czwartek, 21 czerwca 2012

Biedny Polak patrzy na rynek idei

Ostatni numer tygodnika „Uważam Rze” – ten sam, w którym redaktorzy niepokorni deklarują, że histeria, którą System nadmuchał wokół mistrzostw w piłce nożnej jest naszą osobistą histerią i władzy nic do tego – jest wypełniony tak nieprawdopodobnie wielką liczbą, równie jak ich autorzy niepokornych tekstów, że jeszcze dziesięć lat temu, do obrobienia tego wszystkiego trzeba by pewnie z dziesięć numerów magazynu „Ozon”, nie mówiąc już o wcześniejszych „Spotkaniach” czy „Nowym Państwie”. A zatem jest „okładkowa” historia o tym, że histerii nie oddamy, jest Feusette o Korze i jej zaćpanej suczce, jest Lisicki bezlitośnie gnojący samego Wojciecha Maziarskiego, jest Ziemkiewicz rozprawiający się bezlitośnie z Platforma Obywatelską i Karnowscy wypuszczający Naimskiego na opowieści o tym jak to Polska od 20 lat znajduje się we władaniu obcych służb, mamy też Cenckiewicza o komunistycznej bezpiece, Warzechę w jego stałym kabarecie o głupim Tusku, i jak najbardziej, Łysiaka, jak zawsze o sobie, i wiele wiele innych.
I wśród tych wielu wielu innych, jest też tekst o niejakim Marianie Pękalskim. Przyznaję bez bicia, że nazwisko to – podobnie jak towarzyszące mu drugie, o czym za chwilę – słyszę po raz pierwszy w życiu. Oczywiście może być tak, że z jakiegoś powodu coś przegapiłem i pozostaje to wyłącznie winą moją i mojego braku uwagi, jednak sądzę, że nie. Że ja jednak wszystko to co można było zauważyć, a co zauważyć wypadało, zauważyłem. I że zawsze byłem odpowiednio czujny. A zatem, nazwisko Pękalski – podobnie jak to drugie – w świadomości publicznej ani nigdy nie zaistniało, ani nie istnieje. I, należy się obawiać, że istnieć nigdy nie będzie.
Historia tego Pękalskiego jest tak wstrząsająca w swej intensywności, że nie mam żadnego sposobu, by ją opisać w tekście siłą rzeczy tak zwięzłym. A więc najbardziej krótko opowiem, o co chodzi. Otóż Pękalski od roku 1974 był funkcjonariuszem peerelowskiej bezpieki, a jego talenty i rosnąca z każdym rokiem pozycja w esbeckiej hierarchii sprawiła, że w pierwszych miesiącach stanu wojennego otrzymał on nową tożsamość, i już pod nazwiskiem Kotarski wszedł w struktury podziemnej „Solidarności”, gdzie ostatecznie stał się postacią bardzo ważną. Jego podstawowa działalność sprowadzała się do kierowania tak zwana Oficyną Wydawniczą „Rytm”, która miała za cel obsługiwanie druku prasy podziemnej, w tym, między innymi „Tygodnika Mazowsze”.
Wraz z końcem PRL-u, Pękalski, wciąż używając nazwiska nadanego mu przez Służby, jako Kotarski zalegalizował „Rytm” i został wydawnictwa tego już faktycznym, choć nieformalnym właścicielem. Nieformalnym, ponieważ wedle oficjalnych zapisów, właścicielem całości akcji firmy jest żona Pękalskiego, natomiast jego córka pełni tam funkcję sekretarki dyrektora, obie występujące pod nazwiskiem Pękalska. „Rytm”, wedle tego co piszą niepokorni autorzy „Uważam Rze”, jest wydawnictwem jak najbardziej „naszym”. Wydaje wyłącznie literaturę o tematyce historycznej, o bardzo patriotycznym nastawieniu, i w środowisku polskich patriotów uchodzi za bardzo cenne dzidzictwo naszej walki o wolność.
Kotarski, już jako Pękalski, zameldowany jest dziś na jednym z resortowych osiedli w Warszawie, i, również jako Marian Pękalski, major SB w stanie spoczynku, otrzymuje comiesięczną resortową emeryturę.
Co skłoniło redakcję „Uważam Rze” do zajęcia się sprawą Mariana Koterskiego- Pękalskiego, nie dowiemy się pewnie nigdy. Natomiast przynajmniej pozorną przyczyną, dla której oni wzięli te sprawę na warsztat, jest niedawno odbyta w Warszawie impreza zorganizowana na rzecz promocji wydanej przez „Rytm” książki Krystyny i Grzegorza Łubczyków „Pamięć II. Polscy uchodźcy na Węgrzech 1939-1945”. Żeby nie uronić nic z nastroju, pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment wspomnianego artykułu:
Wśród kilkuset uczestników promocji znaleźli się m.in. kardynał Kazimierz Nycz, posłowie i senatorowie RP, dyplomaci, kombatanci II Wojny Światowej. Wybitny aktor Olgierd Łukaszewicz odczytał list gratulacyjny od Bronisława Komorowskiego, adresowany do wydawcy. Oficynę Wydawniczą Rytm reprezentował jej dyrektor Marian Kotarski, który był bohaterem dnia i odbierał liczne gratulacje. Od 1990 r. wydał setki książek historycznych i był laureatem wielu ważnych nagród, m.in. w 2001 r. z rąk ówczesnego ministra obrony narodowej Bronisława Komorowskiego otrzymał medal ‘Za zasługi dla Obronności kraju’, a w tym samym roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi republiki Węgierskiej. Nosi honorowy tytuł Rycerza Klio. Rytm jest dotowany przez szereg instytucji państwowych III RP. Zyskał prestiż, a jego historyczny związek z podziemną ‘Solidarnością’ podkreśla logo firmy pisane charakterystyczną solidarycą”.
Z mojego punktu widzenia, cała sytuacja jest jasna jak słońce, i właściwie ten moment jest chwilą idealną, by już nie powiedzieć ani jednego słowa więcej. Jednak znam życie i wiem, że na pewno znajdą się wśród nas tacy którzy mnie spytają, o co mi do jasnej cholery znowu chodzi? „Uważam Rze” ujawnia wielką aferę, w dodatku aferę, która – co sam przyznaję – dotychczas pozostawała głęboko ukryta, a ja, zamiast im przyklasnąć, bez sensu się pienię. A zatem, zamiast schować się najgłębszym kącie i już tylko płakać z rozpaczy nad tą naszą Polską, muszę tłumaczyć. Proszę więc bardzo. Otóż uzwzgledniając skalę tej afery, jej wielowarstwowość i wieloznaczność, czy wreszcie jej wartość symboliczną – a jak wiemy, nie ma nic ponad znaki – nasi Rycerze Niepokornego Słowa nie ujawniają nic. Oni wyłącznie starają się wypełnić kolejny numer swojego tygodnika. Oni, postępując jak postępują, doskonale wpisują się w najbardziej nowoczesne metody uprawiania propagandy, które sprowadzają się do realizacji jednego prostego zalecenia: Zarzućmy ich taką ilością informacji, żeby to wszystko ich zwyczajnie zadusiło. Spójrzmy bowiem na ten numer „Uważam Rze”. Tu mamy Feusette nabijającego się z Kory, tam Warzechę z Tuska, tu Ziemkiewicza z Platformy, tam Lisickiego z Maziarskiego, i gdzieś między tym wszystkim jakiś smutny tekst o jakimś nikomu nieznanym… nawet niewiadomo kim, Kotarskim, czy Koterskim. A może Pękalskim. Diabli go tam wiedzą. Jakiś ubek podobno. I czarno-białe zdjęcie jakiegoś starego peerelowskiego dyplomu.
Proszę łaskawie zechcieć to zrozumieć. Oto w jednej maleńkiej pigułce mamy całą polską historię minionych trzydziestu lat, historię, która w żaden sposób się jeszcze nie zakończyła, ale rozwija się z coraz większym hałasem. A jednocześnie mamy większość odpowiedzi na wszystkie te pytania, które nas od tylu lat tak okrutnie dręczą. A my to traktujemy jak część codziennej publicystyki, o której już w najbliższy poniedziałek, jeden ślad nie pozostanie. Dlaczego? Dlatego mianowicie, ze ci, których obowiązkiem jest nas wszystkich jakoś przez tę straszną informację przenieść sami nie uważają jej za jakoś szczególnie istotną. Tego jestem pewien w stu procentach. Zarówno dla Ziemkiewicza, jak i Lisickiego, jak i dla obu Karnowskich, to jest tylko dobry temat, i nic ponad to. Jestem przekonany, że gdybym ja jakimś cudem spotkał Cezarego Gmyza, który jest współautorem tego opracowania, i powiedział mu, że jestem wstrząśnięty, że to jest coś absolutnie strasznego, że trzeba coś zrobić, on by spojrzał na mnie uprzejmie i powiedział, że przeprasza, ale się spieszy na spotkanie. I tyle.
No i teraz mogę się spodziewać kolejnego pytania, mianowicie czego ja oczekuję po nich, po tych naszych niepokornych autorach? Cóż oni mogą? Otóż oni mogą wszystko. Oni mają, wbrew pozorom, tak potężną zawodową i środowiskowa pozycję, że mogą wszystko. Oni mogą to wszystko roznieść w drobny pył. Ale oni tego nie zrobią, z tego prostego powodu, że to by stanowiło dla nich zbyt duże ryzyko, w dodatku okupione zbyt poważną stratą czasu na rzeczy, które ich zajmują w stopniu naprawdę minimalnym.
Uważam że bardzo znacząca jest sama końcówka omawianego tekstu. Otóż autorzy piszą, że próbowali się skontaktować z tym Pękalskim-Kotarskim, ale on im powiedział, że nie bardzo ma ochotę na rozmowę z nimi i zanim podejmie decyzję, musi się poważnie zastanowić. Jak na to reagują ci niepokorni państwo? Czy obiecują, że jeśli on się nie zgłosi w ciągu tygodnia, to oni go zniszczą? Że oni w tej sytuacji użyją wszystkich swoich wpływów, by go zrujnować? Jego i tych wszystkich, którzy go karmią. Ależ skąd! Oni robią to co potrafią. Bardzo stanowczo zapowiadają, że oni jeszcze wrócą do tematu. Pod warnikiem oczywiście, że Kotarski-Pękalski się odezwie. Bo jeśli nie – to nie. Po co? Otóż to – po co? Znajdźmy jeden dobry powód. Po co?

