sobota, 23 lipca 2011

To wciąż my - menele i wieśniacy w moherach

Kiedy wczoraj byłem w Krakowie na koncercie Morrisseya, zasponsorowanym mi – jeszcze raz dziękuję – przez naszego kolegę LEMMINGA, w Norwegii jakiś, jak mi dziś tłumaczą dobrzy ludzie, chrześcijanin, zamordował niemal stu – domyślam się – niechrześcijan. Co mogę powiedzieć na ten temat powiedzieć, poza tym, że to mocna rzecz? Zwłaszcza w kontekście tej Norwegii. Gdyby się okazało, że któryś norweski satanista spalił sto kościołów wraz z modlącymi się w nich stoma norweskimi staruszkami w moherowych beretach, to zareagowałbym na to pewnie wzruszeniem ramion, na zasadzie takiej, że chyba już o tym gdzieś słyszałem. A tak, owszem, czuję dreszcz emocji. Tym większy, że jak znów mi donoszą dobrzy ludzie, już wiadomo, że za to, co ów norweski wyznawca Chrystusa uczynił, grozi mu maksymalnie 21 lat więzienia, i ten fakt tak oburzył naszego ministra Sikorskiego, że ten opublikował na Twitterze apel, żeby Norwegia dla tego „zimnego drania” zechciała u siebie wprowadzić zmiany w kodeksie karnym.
Ach ten Twitter! Kto by pomyślał, że to jest tak uniwersalne miejsce, że w tym samym niemal czasie, kiedy swoje refleksje na temat sprawiedliwości umieszczał tam minister Sikorski, ów nieszczęśnik ogłaszał tam, tuż obok, tę niezwykłą prawdę, że jeden człowiek z wiarą może więcej niż sto tysięcy ludzi z zainteresowaniami. Cóż to za niezwykła myśl! I cóż to za niezwykła zbieżność stylów. Czy ktoś może widział tego Breivika i jego płaszcz? Toż to szyk niemal jak z Oxfordu! Wprawdzie jakoś wciąż po głowie mi chodzi, by tę mądrość o proporcjach lekko zmienić na paru ludzi z wiarą i 96 osób z zainteresowaniami, ale niech już zostanie tak jak jest.
Jak mówię, jestem pod wrażeniem, jednak nie mogę nie zauważyć, że oto, ledwo co – już po tym, jak Morrissey wyjechał z Krakowa do Warszawy – dotarła do nas wiadomość, że w swoim domu w Londynie zmarła wokalistka nazwiskiem Amy Winehouse. I to jest dopiero news! Niemal jakby stanowiący odpowiedź na to wczorajsze zdarzenie z tamtej przepięknej i tak odległej norweskiej wyspy. To jest dopiero kataklizm! Kiedy jeden człowiek z wiarą i płaszczem prosto od londyńskiego krawca morduje 100 z zainteresowaniami, brzmi to – co by nie powiedzieć – jak jakaś prawda. Ale co powiedzieć tu, gdzie 100 tysięcy ludzi z zainteresowaniami morduje jednego człowieka z wiarą? I co ja biedny wieśniak mogę powiedzieć w tak ciężkim temacie? Zwłaszcza gdy nie mam dostępu do Twittera.
To już chyba wrócę do Krakowa i koncertu Morrisseya. Wydarzenie to – zwłaszcza że nagłośnienie było niedobre, a sam koncert dużo zbyt krótki – miało i tak przede wszystkim wymiar symboliczny. Dla mnie, lata 80. to przede wszystkim Sonic Youth i The Smiths. Dokładnie po równo. A więc, zobaczyć Morrisseya na żywo, w dodatku z bardzo bliska, to dla mnie dzień w pewnym stopniu uzupełniający życie. Kto wie, ten wie. No i był bardzo dobry i sympatyczny zespół supportujący Morrisseya – czterech młodych chłopaków, wciąż chyba jeszcze dzieci – występujących pod nazwą The Heartbreakers, którzy pokazali, jak można w tych ciężkich czasach wciąż autentycznie kochać autentycznego rock’n’rolla.
Zdarzyły się też jednak, wcześniej trochę, dwie rzeczy, które, kto wie, czy nie w równie znacznym stopniu załatwiły mi ten dzień. Otóż, kiedy przyjechałem busem z Katowic do Krakowa, i spotkałem się z moim synem, który na okoliczność występu Morrisseya specjalnie opuścił nasz Przemyśl, nagle, jak grom z jasnego nieba, zanim jeszcze zdążyliśmy opuścić okolice dworca kolejowego, naszym oczom ukazał się nie kto inny, jak sam poseł Jarosław Gowin. I jeśli ktoś myśli, że poseł Gowin robił coś szczególnego, to jest w grubym błędzie. On nie robił nic ponad to, że sobie szedł. W dodatku, bez jakiegokolwiek towarzystwa. Szedł sobie sam, w kierunku peronów, nie napastowany przez nikogo, ze zwykłą walizeczką na kółkach i tyle.
Czemu w ogóle o tym wspominam? W końcu, nie wygłupiajmy się. Gdyby obok nas przeszedł Jan Maria Rokita z żoną, to byłoby coś. To byłby autentyczny hit. Ale Gowin? Bez przesady. Szczerze mówiąc, robię to – a więc wspominam o tym ‘encounter’ – dokładnie na takiej samej zasadzie, jak kiedyś, w tym samym miejscu, wspomniałem o moim spotkaniu z byłym posłem, oraz lokalnym, śląskim politykiem Adamem Słomką. Idę sobie drogą, patrzę, a tu ten wąsik. A obok wąsika Słomka. I cóż ja mogę zrobić, żeby to wytłumaczyć? Otóż, we mnie zarówno Słomka, jak i Gowin, budzą tak nieprawdopodobną agresję, że, gdybym tylko mógł, to ja bym jednego i drugiego najzwyczajniej w świecie pobił. Albo, choćby opluł. I nie wiem, co to takiego we mnie jest, że akurat tych dwóch budzi we mnie takie uczucia. To musi być jakiś kompleks, nad którym nawet nie chce mi się tu dziś zastanawiać. Po prostu, ja mógłbym znieść widok nawet idących pod rękę Stefana Niesiołowskiego i Kazimierza Kutza, natomiast Gowin (czy Słomka) budzą we mnie zwierzę.
A zatem, wysiadłem z tego busa, spotkałem Toyaha juniora, zaczęliśmy sobie normalnie gadać o tym, co nam dolega… a tu idzie Gowin. Oczywiście, wszystko odbyło się bardzo szybko. Myśmy poszli w swoją stronę, on w swoją, ale pierwsza myśl była jedna. Że trzeba było splunąć. Splunąć demonstracyjnie, głośno, z prawdziwym punkowym zamachem. Tak żeby on to splunięcie zobaczył i, żeby choćby się na chwilę zatrzymał. I żeby może, w tym swoim łbie, przetrawił to wydarzenie i może choćby sapnął. Żeby wykrztusił z tego swojego ryja choćby jedno westchnienie. Po tej pierwszej myśli, pojawiła się jednak kolejna. Że ten dzień jest właściwie już ostatecznie spieprzony. No bo, proszę sobie pomyśleć, cóż dobrego może wyniknąć z tego, że człowiek zobaczył Jarosława Gowina – na żywo, w realu, i to naprawdę z bezpośredniej bliskości? Morrissey? Nie żartujmy. A ostrzegali mnie ludzie, bym Kraków omijał szerokim łukiem.
Jednak już po tym wypadku, ale jeszcze zanim ostatecznie ujrzeliśmy Morrisseya w kształcie najbardziej pełnym, a więc i z tym idealnie równym i jednoznacznym przekazem, żeby „jebać futra”, a wszystkie punkty Mc Donald’s i KFC na świecie wypalić żywym ogniem, ponieważ syn mój był głodny jak pies, zaszliśmy – o nie, nie do Mc Donalda! – lecz do meksykańskiej restauracji niemal naprzeciwko Mc Donalda, by, wykorzystując wyjazdową dyspensę, odpowiednio się posilić. I tam przydarzyła mi się kolejna przygoda, która niemalże przykryła swoją rangą sam występ Morrisseya, a już z całą pewnością strąciła w otchłań nieszczęsnego Jarosława Gowina, krakowskiego posła Platformy Obywatelskiej. Otóż zanim dostaliśmy zamówione jedzenie, przebrana za kowbojkę kelnerka przyniosła nam miseczkę z wodą i dwoma plasterkami cytryny. Ponieważ nie wiedziałem, czy mamy tę wodę pić wspólnie z dziubka, czy może łyżeczkami, których akurat nie dostaliśmy, spytałem kelnerki, do czego jest ta woda. No i dowiedziałem się, że to jest woda po to, bym sobie, kiedy już się upapram jedzeniem, mógł w niej obmyć brudne palce. A więc sprawa jasna. Jednak po chwili, dziewczyna wróciła z jedzeniem, postawiła talerze na stoliku, a mi zaczęła przywiązywać do szyi taki fartuszek, jaki się dostaje u fryzjera. No i znów spytałem ją , w jakiej sprawie tym razem ten fartuszek, na co dziewczyna powiedziała, że to jest u nich taki zwyczaj, że oni przyczepiają te fartuszki, żebym nie uświnił sobie marynarki. Podziękowałem jej za wyjaśnienie i dodałem, że to bardzo dobrze, że ona mi wszystko tak grzecznie tłumaczy, bo ja przyjechałem do Krakowa ze wsi i się nie znam na miastowych zwyczajach. I wtedy kelnerka z meksykańskiej restauracji powiedziała coś, co – jak już wspomniałem wcześniej – sprawiło, że ten dzień był udany podwójnie, a Jarosław Gowin i bez tamtego splunięcia zmienił się bezkształtną masę. Powiedziała mi mianowicie, że to zupełnie tak jak ona. Że ona też jest ze wsi i też się nie rozumie na takich sprawach. „To tak jak ja. Też jestem ze wsi”. Tak właśnie powiedziała mi dziewczyna z pistoletem przyczepionym do paska.
A ja dziś sobie wciąż ją wspominam, i myślę sobie, jak by to było pięknie kupić sobie też taki pistolet-zabawkę na korki, albo kapiszony i razem z tą kelnerką zasadzić się na paru strasznie kulturalnych posłów Platformy Obywatelskiej, nawet już nie koniecznie z Krakowa, i ich troszkę postraszyć. Wyskoczyć na nich z krzykiem, żeśmy właśnie przyjechali ze wsi i będziemy ich teraz uczyć naszych zwyczajów. I z radością patrzeć, jak uciekają w popłochu. A gdyby jeszcze udało się zrobić tak, by w tle cały czas dudnił Morrissey, śpiewający do pewnej Margaret „Please die”, to by była dopiero zabawa!
Powyższy felieton robi pewnie wrażenie jeszcze bardziej dziwaczne, niż poprzedni. Myślę, że przydałaby mu się chociaż jakaś klamra, ale jedyne co mi przychodzi do głowy, to tylko to, że parę dni temu, na cmentarzu gdzie leżą pochowani moi rodzice, jacyś emisariusze nowej cywilizacji zniszczyli 35 grobów i jutro we wszystkich kościołach będą wznoszone do Naszego Pana modlitwy ekspiacyjne. No ale to chyba – po tym wszystkim – nie jest wiadomość już w ogóle interesująca. Więc chyba musi zostać tak jak jest. No ale, jak już mówiliśmy, tu jest jak w życiu. Czasem bardziej od serca, a czasem bardziej od rozumu. Natomiast, jeśli komuś to co tu powstaje wciąż się podoba, będę wdzięczny za każdy możliwy gest solidarności. Numer konta macie tuż obok.

