piątek, 6 stycznia 2012

Czy interes wspólny to dobry interes?

Oczywiście, wszystko jest możliwe, ale mam wrażenie, że dzisiejszy wpis będzie złożony głównie z cytatów. W porównaniu jednak do sytuacji sprzed paru dni, kiedy to głównie cytowałem kolorowy magazyn „Viva” i, powiem szczerze, robiłem to z ciężkim sercem – bo diabli wiedzą, jak zareagują ci, którzy przychodzą na ten blog właśnie po to, by „Vivy” nie czytać – dziś czuję się z tym niemal fantastycznie. A to z tego powodu, że jestem przekonany, że nawet jeśli ktoś się poczuje zawiedziony, to z całą pewnością nie powie mi: „A co mnie obchodzi, co ta bolszewia sobie myśli”. Bo tu będą dziś tylko „nasi”. Żadnej bolszewii.
Ale, jak wiadomo, i tak nie jest łatwo. Choćby z tego powodu, że pisanie krytycznie własnie o tak zwanych „naszych” jest ryzykowne z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że oczywiście w ogóle lepiej „naszych” nie ruszać, bo to i solidarność i walka i wspólny front, etc., a drugi – znacznie zresztą poważniejszy – że każde moje słowo skierowane przeciwko któremukolwiek z nich musi wzbudzić podejrzenia, że za nim nie stoi nic więcej, jak tylko moja zawiść i rozżalenie z tego powodu, że żaden z nich nie zechciał na mnie w swoim czasie zwrócić uwagi i chociaż raz mnie pogłaskać. Ja oczywiście, mówiąc bardzo delikatnie, mam w nosie takie zarzuty i czuję się tu czysty jak niemowlę, ale i tak jakoś niezręcznie.
Może więc nie będę zwlekał i zacznę mocno, bo od cytatu, i to, zapewniam, wcale nie z „Vivy”. Najpierw tytuł: „Z in vitro?”Czemu tak starannie rozdzielam ten tytuł od samej treści? Dlatego mianowicie, że w całej mojej karierze pochłaniacza wszelkiej publicystyki, dotychczas zdarzało mi się spotykać tytuły, które stanowiły pierwsze zdanie tekstu zaledwie parę razy, na szczególnie leniwych blogach, kiedy to autorzy byli tak zmordowani, że, ponieważ nie chciało im się nawet wymyślać porządnego tytułu, za tytuł podstawiali pierwsze zdanie swojego tekstu. I tu mamy właśnie tak. Najpierw więc tytuł:„Z in vitro?”, a dalej już reszta:
Dowiemy się tego prawdopodobnie już na początku roku. Podobne projekty ustaw do Sejmu zgłosiły już Ruch Palikota i SLD. Można to uznać za początek ofensywy ideologicznej, w której się będą licytowały obie partie lewicy. Szeroko rozumiana sfera kultury obok integracji europejskiej będzie stanowiła pole bitwy politycznej w obecnej kadencji parlamentu. W Sejmie leżą już dwa projekty ustaw autorstwa PiS, które nie dopuszczają in vitro. RP i SLD nie domagają się tej metody dla każdego, także dla par homoseksualnych i samotnych kobiet. Finalna konfrontacja odbędzie się jednak między projektami PO: jednym w wersji obecnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina i drugim – Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Obie akceptują in vitro, z tym że pierwsza zarezerwowana jest wyłącznie dla małżeństw i nie dopuszcza zamrażania ‘zapasowych’ zarodków, druga zaś to dopuszcza i oferuje tę metodę wszystkim parom heteroseksualnym. Pierwotnie to Gowin delegowany został przez premiera do przygotowania ustawy w tej kwestii. Gdy jednak Tusk zorientował się, że media są niechętne bardziej konserwatywnemu podejściu krakowskiego posła, zlecił Kidawie-Błońskiej przygotowanie jej zasadniczo odmiennej wersji”.
