niedziela, 16 września 2012

O dwudziestym szóstym algorytmie

W minionym tygodniu zdecydowałem się poświęcić jedną notkę Bronisławowi Komorowskiemu, w dodatku ilustrując ją jego dużym i niezwykle wyraźnym zdjęciem, i mimo że miałem przekonanie, że zajmując się tym szczególnym człowiekiem, nie sprzeniewierzam się swoim zobowiązaniom wobec czytelników tego bloga, sumienie mnie gryzło jak jasna cholera. Dlaczego? Głównie z tego prostego powodu, że już od pewnego czasu uważam że zajmowanie się zarówno nim, jak i jego braćmi w wierze, jest zajęciem do tego stopnia upokarzającym, że normalny, w miarę porządny człowiek powinien wręcz unikać wypowiadania ich imion. I wcale nie chodzi mi o to, że należy unikać wypowiadania owch imion w naj,bardziej prymitywnych kontekstach, a więc przy komentowaniu bieżących wydarzeń, czy wyzłośliwianiu się na poziomie jakichś rudych Niemców, buli, czy rezydentów, ale wypowiadaniu ich w ogóle.
W miniony poniedziałek mieliśmy okazję spotkać się w warszawskim „Klubie Ronina”z ludźmi zaangażowanymi całym swoim sercem w Polskę i jej zmartwienia, w czasie mojej wypowiedzi dwa razy pojawiła się konieczność wypowiedzenia nazwiska prezydenta Komorowskiego… i proszę sobie wyobrazić, że miałem z tym bardzo poważne trudności. Nagle zrozumiałem, że dla mnie publiczne wypowiedzenie owych dwóch wyrazów „Bronisław” i „Komorowski” jest zadaniem tak wstydliwym, że ja sobie z nim zwyczajnie nie radzę. No a zaledwie parę dni wcześniej napisałem o nim cały tekst, no i jeszcze wkleiłem to nieszczęsne zdjęcie.
Nie chcę już pisać o polityce. Chcę pisać o Bogu, o ludziach świętych, o ludzkich smutkach i nadziejach. I bardzo pragnę, żeby te teksty nie były zwykłą, tanią publicystyką, której jedynym celem jest dostarczenie tym wszystkim, którzy zostali opuszczeni przez polskie państwo paru celnie sformułowanych zdań, z którymi oni się zgodzą, bo już od dawna mieli je w głowie, tyle że czekali, aż ktoś te ich diagnozy zechce zgrabnie potwierdzić. Siedzieliśmy sobie z panią Toyahową wczoraj, piliśmy – zgodnie z zaleceniem mojego lekarza – czerwone wytrawne wino, a ja się skarżyłem, że muszę napisać tekst na blog, a nie wiem, o czym. No i ona na to powiedziała: „Może ci włączę TVN24, to coś ci przyjdzie do głowy?”
Otóż nie. Z tym, przynajmniej na pewien nieokreślony czas, już skończyłem. Ja zwyczajnie nie mam siły, żeby wymyślać choćby najbardziej fantastyczne złośliwości na temat tego, że między polskimi sądami a polskim rządem została uruchomiona gorąca linia, która służy wspólnemu ustalaniu, terminów rozpraw, składów sędziowskich, czy wreszcie wyroków. Nie mam ani siły ani bezwstydu, żeby tu komentować fakt, że polskie państwo, niemal równocześnie, w jednym miejscu zwolniło od odpowiedzialności całą kolekcję autentycznych gangsterów, a tuż obok skazało jakiegoś biedaka na przymusowe roboty za to, że obraził… prezydenta Komorowskiego. I tylko mam nadzieje, że znamy się wystarczająco długo, byśmy nie mieli do siebie o to pretensji.
Wspominałem gdzieś niedawno o Wojciechu Młynarskim i o jego tak już bardzo starej piosence, gdzie śpiewał, jak to mu się marzy „taka piosenka, taka ballada, co byle czego nie opowiada”, i powiem uczciwie, że ta myśl mnie wyjątkowo mocno prześladuje. W miniony weekend siedzieliśmy sobie z Gabrielem na targach książki w Katowicach, i w którymś momencie na scenie dla wybitnych autorów pojawiła się pewna kobieta, która opowiadając o swoich literackich inspiracjach, wspomniała jak to któregoś dnia szła sobie ulicą w Czestochowie, spojrzała na wieżę kościoła na Jasnej Górze i pomyślała sobie, co by to było, gdyby z tej wieży nagle wypadł trup. No i idąc tym trupem, napisała swoją najnowszą powieść. Poruszony jej opowieścią, powiedziałem do Gabriela, że ja mam też swoją opowieść, i mu ją przedstawiłem. Proszę mi więc pozwolić ją powtórzyć i tu.
Od początku września pracuję w pewnej szkole, zastępując nauczycielkę, która do końca miesiąca jest na lekarskim zwolnieniu. Lekcje prowadzę zarówno w liceum jak i w gimnazjum i oto podczas pierwszej z nich, w pierwszej klasie tego gimnazjum, kiedyśmy sobie z tymi dziećmi rozmawiali o sprawach najbardziej podstawowych – tak by oni byli w stanie cokolwiek powiedzieć – zapytałem jedno z nich, chłopczyka z Chorzowa, czy ma braci lub siostry. On mi odpowiedział, że ma dwie siostry. Zapytałem go, jak siostry mają na imię, a on mi powiedział, że Asia i Małgosia, czy jakoś tak. Spytałem więc dalej, w jakim są wieku, a on mnie spytał, jak po angielsku się mówi „bliźniaczki”. Ja mu powiedziałem, że „twins”, więc on odpowiedział, że „they are twins”. No więc zapytałem, w jakim są wieku, na co on powiedział, że mają dziewięć lat. Na to ja go spytałem, czy one są identyczne, i on mi powiedział, że tak. Że są „identical”. Gadaliśmy dalej, więc ja go zapytałem, czy on je umie rozróżnić, i on powiedział, że „yes he can”. Na to ja zapytałem, czy gdybym ja je spotkał, też umiałbym powiedzieć, która jest Asia, a która Małgosia. I proszę sobie wyobrazić, że on mi na to odpowiedział, że jak najbardziej. Bez problemu. Na to cala klasa wrzasnęła: „Pan się pytał, czy one są identyczne!” Na to on odkrzyknął: „Przecież wiem! Zrozumiałem!” „To jak on je ma rozróżnić?” „Po tym, że Asia gra na trąbce, a Małgosia na klarnecie” – wyjaśniło to dziecko.
I to jest to, o czym chciałem dziś opowiedzieć na tym blogu. O dwóch dziewczynkach z Chorzowa, które mają po dziewięć lat, są identycznymi bliźniaczkami, z których jedna gra na trąbce, a druga na klarnecie, i w ten sposób, kto tylko ma ochotę, może je bardzo łatwo rozróżnić. I że o tych dwóch niezwykłych dziewczynkach usłyszałem od ich 14-letniego brata, który – już tak na marginesie – gra na puzonie.
Jak to łatwo odnaleźć inspirację przy prowadzeniu bloga, który jest stosunkowo popularny, przez wielu traktowany bardzo, bardzo poważnie, a jego autor ma obsesje na punkcie tego, by nikogo nie zawieść. Prawda? A takich opowieści mam jeszcze całe mnóstwo. Choćby tę o innym dziecku, które potrafi układać kostkę Rubika w 17 sekund, i niestety szybciej już chyba nie da rady, bo zna zaledwie 25 algorytmów, a kolejnych mu się zwyczajnie nie chce uczyć.
A niektórzy mi mówią, że mam spróbować napisać coś ostrego na temat Tuska. Przepraszam bardzo, ale ten pociąg już odjechał.

