środa, 10 września 2008

Pomidor

Wczorajszy dzień zaniepokoił mnie dwukrotnie. Najpierw zostałem poinformowany, że społeczne poparcie dla Platformy utrzymuje się na niezmiennie wysokim poziomie, a jednocześnie nie mogłem nie zauważyć, że polityka telewizji TVN stała się, przynajmniej w tych dniach, jednoznacznie wroga w stosunku do partii miłości i uśmiechu.
Mój niepokój zwiększył się jeszcze bardziej, kiedy zauważyłem, że na tym akurat poziomie istnieje ruch dwukierunkowy. Otóż wygląda na to, że im większa jest miłość społeczeństwa do Platformy, tym swobodniej się czują reżimowe media w krytykowaniu swojego pana. Jednocześnie – wszystko na to wskazuje – czym większa jest krytyka poczynań rządu przez media, tym bardziej społeczeństwo czuje się przywiązane do władzy.
Dlaczego powyższa sytuacja jest dla mnie niepokojąca? Mam mianowicie wrażenie, że na poziomie relacji media-społeczeństwo-władza, po latach intensywnej tresury, uzyskany został stan pełnego automatyzmu. Mam wrażenie, że w obecnej sytuacji, ani władza, ani media, ani nawet społeczeństwo nie muszą już nic
Został stworzony układ swoistego perpetuum mobile, w którym, po długich miesiącach politycznych zmagań, każda strona robi to, na co ma ochotę, a wokół panuje idealna harmonia. Załóżmy, że politycy PSL, faktycznie, tak jak to zostało wczoraj dowcipnie nazwane właśnie w TVN-ie, stworzą serię, jednoosobowych urzędów pracy, prokuratura systematycznie będzie aresztowała kolejnych członków rządu, media będą systematycznie szydziły ze stanu, jaki osiągnęła władza, oraz intelektualnego i moralnego upadku poszczególnych ministrów, społeczeństwo będzie niezmiennie uznawało oczywistą i uniwersalną wyższość ministra Zbiory nad ministrem Ćwiąkalskim, a pani minister Zyty Gilowskiej nad obecnym ministrem finansów, a słupki politycznego poparcia dla partii politycznych pozostaną zamrożone.
Skąd ten mój pesymizm? Wczoraj wieczorem, widząc, że sztandarowego programu TVN-u Szkło kontaktowe nie prowadzą ani Grzegorz Miecugow, ani Marek Przybylik, ani też Krzysztof Daukszewicz, pozostałem przy telewizorze i – przyznaję – dałem się wciągnąć. Praktycznie przez całą godzinę, prowadzący program uprawiali czyste szyderstwo w stosunku do koalicji Platformy i PSL-u. Od pierwszej do ostatniej minuty, wszyscy mieliśmy okazję, po raz pierwszy od nie wiem jak dawna, pośmiać się nie z Jacka Kurskiego, nie z Marka Suskiego, ale z obecnej władzy.
Prowadzący program pokazywali nam najbardziej komiczne przypadki najświeższej koalicyjnej kompromitacji, a na pasku z sms-ami od widzów, od początku do końca programu, odbywała się zabawa w salonowca z braćmi Kaczyńskimi w roli głównej. Na ekranie telewizorów oglądaliśmy posła Klopotka, Donalda Tuska, Waldemara Pawlaka, Sławomira Nowaka w sytuacjach absolutnie zawstydzających, a widzowie słali nieustanne sms-y o tym, że Kaczor jest głupi.
Oczywiście, były też tradycyjne telefony od widzów. Jednak na tym poziomie, sytuacja była dokładnie taka sama, jak na poziomie sms-ów. Pomijając jednego pijaka, który nie umiał wyrazić jednej jasnej myśli, niemal wszyscy dzwoniący do Szkła kontraktowego chcieli rozmawiać – przepraszam, nie rozmawiać, mówić – albo o Jarosławie Kaczyńskimi, albo o Prezydencie.
Na ekranie widzieliśmy bredzącego posła Kłopotka, a na pasku na dole ekranu tkwił jak byk, tekst spekulujący, czy na balu u Prezydenta pojawi się Borubar i Irasiad.
Odnoszę więc dziś wrażenie, że, faktycznie, dzięki bardzo intensywnej pracy wychowawczej, prowadzonej przez te wszystkie miesiące przez reżimowe media, udało się uruchomić w części społeczeństwa pewną samodzielność intelektualną. Uważam, że, jeśli faktycznie moje podejrzenia są słuszne, to co się stało, jest niezwykłym sukcesem tzw. postpolityki.
Istnieje uzasadniona obawa, że od dziś, cokolwiek ktokolwiek z uczestników sceny politycznej uczyni, bez względu na to, czy będzie to Donald Tusk, czy Jarosław Kaczyński, pewna znaczna część społeczeństwa i tak będzie miała w głowie dwa słowa: ‘borubar’ i ‘irasiad’, ułożone w najróżniejszych konfiguracjach.
Dotychczas było tak, że jeśli media mówiły, że Jarosław Kaczyński okradł skarb państwa na grube miliardy, znaczna część opinii publicznej kiwała głową i odpowiadała: „O tak, ten Kaczyński to złodziej”. Kiedy media informowały, że minister Pitera będzie walczyć z korupcją, obywatele zgromadzeni przed telewizorami, natychmiast reagowali: „Tak, tak, wreszcie się za tych łapówkowiczów wezmą”. Kiedy w Szkle kontaktowym red. Sianecki kpił z Jacka Kurskiego, a uśmiechał się do telewidza, który mówił, że tych Kaczyńskich trzeba by było wysłać do Gułagu, to publiczność Szkła szmerała ze zrozumieniem: „Tak, tak. To bardzo mądre, co oni tu mówią.”
Niewykluczone, że te czasy należą już do przeszłości. Może się niedługo zdarzyć, że Szkło kontaktowe na przykład, będzie się od pierwszej do ostatniej chwili zajmować się waleniem w Platformę i jej koalicjanta, a widzowie będą dzwonić z tekstami typu: „Cieszę się, że się dodzwoniłem. Bardzo lubię wasz program,. Chciałem tylko powiedzieć, że ten nasz pożal się Boże prezydent, to bardziej by się nadawał na prezydenta Białorusi. Dziękuję i pozdrawiam.”
A w tym czasie na pasku z sms-ami będą przemykać żarty w rodzaju: „A ja drobiu nie lubię.”
W czasach dawno minionych, kiedy ludzie jeszcze ze sobą rozmawiali i jeśli się do kogoś szło z wizytą, to po to, by spędzić miło czas, a nie popisywać nowym domem, albo nowym autem, była taka zabawa towarzyska, popularna głównie wśród dzieci, o nazwie ‘pomidor’. ‘Pomidora’ znamy wszyscy, a jeśli ktoś akurat się zagapił, to przypominam. Chodziło o to, że trzeba było delikwenta rozśmieszać, a on z kamienną miną ma powtarzać „pomidor”. Jak się roześmieje, to przegrał. Mówił więc chłopak do dziewczyny: „Zgubiłem majtki” a ona miała odpowiedzieć „pomidor”. Taka to była zabawa.
Obawiam się bardzo, że nasze życie polityczne, nasza polityczna i społeczna świadomość, w bardzo dużym stopniu, stała się taką grą w ‘pomidora’. Cokolwiek się w naszej polityce wydarzy, ktokolwiek cokolwiek uczyni, czy powie, reakcja wielu naszych rodaków będzie jedna: ‘irasiad”. Ja oczywiście nie sugeruję, że ludzie przestaną dostrzegać rzeczywistość. Ależ nie. Będą widzieć i słyszeć wszystko bardzo dokładnie. Nie ujdzie ich uwagi żaden polityczny sukces, ani żadna polityczna kompromitacja, po jednej zresztą, jak i po drugiej stronie. Tyle tylko, że powszechna reakcja będzie jedna: „irasiad”.
Co to dla nas oznacza? Pewnie dobrze by było skończyć tę refleksję odpowiedzią, że zarówno to, jak i wiele innych rzeczy, nie oznacza dla nas nic. Tylko że tak nie jest. W sposób oczywisty sytuacja, w której znaczna część społeczeństwa jest po prostu intelektualnie rozbita, jest sytuacją społecznie bardzo niedobrą. Nie jest absolutnie rzeczą pożądaną, jeśli na przykład dziś Lech Wałęsa mówi publicznie, że on, jak myśli o tańcu z panią Marią Kaczyńską, to robi się „nagrzany”, to społeczeństwo na to mówi „irasiad”. Dlaczego nie? Bo to jest po prostu społeczeństwo chore.
Jest w tym jednak jedna pocieszająca wiadomość. Ludzie chorzy siedzą w domu. Szczególnie dotyczy to ludzi chorych na tę szczególną chorobę, o której tu dziś dla Was piszę. Dopóki mają co jeść, a antena telewizyjna działa bez zarzutu, siedzą w domu. Wychodzą tylko do pracy i parę razy w roku do kościoła. Na pewno nigdy nie chodzą do wyborów. Wielu z nich poszło raz, jesienią zeszłego roku, bo spodobał im się pewien niepowtarzalny na szczęście element kampanii wyborczej.
Jeśli kiedykolwiek jeszcze raz pójdą głosować, w swoim skretynieniu nawet nie dadzą rady oddać ważnego głosu. Zamiast krzyżyka obok właściwego nazwiska, na karcie napiszą „irasiad”. A to oczywiście się już nie będzie liczyło.