No i jak? Mocna rzecz, prawda? Ciekawe tylko, kto to taki przenikliwy i odważny, no i może przede wszystkim, taki zdolny? No i może jeszcze ciekawsze – gdzież to takie interesujące teksty można przeczytać? Nie będę już dłużej niezorientowanych zamęczał. Oto felieton Bronisława Wildsteina w najnowszym „Uważam Rze”. W całości. Żaden zmanipulowany fragment. Wszystko, od początku do samego końca. Trochę ponad tysiąc słów. O czym? No, jak to o czym? Że są te projekty i Gowin raczej przepadnie, no bo Donald Tusk się nagle zorientował, że media wolą Kidawę. No i że te pedały, Palikot i w ogóle.
Powiem uczciwie, że, mimo że Bronisław Wildstein jest w pewnym sensie bohaterem mojej dorosłości, nie mam pojęcia z czego on żyje. Wiem, że w pewnym momencie był prezesem Radiokomitetu, czy jak to coś się teraz nazywa, więc z pewnością nie narzekał. Miał też swój program w TVP i też zapewne potrafił z tego utrzymać rodzinę. Dziś chyba mu się powodzi znacznie gorzej, no i pisze te teksty dla „Uważam Rze”. Ile on za nie dostaje – przepraszam za ten merkantylizm, ale sam jestem w nędzy, więc nie ma się co dziwić, że siłą rzeczy myślę wyłącznie o pieniądzach – tego nie wiem. Mam dwóch kolegów, którzy są dość dobrze zorientowani w branży, ale jeden mi mówi, że naprawdę bardzo dużo, a drugi, że wcale nie aż tak. Obaj jednak zgadzają się co do tego, że z pewnością znacznie więcej, niż ta moja stówa za tekst do „Warszawskiej Gazety”.
Jestem pewien, że już w tej chwili parę osób ma ochotę mnie spytać, o co ja mam pretensje do Wildsteina. Czy o to, że on utrzymuje rodzinę, pisząc w „Uważam Rze”? No przecież nie! Wręcz przeciwnie. Ja bym miał do niego pretensje, gdyby on z jakiegoś powodu oświadczył, że będzie bezrobotnym, ale do „Uważam Rze” pisać nie zamierza. A może ja mam do niego żal, że on, zamiast walczyć, zajmuje się głupstwami? Otóż też nie. Ja sam niekiedy mam już dość tej trochę beznadziejnej walki. Ja mam do Bronisława Wildsteina pretensje o to, że on się zachowuje, jakby chciał powiedzieć, że ma wszystko w nosie, a jeśli ktoś uważa, że te jego teksty są do bani, to on nie ma nic przeciwko temu. Życie jest życiem, a człowiek nie ma czasu. I niech się wszyscy odpieprzą. Ja mam do niego pretensję o to, że on odwala fuchę, i to w sposób karykaturalnie bezczelny, i zachowuje się przy tym tak, jakby to nie był w ogóle jego problem.
Ale prawdę powiedziawszy, to nie Wildstein jest moim zmartwieniem. W końcu, czemu on ma się aż tak napinać, w sytuacji, kiedy najwidoczniej napinać się w ogóle nie musi, a wokół sami koledzy? A więc już pewnie bardziej mam pretensje do tych, którzy tygodnik „Uważam Rze” redagują i odpowiadają za jego poziom. Że oni najwidoczniej mają do tych, dzięki którym tak naprawdę żyją, stosunek oparty na zasadzie: „To dziadostwo i tak kupi wszystko, co im się zaproponuje, byle było po linii”. Ale nie! Do nich też za bardzo nie czuję żalu. To wszystko przecież w sumie stanowi wspólne koleżeńskie przedsięwzięcie, a dopóki czytelnikom się podoba, po co się nadwyrężać? Poza tym, już bez przesady. Nawet jeśli pojawi się jakaś fuszerka, nie zmieni to faktu, że każdy nowy numer tygodnika przynosi naprawdę dużo bardzo wartościowych tekstów. Tym bardziej wartościowych, że wszyscy przecież wiemy jak wygląda rynek mediów.