Wszystkich, którym ten tekst w jakikolwiek sposób zaimponował, proszę serdecznie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Przy okazji informuję, że w najbliższy wtorek, w Poznaniu u Karmelitów na ulicy Działowej odbędzie się spotkanie z Coryllusem i ze mną – autorami Zeszytów Karmelitańskich. Spotkanie będzie połączone ze sprzedażą naszych książek. Zapraszam serdecznie.

środa, 20 czerwca 2012

Gdy zostaną już tylko głupcy

Kiedy byłem dzieckiem, a wokół mnie huczał PRL, uważałem że moje życie jest najszczęśliwsze na świecie, a ja osobiście nie mam jednego powodu, by na cokolwiek narzekać. Moi rodzice byli dla mnie dobrzy, dbali o mnie i mnie kochali. Mój brat – jak to zwykle bywa ze starszymi braćmi – traktował mnie dość obcesowo, jednak też nie widziałem marnego powodu, by żałować, że to on jest moim bratem, a nie kto inny. Koleżanek wprawdzie, przez to że chodziłem do czysto męskiej podstawówki, raczej nie miałem, natomiast kolegów co niemiara. I to w większości kolegów bardzo dobrych. Krótko mówiąc, było super.
Moje dzieciństwo – mimo że wokół huczał PRL – było wypełnione radosnym czekaniem. Zawsze na przykład czekałem aż przyjdzie zima. Pod oknem naszego pokoju – mieszkaliśmy wówczas wszyscy w jednym pokoju – rosło drzewo i kiedy kończyła się jesień i lada dzień miał spaść pierwszy śnieg, każdego ranka wyglądałem przez to okno i sprawdzałem, czy to drzewo jest już białe. No i zawsze w końcu ten dzień przychodził. Czekałem oczywiście też przy tej okazji na Roraty, kiedy to można było rano, gdy było jeszcze ciemno, iść po skrzypiącym śniegu na nabożeństwo. Naturalnie, jak każdy z nas, czekałem na wakacje, na szkolne wycieczki, na Święta Bożego Narodzenia z choinką i prezentami, na kolejny odcinek „Konia który mówi”… no i zawsze czekałem na pierwszy dzień maja. Do czego był mi ten dzień potrzebny? To jest bardzo proste. On był mi potrzebny po to, bym mógł w tej nędzy poczuć atmosferę autentycznego święta, które to święto jednocześnie nie jest ani Wigilią, ani urodzinami, ani wakacjami, ani rodzinnym przyjęciem. Chodziło o takie święto, które się poczuje po wyjściu z domu na ulicę. Gdzie będzie piękna pogoda, będzie szedł pochód, będą grały różne orkiestry, z głośników będą leciały piosenki typu „Ukochany kraj, umiłowany kraj”, w Parku Kościuszki dzieci będą jeździły na rowerkach z kołami ozdobionymi kolorową bibułką, będą balony, wata cukrowa, oranżada, no i – co wcale nie najmniej ważne – ulicami będą jeździli kolarze.
A więc tak. Z mojego punktu widzenia, tak zwane Święto Pracy to nie było ich święto, ale święto jak najbardziej moje. I tylko moje. Jak Śmigus Dyngus, czy Prima Aprilis. Czekałem na Pierwszego Maja cały rok, a kiedy ten dzień się kończył, czułem oczywiście radość, ale też i żal, że to już koniec. I znów czekałem.
Jak się czuli ludzie, którzy tego dnia musieli rano, zamiast iść do pracy, stawić się na obowiązkowym pochodzie? Sam wprawdzie, z wyjątkiem jednego jedynego razu, nie miałem okazji tego sprawdzić, jednak wydaje mi się, że oni też czuli atmosferę tego święta, i traktowali ten pochód jako zwykle urozmaicenie codziennego życia. Jako swego rodzaju spacer po mieście w towarzystwie znajomych z pracy. Inna sprawa, że tak naprawdę spacer z niezwykle krótką przerwą, bo, jak idzie o część oficjalną, zajmującą jakieś 15 sekund, czyli czas potrzebny na to, by przejść przed trybuną ze stojącymi na niej lokalnymi komunistami. Poza tym, to było bardzo swobodne snucie się ulicami wiodącymi do tego kluczowego punktu, a dalej już od niego, do domu.
Jako człowiek dorosły, na pochodzie byłem jeden raz. Dostaliśmy wtedy wszyscy po jednej czerwonej fladze, no i szliśmy tak z tymi flagami w stronę tej trybuny, wreszcie, kiedy już znaleźliśmy się na miejscu, sformowaliśmy odpowiedni szyk, przemaszerowaliśmy machając tą czerwienią w powietrzu, a kiedy już znaleźliśmy się odpowiednio daleko, te szmaty razem z drzewcami rzuciliśmy na ziemię. Zwyczajnie, tak jak Michael Corleone porzucił rewolwer po skutecznym zamordowaniu obu nieprzyjaciół Rodziny. Szliśmy, i stopniowo zostawialiśmy te flagi za sobą. I pamiętam, jak nie mogłem się nadziwić, jakie to jest łatwe.
No ale to już było późno. Wtedy już wiedziałem, że nie ma się co oszukiwać. Że to nie jest moje święto. Że choćbym przy tej okazji się świetnie bawił, choćbyśmy sobie w trakcie tego pochodu opowiadali sobie same najbardziej pieprzne dowcipy o Breżniewie w trumnie, choćbyśmy przy tej okazji mogli nawet liczyć na dodatkowe zaopatrzenie w lokalnym sklepie mięsnym, choćbym nie wiem jak głośno wszystkich dookoła informował, że dla mnie to jest tylko dobra zabawa i jeszcze jeden wolny dzień od pracy, fakt pozostaje faktem – cokolwiek ja powiem i cokolwiek sobie pomyślę, dla nich to nie ma najmniejszego znaczenia, bo to jest tylko i wyłącznie ich impreza. A ja nie mam z niej najmniejszych korzyści. Przynajmniej nie od czasu gdy przestałem być małym dzieckiem.
Dziś, jak co tydzień, kupiliśmy tygodnik „Uważam Rze”. Na okładce widać dwie dziewczyny, z pomalowanymi w biało-czerwone flagi policzkami i z oczami postawionymi w słup, jakby dopiero co ujrzały Jezusa, a pod spodem duży, anonsujący zawartość numeru, podpis: „Święto Polaków a nie władzy!” Właśnie tak, z wykrzyknikiem na końcu, tak jakby ów wykrzyknik podkreślał dysydencką moc tego oświadczenia. Tak jakby przez ten wykrzyknik redaktorzy „Uważam Rze” pragnęli zakomunikować władzy: „Owszem, będziemy kibicować polskiej drużynie, będziemy cieszyć się z jej sukcesów i płakać przy każdej porażce, będziemy przyczepiać te chorągiewki u szyb naszych samochodów, będziemy wywieszać w naszych oknach kupione wraz z czteropakiem „Tyskiego” flagi – ale tego święta nam nie odbierzecie. Bo to jest nasze święto a nie wasze!” A na sam koniec, z autentycznymi łzami w oczach jeszcze dorzucić do tego „Wy świnie!!!”
A ja wiem znakomicie, ze żaden z nich już z tego podniecenia nie zwróci uwagi na to, że władza na te słowa się tylko dobrodusznie uśmiechnie i odpowie: „Ależ tak. Na pewno. Oczywiście. To jest wasze święto. Od nas dla was. Teraz nam już nic do tego. Od niego nam wara. Tu wszyscy jesteśmy Polakami”. Wiem to świetnie i się już tylko zastanawiam, jak można być takim idiotą? Jak można aż tak zgłupieć? Jak można patrzeć na Bronisława Komorowskiego siedzącego na tych trybunach w tym swoim żałosnym szaliku, a obok coraz bardziej pogrążającego się w sobie Lecha Wałęsę, a pod nimi Waldemara Pawlaka uwiązanego do tego tabletu, i pleść takie androny? Ja rozumiem – był ten PRL, a ja byłem dzieckiem i dla mnie często tak naprawdę chodziło tylko o to, by ta szarość została wypełniona butelką oranżady i tymi balonikami, a może nawet i gumą do żucia marki Donald. Poza tym, cóż ja wiedziałem – małe dziecko biednych, ciężko harujących rodziców? Że gdzieś młody Stefan Niesiołowski z młodym Andrzejem Czumą własnie zakładają organizację pod nazwą „Ruch” i wynoszą z zakładów pracy jakieś drukarki? No, bądźmy poważni.
Niedawno pisałem tu trochę o bardzo ostatnio wziętym wrocławskim autorze kryminałów, niejakim Krajewskim. Otóż okazuje się, że ten Krajewski jest jak najbardziej nasz. Skąd to wiemy? A stąd mianowicie, ze w tym samym numerze „Uważam Rze” jest z nim duży wywiad, poprowadzony w taki własnie sposób, by ową tezę z okładki, o tym, że to jest nasze a nie ich święto, ładnie zilustrować. I ja już wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Wprawdzie mój kolega Coryllus się na to zaperzy, ale wygląda na to, że to nie są źli ludzie. To są zwyczajni głupcy. Szkoda. Bo wygląda na to, że kiedy już tych złych pogonimy, zostaną oni. A dalej już będzie tylko mur.

