środa, 27 kwietnia 2016

Czy w Reichu lubią słuchać piosenek Mariusza Kalagi?

W jednym z dawnych już tekstów, w których, przyznaję, że być może ze zbyt dużą dezynwolturą, przedstawiłem swoje emocje, gdy chodzi o tak zwaną śląskość, opisałem wydarzenie, które zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie i niewykluczone, że w jakiś sposób sprawiło, że w ogóle postanowiłem na ten temat się wypowiedzieć. Otóż w pewien zimowy wieczór stałem sobie na przystanku tramwajowym w Chorzowie i czekałem na tramwaj do Katowic. Obok znajdował się tak zwany „sklep muzyczny”, co oznaczało sprzedaż płyt CD, i z wystawionych na zewnątrz głośników leciały śpiewane w języku niemieckim piosenki reprezentujące gatunek powszechnie znany pod nazwą „muzyka biesiadna”. Ktoś się zapyta: „Czyli disco polo?” Otóż nie. Przede wszystkim, disco polo, jak sama nazwa wskazuje, to jest muzyka polska, a poza tym, przy tym, co usłyszałem tamtego zimowego wieczoru na przystanku tramwajowym w Chorzowie, disco polo to zdecydowanie sztuka wysoka. Tam grano niemiecką piosenkę biesiadną.
Postanowiłem dziś wrócić do tamtych wspomnień, bo parę dni temu, nudząc się nagle jak pies, zacząłem skakać po telewizyjnych kanałach i trafiłem na telewizję, której szczęśliwie nigdy wcześniej oglądać nie miałem okazji, a tam akurat trwał koncert życzeń. Każdy z nas, który pamięta głęboki PRL, wie też, co to takiego ów koncert życzeń. Otóż była to, bądź to telewizyjna, bądź radiowa audycja, gdzie puszczano nam piosenki z dedykacją dla osób mniej lub bardziej bliskich. Program zwykle prowadzili pan i pani, w pewnym momencie pojawiał się komunikat typu: „Dla ukochanej mamy i żony Kasi Jędrzejczak z Sosnowca z okazji 34 rocznicy urodzin, z najlepszymi życzeniami od męża Władka, córki Janeczki i syna Kazika”, no a potem już leciał Krzysztof Krawczyk lub Anna Jantar. I tak przez godzinę. Od czasu jednak jak Polska wstąpiła na drogę demokracji, a potem konsekwentnie stała się częścią Europy, koncerty życzeń stały się przeżytkiem, a jeśli ktoś z nas dziś chce zaistnieć w przestrzeni ogólnopolskiej, to może najwyżej zatelefonować do Szkła Kontaktowego, ewentualnie do Radia Maryja i liczyć na to, że go puszczą.
I proszę sobie wyobrazić, że ja tu nagle, między jedną a druga wizytą w Polsce Komisji Weneckiej, wpadam na telewizję Silesia, a tu dwie kobiety wyglądające, jak gwiazdy zabawy tanecznej w mojej wiosce w roku 1966, siedzą za wielkim stołem i w języku śląskim zapowiadają, że z okazji urodzin… i tak dalej. A po tej zapowiedzi pojawia się niejaki Mariusz Kalaga i mamy to:



A zatem, jak widzimy, nie jest to ani Krzysztof Krawczyk, ani Anna Jantar, ani nawet Reni Jusis, lecz niejaki Mariusz Kalaga. Tamci mogą się lansować w cieple III RP, tu natomiast znajdujemy się w wymiarze całkowicie osobnym i faktycznie, gdyby nie wciąż pewne suflowane bokiem zagrożenia w postaci uwag Jarosława Kaczyńskiego o „opcji niemieckiej” to Kalaga musiałby albo zacząć śpiewać po niemiecku, albo do wypełniania radością kolejnych dni by mu znaleziono godnego zastępcę w wydaniu oryginalnym. No ale Kalaga, jak widzimy, śpiewa jak najbardziej po polsku, a jak przejrzymy jego bogate dossier na youtubie, to i znajdziemy nawet oryginalne wykonanie „Barki”.
I jeśli ktoś myśli, że to już koniec, jest w ciężkim błędzie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że szedłem sobie niedawno ulicą Młyńską w Katowicach i, tak jak to zawsze czynię przy tej okazji, mijając sklep z muzyką, zatrzymałem się, by zobaczyć, co tam dziś dają. I oto od lewej do prawej, najpierw była nowa płyta tego satanisty Bowiego, obok płyta tej satanistki Rihanny, a jeszcze bardziej na prawo Kalaga i jego DVD zatytułowane „Benefis Mariusza Kalagi – 30 lat na scenie”. Przepraszam bardzo, ale to jednak znacznie dłużej niż… no może nie Bowie, ale Rihanna na pewno.
Najnowsza płyta Bowiego „Black Star”, którą on nagrał i następnie oddał swoją duszę Diabłu, uważam za jedną z najwybitniejszych płyt w historii muzyki popularnej. Wysłuchałem ją raz i dalej już nie słucham, bo się boję. Nowej płyty Rihanny słucham czasem i uważam, że to jest kawał fantastycznego wręcz popu. No ale tu nagle mamy tego Kalagę, ten koncert życzeń w TV Silesia, te 30 lat na scenie, no i ten Śląsk, tak bardzo ekspresyjny na przystanku tramwajowym w Chorzowie pewnego zimowego wieczoru. Patrzę więc na tego Kalagę, staram się wczuć w emocję tych wszystkich ludzi, którzy mnie każdego dnia otaczają z każdej strony i dla których z takim sukcesem wciąż działa ta dziwna telewizja i myślę sobie, że oni naprawdę uwierzyli, że są poza tym wszystkim; że ich ta cała Polska nie interesuje; że oni stanęli właśnie na progu upragnionych Niemiec i za chwilę znajdą się w raju.
Otóż, tym razem ze szczerym zrozumieniem i jednak sympatią, zmuszony jestem ich poinformować, że oni są już mocno spóźnieni. Jeśli chcą sobie posłuchać fajnych szlagrów, to tylko tu, w Polsce. Tam w Reichu większość leci już wyłącznie po angielsku. Tam Kalaga się najzwyczajniej w świecie nie mieści. Takie czasy.