Tradycyjnie, mam dwa komunikaty. Po katowickich targach Gabriel zostawił u mnie w domu całą kupę zarówno „Liścia”, jak i „Elementarza”. Jeśli ktoś ma ochotę kupić jedną lub drugą z tych naprawdę bardzo ciekawych książek, zapraszam. Obiecuję każdą z nich ładnie podpisać i wysłać na własny koszt. „Liść” za 40 zł., a „Elementarz” za jedyne 30. Obok znajduje się odpowiedni numer konta. Wszyscy, którzy obie książki już wielokrotnie przeczytali i kolejnych kupować nie zamierzają, mogą łaskawie wspomóc ten blog w inny sposób. Pod tym samym numerem konta. Dziękuję.


czwartek, 13 września 2012

O tych co na straty

Liczyłem na to, że sprawę uda mi się skutecznie ukryć, i tekst, jaki Coryllus poświecił wczoraj zachowaniu Grzegorza Górnego zostanie zachowany w powszechnej pamięci, jako jego inicjatywa i dzieło, jednak czym więcej czasu upływa od dnia w którym wziąłem do ręki najnowszy numer „Uważam Rze” i trafiłem tam na tekst Górnego o obliczu Jezusa Umęczonego z Łomnicy, tym bardziej czuję, że dopóki sam Górnemu nie powiem, co o nim myślę, nie zaznam spokoju.
Gdyby ktoś nie bardzo wiedział, o co chodzi, może sobie oczywiście zajrzeć do Salonu24 i poczytać, co w tym temacie napisał Coryllus. Jeśli jednak ta droga miałaby się okazać zbyt długa, krótko opowiem. Otóż parę tygodni temu TVN24, a za nim inne ogólnopolskie media, poinformowały, że proboszcz pełniący od niedawna posługę w łomnickiej parafii zwrócił uwagę na niezwykły, ukryty w ołtarzu miejscowego kościoła obraz, dotychczas rzekomo skutecznie przez parafian i poprzedniego proboszcza lekceważony, a odkrycie owo okazało się rewolucyjne do tego stopnia, że obraz ten to jedna z dwóch istniejących na świecie kopii tak zwanego Jezusa z Manopello.
Ponieważ żaden element owej wiadomości nie stanowił choćby pozornej prawdy, lecz od samego początku, na wszystkich poziomach, które mu się zdarzyło przejść, był wynikiem najbardziej ordynarnej ludzkiej gnuśności, już na drugi dzień nie pozostało po tej informacji nic, poza może pewnym tonącym w wyrzutach sumienia księdzem. Najpierw zareagował poprzedni proboszcz z Łomnicy, następnie poznańskie Radio Emaus, a w międzyczasie, w odpowiednim tekście również pewien dość powszechnie czytany bloger: http://toyah1.blogspot.com/2012/08/o-jezusie-z-omnicy-i-grzechu.html. Niestety jednak, tak jak to bywa niemal zawsze, okazało się, że prawda – o ile nie ma w sobie posmaku sensacji – nie interesuje nikogo. I sprawa owej wręcz szatańskiej intrygi została, wydawałoby się, ostatecznie zamknięta.
Pozornie. Nastąpił bowiem dalszy ciąg, a dopisał go nie kto inny jak Grzegorz Górny – czołowy polski publicysta katolicki –jak najbardziej na łamach tygodnika „Uważam Rze” – czołowego pisma polskiej patriotycznej prawicy. Otóż Grzegorz Górny postanowił zabrać się za temat w taki sposób, że ja osobiście nie znalazłem w sobie dość sił, by go choćby kopnąć w jego spasiony tyłek, i o odpowiednią interwencję zwróciłem się do mojego tandemowego kumpla Coryllusa. Cóż takiego uczynił Górny? Wbrew temu, co ktoś mógłby podejrzewać, on nie powtórzył sensacyjnej informacji rozpowszechnionej przez TVN24. Nie powtórzył też zupełnie oczywistego sprostowania, jakie się pojawiło już następnego dnia po owej tefauenowskiej eksplozji łgarstwa. On przyszedł, i jakby o sprawie owego wizerunku z Łomnicy dowiedział się ledwo dzień wcześniej, przedstawił wielki tekst o tym, że Jezus z Łomnicy i Jezus z Manopello to dwa różne Jezusy, i to że Jezus z Łomnicy był przez tyle lat spuszczany na dno lokalnej pamięci, to rzecz jak najbardziej zrozumiała.