wtorek, 9 września 2008

Co każdy obywatel wiedzieć powinien o polityce

Dziś chciałbym przedstawić Salonowi pewien pomysł racjonalizatorski, który z jednej strony usprawni cały system, a z drugiej korzystnie wpłynie na ogólny poziom wiedzy politycznej w społeczeństwie.
Myśl, którą chciałem się z Wami podzielić, przyszła mi do głowy wczoraj, kiedy na stronie głównej znalazłem wpis niejakiego, Ketmana, który zadał pytanie, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość nie zawiązuje koalicji z komunistami. Gdyby ten przykład zainteresowania kwestiami politycznymi na poziomie zupełnie podstawowym był wyjątkiem, to może bym nawet się nie musiał sprawą przejmować. Jednak faktem jest, że właśnie tu u nas w Salonie, raz po raz spotykamy się z osobami, które dopiero debiutują na politycznym polu, a których pragnienie wiedzy jest naprawdę imponujące. Ktoś na przykład chce wiedzieć, dlaczego Zbigniew Ziobro nie może zostać wtrącony do więzienia, jak zwykły bandyta.
Ktoś inny pyta, jak to się dzieje, że Lech Wałęsa obalił komunizm, a niektórzy nie chcą o tym pamiętać.
Inny z kolei uczestnik Salonu pyta, jaką rolę w opozycji pełnił Jarosław Kaczyński, skoro powszechnie wiadomo, że on w stanie wojennym leżał schowany pod tapczanem w pokoju swojej mamy.
Któregoś dnia, wchodzę na stronę główną Salonu, a tu kolejny poszukiwacz politycznej wiedzy zwraca się do nas z pytaniem, dlaczego PiS, jako partia faszystowska, nie została jeszcze zdelegalizowana.
Zaglądam obok, a tu kto inny chce wiedzieć, dlaczego Grzegorz Przemyk jest bohaterem, a na przykład Che Guevara – nie.
Właśnie kierowany troską o całe rzesze młodych fanów polityki i starych fanów polityki,. Którzy z jakiegoś powodu nie zdążyli się w tym skomplikowanym świecie odnaleźć, mam pewną propozycję. Czy administracja nie mogłaby dla tych właśnie osób uruchomisz osobnego działu na stronie głównej, pod tytułem, na przykład „Pytania i odpowiedzi na tematy polityczne”, albo „Kącik dla amatorów polityki”? Byłoby naprawdę bardzo wygodne, gdyby taki na przykład bloger Ketman mógł, zamiast pisać długi tekst zbudowany wokół jednego prostego problemu, zadać proste pytanie: „Koledzy śmieją się ze mnie, że wybrałem sobie nick Ketman. Nie rozumiem. Dlaczego?” I wtedy albo ja, albo ktoś inny, by Ketmanowi wytłumaczył; „Drogi Ketmanie. Oczywiście wiemy, że miałeś dobre intencje, ale musisz wiedzieć, że…” I tak dalej, w ten sposób.
Jakiś inny, aspirujący bloger chciałby się dowiedzieć, dlaczego w Polsce rządzi większość parlamentarna, a nie mniejszość, albo, dlaczego, jeśli wygra wybory ktoś, kogo nie lubimy, nie można tego kogoś zastąpić przez kogoś, kogo lubimy. I wtedy znów, pytanie to, w formie nawet dłuższego blokowego wpisu, pojawiłoby się w dziale „Co każdy amator polityki wiedzieć powinien” i w ten właśnie sposób Salon24, nie tylko pozostałby forum poważnej wymiany myśli, ale również miejscem, gdzie każdy zainteresowany znalazłby odpowiedzi na pytania, które go dręczą.
No i na koniec, nie sposób zapomnieć o jeszcze jednej, bardzo istotnej korzyści wprowadzenia tego sytemu. Wszyscy ci koledzy blogerzy, którzy o polityce pojęcie mają bardzo wątłe, i dla których sens pisania sprowadza się wyłącznie do wypluwania swoich emocji, mogliby, nie przenosząc się do onetu, dalej tu pisać i trenować, tyle że w swoim towarzystwie, a przy tym jednocześnie zawsze liczyć na przyjacielską poradę. Sam Salon natomiast niewątpliwie znacznie podniósłby swój dotychczasowy poziom, uzyskałby jeszcze większy prestiż, i każdy zainteresowany by wiedział, że, jeśli komuś zależy na poważnej publicystyce politycznej, może zawsze liczyć na Salon24.