Jeśli chodzi o książki, to ja naprawdę szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam są wszystkie książki, które aktualnie są warte uwagi. W tym sześć moich. Polecam.

wtorek, 26 kwietnia 2016

James Woods - nasz człowiek w Hollywood?

Znów z pewnym opóźnieniem wymuszonym przez sprawy bieżące przedstawiam felieton z aktualnego wydania „Warszawskiej Gazety”. Jeszcze raz James Woods vs. Bono.

Od kilku dni cała Polska jest pod wrażeniem wystąpienia wokalisty znanej grupy muzycznej U-2, o ksywie Bono przed amerykańskim Senatem, Wyraził ów Bono tam przekonanie, że w wielkiej europejskiej rodzinie cywilizowanych i demokratycznych państw są dwa reżimy faszystowskie, a mianowicie Węgry i Polska, i zwrócił się do Amerykanów z apelem, by odpowiednio zareagowali. Wystąpienie Boniego – nie moja wina, że tak to się chyba powinno odmieniać – Amerykanie, jak się zdaje zlekceważyli, natomiast z wielkich światowych przywódców odezwał się król Europy, Donald Tusk i na swoim profilu na Twitterze wrzucił niezwykle tajemniczą, a jednocześnie głęboką uwagę: „Pro publico Bono”, czym jednych doprowadził do prawdziwej ekstazy, a innym kazał uznać, że Bono już nie jest sam i w tej chwili mamy dwóch idiotów.
Gdy chodzi o reakcję polskich mediów, również można zauważyć dwa głosy. Z jednej strony cały Internet – a jak wiemy dziś to raczej Internet jest wyrazicielem głosu opinii publicznej – z obu durni okrutnie kpi, natomiast reakcję mediów oficjalnych najlepiej odzwierciedla wypowiedź Moniki Olejnik z telewizji TVN24 oraz „Gazety Wyborczej”, która na czyjąś uwagę, że może byłoby lepiej, gdybyśmy zamiast analizować polityczne refleksje jakiegoś dawno już artystycznie zdechłego piosenkarza, porozmawiali choćby o wspólnym liście Victora Orbana i Helmuta Kohla na temat kryzysu uchodźców w Europie, z pełną powagą odpowiedziała, że Bono jest od Kohla większym autorytetem.
Ponieważ, jak widzimy, państwo się bawią, końca owej zabawy nie widać, w dodatku z każdej strony dochodzą do nas kolejne propozycje, jak by tu można było zająć naszą uwagę tematami zastępczymi i jak zawsze podstępnymi, pragnąłbym zwrócić uwagę na inny głos, osoby co najmniej tak samo zasłużonej dla światowej sztuki, jak wspomniany Bono, a mianowicie słynnego amerykańskiego aktora nazwiskiem James Woods, znanego nam choćby z takich filmów jak „Casino”, „Dawno temu w Ameryce”, czy „Męska gra” i dużo ponad stu innych. Otóż ów James Woods, ostatnio bardzo mocno zdeklarowany człowiek konserwatywnej prawicy, w komentarzu na Twitterze napisał co następuje: „A więc Polska, od zawsze wystawiona na różnego rodzaju złośliwości, wykazuje zdrowy rozsądek niedostępny dla Obamy, Clintona, czy Merkel…”
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tak naprawdę, gdy chodzi o oceny polityczne takich ludzi jak Bono, James Woods, czy, u nas w Polsce, jakiś Marek Kondrat, czy Daniel Olbrychski, lub Zbigniew Hołdys, one są bez znaczenia z tego powodu, że tak zwani ludzie sztuki od zawsze byli raczej popularnym pasem transmisyjnym treści, które chcą nam przekazać rządy, banki, czy wielkie biznesy i my nie mamy powodu, by się do nich szczególnie przywiązywać. Gdy chodzi jednak o kogoś, kto pochodząc z samego centrum tego gniazda żmij, głosi pooglądy, za które w swoim środowisku zostanie najprawdopodobniej wyklęty, nie zaszkodzi się jednak na jego słowach skupić.
Popatrzmy więc z życzliwością na Jamesa Woodsa.

