Wbrew nawałnicom, powodziom, trąbom powietrznym i wszelkim innym nieszczęściom, które spadają na rządzącą przez Platformę Obywatelską Polskę, jak zbawienie z nieba, wciąż się dzieje jakoś tak, że Polacy trochę na te tematy pogadają, a i tak, prędzej czy później, wszystko będzie musiało wrócić do tego białoczerwonego wraku gnijącego w smoleńskim błocie. Nawet kiedy zaprzyjaźniony ze wszystkimi postępowymi prądami w nowoczesnej Europie naród Norwegii przyszedł nam z pomocą, dostarczając nam tematów do wieczornych rozmów na całe miesiące – niechby chociaż do jesiennych wyborów – i też okazało się, że wszystko to oczywiście bardzo jest ciekawe, ale i tak, nie ma jak Smoleńsk. Nawet błagania ministra Sikorskiego kierowane do nas, byśmy, uzbrojeni w moherowe berety i karabiny maszynowe, pokazali, że mu też potrafimy nienawidzić tak jak obywatel Brejvik, nie przyniosły żadnego skutku. No i znów tylko ten Smoleńsk, Smoleńsk, Smoleńsk...
Na blogu mojego serdecznego kolegi Michała Dembińskiego, spotkałem się z określeniem „Państwo Smoleńskie” i dołączoną do tego określenia słodko-gorzką refleksją, że nawet tak pięknie się noszące letnią porą grupy warszawskich hipsterów, mimo swoich starań i oczywistej estetycznej nad Smoleńskiem przewagi, nie potrafią stać się skutecznym antidotum na tę, jak on to nazywa, „obsesję”. A trzeba nam wiedzieć, że Michał Dembiński nie jest zwykłym splatformizowanym lemingiem. Michał to człowiek, który Polskę ukochał, niewykluczone, że co najmniej tak samo mocno, jak najlepsi w tej dziedzinie z nas. Tyle że, będąc, dokładnie tak jak my, autentycznie przekonany o tym, że ów kwitnący w naszych sercach obraz Polski, jako narodu, który ma szanse na to, by się rozwinąć w światowe mocarstwo, które da światu przykład i wydobędzie go z zapaści, wymaga wsparcia, jednocześnie szczerze i głęboko wierzy, że do tego sukcesu prawda nam jest zupełnie zbędna.
Ktoś – a on już z całą pewnością – powie nam, że ależ skąd! Prawda to podstawa, tyle że właśnieśmy się dowiedzieli całej prawdy o tej katastrofie i najwyższy czas nałożyć uśmiech i gonić lato. No a poza tym, skoro ma być prawda, to niech będzie prawda, a nie jakieś spiskowe teorie, nie mające podstaw w rzeczywistości. Tyle że fakt jest taki, że nie może być prawdą to, co tę prawdę, od ponad już roku, udaje każdego dnia, a przy tym, tak się niefortunnie składa, że każdego z tych dni owa prawda wygląda zupełnie inaczej niż dzień wcześniej. I wciąż jest prawdą, prawdą i tylko prawdą. Co do spisków natomiast, to – bardzo przepraszam – ale przywoływanie ich jako argumentu przeciwko smoleńskiej pamięci jest jeszcze głupsze i bezpodstawne, niż – zupełnie już z drugiej strony – opieranie się na nich w owej pamięci obronie. Prezydent i 95 innych osób nie padli bowiem ofiarą spisku, lecz najbardziej ordynarnej nienawiści, którą kilka bardzo tęgich umysłów postanowiło swego czasu użyć jako oręża, i z której – jak świetnie to i dziś widzimy – zrezygnować za żadne skarby świata nie chce.