Pisałem o tym w odpowiednim tekście, ale powtórzę jeszcze raz. Jezus z Łomnicy, dzięki pasji, zaangażowaniu i wysiłkowi poprzedniego proboszcza, przez minione 5 lat stanowił codzienny obiekt kultu miejscowych wiernych. I działo się tak nie dlatego, że owi wieśniacy sądzili, że mają do czynienia z czymś za co można dostać poważne pieniądze, ale dlatego, że to był ich Jezus i oni Go kochali. A kochali Go nie dlatego, że wydawało im się, że to jest kopia czegoś dalece cenniejszego – bo to że tak nie jest, wiedzieli świetnie już od dawna od swego proboszcza – ale dlatego, że to był Jezus z ich kościoła, a ich proboszcz im go podarował, żeby im było lżej. I na to przyszło zło a z nim grzech, które się – jak to grzech i zło – w jednej chwili rozprzestrzeniły i ów święty wizerunek został tym ludziom odebrany. I choć oczywiście to co się wtedy stało może budzić oburzenie, czy wręcz trwogę, to można się pocieszać, że na początku tego wszystkiego stała – jak już to zostało powiedziane – zwykła gnuśność. I to jakoś można przyjąć.
W przypadku Górnego mamy jednak coś znacznie gorszego. On akurat swój tekst napisał wtedy, gdy wszystko było już dawno jasne i dawno wyjaśnione. A ja sobie myślę, że nie ma takiej możliwości, by do Górnego ktoś zadzwonił i mu powiedział: „Słyszałeś, że w Łomnicy pod Poznaniem odkryto kopię Jezusa z Manopello?”, a on natychmiast przeprowadził odpowiednie śledztwo i w oparciu o swój badawczy geniusz ogłosił, że to jest „fake”. Otóż tak to się odbyć nie mogło. Ja w to zwyczajnie nie uwierzę. Uważam, że Grzegorz Górny doskonale wiedział, co się wydarzyło między Łomnicą a Warszawą, jak również świetnie znał tekst, który przed paroma tygodniami zamieściłem na swoim blogu. Myślę, że on znakomicie się orientował w tym wszystkim, co zostało przekazane w Radio Emaus. A więc wiedział też, że temat Jezusa z Łomnicy jest zwyczajnie spalony, i nie ma co do niego wracać. A mimo to się nim zajął. Napisał swój tekst, a jego kumple z „Uważam Rze” – również bardzo dobrze się orientując w tym, co w trawie piszczy – mu go jak należy opublikowali i prawdopodobnie odpowiednio mu za niego zapłacili.
W tej więc sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak ogłosić, że Grzegorz Górny zachował się jak Judasz. Zdradził Jezusa. Zwyczajnie. Jednoznacznie. Bezdyskusyjnie. Wiedząc, że za wymyśloną przez jednego zbłąkanego księdza i bandę kłamców zatrudnianych przez Tegoktórynieopuszczażadnejokazji stoi tragedia pewnej bardzo pobożnej społeczności, postanowił się odpowiednio podlansować i wszedł w pewien układ. Dla czystej próżności i taniego poklasku. On najpewniej doszedł do przekonania, że los tych ludzi jest bez znaczenia, a to co się liczy, to dobry tekst i parę groszy. I to jest prawdziwy dramat.
Jest oczywiście jeszcze jedna możliwość. Grzegorz Górny to idiota. On nic nie wiedział. On nic nie słyszał. Nic nie czytał. Ktoś mu wysłał maila: „Słyszałeś, że w Łomnicy odkryto kopię Chrystusa z Manopello?” i wysłał mu to zdjęcie. A on na nie spojrzał, uznał że to nie jest ten Jezus i napisał swój tekst. A ci durnie mu go opublikowali.
Przepraszam bardzo, ale jeśli to tak się odbyło, to znaczy że jest jeszcze gorzej.
Ostatnio coraz częściej spotykam się z oskarżeniami, że ja się niepotrzebnie czepiam tak zwanych „naszych”. Jest wojna i powinniśmy łączyć siły. Otóż ja w miniony poniedziałek byłem w Warszawie i wspólnie z moimi kolegami Coryllusem i Kamiuszkiem rozmawialiśmy w Klubie Roniona o ważnych sprawach. Zanim weszliśmy na scenę, prezentowali się tam Rafał Ziemkiewicz, Stanisław Janecki i nie pamiętam imienia Gociek. Osobiście udziału nie brałem, ale, jak mi donoszą osoby zaprzyjaźnione, w pewnym momencie rozmowa zeszła na to, że Ziemkiewicz polazł na niesławnego już dziś bardzo grilla do Romana Giertycha. Ziemkiewicz wydarzenie to podsumował jakimś idiotycznym żartem, a następnie uznał za stosowne wykpić tych którzy mieli na scenie Ronina wystąpić w dalszej kolejności. Czyli nas.
Trochę za dużo tego wszystkiego. Gociek, Ziemkiewicz, Janecki w tych smutnych trampkach, i Górny w „Uważam Rze”. Dziękuję bardzo. I mam nadzieję, że nikt już nigdy mi nie powie, że ja się czepiam.