Zapraszam wszystkich czytelników do księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Z wyjątkiem oczywiście „Siedmiokilogramowego liścia”, który jest już wyczerpany. Bardzo polecam.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Gdy Prawo i Sprawiedliwość poczuło moc

Ponieważ jestem pewien, że dziś naprawdę mało który z czytelników tego bloga to wie, przypomnę chętnie, że partia Porozumienie Centrum powstała w maju 1990 roku. Zbliżały się wybory prezydenckie z Lechem Wałęsą jako oczywistym faworytem, rząd Tadeusza Mazowieckiego z dnia na dzień budził coraz większą publiczną niechęć, a potem już tylko wściekłość, Bronisław Geremek na ostatnim już chyba oddechu próbował budować coś, co miało się nazywać Partią Solidarność, a co miało powtórzyć w Polsce historyczny sukces meksykańskiej Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej, kiedy to Jarosław Kaczyński zarejestrował partię pod nazwą Porozumienie Centrum.
Gest ten wywołał oczywiście ze strony systemu falę wściekłości, jaką Polska po roku 1989 przeżyła może parę tylko razy. Przede wszystkim oczywiście poszło o Kaczyńskiego, którego oni z całą pewnością mieli na oku już od pewnego czasu, ale głownie z tego powodu, że jemu przyszło do głowy zakładać partię polityczną w sytuacji, kiedy, jak powszechnie było wiadomo, w nowym układzie politycznym coś takiego, jak partia, jest bzdurą i przeżytkiem. Dziś nam jest w to pewnie bardzo trudno uwierzyć, ale w roku 1990 naprawdę oficjalny przekaz był taki, że partie polityczne są zbędne. Wystarczy mniej więcej coś takiego, jak to, co dziś proponuje Paweł Kukiz, a więc powszechny ruch obywatelski. Z tą oczywiście różnicą, że dziś Kukiz niczego nie zakazuje, natomiast Geremek zupełnie otwarcie wzywał do likwidacji partii politycznych.
Powstało więc w maju, wśród zgiełku najbardziej wściekłej propagandy, owo Porozumienie Centrum, a we wrześniu moja żona złożyliśmy odpowiednie wnioski i zostaliśmy jednymi z pierwszych członków. Jesienią zeszłego roku podczas krakowskich targów książki spotkałem marszałka Ryszarda Terleckiego, powiedziałem mu, że jestem przy Kaczyńskim nieprzerwanie od września 1990 roku, na co on się zaśmiał, powiedział „A to widzę, że jest pan członkiem Zakonu” i sobie poszedł.
Mijały lata i tu chyba większość z nas mniej więcej wie, jak się sprawy przez lata rozwijały. W każdym razie, kiedy w roku 1998 Służby doprowadziły praktycznie do unicestwienia pozbawionego przywództwa Porozumienia Centrum i w jego miejsce powstał twór pod nazwą Partia Chrześcijańsko-Demokratyczną ja i moja żona otrzymaliśmy od lokalnych struktur Porozumienia Centrum oficjalną propozycję wstąpienia do nowej partii, powiedziałem im, że ja już do końca życia pozostanę z Jarosławem Kaczyńskim, no i zostałem. Przyszedł rok 2000, dla uczczenia nowego milenium Loża zdecydowała zamknąć projekt pod nazwą „socjaldemokracja”, powstało Prawo i Sprawiedliwość, a w reakcji na ten ruch Służby w jednej chwili założyły Platformę Obywatelską. Lech Kaczyński został prezydentem, Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, po dwóch latach System odzyskał władzę, a ja i moja żona, wśród tych szyderczych wrzasków, głównie w geście solidarności, ale też całkowicie naturalnie przecież, wstąpiliśmy do Prawa i Sprawiedliwości. I tak pozostajemy najpierw przy Lechu i Jarosławie Kaczyńskich, a dziś już tylko przy Jarosławie do dziś. Każdy kto czyta ten blog, z całą pewnością zdaje sobie sprawę ze stopnia praktycznego zaangażowania i ofiarności, jaką przez te lata wykazaliśmy zarówno ja, jak i moja żona, na rzecz tego, by ów projekt ostatecznie zatriumfował.
Przez te wszystkie lata to tu to tam pojawiały się głosy, że ja trzymam się tego Kaczyńskiego, bo albo coś od nich dostaję, albo na coś mocno liczę. Otóż nic z tego. Nawet moje kandydowanie do Sejmu w roku 2011 nie było moim pomysłem, lecz stanowiło prostą reakcje na prośbę tych samych ludzi, którzy w roku 2008 zachęcali mnie do tego, bym wstąpił do Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej. Chodziło o to, by partia miała długą listę, no i ja byłem jednym z tych, który zgodził się ją uzupełnić. Bez chwili zastanowienia, jak zawsze.