O nie! Nie będziemy się zajmować spiskami. Wbrew nadziejom pokładanym przez tych, co tak panicznie boją się wciąż słuchać na temat swojej nienawiści. Nie będziemy mówić o mgle, nie będziemy mówić o helu, nie będziemy nawet m owić o tych dziwnych ludziach na wieży smoleńskiego lotniska. Będziemy mówić wyłącznie o nienawiści. Trochę z myślą o moim koledze Michale Dembińskim, a trochę po to, by jednak – szczególnie dziś, kiedy Jarosław Kaczyński z uporem maniaka powtarza te swoje rytualne niemal już słowa na temat rozdzielenia wizyt, a stojący naprzeciwko niego tłum fałszerzy krzyczy „Hel????” – podkreślić raz jeszcze bardzo stanowczo, że, jeśli my wciąż mówimy o zbrodni i odpowiedzialności za tę zbrodnię, celujemy znacznie wyżej, niż Ci, którzy nas nienawidzą by sobie tego życzyli. Dla niego, dla nich, a trochę przecież i dala nas, byśmy naprawdę nie dali się wodzić za nos – nikomu – przypomnę tekst, który ukazał się tu dość niedawno, bo zaledwie w styczniu tego roku. I przy okazji kieruje apel już tylko do nich: nie liczcie na to, że damy się zwieść pozorom. My świetnie pamiętamy, jak było.
Tak się składa, że ile razy wspominam o katastrofie smoleńskiej, używam określenia „zbrodnia”, lub wręcz „morderstwo”, i robię to w sposób świadomy i metodyczny. Jeśli przy jakiejkolwiek okazji zastępuję którekolwiek z tych określeń słowem „nieszczęście”, lub „katastrofa”, lub jakimś innym, adekwatnym do sytuacji, czynię to wyłącznie ze względów stylistycznych. To co się stało w Smoleńsku 10 kwietnia minionego roku, z mojego punktu widzenia pozostaje przede wszystkim zabójstwem i zbrodnią. Niezmiennie, od pamiętnej wiosny.
Używając tego a nie innego języka, zdaję sobie też świetnie sprawę, że u części z czytelników tego bloga, takie zachowanie będzie budziło conajmniej zniecierpliwienie. Wydaje mi się bowiem, że doskonale orientuję się w świadomości – a co może ważniejsze, w stanie sumień – osób, które niemal od pierwszego dnia po tamtej katastrofie nie marzą już o niczym innym, jak tylko o tym, by wreszcie zmienić temat i dać im święty sposób. Mimo to, jak widać, nie przestaję powtarzać niemal jak zaklęcia tych dwóch słów – „morderstwo” i „zbrodnia”, i proszę mi uwierzyć, że mam ku temu swoje bardzo mocne powody. I nie widzę takiej możliwości, żebym przestał to robić, o ile albo te powody nie ustąpią, albo ktoś mi wreszcie nie każe się zamknąć.
Jakie zatem są to powody, dla których, zdaniem z całą pewnością wielu, staję się powoli wręcz nudny? Pierwszy jest, przyznaję, dość perfidny. Otóż mam bardzo głęboką wiarę w to, że w końcu pojawi się ta jedna osoba – choćby jedna – która wreszcie nie wytrzyma i krzyknie: „No i dobrze! Niech wam będzie. Zabiliśmy skurwysyna.” Czemu mi tak na tym zależy? Przyczyna jest prosta. Ja wiem, że oni Prezydenta zabili, i bardzo chcę, żeby to wreszcie przyznali. A zatem, jak widzimy, nie chodzi o nic innego, jak o zwykłe, niemal starożytne już pragnienie, by zanim się przejdzie do dalszej części… no, czegokolwiek, zadbać o czystość spraw nie załatwionych i pozamykać wszystkie drzwi. To jest sytuacja trochę taka, jaką znamy z Ojca Chrzestnego, kiedy to Michael Corleone, zanim wyprawi swojego nieszczęsnego szwagra w jego ostatnią podróż, musi usłyszeć to jedno zdanie: „Tak, zrobiłem to”.