Przypominam, że mam u siebie bardzo dużo książek. Zarówno „Liścia” jak i „Elementarza”. Jeśli ktoś sobie życzy egzemplarz z autografem, to zapraszam. Na podany obok numer konta proszę wysłać albo 30 złotych za „Elementarz” albo 40 za „Liścia” a resztę już sam załatwię. Dziękuję.

wtorek, 11 września 2012

Dym: Repryza

Dzisiejsza notka jest w pewnym sensie notką techniczną, a spowodowane to jest tym, że – czego, mam nadzieję, większość z nas jest świadoma – w piątek, sobotę i niedzielę razem z Gabrielem, czyli Coryllusem, albo udzielałem się na targach książki tu w Spodku, albo jeszcze bliżej, czyli u mnie w domu, a zatem pisać zwyczajnie nie było jak. Piszę, że to co dziś tu przedstawiam ma charakter bardziej techniczny, bo w istocie rzeczy, chcę głównie poinformować o tym jak się rzeczy mają na dziś, czyli wtorek 10 września. Z drugiej strony, trudno też się spodziewać, że skoro już pokonałem to zmęczenie i siadłem do tej klawiatury, nie podzielę się paroma refleksjami. A więc aż tak źle nie będzie. A zatem, do dzieła.
Otóż przede wszystkim spieszę donieść – i jestem pewien, że wielu z nas ta wiadomość bardzo pozytywnie zainteresuje – targi zakończyły się dla nas obu jednoznacznym sukcesem. Oczywiście, jak zresztą można się było spodziewać, Coryllus ze swoją „Baśnią jak niedźwiedź” zwyczajnie mnie rozniósł. Polegało to głównie na tym, że dzięki temu, iż zdobył on już pewną popularność na takich portalach jak niezależna.pl, i że w Internecie jest on osobą wręcz fizycznie rozpoznawalną, a zatem ludzie przychodzili specjalnie dla niego, ale też przez to, że „Baśń” to projekt tak niezwykły i tak fascynująco napisany, że to zwyczajnie trzeba mieć. Wystarczy że on powie dwa zdania na temat tego, o czym owa „Baśń” traktuje, każdy kto ma choć odrobinę rozumu i wrażliwości, musi zaryzykować i ją sobie kupić.
Oczywiście jednak, ja też nie mam co narzekać, jednak nie o tym chcę dziś pisać. To bowiem co jest ważne, to to – a Coryllus zwrócił na to uwagę w swoim dzisiejszym tekście w Salnie24 – myśmy tam za bardzo nie mieli konkurencji. Oczywiście, były w Spodku obecne wydawnictwa takie jak IPN, Znak, czy Agora, a więc w pewnym sensie potentaci, niemniej sam fakt, że myśmy nawet nie mieli czasu, by się zainteresować tym, jak się tam wokół tym ich stoisk rozwija życie czytelnicze, świadczy o tym, że kompleksów mieć nie musimy. Coryllus w swoim dzisiejszym tekście przede wszystkim zwraca uwagę na, to jak okropnie to wszystko co tam nas otaczało było puste i tandetne. Jak z każdą kolejną godziną naszego tam przebywania, nie mogliśmy się otrząsnąć z wrażenia, że oni wszyscy są skazani na porażkę z jednego prostego powodu – im zwyczajnie nie zależy. To co oni robią, i czym chyba jednak żyją, wyrasta głównie z przekonania, że coś im się tam udało trafić i dzięki temu się przez jakoś czas powożą. Jak idzie natomiast o zwykłą pasję – tego tam już zwyczajnie nie ma. I o tym pisze Coryllus. Jak idzie o mnie, chciałbym opisać jedną tylko historię. I niech to, dla odmiany będzie ów przekaz pozytywny.
Ponieważ przed naszym stoiskiem stali na ogół zainteresowani czytelnicy, i zanim każdy z nich wreszcie wypowiedział owe sakramentalne: „Poproszę po trzy komplety tych i po jednej z tych czarnych”, myśmy sobie z nimi rozmawiali, w pewnym momencie podeszła do nas pewna – może dwunastoletnia, może młodsza – dziewczynka, i uznając, że z nas pewnie jacyś sławni autorzy, podała Gabrielowi zeszyt i poprosiła o autograf. Gabriel najpierw się jej wpisał, a potem nagle, gestem tak absolutnie naturalnym, że aż nieludzkim, podarował jej jedną ze swoich książek, a ja, w tym samym niemal momencie, dołożyłem jej swoją. Ona się uradowała, powiedziała: „Bardzo dziękuję” i sobie poszła.
I to jest właśnie ta historia. Kto wie, co sobie teraz należy pomyśleć, temu żadne kolejne słowo nie jest już potrzebne. Kto nie wie, myślę, że jemu i tak już się ono na nic nie przyda. Jak idzie bowiem o to, że wszystko od nas gdzieś idzie, a potem i tak wraca, można opowiadać bez końca. Weźmy choćby tę najnowszą historię. Otóż obok jest sklep, w którym pewna bardzo mila dziewczyna sprzedaje alkohol, w tym sto tysięcy najróżniejszych gatunków piwa. Lubię ja bardzo, bo raz ze jest sympatyczna, dwa że bardzo moim zdaniem ładna, a po trzecie ona, jak się okazuje, w wolnym czasie gra w pierwszej lidze piłki ręcznej i mi to bardzo imponuje. Przyjechała ona do Katowic z jakiejś wioski na Opolszczyźnie, no i pracuje w tym sklepie. Kompletnie umordowany tymi kilkoma minionymi dniami i wręcz nieludzką podróżą koleją do Katowic, zaszedłem tam dzisiaj, aby kupić sobie flaszkę piwa, a ona opowiedziała mi, że jest kompletnie załamana, bo z samego rana przyszedł do niej jakiś wyjątkowo chytry i wyrachowany złodziej, i okradł ją z papierosów na ponad 200 złotych, za które ona teraz musi zapłacić, no i to jest dla niej strata wręcz obezwładniająca. Ponieważ dziś też, z samego rana, w ramach wspierania tego bloga, na konto wpłynęło okrągłe 50 złotych, pomyślałem sobie, że ja jej dam te pięć dych i w ten sposób odkupię swoje winy. Trochęśmy na tym banknotem powalczyli, ale w końcu ona się popłakała, ja – by zachować męską równowagę – stamtąd uciekłem, i tyle wszystkiego. Zdążyłem jej tylko powiedzieć, żeby nie myślała, że ja to robię dla niej. Ja to robię głównie dla siebie. Zupełnie jak Jules w jednej z ostatnich scen w Pulp Fiction. Mocne, cholera. Prawda?
A więc może to chodzi o te autografy? Które tak naprawdę podpisujemy dla siebie samych? Nie wiem. Marne były te targi książki. Tak strasznie mało było ludzi i tak strasznie wszystko tonęło w tej mainstreamowej tandecie. Gabriel, licząc pewnie na to, że to i Spodek i wielka metropolia, przywiózł całą kupę moich „Liści” i „Elementarzy”, z których kolejna kupa musiała zostać w Katowicach, bo w przeciwnym razie ja bym nie mógł się z nim zabrać do jego mikroskopijnego autka na poniedziałkowe występy w niezaleznej.pl i w Roninie. No więc leżą one teraz wszystkie u mnie. A zatem mam wiadomość. Jeśli ktoś chce sobie kupić jedną albo drugą, zapraszam do siebie. Proszę na zwyczajowy numer konta wpłacać po 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”, a ja go Wam wyślę z osobistą dedykacją. Na własny koszt. Może być? Serdecznie zapraszam.