czwartek, 21 lipca 2011

O nas, menelach

Mija lipiec, a ja, mijając sobie razem z nim, siedzę w domu i bardzo się cieszę, że moje miasto jest jakimś cudem tak pobudowane, że żadne nawałnice i trąby powietrzne mu niegroźne. Trochę tylko żałuję, że w życiu nie widziałem gradu wielkości piłeczek pingpongowych, by nie powiedzieć kurzych jaj. Może gdyby mnie było stać i pojechałbym do siebie na wieś, albo z Toyahową i dziećmi do Przemyśla, to bym sobie popatrzył, ale trudno – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza gdy prawie wszystko wystarczy.
Siedzę więc w domu ze starszą Toyahówną i psem, który jest jeszcze na tyle głupi, że decyzja, by go wsadzić w pociąg i wywieźć poza miasto, brzmi wciąż zbyt egzotycznie. No ale dobrze, że jest Toyahówna. Choćby z tego względu, że jak już się skończy opiekować pewnymi bliźniaczkami i napisze kolejne parę linijek swojej pracy magisterskiej, to zrobi mi coś do jedzenia, albo mi coś opowie. No i wyprowadzi psa, który ze mną nudzi się jak pies. A ja? Co ze mną? Jak mówię, przemijam wraz z tym lipcem, który kiedyś, choćby ze względu na moje imieniny, przynajmniej coś dla mnie znaczył, a dziś trzyma mnie już tylko w tym osłupieniu, i z nadzieją, że ktoś może zadzwoni i da mi jakąś robotę do zrobienia, albo przeczyta kolejną notkę na naszym blogu i uzna, że to akurat naprawdę było dobre.
Chociaż jest coś jeszcze. Otóż jutro jadę do Krakowa na koncert Morrisseya, który mi zasponsorowal nasz kolega LEMMING i za co jestem mu jeszcze bardziej niż dotychczas wdzięczny. Ciekawy człowiek z tego LEMMINGA. Pomijając wiele przeróżnych umiejętności, jakie on w życiu posiadł, ma on jeszcze taką jedną dodatkową, która sprawia, że kiedy on mi na przykład kupuje ten bilet na Morrisseya, robi to tak, żebym ja sobie myślał, że jemu na tym, żebym ja sobie na tego Morrisseya pojechał bardziej zależało, niż mnie. I pewnie, gdyby mnie miał za kogoś głupszego, niż jestem, to, abym się poczuł jeszcze lepiej, dając mi ten bilet, bardzo by mi za niego dziękował. Kiedyś od niego dostałem też specjalne wydanie „Ojca Chrzestnego” na DVD. On musi to wszystko świetnie znać. Zwłaszcza ten fragment, kiedy to Don tłumaczy – kurcze, nie pamiętam, komu – że jest sprawą niezwykle ważną, by, skoro już się komuś postanowiło wyświadczyć przysługę, robić to tak, by ten ktoś myślał, że owa przysługa jest od początku do końca inicjatywą tego, kto ją wyświadcza. LEMMING to wie, ale nie tylko przecież on. Znam wielu takich. Ja akurat znam wielu takich.
Siedzę więc w domu, dzień przed przyjazdem Morrisseya do Krakowa, z Toyahówną i z naszym psem, i wraz z tym deszczem wciągami w siebie swąd bezrobocia w kształcie wręcz modelowym. Dziwne, że jeszcze mną nie zainteresowała się telewizja TVN. W końcu, jak by nie patrzeć, mój przypadek, choć może nie tak ciekawy, jak to co się przydarzyło innemu menelowi, Hubertowi H., przed kilku laty – mamy okres wakacyjny, newsy nie idą tak szybko jak przez cały, zwykły rok – też mógłby się okazać interesujący. Pomyślcie tylko. Miał człowiek pracę, i to pracę bardzo dobrą, a pracy tej więcej nawet, niż mógł skonsumować, kiedy nagle coś mu strzeliło do głowy, by prowadzić blog. I blog ten odniósł sukces na tyle duży, że stał się jakoś tam popularny, no i ta popularność nagle go zabiła. Czyż to nie ciekawe? A jakiż to byłby interesujący temat do dalszej dyskusji, gdyby TVN, opowiedziawszy tę historię, poinformowała, że to nie oni. Że to rynek, nie oni. Że to wolność, nie oni. Może nawet ta dyskusja przykryłaby rozważania na temat dziennikarstwa spod znaku Ruperta Murdocha.
I myślę o menelach. Jak już parę razy wspominałem na tym blogu, Hubert H. kręci się tu po okolicy, a ja jestem chyba jedynym człowiekiem w mieście, który, kiedy go widzi, wie jeszcze kogo ma przed sobą. Kiedyś przyszło mi do głowy, żeby go zaczepić i poprosić, by za flaszkę zgodził się, bym na swoją komórkę nagrał jego oświadczenie, że jest rozczarowany czterema latami rządów Platformy Obywatelskiej i w tym roku będzie głosował na Prawo i Sprawiedliwość. I że Tusk to chuj. Sprzedałabym ten materiał PiS-owi, który teraz, po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, może wreszcie wyjąc sobie knebel z ust, i gadać do woli. No a poza tym, wyobrażacie sobie, jaka to by była sensacja? Hubert H. rozczarowany polityką rozwoju i miłości. Przecież on by teraz na tę moją propozycję rzucił się bez dyskusji. Co innego cztery lata temu, kiedy to, jak sam twierdził, Najsztub z Morozowskim płacili mu po 2 patyki za parę westchnień. Wtedy flaszka mogła tylko stanowić skromne uzupełnienie. Ale dziś?
Mija ten lipiec, ale też nie jest tak, że ja już nic nie wiem. Może nawet, przez ten stan zastygnięcia, wiem znacznie więcej, niż gdybym od rana do wieczora był zajęty zarabianiem pieniędzy. Na przykład zauważyłem powrót Krzysztofa Piesiewicza i to zauważyłem go na tyle wyraźnie, że nawet napisałem tu na ten temat pewną, moim zdaniem, bardzo interesującą refleksję. Zwłaszcza w temacie odkupowania od pewnego szczególnego gatunku ludzi godności, którą wcześniej – jeśli przyjąć, że chwila seksu z ekskluzywną kurwą i przypudrowanie noska, to naprawdę niewiele – oddało się im wręcz za darmo. Ale przecież nie jest tak, że, jak idzie o meneli, mamy tylko mnie i Piesiewicza. Opowiem teraz może dwie historie, które nie są w żaden sposób moimi historiami, ale za to jakaż to narracja! Eryk Mistewicz mógłby od tego oszaleć i, popaść tak jak my, w stan kompletnego upadku. Otóż żona moja gościła niedawno pewną swoją koleżankę z Izraela ( tak, mój drogi Michale – z Izraela), która ze względu na pamięć o swoim dziadku, zapragnęła odwiedzić nasze Podlasie. Pojechały więc one we dwójkę na to Podlasie, ale najpierw, żeby tam dojechać, musiały wsiąść w pociąg z Warszawy do Siedlec.
I teraz tak. Nie wiem czy wiecie, jak wyglądają pociągi w Wielkiej Brytanii, ale kto widział, to wie, że one wyglądają tak, że na kimś niezorientowanym robią wrażenie, jakby przyjechały do nas z Kosmosu. I oto, żona moja i ta jej koleżanka z Izraela wsiadły do pociągu z Warszawy do Siedlec… i to był dokładnie ten sam pociąg, który jeździ na przykład z Londynu do Cambridge. Dokładnie ten sam, z tą różnica, że pasażerowie mówili po polsku, czasem z lekkim wschodnim akcentem, i bardziej przypominali pasażerów z książki Jerofiejewa „Moskwa – Pietuszki”. I oto, jak relacjonuje moja żona, wśród tych pasażerów ukazał im się człowiek, który wyglądał bardzo inaczej. Na tyle inaczej, że on z kolei, bardziej przypominał pasażera pociągu jadącego z Londynu do Cambridge. W biznesie. W pewnym momencie, człowiek ów wyciągnął flaszkę z wódką i zaczął sobie z tej flaszki popijać. Po pewnym czasie, kiedy był już dość pijany, pojawił się konduktor, i okazało się, że mężczyzna nie ma biletu. Jednak, wbrew temu, czego można było oczekiwać, nie doszło do żadnych sporów, ani nawet awantur. Mężczyzna spytał, ile się należy, konduktor podał cenę, mężczyzna powiedział, że to drobiazg, i wręczył konduktorowi żądaną kwotę. I wrócił do swojej flaszki.
I to jest pierwsza historia. Teraz kolej na drugą. Pewna moja znajoma, której nie będę tu identyfikował, ponieważ zarówno ona, jak i jej mąż nienawidzą tego bloga, i już mnie prosili, żeby tu o nich nie wspominać, była ze swoim mężem na wakacjach na wsi. Ach to Podlasie! Pewnego dnia poszli do lokalnych delikatesów na zakupy, a kiedy wychodzili, natrafili na siedzących przed delikatesami paru okolicznych, wiejskich meneli, chłodzących się lokalnym piwem. Nie wiem, jak to się stało, czy ot tak sobie, bez powodu, czy może moja znajoma spojrzała na jednego z nich w jakiś prowokacyjny sposób, ale nagle usłyszała takie słowa – a ponieważ te słowa stanowią sens całego dzisiejszego wpisu, a być może nawet wszystkich tych wpisów w ogóle, wybiję je specjalnym drukiem: NIECH PANI PAMIĘTA. KIEDY MY UMRZEMY, NIE BĘDZIE JUŻ PRADZIWYCH PIJAKÓW. Tak właśnie jeden z nich powiedział; „prawdziwych pijaków”.
I to już koniec. Przedziwny ten tekst. Ledwo się zaczął, a już się skończył. No ale taki jest ten nasz blog. I taki zawsze był. I taki też miał od początku być. Jak życie. Żywy jak cholera.