Poza tym jednak moja przynależność do Prawa i Sprawiedliwości nie dała mi nic ponad tę satysfakcję, że jestem tam, gdzie być powinienem, no i różnego rodzaju dokuczliwości, włącznie z utratą pracy na pewien czas, a w konsekwencji konieczność uruchomienia zbiórki z tytułu prowadzenia tego bloga. To też część z nas pewnie pamięta.
I oto parę dni temu moja żona otrzymała pismo od lokalnego zarządu partii, że jeśli nie ureguluje zaległych składek zostanie skreślona z listy członków. Dziwnym zbiegiem okoliczności spotkałem też w tych dniach człowieka, który osobiście w roku 2008 namawiał mnie do wstąpienia do nowej partii, który poinformował mnie, że Prawo i Sprawiedliwość poczuło się na tyle mocno, że zdecydowało się na czysto załatwić kwestie członkostwa i że, gdy chodzi o mnie, to z uwzględnieniem dwudziestu książek, które im w międzyczasie podarowałem, zalegam im na paręset złotych i jeśli ich nie ureguluję, wylecę.
I ja pragnę tu uroczyście oświadczyć, że przedstawiona sytuacja cieszy mnie niezmiernie. Przede wszystkim, z praktycznego punktu widzenia, ja naprawdę przez swoje członkostwo w Prawie i Sprawiedliwości miałem więcej problemów, niż korzyści. Od czasu gdy zacząłem wydawać książki, oni nawet nie uznali za stosowne poinformować miejscowych sympatyków o tym, że jeden z nich coś tam osiągnął w skali pozalokalnej. Nie zorganizowali mi tu nawet jednego spotkania. Zapraszali praktycznie wszystkich – nie mnie. Ale pies ich drapał. Ja to rozumiem. Oni są zajęci swoimi karierami i trudno od któregokolwiek z nich oczekiwać, że się wybiją na wolność. Pretensji nie mam, zwłaszcza, że wbrew zachęcie, bezpośrednio swego czasu do mnie skierowanej przez samego Jarosława Kaczyńskiego, bym się zaangażował w partyjną działalność w ramach zwyczajowych procedur, ja się w tę działalność nie zaangażowałem – pomijając oczywiście tamten start w wyborach – ani na jotę. Nawet nie odkładałem na te nieszczęsne składki. A o mojej żonie już nawet nie wspominam. Myśmy się wyłącznie ograniczali do dawania świadectwa.
Nie mam więc pretensji, ale wręcz przeciwnie, niezmiernie mnie ta sytuacja cieszy. Ja sam bym zapewne z partii nie odszedł i bym dalej musiał się męczyć z wszelkimi ograniczeniami, jakie to członkostwo jednak na mnie wymusza. A nikt nie wie, jak to bywa męczące. Poza tym, ja się autentycznie cieszę, że Prawo i Sprawiedliwość odniosło wreszcie taki sukces, że oni mogą sobie pozwolić na to, by wszystkich niepłacących członków zwyczajnie wywalić na pysk. Jestem pewien, że poza Prawem i Sprawiedliwością dotychczas w Polsce takiego ruchu nie wykonał nikt. A to musi świadczyć o tym, że kondycja partii Jarosława Kaczyńskiego jest dziś zupełnie wyjątkowa. Na niczym innym nigdy mi nie zależało.
Te zaległości, nawet jeśli je zsumować, to w sumie nic porażającego. Jakieś parę stów. Jednak chyba się jednak nie zdecyduję, bo raz, że mam inne, bardziej podstawowe wydatki, a dwa, że mi autentycznie nie zależy. Gdybyśmy znów dostali w łeb, jak parę razy wcześniej, to bym się oczywiście sprężył, ale teraz? Cóż im po mnie? A jeśli idzie o te książki, które ode mnie dostali, to niech je sobie tam przekładają ze stolika na stolik. Gdyby się postarali, już dawno by na nich zarobili więcej, niż dziś jestem im winien. Ale, aby choć jedną sprzedać, musieliby najpierw ludziom wyjaśnić, w czym rzecz, no a ponieważ tego nie zrobią, kto im za nie da choć złotówkę? Przecież nikt.
Ale, jak mówię, cieszę się bardzo. Każdego dnia widzę, jak Prawo i Sprawiedliwość orze ten syf, jaki nam zostawiła po ośmiu latach Platforma Obywatelska i kiedy widzę, jak im świetnie idzie, jak Polska to szanuje i wspiera, jestem pełen radości. Jesteśmy z Polską.