środa, 5 września 2012

Kim jest Dziadzia w Kancelarii?


Ja zdaję sobie sprawę z tego, że pisanie o Bronisławie Komorowskim mogło być jeszcze jakiś czas temu pewnym wyzwaniem, natomiast jakiekolwiek zawracanie sobie tym dziwnym człowiekiem głowy dziś, to nie dość, że strata czasu, ale i zwykły wstyd. Zwłaszcza dla kogoś, kto szczególnie stara się dbać o swoją reputację. A mimo to, nie dość, że, jak widać, o nim piszę, to w dodatku jeszcze, tę swoją tak siłą rzeczy krepującą wypowiedź przyozdabiam dużym kolorowym zdjęciem. Czemu? Otóż powód jest dość prosty. Bronisław Komorowski wystąpił z telewizyjnym orędziem do narodu i przypomniał o sobie w sposób tak dramatyczny, jak to tylko on potrafi.
Dodatkowo jeszcze, portal TVN24, informując o zdarzeniu, zamieścił powyższe zdjęcie, i ono – samo to zdjęcie – zrobiło na mnie takie wrażenie, że się zwyczajnie nie mogłem powstrzymać. Dotychczas bowiem było tak, że jak chcieliśmy się wzajemnie postraszyć, lub rozśmieszyć, publikowaliśmy najnowszą fotkę pani Dziadzi, i było git. Kiedy natomiast zobaczyłem to zdjęcie, pomyślałem sobie, że on ją najzwyczajniej w świecie przegonił. Od dziś, ile razy zobaczymy panią Dziadzię i zamiast się łapać za głowę, zaczniemy się bezradnie rozglądać, będzie to dowód na to, że nasze apetyty zostały skutecznie rozbudzone, i już byle czym się nie zadowolimy. A więc, on jest tu wyłącznie po to, by szokować. Ot tak. Jak to w mediach. Chodzi tylko o efekt.
No ale my, jak wiadomo, mamy tu też pewne ambicje, więc samym zdjęciem się dziś nie wykpię. Musi być też celny podpis. A zatem, proszę bardzo – oto podpis. Telewizyjnie wystąpić Bronisław Komorowski postanowił w jednym i tylko jednym celu. Chodziło mianowicie o to, by z wyżyn prezydenckiego autorytetu poinformować Polaków, że głównym winnym afery Amber Gold jest Prawo i Sprawiedliwość. I to uważam za niezwykle ciekawe. Dotychczas bowiem pojawiały się w przestrzeni publicznej takie sugestie, że to PiS jest odpowiedzialny za tę aferę, tyle że wyłącznie w formie kpin. Że to niby ta Platforma jest tak bezczelna, że oni niedługo wszystko zwalą na PiS. Oczywiście, słuchaliśmy tych żartów, a mimo to wszyscy też wiedzieliśmy, że tak się nie stanie, bo w końcu – bez przesady. No ale pożartować oczywiście zawsze można. No i oto, czego nie odważył się zrobić ani Donald Tusk, ani nawet któryś z jego bałwanków, chętnie uczynił Bronisław Komorowski. Sprowadził do siebie telewizję i powiedział, że za aferę Amber Gold przede wszystkim odpowiada „wymiar sprawiedliwości i to sprzed ładnych paru lat, kiedy główny negatywny bohater tego dramatu po prostu miał sprawy w tzw. zawiasach lub sam się godził na wymiar kary, dzięki czemu sam unikał rozgłosu. Warto zapytać, dlaczego wtedy sędziowie sprzed ładnych paru lat dawali tego rodzaju łagodne wyroki”.

D94723/.s mjie9ie4p0rnn36^*()__(*8656wh09;???