poniedziałek, 8 września 2008

O tym, jak MEN postanowiło poszczuć nauczycieli

Niniejszy tekst może komuś się wydać objawem wyjątkowej prywaty, oraz egoizmu środowiskowego, i pewnie coś w tych ewentualnych podejrzeniach jest.
Jestem z zawodu nauczycielem i chociaż od pewnego czasu w szkole nie pracuję, nauczycielką na MEN-owskim etacie jest moja żona, mam kolegów-nauczycieli, a i bez tego, jak sądzę, problemy nauczycieli i tak byłyby mi bardzo bliskie.
O co dziś chodzi? W dzisiejszej Rzeczpospolitej, znalazłem informację, że urzędnicy z Ministerstwa Edukacji postanowili, że nauczyciele będą prowadzili dwa dzienniki. Jeden to będzie ten, co dotychczas, czyli obecności, frekwencja, najróżniejszego rodzaju statystyki, oceny, uwagi, wycieczki, spotkania z rodzicami, uroczystości szkolne, a drugi, to będzie dziennik, w którym każdy nauczyciel będzie dokumentował swoją aktywność w domu, w drodze do szkoły i w drodze ze szkoły do domu. Ten drugi, to będzie dziennik, w którym nauczyciel będzie mógł napisać ”od 18.35 do 23.16 sprawdzałem zadania domowe dla 32 uczniów”. I wówczas MEN zapłaci mu więcej, niż temu nauczycielowi, który w tym samym czasie, zamiast pracować, zbijał bąki, czyli na przykłada oglądał telewizję TVN24. I o tym, właśnie chciałem dziś pisać, tyle że nie o dziennikach, lecz o tych pieniądzach.
Artykuł w Rzeczpospolitej jest zatytułowany „Nauczycielu, rozlicz się” i sens tego tytułu jest właśnie taki, że dość już tego pasożytowania na zdrowej siatce płac, hojnie nauczycielom ufundowanej przez urzędników z ministerstwa. Ze nadszedł czas pracy. Artykuł w Rzeczpospolitej, ponieważ dotyczy dobrej pracy za dobrą płacę i sprawiedliwej nagrody dla sprawiedliwych nauczycieli, ilustrowany jest odpowiednią tabelką. Żeby nie było wątpliwości, tabelka nie została narysowana w redakcji Rzeczpospolitej, ale przez redakcję Rzeczpospolitej zdobyta w samym Ministerstwie Edukacji Narodowej i – jak się domyślam – wiernie przedrukowana. Co nam mówi ta szczególna tabelka? Otóż ona informuje zaciekawionych obywateli, ileż to pieniędzy zarabiał jeszcze rok temu, ile zarabia w tym roku, a ile to będzie zarabiał w roku przyszłym nauczyciel na państwowym etacie.
Okazuje się mianowicie, że nauczyciel dyplomowany, czyli według strategii naszych władz oświatowych, nauczyciel najbardziej długoletni i najbardziej doświadczony, w zeszłym roku zarabiał 3479 zł, w tym roku zarabia już 3827 zł, natomiast w roku przyszłym, czyli wtedy, gdy rząd Donalda Tuska wreszcie ostatecznie zrealizuje wszystkie swoje obietnice wyborcze, będzie zarabiał 4075 zł. brutto. I to właściwie by się zgadzało. Prawie. Pani minister Katarzyna Hall już w zeszłym roku, w wywiadzie w Dzienniku, informowała, że dobry nauczyciel zarabia 3500 zł na rękę. Z tabelki wynika, że wprawdzie nie na rękę, ale brutto, no ale powiedzmy, że gdzieś do przepracowanego umysłu pani minister wkradł się chochlik, który jej poprzestawiał cyferki. Fakt pozostaje faktem – w zeszłym roku było to 3500. Ja, jak już wspomniałem, w szkole już nie pracuję. Natomiast mam żonę, która jest nauczycielem dyplomowanym i pracuje na pełnym etacie w państwowym liceum ogólnokształcącym. Przez cały bieżący rok, otrzymuje pensję tak między 1700, a 1800 zł. Za ten miesiąc, Katarzyna Hall zapłaciła mojej żonie dokładnie 1790,38 zł.
Siedzimy więc sobie dziś nad tabelką w Rzeczpospolitej, kontemplujemy wielki tytuł: „Nauczycielu, rozlicz się” i zastanawiamy się, co kombinuje Katarzyna Hall i jej urzędnicy, kiedy wmawiają społeczeństwu, że nauczyciel dyplomowany w Polsce zarabia 3827 zł. brutto. Jest kilka opcji.
Pierwsza, to ta, że 3827 zł. brutto, to 1790,38 netto, tylko, że my o tym nie wiemy.
Druga jest taka, że 3827 zarabia w tym roku każdy dobry nauczyciel, a źli - tacy jak moja żona - nauczyciele, dostają najwyżej 1800.
No i jest jeszcze trzecia możliwość, taka mianowicie, że pani minister Katarzyna Hall najbezczelniej na świecie kłamie.
Dwie pierwsze możliwości odrzucam. Nawet jeśli różnica między sumą brutto, a sumą netto, zawiera jakieś niezwykłe, dotychczas mi nieznane zagadki, to nie może być tak, że ta różnica wynosi ponad 100%. Oczywiście, rządy Platformy Obywatelskiej niekiedy osiągają poziom absurdu zupełnie dotychczas nieznany, i może się okazać, że w tych nowych rejonach brutto oznacza na przykład sumę obiecaną, a netto – to suma chwilowo faktyczna. Powiedzmy jednak, że tak jest tylko w złośliwych żartach.
Druga opcja też nie wchodzi w grę, bo póki co, jak się zdaje, ministerstwo nie ustaliło obiektywnych kryteriów finansowej oceny nauczyciela, a drugi dziennik z wielkim tytułem na okładce: „Nauczycielu, rozlicz się”, też należy do sfery planów. Więc trudno się spodziewać, że gmina uznała, że pani Toyahowa nie zasługuje na więcej i nadwyżkę przeznaczyła dla jakiegoś innego nauczyciela, bardziej wybitnego. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że pani minister myśli, że jej tabelka nie kłamie, bo ktoś zaufany jej tak powiedział, a ona, jako osoba szczera i pełna ufności, w to uwierzyła i tak ją dalej ta wiara trzyma. Wielkodusznie jednak myślę, że minister Hall aż tak głupia nie jest. Wielkodusznie zakładam, że ona łże, jak pies. Nie wiem tylko, jak ona sobie to swoje łgarstwo wykalkulowała. Czyżby uznała, że nauczyciele są na tyle zajęci sobą i swoimi problemami, że ani nie czytają gazet, ani nie oglądają telewizji, ani w ogóle za bardzo nie myślą, więc pewnie nawet nie wiedzą, że w powszechnej opinii zarabiają dużo więcej, niż w rzeczywistości? Czyżby sobie pani Kasia obliczyła, że doraźne korzyści dla rządu, który reprezentuje, będą wystarczająco duże, że nawet jeśli jacyś nauczyciele natkną się na informacje o tych niezwykłych zarobkach, to na ogół będą siedzieć cicho, bo są już tak ogłupiali, że się im nic nie chce, a jak ktoś postanowi popyskować, to trochę popyskuje, a i tak nic z tego nie wyniknie? Poza tym, do następnych wyborów trochę czasu pozostało, no a jeszcze poza tym, który nauczyciel będzie głosował na PiS? A może minister Katarzyna Hall dobrze wie, że Sławomir Broniarz to swój człowiek, który może i ma tam jakieś swoje interesy, ale na pewno nie są to interesy nakładające się w jakikolwiek sposób na zakres zainteresowań rządu. Nie wiem, powiem szczerze. Sprawa jednak jest poważna.
Od dawna już, jeszcze pewnie od czasów starej komuny, od okazji do okazji, władza potrzebowała pokazywać społeczeństwu, że ci nauczyciele to pasożyty, które zamiast się wziąć do roboty, tylko marudzą. Co chwilę mają wakacje, pracują 18 godzin w tygodniu, jak już pracują, to też nic nie robią. Tylko stękają, stękają i stękają. Nie chce mi się, powiem szczerze, wnikać w dokładną strategię tego propagandowego przedsięwzięcia. Obchodzi mnie dziś tylko to, że minister Katarzyna Hall, kontynuując tę tradycję, wspólnie z usłużnymi mediami, rozgrywa jakąś paskudną grę. Grę nawet nie swoją. Ale grę szczególną. Grę przeciwko nauczycielom. Zdaje się, że to ją czyni w pewnym sensie pionierem. No i wygląda na to, że chyba jej nie najgorzej idzie.

