sobota, 21 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 1

Pisałem już tu o tym parokrotnie, dziś jednak jest okazja szczególna, by sprawę przedstawić ponownie. Otóż wszystko zaczęło się jesienią 2011 roku, kiedy otrzymałem wiadomość od posłanki Prawa i Sprawiedliwości Izabeli Kloc o następującej treści: „Witam Pana serdecznie, chciałabym osobiście zaprosić Pana na jutrzejszą konferencję, pytała mnie o Pana Pani Prof. Zyta Gilowska”. I tyle. Pozdrowienia, numer kontaktowy i to wszystko. W pierwszej kolejności zadzwoniłem do mojego kolegi i wydawcy, Gabriela Maciejewskiego i zapytałem, czy on wie, co się dzieje, na co Gabriel odpowiedział, że owszem, Zyta Gilowska kupuje nasze książki.
Poszedłem naturalnie na wspomnianą konferencję, spotkałem Zytę Gilowską, porozmawialiśmy króciutko, ona wypowiedziała pod moim i Gabriela adresem parę uprzejmych słów, ja podarowałem jej swoją książkę, ona powiedziała, że wprawdzie ją już ma, ale zachowa tę z moją dedykacją, a tamtą da komuś w prezencie, uściskaliśmy się, no i to był pierwszy i ostatni raz, jak widziałem Zytę Gilowską. Kontakt jednak pozostał. Przede wszystkim oczywiście w tej formie, że Zyta Gilowska nadal regularnie czytała nasze notki, kupowała kolejne książki, ale – i to stanowi powód, dla którego dziś piszę te słowa – przez wiele lat, nawet w czasie, gdy jej bardzo ciężka choroba uniemożliwiała jej udział w życiu publicznym, komentowała sprawy publiczne w wysyłanych do mnie wiadomościach.
Jestem pewien, że te parę dni temu, kiedy Zyta Gilowska zmarła, większość z nas zauważyła, jak owo zdarzenie zostało zlekceważone przez wszystkie strony politycznego sporu. Z jednej strony, dowiedzieliśmy się, że oto zmarł zaledwie jeszcze jeden z byłych ministrów rządu Prawa i Sprawiedliwości, a z drugiej, że obok ministra, zmarła jeszcze „ta Gilowska” – założyciel Platformy Obywatelskiej, liberał i kolejny Żyd, którego bracia Kaczyńscy z nieznanych przyczyn wzięli do rządu. No i oczywiście – to już nieco później – mogliśmy zauważyć też tych, którzy tak naprawdę nie wiedzieli, co to za jedna ta Gilowska, no a poza tym i tak byli zajęci przeżywaniem śmierci Marii Czubaszek. A więc to jest to, z czym wszyscy dziś zostajemy. Ze śmiercią Marii Czubaszek. Minie rok 2016 i pies z kulawą nogą nie będzie wiedział, o co chodzi z tą jakąś Zytą.
Plan był taki, by listy, jakie do mnie pisała Zyta Gilowska, opublikować w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”. Po co? Odpowiedź jest prosta. Po to, by świat dowiedział się, co stracił, i żeby owa wiadomość stała się wiadomością publiczną. Co stracił świat wraz z odejściem Zyty Gilowskiej? I kiedy już wydawało się, że sprawa jest do końca rozstrzygnięta, zainterweniował syn Zyty Gilowskiej i poinformował nas, że on sobie nie życzy, żeby listy, jakie jego mama wysyłała do mnie, wydawać drukiem. Dlaczego? Powiem szczerze, że powodów nam nie przekazano. Nie, bo nie. Grzecznie, ale stanowczo. Próbowaliśmy tłumaczyć, wyjaśniać, zapewniać o naszej dobrej woli – na nic. Nie, bo nie.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak całość tej korespondencji opublikować tu na blogu. To jest mój blog, moja odpowiedzialność, a za to, co tu piszę, odpowiadam własnym sumieniem. A zatem, rozpoczynamy cykl serii notek pod wspólnym tytułem „Zyta, czyli świat znieruchomiał”. Oto część pierwsza. Zyta Gilowska odpowiada na pytanie, czy jej zdaniem, to co przed nami, to zło, czy głupota. Wszystko bez jakichkolwiek zmian. To co pisała nie wymagało korekty.

