przyczyn, w które nie mam ani powodu, ani chęci, wnikać, jest dziś jedynym źródłem informacji, które gwarantuje, że nic z tego, co się wydarzyło, nie zostanie pominięte. Dziś – jakkolwiek by to brzmiało szokująco – „Szkło Kontaktowe” jest jedynym telewizyjnym programem, który dostarcza nam podstawowej, a co najciekawsze, pełnej wiedzy na temat tego, co nam przyniósł każdy kolejny dzień.
Gdyby ktoś nie wiedział, „Szkło Kontaktowe” nadawane jest przez telewizję TVN24 od ponad dziesięciu lat, każdego dnia włącznie z niedzielami, między godziną 22.00 i 23.00, i składa się z trzech równych części, przedzielanych blokiem może pięciominutowych reklam. I oto wczoraj, po drugiej części owego „Szkła Kontaktowego”, zamiast zwyczajowych reklam, pokazała się relacja z czegoś, co zostało opisane, jako konferencja prasowa czegoś, co funkcjonuje pod nazwą „cinkciarz.pl”, a w ramach owego zdarzenia osoby Lecha Wałęsy i Bronisława Komorowskiego.
I ponieważ tu znowu, podobnie jak to się miało w przypadku „Szkła Kontaktowego”, może się okazać, że część czytelników tego bloga nie wie, w czym rzecz, a ja jestem oczywiście gotów, by sprawę wyjaśnić. Otóż, co to takiego ów cinkciarz.pl, poza tym, że oni zajmują się przeliczaniem kursów walut, nie wie nikt, co jednak oczywiście nie zmienia faktu, że nazwa ta pojawia się ostatnio na okrągło w czasie telewizyjnych reklam i to z taką intensywnością, że większość odbiorców prawdopodobnie traktuje ją dziś tak, jak traktuje owe firmy farmaceutyczne, oferujące maść na hemoroidy, erekcję, czy przerost prostaty, a więc z idealną obojętnością. I oto nagle okazuje się, że ów cinkciarz.pl wykupuje cały czas reklamowy w przerwie programu „Szkło Kontaktowe”, a jakby tego było mało, demonstruje czarno na białym, że biznesowa pozycja, jaką oni zajmują, pozwala im w swojej najnowszej kampanii reklamowej wykorzystać nie tylko słynny klub NBA Chicago Bulls, ale dwóch byłych polskich prezydentów, Lecha Wałęsy i Bronisława Komorowskiego.
A zatem, oglądamy ów reklamowy blok między jedną a drugą częścią „Szkła Kontaktowego”, gdzie na koszykarskim parkiecie w mieście Chicago stoją Lech Wałęsa i Bronisław Komorowski ubrani w klubowe koszulki drużyny Chicago Bulls, Bronisław Komorowski, zapytany, dlaczego zdecydował się na ten rodzaj zaangażowania, odpowiada, że jego celem jest wspomaganie sukcesu polskiego biznesu na świecie, a ja się zastanawiam już tylko, jak to się wszystko zaczęło. I jedyne co mi pozostaje, to sobie wyobrazić, jak na początku tego wszystkiego ktoś tam zadzwonił do jednego i drugiego i przedstawił ofertę tak mocną, że obaj, bez słowa protestu, bez cienia wątpliwości, bez jakichkolwiek dodatkowych pytań, spakowali walizki, wsiedli w samolot i udali się do Ameryki, by odstawić ów cyrk. Dlaczego? Bo cinkciarz.pl przedstawił propozycję nie do odrzucenia? Właśnie tak.
Jak mówię, nie mam pojęcia, co to takiego ów cinkciarz.pl, kto i w jakiej pozycji za nim stoi, natomiast wiem, co to takiego TVN24, czym jest program „Szkło Kontaktowe”, no i wiem, kim są Bronisław Komorowski i Lech Wałęsa. No i – co tu jest wciąż jednak z tego wszystkiego najważniejsze – mam wrażenie, że właśnie zobaczyłem, jak działa System na poziomie nam dramatycznie niedostępnym. I powiem szczerze, kiedy to piszę, czuję bardzo szczególny dreszcz. Chyba coś na siebie założę.