niedziela, 7 września 2008

Mali Detektywi, czyli z wizytą na dnie dziennikarstwa śledczego

Niedługo minie rok od czasu, jak na fali obietnic oczyszczenia Polski z PiS-owskiej zarazy, Donald Tusk i jego drużyna objęli władzę. Minie za parę miesięcy rok, jak Julia Pitera zabrała się do kompletowania dokumentów mających społeczeństwu wykazać zbrodnie ustanowionego przez braci Kaczyńskich aparatu represji. Jeszcze parę miesięcy, a minie rok od dnia, w którym poseł Graś, człowiek jak najbardziej dobry i uczciwy, wypowiedział swoje słynne dziś słowa o Stasi i Securitate.
Co mamy po tym niespełna roku? Czym możemy się pochwalić? Minister Jasiński idzie pod Trybunał Stanu za doprowadzenie do ruiny Stoczni Gdańskiej, a Anna Marszałek, dziennikarka śledcza Dziennika, wraz z Michałem Majewskim, w tym samym stopniu śledczym, co Marszałek, dziennikarzem Dziennika, odkrywają tajemnice więzień CIA w miejscowości o nazwie Stare Kiejkuty. Niemal rok, po tym, jak Donald Tusk zapowiedział głosującym na niego i jego partię Polakom, że nie dość, że z więzień zostaną uwolnieni wszyscy represjonowani przez kaczystowski reżim przedstawiciele demokratycznej opozycji, to jeszcze oni wszyscy zostaną tam zastąpieni przez swoich prześladowców, takich jak Zbigniew Ziobro, Zbigniew Wassermann i Mariusz Kamiński, pojawia się szansa, że Jarosław Kaczyński pójdzie siedzieć nie za głupie podtruwanie pielęgniarek falami radiowymi, ale – hurrrra! – za torturowanie arabskich bojowników o wiarę.
Czytam dzisiejszą relację działu śledczego Dziennika, wprawdzie bez udziału samego szefa, Pawła Reszki, który tym razem przyjął funkcję specjalisty od refleksji, ale z zastępującą go godnie Anną Marszałek, damą, której prawdziwej wielkości słowa człowieka nie są w stanie wyrazić.
Ja tu się w swojej – przyznaję – kompletnej bezsilności, wyzłośliwiam, a sprawa jest poważna, jak cholera. Od kilku dni po naszej Polsce krąży widmo więzień CIA i choć nikt, dosłownie nikt, nie wie na ten temat absolutnie nic, pierwszy szereg naszych dziennikarzy, na zmianę z pierwszym szeregiem naszych polityków, zapowiadają apokalipsę, która ostatecznie, już za chwilkę, zmiecie z powierzchni ziemi całe PiS-owskie zło.
Do red. Marszałek i red. Majewskiego wrócę za chwilę, na razie jednak słówko od autora wstępniaka w sobotnim Dzienniku. Pisze Reszka: „Jesteśmy bliżej rozwikłania najgłębiej skrywanej tajemnicy ostatnich lat”, „Powoli pęka zmowa milczenia”, „Nie można posuwać się do barbarzyńskich metod”, „Czas poznać kulisy podejmowania decyzji i osoby, które za to odpowiadają”.
To jest ten język. A jaka jest treść? Treść jest taka, do jakiej nas przyzwyczajono od pewnego już czasu. Treść jest wypełniona przez dziesiątki zdań, zaczynających się od dwóch słów; „jeśli” i „czy”. Wszystko więc w normie. No ale Reszka, jak już wspomniałem, to dziś pan od refleksji. Mięso przypadło dziś innym detektywom z Dziennika.
Przyjrzyjmy się więc konkretom. Wprawdzie znów nie mogę się powstrzymać od refleksji i muszę ostrzec tych, którzy spodziewają się fajerwerków, że fajerwerków nie będzie. Nie będzie, bo być nie może. Dziennikarze, z którymi mamy do czynienia, gwarantują jedynie tzw. porzyganie się z nudów. I wie o tym każdy, kto pamięta choćby, jak Anna Marszałek odkrywała przed opinią publiczną narkomanię Marka Kuchcińskiego i jego przestępczą działalność na Podkarpaciu, albo też, jak rzeczony Majewski, ze swoim pryncypałem Reszką, zapoznawali opinię publiczną z kompromitującymi smakołykami z małżeńskiego życia prezydenta Kaczyńskiego.
No ale konkrety, choćby dla zwykłej rzetelności, omówić wypada.
Pierwsza strona Dziennika zapowiada wyniki dziennikarskiej pracy Anny Marszałek i tego Majewskiego, wielkim tytułem: „Amerykańskie służby miały tajną bazę na Mazurach”. Na stronie trzeciej, wywiadowcy Axela Sprintera kontynuują swoje dzieło pod jeszcze mocniejszym hasłem: „W pułapce więzień CIA”.
A zatem czytajmy.
„Do zamkniętych dla dziennikarzy pomieszczeń komisji służb specjalnych wchodzą...”
„Delikatnie mówiąc nie przepadają za SLD i ekipą Kwaśniewskiego...”
„Sprawa robi się paląca”.
„Posiedzenie sejmowej komisji z 21 grudnia jest nietypowe”
„Ze względu na ochronę źródła informacji, nie możemy napisać...”
„Sytuacja jest dziwna. Wassermann jest ostro skonfliktowany z Ziobrą”.
„Ziobro ma bowiem prawo podejrzewać, że Wassermann wciąga go w niejasną grę”.
„W kontekście tego spotkania zastanawiająco brzmią słowa Wassermanna, który ostatnio publicznie powiedział: ‘W tej sprawie zrobiłem wszystko, co do mnie należało’”...
I tak dalej, w tym samym kretyńskim stylu, stylu jakby wyjętym z włoskich parodii Ojca Chrzestnego, Marszałek z Majewskim udają poważnych dziennikarzy pochylonych nad jeszcze poważniejszym zadaniem. Nie ma tu ani potrzeby, ani miejsca, żeby cytować wszystkie te idiotyczne kawałki wystękane przez śledczych Dziennika. Nie ma potrzeby, bo tam naprawdę nic więcej nie ma. Jest tylko Marszałek i Majewski i ich chore, niczym nie podparte ambicje bycia kimś, do kogo ludzie się będą zwracać per „redaktorze”. I kto dla sąsiadów i znajomych z „Naszej Klasy” będzie kimś więcej, niż jeszcze jednym zapomnianym nazwiskiem.
Jest jednak fragment tych pseudodziennikarskich wybryków, który warto zacytować w dłuższym trochę fragmencie, częściowo już wspomnianym, bo ten właśnie fragment dobitnie pokazuje poziom, o którym dziś chciałem napisać. Piszą tzw. dziennikarze:
„Wassermann prosi, żeby przyjechał do niego prokurator generalny Zbigniew Ziobro, Sytuacja jest dziwna. Wassermann jest ostro skonfliktowany z Ziobrą. Ambitny i młody minister nie widzi więc powodu, żeby stawiać się u swojego krakowskiego konkurenta. Jednak ze strony Wassermanna pada argument, wobec którego Ziobro jest bezradny:-Chodzi o sprawę, z którą ja nie mogę wyjść ze swojego gabinetu”. Nie trzeba być w ogóle inteligentnym. Można wręcz być kompletnym idiotą, żeby mimo to zadać sobie pytanie, skąd Marszałek i Majewski znają treść rozmowy Wassermanna z Ziobrą. Nie trzeba być też szczególnie przenikliwym, żeby umieć sobie od razu odpowiedzieć, że Marszałek z Majewskim treści tej rozmowy znać nie mogą i wszystko, co piszą, to sobie wymyślają, najprawdopodobniej w oparciu o swoje dawne jeszcze przeżycia z lektury książki ‘Kapelusz za sto tysięcy’.
Bo taka jest intelektualna i merytoryczna wielkość pracy detektywistycznej redaktorów Dziennika. Mam na myśli coś takiego, co kiedyś jeszcze było parodiowane przez satyryków wczesnego PRL-u. Gdzieś ktoś we wsi napisał na płocie zdanie „rusek jest głupi”, a lokalny redaktor lokalnej gazetki prowadził swoje lokalne śledztwo, mające na celu ustalenie sprawcy tej szczególnej zbrodni.
eby jakoś poprowadzićć tę moją dzisiejszą refleksję do sensownego końca, chciałbym zaznaczyć, że osobiście nie mam pojęcia, czy w Polsce Amerykanie mieli tajne więzienia. Nie wiem, czy trzymali w nich islamskich terrorystów, a jeśli ich trzymali, to czy ich przy tym torturowali, czy może tylko ktoś jednego z drugim zwyczajnie kopnął w tyłek. Natomiast wiem jedno. Choćby nawet te więzienia istniały, to jeśli polska władza zażyczy sobie tej informacji nie ujawnić, ani Marszałek, ani Majewski, ani żaden inny dziennikarz dokładnie nic się na ten temat nie dowie.
Bo poziom polskiego dziennikarstwa jest tak dramatycznie niski, że jedyne na co tych amatorów stać to skutecznie podjudzić najbardziej ogłupiałą część społeczeństwa przeciwko nielubianemu politykowi, albo zacząć jakąś większą akcję, która będzie udana tylko wtedy, kiedy politycy sobie tego zażyczą.
Proszę się zastanowić, co byśmy zobaczyli, gdybyśmy tak któregoś dnia zebrali caą pracę śledczą Majewskiego, Reszki i Marszałek z ubiegłych dwóch, czy trzech lat? Jakie konkretne dziennikarskie sukcesy tych trzech wybitnych żurnalistów moglibyćmy podziwiać? Zero. Całe to ich pisanie sprowadza się wyłącznie do albo plotkowania, albo do zwykłego podjudzania społecznych emocji. Czy to mamy do czynienia z opisywaniem przestępstw CBA, czy plotkowaniem na temat relacji między Lechem Kaczyńskim, a jego żoną, czy, tak jak dziś, spekulowaniem na temat jakichś najbardziej tajnych rozmów, co do których nawet nie wiadomo, czy miały miejsce, efekt jest zawsze dokładnie taki sam. Zapisane kolumny jednej gazety codziennej.
Może mi dziś Reszka z Majewskim powiedzieć: "Ale za to zmusiliśmy do dymisji jeden rząd. Tylko co z tego, skoro dokładnie tym samym sukcesem może się pochwalić tefauenowski pajac Wojewódzki i producenci prypinek z napisem Radio Ma Ryja.
I to mnie oczywiście cieszy. To kompletne amatorstwo dziennkarzy jest mi wybitnie miłe. Przynajmniej jeśli idzie o te Kiejkuty. Bo mam nadzieję, że Amerykanie korzystali z naszej pomocy i że ta pomoc była bardzo skuteczna. I że dzięki tej pomocy pary terrorystów oberwało. I że ci, którzy mają wobec amerykańskiej walki z terroryzmem niedobre zamiary, o tym, czego się mają nie dowiedzieć, to się nie dowiedzą.
I już na sam koniec, chciałbym podkreślić rzecz oczywistą. Chodzi o to mianowicie, że w gruncie rzeczy problemem nie jest ani Reszka, ani Marszałek, ani Majewski, ani nawet ten dogorywający już powoli Dziennik. Oni zawsze byli tylko grupką aspirujących amatorów. Jeszcze parę lat i pamięć o nich przeminie, bo po prostu nie ma o czym pamiętać. Chodzi o to jednak, że raz po raz wraca temat jakości polskiego dziennikarstwa, jakości polskich mediów i w ogóle stan relacji między politykami, a opinią publiczną.
Ostatnio nawet, pojawił się problem relacji jakościowej między tzw. publicystyką internetową, a dziennikarstwem mainstreamowym. Redaktor Janecki – osobiście na szczęście nie czytałem, ale opowiadano mi – wyraził podobno opinię, że blogi polityczne przy dziennikarstwie ‘prawdziwym’, to mizeria.
Mam dziś dla pana redaktora Janeckiego informację. Jest Pan w ciężkim błędzie. Jeśli gdziekolwiek, w polskiej publicystyce można znaleźć choćby minimalną jakość, to na pewno nie tam, gdzie Pan by chciał jej szukać. Oczywiście, są wyjątki i nawet w Dzienniku czasem można trafić na odrobinę sensu. Natomiast, jeśli ktoś nie chce nadmiernie ryzykować, to raczej powinien zajrzeć choćby tu do Salonu, a nie marnować pieniądze na tandetne popisy pańskich kolegów dziennikarzy.
Ja oczywiście wiem, że te moje dzisiejsze słowa mogą zabrzmieć dla Was jako bardzo niesprawiedliwe, ale raz, że są absolutnie uprawnione, a dwa – i to akurat jest dla Was informacja naprawdę niemiła – kiedy się czyta teksty takie, jak dziś tu przeze mnie omawiany, można dojść tylko do jednego wniosku – ten cały interes pod nazwą ‘dziennikarstwo’ powinien zostać jak najprędzej zamknięty, a słowo ‘dziennikarz’ powinno zostać umieszczone w słownikach języka polskiego z adnotacją „wulg”.