Oczywiście ZŁO. Jest metafizyczne przecież. Zatem trwałe, energiczne i zdeterminowane. Głupota jest materialna, biologiczna, (może to jakaś plątanina przetok po wyrwie spowodowanej grzechem pierworodnym?). Głupota jest niby rozległa i rozlana, ale miękka i podatna na perswazję, a także na wytrwałe ostrzeżenia. Zło chętnie karmi głupotę - to jest fantastyczne narzędzie dla zła. Dlatego Kościół ustanowiony przez Chrystusa musi wypełniać misję nauczycielską, to jest zasadniczy cel Kościoła Powszechnego – zaraz po głoszeniu Dobrej Nowiny i udzielaniu Sakramentów. A tego właśnie ostatnio dramatycznie zabrakło. Straszny czas zaczął się praktycznie natychmiast po śmierci Jana Pawła II. Jakby puściły jakieś potężne hamulce. Trzeba się modlić i porządnie żyć. Nic więcej pojedynczy człowiek nie może zrobić, chyba że jest lewakiem albo innym postępowcem. O rany! Za co ja się biorę - przecież jestem ekonomistą (ściśle ekonometrykiem), a nie teologiem! Ale mnie Pan podpuszcza, no, no...
Pozdrawiam,
Zyta Gilowska



Właśnie wyjeżdżam do Warszawy, gdzie przez cały weekend na targach na Stadionie Narodowym będę podpisywał swoje książki. Zachęcam wszystkich mieszkańców Warszawy i okolic do tej odrobiny aktywności, zwłaszcza że wiem doskonale, że poza naszym stoiskiem, tam tak naprawdę nie ma nic więcej. I tu nie ma nic do rzeczy moje rozbuchane ego. To jest fakt. Dziś i jutro, Stadion Narodowy, stoisko coryllus.pl, numer 45 BC.

piątek, 20 maja 2016

Jak wydrukować banknot o nominale 240 tysięcy złotych?


Dziś ukazuje się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w niej mój felieton. Serdecznie zachęcam do kupowania, a jeśli ktoś ma z tym trudności, to polecam dzisiejszą notkę.