Powiem szczerze, że ja tak naprawdę nie mam pojęcia, do kogo mam pretensje. W pewnym momencie chciałem powiedzieć, że do braci Karnowskich, ale przecież to by było niepoważne. Tyle wszystkiego, że oni też tu z pewnością mają swoje miejsce. Otóż w tym samym numerze tygodnika można przeczytać wywiad z Czesławem Bielecki na tematy różne, ale głownie o tym, że Polska niestety zawodzi. I w pewnym punkcie pada pytanie o to, jak Bielecki ocenia sytuację, kiedy w przedwojennej Polsce powstawało tyle naprawdę wielkich projektów, a dziś, jak widzimy – sama nędza. I na to Czesław Bielecki odpowiada w ten sposób:
Tak, bo indywidualność części polityków międzywojnia: Piłsudskiego, Kwiatkowskiego, Grabskiego, wykraczała poza myślenie partyjniackie. Byli też w stanie powstrzymać tę bezinteresowną zawiść, która powoduje, że współcześni przywódcy polityczni są zaniepokojeni, gdy ktoś nawet nie wyrasta ponad nich, ale jest od nich niższy o pół głowy. Bo może jeszcze urosnąć! To chore myślenie dominowało i dominuje w polityce, choć w każdej korporacji spowodowałoby katastrofę. Ono przynosi złe skutki. Nie jesteśmy zdolni do myślenia zespołowego, rwiemy sztafetę pokoleń, nie wychowujemy następców, nie kontynuujemy rozpoczętych projektów
I to jest dla mnie coś! Oto mamy Czesława Bieleckiego i obu Karnowskich, jak na łamach „Uważam Rze” załamują ręce nad tym, że w Polsce nie ma sztafety pokoleń, i że każdy tylko patrzy na to co ma pod siedzeniem. A ja sobie przypominam program „Warto rozmawiać”, w którym pewnego razu miałem okazję wystąpić. Jak wiemy, pomysł programu był taki, że z jednej strony jest panel ekspertów, z drugiej publiczność, wśród publiczności osoba, która jakoś tam wywołała temat, a między nimi wszystkimi gwiazda programu, czyli Jan Pospieszalski. Kiedy mnie się zdarzyło tam znaleźć, panel ekspertów tworzyli Ludwik Dorn, Michał Karnowski, Eryk Mistewicz i Jan Hartman, gwiazdą był oczywiście Pospieszalski, publicznością jakaś młodzież, a osobą wywołującą temat byłem ja. No i oczywiście był ów temat. Ten mianowicie, że słynne zdjęcie Lecha Kaczyńskiego trzymającego odwrócony do góry nogami szalik z napisem Polska było bezczelnie i bezlitośnie zmanipulowane. I przepraszam bardzo, ale ja nawet przez chwilę nie uznałem, że oto jesteśmy tu w dwóch blokach - my i oni. Ja doskonale cały czas wiedziałem - i czułem - że tam są oni i ja. Nie nasi i tamci. Ja i oni.
Kiedy Pospieszalski zapraszał mnie do udziału w programie, wiedział o mnie tyle, że prowadzę blog, że odkryłem tę manipulację i że z wściekłości za to spółka Agora, pod groźbą kary, kazała mi dowód tej manipulacji usunąć z bloga. Wcześniej, o tym przekręcie z szalikiem nie wiedział ani Pospieszalski, ani prawdopodobnie żaden z nich. Zanim ja – a tak naprawdę mój syn – na to nie wpadł, oficjalna informacja była taka, że Lech Kaczyński to kretyn i że na to są dowody. Program więc polegał na tym, że Pospieszalski wprowadził temat, dał mi te dwie minuty, żebym coś powiedział, a później już oni wszyscy miło ze sobą rozmawiali, z tym że Dorn raczej wygłaszał swoje nie związane ze sprawą mądrości, Karnowski starał się nie spaść z płotu na którym się rozsiadł i tak trzymać książkę którą własnie wydał z Mistewiczem, żeby każdy ją zauważył, Mistewicz mi dogadywał, a Hartman szyderczo rechotał.