Przypominam, że więcej na ten temat w moich książkach, stale dostępnych w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 5 października 2015

Coming-out, czyli dlaczego Szatan nie zostanie zbawiony

Mija trzeci dzień od czasu gdy ksiądz Charamsa z potężnym hukiem zaingurował światową promocję swojej książki o księdzu homoseksualiście z katolicko-faszystowskiej Polski i wydaje się, że niemal wszystko, co powinno było zostać powiedziane na temat owego wydarzenia, powiedziane zostało przez wszystkie zaangażowane strony. Niemal.
Oto jeden aspekt sprawy owej apostazji – bo mamy do czynienia z oczywistą apostazją – który, z tego co udało mi się zauważyć, umknął uwadze wszystkich komentatorów. Sama kwestia tak zwanego coming-outu, wzmocniona dodatkowo telewizyjnym obrazem księdza skubiącego się po uszkach z tym jakimś Eduardo, jak się zdaje, zdominowała nasze emocje w takim stopniu, że nie zdążyliśmy się już zorientować w tym, co tu jest najważniejsze. Mam na myśli grzech przeciwko Duchowi Świętemu, a więc grzech, jak głosi Kościół, niewybaczalny.
Konkretnie mam tu na myśli, następującą kwestię, bardzo wyraźnie przedstawioną w Katechizmie Kościoła Katolickiego:
‘Kto by zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego’ (Mt 12, 31). Miłosierdzie Boże nie zna granic, lecz ten, kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego. Taka zatwardziałość może prowadzić do ostatecznego braku pokuty i do wiecznej zguby”.
Ktoś się zapyta, jak się to wszystko ma do, jak się zdaje, jak najbardziej aktywnego homoseksualizmu księdza Charemsy? Jak się to ma do przeprowadzonej przez niego demonstracji? Jak się to ma do wspomnianej apostazji? Jak wreszcie ma się to do oczywistego szkodzenia Kościołowi? Otóż rzecz wcale nie w tym, lecz w drobnym fragmencie wypowiedzi księdza Charemsy dla red. Kolendy-Zaleskiej z telewizji TVN, gdzie na dwukrotnie – powtarzam, dwukrotnie – powtórzone pytanie o relacje między jego homoseksualizmem, a szóstym przykazaniem, ksiądz dwukrotnie odpowiada, co następuje:
„KTÓŻ Z NAS JEST BEZ GRZECHU?”
I w jednej chwili udzielając sobie samemu i nam odpowiedzi:
„TYLKO MARYJA”.
Jak mówię, z tego co udało mi się zaobserwować, wynika, że ani sama Kolenda-Zaleska, ani żaden z bardzo poważnych komentatorów, nie zwrócił na ów fragment wypowiedzi Charamsy uwagi, a tymczasem, moim zdaniem, w tym właśnie fragmencie owego coming-outu księdza Charemsy zawiera się całość owego nieszczęścia. Zapytany przez panią redaktor ze stacji TVN24 o to, czy on nie bierze pod uwagę tego, że grzeszy, ksiądz Charemsa z uśmiechem i z podniesionym czołem odpowiedział ni mniej ni więcej, jak: „Owszem, grzeszę… ale przecież to jest takie ludzkie. Jestem pewien, że Dobry Bóg to zrozumie. W końcu trudno byśmy wszyscy byli jak Matka Boska, czyż nie?”
Ksiądz Charamsa dokonał coming-outu i udzielił serii wywiadów, które jeszcze przez jakiś czas będą dyskutowane, a ja sobie myślę, że jeśli to, co mówią niektórzy teologowie, że piekło jest puste – na co, swoją drogą, ja bardzo liczę – jest prawdą, to nie ma sposobu, by ktoś taki jak ksiądz Charamsa został sprzed owych wrót zawrócony. Jestem pewien, że oni, jak już dokładnie przejrzą jego papiery, to albo go tam przyjmą z otwartymi ramionami, albo – w najlepszym dla niego wypadku – każą mu się przez całą wieczność snuć samotnie bez przydziału.