Kiedy skończył się marsz KOD-u w Warszawie, a organizatorzy podali wynik 240 tysięcy, wokół naturalnie rozległ się pusty śmiech, w żaden sposób nie powstrzymało to jednak głosicieli owego absurdu przed powtarzaniem tej idiotycznej liczby, 240 tysięcy. Mało tego, kiedy piszę te słowa, internetowe wydanie „Gazety Wyborczej” podaje, że któryś z ichniejszych zapaleńców spędził kilka dni i nocy, by rozwiązać ową frekwencyjną zagadkę, i licząc każdą głowę osobno, otrzymał wynik 55 tys. uczestników. Powtarzam: mówimy o badaniach przeprowadzonych przez „Gazetę Wyborczą”.
Czy publikacja owych wyników cokolwiek zmienia, gdy chodzi o stan owego zidiocenia określonego liczbą 240 000? Oczywiście, że nie. Oglądam telewizję, czytam komentarze na internetowych portalach i wciąż wyskakuje na mnie zza rogu kolejny aktywista Światowego Ruchu Na Rzecz Ostatecznej Likwidacji Kaczyzmu i woła: „Ćwierć miliona!”
Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd ta beznadziejna walka o utrzymanie w przestrzeni publicznej owego szaleńczego wręcz pomysłu, że kiedy szeroką ulicą idzie tłum ludzi, to oni wszyscy muszą się tak do siebie przytulać, że czują na sobie obcy oddech. Przecież to jest kompletny absurd. Nie ma fizycznej możliwości, by ludzi, którzy nie mają najmniejszego powodu, by się czuć czymkolwiek ograniczeni, zmusić do tego, by się bez sensu tłoczyli. Skąd więc owa walka o sprawę w gruncie rzeczy przegraną?
Otóż proszę sobie wyobrazić, że zgłosił się do mnie człowiek, który był tam, gdzie to się wszystko działo i poinformował mnie, że Platforma Obywatelska na kampanię promocyjną wspomnianego marszu wydała lekko licząc od sześciu do ośmiu milionów złotych. W jaki sposób? Ot, po prostu, zamawiając druk 1200 billboardów, następnie wynajmując od specjalnej firmy przestrzeń na ich ekspozycję, a wszystko w wyżej wymienionej cenie. Znajomy mój – przypominam, że człowiek, który przez cały czas był tam na miejscu – zapewnia, że najpierw na zlecenie Platformy Obywatelskiej za ciężkie miliony kazano wydrukować 800 bilbordów w średnim formacie i 400 w skali wielkoformatowej, następnie dodatkowe miliony musiano wypłacić obsługującej odpowiednie nośniki firmie Ströer, żeby oni to wszystko odpowiednio rozwiesili, a tym samym osiągając wspomniany wynik sześciu do ośmiu milionów złotych… i nagle wychodzi nam, że z owej demonstracji nie zostało nic poza tymi 50 tysiącami zwiezionych z całej Polski półprzytomnych durniów.
A zatem, o co zdaniem mojego znajomego może chodzić? Otóż o to, że owe 6 do 8 milionów to zaledwie te bilbordy i ich ekspozycja. Całość natomiast wspomnianego przedsięwzięcia idzie w liczby znacznie wyższe. I okazuje się nagle, że ten projekt uzyskał wynik, który zwyczajnie nie przejdzie. 50 tysięcy protestujących pani księgowa zwyczajnie nie przyjmie. I stąd oni wciąż, jak zaklęci, powtarzają te „ćwierć miliona”. By się ratować. W końcu, cel, owszem, jest szczytny, ale bez przesady. Pieniędzy nie drukuje się na prostej drukarce HP, otrzymanej od Orange jako prezent za przedłużenie umowy.

Jutro rano wyjeżdżam do Warszawy, gdzie na targach na Stadionie Narodowym będę podpisywał swoje książki. Zachęcam wszystkich do tej odrobiny aktywności, zwłaszcza że wiem doskonale, że poza naszym stoiskiem, tam tak naprawdę nie ma nic więcej. I tu nie ma nic do rzeczy moje rozbuchane ego. To jest fakt. Sobota i niedziela, Stadion Narodowy, stoisko 45 BC.

czwartek, 19 maja 2016

Czy Zuzia M. lubiła piosenki Black Sabbath?