Co do wspomnianych książek, przede wszystkim nie wykluczam, że gdzieś tam w katowickim oddziale PiS-u można kupić jeszcze parę egzemplarzy „Siedmiokilogramowego liścia”. Pozostałe tytuły oczywiście są do nabycia głównie w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books. Szczerze zachęcam.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Zawisza Zielony, czyli Bóg, Pieniądze i Ojczyzna

Ponieważ dzięki ostatecznemu zidioceniu Pawła Kukiza, gwiazdą na naszej politycznej scenie stał się zupełnie niespodziewanie Artur Zawisza, nie mogę nie wspomnieć swojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie ów Zawisza dostał wszystko to, co dostać powinien. Zachęcam do wspomnień i refleksji.


Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak:
„Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

***

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do przeczytania w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety”. A w związku z tym mamy mały suplement.
Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety” przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu, Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
„Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania.

Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, gdzie można między innymi kupic moje książki. To jest ostatnia stacja. Gwarantuję własnym życiem.

sobota, 23 kwietnia 2016

Justyna Pochanke wstępuje do PZPR, czyli dobra zmiana

Zachowując oczywiście odpowiedni poziom ostrożności, gdy chodzi o wszelkie – powtarzam, wszelkie – poczynania naszej obecnej władzy, muszę wyznać szczerze i z podniesionym czołem, że od czasu, gdy Prawo i Sprawiedliwość wzięło się za państwowe media, swoje dotychczas ulubione TVN24 zacząłem oglądać z doskoku, natomiast jeśli zdarza mi się oglądać politykę w telewizji, to niemal wyłącznie TVP. A zatem, pragnę ogłosić, że jeśli dziś zestawimy dwa główne dzienniki informacyjne, czyli tefauenowskie „Fakty” i rządowe „Wiadomości”, to w ogóle nie ma o czym mówić. „Wiadomości” to są profesjonalnie redagowane wieczorne wiadomości, ciekawe i dostarczające wszelkiej potrzebnej wiedzy, natomiast TVN, jak się domyślam, w wyniku jakiejś ciężkiej desperacji, popadł w kompletny obłęd i już nawet nie udaje, że im chodzi o coś innego, jak tylko o tępą propagandę tworzoną na rzecz politycznej opozycji.
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że od czasu, gdy w telewizji publicznej pojawili się bracia Karnowscy, Jerzy Targalski, Rafał Ziemkiewicz, Witold Gadowski, a ostatnio nawet – o zgrozo – Marian Kowalski, wielu z nas zesztywniało i owo zesztywnienie trzyma się nas mocno i na dobre, rzecz jednak w tym, że w TVP obok Targalskiego mamy Wielowieyską, obok Ziemkiewicza Wrońskiego, a obok Karnowskiego jakiegoś Stankiewicza. I szafa gra. Nikomu to nie przeszkadza. Nie przeszkadza nawet wtedy, gdy nagle, z jakiegoś niezbadanego powodu, trzeba nam oglądać wyłącznie bandę jakichś szpicli, bo wiemy, że i tak dajemy radę.
Jak mówię, od pewnego czasu TVN24 oglądam z doskoku, ale jednak oglądam. Otóż to co na mnie zrobiło wrażenie zupełnie wyjątkowe, to to, że tak jak zmieniła się telewizja publiczna, tak samo zmienił się TVN, tyle że TVN – co wydawałoby się nie do zrobienia – zdecydowanie na gorsze. I to w stopniu wręcz porażającym. Podczas gdy oni wcześniej, zwłaszcza w trakcie jednej i drugiej kampanii wyborczej – mimo że wszyscy przecież wiedzieliśmy jak się sprawy mają – starali się jednak robić wrażenie kogoś, kto informuje, dziś nie zachowują nawet pozorów. Tu już mamy wyłącznie walkę o przeżycie.