Otóż o co mi chodzi? O to mianowicie, że gdyby tam zamiast Dorna na przykład siedział Czesław Bielecki, zamiast Hartmana Tomasz Sakiewicz, a zamiast Karnowskiego Karnowski, sytuacja byłaby dokładnie taka sama, i jestem na sto procent pewien, że Bielecki, podobnie jak wtedy Dorn, ani by nie zwrócił uwagi na to, że to jest trochę głupia sytuacja, kiedy jakiś nędzny bloger odkrywa coś, czego nie chciało się odkryć nikomu z nich, i że kiedy on to odkrywa, potężna Agora grozi mu konsekwencjami, a kiedy on ma okazję o tym opowiedzieć w szerszym gronie, niż na swoim marnym blogu, zostaje albo zlekceważony, albo wyśmiany. I jestem też na sto procent przekonany, że Bieleckiemu nawet do głowy by nie przyszło, by – przecież nie w ramach zaprowadzania nowych porządków – ale choćby dla czystego happeningu, wygłosić to swoje przemówienie o tej jakiejś sztafecie pokoleń i zaproponować mi, żebym sobie usiadł na jego miejscu.
Ja wiem doskonale, co teraz usłyszę. Że ja się niepotrzebnie tak nadymam, bo problem nie polega na tym, że oni nie dopuszczają konkurencji, ale że to ja dla nich nie jestem żadną konkurencją. Że to tylko mnie się tak wydaje, że te moje teksty są na jakimś szczególnym poziomie, a ja sam jestem taki przebiegły i zdolny. Prawda jest bowiem taka, że ja jestem niestety zaledwie ot taki sobie. Jak wielu.
I świetnie. Niech i tak będzie. Tyle że przede wszystkim, nawet jeśli przyjmiemy, że ja z tym swoim pisaniem jestem dużo za nisko jak na poziom, na którym obracają się Karnowski z Bieleckim, to z cała pewnością nie jestem niżej od tego, co na samym początku tego tekstu pokazałem na przykładzie Bronisława Wildsteina. I tu nie ma nawet dyskusji. To jest fakt. I to po pierwsze. Po drugie natomiast, to nie jest też tak, że ci politycy, na których w wywiadzie dla Karnowskich skarży się Bielecki, nie wpuszczając do swojego towarzystwa nikogo, kto jest od nich „niższy o pół głowy”, odbierają to jako obawę przed konkurencją. Oni przecież w życiu nie powiedzą, że tak, no sami wiecie, mamy te swoje z trudem wywalczone miejsca, i tu już akurat i tak jest wystarczająco ciasno, a wiadomo przecież, że jeśli któryś z nich, to już nie któryś z nas. Oni wcale nie zamykają się przed tymi, którzy są dobrzy. Oni w ogóle się nie zamykają. Ależ proszę bardzo, droga wolna. Tyle tylko, że, tak jakoś wyszło, że oni wszystkich dobrych już mają, a o poziom trzeba dbać.
Pamiętam jak raz przyszło mi do głowy, że jeden z tych tekstów można by było spróbować opublikować w „Rzeczpospolitej”. I proszę sobie wyobrazić, że wcale nie chodziło mi o to, by zostać dziennikarzem w „Rzepie”. Żeby oni mi tam dali stały felieton. Chciałem tylko opublikować tam jeden tekst, który był bardzo na czasie i z całą pewnością nie odstawał poziomem od tego, co tam się publikuje. Zgłosiłem się też do nich, bo pomyślałem sobie, że to by dobrze wyglądało, gdyby oni pokazali, jacy są otwarci i że publikują też opinie blogerów. I oto otrzymałem odpowiedź od jakiegoś Zdorta, czy któregoś z nich, cudownie szczerą i jednoznaczną. Otóż „Rzeczpospolita” ma „swoich”, autorów i ich akurat nie stać na jakiekolwiek zmiany. Ale może w przyszłości… kto wie?