wtorek, 19 lipca 2011

Ta noc otworzyła mi oczy

Nie wiem, jak inne telewizje, i w ogóle pozostałe media, natomiast, jak idzie o najbardziej mi znane ITI, sprawa Ruperta Murdocha i skandalu związanego z zarówno moralnym i faktycznym upadkiem dziennika „The News Of the World” wydaje się zaprzątać uwagę tych państwa w stopniu wyjątkowym. Dziś, niemalże od samego rana, napięcie w redakcji telewizji TVN24 sięgnęło tego poziomu, że ludzie kierujący stacją postanowili udekorować ekrany naszych telewizorów specjalnie na tę okazję przygotowanym logo.
Oczywiście sprawa jest interesująca, i to interesująca z dwóch względów, jednak od razu trzeba sobie powiedzieć jedno. Dla każdego, kto choćby w minimalnym stopniu jest zorientowany w tym, jak działają współczesne media i jaki typ moralności stoi za pracą ludzi, noszących dumne miano dziennikarzy, to, co się stało w redakcji The News Of the World nie jest ani żadnym zaskoczeniem, ani – co może znacznie gorsze – żadnym wyjątkiem. Jeśli dziś mówimy o Murdochu i o jego biznesach, to tylko dlatego, że prawdopodobnie na niego akurat padło. A dlaczego na niego i dlaczego teraz – nie nasza sprawa i nie nasze kompetencje.
Wspomniałem, że sprawa jest interesująca podwójnie. Przede wszystkim interesująca jest pierwsza znana nam przyczyna tego, czym się dziś od rana z taką ekscytacją zajmuje telewizja TVN24. Jeśli ktoś nie wie, bardzo krótko opowiem. Otóż w marcu 2002 roku, pewna czternastolatka nazwiskiem Milly Dowler została uprowadzona i zamordowana przez niejakiego Levi Bellfielda. Kiedy przez niemal pół roku ciało dziewczynki pozostawało zaginione, a więc w świadomości rodziny i opinii publicznej w ogóle, wciąż istniała szansa na to, że dziecko żyje, redaktorzy The News Of the World, w celu podtrzymania tak zwanego newsa, postanowili użyć dostępnych sobie środków, by przekonać wszystkich zainteresowanych, że ich podejrzenia co do tego, że Milly wciąż żyje, są jak najbardziej uzasadnione. By tego dokonać, włamali się do jej telefonu komórkowego i sukcesywnie usuwali napływające tam esemesy, tworząc logiczne wrażenie, że usuwa je Milly, co rodzinie dziewczynki dawało naturalną nadzieję, a policji kazało zakwalifikować morderstwo jako zaginięcie.
I oczywiście nie zdziwi mnie, gdy ktoś z czytających tę historię wzruszy w tym momencie ramionami i powie, że trudno oczekiwać od dziennikarzy, by mieli jakiekolwiek dylematy w sytuacji, gdy widać szansę na sprzedanie paru dodatkowych egzemplarzy swojego tytułu i zarobienie w ten sposób paru dodatkowych groszy. Dla nich to właśnie mam informację dodatkową. Być może jeszcze ciekawszą. Okazuje się oto, że, kiedy sprawa hakowania telefonu dziewczynki, a jednocześnie jeszcze wielu innych telefonów osób, które gdzieś tam zaginęły, czy już zginęły, wyszła na jaw, nie dość że przede wszystkim Murdoch zamknął swój tytuł – i to zamknął nie na chwilę, ale ostatecznie – to już w chwilę potem rozwiązał się worek z dymisjami. Przede wszystkim wyleciało z pracy w gazecie 200 dziennikarzy, następnie dwóch szefów Scotland Yardu, a na koniec te podmuchy dotarły na Downing Street i zaczęły podnosić się głosy o odpowiedzialności samego Premiera. A dziś TVN24, w najbardziej porażająco bezczelny sposób poświęca cały swój czas na to, by nam pokazywać, jacyż to oni są poruszeni tym, co się stało w Wielkiej Brytanii, i jakie to jest ciekawe, że Rupert Murdoch i jego syn, który jest prezesem koncernu, są akurat przesłuchiwani w Izbie Gmin.
A co z tej sprawy mamy my? Otóż, wbrew pozorom, mamy z niej bardzo wiele. Otóż, jeśli tylko nie okażemy się tak naiwni, by dać się nabrać na wszelkie dochodzące do nas z naszych mediów kłamstwa, że to co się przydarzyło Anglikom, to absolutny wybryk i egzotyka, i że to wydarzenie nie świadczy o niczym innym, jak tylko o podłej postawie paru zepsutych ludzi gdzieś na końcu świata, powinniśmy wiedzieć, że oto uzyskaliśmy najbardziej dokładny i jednoznaczny obraz tego, czym są współczesne media i czego od nich możemy dziś oczekiwać.
A co jeśli idzie o sam The News Of the World? Nic. To był tylko zwykły śmieć. Kawałek papieru, w który można najwyżej coś zawinąć. Pojutrze w Krakowie występuje Morrissey, którego słowa wielokrotnie miały okazję zdobić publikowane tu teksty. On właśnie, nasz Morrissey, już przed wielu laty, tak znakomicie, jak tylko on to potrafi, pokazał nam, do czego służy ta akurat gazeta. Do czego służą w ogóle gazety. Proszę sobie poczytać. A chwilę może potem, i posłuchać:


Do rzeki w kolorze stali
Wrzuć to niemowlę.
Owiń ją w The News of the World
I rzuć ją komuś pod drzwi, Dziewczyno!
Ta noc otworzyła mi oczy,
I teraz już nie zasnę.


Rzucałaś się i płakałaś jak udręczone dziecko.
Dorosły człowiek, lat 25,
Och, powiedział, że ulży ci w bólu,
Ani nie ulżył, ani już nie ulży
Och, ratuj swoje życie,
Bo masz tylko to jedno


Sen minął, lecz to dziecko to fakt.
Och, dobrze zrobiłaś.
Mogła być poetką, mogła być idiotką
Och, źle zrobiłaś.
A ja już nie jestem ani szczęśliwy, ani smutny.


Bose dziecko na huśtawce
Znów przypomina ci o niej.
Odjęła ci trosk,
Lecz przy tym zostawiła ból.
Och, proszę, ratuj swoje życie,
Bo masz tylko to jedno.
Sen minął, lecz to dziecko to fakt.
Och, dobrze zrobiłaś.
Mogła być poetka, mogła być idiotką.
Och, źle zrobiłaś.
A ja już nie jestem ani szczęśliwy, ani smutny.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Prawo i Sprawiedliwość - nie dla idiotów