Na fali nastrojów związanych ze skierowaniem do mnie przez panią Małgorzatę Płysę przedsądowego, jak rozumiem, pisma w związku z oskarżeniem przeze mnie jesienią zeszłego roku krakowskiego festiwalu Unsound o propagowanie satanizmu, wiele osób pyta mnie, czemu ja się aż tak bardzo uparłem, by dręczyć jakąś grupę wyznawców przedchrześcijańskich kultur pogańskich. Czy ja nie mam innych zmartwień? Czy naprawdę uważam, że jeśli jacyś durnie zaczną przekazywać sobie z rąk do rąk ściągnięte z Internetu wiktoriańskie kartki świąteczne, w przekonaniu, że dzięki temu świat poczuje dreszcz, to ja akurat muszę koniecznie zareagować? Otóż sprawa polega na tym, że ów wspomniany festiwal Unsound i stan umysłu jakiejś parki satanistów nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o poziom znacznie bardziej głęboki i znacznie bardziej uniwersalny.
Pisałem już o tym parokrotnie, jednak ponieważ rzeczywistość z każdym kolejnym dniem potwierdza moje oryginalne oceny, uważam, że nie zaszkodzi sprawę jeszcze raz przedstawić, wraz z ewentualnymi nowymi refleksjami. Jak wiemy, przez całe lata, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiało się słowo „satanizm”, nasze pierwsze skojarzenia szły najpierw w kierunku zespołu Black Sabbath, a następnie, w kontekstach bardziej już wyszukanych, niejakiego Nergala i jego muzycznego projektu pod nazwą Behemoth. Przez praktycznie dziesięciolecia, satanizm jako taki kojarzony był albo ze wspomnianym Black Sabbath, albo z projektami określanymi przy pomocy nazwy „black metal”. I tyle. Poza tym, satanizm zwyczajnie nie istniał. Owszem, byli wśród nas tacy, którzy wiedzieli jeszcze, że gitarzysta zespołu Led Zeppelin był zauroczony pismami Alistaira Crowleya, który z kolei od zawsze uchodził za „papieża” współczesnego satanizmu, ale ogólnie rzecz biorąc, problem był, że tak to ujmę, ugłaskany i poskromiony.
I oto od pewnego czasu – i nie dajmy sobie wmówić, że wszystko zaczęło się od rytualnego zabójstwa pod Białą Podlaską – okazuje się, że ten cały Ozzy Osbourne, ten Nergal, ten wreszcie sam Alistair Crowley, to są stare dziady, którzy już dawno zostali z tego interesu wymiksowani, a Diabeł – bo to o nim dziś mówimy – korzysta z całkowicie innych mediów.
A więc mamy tę nieszczęsną Zuzię Maksymiuk, która dziś wraz ze swoim kolegą Kamilem odbywa karę wieloletniego więzienia i wszystko to, co ją tam zaprowadziło. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to moje odwoływanie się tu do satanizmu jest jak psu na budę, niemniej jednak będę powtarzał z uporem maniaka: Zuzia i jej chłopak mają dziś zmarnowane życie nie dlatego, że słuchali zespołu ACDC. Oni znaleźli się na krawędzi wyłącznie przez to, że dali się uwieść czemuś, co ja nazywam za Janem Pawłem II „kulturą śmierci”, a co w moim głębokim przekonaniu stanowi współczesną formę realnego satanizmu.
Po tym jak doszło do wspomnianej zbrodni pod Białą Podlaską, wystarczyło doprawdy kilka chwil spędzonych w Internecie, by zdobyć pewność, że za tym, co się stało, nie stoją ani błędy wychowawcze, ani szkolne kłopoty, ani nawet zawiedziona miłość, ale zwykłe zanurzenie we wspomnianej kulturze śmierci, którą być może najlepiej symbolizują owe tysiące czarnobiałych zdjęć, w tysiącu pozornie odległych miejsc, prezentujących nieodmiennie twarze z wydrapanymi oczami. I niech nikt nie myśli, że to jest jakaś lokalna gra, w której zaangażowała się niewielka grupa pogubionych dzieci. Z tego, co można naprawdę bez większego wysiłku zaobserwować, wynika, że za tym stoi cała bardzo ściśle zdefiniowana cywilizacja i nie dajmy sobie wmówić, że tam Ozzy Osbourne śpiewa „Sweet Leaf”. Tam słychać jedynie wycie wiatru i trzask łamanych gałęzi. To jest projekt na taką skalę, że my nie jesteśmy go w stanie choćby w przybliżeniu ogarnąć. I jeśli dalej będziemy go lekceważyć, to przez to, że on jest po wielokroć utajniony, nie ogarniemy go nigdy.
Te wydrapane oczy wracają ze szczególną mocą, kiedy w grafice Googla wyszukamy obrazy związane z festiwalem Unsound. I to one właśnie prowadzą nas krok po kroku krętymi ścieżkami tego labiryntu do miejsc, o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia, a więc choćby do, jak się okazuje bardzo popularnych w wiktoriańskiej Anglii kartek świątecznych, gdzie też nie mieliśmy ani Diabła z rogami, ani haseł typu „Ave Satan”, ale wręcz odwrotnie, nieodmienne „Merry Christmas”, tyle że zanurzone nie w świetle Narodzin, lecz w triumfie śmierci. I znów, tam też nie znajdziemy nigdzie słowa „satanizm”. Ale nie znajdziemy też słowa „satanizm”, kiedy pójdziemy dalej ową drogą, na którą się już wcześniej zapuściliśmy i dotrzemy do czegoś, co funkcjonuje już w całkiem nowoczesnej nomenklaturze, jako albo „humanistyka okultystyczna”, albo po prostu „folk”. I tam też nie usłyszymy ani Nergala, ani Ozziego Osbourna, ani nawet Alistaira Crowleya. No dobra, zgoda. Jeśli się przyjrzymy uważniej, to znajdziemy gdzieś tam ukryte trzy szóstki, lub maleńki odwrócony do góry nogami pentagram, ale kto by się przejmował takimi głupstwami, gdy ma do czynienia ze zwykłą sztuką nawiązującą do czasów jeszcze przedchrześcijańskich, a więc ideologicznie nieskażonych.
Ale i tak nie o to tu chodzi. Nie to jest naszym największym zmartwieniem, że banda pogan postanowiła urządzić sobie nigdy nie kończące się święta. Problem polega na tym, że tym wszystkim, którzy się z zainteresowaniem wokół tego ogniska kręcą, chodzą po głowie najróżniejsze dziwne myśli, a wszystkie podporządkowane temu jednemu, podstawowemu pragnieniu, by się zakwalifikować do bezpośredniego uczestnictwa w owym Czarnym Kręgu. No i to już naprawdę nie jest najbardziej ich wina, kiedy on czy ona dojdą do wniosku, że bez tego jednego mocnego gestu się nie obejdzie; że aby zostać przyjętym, trzeba się wykazać czymś naprawdę dużym. I to wtedy właśnie dochodzi do zdarzeń takich, jak owa masakra pod Białą Podlaską.
Powiedziałem, że to tak naprawdę nie jest ich wina. Kto zatem jest za te ponure przypadki odpowiedzialny? Najprościej by było odpowiedzieć, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, no ale to by było zbyt proste. On, o czym świadczy jego imię, wyłącznie korzysta z okazji. Stoi, czeka i korzysta. A naszym psim obowiązkiem jest pokazać palcem tych, którzy mu otwierają wciąż to nowe perspektywy.