Powyższy tekst - podobnie zresztą jak tekst o labradorze, w dość znacznej części stanowi fragment z książki, którą mam nadzieję wydać jesienią. Mam nadzieję, bo sytuacja finansowa jest tak napięta, że nie umiem nawet powiedzieć, czy jesienią będę wciąż pisał. Proszę więc o wspomaganie tego bloga bezpośrednio pod podanym obok numerem konta, no i o kupowanie obu książek, stale dostępnych w księgarni u Coryllusa. Za wszystko co bylo i wszystko co będzie, stale dziękuję.

wtorek, 19 czerwca 2012

Awesome, czyli jak się sfajdać w pozycji na kolanach

Moje zainteresowanie tak zwanymi żartami rysunkowymi sięga czasów tak głębokich, że praktycznie nie jestem w stanie ich określić. Wiem, że od początku lat 70-tych, a więc od czasu gdy miałem 15 lat namiętnie czytałem toeplitzowskie „Szpilki” w znacznym stopniu przez to, że oni przedrukowywali absolutnie fantastyczne żarty z brytyjskiego „Puncha”, „Private Eye”, czy amerykańskiego „New Yorkera”. Jednak z całą pewnością i wcześniej, gdzie tylko mogłem – a wbrew pozorom można było – zwracałem uwagę na te rysunki. I tak jest do dziś. Wprawdzie już może nie z taką jak kiedyś intensywnością – w końcu młodym nie jest się wiecznie – ale wciąż, ile razy mam okazję, oglądam sobie te rysunki.
To chyba była robota Gary Larsona, choć pewności nie mam. Oto właśnie gdzieś na jakiejś farmie wylądował pozaziemski pojazd, po drabince wychodzą z niego jacyś cudaczni kosmici, tymczasem obok pod płotem stoją dwaj wieśniacy z grabiami i widłami i patrzą z zaciekawieniem. Nagle jeden z kosmitów spada z tej drabinki na mordę. Na to jego kolega kosmita mówi jakoś tak (uwaga – będzie po angielsku): ”It looks like we somehow didn’t manage to install in them a feeling of awe”.
Za chwilę, tym wszystkim, którym jest to potrzebne, wytłumaczę, o co chodzi. Ale najpierw opowiem o owym bardzo szczególnym angielskim słowie „awe”. Ono nie ma odpowiednika w języku polskim. Wprawdzie próbowano je już tłumaczyć jako „bojaźń”, co nie jest tłumaczeniem najgorszym, ale jednak wciąż niepełnym. Chodzi o to, że owa bojaźń stanowi tylko fragment tego co w tym słowie się faktycznie zawiera. Angielskie „awe” bowiem to zarówno bojaźń, jak i poddańczy podziw. „Awe” to jest coś co normalni ludzie mogą czuć w stosunku do Jezusa na przykład, który im się nagle ukazał, a ludzie nienormalni, na widok przechodzącego nagle ulicą Kuby „Boskiego” Błaszczykowskiego. A zatem, „awe” to lęk, nabożny podziw, a może i miłość i oddanie.
Wróćmy teraz do wspomnianego wcześniej obrazka. Kiedy ów niezgrabny kosmita zlatuje z tej drabiny, jego zmartwiony kumpel, z tym moim tu zastrzeżeniem, że „bojaźń” jest słowem dobrym, ale nie najlepszym, mówi mniej więcej coś takiego: „Wygląda na to, że jakoś nie udało nam się wzbudzić w nich poczucia bojaźni”. Jasne, prawda? No i, moim zdaniem, bardzo zabawne.
Od rzeczownika „awe” pochodzi przymiotnik „awesome”. Ten już jest dość popularny, a jego popularność, tak jak to zwykle bywa, bierze się to stąd, że to jest określenie bardzo często używane przez dzieci, które chcą powiedzieć, że coś jest tak fantastyczne, że aż zatyka dech w piersiach, a więc często występujące na przykład w amerykańskich filmach. Jakieś dziecko dostaje piękną zabawkę i woła: „Mom, this is awesome!”, czyli „Mamo, to jest nie-sa-mo-wite!” O ile się orientuje, słowo „awesome” nie jest używane w dyskursie poza-dziecięcym i poza, że tak powiem, zorientowanym na kontakty z celebrytami. A więc nie ma takiej możliwości, bym ja na przykład powiedział o swoich dzieciach, swojej żonie, czy o swoich uczniach, że oni są „awesome”. No, może jedynie w przypadku jakiegoś szczególnego szoku, gdy na przykład moja żona zrobi sobie ładną fryzurę, a ja krzyknę: „You look awesome!” I to też tylko w przypadku, gdybyśmy ze sobą rozmawiali po angielsku. Czego nie robimy.
Do czego zmierzam? Otóż wczoraj córka moja przyniosła mi wydanie „Metro” sprzed paru dni, z przedrukowanym adresem, jaki gdzieś w Internecie jacyś zamieszkali w Polsce ruscy patrioci skierowali do Rosjan, i w którym oni przepraszają za krzywdy jakie ze strony polskich kibiców spotkały rosyjskich kibiców, i gdzie deklarują oni swoją wieczną przyjaźń i lojalność. Adres jest sporządzony w języku angielskim – co przez redakcję „Metra” zostało z pełną powagą przetłumaczone – i jest napisany tak, że można by było właściwie skupić się tylko na tym i trochę się jeszcze pośmiać. Ale ponieważ całkiem niedawno zajmowaliśmy się tu już kwestią znajomości języka przez tak zwanych wykształconych Polaków, to całe „on the behalf of” sobie darujemy. Zwłaszcza gdy są rzeczy znacznie ciekawsze i ważniejsze. Chodzi więc o sam początek, a więc zwrot powitalny: „To our awesome friends who are visiting us during Euro 2012”.
Redakcja “Metra” przetłumaczyła ten początek w sposób następujący: „Do naszych wspaniałych przyjaciół z Rosji, którzy odwiedzają nas podczas Euro2012”. Otóż rzecz w tym, że to wcale tak nie wyszło. Możliwe że intencje były właśnie takie, ale, jak mówię, wyszło zupełnie nie tak. Ci durnie zwrócili się do swoich Rosjan w taki sposób jakby się zwracali do swoich panów. Jakby stali przed nimi z poczuciem podziwu i bojaźni. Jakby ujrzeli moc, która ich zatrwożyła, a ich oczy wypełniła łzami takiego wzruszenia, które można manifestować wyłącznie w pozycji klęczącej. A tu w dodatku, wszystko na to wskazuje, mamy do czynienia z ludźmi, którzy nawet gdyby ci kosmici z obrazka Larsena wszyscy pospadali z tej drabiny, posraliby się ze strachu. Jak oni sami lubią to określać – taka karma.
Co za czas! Oto czas znaków i symboli. Wczoraj ta chorągiewka, przedwczoraj tamta śmierć, to wręcz nieprawdopodobne wywiezienie z tych mistrzostw, na wspólnym wózku, tych dwóch akurat drużyn, tu znów to cudowne wręcz „awesome”. Czekajmy więc na dalszy rozwój zdarzeń. I, jak już wcześniej pisałem, śpijmy z jednym okiem otwartym.