Drugi powód jest już bardziej poważny. Chodzi mianowicie o to, że ja wiem, że Prezydent, a z nim wszyscy inni, zginęli nie wbrew woli złych ludzi, ale właśnie, jak najbardziej, zgodnie z ich – nawet jeśli nie wolą – to bardzo intensywnie i wielokrotnie wyrażanym życzeniem. Ja wiem, że nawet jeśli to był wypadek, to wypadek wręcz wymodlony. A więc wiem, że to do czego doszło tamtej kwietniowej soboty, to był straszny, niewybaczalny występek dokonany przez ludzi złych, podłych i głupich. A więc zbrodnia. A skoro to wiem, to nie widzę najmniejszego powodu, żebym dla głupiej elegancji, miał zaciskać zęby tam gdzie ich zaciskanie jest nikomu po nic. Nawet im. A więc wiem, że Prezydent, Jego Małżonka, ale też Sebastian Karpiniuk i Przemysław Gosiewski zostali zamordowani mniej lub bardziej celowo. W jaki sposób? Tego niestety wciąż nie umiem powiedzieć ani ja, ani wielu z nas. No bo skąd? No bo jak? Oczywiście są tacy, którzy wykorzystują całą swoją wiedzę i zaangażowanie, żeby znaleźć odpowiednio sensowne wyjaśnienie tej zagadki, ale wszystko co mogę tu zrobić, to przyjmować te propozycje z większym lub mniejszym zaufaniem. Znam bardzo dużo relacji, robiących na mnie wrażenie bardzo eksperckich, z których wynika, że żadna z oficjalnie przedstawianych nam wersji nie ma najmniejszego sensu. I mówię tu o analizach na wszelkich możliwych poziomach obejmujących zarówno to co się wydarzyło tamtego wiosennego poranka, jak i wszystko to, co się działo wcześniej, w miesiącach poprzedzających. A więc wiem, że tak wielki samolot jak Tupolew każdą brzozę, o którą by niefortunnie zawadził, zamiast tracić skrzydło, ściąłby jak zapałkę. Wiem że gdyby jakiś cudem to ta brzoza urwałaby mu skrzydło, to uderzając w ziemię, ludzie znajdujący się w środku nie zostaliby tak strasznie zmasakrowani. Wiem też, że żołnierze pilotujący samolot nie byli głupcami, którzy z niezrozumiałego kompletnie powodu uznali nagle, że wylądują tam gdzie trzeba, nie mając kompletnie pojęcia, gdzie się znajdują i dokąd lecą, o ile ktoś im w tym ich szaleństwie skutecznie nie pomógł. Poza tym wreszcie, ci, którzy za tym nieszczęściem stoją, nie milczą. Gadają dzień w dzień, i z tego ich gadania każdy kto ma otwarte uszy i rozum może usłyszeć też bardzo dużo. Naprawdę dużo.
Ale wiem też coś jeszcze. Na długo jeszcze zanim doszło do tego ostatecznego nieszczęścia, bardzo wiele osób – i to zarówno tych, którzy mają na wiele rzeczy wpływ, jak i tych, którzy ów wpływ bardzo mieć chcieli, ale musieli się zadowolić tym, że będą w tym wszystkim pełnić wyłącznie rolę kibiców – bardzo marzyło o tym, żeby dożyć dnia, gdy będzie leciał ten samolot, a później nagle zacznie spadać. Wiem też, że było zawsze bardzo wiele osób – i jest ich mnóstwo jak najbardziej i dziś, tyle że już z innym rodzajem uwagi – którzy, nawet jeśli nie posunęli się w swoich marzeniach aż tak daleko, żeby ujrzeć tę krew, to z wielką satysfakcją witali każdą możliwą porażkę w codziennym kalendarzu tego, kogo całym sercem nienawidzili. I tak się składa, że jeśli nawet to tylko ich pragnieniom i wysiłkom możemy zawdzięczać to, że samolot z Prezydentem spadł w to smoleńskie błoto, pozostawiając po sobie kupę złomu i przemielone ciała, to też nie mam najmniejszego powodu, żeby machnąć na to wszystko ręka i zacząć o tym nieszczęściu mówić „wypadek”.