Pisząc ten tekst mam nie lada kłopot, i to kłopot podwójny. Przede wszystkim, nie bardzo mam ochotę, po raz kolejny w ciągu niedługiego bardzo czasu, dokuczać wszystkim tym, którzy, podobnie jak ja, dzielnie się opierają tej nawałnicy kłamstwa i najbardziej brutalnej przemocy, i wspierają Jarosława Kaczyńskiego i Prawo i Sprawiedliwość w ich, tak bardzo nierównej, walce z Systemem. Drugi powód moich rozterek jest taki, że sam temat tych refleksji bardzo niebezpiecznie zahacza o coś, czego osobiście nie znoszę i czego bardzo bym chciał uniknąć, a co wiąże się ze zgłaszaniem do ludzi pretensji o to, że są, mówiąc pospolicie, głupi. Niestety, w ostatnich dniach tego wszystkiego nagromadziło się tak bardzo dużo i pcha się do mnie drzwiami i oknami, że nie bardzo widzę jakiekolwiek z tej sytuacji wyjście.
Jest jednak jeszcze coś, co sprawia, że bardzo mnie coś od pisania tego tekstu odpycha. Chodzi mianowicie o to, że to wszystko, co mi chodzi po głowie, jest materią tak skomplikowaną, że zwyczajnie się boję, że sobie nie poradzę. Bo gdyby to tylko chodziło o to, że uważam znaczną część ludzi deklarujących podobne do moich polityczne emocje uważam za bałwanów, to bym zwyczajnie powiedział, o co mi chodzi, i liczył na to, że oni wszyscy – jeśli tylko przeczytają te słowa – zareagują na to tak, jak reaguje dobry kumpel, gdy się mu zwróci uwagę, że to co robi, jest głupie. A więc przede wszystkim, przynajmniej ze spokojem. Tak jak, powiedzmy, zareagował mój kolega Freeman, gdy mu napisałem, że ta jego fascynacja Bareją, źle o nim świadczy. Niestety tu jest gorzej. Bo przede wszystkim, ja nie do końca mam pewność, czy to co mnie tak irytuje, jest rzeczywiście czymś naprawdę godnym tego oburzenia, a poza tym, zupełnie nie wiem, czy to o czym myślę, nie jest jedynie wynikiem bardzo parszywej propagandy, której sam, jak najgorszy osioł, uległem. Tak czy inaczej, najwyższy czas, żebym powiedział konkretnie, o co mi chodzi.
Na poziomie najbardziej podstawowym, chodzi mi o coś, co właściwie stanowi drobiazg. A że mnie irytuje, to być może tylko wina moja i mojego czepialstwa. Mam na myśli to nieustanne pisanie i mówienie przez wielu i moich kolegów i osoby mi kompletnie nieznajome, a często bardzo obce, o Komorowskim per albo „Komoruski” albo „pRezydent”, lub po prostu „Bul”, a o Platformie Obywatelskiej „POpaprańcy”, lub w jakikolwiek inny sposób, byleby w tym epitecie literki „p” i „o” były pisane dużymi literami. Ja biorę pod uwagę, że za tym nie stoi nic więcej, jak tylko ta zwykła, ludzka potrzeba szydzenia z kogoś, kogo się nie lubi, zwłaszcza gdy te szyderstwa są jedynym, co nam pozostało. Jednak, ponieważ jestem przekonany, że to wszystko, za co i Komorowski i Platforma Obywatelska będą musieli w końcu odpowiedzieć, jest naprawdę wielkie i poważne, uważam też, że to nieustanne sprowadzanie dyskusji na ich temat do wymyślania kolejnych tego typu kpin, lub powtarzania starych grepsów, od których chce się już tylko rzygać, świadczy w tym samym stopniu o bezradności, co o kompletnym niezrozumieniu skali problemu. I sam już nie wiem, co z tych dwóch jest gorsze.
Ktoś mi powie, że nie mam się tak co nadymać, bo sam na przykład o żonie Komorowskiego nie mówię inaczej, niż „Kaszalot”. Uważam jednak, że to jest sytuacja zupełnie inna. Z paru powodów. Przede wszystkim Komorowska nie jest moim problemem w ogóle. Jak szlag wreszcie trafi Komorowskiego, Tuska i cały ten parszywy projekt o nazwie Platforma Obywatelska, po tej nieszczęsnej kobiecie nie zostanie nawet wspomnienie. A więc co ja mam na jej temat do powiedzenia, poza tym jednym epitetem, który i tak świadczy nie tyle o niej, co o jej mężu? Po drugie, kiedy ja już o niej przy jakiejś okazji wspominam, to mówię na nią „Kaszalot” na takiej samej zasadzie, jak kogoś innego nazywam durniem, czy ruskim bucem. Natomiast, jak każdy świetnie widzi, owo słowo „Kaszalot” nie funkcjonuje tu nigdy, jako argument stricte polityczny. W przypadku „POpaprańców”, czy „pRezydenta” – jak najbardziej. I to jest bardzo przykre. A przykre szczególnie wówczas, gdy widzimy, że przez stosowanie tego typu grepsów, zbliżamy się bardzo niebezpiecznie do tych wszystkich baranów, którzy, kiedy chcą nam powiedzieć, dlaczego nie lubią PiS-u, to przerzucają się nawzajem trzema słowami: „Borubar”, „Irasiad” i „Jaruś”. Co ja mówię, zbliżamy się? Stajemy się nimi. I tego faktu nie zmieni to, że Komorowski faktycznie zachowuje się jak rezydent, a nie prezydent, natomiast Lech Kaczyński wcale nie powiedział, że Boruc ma na nazwisko Borubar.
Ale to są wszystko jednak tylko drobiazgi. To co mnie natomiast męczy już od dawna i wszystko wskazuje na to, że będzie już tylko gorzej, to coś, o czym pisałem już kiedyś przy okazji omawiania kącika humoru, jaki swoim czytelnikom dostarcza „Gazeta Polska”, a co nazwałem naszą współczesną, polską i patriotyczną odpowiedzią na ruskiego „Krokodiła”. Nie wiem, czemu kiedyś wierzyłem, że to musi w końcu minąć, i my, dla których Polska i to zaprzaństwo, jakie ją dotknęło, to z jednej strony miłość, a z drugiej ból niewysłowiony, będziemy mogli powiedzieć, że to był tylko taki eksces wynikający z tej naszej tragicznej bezradności. Może to przez to, że nawet Krzysztof Wyszkowski, jak się domyślam, trochę też solidarnie z moją notką, zwrócił uwagę swoim kolegom z „Gazety Polskiej”, że powinni przestać się kompromitować, a ja pomyślałem, że jego akurat posłuchają. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz przeciwnie – Sakiewicz ze swoimi paniami zaczęli wręcz wydawać te idiotyzmy w postaci osobnego zeszytu zatytułowanego „Pinezki” Że niby nie „Szpilki”. W końcu „Szpilki” to był PRL, a my PRL-u nie lubimy, prawda? I ani im w głowie, że oni dziś, tym, co tu wyprawiają, nawet nie są w stanie niegdysiejszym „Szpilkom” podskoczyć do kostek.
Ponieważ jednak z „Gazetą Polską” mam kontakt ograniczony – nie z jakiś istotnych przyczyn, ot tak, trudno czytać wszystko co ważne – te „Pinezki” też nie sa moim wielkim problemem. Natomiast, jak niektórzy wiedzą, piszę co tydzień dla „Warszawskiej Gazety”, i sytuacja, w której mój tekst musi, w ten czy inny sposób, sąsiadować z czymś, przy czym nawet te „Pinezki” robią wrażenie czegoś nieistotnego, jest bardzo niewygodna. Powiem krótko o co chodzi. O ile – nie mam pewności, ale chyba tak właśnie tam było – w „Gazecie Polskiej” ten kącik patriotycznego humoru miał swoje własne miejsce i się za bardzo nie rozpychał, w „Warszawskiej Gazecie” żarty z Tuska i Komorowskiego i Sikorskiego i Niesiołowskiego wypełniają cały numer, poczynając od okładki, przez osobny dział zatytułowany naturalnie „Donek i Bronek”, a kończąc jako ilustracje do pojedynczych artykułów. Również niemal w całości – w odróżnieniu od „Gazety Polskiej”, którą przynajmniej stać było na zatrudnienie osobnego artysty-rysownika – są to nie rysunki, lecz fotomontaże, lub zdjęcia z „dymkami”. I co tam takiego się dzieje? Otóż widzimy na przykład Stefana Niesiołowskiego przerobionego na małpę i podpis: „Jestem politycznym małpoludem, ale dla Platformy intelektu cudem”. Obok stoi Donald Tusk, w różowych fatałaszkach z jakimś gównianym pekińczykiem na rękach i podpis: „Nie wiem, co dzieje się w Europie i na naszej planecie, bo jestem najgłupszą blondynką na świecie”. Zaglądamy na kolejną stronę, a tam Komorowski i podpis: „Donek, niech Ci się nie wydaje, że od prezydencji Prezydentem się staje. To ja mam żyrandola większego, więc mi nie podskakuj, partyjny kolego”. I tak dalej, zawsze w ten sam sposób, w tym samym stylu i na tym samym poziomie.
Najprościej byłoby teraz pewnie objaśnić wszystkim, dlaczego ten rodzaj żartu, w sytuacji w jakiej znalazła się Polska, jest dla nas – właśnie dla nas – kompromitujący, zwłaszcza że pewnie pojawią się tu głosy tłumaczące, że to jest tak zwany humor ludowy, że nie każdy musi być przecież intelektualistą, że przecież za okupacji też nikt nie silił się na jakieś mądrości, tylko śpiewało się o siekierze i motyce. Jednak nie będę tego robił, bo, w odróżnieniu od redaktorów „Gazety Polskiej” i „Warszawskiej Gazety” mam głębokie przekonanie, że czytelnicy tego bloga – a przy okazji wyborcy Prawa i Sprawiedliwości – mają na tyle choćby rozumu, żeby wiedzieć, jaka jest różnica między niemiecką okupacją, a dzisiejszą walką. Natomiast bardzo chciałbym się zastanowić, co sprawia, że tak potężne środowiska opiniotwórcze, jakimi są „Gazeta Polska” i „Warszawska Gazeta”, uważają nas za idiotów. Bo to, że za publikacją tego rodzaju humoru przez obie gazety musi stać ta właśnie myśl, nie ulega dla mnie wątpliwości. Wydaje się wręcz niemożliwe, by, czy to Tomasz Sakiewicz, czy Piotr Bachurski, próbowali nas rozśmieszyć w ten właśnie sposób w dobrej wierze. Po prostu nie widzę takiej możliwości, żeby którykolwiek z nich – nawet trudno mi jest uwierzyć, żeby ktokolwiek w ogóle – dowcip o tym (przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać), jak to Julia Pitera pyta przebranego za Czerwonego Kapturka Donalda Tuska: „Dlaczego, Czerwony Kapturku, masz takie wybałuszone gały”, a Tusk jej odpowiada: „Bo mnie w dzieciństwie wychowywały pedały”, uważał za ofertę dla ludzi godnych szacunku.