Przypominam, że obie moje książki są do kupienia w księgarni u Coryllusa. Zachęcam uczciwie. Również proszę o bezpośrednie wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Co słychać w Sieci?

Znaczna część mojego doświadczenia życiowego pochodzi z okresu, kiedy to jeszcze pracowałem w szkole. Wydaje mi się, że, pomijając pracę księdza, który siłą rzeczy, przez ciągły kontakt z ludźmi, choćby w czasie regularnych spowiedzi, wie o życiu niemal wszystko co wiedzieć o życiu można, tylko praca nauczyciela daje porównywalną wiedzę o wielkości i nędzy człowieka. No może jeszcze tylko bycie lekarzem pozwala sięgnąć aż tak głęboko, choć lekarz siłą rzeczy ma kontakt z ta raczej ciemną strona naszego życia, a zatem tylko z jej częścią.
Oczywiście, nie twierdzę tu, że bycie księdzem, nauczycielem, czy lekarzem cokolwiek nam gwarantuje. W końcu, tak naprawdę i tak wszystko się rozbija o naszą chęć do otworzenia się na innych ludzi, z ich troskami i radościami, i kiedy tej chęci zabraknie, równie dobrze można na to wszystko machnąć ręką. Ale, jak mówię, szansa zawsze jest. I tylko od nas zależy, czy ją wykorzystamy.
Pracowałem więc swego czasu w szkole i pewnego dnia pojawiła się w sekretariacie pewna pani. Osobiście jej nie spotkałem, ale sprawę mi dokładnie przedstawiono. Otóż była to mama jednego z uczniów, a przyszła ona do szkoły w takiej oto sprawie, że jej syn nie jest w stanie rano wyjść z domu do szkoły, bo siedzi przy komputerze i nie ma sposobu, by go od tego komputera odciągnąć. Rzecz tym, że ile razy ona, czy ojciec chłopca próbują go jakoś zmusić do tego, by on poszedł do szkoły, on dostaje takiego szału, że oni nie są w stanie walczyć. Przyszła więc ta pani do szkoły z bardzo niecodzienną prośbą. Czy nie istniałaby taka możliwość, by oni przywieźli ten komputer do szkoły i postawili go gdzieś w sekretariacie, czy w gabinecie dyrektora, tak by ich syn miał poczucie, że jego ulubiona zabawka jest blisko, i w ten sposób czuł się bezpieczniej.
Ja wiem, że ta historia brzmi jak fikcja, ale daję słowo, że jest prawdziwa. To się autentycznie zdarzyło i to zdarzyło dokładnie tak jak ja tę sprawę relacjonuję. Ktoś powie, że ci rodzice to jakieś kompletne bałwaństwo, a więc nie ma o czym mówić. Otóż nie. Mama była lekarzem, a ojciec prawnikiem w bardzo poważnej rządowej instytucji, a więc nawet jeśli ktoś sądzi, że bycie lekarzem, czy prawnikiem niczego nie gwarantuje, faktem jest, że to była normalna – przynajmniej w sensie przyjętym powszechnie – rodzina. Osobiście tego ucznia nie znałem. To znaczy, uczyłem klasę, do której on teoretycznie chodził, natomiast jego widziałem być może dwa czy trzy razy, i nawet wtedy trudno mi nawet było sobie przypomnieć, jak on wyglądał. Mama została przekazana szkolnemu pedagogowi, który poradził jej, by póki to dziecko nie skończyło jeszcze 18 roku zycia, skierować go na leczenie psychiatryczne, bo sytuacja jest dramatycznie zła, i to już jest ostatni moment, by cokolwiek zrobić. Za rok, kiedy on będzie osobą dorosłą, a więc decydującą o sobie, jego rodzina nie będzie miała już żadnego ruchu. Więcej już tego chłopca nie widziałem.
Jak wiemy, są różnego typu uzależnienia, i, jak to bywa z uzależnieniami, nigdy nie jest tak, że na nich wszystko się zaczyna i kończy. Chodzi mi o to, że jeśli ktoś chleje, czy pali marihuanę, to jego problem nie sprowadza się do tego, że on chleje lub pali marihuanę, a poza tym wszystko jest tak jak trzeba. Rzecz w tym, że to szaleństwo jest zaledwie pierwsza kostką z tego domina, która uruchamia całą resztę. Jeśli ktoś jest nałogowym pijakiem czy narkomanem, mowy nie ma o zwykłym życiu na każdym innym poziomie. Podobnie zresztą z wszystkimi innymi nałogami. Człowiek uzależniony od seksu przestaje być człowiekiem w takim sensie, w jakim w przebłyskach świadomości z pewnością chciałby być. Człowiek tracący wszystkie swoje pieniądze w kasynie, ktoś kto gromadzi niepotrzebne rzeczy do tego stopnia, że nie jest w stanie swobodnie poruszać się po swoim mieszkaniu, ci z nas, którzy jedzą zbyt dużo, lub nie jedzą w ogóle – oni wszyscy mają problem znaczne szerszy, niż tylko ten sprowadzający się do ich małej prywatnej obsesji. Podobnie jest z komputerem. Nałóg to nie fantazja i hobby. Nałóg to psychiczna choroba. Choroba straszna.
Niedawno, przy okazji, tak się złożyło, Euro2012, otrzymałem od pewnego naszego kolegi link do kilku zdjęć, na których widać prezydenta Komorowskiego plus towarzyszących mu polityków na trybunie stadionu we Wrocławiu, kibicujących w minioną sobotę reprezentacji PZPN w meczu przeciwko Czechom. Chodziło o to, by mi pokazać, jak to Wałęsa ma szalik na stałe ułożony tyłem do przodu, a Komorowski z kolei został zaopatrzony w taki egzemplarz, by w żadnym możliwym ustawieniu, nie narażał się na kpiny. Ja jednak zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż wśród tych wszystkich naszych celebrytów, siedzi Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki. I na każdym z tych zdjęć on nie ogląda meczu, natomiast gapi się w tablet, który ma uruchomiony przed sobą. Oczywiście biorę pod uwagę, że to wszystko jest zaledwie niefortunny przypadek, i że Pawlak przez większą część meczu patrzył na boisko, jednak ta myśl nie przychodzi mi zbyt łatwo. Problem bowiem w tym, że reporterowi, który robił te zdjęcia, zdecydowanie nie chodziło o to, by pokazać Pawlaka, że jaki to bałwan, zamiast oglądać mecz bawi się na Internecie, lecz tych co siedzieli nad nim, a więc Komorowskiego i Wałęsę. Pawlak, wygląda na to, znalazł się tam za każdym razem przypadkiem. I za każdym razem, zamiast oglądać mecz, siedział w Sieci.
Ale jest jeszcze coś. Otóż ja miałem okazję ostatnio widzieć Pawlaka w akcji kilkukrotnie. Raz w programie Rymanowskiego „Kawa na ławę” , drugi raz na jakiejś wspólnej konferencji prasowej z Tuskiem, no i teraz na tym meczu. Za każdym razem, on miał przy sobie ten tablet. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie owa konferencja. Tusk coś mówił, tymczasem Pawlak coś tam w tym swoim urządzeniu grzebał. Ja nie żartuję. To własnie tak wyglądało. Jest ta estradka, na niej stoi Tusk, obok Tuska Pawlak, przed nimi kamery i dziennikarze, Tusk coś mówi, a Pawlak siedzi w necie. Później pada pytanie do Pawlaka, Pawlak odkłada na moment ten sprzęt, coś gada, by za chwilę znów wrócić do Sieci.
Otóż jestem głęboko przekonany, że Waldemar Pawlak jest od Sieci uzależniony. Jestem pewien, że to nie jest tak, jak od czasu do czasu lubią powtarzać media, że premier Pawlak to fan Internetu. To w ogóle nie chodzi o to, że Pawlak to taki mistrz techniki, że podczas gdy inni jego koledzy wiedzą zaledwie jak wysłać i odebrać maila, to on wie znacznie więcej, Sprawa polega na tym, że Pawlak z Internetem się zjednoczył. On i Internet stali się jednym. I to stali się jednym nie tak, że on, kiedy wraca do domu, pędzi od razu do komputera i gra w jakieś gry. On stał się z Internetem jednym w taki sposób, że on już go nosi ze sobą do pracy. I nie czuje już nawet przy tym wstydu. On jest jak tamta mama, która przyszła do dyrekcji mojego liceum i zapytała, czy ona mogłaby przywieźć tam komputer swojego dziecka.
I proszę to zrozumieć. Tu nie ma żartów. To nie chodzi o to, byśmy się dziś wszyscy pośmiali z Waldemara Pawlaka. Tu nawet nie chodzi o to, byśmy sobie porozmawiali o tym, jak to ważny minister, który ma tyle ważnych spraw na głowie, prawdopodobnie nie jest nawet w stanie kontrolować swoich obowiązków. I że przez to Polskie Państwo jest w takiej zapaści. Problem jest gdzie indziej. Otóż rzecz w tym, że Waldemar Pawlak – wicepremier w polskim rządzie – prawdopodobnie cierpi na bardzo ciężką chorobę psychiczną, i przez ową niesłychaną polityczną pętlę, której nie sposób ruszyć, nie ma sposobu, by nie dość że nie móc cokolwiek z tym zrobić, to nawet nie ma jak o tym rozmawiać.
Ja wiem, że widok Waldemara Pawlaka z tym tabletem może być trochę zwodniczy. Właśnie przez to, że ten obraz w ogóle nie wygląda groźnie. Zawsze bowiem można sobie powiedzieć to, co napisałem wyżej. Że on zwyczajnie lubi Internet i się na nim zna. I tyle. Jednak jeśli, tak jak wcześniej zasugerowałem, jest to uzależnienie, to równie dobrze możemy nagle zobaczyć przed sobą któregoś z innych ministrów, pijanego w sztok, przewracającego się i śpiewającego jakieś pijackie piosenki, lub innego, zgiętego w pół, zaćpanego na śmierć… i to co naprawdę przeraża, to fakt, że podobnie jak w przypadku Pawlaka, nikt nawet nie piśnie jednego słowa, które mogłoby zaświadczyć, że coś jest nie tak.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i o kupowanie obu moich książek, dostępnych w księgarni Coryllusa, a anonsowanych ciut wyżej, po prawej stronie. Naprawdę warto. Dziękuję.