Przez ostatnie dni, ot tak dla zaczerpnięcia oddechu, chciałem obejrzeć, co słychać we wspomnianym TVN-ie, czyli konkretnie w ich sztandarowych „Faktach po faktach”. I proszę sobie wyobrazić, że w minioną środę cały czas był wypełniony przez ministra w rządzie Leszka Millera i Marka Belki, Jerzego Hausnera, w czwartek pokazano dwie debaty, jedna z udziałem znanego nam aż zbyt dobrze Ryszardem Kaliszem, i jakiegoś Żurka z Krajowej Rady Sądownictwa, a następnie między Pawłem Śpiewakiem, a psychologiem Santorskim. Po nich jeszcze była „Kropka nad i”, a w niej sam Roman Giertych. Kiedy wczoraj rzuciłem okiem, by zobaczyć, czy oni się może opamiętali, okazało się, że jedynym gościem „Faktów po faktach” jest Włodzimierz Cimoszewicz, natomiast w programie Piaseckiego dyskutują Barbara Nowacka i Krzysztof Bosak.
Gdyby ktoś nie wiedział, telewizja TVN24 od wielu lat prowadziła taką politykę, że właściwą propagandę sączyła niejako bokiem, natomiast na zewnątrz tworzyła wrażenie, że informuje. Kształt programu „Fakty po faktach” był w związku z tym taki, że dzień w dzień na dwa różne tematy dyskutowały dwie pary rozmówców, reprezentujących dwie strony politycznego konfliktu. Oczywiście, prowadząca program zachowywała jak najbardziej pozycję strony sporu, ale jakoś to wyglądało. Dziś nagle okazuje się, że TVN pokazuje albo wyłącznie Hausnera, albo Cimoszewicza, albo – co się oczywiście zdarzało wcześniej – Marcinkiewicza, czy Olechowskiego, by nie wspomnieć o Petru, który jest tam zawsze i bardzo regularnie, a jeśli już się uda zorganizować jakąś debatę, to Kalisza z Żarkiem i Śpiewaka z Santorskim. A po nich Giertycha.
Ktoś powie, że ja już musiałem naprawdę upaść bardzo nisko, by się zajmować takimi głupstwami, jak to, kto występuje w telewizji TVN24. Dla mnie jednak to co się dzieje w tej właśnie telewizji stanowi autentyczny problem. Bo oto okazuje się, że w momencie gdy TVP jednak wróciło do jakiejś równowagi, oni najwyraźniej oszaleli. Jak wiedzą czytelnicy tego bloga, TVN24 oglądam od ponad już 10 lat i nigdy nie widziałem, by oni aż tak – przepraszam za kolokwializm – „odjechali”. Jak już raz powiedziałem, tam zawsze były zachowane pozory. Cokolwiek by się działo, to cały wysiłek szedł na ukryty przekaz, na wierzchu natomiast mielismy prawdziwą „Europę”. Dziś natomiast, w ciągu trzech zaledwie dni, musimy oglądać dwa pełne 30 minutowe wywiady z dwoma już dawno zapomnianymi komunistycznym dygnitarzami, a wszystko po to, byśmy usłyszeli, że PiS zagraża demokracji.
I oczywiście, ja mam świadomość, że rozwój politycznych zdarzeń do tego stopnia zaskoczył media, że oni zwyczajnie stracili głowę, ale biorę pod uwagę jeszcze jedną możliwość. Ze względu na to, że Telewizja Polska nagle stała się tak bardzo poważnym i poważnie traktowanym medium, znaczna część prawicowych polityków, czy dziennikarzy najzwyczajniej w świecie uznała za bardziej opłacalne tracić swój czas właśnie tam, a nie na jakiejś Wiertniczej. A więc biorę mocno pod uwagę taką ewentualność, że w tej chwili jest tak, że asystent Pochanke, czy Olejnik dzwoni do któregoś z polityków PiS-u z zaproszeniem na wieczór i słyszy, że może innym razem, bo oni na dziś mają inne plany.
Pamiętam, jak kilka lat temu, kiedy wydawało się jeszcze, że PiS do władzy nie wróci nigdy, partia postanowiła przeprowadzić bojkot telewizji TVN. Choć oczywiście sam pomysł był uczciwy i sensowny, nic z niego nie wyszło, bo kierownictwo stacji zaczęło zapraszać jako polską prawicę takich ludzi jak Marek Jurek, Artur Zawisza, czy Marian Piłka, a ci oczywiście rzucili się na te swoje 15 minut, jak pies na kość, i biznes przeżył. Dziś jednak biorę mocno pod uwagę taką opcję, że jeśli TVN24 pokazuje wyłącznie Cimoszewicza, Kwaśniewskiego, Marcikiewicza, czy Giertycha, to dlatego, że cała reszta siedzi od rana do wieczora w TVP Info i ani im w głowie się ruszyć. Dlaczego? Bo wiedzą, że tam w tej chwili jest jedyny przekaz, że tylko tam obecnie można się jakoś pokazać. I myślę sobie, że gdyby faktycznie tak to miało być, to ja bym musiał uznać, że Prawo i Sprawiedliwość faktycznie odniosło zwycięstwo. I to by była dla mnie wiadomość naprawdę dobra. Nawet jeśli lada chwila zostanę wyrzucony z Prawa i Sprawiedliwości za zaległości w płaceniu składek, na co się zanosi. Ale to już inny temat.