Można oczywiście na to pytanie odpowiedzieć prosto. Oni uważają, że wyborcy PiS-u – a może w ogóle wyborcy, jako masa – to banda idiotów. Oni być może są bardzo typowymi przedstawicielami swoich środowisk, które ludzi mijanych na ulicy od zawsze i niezmiennie traktowały jak hołotę, tyle że czasem bardziej wrażliwą na proste prawdy i kłamstwa i czasem mniej. To wyjaśnienie jednak muszę od razu odrzucić z paru powodów. Przede wszystkim, ja naprawdę spotkałem w swoim życiu ludzi, o których miałem zdanie jak najgorsze, natomiast ani przez moment nie przyszło mi do głowy, żeby oceniać ich w sposób aż tak podły. Wyobraźmy sobie, że ja bym uznał, że wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, to w dużej części ludzie tak prości i tak nieinteligentni, że, jeśli chcę się z nimi skomunikować, to muszę bardzo, ale to bardzo, zaniżyć poziom. Pierwsze więc co bym zrobił, to zacząłbym mówić do nich krótkimi, prostymi zdaniami. Starałbym się przekazywać swój komunikat w sposób bezpośredni i jednoznaczny. Oczywiście, z całą pewnością podparłbym się jakąś ilustracją. Jednak, choćbym niewiadomo jak niską miał o nich opinię, to nie zrezygnowałbym z tego, by jakiś, choćby najbardziej podstawowy komunikat, im jednak przekazać. Komunikat, a nie rymowankę o tym że gały – pedały. A więc, z pewnością musiałbym w tę pracę włożyć odrobinę – a może i całkiem dużo – wysiłku. W końcu, mówić prosto, to nie lada sztuka.
Ja nie wiem, jak wygląda praca intelektualna człowieka, którego pan Piotr Bachurski wynajął do tworzenia tych dowcipów, ale podejrzewam, że on jednak odstawia tu zwykłą fuchę. Otrzymuje polecenie, by zrobić parę obrazków na poziomie takim, by prosty człowiek ich sens łatwo zrozumiał i, zamiast siąść i pomyśleć, odstawia zwykłą parodię esemesów do „Szkła kontaktowego” a rebour. W dodatku, parodię na poziomie Niemieckiej Republiki Demokratycznej. A więc nawet jeśli założyć, że redakcje „Warszawskiej Gazety” i „Gazety Polskiej” uważają, że swoją ofertę kierują głównie do bałwanów bez cienia wrażliwości i smaku, to efekt jest i tak znacznie, ale to znacznie, przesadzony.
Jest jednak drugi trop, który chciałem tu przedstawić. Może być otóż tak, że ludzie, którzy ryzykują własne pieniądze, wydając obie gazety, wiedzą coś, czego ja nie wiem. Może oni otrzymują całą kupę listów od czytelników, z których wynika, że oni ten produkt kupują – bo w tym momencie możemy tu mówić już tylko o produkcie – tak naprawdę tylko dla tych obrazków. I że całe te redakcje nad stanem, w jakim znalazł się człowiek, ubolewają, a może wręcz płaczą, tyle że nie mają innego wyjścia, jak tylko się z nim pogodzić. A człowiek, który przygotowuje te zdjęcia i wpisuje swoje żarty w te dymki, jest równie zrezygnowany i pełen bólu, jak ci, którzy go do tej roboty wynajmują. Tyle że jeśli tak jest, to to kłamstwo jest już najstraszniejsze. Jeśli to co widzimy, to swego rodzaju spirala, gdzie dwa obłędy się wzajemnie nakręcają, i nie ma sposobu, by ten proces zatrzymać, to możemy się właściwie zacząć pakować. Więc tę opcję też odrzucam.
Ale oto przychodzi mi do głowy jeszcze jedna ewentualność. Otóż, może się okazać, że to ze mną jest coś nie w porządku. W końcu, mieliśmy tu kiedyś magazyn o nazwie „Karuzela” i ktoś go przecież czytał. Tego „Krokodiła”, o którym już było i tu i wcześniej, też ktoś swego czasu kupował i nim żył. Weźmy współczesne polskie komedie filmowe, czy kabarety. Przecież ich poziom zaledwie minimalnie przewyższa to, co nam pokazuje Tomasz Sakiewicz i Piotr Bachurski na łamach wydawanych przez siebie gazet. Popatrzmy na – też tu już wspomniane – „Szkło kontaktowe” i wysyłane tam esemesy. Przecież je wysyłają ludzie, którzy z całą pewnością są przynajmniej w stanie wpisać poprawnie numer odbiorcy. A zdania, które się pokazują na ekranie, też są najczęściej raczej zrozumiałe. A więc może to wszystko moja wina? Może zarówno Tomasz Sakiewicz, jak i Piotr Bachurski uważają, że ten rodzaj humoru, któremu poświęciłem dziś cały tekst, to zwykły, porządny humor na miarę czasów? I w tym co oni robią, nie ma ani pogardy, ani jakichkolwiek innych złych intencji? Może jest coś w tym, co mi powiedział mój kolega Michał Dembiński – a on powinien przecież to wiedzieć – wszystkie najlepsze seriale komediowe BBC, w tym „Latający Cyrk Monty Pytona”, były robione dla jakichś 10% społeczeństwa, podczas gdy reszta oglądała jakieś gówna? I może to jest fakt, z którym musimy się pogodzić? A skoro tak, to może jest i tak, że jeśli nagle pojawi się jakiś powszechnie znany komentator i powie, że to co ta „Warszawska Gazeta”, czy „Gazeta Polska” odstawiają na polu satyry politycznej, to wstyd i żenada, to wystarczyłoby, żeby zmienić te obrazki, i zamiast Sikorskiego dać Hofmana, a zamiast Komorowskiego Kaczyńskiego, i nagle by się okazało, że jest bardzo dobrze?
Cały czas patrzę na te obrazki i dumam, dumam i dumam. I tak naprawdę, jestem w tym samym miejscu, w którym byłem na początku. I nadal kompletnie nie wiem, co tu się dzieje. Obawiam się, że to moje ostatnie rozwiązanie jest prawdziwe, ale, kiedy sobie o tym pomyślę, to jeszcze bardziej się boję, że może prawdziwe jest to poprzednie, albo jeszcze wcześniejsze. A tego już bym zupełnie nie zniósł. I w tej sytuacji, żeby nas wszystkich jakoś pocieszyć, myślę, że powinienem opowiedzieć jeszcze pewną historię, co oczywiście przedłuży ten, i tak już okropnie długi, wpis do granic wytrzymałości, ale myślę, że warto.
Otóż, wspominałem tu już, że mam bardzo liczną rodzinę na Podlasiu, która w całości, jak idzie o politykę, popiera w pełni i bezwzględnie Polskę. I jest tak też, że oni wszyscy czytają ten blog. Otóż, ja zdaję sobie sprawę, że pewna część z nich, nie jest w stanie zrozumieć choćby i połowy z tego co tu jest napisane. Przede wszystkim dlatego – o tym już była mowa – że te zdania są za długie, że za dużo tu dygresji, i w ogóle wszystko tu jest, jak najbardziej złośliwie, strasznie niejednoznaczne. A mimo to, oni czytają ten blog bardzo uważnie i z pełnym zaangażowaniem. Popatrzmy na moją ciocię, o której tu już też wspominałem. Ona ma niemal 90 lat, nie ma żadnego poważnego wykształcenia, całe swoje życie przeżyła na swojej wsi i jedyne co dziś wie, to to, że „Donald Tusk patrzy jak złodziej”. Inna sprawa, że jej się pewnie Tusk myli wciąż z Komorowskim, który z kolei – przynajmniej jak idzie o nazwisko – myli jej się z Kaczyńskim. I ona też każe sobie czytać ten blog i robi wszystko, by z niego cokolwiek mieć dla siebie. I teraz jest tak, że ja – teraz już tak – jestem pewien, że gdybym, zamiast słów, które się tu pokazują niemal każdego dnia, zaczął tu publikować dowcipy o tym, że Tusk to pedał, a Niesiołowski to małpolud, im – a na pewno części z nich – by się też to bardzo podobało. Czemu więc tego nie robię? Z bardzo prostej przyczyny. Bo ja od samego początku, od pierwszego dnia, jak zacząłem prowadzić ten blog, byłem szczerze przekonany, że go prowadzę dla ludzi co najmniej tak mądrych i wybitnych jak ja. Co najmniej. I nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby prowadzić jakieś badania, które by mi pozwoliły zweryfikować tę moją socjologiczną jak cholera wiedzę. I tak jak jest, bardzo mi się podoba.
Na sam koniec, może mnie ktoś spytać, dlaczego tego tekstu – skoro jestem taki dzielny – nie opublikuję w swojej „Warszawskiej Gazecie”. Odpowiedź jest prosta. To jest zbyt wszystko skomplikowane, by zwracać się z tym do osób, których tak naprawdę w ogóle nie znam. Zwłaszcza, że kto chce, może mnie bardzo łatwo tu znaleźć, a jeśli mnie już znajdzie i uzna, że to co tu wyżej z siebie wydarłem, warte było uwagi, zechce też mnie i moją rodzinę wesprzeć pod podanym obok numerem konta. O co i tak wciąż wszystkich proszę.