piątek, 5 września 2008

Policja pamięci w okowach miłości

Dziś rano, ponieważ tak się zdarzyło, że nie musiałem się przez jakiś czas nigdzie spieszyć, zrobiłem coś, czego o tej porze nie robię nigdy. Włączyłem telewizor.
Piłem kawę, przerzucałem kanały i zobaczyłem nagle Grzegorza Miecugowa i Henryka Wujca, jak, z pełni refleksji minami, gawędzą sobie na tematy poważne. Ponieważ osoba Grzegorza Miecugowa w ogóle nie działa na mnie inspirująco, a szczególnie już w towarzystwie kogoś tak zużytego, jak Henryk Wujec, po jakiś dwóch minutach wyłączyłem telewizor i popadłem w zadumę. Teraz pozwolę sobie tę moją zadumą się z Wami podzielić.
O czym rozmawiali Miecugow z Wujcem? Nie wiem, jak wyglądała cała rozmowa, ale te dwie minuty były poświęcone na – a jakże by inaczej! – użalanie się nad kondycją debaty publicznej w Polsce. W pewnej chwili Wujec ze smutkiem w głosie stwierdził, że on Świtonia, czy Gwiazdę zawsze bardzo szanował, natomiast teraz doszło do tego, że taki Świtoń czy Gwiazda na Wujca patrzą z pogardą. Miecugow natychmiast podchwycił temat i wyraził żal, że doszło do tego, że niektórzy bohaterowie walki z komuną są mniej ważni od innych. Że się bohaterstwo segreguje i że się bohaterstwo wykorzystuje do walki politycznej.
Później jeszcze Grzegorz Miecugow zwrócił się do Henryka Wujca, czy pan, panie Henryku, myśli, że pozostaje nam te smutne czasy przeczekać, a Wujec odpowiedział, że nie... i dalej już nie wiem, co ci dwaj zadumani Polacy sobie opowiadali. Popadłem we wspomnianą zadumę, bo choć żyję świadomie już baaardzo wiele lat, słyszałem kłamstwa, które naprawdę potrafią zwalić z nóg, spotykałem ludzi, którzy naprawdę potrafią postawić pod znakiem zapytania sens bycia człowiekiem, to te dwie poranne minuty załatwiły mnie na cały pewnie dzień. Henryk Wujec z Grzegorzem Miecugowem ronią łzy nad faktem, że nagle, po tylu latach naszej polskiej świetności, po tylu latach wspólnej walki z komuną i modelowego wręcz braterstwa, pojawili się jacyś nieprzyjemni ludzie, którzy chcą dzielić zasługi. Miecugow i Wujec nie potrafią zrozumieć, jak mogło dojść do tego, że kwestionuje się rolę, jaką w odzyskaniu wolności odegrał ktoś taki, jak Lech Wałęsa, podczas gdy tak było pięknie, gdy w świadomości społecznej i Wałęsa i Anna Walentynowicz i Andrzej Bulc byli takimi samymi bohaterami. Oto zjawisko, dla którego nie ma nawet sposobu, żeby znaleźć określenie.
Zarówno Henryk Wujec, jak i Grzegorz Miecugow, jaki i cała, nieprzebrana gromada fałszerzy pamięci, od 18 z górą lat nie robią nic innego, jak na szachownicy najnowszej polskiej historii rozgrywają swoją brudną grę. Jednych bohaterów zdejmują, innych wstawiają, innych podmieniają. Tu kogoś zniszczą, tam kogoś innego zganią, ktoś zostanie na chwilę bohaterem, kto inny spadnie do roli szubrawca, za chwilę, ktoś jeszcze inny wypłynie, jako zwykła ‘żulia’, jak to sympatycznie określił wczoraj u Moniki Olejnik Stefan Niesiołowski.
Od odzyskania wolności minęło 18 lat, od Sierpnia lat 28, a od czasu, jak Kazimierz Świtoń został najzwyczajniej w świecie sprany przez milicję po wyjściu z kościoła, nie za to, że brzydko mówił na Wałęsę, bo Wałęsa wtedy jeszcze poza ubeckimi papierami nie istniał, ale za to, że zamarzył sobie, że rozwali komunizm. Tyle lat upłynęło, a w świadomości społecznej wcziąż tylko Mazowiecki, Geremek, Lityński, Bujak, Michnik. Tyle lat minęło od czasu, jak oddziały ZOMO rozstrzelały dziewięciu górników strajkujących w kopalni Wujek, a w świadomości społecznej jedynym praktycznie bohaterem tamtego dnia jest reżyser Kazimierz Kutz. Kto pamięta nazwisko choćby jednego z tych górników, którzy stanęli naprzeciwko komunistycznej władzy i zostali najzwyczajniej na świecie zamordowani? Oto pamięć, nad która tak strasznie się umartwiają Wujec z Miecugowem.
Kto zatem doprowadził do tego, że jedni bohaterowie są bohaterami, a drudzy bohaterowie są ‘żulią'. Czy to może Gwiazdowie do spółki z Wyszkowskim pozwolili narodowi zapomnieć o Kornelu Morawieckim na przykład? A może było jeszcze inaczej? Może to Gwiazdowie z Wyszkowskim tak zmanipulowali społeczeństwo, że z powszechnej świadomości nazwiska Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałesy, Jacka Kuronia, czy Władysława Frasyniuka zostały wytarte?
Wczoraj wieczorem, wspomniany marszałek Niesiołowski u wspomnianej red. Olejnik, na pytanie, czy Walentynowicz, Macierewicz, Gwiazda mają w ogóle jakieś zasługi dla polskiej historii, i czy oni też mają prawo, by czcić zwycięstwo nad komunizmem, odpowiedział, że owszem, oni też mają takie prawo, ale niech sobie gdzieś znajdą jakiś plac, czy jakiś kawałek trawnika i tam sobie obchodzą swoje zwycięstwa. Ktoś powie, że Niesiołowski to taki nasz wybrakowany fragment polityki i że on tak zawsze, i że pewnie Palikot jest gorszy. Ale przecież powyższe słowa Niesiołowskiego stanowią najgłówniejszy nurt antytsolidarnościowej propagandy. Przecież to nie jest tak, że Niesiołowski coś sobie wymyślił i bredzi. On powtarza tezę znaną nam od wielu, wielu lat. Tezę, raz wyrażaną w postaci uwagi, że niektórzy siedzieli w więzieniu, a inni nie, innym razem w postaci przypomnienia, że jedni są sławni, a inni nie, a jeszcze innym razem, że niektórzy po prostu są wielcy, a inni są mali.
Któregoś dnia, w TVN24 – telewizji Grzegorza Miecugowa – Jerzy Borowczak powiedział, że on osobiście nie wie, kto to był Andrzej Bulc, bo, jak Borowczak walczył, to o żadnym Bulcu nie słyszał. Wiadomość ta, że jakiś Bulc uzurpuje sobie prawo do kombatanctwa, została powtórzona chwilę później już u samego Miecugowa, w Szkle Kontaktowym, Bulc został odpowiednio wyszydzony, Borowczak odpowiednio nadmuchany, a dziś Miecugow z Wujcem ze smutnymi nosami rozprawiają na temat niszczenia pamięci. A przecież kiedyś było jeszcze gorzej.
Kiedy Geremek, z Michnikiem i z młodym Kwaśniewskim z jednej strony zbierali fundusze na zorganizowanie sobie codziennej gazety, a z drugiej zakładali Komitety Obywatelskie (ciekawa nazwa, prawda? Ciekawe tylko, jak to będzie po rosyjsku?), plan był jeszcze ciekawszy. Do Panteonu Zwycięstwa mieli być dokooptowani tylko kumple. Nikt nie mówił o latach spędzonych w więzieniu, o pobiciach, o represjach. Nie ważne było, kto co zakładał, kto jak się ukrywał, kto ile oberwał. To co się liczyło to nazwisko i pewna lista. Dzisiejszy Henryk Wujec, zanim z dumą przestał być politykiem, był tam przecież na miejscu. I nie tylko on. Razem z nim byli tam Janusz Onyszkiewicz, Jan Lityński, Jacek Kuroń, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk i całe bandy tych, dziś już podstarzałych, specjalistów od podpinania się pod środowiska, które o czymś decydują. Czy Henryk Wujec, kiedy debatował ze swoim kumplem Lityńskim na temat przyszłości naszego kraju, pięknej przyszłości, w której nie będzie miejsca ani dla Macierewicza, ani dla Gwiazdy, ani – o ironio! – dla Lecha Wałęsy, bardzo się martwił o równy podział pamięci, czy akurat wtedy swój przebiegły mózg miał zajęty czymś zupełnie innym? Co za ohyda!
I dziś właśnie główny przedstawiciel środowisk, dla których wykluczanie było zawsze pierwszym celem i podstawową filozofią działania, w towarzystwie Miecugowa – dziennikarza o przeszłości już legendarnej – mówią nam, że wykluczanie to brzydka rzecz. Jedyne co w tym jest pocieszającego, to przyczyna, dla której akurat w tych dniach ta czarna policja pamięci dostała takiego napędu. Wszyscy tę przyczynę znamy. Jedyne, co warto byłoby jeszcze wiedzieć, to to, czy fakt, że cena dolara rośnie, to wiadomość dla nich dobra, czy raczej nienajlepsza.