Zapraszam wszystkich czytelników do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Z wyjątkiem oczywiście „Siedmiokilogramowego liścia”, który jest już wyczerpany. Bardzo polecam.

piątek, 22 kwietnia 2016

Deep in the woods, czyli o umieraniu wśród oklasków

Miałem o tym pisać już parę dobrych tygodni temu, ale tak jak to ostatnio bywa, czas mnie pożarł i tyle przynajmniej dobrego, że parę istotnych rzeczy w tym czasie udało się jednak powiedzieć. Chciałbym jednak wrócić do owej zaległej kwestii, która pod pewnym względem być może przewyższa wszystko inne, co nas ostatnio dręczy i nie daje spać. Oto, jak pewnie każdy z nas musiał w swoim czasie zauważyć, jeszcze jesienią zeszłego roku zaginęła w Poznaniu młoda kobieta nazwiskiem Ewa Tylman. Była noc z niedzieli na poniedziałek, owa Tylman bardzo wczesnym rankiem wracała z nocnego imprezowania do domu, no i gdzieś się po drodze zapodziała. Towarzyszył jej znajomy nazwiskiem Z., który akurat wrócił do domu bezpiecznie i tylko po to, by następnie zapewnić policję, że on nic z tego co się stało nie pamięta, bo oboje byli bardzo pijani. To że oni wracali razem i że był wczesny ranek wiemy z obrazu zarejestrowanego przez miejskie kamery. Ewy Tylman dotychczas nie odnaleziono. Podobno Z. wrzucił ją do Warty. Podobno.
To są zatem podejrzenia, co natomiast wiadomo na pewno, to przede wszystkim to, że z jakiegoś niewyjaśnionego do końca świata powodu sprawa zaginięcia Ewy Tylman stanowi temat, jakiego współczesna Polska chyba nie miała. W ciągu minionych 25 lat zaginęły dziesiątki, jeśli nie setki czy tysiące młodych kobiet i pies z kulawą nogą się na ich temat nie zająknął. Rodziny poinformowały o zaginięciu policję, policja sprawę odhaczyła, dziennikarze wzruszyli ramionami i świat się kręci, jak kręcił. Gdy chodzi o Tylman, media staja na głowie, byśmy o zdarzeniu nie zapomnieli i przynajmniej raz dziennie pytali: „Znaleźli już tę Tylman?”
Drugie co wiemy, to to, że ów Z., który został z Tylman sfilmowany przez miejskie kamery, a dziś diabli wiedzą, co się z nim dzieje, to jakiś aspirujący model i satanista. No i to oczywiście jest temat przynajmniej dla mnie fascynujący, tyle że co z tego, kiedy jedyne co słyszymy, to pytanie, czy Ewa Tylman się wreszcie z tej Warty wynurzyła, czy nie. Nawet nie wiemy, kim ona, czy jej rodzice, byli, że cała Polska musi się jej zaginięciem zajmować. Może chodzi o to, że, jak wskazują zdjęcia, ona była chyba ładna. A może po prostu mamy w ogóle do czynienia z jakimś lepszym towarzystwem? A może chodzi o ten satanizm i o to, że oni wpadli w ciężką panikę i z jednej strony nie chcą niczego wyjaśnić, a z drugiej, nie potrafią sprawy zamknąć. Doprawdy nie wiem.
Ale to jeszcze nie pora, by zacząć wrzeszczeć. Oto jakiś czas temu ukazała się w mediach wiadomość, że z Warty wyłowiono zwłoki młodej kobiety i policja bada, czy to przypadkiem nie jest Ewa Tylman. Nie niegdysiejsza Kasia, nie Zosia, nie Magda, nie dziesiątki innych dziewcząt, które przez te wszystkie lata zmarły w czarnym nurcie Warty, ale Ewa Tylman, gwiazda Nowego Wspaniałego Świata.
No i niestety, po kilku dniach pełnego napięcia wyczekiwania, okazało się, że nie. To nie Tylman, ale jakaś Daria. Co za żal, co za nędza. Daria? Pewnie jakaś gruba wieśniarą. A kogo ta jakaś Daria obchodzi?
Jeśli ktoś myśli, że ja tu dokonałem jakiejś manipulacji, niech się nie łudzi. To wszystko dobyło się dokładnie w ten sposób. Wszyscyśmy mieli nadzieję, że wyłowiono Tylman, a tymczasem, cholera ciężka, okazało się, że to jest zaledwie jakaś Daria. Utonięta w Warcie diabli wiedzą kiedy, po co i przy jakiejś okazji.
A ja sobie myślę, że skoro o tym sataniście już pewnie nie usłyszymy, a i prawdopodobnie owa Ewa Tylman pozostanie w naszej pamięci już niczym innym, jak tak zwanym „miejskim mitem”, skupmy się na Darii. Biednej, nikomu niepotrzebnej Daria, która się nieproszona wpieprzyła w tak misternie poukładaną historię. Co za nietakt! Co za buractwo!
No ale też miejmy na oku te straszne, wiecznie w najwyższej formie media. To co oni zrobili z Darią powinno nam uświadomić pełnię tego zła od początku do końca. Sposób, w jaki oni potraktowali Darię, to bezpośredni i idealny dowód na to, że dla nich jest już miejsce tylko w piekle i to na jego najniższym kręgu. Ale przy okazji, wyciągając z tej nauki wiedzę ściśle praktyczną, pamiętajmy proszę, że to jest świat obcy, do którego nie powinniśmy nawet na krótki moment zaglądać. Zwłaszcza w czasach, jak to niektórzy mówią, ostatecznych.