niedziela, 17 lipca 2011

Chip w każdym domu, czyli cała władza w ręce Rad

Od jakiegoś już czasu żyjemy – choć ostatnio, oczywiście, jakby mniej – informacją o tym, jak to żona Jacka Kurskiego została pozbawiona prawa do pracy, nawet nie przez to, że przedstawia poglądy niezgodne z zaleceniami reżimu, ale wyłącznie z tego powodu, że jej mężem jest człowiek o poglądach niesłusznych. Ma się rozumieć, wiadomość ta zelektryzowała na pewien czas zarówno media, jak i część opinii publicznej, i w sposób naturalny, pojawiły się głosy potępienia skierowane zarówno pod adresem szefa pani Kurskiej, niejakiego Żelewskiego (imienia brak), który zademonstrował tak gorliwą wierność w stosunku do swoich panów, jak i pod adresem samych panów, za to, do czego oni sami doprowadzili przez te cztery lata.
Jeśli jednak ktoś sądzi, że reżim zachował w tej sprawie dyskretne milczenie, myli się. Obrona owych totalitarnych praktyk idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy to taki, że to co się stało, to zaledwie indywidualny wybryk jednego człowieka, który nie świadczy o niczym, jak tylko o tym, że wciąż przed nami wiele do zrobienia. Drugi natomiast polega już tylko na tym, by jak najczęściej wymieniać nazwisko ojca Tadeusza Rydzyka i nazwę Prawo i Sprawiedliwość we wszystkich dotychczas sprawdzonych kontekstach, i liczyć, że i tym razem wszystko zagra jak należy.
Mam jednak wrażenie, że przy tym wszystkim, zapominamy o paru bardzo istotnych szczegółach całej sprawy, i to zarówno po jednej stronie konfliktu, jak i po drugiej. Otóż wspomniałem wyżej o czterech latach. I nie bez powodu. Bo uważam, że kwestia tych owych lat jest tu niezwykle ważna. Otóż pani Kurska pracowała w swojej firmie jeszcze za rządów Prawa i Sprawiedliwości, a należy pamiętać, że firma ta w tamtych czasach – podobnie jak zresztą przez wiele lat wcześniej – pozostawała niezmiennie pod bezpośrednią władzą Platformy Obywatelskiej. Nie ulega przy tym wątpliwości, że wtedy, jeszcze zanim urodziła dziecko i poszła na urlop, najpierw macierzyński, a potem wychowawczy, poglądy jej męża – a niewykluczone że jej też – nie podobały się ludziom zarządzającym jej firmą. Tyle że przez te cztery lata, zmieniło się tyle, że kiedy ona nagle wróciła do pracy, nie mogła nie zauważyć, że już nie jest człowiekiem w tradycyjnie w cywilizowanym świecie rozumianym znaczeniu. Wróciła do pracy i zobaczyła, że naprzeciwko siebie ma już tylko stado wilków. A ona już nie ma żadnych praw.
Ale wydaje się, że ona po tych czterech latach musiała zauważyć coś jeszcze. Że ta stara nienawiść, którą ona musiała przecież znać jeszcze z dawnych lat, jest już jedynie melodią przeszłości. Że dziś już nie ma mowy o nienawiści. Dziś już tylko dochodzi do zimnej, wyrachowanej eksterminacji. Nie jest już tak, że ona przychodzi do pracy, a wszyscy na nią patrzą i myślą sobie: „No patrzcie, przyszła ta pisuka”, i wracają do swoich zajęć. Nie jest też tak, że ona prosi koleżankę zza biurka naprzeciwko o gumkę, czy ołówek, a ta jej mówi, że jej nie da, bo akurat bardzo potrzebuje, i że jak chce, to niech się zwróci o przysługę do Kaczyńskiego. Dziś ona przychodzi do pracy, a oni patrzą na nią z wytrzeszczonymi oczami i krzyczą: „Won!”.
I to jest właśnie coś, co się stało przez te lata. Nienawiść zmieniła się w pragnienie eliminacji. I dobrze, jeśli to się odbywa na poziomie urzędowym. A więc tak jak to się odbyło w omawianym przez nas przypadku. Szef pani Kurskiej wzywa ją do siebie i mówi, że ze względu na polityczne poglądy jej męża, ona nie może pracować w poważnej i szanującej się firmie, bo taka sytuacja wiąże się z bardzo poważnym konfliktem interesów. Nie jest też jeszcze najgorzej, jeśli on, na poparcie tych swoich słów, przedstawi jakiś papier, z którego będzie wynikało, że wedle najnowszej uchwały Rządu, tego typu decyzja, polegająca na pozbawienia pani Kurskiej prawa do pracy, jest jak najbardziej zgodna z prawem, a nawet dobrym obyczajem. Tu zawsze można się odwoływać, lub zaistniałą sytuację merytorycznie krytykować. Ja natomiast znam już z własnego doświadczenia poziom znacznie jeszcze bardziej zaawansowany rozstrzygania tego typu „konfliktów interesów”. Nie na podstawie decyzji prezesa, ani treści jakiegoś dokumentu, lecz przy pomocy samych ludzi i ich obywatelskiego zaangażowania.
Pisałem o tym już wcześniej tu na blogu, nadając temu zresztą bardzo moim zdaniem celny opis „Cała władza w ręce Rad”. Mówiąc krótko, chodziło mi o to, że zgodnie z filozofią Nowego Państwa, w celu ekonomicznego sterroryzowania ewentualnych przeciwników władzy – a więc zmuszenia ich albo do posłuszeństwa, albo do śmierci głodowej – nie trzeba już ani policji, ani sądów, ani innych instrumentów przemocy, lecz wystarczy stworzenie społeczeństwa przesiąkniętego taką nienawiścią do wroga, że poszczególni obywatele w odpowiednim momencie sami wykonają całą robotę za tak zwany Aparat.
Jak to się odbyło w moim wypadku? Jak niektórzy wiedzą, od wielu, wielu lat utrzymuję siebie i swoją rodzinę, ucząc języka angielskiego w szkole, na kursach, na lekcjach prywatnych i, czasem też, tłumacząc zlecone mi teksty. W związku z tym, bez względu na to, czy to się odbywa w sposób bezpośredni, czy przez jakieś pośrednictwo, zawsze mam przed sobą, w ten czy inny sposób, klienta. Ponieważ uczę od dawna, znam swój zawód wystarczająco dobrze. Wiem jak uczyć skutecznie, wiem, co robić, by ta nauka odbywała się w miłej atmosferze, i wiem też, jak się zachowywać, żeby doszło do tego podstawowego efektu, polegającego na tym, że uczeń lubi nauczyciela, a nauczyciel ucznia. A więc, by klient był zadowolony. I przez te wszystkie lata, ta wiedza mnie właściwie nigdy nie zawiodła.
Tak się jednak stało, że jakiś rok temu, a niewykluczone że już trochę wcześniej, pojawił się w tym wszystkim element, który wcześniej pozostawał niemal zupełnie nieznany. Uczniowie, coraz więcej uczniów, zaczęło się bardzo interesować tym, jakie to poglądy polityczne ma ich nauczyciel. Kiedy mówię o poglądach politycznych, chodzi mi o to, najkrócej rzecz ujmując, czy nauczyciel jest tak zwanym „pisowcem”. Proszę zwrócić uwagę – nie jest problemem to, czy on jest za PiS-em, czy PO, czy jest za PO, czy SLD, czy za SLD, czy za PiS-em, ale wyłącznie to, czy on jest „pisowcem”. Sposoby uzyskiwania tej informacji były najróżniejsze, poczynając od najprostszego, a więc pytania „Na kogo pan głosuje?”, przez bardziej dyskretne próby wybadania odpowiednich postaw, w postaci wrzutek w stylu: „Widział pan, co ten Kaczor wczoraj zrobił?”, po zupełnie już dyskretne przeszukiwanie Internetu pod kątem interesujących nas informacji, a więc odwiedzanie portali typu Facebook, czy Nasza Klasa.
I teraz wreszcie mógł się pojawić element najważniejszy i rozstrzygający. Kiedy już uczeń – lub jakikolwiek inny klient – wiedział, z kim ma do czynienia, wszystko się zmieniało, a przede wszystkim zmieniała się atmosfera. Mówię tu o sobie, więc opowiem o swoich doświadczeniach. Mam przed sobą grupę uczniów – lub bardziej dokładnie, wiele różnych grup uczniów – i w pewnym momencie widzę, że dwie, trzy, czy cztery osoby, które jeszcze niedawno mnie uwielbiały, tak jak tylko dorośli uczący się języka potrafią uwielbiać swojego lektora – każdy nauczyciel języka wie, o czym mówię – nagle mnie wręcz fizycznie nienawidzą. W ich oczach widać już tylko wrogość i pogardę, na lekcji zaczynają demonstracyjnie ziewać, lub przeglądać gazety, a jeśli się odzywają, to tylko po to, by powiedzieć, że oni nic z tego co ja mówię, w ogóle nie rozumieją. A po tygodniu, okazuje się, że albo większość grupy złożyła prośbę o zmianę lektora, lub sama mnie poinformowała, że oni znaleźli kogoś lepszego i już mi dziękują.
I ja, opowiadając to co opowiadam, wcale nie zajmuję się jakimiś egzotycznymi wypadkami. Wystarczy że powiem tylko, że przez ostatni rok straciłem w ten sposób siedem różnych grup. A więc całą podstawę utrzymania rodziny. Pierwszy przypadek, jak w czasie mojej już trzydziestoletniej niemal kariery nauczycielskiej, straciłem w tak gwałtowny sposób pracę.
Oczywiście, ktoś mi może powiedzieć, że ja w ciągu tego ostatniego roku z pewnością gwałtownie się postarzałem i nie dość że straciłem swój zwykły nauczycielski urok i talent, to w dodatku jeszcze zacząłem moich uczniów zanudzać swoimi refleksjami na temat Smoleńska i Krzyża. Otóż nie. Ja jestem już wprawdzie – szczególnie z punktu widzenia mojej najmłodszej córki i jej koleżanek – stary, i oczywiście jak najbardziej politycznie zaangażowany, ale akurat tu jest w tym wszystkim jedno pewne: te lekcje były i są politycznie całkowicie czyste, a pod względem profesjonalnym już tylko coraz lepsze. Sprawa jest w sposób oczywisty jednoznaczna – ja straciłem te grupy wyłącznie dlatego, że kilku bardzo świadomych obywateli, w sposób bardzo świadomy nakręconych przez System, dowiedziało się, że ja popieram Prawo i Sprawiedliwość i mnie za to znienawidziło. A znienawidziło tak, że już nic się dla nich nie liczyło, jak tylko ten PiS i ten Kaczor. I to po prostu wiem.
A więc jest, jak jest. Cała część polskiego społeczeństwa została skutecznie albo już wyeliminowana z rynku pracy, albo znajduje się na prostej drodze, by z tego rynku wyeliminowana zostać. A będzie jeszcze gorzej. Niedawno Radek Sikorski, w swojej wypowiedzi dla Moniki Olejnik, skarżąc się na to, jak to go źle traktują tak zwani internauci, na argument, że przecież trzeba być twardym, i że w końcu to nic takiego, jeśli gdzie ktoś w Internecie napisze o nas coś złego, powiedział, ni mniej ni więcej, tylko to, że red. Olejnik nawet nie ma pojęcia, jak ważny dla oceny człowieka jest Internet. Że w tej chwili, tak zwane CV się składa tylko ze względów formalnych. Samą decyzję co do tego, czy kogoś zatrudnić, czy nie – podejmuje się już jednak nie na podstawie jakiegoś głupiego CV, lecz na podstawie informacji znalezionych w Internecie.
I o to właśnie chodzi. Tak to właśnie się będzie odbywało w przyszłości. To w Internecie będzie cała potrzebna informacja na temat człowieka, i ludzie przezorni najpierw będą wyrzucać z domów komputery, a kiedy władza wyda dekret o obowiązkowym podpięciu każdego obywatela do Sieci, to im ten komputer przyniesie do domu z powrotem, tyle że tym razem on będzie stanowił własność rządu, i każdy z niego będzie musiał korzystać pod groźbą wszczepienia odpowiedniego chipa. A w ramach dbałości o utrzymanie społecznego spokoju, wszyscy ci, którzy – jak ojciec Tadeusz Rydzyk – ośmielą się coś wspominać na temat totalitaryzmu, dostaną dwa chipy. Albo od razu trzy. Dla pełnego bezpieczeństwa.