Dziś rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem ma tam swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście wszystkie książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

środa, 18 maja 2016

Gdy łżą jak głodne psy

Planowałem dziś przedstawić tekst, w którym przekażę swoją wizję satanizmu, już nie jako elementu kultury pop, ale autentycznego projektu skierowanego na budowanie nowej świadomości, jednak nie zdążyłem. Zwyczajnie nie zdążyłem. Ponieważ jednak bardzo mi zależy, by nie zostawiać czytelników z gołymi rękami, bardzo krótko zrelacjonuję stan aktualnej propagandy antyrządowej. Otóż portal onet.pl podał informację, i utrzymał ją do końca dnia, że w wypowiedzi dla programu „Kropka nad i” Moniki Olejnik Mateusz Morawiecki powiedział, że nie marzy o niczym innym, jak o tym, by zostać premierem rządu. Prawda tymczasem jest taka, że na pierwsze pytanie Olejnik, Morawiecki odpowiedział, że on by uznał za zaszczyt awans na wiceszefa Prawa i Sprawiedliwości, natomiast na pytanie kolejne, czy ma chrapkę na stanowisko premiera, powiedział, że to nie jest temat i że nie ma o czym mówić. Naciskany przez Olejnik, powtórzył, że już na to pytanie odpowiadał 25 razy, to i może odpowiedzieć po raz 26, że w ogóle nie ma tematu. Nie przeszkodziło to Onetowi wybić na głównej stronie informacji: „Minister Morawiecki: propozycję objęcia stanowiska premiera uznałbym za zaszczyt”.
Oto drugi news. Bill Clinton ogłosił, że w Polsce nie ma demokracji, w związku z czym praktycznie wszystkie media – jedne z oburzeniem, a drugie z satysfakcją – poinformowały, że komentując wypowiedź Clintona Jarosław Kaczyński stwierdził, że Clinton powinien się leczyć. Tymczasem fakty są takie, że Jarosław Kaczyński powiedział, że biedny Bill Clinton nie ma absolutnie złych intencji, tylko korzysta z przekazów medialnych, które realizują lokalne interesy, natomiast ci, którzy mu te informacje suflują powinni się leczyć.
A więc tak się to robi w Chicago, tym razem jednak z pozycji zdecydowanie defensywnych. Na ile tylko potrafię dobrze ocenić sytuację, oni są w ciężkiej histerii i jeszcze parę dni, a zwyczajnie eksplodują. Tymczasem my nie zapominajmy, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji nie traci czujności. Miejmy na niego oko. Ale o tym jutro.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 17 maja 2016