niedziela, 17 czerwca 2012

Zdjęcia nie będzie, czyli jeszcze raz o znakach

Wracaliśmy rano z kościoła, patrzymy, a tu na trawniku, pod drzewem, pod samym domem leży biało-czerwona flaga, taka jaką przez ostatnie dwa tygodnie przyczepiali do szyb samochodów nasi futbolowi patrioci. Widok tej chorągiewki, takiej brudnej, zmiętoszonej i znienawidzonej, zrobił na mnie takie wrażenie, że popędziłem do domu po aparat, z myślą taką, że zrobię jej zdjęcie, napisze o tym tekst i go właśnie tym zdjęciem zilustruję. Zdjęciem tej nikomu już dziś niepotrzebnej biało-czerwonej flagi.
Kiedy wychodziłem ponownie z domu, wpadłem akurat na jakiegoś pana z małą dziewczynką, która niosła tę właśnie chorągiewkę, a jej ojciec – bo to był niewątpliwie ojciec – mówił do niej „Przyjdziemy do domu, to ją wypierzemy. Żeby była czysta”.
W niedawnym swoim tu tekście pisałem o tych mistrzostwach i o całej tej histerii, która została w sposób tak oczywiście przemyślany wykreowana wyłącznie po to, by nam choć na parę tygodni odebrać rozum, a serca przerobić na gulasz, że aż głupio ów czarny projekt dłużej analizować. Pisałem o tej agresji, a jednocześnie bardzo jasno sugerowałem, że ktoś kto dobrze życzy Polsce, nie ma absolutnie żadnego innego wyjścia, jak liczyć wyłącznie na to, że polska reprezentacja zakończy swój udział w tych mistrzostwach jak najszybciej i to w sposób jak najbardziej upokarzający. Dlaczego? Dlatego, że od czasu jak w tym całym przerażającym pakiecie, skradziono nam również i nasz patriotyzm, jedynym sposobem na to, by go odzyskać, jest wykazanie, że jemu tam gdzie on dziś się znajduje, jest niezwykle źle. Że on tam cierpi i gnije. Jak ta, symboliczna niewątpliwie dziś już, samochodowa chorągiewka, wciśnięta gdzieś w odruchu zimnej wściekłości pod to drzewo.
Ale nie tylko o to chodzi. Nie tylko o to, że nie ma absolutnie takiej możliwości, by – życząc dobrze Polsce – przebywać w tym samym sektorze, co Bronisław Komorowski z Grzegorzem Lato. To jest jednoznaczne i oczywiste. Jednak nie tylko o to chodzi, i nie o to przede wszystkim. Jak niektórzy zdążyli się zorientować, wczoraj zmarł generał Sławomir Petelicki. Zakładam, że jeśli ktoś już czyta ten tekst, to z całą pewnością nie potrzebuje dodatkowych wyjaśnień co do tego, czym ta śmierć jest, i co ona dla nas może oznaczać. A więc słowa więcej na ten temat, zwłaszcza że ani ja, ani nikt, poza może osobami najbardziej zainteresowanymi, nie mamy pojęcia, co się tak naprawdę stało. Jest jednak coś co powiedzieć należy – nieco obok samej tej śmierci – bo w sytuacji kiedy pozostają nam już tylko znaki, nie wolno nam pod żadnym pozorem tracić czujności. Wczoraj zmarł gen. Petelicki, dziś to dziecko podniosło z ziemi polską flagę, aby ją wyczyścić i w pewnym sensie odkupić. Oto dwa zdarzenia, niemal równie znaczące, a jednak skazane na wieczną niepamięć. Dlaczego? Dlatego, że to co się liczy, to zaledwie to zawiedzione pragnienie, by polscy piłkarze wygrali. By polscy piłkarze wygrali, i w ten sposób załatwili nam to wszystko, czego ani sami nie jesteśmy w stanie sobie załatwić, ani tak naprawdę nie mamy głowy do tego, by o tym myśleć. Bo jedyne co jesteśmy w stanie z siebie wydusić, to reakcja na bodziec.
Zmarł gen. Petelicki, i fakt jest taki, że nie ma dziś dla nas żadnego znaczenia, czy ta śmierć była wynikiem samobójstwa, czy wypadku, czy zabójstwa. To co się liczy, to fakt, że on zmarł, a w reakcji na tę śmierć nie podniosło się nawet jedno westchnienie. Dlaczego? Bo wszyscy zostaliśmy tak zaprogramowani, by coś tak nieistotnego jak śmierć jakiegoś Petelickiego nie miała dla nas najmniejszego znaczenia. By w sytuacji, kiedy zdarzy się coś naprawdę znaczącego dla nas i dla Kraju, nasze myśli i serca były skoncentrowane na czymś innym. Czymkolwiek, byle nie tym co ważne.
Rozglądam się troszeczkę po okolicy i widzę, że większość z nas, jeśli już zauważyła tę tragedię, zajmuje się wyłącznie albo dociekaniem, kto i za co Petelickiego zabił, albo tym by dowieść, że za tą śmiercią stoją wyłącznie jakieś rodzinno-biznesowe interesy. A ja powtarzam. To nie ma żadnego znaczenia. Dziś to jest kompletnie nieistotne. W końcu, cóż może na nas zrobić wrażenie od tego strasznego doświadczenia, jakiego byliśmy bezradnymi świadkami tamtego sobotniego poranka? To co się dziś liczy, to to że ta śmierć pokazała nam, najbardziej jak tylko to jest tylko możliwe dobitnie, jak wygląda i jak potrafi być skuteczne umiejętne odwracanie uwagi. I jeszcze coś. Jak ciężkim grzechem jest beztroska, którą tak się szczycimy.
Zaglądam na stronę internetową stacji telewizyjnej TVN24. Wiadomość o śmierci gen. Petelickiego znajduje się na piętnastej pozycji. Wyżej jest tylko i wyłącznie futbol. I oczywiście nie ma ani słowa ani o tej porzuconej przez któregoś z zawiedzionych patriotów chorągiewce, ani o tym dziecku, które ją podniosło i zabrało do domu, by ją umyć z tego zła. A ja mam nadzieję, że, tak czy inaczej, to ona zwycięży. Co tam – myślę? Jestem tego pewien. To ona zwycięży, a nie jakiś Smuda i banda gangsterów z firmy pod nazwą UEFA.