Tradycyjnie, proszę wszystkich, którym powyższy spis sprawił jakąś satysfakcję, o wsparcie - oczywiście w miarę możliwości - na podany obok numer konta.

sobota, 16 lipca 2011

Gdy łby czymś mocno skute

Muszę przyznać, że ile razy słyszę, jak Kazik wykrzykuję swoje: „Jak powstają twoje teksty? – gdy mnie ktoś tak spyta, zakurwię z laczka i poprawię z kopyta”, z jednej strony, niezmiennie czuję bezgraniczne wzruszenie i podziw, a jednocześnie bolesne zdziwienie. Czemu podziw? Wiadomo. Zdziwienie natomiast z tej prostej przyczyny, że ja kompletnie nie rozumiem, czemu Kazik się tak bardzo unosi, kiedy ktoś zwyczajnie chce wiedzieć, jak on to robi. Ja wprawdzie bym go o to nigdy nie zapytał, bo – biorąc pod uwagę doświadczenie, jakie mam z ludźmi z jednej strony genialnymi, a z drugiej tragicznie przeciętnymi – wiem, jak to jest ze sztuką. Się siada i się albo pisze, albo gra, albo śpiewa, albo maluje. Obojętne. I w ogóle nie ma o czym gadać. Chociaż, jeśli się trochę bardziej nad omawianym przypadkiem zastanowić, to może faktycznie nie ma się co dziwić. Bo jeśli już mamy się trzymać powyższego przykładu, to wystarczy Kazika poczytać w jego felietonach, czy – tym bardziej – posłuchać, jak się mądrzy w telewizji, by wiedzieć, że jemu faktycznie na tak zadane pytanie nie pozostaje nic, jak tylko użyć swojego laczka i kopyta.
Jak idzie o mnie, to ja nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby ktoś chciał mnie spytać, jak powstają moje teksty. Pewnie dlatego, że przede wszystkim, ja chyba dobrze wiem, jak one powstają, a poza tym, swego czasu sam się nad tą kwestią trochę zastanawiałem. Może opowiem. Otóż ile razy skończę którąkolwiek z tych moich historii, pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, to ta, że teraz z całą pewnością przez najbliższy tydzień nic nowego nie wymyślę. No bo o czym tu pisać? Cóż takiego się dzieje, albo stanie się w ciągu najbliższych dni, żeby można to było uznać za warte jakiejkolwiek nowej refleksji? A jednak, mimo to, każdy dzień przynosi jakiś, choćby najbardziej marny, drobiazg, z którego da się zbudować coś większego. Nie wiem, czy pamiętacie film Gilliama ‘Fisher King’. Jest tam taka scena, jak Perry idzie z tą swoją Lydią przez jakieś zawalone śmieciami i brudem ulice i nagle znajduje metalową siateczkę, która kiedyś przytrzymywała korek od szampana. Robi z niej natychmiast krzesełko, daje jej i mówi, że w śmieciach naprawdę można znaleźć piękne rzeczy. Problem w tym, że on nie szukał tej siatki, tyle że, ponieważ był zwykłym menelem, to miał odruch zbierania różnych śmieci.
Otóż moje doświadczenie każe mi się z Perrym zgodzić. To wszystko – a kto wie, czy też nie jest tak samo w przypadku Kazika –bierze się z grzebania w śmieciach. Bo proszę popatrzeć na historię tego tekstu. Wczoraj na krótką chwilę zajrzałem do programu ‘Szkło kontaktowe’, który prowadził Tomasz Sianecki z Jerzym Iwaszkiewiczem. Śmieci, czyż nie? I oto nagle na ekranie pojawił się bardzo leciwy już Wojciech Młynarski, który kiedyś przed laty był, w mojej opinii, artystą jeszcze bardziej wybitnym, niż dziś Kazik. Ale ponieważ po latach jest już tylko mamroczącym niewyraźnie swoje wiersze o ojcu Rydzyku staruszkiem, trzeba niestety też to przyznać, że wciąż pozostały tylko śmieci. I na sam koniec, kiedy już wiedzieliśmy, że oglądamy ‘Szkło kontaktowe’, i słuchamy Wojciecha Młynarskiego w nowym wydaniu, wystąpił Jerzy Iwaszkiewicz.
W tym momencie muszę zrobić pewną – może nie do końca dygresję – ale jednak dygresję. ‘Szkło kontaktowe’ to program, który z punktu widzenia tradycyjnej, białej cywilizacji jest ekscesem całkowicie porażającym. I nie ma co się na ten temat rozpisywać, bo każdy kto czyta te słowa, wie, o czym mówię. Jednak trzeba przyznać, że z kolei, z punktu widzenia Planu i Systemu, program ten to prawdziwy majstersztyk. I tu też nie ma się co nad tą kwestią dłużej zatrzymywać, bo wystarczy rozejrzeć się po ludziach, którzy nas otaczają, by wiedzieć, jaka za tym ‘Szkłem’ stoi siła rażenia. Podobnie jest z Wojciechem Młynarskim. Wprawdzie jego dzisiejszy upadek – a więc choćby ten wczorajszy wiersz o polskiej prezydencji i o ojcu Rydzyku – definiuje go niemal ostatecznie, jednak trzeba przyznać, że tamte piosenki, takie jak „Bynajmniej”, czy „Niedziela na Głównym”, czy „Żorżyk”, czy wreszcie „W razie czego przypomnijcie sobie Zdzisia” to opis życia w PRL-u o jakim wspominany tu ostatnio Bareja, nawet nie miałby szans śnić. A więc, to dno wciąż nie jest, że tak powiem, skaliste. Ale oto wreszcie pojawia się Jerzy Iwaszkiewicz. Człowiek, którego nędza jest tak uderzająca i, że tak powiem, doskonała, że jeśli o nim też nic więcej nie powiem, to nie dlatego, że każdy wie, ale że sam nie wiem, jak to coś nazwać. I nagle się okazuje, że to właśnie dzięki niemu – Jerzemu Iwaszkiewiczowi – powstaje ta dzisiejsza notka.
Wracam do wczorajszego ‘Szkła kontaktowego’. Wystąpił więc ten nieszczęsny Młynarski ze swoim wierszykiem o polskiej prezydencji, ojcu Rydzyku i posłach PiS-u, a kiedy skończył, Jerzy Iwaszkiewicz najpierw zaczął krzyczeć do kamery, że Wojtusiu, pozdrawiam cię, kochany, itd., a następnie, podniecony w stopniu najwyższym, przeprosił wszystkich, ale on musi opowiedzieć pewną historię a propos jego przyjaźni z „Wojtusiem”. W pierwszej chwili, pomyślałem sobie, że on pewnie opowie coś o tym, jak to on i Młynarski szli sobie za PRL-u po Nowym Świecie, i spotkali Michnika, a Młynarski coś powiedział i było śmiesznie. Albo że wracali z jakiegoś przyjęcia i zatrzymał ich milicjant, ale ponieważ znał Młynarskiego z telewizji, to mu się tylko ukłonił i poprosił o autograf. Albo coś w tym kierunku. Proszę sobie wyobrazić, że nic z tego. Iwaszkiewicz – jak mówię, roztrzęsiony w sposób zupełnie niewyobrażalny – opowiedział historię, jak to on i Młynarski byli razem na jakiejś popijawie w Zakopanem i kiedy już byli tak pijani, ze się dalej pić nie dało, to siedli sobie na parapecie i tylko patrzyli, jak inni się bawią. I w pewnym momencie Młynarski się zdenerwował i powiedział do Iwaszkiewicza, że nie ma się co oszczędzać i poszli pić dalej. I, jak to podkreślił Iwaszkiewicz, „było bardzo przyjemnie”. Co dalej? Jak to co dalej? Nic. Koniec. To własnie taką historię opowiedział Iwaszkiewicz widzom ‘Szkła kontaktowego’. Jak to on i Młynarski kiedyś w Zakopanem się popili. Bez żadnych szczegółów. Ot, taka historia.
Wysłuchałem więc tego Iwaszkiewicza z jego wspomnieniem, i pomyślałem, że napiszę o tym tekst. A skoro o tym, to o paru jeszcze innych rzeczach. No i piszę. Proszę więc sobie wyobrazić, że mamy ten TVN24, a w nim ten program ‘Szkło kontaktowe’, a w nim Tomasza Sianeckiego i Wojciecha Młynarskiego, a przed ekranami telewizorów intelektualną elitę III RP, i nagle w tym wszystkim pojawia się ów Jerzy Iwaszkiewicz – najprawdopodobniej zwykły moczymorda, i to moczymorda o takim standardzie, gdzie jeśli się chce coś opowiedzieć, to jedyne myśli jakie do głowy przychodzą, to flaszka i zarzygany stolik. Ja wiem, że ostatnie lata przynoszą nam każdego dnia nowe odkrycia, ale to, co mamy dziś przed oczami, to jest chyba jednak jakiś fenomen. Kiedy zmarł Maciej Zembaty, wspominając jego osobę – właśnie w ‘Szkle kontaktowym’ – Grzegorz Miecugow przyznał, że on miał taki plan, żeby Zembatego zaprosić jako kolejnego gościa, który by w tym przedziwnym programie komentował politykę. Niestety – to już mój komentarz – kokaina, alkohol i ekstensywny onanizm Zembatego nam zabrały. A ja sobie myślę, że co by to było, gdyby on jednak jeszcze trochę pożył, i gdyby dał radę jakoś się przypudrować i w tym ‘Szkle kontaktowym’ występował? Czy on by miał w sobie to coś, co by sprawiło, że stałby się – obok Krzysztofa Daukszewicza – gwiazdą tego programu? Kto wie?
Niedawno wspominaliśmy występ Radka Sikorskiego jeszcze sprzed lat, kiedy to – niewykluczone, ze kompletnie nieprzytomny od nadmiaru wciągniętego proszku – próbował rozbić konferencję prasową Lecha Kaczyńskiego. I przy tej okazji, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to nie jest tak, że te dzisiejsze tak zwane elity, są najzwyczajniej w świecie uzależnione od alkoholu, narkotyków i płatnego seksu, do tego stopnia, że zwyczajni ludzie, kiedy się im przyglądają, wpadają w tak straszną bezradność. Że kto wie, czy taki na przykład Stefan Niesiołowski, zachowując się tak jak się zachowuje, nie jest zwyczajnie pod wpływem narkotyków, albo przed kolejną pijacką sesją. Ktoś mi powie, że tak pisać nie wolno. Bo ani to nie mam dowodów, ani nawet za bardzo podstaw. Otóż pewnie, że dowodów nie mam, dlatego cały czas, te moje refleksje obwarowuję tyloma zastrzeżeniami. Natomiast, co do podstaw, to akurat wydaje mi się, że je mam.
Od sprawy Krzysztofa Piesiewicza upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby Systemowi udało się skutecznie wymiksować ją ze zbiorowej pamięci, ale ponieważ, jak się dowiadujemy, senator Piesiewicz pragnie po raz kolejny startować w wyborach, Rzeczpospolita przeprowadziła z nim dziś bardzo długi i poważny wywiad. Oczywiście dziennikarka Rzepy ma tu bardzo ciężkie zadanie, bo Piesiewicz, jako osoba wciąż jakoś tam inteligentna, potrafi tak prowadzić ten wywiad, ze ona nie bardzo ma jak – zachowując podstawową delikatność – go przyciskać. Jest jednak parę momentów, kiedy Piesiewicz mówi rzeczy, które z naszego punktu widzenia wystarczą zupełnie, by go móc nadal oceniać tak jak go ocenialiśmy od początku. Otóż, najpierw, on – zupełnie, daję słowo, poważnie – zapewnia, że on nigdy u siebie w domu nie trzymał babskich ciuchów, tylko ci ludzie, których wtedy u siebie przyjmował, mu te sukienki przynieśli i na niego założyli. A więc, to nie on – to oni.
Ale później jest jeszcze straszniej. Otóż, zapytany, czemu on tym bandytom oddał wszystkie swoje pieniądze, Piesiewicz wyjaśnia, że to nie był żaden okup, ani szantaż, ani żadna łapówka, ani nic takiego. On się w tak brzydkie rzeczy nie bawi. On tylko chciał w ten sposób „odkupić swoją godność”. On nie wiedział, że „gdy już wezmą pieniądze, zacznie się szantażowanie”. A więc, rozumiemy już, jak to było, prawda? On im nie dał tych grubych tysięcy, bo oni go szantażowali tymi sukienkami, tymi kurwami, tą kokainą. Ależ gdzie tam! On im dał te pieniądze, by „odkupić swoją godność”. A jak zaczęli go szantażować, to normalnie, jak porządny obywatel, zadzwonił na policję. A teraz chce zostać jeszcze raz senatorem. I o co tyle szumu?
Senator Piesiewicz. Mocna rzecz. Przypominam sobie mój udział w konkursie Onetu na blog roku. Wygrałem ten konkurs i zawsze się mocno zastanawiałem, jak to się stało? W końcu, ja wiem, że ten blog w tamtym czasie był ze wszystkich finałowych blogów najlepszy, ale wiem też przy tym jeszcze lepiej, że przecież oni aż tak głupi nie są, żeby, dla jakiś dziwnych zasad, psuć sobie historię. Uznałem jednak, że pewnie on był na tyle najlepszy, że się po prostu innej decyzji podjąć nie dało, i stąd zresztą, już przy okazji kolejnej edycji, nas do tego konkursu zwyczajnie nie dopuścili. Dziś jednak, kiedy tak myślę sobie o tym Zembatym, o Młynarskim, o Iwaszkiewiczu, a teraz jeszcze znów o tym Piesiewiczu, to nagle przychodzi mi do głowy zupełnie nowa myśl. I nowy akapit (to a propos tego, jak powstają moje teksty).
Kiedy zgłosiłem swój udział w konkursie Onetu, pewną sensacją na tym blogu był tekst zatytułowany „Bronię Senatora”. Był to tekst szczególny z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że on w całości stanowił parodię czegoś, co sobie wyobrażałem, jako reakcję znanych autorytetów na sprawę Piesiewicza. Ja w nim broniłem Piesiewicza w taki sposób, jak sobie wyobrażałem, że go bronić może Andrzej Wajda, czy abp Życiński. Drugi powód to taki, że bardzo wiele – naprawdę bardzo wiele – osób uznało, że ja nie ironizuję, tylko naprawdę Piesiewicza bronię. Zamieszanie zrobiło się więc takie, że ten wpis otrzymał niezwykle dużą liczbę komentarzy i w pewnym momencie był najchętniej czytanym z moich wszystkich wpisów. Ale stało się coś jeszcze. Kiedy Onet przyjął moje zgłoszenie do swojego konkursu, zatytułował mój blog nie tak, jak należy, czyli „Posłuchaj to do Ciebie”, ale własnie „Bronię Senatora”. I tak już było do końca. Ten blog przeszedł przez całe eliminację, finał i ostatecznie ten konkurs wygrał, jako blog o nazwie „Toyah - Bronię Senatora”.
Do dziś sądziłem, że to iż oni go nazwali tak, a nie inaczej, było wynikiem omyłki. Podobnie jak wierzyłem, że ten blog wygrał tylko dlatego, że nie było takiej możliwości, żeby ktoś inny zdobył to pierwsze miejsce. Dziś jednak myślę sobie, że mogło być zupełnie inaczej. Przede wszystkim, biorę pod uwagę taką oto ewentualność, że Tomasz Sekielski z kolegami przeczytali tylko ten tekst o Piesiewiczu, nie zrozumieli go, a nie rozumiejąc, uznali że jest świetny i głęboko słuszny. Uznali, że to wszystko jest na poważnie, a że ponieważ całość jest napisana dobrze, z zawodową sprawnością, w dodatku sam blog jest bardzo bogaty, często odwiedzany i komentowany, to sprawa jest jasna. Blog „Bronię Senatora” jest najlepszym blogiem politycznym roku. Oczywiście rzucili też okiem na inne teksty, ale tam to już im się ani czytać nie chciało, ani też się głębiej nad czymkolwiek zastanawiać. A że ten tekst i ten tytuł im się tak bardzo spodobały, to zatytułowali cały blog „Bronię Senatora”, i dali mi ten laptop. Jako dla autora autentycznie najlepszego bloga politycznego w Polsce. Za to, że ja tak przenikliwie potrafiłem ocenić to, co przecież takie normalne i naturalne i takie przecież ludzkie.
Trzeba teraz jakoś te refleksje zakończyć. Wydaje mi się, że dobrze byłoby się zastanowić, czy to 10-osobowe jury z Tomaszem Sekielskim na czele, kiedy podejmowało swoją decyzję, było przytomne, pijane, czy zwyczajnie przymulone? Kiedyś myślałem, że oni byli trzeźwi, dziś natomiast mam już wątpliwości. I nie osłabi ich nawet to, że przecież wielu zupełnie przytomnych i inteligentnych komentatorów też uznało, że ja naprawdę bronię Piesiewicza. Bo, jak by nie patrzeć, Sekielski i reszta to jednak fachowcy. Oni powinni potrafić rozpoznawać formy i konwencje. No a poza tym, ostatnie wydarzenia pokazują niezbicie, że tam coś się zdecydowanie dzieje. Skoro Zembaty i Iwaszkiewicz i Piesiewicz i – jeśli wierzyć Iwaszkiewiczowi – Młynarski też coś tam ma za uszami, a jeszcze słyszę, że to że Raczkowski, przyjaciel Zembatego tak dużo na jego temat wie, to też wcale nie dlatego, że ktoś mu o tym opowiedział, to znaczy, że tam naprawdę wrze jak w ulu. I dopóki mi nie udowodnią, że jest inaczej, będę się temu wrzeniu bardzo przysłuchiwał. Co też radzę innym.

Jeśli komuś ten tekst jeszcze bardziej ubarwił ten piękny weekend, proszę wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 15 lipca 2011