Ja tego oczywiście ani nie widziałem, ani też nie słyszałem. No ale TVN24 podaje, że te słowa padły, więc pewnie nas nie buja. No a poza tym, widzimy wszyscy to zdjęcie. Prawda? Jednak, powiem szczerze, ze gdyby tylko chodziło o to, że Bronisław Komorowski powiedział to co powiedział, to ja bym na to machnął ręką. W końcu – mam nadzieję, ze tak mi powiedzieć jeszcze wolno – pies go drapał. To co mnie w tym fragmencie zafrapowało, to dwukrotne powtórzenie frazy: „sprzed ładnych paru lat”. To bowiem brzmi tak okropnie sztucznie, że ja bym się zdziwił nawet gdyby coś takiego zrobiła ruska maszyna cyfrowa. Czytam te dwa zdania jeden raz i drugi, i zwyczajnie nie mogę uwierzyć, że prezydent Komorowski powiedział to sam z siebie. I dochodzę do wniosku, ze on pewnie chciał powiedziec „pisowcy”, albo „Kaczyński”, albo „sędziowie od Ziobry”, ale któryś z jego doradców – Wujec, Lityński, albo może sam Mazowiecki – powiedzieli mu, że tak będzie za mało subtelnie i że lepiej by było, gdyby on powiedział coś w rodzaju „sprzed ładnych paru lat”. Że w tym będzie ta elegancja i to niedopowiedzenie, i przez to on zrobi na Polakach lepsze wrażenie. No i naszemu Prezydentowi to się tak spodobało, że on to powiedział raz, a potem od razu jeszcze raz. No i wyszło tak, że – razem z tym zdjęciem – no sami wiemy.
Ktoś mi powie, że Komorowski nie gadał z głowy, ale normalnie czytał z promptera, więc to było tak napisane, jak on to odczytał. No i to jest oczywiście możliwe, tyle że mi się nie chce w to wierzyć. W końcu, kiedy człowiek jest prezydentem, albo premierem, to ma specjalnie wynajmowanych ludzi do pisania mu wystąpień. Jak wiemy, Donald Tusk to osoba niezbyt, że tak powiem, lotna, a sposób uprawiania przez niego polityki jest taki, że każde jego wystąpienie siłą rzeczy musi być co najmniej tak samo puste, jak pusty jest on sam. Trzeba jednak przyznać, że one są napisane. Tam nie ma jednego miejsca, gdzie można by było powiedzieć, że coś nie gra. Tymczasem tu mamy owo „sprzed ładnych paru lat”. A zatem, jeśli on to faktycznie czytał, a nie sam sobie wydrapywał spod czaszki, to odpowiedź może być tylko jedna. Jemu to przemówienie napisała Dziadzia. To mogła zrobić już tylko ona. Bo tu nawet nie wierzę w tego… no jak mu tam? Nałęcza.
A więc, to się zdarzyło. Komorowski wygłosił orędzie i skomentował sprawę Amber Gold. A ja już tylko powtórzę. Tak naprawdę, poszło tylko o to zdjęcie. I ja je tu wklejam z zimnym okrucieństwem. No a jeśli ktoś nie może znieść sytuacji, gdzie pożytek jest aż tak marny, niech sobie je wydrukuje i powiesi swoim dzieciom, wnukom, ewentualnie siostrzeńcom nad biurkiem, żeby zawsze wiedzieli, co ich czeka, jak się będą źle prowadzić.

Słuchajcie! Słuchajcie! Dostałem miesięczne zastępstwo w pewnej szkole, z nadzieją, że może się ono przenieść na stały etat. Póki co jednak, jak idzie o obecne saldo, leżymy i kwiczymy. A telefony dzwonią. Bardzo więc proszę o pewną, w miarę możliwości widoczną, mobilizację. Dziękuję.