Jak mówię, nie mam bladego pojęcia, jak doszło do katastrofy rządowego tupolewa. Nie wiem, czy ktoś rozpylił tam tę mgłę, czy ktoś przeniósł złośliwie radiolatarnie, żeby zmylić pilotom drogę, czy rosyjscy kontrolerzy kazali naszym pilotom lądować, podczas gdy lądować nie wolno było pod żadnym pozorem, czy – jak twierdzą niektórzy – doszło do jakiegoś supernowoczesnego wybuchu, który ten samolot rozpruł w drobny mak. Wiem natomiast z całą pewnością, że nie mogło wydarzyć się tak, że ktoś kapitanowi Protasiukowi powiedział „Ląduj”, on zapytał „Gdzie?”, ten ktoś mu powiedział „Gdzie bądź”, a on na to wypowiedział te słynne słowa: „To ja wszystkim pokażę, jak lądują debeściaki”, rąbnął w to drzewo i rozpadł się na setki krwawych strzępów.
No i wiem jeszcze coś. I żeby pokazać dokładnie, co wiem, spróbuję opowiedzieć pewną historię. Historię całkowicie zmyśloną, ale mam nadzieje, że się wszystkim spodoba. Otóż wyobraźmy sobie, że ja kogoś bardzo nie lubię. Co ciekawsze, mam wszelkie powody, żeby tego kogoś nie lubić. Jak to pięknie wyraził w niedawnej wypowiedzi dla Rzeczpospolitej Paweł Śpiewak, moja nienawiść do tego kogoś byłaby w pełni „uzasadniona”. Najchętniej w tej sytuacji bym mu oczywiście wlał, albo sprawił, żeby on się wyniósł z mojej okolicy, lub tak go nastraszył, żeby stał mi się posłuszny i przestał mnie nieustannie irytować. Jednak z jakiegoś powodu, ani jedno, ani drugie, ani też trzecie, nie leży w moich możliwościach. A zatem, jedyne co mi pozostaje, to – jak już powiedzieliśmy – w uzasadniony sposób go nienawidzić, i mu nieustannie dokuczać. Dokuczać tak, żeby on te moje dokuczliwości odczuł, i żeby przy każdej kolejnej okazji, odczuwając je, budził powszechny w okolicy śmiech.
I oto wyobraźmy sobie, że ten mój znajomy, któregoś dnia planuje urządzić u siebie w domu uroczystość z udziałem zaproszonych przyjaciół, do tej uroczystości się przygotowuje, bardzo jej wyczekuje i bardzo się na nią cieszy. A ja wtedy wymyślam sobie, że to będzie bardzo dobry psikus, jeśli ja mu na przykład wsadzę szpilkę w zamek do drzwi i kiedy on będzie wracał do domu z zakupów, nie będzie mógł wejść do domu, będzie stał pod domem jak głupi, z tymi wszystkimi flaszkami i co tam jeszcze sobie na tę uroczystość przygotował, po pewnym czasie zaczną schodzić się goście i będą tak wszyscy stali pod tymi drzwiami, wystrojeni do zabawy, której nie będzie, a on będzie się jak kretyn szarpał z tymi drzwiami, wściekał, i będzie taki w tej swojej bezradności żałosny i śmieszny. A ja będę stał w oknie i pokładał się ze śmiechu.
I wtedy, nagle, zupełnie niespodziewanie, kiedy on i jego kumple tak się będą bezradnie kręcić pod tą jego głupią furtką, obok będzie przejeżdżać jakaś ciężarówka, prowadzona niefortunnie przez pijanego kierowcę, wpadnie na tę całą grupę niedoszłych imprezowiczów i wszyscy w jednym momencie zginą…
Przepraszam teraz wszystkich bardzo, ale czy ja kogoś zabiłem? Czy ja może jestem winien zbrodni? Czy my w ogóle możemy mówić o zabójstwie? Czy to ja może się napiłem i wjechałem w kręcących się po jezdni ludzi? Czy wreszcie ja, mój drogi Michale, mówię coś o spisku???
