czwartek, 9 lipca 2009

Kto się boi polityki?

Rok 1989 – jak już tu parokrotnie wspomniałem – był dla mnie rokiem bardzo ważnym. Przede wszystkim, bardzo mnie poruszyła taka oto perspektywa, że moje najbardziej gorące marzenia się spełnią i wreszcie ujrzę sprawiedliwość w pełnym wymiarze, a której symbolem będzie Wojciech Jaruzelski z Jerzym Urbanem rozstrzelani pod jakimś obdrapanym i zapomnianym murem. Oczywiście dziś wiem, że dla tej mojej niegdysiejszej naiwności nie ma żadnego usprawiedliwienia, ale i tak czuję się dość dobrze. W końcu, kiedy się spojrzy na wszystko, co się wydarzyło w Polsce przez te 20 lat, naiwność naprawdę nie wydaje się być grzechem największym.
Tamten czas był dla mnie jednak czasem uroczystym też z innego powodu. Wierzyłem mianowicie – i tu akurat wszystko mniej więcej wypełniło się nie najgorzej – że Polska wreszcie stanie się krajem mniej lub bardziej takim jak demokratyczne kraje europejskie, z w miarę normalną gospodarką, z pieniądzem, który ma swoją wartość i przede wszystkim ze zwykła polityką, a nie czymś co jest polityki zaprzeczeniem i obrazą. Bo tym, którzy albo tamtych czasów nie pamiętają, lub nie przyglądali się nim zbyt uważnie, dobrze by było wiedzieć, że komunizm, oprócz towarów w sklepach, wolności na ulicach i paszportów w domach, również zlikwidował politykę, jako taką. Rząd nie był rządem, parlament nie był parlamentem, wybory nie były wyborami, politycy politykami, a debata – choćby nie wiadomo jak źle mówić o tym, co mamy dziś – nie była debatą nawet w jednym procencie taką, jaką znamy dziś.
Jedna rzecz była jednak podobna, by nie powiedzieć – identyczna. Mianowicie, cały system bardzo się starał, żeby nie daj Boże, nikt nie pomyślał, że brak polityki jest brakiem w jakikolwiek sposób dokuczliwym. Żeby nikomu do głowy nie prysł, że polityka stanowić może jakakolwiek wartość, a polityk może być zajęciem równie honorowym, jak nauczyciel, lekarz, czy inżynier, czy dziennikarz. A zatem, z jednej strony mieliśmy to niby-państwo i reprezentującą je niby-władzę, albo obradującą w Sejmie, albo naradzającą się w partyjnych komitetach, czy wreszcie egzekwującą posłuszeństwo na ulicach, a z drugiej, namaszczoną przez to niby-państwo propagandę – najczęściej w postaci tak zwanego głosu opinii publicznej. To właśnie wtedy, tak bardzo popularne stały się żarty na temat Sejmu, który jest cyrkiem, bo jest okrągły, na temat wyborów, które są farsą, czy na temat polityków, że to świnie, które myślą tylko o własnym korycie. Jeśli ktoś pamięta tamte czasy bardziej dokładnie, niech sobie łaskawie przypomni, jak łatwo było zapomnieć o tym, co jest prawdziwym sensem tego naszego wspólnego nieszczęścia, za to z jakim podnieceniem człowiek czekał na kolejny kabaretowy skecz, który miał tylko jeden cel – utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że tak jak jest dobrze, że wszystkie role zostały ostatecznie napisane i że nie pozostaje już nic innego jak to, by każdy zajął się sobą.
Dziś, z tymi doświadczeniami, które zostały i z perspektywą, która naprawdę pokazuje wiele, widzimy szczególnie ostro, jak bardzo ówczesnej władzy było na rękę, by przeciętny człowiek przez moment choćby nie uznał, ze to czego nam brakuje, to polityki w najbardziej uczciwym słowa tego znaczeniu. Po tych wszystkich latach, widzimy bardzo dokładnie, jak perfidnie i starannie został przygotowany grunt, na którym tak łatwo było już pod koniec, kiedy się pojawiła zinstytucjonalizowana opozycja, wszelką działalność na rzecz wolności, demokracji i obywatelskich swobód, określać pełnym pogardy słowem-kluczem: ‘polityka’. I to już pamiętamy chyba wszyscy, jak często, ile razy publicznie pojawiało się nazwisko Kuroń, czy Michnik, czy Wałęsa, czy nazwisko któregoś z innych, bardziej eksponowanych działaczy opozycji, nazwiskom tym najczęściej towarzyszyła obelga ‘polityk’, czy wręcz ‘politykier’. A głupi ludzie kiwali ze zrozumieniem głowami i mruczeli pod nosem: „Tak, tak, panie. Człowiek zastanawia się, co tu do garnka włożyć, a ci tylko bawią się w tę swoją politykę”.
Jaki był cel tego szczególnego przedsięwzięcia, które miało doprowadzić do tego, by ludzie dali się przekonać, że polityka to rzecz brudna, a politycy to ludzie po prostu źli? Otóż było ich kilka. Przede wszystkim – o czym już troszeczkę wspomniałem – chodziło o to, żeby w przeciętnym obywatelu wykształcić odruch, który mu będzie kazał nie interesować się czymś, choćby nawet tak jedynie karykaturalnie, przypominającym prawdziwą politykę. Drugim celem – wcale nie mniej istotnym – było jednak to, by w wypadku pojawienia się prawdziwej, autentycznej, poważnej polityki, wszelkie potencjalne zagrożenie móc bez większego wysiłku ośmieszyć już na samym starcie. Uważam, że plan ten, wbrew temu co można by sądzić, powiódł się w znacznym stopniu. A świadczyć o tym może choćby fakt, ze w pierwszych, w miarę demokratycznych wyborach parlamentarnych, wzięło udział zaledwie lekko ponad 60% uprawnionych do głosowania Polaków.