czwartek, 4 września 2008

Nie wyszło z przestępcami - Platforma bierze się za świry

Przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, Zbigniew Chlebowski, wczoraj wyszydził PiS i PiS-u wyborców, stwierdzając, że „100% osób w zakładach psychiatrycznych głosowało na PiS”. Ta szczególna uwaga, poczyniona przez przewodniczącego Chlebowskiego, padła, jak się zdaje, w odpowiedzi na złośliwość Zbigniewa Ziobry pod adresem Platformy, którą Ziobro sformułował w następujący sposób: „Blisko 80% przestępców w zakładach karnych oddało głos i okazało swoje zaufanie Platformie. Ich nadzieje nie są zawiedzione.”
Dlaczego Ziobro uznał, że argument z głosującymi przestępcami będzie mocny i że warto go użyć? Domyślam się, że kalkulował w następujący sposób. Ludzie siedzący w więzieniach to prawie wyłącznie osoby, które w życiu nagrzeszyły. Albo przez to, że komuś coś ukradli, albo przez to, że kogoś pobili, albo niekiedy w związku z tym, że kogoś pozbawili życia. Ogólnie rzecz ujmując, wyrządzili komuś krzywdę i, patrząc na sprawę w sposób tradycyjny, są ludźmi jakoś tam złymi. Po angielsku, na takich się mówi ‘bad guys’. Policjanci to ‘good guys’, a ci co idą do pudła to ‘bad guys’.
Wykombinował więc sobie Zbigniew Ziobro, że jeżeli przestępcy odsiadujący wyroki w polskich więzieniach oddali swoje głosy na Platformę Obywatelską, to albo mają coś Platformie do zawdzięczenia, ale wiążą z Platformą jakieś nadzieje. Logicznie kombinując, uznał więc Ziobro, że jeśli wykorzysta argument z przestępcami, to Platformie dokuczy, a tym samym ludzie dostaną przekaz, że Platforma to nadzieja przestępców, czyli tak zwanych ‘bad guys’.
Zbigniew Chlebowski zareagował natychmiast, uznając najwidoczniej, że tzw. psychole pomogą dopiec PiS-owi w sposób równie bezwzględny, a może i nawet bardziej jednoznaczny. Osobiście uważam, że przewodniczący Chlebowski mógł liczyć na więcej. Skoro przeanalizowałem prawdopodobną kalkulację Zbigniewa Ziobry, to pozwolę sobie też tutaj zajrzeć w głąb umysłu posła Chlebowskiego i sprawdzić, co się dzieje pod tymi żółtymi włosami.
Prawdopodobnie przewodniczący Chlebowski uznał, że ludzie spędzający swoje dni w zakładach psychiatrycznych to tak zwani wariaci, a wiadomo, że wariaci to głupki. Wymyslił więc Chlebowski, że na PiS głosowali wariaci i to PiS kompromituje. Wyobrażam sobie, że Zbigniew Chlebowski, kiedy wysyłał do opinii publicznej swój sygnał, to pewnie wyobrażał sobie, że wizja tych głupków z wybałuszonymi oczami i wywalonymi jęzorami będzie na tyle zabawna, że w ten sposób oszczerstwa Ziobry zostaną skutecznie pogrążone.
Dlaczego tak sobie wyobrażam logikę stojącą za tym intelektualnym fajerwerkiem wystrzelonym przez Zbigniewa Chlebowskiego? No, to jest chyba jasne. Trudno przecież sobie wyobrazić, żeby, myśląc o pacjentach zakładów psychiatrycznych, Chlebowski miał w głowie obraz ludzi smutnych, przestraszonych, załamanych, zrozpaczonych, drżących o swoich bliskich, zapłakanych. Przecież w takiej sytuacji, jego tekst o „osobach w zakładach psychiatrycznych” byłby pozbawiony sensu. Bo cóż to za wstyd być nadzieją ludzi biednych i ludzi o poszarpanych nerwach?
Ja sobie myślę, że Zbigniew Chlebowski, kiedy myśli ‘zakład psychiatryczny’, pierwsze co robi, to przypomina sobie setkę starych kawałów o wariatach. On ma pewnie taką mentalność, z jaką ja osobiście miałem do czynienia jeszcze w szkole podstawowej, kiedy koledzy, chcąc komuś dołożyć, mówili „Idź do Golonki”, albo „Jedź do Rybnika”. Golonka, w czasach mojego dzieciństwa był lokalnym psychiatrą, a Rybnik tradycyjnie funkcjonował, jak siedziba zakładu psychiatrycznego. Pamiętam też, że w liceum miałem nauczycielkę, która była tak prymitywna, że lubiła wyskakiwać do uczniów z tym mitycznym Golonką. Wszyscyśmy się z niej przy okazji tego Golonki śmiali i uważaliśmy ją za idiotkę.
Dziś, kiedy słucham Zbigniewa Chlebowskiego, przypominam sobie i moich kolegów z podwórka i tę moja panią profesor.
Również jednak, kiedy myślę o wczorajszej wypowiedzi Zbigniewa Chlebowskiego, zastanawiam się, co się stało z naszą opinią publiczną, reprezentowaną przez polityków, komentatorów, dziennikarzy i przez zwykłych obywateli, że ewidentny wyskok przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PO, spotkał się w gruncie rzeczy z żadną reakcją.
Wczoraj w Szkle Kontaktowym i parę razy w ciągu dnia gdzie indziej, wspomniano o tej wymianie między Ziobrą a Chlebowskim, na zasadzie, że „patrzcie państwo, jak oni sobie dokuczają”. Nikt jednak, o ile mi wiadomo, nie zwrócił uwagi na to, że o ile Ziobro traktował bez szacunku przestępców, to Chlebowski rechotał z ludzi chorych. Nikt – o ile dobrze się rozglądałem – nie zauważył, że sugerowanie, że być chorym psychicznie to hańba, w ustach człowieka dorosłego, poważnego, posła i w końcu jakoś tam osoby inteligentnej, to tak niezwykły wstyd, że trudno nawet szukać na to odpowiednich słów.
Czy to możliwe, że rzeczona opinia publiczna już się przyzwyczaiła do tego, że politycy Platformy Obywatelskiej to najzwyklejsze chamy, po których, jeśli już można się po nich czegoś dobrego spodziewać, to być może dobrze strzelonego wolnego na sopockim boisku? Czy jest możliwe, że kiedy Zbigniew Chlebowski widzi osobę chorą psychicznie i zaczyna rżeć, to przeciętny obserwator tego w ogóle nie dostrzega?
Jest to oczywiście prawdopodobne. Ja, jeśli dziś piszę ten tekst, to nawet nie ze względu na to, co Chlebowski powiedział, ale bardziej właśnie ze względu na kompletny, jak się zdaje, brak na ten jego wyskok reakcji. Przecież ja osobiście już od wielu już miesięcy wiem, co się tam, w kręgach rządowych, wyprawia. Pisałem nawet tu, w Salonie, o tej kibolskiej mentalności zarówno Premiera, jak i jego kompanów.
Dziś w Rzeczpospolitej, Bronisław Wildstein przedstawia nam sylwetkę niejakiego Macieja Krupy, dotychczas dyrektora biura poselskiego Sławomira Nowaka (jakby ktoś nie wiedział, to ten, który niedawno porównał Prezydenta do osła), a obecnie szykowanego na dyrektora Muzeum Westerplatte. Z tekstu Wildsteina wynika, że ten Krupa to ktoś jeszcze bardziej tępy od swojego pryncypała, ale nie to jest tu najciekawsze. Otóż Wildstein cytuje – nie wiem skąd, ale cytuje – listę zainteresowań Krupy i z tej listy wynika, że Krupa lubi: „piłkę nożną, żeglarstwo, narciarstwo, windsurfing, mtb”.
Ja bym się chętnie dowiedział, co Maciej Krupa sądzi na temat ludzi odsiadujących wyroki w zakładach karnych i ludzi odsiadujących swoje wyroki w szpitalach psychiatrycznych. Założę się jednak już teraz, że zdanie, jakie przyszły dyrektor Krupa ma na temat przestępców i osób z chorobą psychiczną, jest takie same, jak zdanie Zbigniewa Chlebowskiego, a i prawdopodobnie Sławomira Nowaka, a i niewykluczone, że i samego Premiera.
Podejrzewam, że oni wszyscy uważają, że wprawdzie taki wytatuowany gangster siedzący w celi to oczywiście nie jest wzór do naśladowania, no ale przede wszystkim jest dobrze zbudowany, twardy, umięśniony, może i na swój sposób inteligentny, no ale przede wszystkim to nie jest zwyczajny wariat. A jeśli potrafi dobrze kopać piłkę, to w ogóle jest wciąz dla niego szansa.
Natomiast, co można sobie myśleć o kimś zamkniętym w zakładzie psychiatrycznym? Przecież to jakiś Alzheimer, panie, robiący pod siebie. Przecież takiemu, panie, to nawet strach rękę podać.
Uważam, ze takie to myśli kołaczą się po głowach i Chlebowskiego i Nowaka i tego jakiegoś Krupy. Ale uważam też, że koniecznie trzeba w tej sprawie bić na alarm. Bo ja tu sobie mogę oczywiście ironizować, albo nawet gdzie niegdzie pożartować, ale sprawa jest poważna. Na czele naszych najwyższych władz stoją ludzie o umysłowości wypasionych byczków w dresach, i – chcąc czy nie chcąc – oni tę swoją umysłowość lansują na co dzień. Oni, dzień po dniu, tworzą atmosferę schamienia i zdziczenia, którą potem będzie naprawdę bardzo ciężko wyplenić.
Oczywiście, ja biorę pod uwagę, że któregoś dnia, w swojej faszystowskiej fantazji, przewodniczący Chlebowski wspomni coś o pedałach, albo o kalekach, albo o ślepych i to jego rżenie dojdzie do uszu osób, których służbowym obowiązkiem jest reagowanie na tego typu ekscesy. Dobrze jednak by było, żebyśmy – skoro już to się stało – pozostali na poziomie świrów.