Ja, jak mówię, nie mam pojęcia co się tam, w tamtej smoleńskiej mgle, wówczas stało. A ponieważ nie wiem, to dopuszczam wszystkie możliwości. Nawet i tę, że tak naprawdę nikt nie chciał, by się przydarzyło cokolwiek złego, a co dopiero aż tak paskudnego. Że chodziło wyłącznie o psikusa. I to nawet nie tak bardzo podłego, jak ten opisany w mojej historii, ale zwykłego, wesołego psikusa, urządzonego w dodatku w celu czysto politycznym i w bardzo dobrych intencjach – żeby skompromitować człowieka, który sobie na tę kompromitację jak najbardziej zasłużył i na nią skutecznie zapracował. Dla dobra Polski i Polaków. Biorę zupełnie szczerze pod uwagę taką możliwość, że to nieznośne i nieustanne wysuwanie się Lecha Kaczyńskiego przed szereg, to jego przekonanie o swojej ważności, to ciągłe gadanie: „Jestem prezydentem, jestem prezydentem, jestem prezydentem”, stawały się już dla niektórych tak bardzo nie do wytrzymania, że ludzie, którzy naprawdę nie mieli wielkiego pola manewru, w swojej łagodności i wesołym usposobieniu jedyne co mogli zrobić, to temu bucowi pokazać, jaki jest śmieszny i żałosny w tym swoim nadęciu. I wymyślili sobie, jak to będzie fajnie i wesoło, kiedy on z tymi wszystkimi ludźmi przyleci nad ten Smoleńsk, gdzie nikt poważny go ani nie czeka, ani nie potrzebuje, zobaczy tę mgłę i będzie musiał wracać do domu jak niepyszny. I wszyscy będziemy się śmiać i za nim wołać, że taka wyprawa, jaki prezydent, a taki prezydent, jakie to całe jego towarzystwo. Tchórz i ofiara losu i głupi kartofel. I będzie dobrze.
I nagle, kiedy wszystko się tak elegancko rozwijało, ktoś coś spieprzył… i stało się, jak się stało.
I co? Czy ja mam znów słuchać tych ciągłych pretensji, że mam przestać gadać o zbrodni, o morderstwie, o złych ludziach? Mogę słuchać. Zwłaszcza że wiem świetnie, co za nimi stoi. Z jednej strony mianowicie zwykły strach i poczucie kompletnego osaczenia, a z drugiej bardzo nieczyste sumienia. I ten straszny, niewymowny wysiłek, żeby przestać słyszeć te głosy. Żeby już one się wreszcie uciszyły. Żeby przestały szeptać i budzić ludzi po nocach. Mogę słuchać. Jednak jeśli ktoś się spodziewa, że przestanę się pieklić, to może na mnie już nie liczyć.
Kiedy pisałem ten tekst pierwszy raz, nie było nawet jeszcze mowy o książce, która dziś jest jak najbardziej do kupienia. Nie ma w niej jednak słowa o wydarzeniach z 10 kwietnia i wszystkich kolejnych, które nastąpiły już po. Jest natomiast zapis owej nienawiści. Zapis szczególny, bo tworzony dzień po dniu, chwila po chwili. Bardzo polecam tę książkę. Wystarczy kliknąć w okładkę obok, wejść na stronę księgarni Coryllusa, a tam już wszystko jest dokładnie wyjaśnione. No i jak zwykle, proszę o bieżące wsparcie pod podanym też tuż obok numerem konta. Tak to bowiem już jest. Jeśli ktoś mnie pyta, co robię, odpowiadam: „Jak to co? Normalnie, żebrzę”.