Wspomniałem wcześniej, że ówczesny propagandowy plan wykształcenia w społeczeństwie negatywnego odruchu na dźwięk słowa ‘polityka’, przypomina to, z czym mamy do czynienia dziś, w Polsce już całkowicie zmienionej, Polsce demokratycznej, Polsce jakże piękniejszej, a jednak Polsce wciąż tak bardzo pod wieloma względami niosącej całe to nieszczęsne brzemię post-komunizmu. Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą bardzo dobrze, o jakiego typu podobieństwo mi chodzi. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, ze każdy, choćby tylko trochę uważny obserwator tego, co się wyprawia na tej – że zacytuję poetę – „scenie tak marnej”, nie wskaże mi dnia, w którym choć raz nie zostanie gdzieś publicznie wspomniane, jakaż to brudna i ohydna rzecz ta polityka. Jacyż to głupi i podli ludzie są ci politycy. Czy wreszcie, jak to w tej naszej polskiej polityce nie ma miejsca dla ludzi porządnych i uczciwych. W dzisiejszej kulturze popularnej, szydzenie z polityków, ubolewanie nad jakością polityki, wyśmiewanie politycznego dyskursu, stało się być może nawet bardziej w modzie, niż codzienne plucie na Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Oczywiście dwóch baaaaardzo typowych polityków.
W miniony poniedziałek moje dzieci wróciły z Gdyni z Open’er Festival. Wśród tych wszystkich barwnych i jakże pełnych satysfakcji relacji pojawiła się drobna – jak przystało na rangę wydarzenia, bardzo drobna – relacja z występu polskiego piosenkarza produkującego pod nazwą O.S.T.R. Jak się okazało, wymieniony artysta, w odróżnieniu od tzw. gwiazd festiwalu, zamiast starać się przedstawiać muzykę na odpowiednim poziomie, zajmował się przede wszystkim rozbawianiem publiczności w temacie ‘kaczyzmu’ i polityki jako takiej. A zatem, żartował ów intelektualista z branży pop, że ornitolodzy powinni się zająć likwidacją kaczek, albo że każdy musi dbać o to, by nie stracić środkowego palca, na wypadek spotkania jakiegoś polityka, i tak dalej i tym podobne.
Ktoś powie, że to co sobie mysli i jak te myśli formułuje jakaś gwiazdka z peryferiów kultury masowej, nie powinno mieć dla nas żadnego znaczenia. Proszę jednak zwrócić uwagę na następująca kwestię. To w żadnej mierze nie jest tak, że wspomniany artysta stanowi jakiś szczególny eksces. Przecież on w gruncie rzeczy głosi dokładnie to samo, co gdzieindziej słyszymy z ust takich „poważnych” komentatorów, jak Maria Peszek, Agnieszka Holland, a może nawet i Stefan Chwin. Przecież kiedy dziś dowiadujemy się, że najlepszym kandydatem na prezydenta naszego ukochanego Kraju, okazuje się być nie-polityk Jolanta Kwaśniewska, a już nawet nie piłkarz i „chłopak z Pomorza” Donald Tusk, to satysfakcję z tego faktu odczuwa już nie tylko raper Ostry, nie tylko piosenkarz Paweł Kukiz, nie tylko gitarzysta Zbigniew Hołdys, ale cała banda poważnych intelektualistów i politycznych ekspertów, którzy tę sytuację wręcz sobie wyśnili. Jeśli najmądrzejsze umysły zastanawiają się nad tym, jak to się stało, że projekt o tak nieprawdopodobnej sile i tak bezprecedensowym finansowym i propagandowym wsparciu jak Unia Wolności, poległ w sposób tak spektakularny, to z odpowiedzią, że dla tych ludzi, tak uczciwych i przyzwoitych, nie było miejsca w polityce, spieszą nie prości idioci, ale najpoważniejsi eksperci. I wreszcie, jeśli dziś minister z Platformy Obywatelskiej Aleksander Grad mówi bez śladu wstydu, że rząd planuje wprowadzenie do TVP kuratora, który będzie oczywistym autorytetem, a nie jakimś paskudnym politykiem, to tak naprawdę tylko my – ludzie, którzy nie dali się nabrać tanim, prowincjonalnym kanciarzom na tę starą sztuczkę – wiemy, że on kłamie. I to kłamie na takim poziomie, że normalny człowiek może się tu tylko zarumienić.
Bo to co przeżywamy dziś, jest jedynie kiepską parodią tego przekrętu sprzed 20 i więcej lat. Ktoś niedawno, w jednym z komentarzy na tym blogu, napisał, że ministerstwa są wyłącznie po to, by dzielić pieniądze. Idee natomiast powstają zupełnie gdzie indziej. I jest to prawda jak najbardziej oczywista. Do tego żeby ‘skroić’ społeczeństwo, polityka naprawdę nie jest potrzebna. Do skutecznego skoku wystarczy parę osób ze zdolnością do rachunków i grupką tzw. autorytetów. Oni załatwią wszystko bardzo skutecznie. Trzeba tylko jednego – by prezydentem został ktoś taki jak Jolanta Kwaśniewska, albo w najgorszym wypadku Jerzy Buzek, na czele rządu pozostawał Donald Tusk, a ludziom wbić do tych ich tępych łbów, że nie ma nic bardziej nieprzyzwoitego, niż polityka.*

___________________________________________________
*Informuję wszystkich niedzielnych komentatorów, że moja uwaga na temat 'tępych łbów' jest zabiegiem czysto retorycznym i stanowi opinię w takim samym stopniu, jak słynna uwaga Jacka Kurskiego na temat 'ciemnego ludu'.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.