Ja jednak domyślam się, o co Bieleckiemu chodzi. Ponieważ on wie – oczywiście jak najsłuszniej – że byłby politykiem znacznie lepszym od 90 procent tych, którzy dziś zadają szyku, bardzo by chciał zostać jednym z nich. A więc jakimś posłem, senatorem, czy kimś takim. Z jakiegoś jednak powodu te drzwi stoją przed nim zamknięte, a on uważa, że to dlatego, że wszyscy co są po drugiej stronie zazdrośnie pilnują swych pozycji i że to jest bardzo źle. I oczywiście tu też słuszność jest po jego stronie. Jednak nie do końca. Przede wszystkim dlatego, że ten obyczaj wcale nie jest ograniczony tylko do polityki i tylko do Polski. Tak jest mianowicie wszędzie. Jeśli ktoś chce odnieść sukces, ostatnie na co może liczyć jest to, że ktoś z tych, którzy już ten sukces odnieśli, mu w tym pomogą. Dla nich jego powodzenie nie jest w ogóle jakąkolwiek wartością, o ile on nie jest ich kolegą, lub kolegą kolegi. Jedyne co można zrobić, to się najbardziej chamsko i brutalnie tam wepchać. Siłą, podstępem, sprytem, przekupstwem – jakkolwiek, ale z całą pewnością nie tak, że się będzie liczyło na to, że ktoś nagle w tym wszystkim dojrzy jakieś dobro wspólne. Na tym poziomie bowiem żadne dobro wspólne nie istnieje. Dobro wspólne może być co najwyżej częścią czyichś poglądów, lub tematem pogawędek w towarzystwie, natomiast jak idzie o prawdziwe życie, dobro wspólne pozostaje a najlepszym wypadku sprawą drugorzędną. Na pierwszym planie bowiem zawsze jest wyłącznie to, by w miarę wygodnie przeżyć kolejny rok. A jeśli Czesław Bielecki nie wie, o czym mówię, niech się zastanowi, czy jemu się zdarzyło choć raz w życiu spotkać młodego architekta, o którym on sobie pomyślał, że to jest naprawdę świetny architekt, i warto by było go wypromować, ryzykując oczywiście jednocześnie, że wielu potencjalnych klientów, zamiast do Bieleckiego, pojdzie do tego młodego-zdolnego. Tak? To w takim razie przepraszam i wszystko, co wyżej napisałem odwołuję. Przynajmniej jak idzie o Bieleckiego.
Ktoś się może spytać, po co ja to wszystko piszę? Czy może po to, by się po raz kolejny poskarżyć, że mnie nie chcieli i w „Rzeczpospolitej” i w „Gazecie Polskiej” i nawet mój kolega Pospieszalski nie zatrudnił mnie jako swojego stałego gościa? Otóż ani troszeczkę. Otóż ja, ze względu na swój paskudny charakter, nie jestem absolutnie w stanie stanowić części tak zwanego teamu. Gdziekolwiek. Gdybym ja miał pisać w jakiejś gazecie, czy występować w jakiejś telewizji, musiałbym wcześniej uzyskać zapewnienie, że ja tam będę traktowany co najmniej tak jak Łysiak w „Uważam Rze”. A więc, że nikt tam jednym słowem mi nie pokaże, że ja powinienem się bardziej starać, lub że coś ze mną jest nie tak. Właśnie z tego powodu w pewnym momencie odszedłem z Salonu24, gdzie – jak może niektórzy pamiętają – co, by nie mówić, byłem jakaś tam gwiazdą i pewnie gdybym się choć odrobinę zaangażował w to, by, zamiast się z nimi mocować, zakolegować się z Janke, Leskim, czy Warzechą to dziś na przykład bym ten cały nakład książki o liściu miał już dawno sprzedany. Tak się jednak składa, że ja prędzej zejdę na zawał, niż będę pokornie znosił uwagi ze strony cymbałów.
No. Ale, jak mówię, to jest kwestia charakteru, a pewna symboliczna dość jego manifestacja jest do obejrzenia w cytacie z Marqueza w nagłówku tego bloga. A więc, o co mi chodzi? O nic. To jest zawsze to samo. Coś się dzieje, ja opowiadam, a kto chce, ten słucha.