Czemu Diabeł chodzi do kościoła, czyli skąd ten zgiełk

Od kilku dni żyjemy tu – jedni bardziej, inni mniej – pismem, jakie do mnie skierowała nieznana mi osoba o nazwisku Małgorzata Płysa reprezentująca organizatorów niesławnego krakowskiego festiwalu pod nazwą Unsound, czyli Fundację Tone. Jak niektórzy wiedzą, a inni mogą sobie bardzo łatwo sprawdzić u źródła, rzecz jest w tym, że uznawszy festiwal Unsound za projekt ściśle satanistyczny, a w dodatku próbujący do realizacji swoich czarnych planów wykorzystać parę krakowskich kościołów, opisałem gdzie tylko mogłem ów proceder, no i uruchomiwszy lawinę, doprowadziłem do tego, że dalsze losy owego festiwalu, a przy okazji osób go organizujących, zawisły na przysłowiowym włosku. Dziś, stojąc przed groźbą procesu, pragnę przypomnieć fakt dziś już niemal całkowicie zapomniany, a więc to, że na samym początku owej eksplozji, mam nadzieję, że rozbijającej wspomniany Unsound w drobny mak, nie stoi ani ten blog, ani grono jego najznakomitszych czytelników, ale mój skromny, na zaledwie 444 słowa, felieton dla tygodnika Piotra Bachurskiego „Warszawska Gazeta”. Dziś aż trudno uwierzyć, że to tak się zaczęło. To tam właśnie po raz pierwszy ukazał się ów tekst, a jeśli dziś okazuje się, że wszyscy i tak wciąż mówią o tym blogu, przepraszam bardzo, ale przy całej mojej skromności, to nie jest moja wina. Spójrzmy więc na sam początek.

Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem [już po publikacji tego tekstu, sam David Tibet, lider zespołu zwrócił mi uwagę, że to nie pentagram, lecz krzyż papieski z gwiazdą Alistaira Crowleya]. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 16 maja 2016

Viva Hate!

Mimo że sprawa moich perypetii z festiwalem Unsound i całym tym czarnym towarzystwem, które za jego organizacją stoi, wciąż jest jak najbardziej aktualna, a w tych dniach może jeszcze bardziej niż zwykle, muszę zrobić przynajmniej dzień przerwy na kwestie bardziej bieżące i przedstawić tekst mojego felietonu z ostatniego numeru „Warszawskiej Gazety”. Przy okazji informuję, że projekt pod nazwą gazetawarszawska.com to fake wyprodukowany przez znanego nam skądinąd inż. Cierpisza. Proszę uważać: kwas!