poniedziałek, 3 września 2012

Kaczyński

Myślę, że wśród osób odwiedzających ten blog, a już z całą pewnością wśród tej ich części, która uważa się za jego przyjaciół, nie ma wielu takich, którzy kwestionowaliby fakt, że kiedy Jarosław Kaczyński mówi, każde niemal wypowiedziane przez niego zdanie ma cel, treść i moc. Pod tym względem, jest Jarosław Kaczyński na przykład przeciwieństwem nie tylko Donalda Tuska, czy Bronisława Komorowskiego, ale większości znanych nam światowych przywódców, którzy mówią nie po to, by przekazać jakąś myśl, ale by się albo pokazać z dobrej strony, albo zwyczajnie – kogo trzeba oszukać.
Jarosław Kaczyński ma to do siebie – i jestem pewien, że każdy w miarę przytomny i nieuprzedzony obserwator to świetnie wie – że gdyby któregoś dnia miał wziąć udział w jakimś konkursie na rzecz tworzenia wizerunku politycznego, przegrałby zanim on by się w ogóle rozpoczął. Oczywiście, jemu się zdarza, i to zdarza stosunkowo często powtarzać wciąż te same prawdy, i często robi to w bardzo charakterystyczny sposób, przy wykorzystaniu tej samej niemal retoryki, jednak, jak mówię, tam zawsze jest treść, cel i moc.
Żeby być sprawiedliwym, muszę przyznać, że raz – jednak tylko raz – zdarzyło mi się trafić na wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, w której nie powiedział on nic interesującego. Wypowiedź tak pustą i niepotrzebną, że gdyby jej nie było, nie stałoby się nic. Nie umiem dziś nawet sobie przypomnieć, czy to był kolejny wywiad dla ”Gazety Polskiej”, czy może dla jakiegoś „Newsweeka”, ale kiedy ją czytałem, miałem wrażenie, że on zwyczajnie nie miał ochoty z nikim rozmawiać, o niczym nikomu opowiadać, być może nawet nie chciało mu się otwierać ust, tyle że okoliczności były takie, że nie miał wyjścia. I trzeba było wystąpić. A przez to, że on zwyczajnie nie potrafi błaznować i dla przykrycia tej pustki, opowiadać tanie anegdoty – mieliśmy do czynienia z kompletną porażką. Jeśli tu jednak o tym wspominam, to przede wszystkim może po to, by pokazać, że ja dobrze wiem, jak to jest ze słowami. Kiedy one są komukolwiek do czegokolwiek potrzebne, a kiedy już nie.
A jednak, mimo tych oczywistych zupełnie faktów, przez wszystkie te lata, kiedy Jarosław Kaczyński działa publicznie, niemal każde jego wystąpienie, czy to w formie wywiadu prasowego, czy wystapienia politycznego, przez pewną część środowiska komentatorskiego oceniane jest jako kolejny bełkot broniącego się przed niebytem skompromitowanego polityka. Właśnie bełkot. W wielu komentarzach widzę przede wszystkim ów powtarzający się zarzut, ze Kaczyński mówi bełkotliwie, niezdarną polszczyzną. Oczywiście, są też pretensje merytoryczne, jednak one są bardzo różne. To co je wszystkie łączy to właśnie to szyderstwo – że Kaczyński mówić nie umie. Że tak jak jest on nieudanym politykiem, tak samo też jest nieudanym mówcą. A ja pamiętam jak niemal wszyscy z nas zachwycali się tym że kiedy mówi Bronisław Geremek, jego słowa można by było przepisać w dosłownym kształcie, a następnie opublikować jako tekst napisany. Dziś mamy przed sobą Jarosława Kaczyńskiego, a więc kogoś z dokładnie tym samym rodzajem talentu, tyle że bez tamtego kłamstwa – a ja czytam jakichś publicystów, którzy w życiu nie potrafili skonstruować jednego poprawnego zdania, choćby i na papierze, jak rechoczą, że oto Kaczka się znów zapluwa.
Dzisiejszy dzień, a przecież wszystko i tak już się zaczęło wczoraj, mija nam pod znakiem debaty na temat wczorajszego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego. Wystapienia, jak można się było spodziewać, o dokładnie tej co zawsze merytorycznej intensywności i formalnej perfekcji. I, jak oczywiście można się było spodziewać, wobec znanych nam wszystkich okoliczności czasu i miejsca, opinia publiczna na owo wystąpienie zareagowała w taki jak zawsze, dwojaki, sposób. A więc, z jednej strony, wszyscy ci, co traktują Jarosława Kaczyńskiego jako patrona swoich marzeń i nadziei okrzyknęli je przełomem i początkiem nowej drogi, z drugiej natomiast, ci co go nienawidzą i życzą mu nagłej i najlepiej bolesnej śmierci, ogłosili, że oto właśnie Jarosław Kaczyński udowodnił, że jest skończony. Myślę że na wszystkich, którzy mieli okazję to coś oglądać, musiało zrobić wrażenie wczorajsze specjalne wydanie „Loży prasowej” nadanej zaraz po wieczornej powtórce owego wystąpienia, gdzie po kolei głos zabierali Daniel Passsent, Dominika Wielowieyska, Jan Wróbel, Tomasz Wróblewski, a na końcu redaktorka Łaszcz, wszyscy po to, by wyrazić dla Kaczyńskiego uznanie za to, że wprawdzie gadał jak gadał, a więc głupio i śmiesznie, ale przynajmniej nic nie wspominał o brzozie. Daniel Passsent, Dominika Wielowieyska, Jan Wróbel, Tomasz Wróblewski i na końcu to tefauenowskie nieszczęście, a więc ludzie, którzy, gdyby ich jakimś cudem spotkał zaszczyt osobistej debaty z Jarosławem Kaczyńskim, zostaliby emocjonalnie i intelektualnie zmieceni, w najlepsze sobie z Kaczyńskiego dworowali. Bo to jest akurat wszystko, co oni akurat wiedzą, ale też i wszystko to, co im wolno.
Jaka więc, ktoś się zapyta, płynie z tego nauka dla nas? Może my właśnie powinniśmy się cieszyć, że Jaroslaw Kaczyński jest w tak świetnej formie i tak im wszystkim zalazł za skórę? Że oto wreszcie idą dobre dni, a drogę do nich wskazuje właśnie on? Otóż przykro mi to mówić, ale nic z tego. Jaroslaw Kaczyński zrobił dokładnie to co robi od zawsze. Ni mniej, ni niestety więcej. Przyszedł, stanął z dumnie podniesioną głową, i ani nie kłamiąc ani nie tracąc czasu na tanie głupstwa, powiedział to co miał powiedzieć. I dowiódł – po raz kolejny właśnie – że jest jedynym przywódcą. Jedynym. Przywódcą, którego kiedy już zabraknie, będziemy mogli się ostatecznie zwinąć. Przywódcą, z którym, gdyby nie wspomniane wcześniej smutne okoliczności czasu i miejsca, moglibyśmy sobie urządzić całkiem przyjemną dyktaturę.
Niestety, wspomniane okoliczności są takie a nie inne, i jeśli już komuś bardzo zależy, by zacząć podskakiwać z radości, bo idzie ta jesień, a z nią wszystko to co sobie po niej obiecujemy, to niech sobie skacze. Jednak, proszę, niech przy tym nie zapomina o tym wszystkim, co nas oblepia z każdej niemal strony. I to nie oblepia dlatego, że tak się jakoś złożyło, ale dlatego, że komuś bardzo na tym zależy i to coś nam bardzo przemyślnie urządził. I to coś jest tak straszne i tak potężne, że sam Jarosław Kaczyński – nawet on – nie da temu rady. I, daję słowo, że wcale niekoniecznie mam tu na myśli telewizję TVN24 z tą piątką cymbałów reagujących na gwizdek. Nie tylko ich.

Wszystko się dzieje bardzo powoli. Mam nadzieję, że coś się stanie, jednak, jak mówię, wszystko się dzieje strasznie powoli. Póki co, proszę mnie wspierać. Tak, tak i tak. A ja obiecuję, że będę się dalej starał. Dziękuję.