środa, 3 września 2008

Ile kosztuje zwariować na punkcie Lecha Wałęsy

Czy trzeba pisać o Lechu Wałęsie i jego reaktywatorach, kiedy jest tyle innych tematów, a problem byłego prezydenta wydaje się być już solidnie wyczerpany? Wydawać by się mogło, że wszelkie kwestie związane z wielkością i z upadkiem pana, jak go niektórzy nazywają, Bolesława, są już tak wyślizgane, że naprawdę głupio jest się po nich poruszać. Fakt jednak pozostaje faktem, że znów, po chwili przerwy, problem wraca. I, jak zwykle, wraca za sprawą ludzi, którzy nie chcą dopuścić do tego, by nazwisko Wałęsa przepadło w bardziej ciemnych czeluściach naszej historii.
Dlaczego, mimo, wydawałoby się sprawy do końca wyjaśnionej i czytelnej nawet ponad miarę, wciąż, to ten, to kto nagle inny, próbuje z uporem maniaka, tworzyć z Wałęsy bohatera? Co ja mówię! Nie bohatera. Pomnika, symbolu i faktyczny sensu dalszego trwania naszego narodu. Powiem szczerze, że nie wiem. Owszem, z każdej strony słyszę najróżniejsze objaśnienia tego dziwnego zjawiska, jednak każde z nich, tak czy inaczej, koncentruje się wokół znanej nam od lat histerii na punkcie tzw. autorytetów. Chodzi o to, że z bardzo niejasnych przyczyn, pewne środowiska, niestety środowiska często najbardziej wpływowe, bardzo potrzebują na każdym etapie naszej historii utrzymywać w publicznej świadomości stała liczbę postaci, które pozostają poza wszelką krytyką. Są to tak zwane właśnie ‘autorytety’. ‘Autorytetem’ zostaje się nie przez naturalne zasługi, czy naturalną wielkość, lecz przez dokooptowanie. ‘Autorytetem’ jednak też przestaje się być, z dnia na dzień, nie przez naturalny indywidualny kryzys, czy intelektualną zapaść, ale przez środowiskowe odwołanie.
W ciągu najnowszej, osiemnastoletniej historii naszego Kraju, mieliśmy wielokrotnie okazję obserwować narodziny i upadki najprzeróżniejszych ‘autorytetów’. Może niektórym będzie trudno w to uwierzyć, ale osoby starsze i bardziej zainteresowane, dokładnie pamiętają, jak w roku 1992, w okresie najbardziej rozbuchanego antyklerykalizmu i w gruncie rzeczy państwowego szczucia na Kościół, był taki moment, kiedy autorytetem przestał być Jana Paweł II. Ci którzy mogą pamiętać i pamiętać chcą, wciąż mają przed oczami te elaboraty choćby Adama Michnika tłumaczące, że Jan Paweł II, tak naprawdę, stracił panowanie nad sobą w cywilizowanym świecie.
Oczywiście dziś nikt z tych, jak to mówią Anglicy ‘manoeuvring swines’, się do tego nie przyzna, albo, nawet jak się przyzna, będzie szukał najbardziej idiotycznych wymówek, ale był okres, kiedy nawet 'Tygodnik Powszechny' do tego stopnia niszczył Jana Pawła II, że został on zmuszony do opublikowania na ten temat listu. Jak kto chce, niech sobie poszuka w Internecie.
Więc, jak mówię, z autorytetami, zarówno autentycznymi, jak i wykreowanymi na potrzeby bieżącej polityki, bywało różnie. Nigdy jednak, walka o utrzymanie publicznej pozycji jednego człowieka, na dodatek człowieka w stopniu absolutnie najwyższym skompromitowanego, nie była aż tak histeryczna, jak to się dzieje w przypadku Lecha Wałęsy. Bywało, że trzeba było ratować Jacka Kuronia. Bywało, że trzeba było reanimować Leszka Balcerowicza. Pamiętamy kampanie medialne mające na celu pucowanie dobrego imienia osób tak nawet obrzydliwych, jak doktor Garlicki. Tego, co przeżywa cała Polska przy okazji wskrzeszania dobrego wizerunku Lecha Wałęsy nie mieliśmy nigdy. A sytuacja jest i bez tego wyjątkowa. Bo o ile zarówno Balcerowicz, Kuroń, czy doktor G. mieli w końcu jakieś zasługi i właściwie nigdy w czasie całej swojej obecności publicznej nie zrobili czegoś takiego, co by ich jakoś szczególnie dyskwalifikowało, to Lech Wałęsa, nie dość, że ciągnie za sobą swój śmierdzący ogon, to na dodatek w każdym swoim publicznym, wystąpieniu udowadnia, że wszystkie – dosłownie wszystkie – do niego pretensje są i tak bardzo stonowane.
Niedawno, tu w Salonie, pisałem o tym, jak Lech Wałęsa wykończył psychicznie Monikę Olejnik w trakcie jej pierwszego po wakacjach programu ‘Kropka nad i’. I w tym, co pisałem, nie było cienia przesady. Wałęsa, gadając przez 25 minut w TVN-ie, robił z siebie tak niewyobrażalnego głupka, że Monika Olejnik niemal się nie zadławiła ze strachu, co to się dzieje. A to przecież nie stanowiło jakiegoś wyjątku. Lech Wałęsa autentycznie taki jest i naprawdę trudno jest uwierzyć, że ktoś tego nie widzi. Czy zawsze był taki? Na ten temat opinie są rozbieżne. Ja przyznaję ze wstydem, że kiedyś byłem przekonany, że jakkolwiek Wałęsa byłby głupi i prymitywny, to jednocześnie bardzo mocno wierzyłem w to, że przez swoją pozycję i determinację i swój patriotyzm, przy pomocy ludzi mądrych i równie jak on zdeterminowanych, poprowadzi Polskę do wielkości. Kiedy od samego początku swojej prezydentury, jedyne co Wałęsa udowadniał to to, że moje nadzieje z nim związane były nieprawdopodobną naiwnością, uznałem, że się pomyliłem i zacząłem na niego patrzeć już bez tych wszystkich, jakoby ‘ukrytych’, elementów.
Wałęsę wielu ludzi, obecnych w polskiej polityce na początku lat dziewięćdziesiątych, szczerze nienawidziło. Paradoksalnie, oni go nienawidzili dokładnie z tego samego powodu, dla którego i ja i wielu innych ludzi, Wałęsę kochaliśmy. Ci wszyscy politycy, komentatorzy i wielu obywateli nienawidziło Wałęsy, ponieważ byli szczerze przekonani, że Wałęsa, w momencie jak zostanie prezydentem, weźmie za pysk całą komunę i zrobi im, jak to zupełnie gdzie indziej pięknie określił pewien człowiek nazwiskiem Mr Wallace, ‘jesień średniowiecza’.