Przypominam, że wszystkie moje książki, z wyjątkiem „Liścia”, którego nakład się już wyczerpał, są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.


niedziela, 4 października 2015

O czterech pokojach z kuchnią i łazienką w ruinie

Wbrew temu, co twierdzi moja żona, mieszkanie, w którym się w piątkę, od czasu do czasu w siódemkę, a dwa razy do roku, kiedy z okazji festiwali Off i Tauron, nasza najmłodsza córka kwateruje w swoim pokoju tabuny znajomych, w dwudziestkę, gnieździmy, jest wyjątkowo ładne i funkcjonalne. I tak jest odbierane przez wszystkich, którzy tu od wypadku zaglądają. Jeśli jednak mu się przyjrzeć z bliska, to można niemal w jednej chwili zauważyć, że ściany są niemalowane od lat, parkiet na podłodze zdarty, klamka od łazienki ledwo się trzyma, okna w stanie rozpaczliwym, drzwi wejściowe wystarczy mocniej kopnąć, by wpadły do środka, dywan wręcz oblepiony psimi kudłami, stół, blaty i kuchenka najczęściej pokryte starym tłuszczem i kawałkami jedzenia, w kątach pod sufitem pająki urządziły sobie domki, a w całym mieszkaniu unosi się atmosfera tragicznego zaniedbania. A mimo to, dla ludzi, którzy tu przychodzą, to wszystko nie ma znaczenia i oni widzą tylko tę wystawę.
My się tu naturalnie wszyscy bardzo staramy, by to wszystko w miarę skutecznie odświeżyć, co nie zmienia faktu, że ile razy żona moja wraca z pracy, jej pierwsze słowa niezmiennie i bezlitośnie brzmią: „Ale tu śmierdzi! Jaki tu syf! CO ZA RUINA!” No i często oczywiście, za tym już idzie prawdziwa awantura. I niech nikt nie sądzi, że ktokolwiek z nas ma jakąkolwiek szansę, by zwrócić uwagę mojej żony na to, jak tu jest naprawdę pięknie, że, co już zostało wspomniane, na pierwszy rzut oka wcale nie jest najgorzej, no a przede wszystkim, że przepraszam cię bardzo, ale nasze mieszkanie to nie ruina.
A więc jest tak, że moja żona wraca do domu z pracy i krzyczy: „Co za ruina!”, a ja od razu myślę sobie, jak to jest z tą przysłowiową wręcz już dziś „Polską w ruinie”? I choć oczywiście świetnie wiem, że autorstwo owego hasła jest od początku do końca zafałszowane i zostało stworzone na potrzeby kampanii wyborczej Ewy Kopacz, osobiście nie mam żadnych wątpliwości, że po ośmiu latach rządów Platformy Obywatelskiej, Polska jest jak najbardziej w ruinie. I to ruinie wręcz strasznej.