Wspomniana wyżej ksiązka jest do nabycia oczywiście tuż obok, pod tą okładką, ale też w księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach na ulicy 3-Maja. Bardzo zachęcam. To jest naprawdę dobra książka. Proszę również o wspieranie tego bloga przez bezpośrednie wpłaty na podany obok numer konta. Dziękuję.

33 komentarze:

  1. Toyahu,
    samo zycie,przerabialem to wielokrotnie w naszym ukochanym kraju.Ty odszedles z salonow,ja wyemigrowalem do miejsca w ktorym teraz zyje i pracuje.I jest mi tu bardzo dobrze.Nikt mi sie nie wpierdala i nie mowi co mam robic i jak zyc.
    Mam nadzieje,ze Ty rowniez czujesz sie jakos tam komfortowo w tej niszy,ktora sobie sam przeciez wybrales.A naglowek rzeczywiscie odjazdowy.Trzymaj sie.

    OdpowiedzUsuń
  2. @tobiasz11
    Oczywiście, że jest mi tu dobrze. Dziś zajrzałem na Salon24, a tam znów jacyś się obrażają i wracają, bo najpierw zauważyli, że Administracja lansuje swoich, a później okazało się, że jednak nie. A Janke udaje że nic nie rozumie. Co za okropne miejsce!

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do Wildsteina. On ma problem z chrześcijaństwem - ja tak myślę. Czy z wiarą, szerzej.
    To jest tak, że niektórzy intelektualiści zdążyli się już zorientować, że nie da się tego świata opisać bez Stwórcy & Jego ingerencji, ale i tak nie jest im dane uwierzyć. No i stąd rozdarcie i zagubienie koncepcyjne.
    W Bronisława książkach to b. dobrze widać. On opisuje świat bez Boga, i stęskniony wiary i porządku boskiego, prawa i sprawiedliwości po prostu. W tej "Dolinie nicości" to widać kompletnie: "przyjdź Duchu, Wiaro, bo zostaje tylko dupcyć redaktorki pism cosmopolitan, albo emigruję do Przemyśla". Tu może przesadzilem, ale chyba nie wiele.

    Pytanie jest zasadnicze, czy można pisać bez kompromisów, z kredytem w mieście stołecznym na mieszkanie 200m, czy też alimenty, to ja na nie odpowiedzi znać nie chcę.

    Świąteczne pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  4. @tayfal
    Jesteś!!! Jak dojdę do siebie, to Ci odpiszę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem! Ale, Bracie, co to za bycie.
    Bad brainsów słucham, a jeszcze kenedysów. Plakaty i ulotki w chałupie drukuję, jak w osiemdziesiątych latach. Do dupy.

    A Ciebie, żeby jeden tekst skomentować, to trzeba pracę magisterską pisać. Jak zawsze. I dobrze =)

    OdpowiedzUsuń
  6. @tayfal
    Przemyśl jest okay. Wiem, bo to nasze miasto.
    Co do kredytów, owszem, coś słyszałem.
    Jednego jednak nie rozumiem. Ileż to roboty napisać ciekawy tekst na 1000 słów, co?

    OdpowiedzUsuń
  7. @tayfal
    Ja Ci powiem szczerze, że Kennedysów to ja nigdy nie za bardzo. Nie wiem, dlaczego. Bo to przecież świetny zespół.
    Ale Bad Brains! O tak!!!!
    Dobrze że jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  8. OT. Słuchaj, nie uwarzasz rze jesteśmy już we wieku siły męskiej, żeby założyć porządny band pankrokowy? Zarobimy milion dolarów, i trochę ten świat naprostujemy. Teksty będziemy pisać po połowie, ja zrobię muzykę, a Ty będziesz grał na basie. Co?