niedziela, 2 września 2012

O nich świętych i o nas grzesznikach

Najpierw wczoraj wieczorem, no ale też troszeczkę i dziś, daję słowo, że planowałem napisać coś porządnego, by ten weekend minął nam jako tako. Stało się jednak tak, że ojciec Rachmajda już jakiś czas temu poprosił mnie, żebym przygotował dla „Zeszytów Karmelitańskich” tekst o księdzu Karolu Antoniewiczu, świętym jezuicie i poecie spod Lwowa, człowieku dziś niemal kompletnie zapomnianym zarówno przez ludzi jak i Kościół. No i kiedy pisałem ową historię jednego życia, ogarnęło mnie najpierw takie napięcie, a potem już taka pustka, że już wiem, że na razie nic z tego politykowania nie będzie.
Wydaje mi się, że wspominałem tu już kiedyś o księdzu Antoniewiczu. Na początku lata byłem w wizytą u naszego księdza Don Paddingtona, który wraz ze swoimi dziećmi zabrał mnie na parogodzinną szkolną wycieczkę do kościoła w Obrze, pokazał mi ten grobowiec i pokrótce opowiedział mi tę historię. Historię człowieka, który udzielał Komunii Świętej umierającemu na cholerę, i gdy owemu biedakowi hostia wypadła z ust i spadla na ziemię, ten ją podniósł i by ją uratować przed zbrudzeniem, sam ją przyjął, w następstwie czego zachorował i umarł.
Tak byłem poruszony tą opowieścią – poruszony na wszystkich możliwych jej piętrach – że wspólnie z ojcem Rachmajdą uznaliśmy za konieczne, opisać ją wraz z całym tym życiem i opublikować ją w „Zeszytach”. No i siedziałem wczoraj i dziś z postacią księdza Antoniewicza przed oczyma, i teraz jestem tu gdzie jestem. Myślę, że jesienią, jeszcze zanim w listopadzie będziemy obchodzić najpierw rocznicę urodzin, a chwilę później i śmierci, Karola Antoniewicza, ukażą się redagowane przez ojca Rachmajdę „Zeszyty”, i każdy kto będzie miał ochotę znajdzie okazję, by się z tym życiem i tym dziełem zapoznać. Póki co – bo, jak mówię, na nic innego dziś już nie mam siły – chciałbym przytoczyć świadectwo pewnego chłopa, który miał to szczęście by być naocznym świadkiem pracy misyjnej księdza Antoniewicza w owym tak tragicznym roku:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
Ostatnio bardzo dużo dyskutujemy na temat kondycji naszego Kościoła. Wielu z nas już deklaruje, że skoro nasi kapłani tak demonstracyjnie wyrzekają się swoich obowiązków, to niech radzą sobie sami. Chciałbym więc wszystkich zapewnić, że Kościół zarówno dziś ma swoich bohaterów i świętych, jak i wtedy, w czasach księdza Antoniewicza, miał swoich zdrajców i grzeszników. Nie odwracajmy się więc od Niego. Nie bądźmy głupi. Ze względu choćby na tych pierwszych, do których, tak na marginesie – o czym jestem przekonany – każdemu z nas i tak jest znacznie dalej, niż do tych co ich tak przeklinamy.

Myślę, że do jutra dojdę do siebie i coś mądrego wymyślę. Idzie ciekawy tydzień. Wiele rzeczy się wyjaśni, jak idzie o szanse na kolejny rok. I na poziomie zawodowym i, że tak powiem, literackim. W najbliższy piątek, sobotę i niedzielę, w katowickim Spodku będą odbywały się targi książki, na których wraz z Coryllusem będziemy się udzielać. Już za tydzień, w następny poniedziałek, w Warszawie w klubie Ronina, również w duecie, z paroma jeszcze wybitnymi gośćmi, będziemy mieli spotkanie i dyskusję na tematy bardzo poważne. Jak idzie o finanse, jestem póki co na co najmniej zerze, a więc bardzo proszę o każdy możliwy gest. Dziękuję.

sobota, 1 września 2012

Sierpień. Ten sierpień.

Jak niektórzy z nas pewnie się zorientowali, zwyczaj poświęcania jednej notki w miesiącu na kierowanie podziękowań dla tych wszystkich, którzy uważają za stosowne i możliwe wspomaganie tego bloga, został na pewien czas zawieszony. Czemu tak się stało, do końca nie wiem, ale na pewno jednym z powodów było to, że ja cały dostępny mi czas poświęcam na pisanie. No więc mijały kolejne miesiące, a ja nawet tego nie zauważałem. Później sobie przypominałem, że znów zapomniałem podziękować, czekałem aż nadejdzie nowy miesiąc, i on mi znów uciekał…
Jednak sierpień był wyjątkowy. Wyjątkowy przez to, że chyba nigdy dotychczas aż tak bardzo nie byliśmy uzależnieni od tego wsparcia. Bez niego nie byłoby absolutnie nic. A więc niech on będzie też potraktowany wyjątkowo.
Jak będzie dalej, nie wiem. Jak zwykle pozostaje nadzieja. Bóg mi świadkiem, jak bardzo bym chciał, żeby to się skończyło. Tymczasem, bardzo dziękuję:

Joli z Warszawy
Witkowi z Sopotu
Remigiuszowi z Wrocławia
Dance z Warszawy
Piotrowi z Warszawy
Radkowi ze Szczecina
Mojemu Człowiekowi z Przegędzy
Michałowi z Jeziorek
Mirce zza miedzy
Moim Ludziom ze Świdnika
Braciom Szwedom
Grzegorzowi z Koleczkowa
Juliuszowi
Szymonowi z Warszawy
Małgosi z Częstochowy
Janinie z Gniezna
Pracowni Pewnej Aparatury
Pawłowi z Wrocławia
Wojtkowi z Zakrzówka
Józkowi z Rudy Śląskiej
Krzysztofowi spod Szczecina
Zbyszkowi z Hornówka
Wioli z Janowic
Joli z Sieprawia
Jackowi z Oświęcimia
Igorowi z Krakowa
Leszkowi z Krakowa
Kasi z Libuszy
Aplikacjom
Michałowi ze Świecia
Piotrowi z Warszawy
Witkowi z Sopotu
Magdzie i Markowi jak najbardziej z Gdańska
Markowi z Białegostoku
Jurkowi z Latchorzewa
Andrzejowi z Płocka
Antoniemu z Warszawy
Wojtkowi z Tychów
Małgosi z Wrzeciona
Moim Ludziom ze Szczytna
Janowi z Alei Ujazdowskich
Ani z Alei Niepodległości
Dorocie z Rzeszowa jak najbardziej
Maćkowi z Łodzi
Grabarzowi z Pól Truskawkowych Na Zawsze
Zbigniewowi z Wiolinowej
Księdzu
Magdzie z Płaskiej w Płaskiej
Mirkowi z Racławic
Moim Ludziom z Konstancina
Mojemu Człowiekowi z Podkowy
Krystynie z Gdańska
Izie z Ząbek
Krzysztofowi z Białegostoku
Joasi zza miedzy
Jackowi z Warszawy
Pawłowi z Warszawy
I Tobie, Klaro
Jackowi z Nowego Dworu
Marii z Giżycka

Tradycyjnie też wszystkim paypalowiczom, i tym stałym i tym nowym. Dziękuję. No i, jak zawsze, Arturowi, że daje mi pracę.

To robi wrażenie, czyż nie? I cóż mogę więcej powiedzieć?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...