Jeśli komuś powyższy tekst przyniósł choć odrobinę satysfakcji, gorąco proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. No i zapraszam do księgarni Coryllusa, gdzie można kupić moje obie książki. Naprawdę warto. Dziękuję.

piątek, 15 czerwca 2012

O kapusiach, bohaterach i szmacianych pacynkach

Pomijając, opisywany tu już parokrotnie, niefortunny przypadek notki o Górnikach z Wujka, jak idzie o „Twój pierwszy elementarz” – moją nową, ledwo co wydaną, książkę – prześladuje mnie tylko jeden wyrzut sumienia. I jeśli ktoś sądzi, że mam tu na myśli fakt, że posłance Senyszyn dałem na imię Jolanta, jest w dużym błędzie. Ona akurat nie spędzałaby mi snu z powiek, nawet gdybym wymyślił, że jej jest Iwona, czy Józefina. Chodzi mi mianowicie o Niesiołowskiego, a dokładnie o to, że coś mnie podkusiło, by go w tym Elementarzu w ogóle umieścić.
Już śpieszę wyjaśniać w czym rzecz. Otóż może niektórzy z nas pamiętają człowieka nazwiskiem Łopuszański. Jeśli nie, pozwolę sobie przypomnieć. Otóż Łopuszański w pierwszej połowie lat 90-tych był jednym z ważniejszych posłów do Sejmu, ważniejszych w tym sensie, że on – obok Marka Jurka i właśnie Stefana Niesiołowskiego – ile razy System chciał pokazać, jaka to dzicz z tych katolików, wyciągany był przez media, jak królik z kapelusza i straszył szerokie rzesze społeczeństwa. Oczywiście, polski parlament w tamtych czasach był znacznie bardziej żywiołowy, a więc przez to też znacznie bardziej interesujący, niż to z czym mamy do czynienia dziś, a zatem różnych dziwadeł było tam co niemiara. Jednak Łopuszański, Jurek i Niesiołowski – przy czym kolejność nie miała żadnego znaczenia – to było naprawdę coś.
Dziś z tej trójki w powszechnej świadomości funkcjonują dalej Jurek i Niesiołowski – o Łopuszańskim słuch zaginął. Czy to świadczy o tym, że ci dwaj okazali się od niego zręczniejsi jako politycy, bardziej inteligentni, sprytniejsi? Nie sądzę. Łopuszański był dokładnie tak samo wyszczekany i merytorycznie przygotowany, by już do końca świata pełnić wszelkie możliwe funkcje państwowe, jak ci dwaj. Kiedy się słuchało Łopuszańskiego, jak walczy o polską wiarę i śmierć dla jej wrogów, ani on, ani jego koledzy z Klubu nie mieli żadnego powodu do wstydu, czy zazdrości. To była autentyczna silna grupa pod wezwaniem. A więc, jak to się stało, że oni wciąż się tu kręcą, a po Łopuszańskim ani widu ani słychu? Otóż stało się to, że zarówno Jurek jak i Niesiołowski w odpowiednim momencie zorientowali się, że jeśli postanowią działać samodzielnie, mogą równie dobrze przestać działać w ogóle. Że ktoś o takich jak oni politycznych talentach, może istnieć wyłącznie jako asystent asystenta, i na tym koniec. Łopuszański był głupio ambitny. I dlatego, większość z tych, którzy czytają w tej chwili ten tekst, nie ma pojęcia, o kim ja w ogóle mówię.
I oto jest przyczyna moich wyrzutów sumienia. W moim Elementarzu, o Jurku i Łopuszańskim nie ma ani słowa, natomiast o Niesiołowskim – jak najbardziej. Dlaczego? Czyżby – skoro już wiemy, że jak idzie o polityczne zasługi, oni są wszyscy mniej więcej równie wybitni – Niesiołowski ma w sobie coś, co go wyróżnia na tyle, by można było skorzystać z niego jako choćby źródła inspiracji? Otóż nie. Zero. Tam nie ma nic. Zresztą, jeśli rzucić okiem na samą notkę, widać to wyraźnie. Bo co ja tam o nim piszę? Że Niesiołowski to plwacz i że prawdopodobnie ta jego przypadłość wiąże się z jakimiś kompromitującymi zaszłościami. Przepraszam bardzo, ale to już faktycznie może lepiej było napisać o Łopuszańskim. On przynajmniej w 2000 roku kandydował przeciwko Kwaśniewskiemu na prezydenta. Co z tego? Nic. No ale co z tego, że Niesiołowski dziś pluje, podczas gdy czterdzieści lat temu prawdopodobnie sypał?
No właśnie. Czterdzieści lat temu. To jest coś, co wielu z nas zdecydowanie umyka. I to umykanie jest wciąż bardzo umiejętnie podkręcane przez odpowiednie służby. Jak się bowiem zastanowić nad karierą Niesiołowskiego i pozycją publiczną, jaką on zajmuje w dzisiejszej Polsce, to wszystko tak naprawdę zaczęło się i skończyło ponad czterdzieści lat temu. W latach sześćdziesiątych młody Niesiołowski działał w jakiejś dziwnej organizacji antykomunistycznej, wspólnie z kolegami planował jakąś akcję, zostali oni zdemaskowani, poszli siedzieć i na tym koniec. I naprawdę nie ma znaczenia, czy Niesiołowski kapował, czy nie. Bo to co się dla nas liczy, to fakt, że od tamtego czasu, jeśli Niesiołowski jest jakąś figurą, to wyłącznie wśród pionków.
Zaglądam do czegoś co się nazywa „Encyklopedią Solidarności”, a więc do źródła, które zgromadziło wiedzę na temat wszystkich, mniej czy bardziej znaczących, osób kiedyś tam zaangażowanych w walkę z komuną. Są tam całe tłumy kompletnie nieznanych nazwisk, no a wśród nich oczywiście jest i Niesiołowski. Popatrzmy na ten wpis. W całości:

Stefan Niesiołowski (ps. Kostek, Paweł Caliński, Weronika Mandylion, Zbigniew Orszański, Ewa Ostrołęcka, Marek Radomski, Świerszcz, Marek Widawski, Janusz Zbaraski, Ewa Zdanowicz), ur. 4 II 1944 w Kałęczewie k. Łodzi. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego w Łodzi, Wydz. Biologii i Nauki o Ziemi (1966), w 1979 doktorat, w 1990 habilitacja, od 1995 prof. w Katedrze Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii UŁ.
Od 1966 pracownik naukowy UŁ. Podczas studiów uczestnik Duszpasterstwa Akademickiego prowadzonego przez o. Huberta Czumę. W 1965 współzałożyciel (z Andrzejem i Benedyktem Czumami, Marianem Gołębiewskim i Emilem Morgiewiczem) konspiracyjnej organizacji Ruch; 1966-1970 uczestnik akcji wynoszenia z instytucji państwowych sprzętu poligraficznego na potrzeby wydawania podziemnego „Biuletynu”, autor tekstów o wojnie polsko-bolszewickiej tamże; uczestnik zjazdów Ruchu, współautor deklaracji programowej Mijają lata...; w 1970 pomysłodawca podpalenia Muzeum Lenina w Poroninie, 20 VI 1970 aresztowany wraz bratem Markiem i innymi działaczami Ruchu, oskarżony o przygotowania do obalenia przemocą ustroju PRL, 20 IX 1971 skazany przez Sąd Wojewódzki w Warszawie na 7 lat więzienia, 24 IX 1974 zwolniony na mocy amnestii. W 1975 sygnatariusz listu do Sejmu przeciwko zmianom w Konstytucji PRL; od 1977 uczestnik ROPCiO, autor do niezależnego pisma „Opinia”
.
We IX 1980 współzałożyciel „S” na UŁ, w V/VI 1981 delegat na I WZD Ziemi Łódzkiej, członek ZR; redaktor niezależnego pisma „Solidarność Ziemi Łódzkiej”, autor artykułów o tematyce historycznej. 13 XII 1981 internowany w Ośr. Odosobnienia w Jaworzu, nast. Darłówku, 1 XII 1982 zwolniony. Od 1983 szef TKZ, kolporter wydawnictw podziemnych na UŁ; prowadził wykłady i prelekcje w kościołach; autor tekstów do pism podziemnych „Antyk”, „Kurs”, „Biuletyn Uniwersytetu Łódzkiego”, „Prześwit”.
W 1989 uczestnik kampanii wyborczej KO „S”. 1989-1991 poseł RP z listy KO „S”. 1989-2001 współzałożyciel, działacz ZChN, od 2005 w PO. 1991-1993 poseł RP z listy ZChN, 1997-2001 z listy AWS; 2005-2007 senator RP z listy PO; od 2007 poseł RP z listy PO, wicemarszałek Sejmu. Autor wielu prac naukowych z dziedziny entomologii, monografii „Ruch” przeciw totalizmowi pod ps. Ewa Ostrołęcka (NOWa, 1985).
14 IX 1970-5 VI 1973 rozpracowywany przez Wydz. III KW MO w Łodzi w ramach SOR krypt. Omega; od 12 III 1975 rozpracowywany przez Wydz. III KM MO w ramach SOS krypt. Sekstet/SOR krypt. Niepoprawni, zdjęto z ewidencji 16 I 1986; 11 II 1986-5 II 1987 rozpracowywany przez Wydz. III-1 WUSW w Łodzi w ramach SOR krypt. Tercet”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z czytelników nie ma ochoty czytać biografii Niesiołowskiego, i informacje, jakie zamieściłem wyżej zwyczajnie opuścili. Jednak bardzo proszę rzucić na to okiem, a następnie spróbować odpowiedzieć na pytanie: „Co dla Polski zrobił Niesiołowski” poza tym, że w roku 1970 wymyślił, by spalić muzeum Lenina, ale zanim mu się to udało, został posadzony? Ktoś mi powie, żeby się od Niesiołowskiego odpieprzyć, bo to profesor, i to nie jakiś lewy, jak śp. Lech Kaczyński, ale jak najbardziej autentyczny. Popatrzmy więc na jego dorobek naukowy: „Autor wielu prac naukowych z dziedziny entomologii”. Jakie to prace? Sięgam do Wikipedii i oto co tam mamy: „Meszki (Simuliidae, Diptera) rzek Widawki i Grabi, Wyd. UŁ, Łódź 2001”. I jeszcze coś: „Muchówki (Diptera), wujkowate (Empididae: Hemerodromiinae, Clinocerinae), Wyd. UŁ, Łódź 2005”. O to chodzi? To jest ten dorobek? Nieudany plan wysadzenia muzeum Lenina 40 lat temu i dwie publikacje o meszkach i muchówkach? To ma być gwiazda naszej wspólnej historii? Człowiek, którego nie wolno tknąć? Bo to bohater?
Dalej nie wiadomo, o co chodzi? Proszę więc słuchać dalej. Czy ktoś z nas zna nazwisko Marka Czachora? No dobra, niektórzy znają. Zwłaszcza ci, którzy też wiedzą kto to Toyah. O nim też możemy przeczytać w „Encyklopedii Solidarności”:

Marek Czachor, ur. 30 III 1960 w Słupsku. Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego, Wydz. Matematyki, Fizyki i Chemii (1986), w 1994 doktorat, w 2000 habilitacja.
We IX 1980 współzałożyciel Niezależnego Zrzeszenia Studentów Polskich na UG, od jesieni 1980 współpracownik NZS, drukarz niezależnego pisma NZS UG „Reduta”, kolporter wydawnictw niezależnych.
14-15 XII 1981 uczestnik strajku na UG, po strajku uczestnik ukrycia powielacza NZS, udostępnił mieszkanie na drukarnię, 20 XII 1981 zatrzymany na 48 godz., 15 I 1982 aresztowany, sądzony z grupą działaczy NZS i „S”, m.in. swoją matką Ewą Kubasiewicz, 3 II 1982 skazany w trybie doraźnym wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni na 3 lata więzienia i 2 lata pozbawienia praw publicznych, osadzony w ZK w Koronowie i Potulicach; od 21 XII 1982 przerwa w odbywaniu kary na kontynuowanie studiów, 28 VII 1983 zwolniony na mocy amnestii. Od 1984 współpracownik Solidarności Walczącej Oddział Trójmiasto, łącznik między E. Kubasiewicz a Andrzejem Kołodziejem, kolporter wydawnictw podziemnych, gł. prasy SW. 1986-1988 zatrudniony przy pracach wysokościowych w Spółdzielni Pracy Absolwent w Gdańsku, w XI 1987 pracownik naukowy Wydz. Mechanicznego Politechniki Gdańskiej, aresztowany za odmowę podjęcia służby wojskowej, przetrzymywany 42 dni, zwolniony po pierwszej rozprawie; od V 1988 w ukryciu, inicjator powstania Wydawnictwa Petit (z pomysłem zwrócił się do zwolnionego z więzienia w X 1988 Romana Zwiercana, który przystąpił do organizowania sprzętu drukarskiego oraz papieru); w I 1989 aresztowany, skazany wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni na 1 rok więzienia w zawieszeniu. I 1987 – XII 1989 z żoną Magdą Czachor redaktor pisma „Solidarność Walcząca. Oddział Trójmiasto”, I-XI 1988 po aresztowaniu A. Kołodzieja szef SW Oddz. Trójmiasto (ps. Michał Kaniowski).
1989-1990 redaktor pisma SW i LDPN „Żołnierz Solidarny”, koordynator akcji logistycznej związanej z przesyłaniem pisma oficerom WP, od wiosny 1989 zaprzysiężony członek SW, jawny przedstawiciel SW na Wybrzeżu; przeciwnik obrad Okrągłego Stołu, zwolennik bojkotu wyborów 4 VI 1989. Od 1990 przywrócony do pracy na PG, 1991-1994 doktorant w Instytucie Fizyki PAN w Warszawie, 1994-1995 stypendysta Programu Fulbrighta w Massachusetts Institute of Technology w USA, 1999-2002 stypendysta Fundacji im. Aleksandra von Humboldta w Technische Universitat Clausthal w Niemczech.
Autor publikacji z zakresu fizyki teoretycznej. Taternik.
Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2007).
23 VI 1983 – 14 VII 1989 rozpracowywany przez Wydz. III KW MO (od VII 1983 WUSW) w Gdańsku w ramach SOR krypt. Cela; 18 VII 1989 – 29 I 1990 przez Inspektorat 2 WUSW w Gdańsku w ramach SOR krypt. Ośmiornica”.
Wczoraj nasz kolega Coryllus wydal swoją kolejną książkę i w związku z tym na jego i moim blogu w Salonie24 zrobiła się maleńka dyskusja. W pewnym momencie, na któryś z moich komentarzy zareagował Coryllus właśnie, i ze smutną ironią przypomniał jeden z najgorszych, najbardziej obrzydliwych mitów funkcjonujących w przestrzeni publicznej, a sugerujących, że „to co wartościowe, samo się obroni”. A ja już tylko do tego mogę dodać, że owszem, może i się obroni. Samo. Niestety, wyłącznie samo. Bo poza tym, nikt nawet w jego obronie palcem nie kiwnie. Bo wszystkie palce będą zajęte czymś zupełnie innym.