    OdpowiedzUsuń
  9. @tayfal
    ja będę grał na basie i śpiewał, ale teksty piszecie wy

    OdpowiedzUsuń
  10. "Jednego jednak nie rozumiem. Ileż to roboty napisać ciekawy tekst na 1000 słów, co?"

    Dla Ciebie to jest tylko tysiąc słów,
    a tam, proszę ja Ciebie, za tymi słowami: rata za apartment, dzieci do amerykanskiej szkoły w ambasadzie, itd. A jeszcze, jak to w metropolii: kochanki, utrzymanki, i inne te nowoczesności. Tak to widzę. Dlatego oni wszyscy takie bzdury/pierdoły emitują. Tak.

    OdpowiedzUsuń
  11. @tayfal
    Od dawna mnie prześladuje takie spostrzeżenie, że aby zostać dziennikarzem w Polsce, trzeba wykazywać się jedną cechą: umiejętnością całkowitego ignorowania rzeczywistości. Jedni mają to wrodzone, inni wypracowane, ale mają wszyscy, również, a może nawet przede wszystkim "nasi".

    OdpowiedzUsuń
  12. @redpill
    Ale ja chcę grać na czymś.

    OdpowiedzUsuń
  13. Słuchajcie no, Redpill. Bas zajęty.
    Toyah będzie obsługiwał. Ale jak masz głos jak Lu Rid, to Cię rozpatrzymy.
    Umiesz zaśpiewać wstrząsająco, ale bez tej maniery ala Pink Floyd?

    OdpowiedzUsuń
  14. @tayfal
    Mimo to - 1000 słów to naprawdę niewiele.

    OdpowiedzUsuń
  15. @redpill
    Wszyscy. Po równo.

    OdpowiedzUsuń
  16. @Toyah
    Ładnie to Tayfal napisał: "A Ciebie, żeby jeden tekst skomentować, to trzeba pracę magisterską pisać..."

    Dziś będzie cytatami - Chrystus w Ewangelii Św. Łukasza naucza:
    „"Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! 24 Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. 25 Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?”
    Łk 9, 23-29

    A teraz Twoje:
    „…Życie jest życiem, a człowiek nie ma czasu…”,
    „…Na tym poziomie bowiem żadne dobro wspólne nie istnieje…”
    „…Na pierwszym planie bowiem zawsze jest wyłącznie to, by w miarę wygodnie przeżyć kolejny rok…”.

    Na tym polega problem aby umieć znaleźć zastosowanie Pisma Świętego w życiu doczesnym.
    Weź swój krzyż i Mnie naśladuj- to chce zachować życie, straci je.

    ...

    Jak wiesz na S24 trochę zmian zaszło, Leski obraził się na Jankego – niedługo rok już będzie – Janke cały czas w rozkroku, jak wielu…. .
    Leski cały czas Cię nie lubi a jeszcze w zeszłym roku przyjął odznaczenie z rąk Komorowskiego.
    Życie doczesne….

    OdpowiedzUsuń
  17. "Mimo to - 1000 słów to naprawdę niewiele".
    Skoro tak twierdzisz. Ja nie wiem. Ja nigdy nie musiałem napisać tysiąca słów.
    Przy okazji, ile kosztuje tysiąc słów u Ciebie, a ile u, dajmy na to, Wildsteina?

    OdpowiedzUsuń
  18. Red:Od dawna mnie prześladuje takie spostrzeżenie, że aby zostać dziennikarzem w Polsce, trzeba wykazywać się jedną cechą: umiejętnością całkowitego ignorowania rzeczywistości. Jedni mają to wrodzone, inni wypracowane, ale mają wszyscy, również, a może nawet przede wszystkim "nasi".
    No tak. Co tu więcej.