Jeszcze z czasów PRL-u pamiętam kawał, jaki opowiadaliśmy sobie o Breżniewie już po jego śmierci, a którego pointa sprowadzała się do tego, że w trumnie Breżniewa wywiercono dziurki, by robaki, które będą go jadły miały się gdzie wyrzygać. Czy ten dowcip był faktycznie śmieszny, czy zaledwie świadczył o poziomie naszej nieokiełznanej nienawiści, nie potrafię dziś zdecydować, natomiast wiem na pewno, że nie było nic śmiesznego w wydarzeniu, które też pamiętam, a związanym ze wspomnianym żartem. Otóż w tym samym mniej więcej czasie odwiedzałem swojego dziś już nieżyjącego wujka, zapalonego myśliwego, który, jako członek Związku, siłą rzeczy miał wśród swoich kolegów ludzi resortu, w tym tych z pierwszego szeregu. Pewnego dnia wujek zabrał mnie na polowanie, no i tam poznałem jednego z nich, niejakiego Jana Szczęsnego. I oto w pewnym momencie siedziałem sobie z wujkiem, gadaliśmy, a ja opowiedziałem mu dowcip o dziurach w trumnie z Breżniewem. Wujek się roześmiał, ale już po chwili oczy mu poszarzały i wyszeptał: „Pamiętaj tylko, nie opowiadaj tego przy Jasiu, bo to mu się na pewno nie spodoba”.
A jeśli ja pamiętam tamto wydarzenie do dziś, to wcale nie przez to, że myślę sobie, jak blisko wówczas byłem śmierci, ale dlatego, że dziś temat nienawiści nabrał nowych zupełnie kształtów, a moim zdaniem nic lepiej niż tamta historia nie pokazuje tego, czym jest prawdziwe życzenie śmierci, a czym proste pragnienie sprawiedliwości. A to jest moim zdaniem dziś prawdziwy problem.
Myślę, że większość czytelników tych felietonów wie, jak ja bardzo potrafię nienawidzić. Niekiedy moja nienawiść osiąga takie rozmiary, że w swojej bezsilności nie potrafię już nic więcej, jak tylko uciec się do cytatów z Psalmów. Jednak przy tym wszystkim ja jestem, jak sądzę, jak owi kibice Legii, którzy wzywają do wieszania jakiegoś Lisa, czy KOD-u, a tak naprawdę, jedyne co potrafią, to dać w pysk kibicowi Wisły Kraków.
No a mimo to, dostajemy dziś ni stąd ni z owąd tych kibiców i doniesienie do prokuratury, że ktoś chce kogoś wieszać. W tej sytuacji, pamiętając ów szczególny jesienny dzień roku 2010 i człowieka nazwiskiem Cyba, pragnę już tylko powiedzieć, że tu w ogóle nie chodzi o nienawiść. Nienawiść jest dobra. Nienawiść zaledwie podtrzymuje nasze morale. To co nas może wrzucić w ten ogień to owo życzenie śmierci, które nie ma nic wspólnego z nienawiścią.
Wróćmy na chwilę do Jana Szczęsnego, funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, który na pytanie „Jak wyście to robili”, wzruszył ramionami i powiedział: „Normalnie. Strzał w łeb i spokój”. Ja to do dziś zapamiętałem i zapewniam, że na jego twarzy nie było śladu nienawiści. Jeszcze jeden miły starszy pan. Dziś już z pewnością nie żyje, ale jestem pewien, że gdyby nie Matka Natura, on by nam dziś pokazał, jak wygląda miłość.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 14 maja 2016

Czego się boi TenKtóryNiePrzepuszczaŻadenOkazji

Oryginalnie planowałem dziś zamieścić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” o nienawiści, gdy oto otrzymałem drogą elektroniczną to. Uwaga, uwaga!