Jakoś się trzymamy, prawda? Damy radę. Proszę tylko zostać ze mną. Kupować ksiązki i wspierać ten blog w każdy możliwy sposób. A ja obiecuję, że będę na miejscu. Dziękuję.

czwartek, 14 czerwca 2012

O wężach co syczą

Może się to komuś wydać dziwne, lub wręcz niemożliwe, ale faktem jest, że jak dotychczas, nie miałem okazji wysłuchać choćby fragmentu polskiego hymnu na mistrzostwa w piłce nożnej, a biorąc pod uwagę dotychczasowy rozwój zdarzeń, biorę bardzo poważnie pod uwagę taką też możliwość, że umrę, owego hymnu nie znając. Z tego co wiem, piosenka ta nosi tytuł; „Koko, koko euro spoko”, jest wykonywana przez grupę starszych pań przebranych w stroje ludowe, i w kulturze popularnej funkcjonuje jako tak zwany „obciach”.
Owa obciachowość, muszę przyznać, mnie mocno zadziwia, bo – znów, z tego co wiem – ta właśnie piosenka została przyjęta jako oficjalny hymn Polski na te mistrzostwa w wyniku konkursu, w dodatku konkursu, rozstrzyganego nie przez decyzję bandy jakichś podejrzanych ekspertów, ale głosami samych kibiców, którzy ją wytypowali, śląc na jej rzecz płatne esemesy. A więc, doszło do tego, że najpierw-śmy uznali, że w ten sposób, dzięki właśnie temu „koko spoko” najlepiej się zaprezentujemy jako kraj i naród, a następnie, kiedy już wszystko było gotowe do prezentacji, ryknęliśmy zbiorowym i wspólnym śmiechem, w nagim zachwycie nad tym, jacy to z nas wieśniacy.
Istnieje taka opinia, którą zresztą do pewnego stopnia podzielam i niejednokrotnie na tym blogu wyrażam, że jak idzie o poziom szeroko pojętej polskiej kultury artystycznej, wleczemy się na samym końcu świata. Że polskie kino, polska piosenka, polska literatura, polska sztuka plastyczna, czy wreszcie polski folklor, a zatem coś, na co nawet najbardziej ponury czas nie powinien mieć wpływu, to najgorsza możliwa nędza. Jak mówię, z prawdziwym bólem serca, w znacznym stopniu podzielam tę opinię, tyle że jestem przy tym głęboko przekonany, że całą winę za ten stan ponoszą nasze elity – elity samozwańcze, oszukańcze, elity które stały się tymi elitami drogą najbardziej bezczelnej uzurpacji. A nasza odpowiedzialność ogranicza się wyłącznie do tego, ze przez naszą jakże typową polską dobroduszność i łagodność serc, pozwoliliśmy na to rozpasanie, zamiast wziąć w rękę porządny kij i tę bandę bezczelnych darmozjadów rozpędzić na cztery wiatry.
Ale jest jeszcze coś, o czym nie wolno nam zapomnieć pod karą wiecznego potępienia. Otóż wspomniane elity, od samego początku prowadzą swoje interesy w dwóch kierunkach. Z jednej strony oczywiście zajmują cały dostępny rynek idei, skutecznie blokując wszystko co ma jakiekolwiek ambicje, z drugiej natomiast, robią co tylko w ich mocy, by wszystko co pozostaje na zewnątrz, pozostawało tam zachowując jak najniższy poziom. Żeby każdy zainteresowany wiedział, że to jest właśnie standard, na tle którego oni tak błyszczą. Mało tego. Oni robią co tylko w ich mocy, bo każdy Polak doskonale wiedział, że to co go otacza to najmarniejsza nędza, której właściwie można by się było wstydzić, ale również można się z niej pośmiać. To, jeśli ktoś chce się wyróżnić jako ten, kto wie więcej.
Nie mam pojęcia, jak wyglądało ogłoszenie konkursu na wspomniany hymn, kto się do niego zgłosił i jakie były nagrody za pierwsze miejsce. Nie wiem nawet, kto był tego konkursu organizatorem. Czy PZPN, czy TVP, czy może minister Mucha? Natomiast wiem z całą pewnością, że w ten czy inny sposób był to ktoś, komu bardzo zależało, by ów konkurs wygrała właśnie ta a nie inna piosenka. Dziś dowiaduję się, że gdzieś ktoś zasugerował, że to „koko” oznacza kokainę. I że ta sugestia zyskała na tyle duże uznanie, że jakoś tam funkcjonuje w przestrzeni publicznej. A ja wiem, że, bez względu na to, jak nieuprawnione i głupie są tego typu skojarzenia, to jest też efekt, na który ci ludzie bardzo liczyli.
Nie wiem, kto, poza tymi paniami, brał udział w konkursie, a więc trudno mi ocenić, czy konkurencja była silna, no i czy ten wynik był sprawiedliwy, czy nie. Jestem natomiast absolutnie pewien, że, gdyby komuś autentycznie zależało, by stworzyć coś w miarę choćby normalnego, i nie przynoszącego wstydu, można było się zwyczajnie zgłosić do muzyków z zespołu Trebunie Tutki, czy nawet do braci Golców i poprosić ich, by napisali coś, co Polacy będą mogli śpiewać w trakcie tych mistrzostw. A gdyby jedni i drudzy byli już tak fatalnie zepsuci sławą i pieniędzmi, że nie mieliby czasu na takie głupstwa jak jakieś konkursy, można było się zwrócić do jakichś co bardziej zdolnych górali z Poronina, czy ludowych artystów z Podlasia, by skomponowali i zaśpiewali jakąś chwytliwą piosenkę o tym, jaka Polska jest piękna i wielka. Niestety, czasy mamy takie, że jedni do czegoś takiego dopuścić nie mogli, a inni nie mieli ani siły, ani głowy do tego, by o to powalczyć. Czasy bowiem mamy tylko takie, że jedni czują wstyd i obrzydzenie, inni rechoczą, a reszta dba o wizerunek. Swój, bo przecież nie Polski.
Nie planowałem pisać tego tekstu. Miałem w planie parę innych tematów. Tak się jednak złożyło, że dziś z samego rana żona moja znalazła na youtubie klip z piosenką napisaną na tę samą co nasze „Koko” okazję przez Irlandczyków. Jak wiemy, Irlandia, jak idzie o piłkę nożną, stoi wprawdzie wyżej od Polski, ale nie na tyle wysoko, by wiązać z tymi mistrzostwami jakiekolwiek nadzieje. Wiadomo też powszechnie, że, jak idzie akurat o piłkę nożną, widok Irlandczyka śpiewającego, że drużyna Irlandii to tacy giganci, że cały świat powinien klękać z podziwu, jest niemal tak śmieszny jak wspomniane wczoraj przez mnie hasło „Kuba Boski Błaszczykowski”. Przepraszam. Nie „jest”, ale „byłby”. Byłby bowiem ów widok tak samo śmieszny, gdyby nie fakt, że Irlandczycy – idąc za przykładem swoich elit – na to by się z Irlandii śmiać nie pozwolą. Sami się z Irlandii nie będą śmiać i nikomu na to nie pozwolą. Oni oczywiście świetnie sobie zdają sprawę z tego, że każde słowo, jakie znajdzie się w takim na przykład hymnie na mistrzostwa w piłce nożnej, stanowi jedynie część pewnego rytuału, i że można ów rytuał nawet potraktować z lekkim przymrużeniem oka. Tyle że faktycznie lekkim, no i niezbyt długim, bo to nie jest byle jaki rytuał. Bo to jest rytuał ściśle związany z czymś bardzo, bardzo poważnym, wręcz świętym.
Słyszałem od kogoś kto się orientuje, że Irlandczycy to jedni z najbardziej miłych na świecie ludzi. Że oni, z samej swojej natury, są niemal tak mili jak potrafią być Polacy, gdy tylko nad nimi nie stoi jakiś bydlak i nie sączy im do ucha kłamstw na temat tego jacy oni są marni i wstrętni. A więc, są Irlandczycy niemal tak mili i serdeczni jak my. I wszystko pewnie by było świetnie, gdybyśmy też byli choć troszeczkę tak waleczni jak oni. Choć troszeczkę. Choć na tyle, by temu komuś, kto nachyla się nad naszym uchem jednym szybkim ruchem wykłuć oczy, a następnie, równie szybkim i zdecydowanym, wyrwać język. Na razie, proponuję, może posłuchać tej piosenki. Może ona nam – trochę na okrągło, przyznaję – pomoże poczuć, co znaczy być Polakiem.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga, o kupowanie książek, a jeśli już ktoś i tak zrobił, co mógł, to proszę tu zostać. Dziękuję.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...