Niedawno odwiedził Katowice nasz kolega z doskoku Michał Dembiński i jak na kogoś, kto regularnie występuje w reżimowych mediach, opowiadając o tym, jak to pod miłościwie nam panującymi Hanną Gronkiewicz-Waltz i Ewą Kopacz, Polska kwitnie, rozejrzał się po okolicy, uśmiechnął się sarkastycznie i powiedział: „Widzę, że Polska i tu u was w Katowicach w ruinie”. A ja nawet nie próbowałem z nim dyskutować, bo z jednej strony wiem, jak przez ostatnie lata Katowice wypiękniały, jak wreszcie powstaje ów z dawna wyczekiwany Rynek, jak ta poprzecinana pięknymi stawami i ścieżkami rowerowymi zieleń wokół miasta wręcz zniewala swoją urodą, a z drugiej, świetnie sobie zdawałem sprawę z tego, że on i tak nic nie zrozumie z moich opowieści o tym, jak wygląda miasto w weekendy, kiedy jego ciężko pracujący mieszkańcy wypoczywają w swoich domach przed telewizorami, albo wyjechali poza miasto gdzieś w góry, a ulice – „jeśli wiesz o czym ja mówię” – zostają opanowane przez tłumy prawdziwych właścicieli tego miasta, czyli przez owe mamy Madzi z małymi Madziami i z ich wytatuowanymi, za każdym razem innymi, ojcami.
Ale to też jest niekoniecznie najważniejsze, kiedy mówimy o owej ruinie. Ona się bardzo niedawno objawiła choćby w mieście Łodzi w postaci owej kilometrowej kolejki zapłakanych ludzi próbujących się zapisać na wizytę do lekarza; widzimy ją w tym kibicu Legii Warszawa, który został wypuszczony z aresztu po trzech i pół roku, no i oczywiście w tym jak najbardziej niezawisłym sędzi, który dostał polecenie od władzy, by kibica wypuścić… no więc go wypuścił; widzimy ową ruinę w tym pokazanym przez telewizję TVN24 z dumą kotle ciepłej zupy w jakiejś podstawówce na Kujawach dla miejscowych dzieci, którzy wprawdzie nie głodują, ale za to niedojadają; widzimy ją w tej szkole gdzieś w Warszawie, gdzie pierwszoklasiści mają lekcje do godziny 18 z przerwą na zabawę w świetlicy; widzimy ją w tych autobusach kursujących co 15 minut między Katowicami a Krakowem, bo pociąg na pokonanie 80 kilometrów między dwoma miastami potrzebuje ponad dwóch godzin; widzimy tę straszną ruinę w tych mnożących się jak grzyby po deszczu salonach gier, by ów szczęśliwy i prosperujący jak nigdy od czasów Kazimierza Wielkiego naród mógł sobie zagrać; w tym prezydencie Zduńskiej Woli, który, jak słyszymy, przy pomocy najzwyklejszych wymuszeń sterroryzował niemal całe miasto, a lokalny sędzia nie miał odwagi go skazać, bo jego córka też znajdowała się na prezydenckiej liście; ta ruina wreszcie objawia się w śmierci tego półrocznego dziecka, zagłodzonego przez rodziców za radą miejscowego znachora, no i tej kobiety z dwiema córeczkami znalezionej ledwo co wczoraj w Zielonej Górze…
To jest owa Polska w ruinie i niech nikt nawet nie próbuje mi opowiadać o nowej galerii handlowej tuż przy nowo otwartej autostradzie, bo ja tam byłem i, owszem, przyznaję, że widok był imponujący. Niemal tak samo imponujący, jak moje wypasione mieszkanie, zwłaszcza gdy jego fragment można zobaczyć na ekranie Skype’a, który jeszcze w roku 2005 wcale tak dobrze jak dziś nie działał.