Był wśród nich, jeden z dzisiejszych promotorów reaktywowania tego trupa, Jarosław Kurski. W swojej książce „Wódz’, wydanej w roku 1991, opisując swój konflikt z Wałęsą i swoje od Wałęsy odejście, pisał:
„Postanowiłem się zwolnić. Nie do przyjęcia stawał się fakt, że przez opinię publiczną postrzegany jestem, jako jedna z najbliższych osób Lecha, odpowiedzialna w dużej mierze za to, co Lech mówi i robi. Nie mogłem już więcej wykrzesać z siebie wiary w Lecha Wałęsę”.
Dlaczego Jarosław Kurski tak fatalnie się poczuł w związku z osobą Wałęsy? Cała książka jest o tym, ale przytoczę jeden fragment, który bardzo precyzyjnie może nam pomóc zrozumieć emocje Kurskiego:
„Szczególnie przygnębiające wrażenie zrobiło na mnie spotkanie Wałęsy z prezydentem Niemiec, Richardem Von Weizsackerem. Trwało około czterdziestu minut. Przez pierwsze pięć, prezydent wykazywał zainteresowanie monologiem Lecha. Potem zobojętnienie. Zaczął rozglądać się po gabinecie. Końcówka była wyraźnym lekceważeniem Wałęsy. Lech przez cały czas podsuwał się do prezydenta, zsuwając się na brzeg swojego fotela. Weizsacker przebierał palcami wyciągniętej na kanapie ręki. Patrzył w sufit. Lech tokował”.
Więc był czas, kiedy wielu Wałęsie wierzyło, ale też wielu nim gardziło. Ja pamiętam tę pogardę.
Stałem w roku 1990 na katowickim rynku i w imieniu Komitetu Wyborczego Lecha Wałęsy rozdawałem wyborcze materiały, kiedy nagle dostrzegła mnie moja koleżanka z liceum, stanęła jak wryta i wystękała tylko: „Tego się po tobie nie spodziewałam”.
Pamiętam też, jak pojechaliśmy na wakacje i kuzynka żony zapytała, na kogo głosowałem. Kiedy jej powiedziałem, że na Wałęsę, myślała, że żartuję i nie było sposobu, żeby przyjęła do wiadomości, że mówię serio. Co się stało, że zmieniłem zdanie? Pisałem o tym wielokrotnie. Dlaczego jednak zdanie zmienił Jarosław Kurski na przykład? No właśnie tego do końca nie wiem. Nie sądzę jednak, wbrew sugestiom wielu komentatorów – dziś choćby Piotra Semki w Rzeczpospolitej – że to jest tradycyjne wykuwanie pomnika dla celów symbolicznych i propagandowych. Że Wałęsa jest teraz po naszej stronie, więc zasłużył na dobre słowa. Podobnie jak Chrzanowski, który, ponieważ nie jest po naszej stronie, na dobre słowa nie zasłużył. Może Chrzanowski, może, wspomniany już wcześniej Kuroń, albo parę miesięcy temu Geremek. Ale Wałęsa? Przecież to nie jest gra warta świeczki.
Semka jednak, pod sam koniec swojej analizy, parafrazuje Orwella: „Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”. I ja osobiście uważam, że to jest jednak bardzo dobry trop. Wypadałoby jednak powiedzieć, o jaką to przeszłość chodzi. Czy to chodzi o Solidarność, czy może o Okrągły stół, czy w ogóle o pierwsze lata po odzyskaniu demokracji? Czy to może chodzi o chronienie agentów, czy może o prostą walkę z Kaczyńskimi, których Wałęsa nie lubi? A może Jarosław Kurski i jego koledzy boją się, że jak poleci Wałęsa, to poleci Wachowski, a jak Wachowski, to polecą i oni? Jak mówię, trop wydaje mi się dobry. Jednak, jeśli tu chodzi o pamięć, to musi to być pamięć nie symboliczna, ale pamięć warta ciężkie miliardy.
Sięgam więc do słynnej książki Jacka Kurskiego i Piotra Semki Lewy Czerwcowy. W środku jest wywiad z Adamem Glapińskim. Glapiński opowiada, jak to od roku 1989 grupa osób związanych z jednej strony z komunistyczną nomenklaturą i agenturą, a z drugiej strony z nowymi instytucjami finansowymi, przy pomocy urzędników z wszystkich szczebli nowej, solidarnościowej władzy okradała Polskę na skalę dotychczas nieznaną. Chętnie bym zacytował coś z tej rozmowy, ale słowo daję, że nie widzę sposobu, żeby znaleźć fragment, od którego nie da się natychmiast znaleźć coś bardziej interesującego. Kto chce, niech sobie zajrzy. Myślę sobie więc, że jeśli to, co mówi Glapiński to choćby tylko troszkę prawdy, pojawienie się Lecha Wałęsy w Belwederze musiało stanowić widok tak przerażający, jak nadejście śmierci z kosą, na dodatek kosą bardzo stępioną i powyginaną. Jeśli choć 5% tego, co mówi Glapiński to prawda, to ja sobie wyobrażam tę panikę, jaka się pojawiła w całej komunistycznej agenturze od najniższego do najwyższego piętra tej struktury. Jeśli Wałęsie udało się przekonać 40% głosujących na niego w pierwszej turze wyborców, że on te czerwone pająki powybija, to nie widzę powodu, dla którego same pająki miały sobie myśleć, że to tylko strachy na lachy. Ale też mogę sobie przypuszczać, że kiedy oni wszyscy już wkrótce się przekonali, że to faktycznie jest nasz Lesiu i kiedy osobiście o tym zapewnił ich Mietek, a duchową opiekę zapewnił ich ksiądz Cybula, to musieli poczuć taką ulgę, że trzyma ich ona do dziś. Wałęsa dał im gwarancję nietykalności, a oni mu obiecali, że mogą go za to nawet polubić. No i teraz, jak się zdaje, może się okazać, że dzięki IPN-owi i jego pracy na rzecz odkrywania zakamarków naszej historii, może też się ukazać część z tych wszystkich złodziejstw, oszustw, a może i zabójstw, które dzięki tak serdecznej umowie między Lechem Wałęsą, a gangami, miały pozostać niejawne. To by wyjaśniało to, co jedni nazywają histerią, inni szaleństwem, a jeszcze inni sentymentem do dawnej solidarnościowej Polski. Bo można oczywiście kochać. Można z tej miłości zwariować. No ale nie aż tak i nie zupełnie za darmo. Powiedzmy za kilkaset miliardów dolarów.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...