Bóg, miłość i morderstwo - czyli czego nie pojmie człowiek kulturalny

Jeśli można, jeszcze kilka słów w związku z książką. Ona jest już właściwie gotowa i powinna być do kupienia już w przyszły poniedziałek. Nie ten, ale kolejny. Za tydzień. I powiem zupełnie nieskromnie, że, biorąc pod uwagę całość, a więc kształt, okładkę i zawartość, gdyby to nie były moje teksty, na które – po tych wszystkich dniach nieustannej korekty – już mi się chce tylko rzygać, to bym sobie ją kupił i miał. Powiem też, że to jest tylko 90 tekstów, a ponieważ z takimi tekstami jest dokładnie tak, jak z własnymi dziećmi, fakt, że tyle z nich musi jeszcze poczekać na swoją kolej – jest dla mnie uczuciem wręcz dewastującym. No ale, jest jak jest, inaczej być nie może, więc pozostaje nam już tylko czekać i żyć tymi emocjami.
Dość dużo w tej książce tekstów, o których już zapomniałem, a które po latach się w żaden sposób ani się nie zestarzały, ani też nie straciły swojej siły. Tym bardziej się cieszę, że znajdą one to swoje miejsce, gdzie ktoś jeszcze poza mną o nich sobie przypomni. Wczoraj, trochę tylko dla przykładu, wróciłem tu z tą starą historią Radka Sikorskiego i jego niezwykłego zachowania z grudnia 2008 roku. Są też jednak wśród nich i takie, które, jak sądzę, wielu wciąż pamięta – i przez ich wyjątkowość, ale też i przez to, że o nich sam parokrotnie wspominałem już później, ostatnio nawet nie tak dawno. Jest też wśród nich historia taka, którą większość pewnie pamięta, ale za to w międzyczasie pojawiło się parę zdarzeń, które nadały jej zupełnie nowy wyraz, ale też przy tym wywołały nowe, naprawdę niezwykłe refleksje. I dlatego pozwolę sobie do niej dziś wrócić.
Dawno już temu, kiedy wszyscy jeszcze byliśmy znacznie młodsi, jechałem z Zosią pociągiem Intercity do Warszawy. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał „Najwyższy Czas”, inny pan, który sobie spał i dwóch najprawdziwszych łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia stadionowych awantur. Do dziś kompletnie nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu IC do Warszawy – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie, nigdy i pod żadnym pozorem.
Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej naturalnie. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiejkolwiek świadomości, że nie są sami. Jeden z nich wciąż przy tym potrzebował pokazywać coś koledze za oknem, a robił to w taki sposób, że wsadzał swoją wytatuowaną łapę między twarz pana z UPR-u i jego gazetę, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony. Jak mówię, kibole rozmawiali głównie o walkach z policją, ale nie tylko. Na przykład oni bardzo chcieli wiedzieć, w jakim, kurwa, języku mówią ci, kurwa, dwaj. No i zgadywali. Jeden mówił , że to pewnie po francusku, drugi że po niemiecku, albo chyba, kurwa, po włosku. Ale i to nie tylko. Jeden z nich opowiadał koledze o jakiejś Kaśce, które mieszka gdzieś pod Zawierciem i ma fajne nogi. Ciekawe w tym wszystkim było to, że w ogóle nie pojawił się u nich temat Irasiada i Borubara. Ale o tym później.
Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą we wspomnianym Zawierciu, a na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy, że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy jednak minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie – do dziś nie potrafię uwierzyć, że to zrobiłem – nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Dosłownie. „Pannica”. Ja to pamiętam do dziś, i ile razy to wspomnę, to chce mi się płakać ze wzruszenia. Ale o tym też później.
Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa… i nagle, po chwili, najwidoczniej z tego napięcia, wstali, i przenieśli się do innej części pociągu.
Taka to była historia, opowiedziana przeze mnie przed laty, a dziś tu przypomniana w wersji nieco rozszerzonej i odpowiednio uzupełnionej. Dlaczego ją przypominam? Myślę, że większość z czytających ten tekst może się tego z całą pewnością domyślić. Tak jak z równie dużą pewnością, wielu z nas zdążyło przez lata, które minęły od tamtego zdarzenia, zauważyć, że obok naturalnego wzrostu społecznej i politycznej agresji, przemocy, kłamstwa i nienawiści, doszło do bardzo poważnej, że tak powiem, moralnej przebudowy naszego społeczeństwa. Co mam na myśli, mówiąc o „przebudowie moralnej”? Chodzi mi mianowicie o to, że przez te wszystkie lata, doszło do tak strasznej modernizacji ludzkich postaw i zachowań, że nasze wszystkie sentymenty, uprzedzenia i postawy wobec ludzi musiały też ulec radykalnej weryfikacji. I tu gdzie dziś jesteśmy, nagle można dojść do wniosku, że sytuacja, w której znalazłem się ja i moja córka przed laty, z dzisiejszego punktu widzenia, nie stanowiła jakiegokolwiek zagrożenia. Że gdyby to co się stało wtedy, miało mieć miejsce dziś, to ja na przykład ani bym się aż tak nie bał, ani – interweniując u tych dwóch bandytów w sprawie ich zachowania – nie czułbym jakichkolwiek większych emocji. Dlaczego? Bo dziś już wiem, że ja oczywiście zostałem skonfrontowany z kulturą obcą, ale nie na tyle obcą, żeby się czuć jakoś szczególnie dziwnie.
Myślę że wiem, co mi na to wszystko mogą powiedzieć niektóre z osób ten blog komentujących. Że ja zmieniłem swoje zdanie na temat tych dwóch bandytów nie dlatego, że nagle zrozumiałem, jacy z nich w gruncie rzeczy są skromni i dobrzy ludzie, ale dlatego, że oni niedawno mi powiedzieli, że nie lubią Donalda Tuska. A, jak idzie o kogoś tak jak ja przesiąkniętego podłością i nienawiścią, nie trzeba nic więcej. Tu jednak, przynajmniej sumienie mam czyste. Przede wszystkim dlatego, że ja jeszcze w czasach, kiedy pracowałem w swoim osiedlowym gimnazjum, i takich jak ci dwaj – oczywiście w wersji młodszej i mniej radykalnej – miałem wokół siebie na codzień dziesiątki, wiedziałem, że oni, reprezentując pewien typ nigdy dla mnie do końca nie rozpoznanej wrażliwości – nie tylko zresztą na poziomie politycznym – Tuskiem gardzą, natomiast do „tych Kaczorów” czują irracjonalną zupełnie sympatię. Ale to nie wszystko. Moje sumienie jest tu czyste, właśnie ze względu na opisywany wypadek. Oni bowiem, skonfrontowani z czymś dla siebie, przynajmniej pozornie, kompletnie niezrozumiałym, potrafili postąpić wbrew swojej naturze, a to jest coś, co może budzić jedynie podziw.
Zastanówmy się nad życiem takich dwóch kiboli. Kim oni są, co mają, co wiedzą i czego od nich możemy oczekiwać? Są oczywiście bandytami, dla których kogoś pobić, czy nawet zabić, nie jest wydarzeniem szczególnie egzotycznym. Z całą też pewnością, oni nie biorą pod uwagę takiej możliwości, że, kiedy rozmawiają, mogą nie używać słów takich jak „kurwa”, „chuj” i „jebać”. Możemy mieć pewność, że jeśli oni czegoś się boją, to na pewno nie jest tym to, że ktoś im może wlać, albo że policja może ich wziąć za kark i zamknąć. Albo że im w ogóle w głowie kiedykolwiek pojawia się myśl, że za bilet kolejowy trzeba płacić, bo przyjdzie konduktor i z tego może być kłopot. Wiemy też, że dla nich nie istnieje żaden powód, żeby się mieli zacząć przejmować tym, że pozostała część społeczeństwa ma inną od nich filozofię życia. Czy teraz fakt, że, mimo tych wszystkich, elementów, które ich tak fatalnie determinują, stać ich było, jak się nagle okazuje, na to, żeby dokonać tego typu deklaracji, z jaką ja i moja córka mieliśmy okazję się skonfrontować w pociągu Intercity z Katowic do Warszawy przed paroma laty, to jest coś, na co warto zwrócić uwagę, czy nie? A jeśli nie warto, to – przepraszam bardzo – ale jaki jest na to argument?
Otóż ja uważam, że przez te wszystkie lata, jakie upłynęły od czasu, gdy w Polsce zapanowała owa atmosfera, w której w dobrym tonie stało się życzyć ludziom całkowicie niewinnym, a często dobrym i bezbronnym, wyłącznie śmierci, naprawdę doszło do bardzo poważnych przesunięć na poziomie społecznym. W innym miejscu książki, która się niedługo ukaże, wspominamy też śmierć senatora Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Mazurkiewicza i reakcje zarówno na nią, jak i na gest prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który udekorował Mazurkiewicza pośmiertnym orderem. Nie będę tu przywoływał raz jeszcze tych wszystkich gestów czystej pogardy i złorzeczenia, bo każdy kto chce, może sobie je świetnie wyobrazić, natomiast chciałbym tu wyrazić przekonanie, że wśród tych, którzy przyszli nad grób Senatora, żeby sobie popluć, z całą pewnością nie było tych dwóch bandziorów z pociągu. A nie było ich tam wcale nie dlatego, że oni w tym czasie byli zajęci czym innym, albo że oni są zbyt głupi, by umieć pisać i czytać, ale dlatego, że na to by się w tym towarzystwie pojawić, nie pozwoliłaby im na to wspominana wcześniej – niezrozumiała, co przyznaję raz jeszcze, dla mnie – natura.
Ale ja też wiem coś więcej. Otóż, gdyby tam, w tamtym pociągu, znaleźli się nie ci kibole, ale któryś z autorów tamtych pośmiertnych komentarzy, i oni tym razem – zamiast tych kiboli – zaczęli, jak najbardziej zgodnie ze swoją naturą i wrażliwością, wymieniać się swoimi spostrzeżeniami na temat Lecha Kaczyńskiego i udekorowanego przez niego Andrzeja Mazurkiewicza, a ja bym im zwrócił uwagę na niestosowność ich zachowania, to oni by nie dość że się nie zamknęli, nie dość, że by mnie nie przeprosili, a nawet nie dość, że by się nie przenieśli do innego przedziału, ale kontynuowaliby sobie swoją wymianę w najlepsze. A gdyby, jakimś cudem, nawet i pomyśleli, że moje słowa coś znaczą, to by od razu uznali za stosowne zarzucić mnie dziesiątkiem przeróżnych argumentów na rzecz tego, że jednak w pewnych okolicznościach można się śmiać z czyjejś śmierci. I wyobraźmy sobie nawet taką możliwość, że ja, w tej hipotetycznej sytuacji, naprzeciwko siebie nie miałbym jakichś niedorobionych onetowskich studentów-inteligentów, którzy nawet nie potrafią pisać poprawnie po polsku, ale trzech wybitnych krakowskich profesorów z krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Jestem przekonany, że wtedy mogłoby być już tylko jeszcze gorzej.
Za każdym razem, kiedy mijają kolejne wybory, powraca to tu to tam dyskusja na temat poparcia, jakie, czy to Platforma Obywatelska, czy Prawo i Sprawiedliwość otrzymali w zakładach karnych i zakładach psychiatrycznych. I, z jednej strony, ci którzy glosowali na PO cieszą się, że PiS, to partia popierana przez ludzi chorych psychicznie, natomiast ci, co głosowali na PiS, cieszą się, że PO to oferta wyłącznie dla przestępców. A ja mam ostatnio wrażenie, że jest trochę inaczej. Mam bardzo silne wrażenie, że PO nie ma poparcia ani u wariatów, ani u przestępców. Wariaci głosują przeciwko Platformie, bo, jako ludzie o pewnej nadwrażliwości, inaczej nie potrafią, natomiast bandyci głosują za Platformą dlatego, że znają swój interes. Oni świetnie wiedzą, że PO to banda lewych durniów i tandeciarzy, ale za to na tyle głupich, że coś tam się od nich uda zawsze wyciągnąć. Natomiast o PiS-ie wiedzą jedno – że PiS to przede wszystkim wróg, a z wrogiem lepiej uważać. Szczególnie gdy widać jasno , że to wróg nie byle jaki.
Słucham ostatnio piosenek Johnnego Casha, artysty wybitnego, ale przy okazji człowieka tak porządnego i dobrego, jak tylko porządnym i dobrym w tej branży można być. I oto przed mną wydajnie trzypłytowe, zatytułowane „Love, God, Murder”. Są to trzy płyty – jedna z piosenkami o Panu Bogu, druga o miłości, a trzecia o zbrodni. Oczywiście znamy Casha., Wiemy więc, że jego zawsze coś ciągnęło i do Boga i do San Quentin. Na zmianę. Ciekawe bardzo, jak on to sobie wszystko tłumaczył? Nie wiem, powiem szczerze. Natomiast jestem pewien absolutnie, że kiedy on śpiewał po więzieniach tym bandziorom swoje piosenki, entuzjazm i szacunek, jaki do niego czuli, był autentyczny. Tak samo, jak ich entuzjazm i szacunek, gdy od czasu do czasu nie śpiewał im o nich samych i o ich marnym losie, ale o Bogu i miłości. Bo oni akurat rozumieli i jedno i drugie i, oczywiście, trzecie. A że byli ludźmi złymi i grzesznymi? Kto z nas nie jest? Natomiast jakoś wiedzieli, że te trzy elementy – Bóg, miłość i zbrodnia – w ich zyciu jakoś się przedziwnie gładko mieszają i uzupełniają. I kiedy o tym myślę, to się autentycznie wzruszam. Dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy ten bandyta użył w stosunku do mojego dziecka słowa „pannica”. I tu może jest jakaś odpowiedź, jak idzie o tamtą, moją i mojej córki, przygodę sprzed lat. Nie ma? Może i nie ma. Niech więc ktoś zaproponuje lepszą. Tylko proszę, niech mi tu z wyjaśnieniami nie idzie ktoś, kto nie rozumie, że ze śmierci nie wolno się śmiać, i że nie wolno się śmiać z ludzi płaczących i modlących się, i że miłość to coś więcej, niż tak zwany pijar.

Wszystkich, którzy uznali ten tekst wart przeczytania, a może i jakichś pożytecznych refleksji, proszę o finansowe wspomaganie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...