Więcej na ten i inne tematy można przeczytać w moich książkach, które są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

sobota, 3 października 2015

Demony Wrony, czyli nasi poszerzają target

Przyznać muszę, że bardzo niechętnie siadam do pisania tych refleksji z dwóch względów. Przede wszystkim uważam za rzecz wybitnie upokarzającą zajmowanie się dziennikarstwem Łukasza Adamskiego, zwłaszcza gdy on już wcześniej odebrał ode mnie swoją porcję komplementów, ale również chodzi mi o to, że jakoś głupio jest pisać o śmierci człowieka, który w pewnym momencie swojego życia postanowił się powiesić i dziś cały świat zachodzi w głowę, dlaczego? Komu bowiem potrzeby jest jeszcze mój głos?
Z drugiej strony, niedługo minie osiem lat, jak siedzę tu na tym blogu i wyrzucam z siebie wszystko, co mi leży na sercu, a więc trudno sobie wyobrazić, bym tylko dlatego, że nie wypada wsadzać nosa w obce dramaty, zlekceważył aż taki kataklizm; a nie oszukujmy się, mamy, jak się zdaje, do czynienia z autentycznym kataklizmem, i to naprawdę niezależnie od tego, jakie były jego faktyczne powody.
Myślę, że większość z nas wie już, o co chodzi. Oto nocą 19 września, w swoim pokoju hotelowym, popełnił samobójstwo polski reżyser filmowy nazwiskiem Marcin Wrona i z tego czego się dowiadujemy wynika, że nie ma takiej ludzkiej siły, która byłaby w stanie wytłumaczyć ten gest. Wrona akurat nakręcił nowy film, stanowiący ostatnią część bardzo dobrze przyjmowanej przez środowisko satanistycznej trylogii, i bardzo adekwatnie zatytułowany – „Demon”, i w momencie, gdy z każdej strony nadchodziły kolejne komplementy i pochwały, wszystko wskazywało na to, że drzwi do międzynarodowej wręcz kariery stoją otworem, a sam Wrona, wraz ze świeżo poślubioną sobie kobietą, przeżywał, jak wspominają jego znajomi, najpiękniejszy czas swojego krótkiego życia, on się wziął i powiesił.
Owemu nieszczęściu w tygodniku „W Sieci” poświęcił cały tekst wybitny krytyk literacki i filmowy, Łukasz Adamski. Wylewa Adamski łzy za Wroną, jako wielkim reżyserem, którego cała twórczość była wręcz naznaczona pierwiastkiem religijnym i pisze w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu:
Woda oczyszcza. U Wrony jest zaś wykorzystywana do czynienia zła. Lejący w ‘Demonie’ deszcz nie tyle zmywa grzech z weselnych gości, ile pomaga wydostać się spod ziemi osobowemu złu. O ile pokazująca dojrzałość, przeszywająca otwarta końcówka filmu pozwala spojrzeć na niego w sposób nie tylko metafizyczny, o tyle [wcześniejszy] ‘Chrzest’, to film na wskroś religijny, mówiący o ofierze, jako jedynej wartości”.
A gdyby czytelnik, podobnie jak ja, owego bełkotu nie potrafił przełożyć na ludzki język, Adamski powołuje się na głos jakiegoś filmoznawcy z UJ, Kletowskiego, który, jak można sądzić, nieco rozjaśnia ścieżki, po których błądzi umysł Adamskiego:
„[Filmy Wrony] to filmy na swój sposób religijne, ale nie w rozumieniu potocznym, to raczej filmy, w których duchowość przejawiająca się w religijnych rytuałach objawia swą niespodziewaną moc, wpisując życie ludzkie w rytualność wyższego rzędu, kosmiczny, nieogarniony przez ludzkie zmysły porządek”.
I teraz, kiedy już wszystko mamy jak na dłoni, a więc tego powieszonego Wronę, tę wyższego rzędu rytualność i zachwyty Adamskiego nad przypominającą Scorsesego „drapieżnością, wrażliwością i magnetyzmem” owych filmów, powtórzmy sobie to jeszcze raz: znajdujemy się na łamach tygodnika „W Sieci” – „największego konserwatywnego tygodnika opinii w Polsce”… To tak na wszelki wypadek, gdyby zdarzyło się nam zapomnieć skąd do nas przyszły te słowa.
A ja tu stoję oniemiały i myślę już tylko sobie, że może to jednak nie był Szatan. W pewnym momencie swojego tekstu Adamski pisze, że powieszonego Wronę znalazła w pokoju hotelowym o 5 rano jego żona. A ja, wiejski nieboraczek, zastanawiam się, czy nie było może tak, że oni się poprzedniego wieczora zwyczajnie pokłócili, on sam wrócił do hotelu i z tego smutku się napił, i wziął i się powiesił. A więc że poszło o zwykły miłosny zawód. Daję słowo, że tak by było dla nas wszystkich lepiej. No i oczywiście też byśmy łatwiej potrafili znieść owo fantastyczne wręcz poczucie humoru redakcji „w Sieci”, która uznała za stosowne zatytułować tekst Adamskiego: „Demony Marcina Wrony”.

Dziś Coryllus jest z naszymi książkami w Łodzi, ale jeśli ktoś ma zbyt daleko, zachęcam do odwiedzenia księgarni pod adresem www.coryllus.pl i częstowania się do woli.

piątek, 2 października 2015

Czy Michał Kamiński potrzebuje egzorcysty?