„Szanowny Panie,
W związku z naruszeniem przez Pana dóbr osobistych Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki wzywam Pana do podjęcia następujących działań:

1. trwałego usunięcia z bloga prowadzonego pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/ następujących wpisów:
a. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/czemu-diabe-chodzi-do-koscioa.html
b. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/czy-rodzice-puszczali-marysie-goniewicz.html
c. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/dlaczego-diabe-nie-lubi-wolnosci-sowa.html
d. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/zy-napada-u-nas-wieczna-licytacja.html
e. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/o-hejcie-spod-znaku-zelaznego-krzyza.html
f. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/11/o-tym-jak-david-tibet-zepsu-latarke.html

oraz niezamieszczania wpisów o tej treści pod zmienionymi tytułami bądź w innych lokalizacjach bloga prowadzonego pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/;
2. opublikowania na stronie internetowej znajdującej się pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/ oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.” oraz utrzymywanie oświadczenia tej treści jako bannera wyświetlającego się na stronie głównej (http://www.toyah1.blogspot.com/) przez okres trzech miesięcy od dnia ich zamieszczenia na tym blogu w sposób nieograniczający swobodnego dostępu w każdym czasie przez dowolnych użytkowników sieci Internet. Banner ten ma mieć rozmiar 930 x 300 pikseli i być usytuowany pomiędzy górną krawędzią strony tego bloga, a logiem bloga, jego tytułem i częścią bloga zawierającą posty. Tekst przeprosin powinien być napisany na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 12 punktów z zachowaniem interlinii 1,5. Banner ten powinien być widoczny z poziomu użytkowników sieci Internet bezpośrednio po wejściu na stronę bloga, nie może mieć formy animowanej, formy pop-up ani formy pop-under. Banner ten nie może być zakryty innym bannerem lub grafiką o charakterze pop-up, pop-under, interstitial lub watermark;
3. opublikowania na stronie internetowej znajdującej się pod adresem http://osiejuk.salon24.pl/ oświadczenia o następującej treści: ‘Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.’ oraz utrzymywanie oświadczenia tej treści jako posta o tytule ‘PRZEPROSINY’ przypiętego jako pierwszy (najbardziej aktualny) post na tym blogu przez okres trzech miesięcy od dnia ich zamieszczenia na blogu. Tekst przeprosin ma być napisany na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 24 punktów z zachowaniem interlinii 1,5. Treść posta ma być napisana na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 12 punktów z zachowaniem interlinii 1,5;
4. złożenia podpisanego przez siebie oświadczenia sporządzonego czcionką Arial (rozmiar 12 pkt) o następującej treści: ‘Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.’, a następnie wysłania tego oświadczenie listem poleconym na adres Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki;
5. zaniechania dalszego naruszania dóbr osobistych Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki poprzez nierozpowszechnianie w jakichkolwiek formach informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.
6. wpłaty kwoty 10.000,00 zł (słownie: dziesięć tysięcy złotych 00/100) na rzecz Krakowskiego Hospicjum dla Dzieci Imienia Księdza Józefa Tischera [tak jest w oryginale – przyp. mój], KRS 0000203313, ul. Różana 11/1, 30-505 Kraków;
w terminie 3 dni od otrzymania niniejszego wezwania.

Małgorzata Płysa Prezes Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki

Ponieważ nie jest grzecznie nie zareagować w sytuacji, gdy ktoś ma do nas sprawę, zareagowałem natychmiast i z pełnym zaangażowaniem, odpowiadając na mail tego nieszczęsnego dziecka w jedyny, jaki mi przyszedł do głowy sensowny sposób:

„Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio; contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium. Imperet illi Deus; supplices deprecamur: tuque, Princeps militiae caelestis, Satanam aliosque spiritus malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo, divina virtute in infernum detrude. Amen”.

I już na koniec – niech będzie, że jako komentarz – gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, z kim mamy do czynienia. Oto, aby sprawdzić, czym oni się dziś zabawiają między jednym a drugim festiwalem, kiedy zostali sami w domu, a David Tybet jest gdzieś daleko za oceanem, przeprowadziłem szybką kwerendę i oto, co znalazłem. Mocne, prawda?



Więcej tutaj: http://tincanforest.tumblr.com/

A gdyby ktoś był zainteresowany, przypominam, że moja książka o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji jest do nabycia tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji. To jest lektura obowiązkowa.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...