Wszystkich, którzy mają ochotę kupić sobie coś do czytania, zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie mamy naprawdę dużo przeróżnych książek, a wszystkie najlepsze.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Kaczyński przewraca płot

Zabrało mi to całe trzy dni, ale w końcu zdecydowałem się kupić tygodnik „W Sieci” i przeczytać słynny już dziś bardzo wywiad z Jarosławem Kaczyńskim. I tak jak się to już okazało wielokrotnie, to co mówi Kaczyński, a sposób, w jaki jego słowa są relacjonowane przez opozycję, oraz przez komentatorów, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony politycznej sceny, to dwie kompletnie różne rzeczy. Z tego co słyszymy, pierwsza i faktycznie jedyna informacja, jaka dochodzi do nas po wypowiedzi Kaczyńskiego, to ta, że między nim a Andrzejem Dudą panuje ciężki chłód, dalszy los Beaty Szydło robi wrażenie wybitnie ponure, no a sam Prezes nie jest w stanie dłużej znieść braku uwagi, z jakim spotyka się z każdej strony.
A wystarczyłoby choćby rzucić okiem na tytuł, jakim ozdobione jest okładkowe zdjęcie Kaczyńskiego: „Musimy jeszcze mocniej ruszyć do przodu”, by się zastanowić, czy tam przypadkiem nie chodzi o coś zupełnie innego. Nie o czyjeś osobiste pretensje, czy kompleksy, nie o próby poprawiania pozycji, lecz o coś, czego, jak się zdaje, dotychczas w Polsce nikt się nie zdecydował tak konsekwentnie realizować, a więc zwycięstwo totalne. I, jak sądzę, większość przeciwników obecnej władzy doskonale to rozumie i stąd owa desperacja, z jaką oni dziś plują, kłamią i manipulują.
W głosach komentujących wypowiedź Kaczyńskiego pojawiają się dwie kwestie. Pierwsza to wyraźnie podkreślenie, że według niego, sposób, w jaki funkcjonuje dziś władza, to wynik eksperymentu i eksperyment sam w sobie. Druga z kolei to ta, że Kaczyński rzekomo skarżył się na Prezydenta i jego otoczenie, że oni za bardzo dbają o opinię im wrogich. I to tyle na temat owej rozmowy. Czy naprawdę nic już więcej. Z tego co udało mi się usłyszeć, nic. Również, mimo że nie wszystko pewnie widziałem i słyszałem, nigdzie nie znalazłem następującego fragmentu z rozmowy z Prezesem, fragmentu moim zdaniem absolutnie kluczowego i wyjaśniającego wszelkie ewentualne wątpliwości co do tego, o co tu się toczy gra:
„Są sukcesy, ale nic gorszego niż samozadowolenie nie może nas spotkać. Mówię jasno i wyraźnie: musimy iść do przodu, jeszcze przyśpieszyć, musimy uruchamiać kolejne projekty, musimy ruszyć jeszcze bardziej do przodu. Rząd musi być zwarty, musi myśleć wspólnymi celami. Te resortowe kłopoty, które – uczciwie mówiąc – są w rządzie, muszą zostać twardą ręką przełamane. […] Kiedyś Aleksander Kwaśniewski powiedział mojemu śp. Bratu, że u nas, gdy ktoś ma najmniejszy ogródek, to natychmiast zaczyna go grodzić, by inni nawet nie przeszli. I tak samo bywa w rządzie, co trzeba przełamywać”.
I jeszcze coś: „Nigdy nie miałem przesadnie idealistycznej wizji również własnego obozu, zwłaszcza po tym, jak się okazało, że nie da się zbudować wąskiej, w pełni sprawdzonej, partii kadrowej. Musieliśmy się otworzyć i wiemy, że zło może dotknąć także z nas. Ale tym się różnimy od poprzedników, że będziemy je zdecydowanie zwalczali. I mówię jasno, że tego oczekuję od rządu i pani premier. […] Nikt nie może się czuć bezpiecznie. Każdy na każdym stanowisku musi się starać, każdy musi wiedzieć, że zostanie oceniony”.
No i na koniec: „Bo nie ma nic gorszego niż samozadowolenie, nie ma nic gorszego niż przekonanie, że wszystko idzie świetnie. Powiem tak: jako naród mamy potężne zasoby. Mądre, dobre rządy mogą rozwiązać duża część problemów Polaków”.
Czy to wszystko się uda? Sam Jarosław Kaczyński podkreśla, że tego nie wie, bo jesteśmy od początku w stanie wyjątkowego eksperymentu, ale też zapewnia, że póki ma wpływ na to co się dzieje, nie spocznie, by tym razem to co rozpoczął przed laty, dokończyć.
I to jest przesłanie płynące z tej rozmowy: że on zrobi wszystko, by tym razem tego nie spieprzyć, bo i stawka jest najwyższa, i okazja być może jedyna.
I powtórzę: oni to wiedzą z całą pewnością. Doskonale wiedzą, że tym razem on nie popuści. Tym razem nikomu na tak zwany „krzywy ryj” nie uwierzy. I interesu pod nazwą Polska dopilnuje. Tym razem dopilnuje. I to musiało dotrzeć do tych, do których dotrzeć miało. Wspierajmy Jarosława Kaczyńskiego.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam gorąco.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...