Mimo bardzo szczerych starań, znów niestety nie zdążyłem z kolejną notką. W tej sytuacji, zachęcam do czytania „Warszawskiej gazety”, a w niej mojego felietonu o tak zwanym „Misiu”.

Gdyby ktoś mi powiedział jeszcze wczoraj, że którykolwiek z tych felietonów poświęcę Michałowi Kamińskiemu, wzruszyłbym ramionami i poprosiłbym, żeby ze mnie nie kpić. Tymczasem on dziś zrobił coś, co sprawiło, że tym razem litości nie będzie. I od razu pragnę zapewnić, że wcale nie chodzi mi o emitowany w tych dniach do tak zwanego „porzygania” klip, gdzie Kamiński śpiewa piosenkę o swojej nieugiętej szlachetności, ale o coś dużo bardziej znaczącego.
Oto komentując wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy w Nowym Jorku, Kamiński najpierw – zgodnie zresztą z przyjętą przez rząd narracją – pochwalił Dudę za to, że udało mu się wreszcie uniknąć plucia na Polskę, a następnie gładko przeszedł do eksploatowanego bez końca spotkania Prezydenta z Jarosławem Kaczyńskim i powiedział mniej więcej coś takiego:
No bo po co on tam do Prezesa poszedł? Chyba nie po to, by nakarmić kota”.
Wypowiedź ta została kompletnie zlekceważona, a następnie zniknęła w odmętach zapomnienia, i ktoś powie, że nie ma się co dziwić. W końcu wspomniane lata to czas takiego zbydlęcenia – zbydlęcenia, swoją drogą, które w efekcie doprowadziło do zbrodni – że trudno się przejmować wszystkim. Ja jednak uważam, że i ze względu na osobę autora owego bon motu, jak i na kontekst, tego akurat Kamińskiemu, do czasu aż on w końcu zechce łaskawie opuścić ten padół, zapomnieć nie wolno. Bo w czym rzecz? Oto mamy z jednej strony Jarosława Kaczyńskiego, człowieka dotkniętego przez los w sposób dla nas, normalnych ludzi, wręcz niewyobrażalny, starszego pana, który w niemal modelowej samotności dokonuje żywota, nie mając już praktycznie nikogo, poza być może wspomnianym kotem, a z drugiej tego nażartego byczka z zegarkami za setki tysięcy, który nagle, na widok ich dwojga, uznaje za stosowne zacząć rechotać.
I znów ktoś powie, że to też nic takiego. Przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu przez te wszystkie lata zostało skierowanych naprawdę wiele niewymownie obelżywych gestów. I to jest również prawda, tyle że one zawsze stanowiły jakąś tam, mniej lub bardziej sensowną, reakcję. Tutaj owa złośliwość była w sposób moim zdaniem wręcz doskonały bezinteresowna. Ona nie niosła w sobie choćby śladu ewentualnej, skierowanej czy to pod adresem prezydenta Dudy, czy prezesa Kaczyńskiego, polemiki. To był czysty , niczym nie wymuszony hejt, w rodzaju tego, z jakim niekiedy mamy do czynienia w programie „Szkle Kontaktowym”, kiedy czytamy nadsyłane do programu esemesy.
Tyle że i nawet tu Kamiński przebił ich wszystkich w ten sposób, że oni plując, plują w ramach podrzuconego im tematu. Kamiński, jak mówię, był tu idealnie bezinteresowny. A biorąc pod uwagę jeszcze to, że on, w odróżnieniu od tych nieszczęśników, tak naprawdę świetnie wie, jak się rzeczy mają i o co w tym wszystkim chodzi, możemy podejrzewać, że za tym stoi coś absolutnie wyjątkowego, co zasługuje już tylko na egzorcyzmy.

Szybkimi krokami zbliża się seria kolejnych targów książki, a z nimi moja nowa książka o wielkich rodzinach finansowych. Póki co jednak, zachęcam do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupować niemal wszystko, co zostało wydane dotychczas.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...