    OdpowiedzUsuń
  19. @raven59
    Skąd wiesz, że on mnie nie lubi. Ja go lubię. Jak każdego.

    OdpowiedzUsuń
  20. @tayfal
    No właśnie nie wiem. Tak jak napisałem, niektórzy mi mówią, że bardzo dużo, inni, że mniej. U mnie to zależy od mocy słów. To się nazywa wolny rynek.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Toyah
    może błędnie odczytałem - tutaj

    OdpowiedzUsuń
  22. Toyahu, co do Wildsteina, a właściwie tego konkretnego tekstu, to tam jest taki główny tytuł "Co dalej z..." No i on
    Przedstawia sytuację z projektami ustaw o in vitro... Z pozostałymi tezami trudno się nie zgodzić. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  23. @raven59
    Fakt. Nie lubi. Co najgorsze, już nawet nie pamięta za co. A o tym świadczy ten bełkot, że on nie będzie nazywał blogerów z Salonu24 "pacjentami" "w ślad" za mną. Przecież ja nikogo nie nazywam "pacjentem". To Orliński na mnie mówi "pacjent".
    Co do mnie, ja z Leskim zawsze miałem układ poprawny. Starliśmy się na płaszczyźnie czysto merytorycznej o czerwcowy zamach. I wtedy dostał na mnie cholery. Jestem pewien ze niektórzy to wciąż pamiętają. On już nie. Psychologia.

    OdpowiedzUsuń
  24. @Ondrasz
    Racja. Jestem bardziej tępy niż sądziłem. Przykro mi.
    Tyle dobrego, że reszta się jakoś uratowała.

    OdpowiedzUsuń
  25. Ach te alimenty i kredyty!Pamiętem jak jeden powiedzial,że to nieuczciwe nie płacić dobrowolnie alimentów na swoje dzieci! Ileż połajanek od tych ( z prawa i z lewa) co wyznają zasadę świętego nie wtracania się między "wódkę z a zakąskę"!! A w głowie mi brzmi: a swoi Go nie przyjęli". Czyli znaczenie podstawowe ma Słowo!
    A ja od dawna mówię,że Poczatkiem i Końcem jest Słowo! I dopóki nie wróci Ono na swoje miejsce, nie odzyskamy Ludzkiej z nadania Pana godnosci>
    Może zacznijmy od siebie?Na początek stop wulgaryzmom i "potoczności" w stylu no,dobra.
    Pozdrawiam "trójkrólewnie" Rodzinę Toyahów!

    OdpowiedzUsuń
  26. @kryska
    A ja uważam, ze wulgaryzmy są jak najbardziej okay. Czasem.
    Poza tym, zgoda.

    OdpowiedzUsuń
  27. @Muzycy

    Chyba on jeden wystarczy za was trzech:

    http://youtu.be/A9qyeUOoAZU

    OdpowiedzUsuń
  28. @Toyah
    @Raven
    Wygląda jakbym zaczął komentować, by robić sprostowania i to za ludzi, których nawet nie znam ;-)
    W każdym razie przeczytałem wpis Leskiego i komentarze pod nim. Nie chodzi o Toyaha, ale właśnie o Orlińskiego, tak to Leski wyjaśnia...
    BTW Toyahu, nie wiem czy mnie pamiętasz, jestem księdzem i redaktorem jednego z katolickich czasopism ;-)
    Czytam Cię zawsze, choć właściwie nigdy nie komentuję.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  29. @Ondrasz
    Z tym kawałkiem Leskiego jest kłopot taki, że on jest tak źle napisany, że nie bardzo wiadomo, kto, jak i kiedy. Podejrzewam, że tam jest jakiś problem z interpunkcją, ale przyznaję, że do końca nie umiem się połapać.
    Rozumiem, że on nie chce być jak Orliński, który jakoby idzie moim śladem. Moim, bo to ja, a nie Orliński, byłem blogerem roku.
    Ja myślę, że Leski chciał napisać o Orlińskim, ale nagle jakoś przypomniałem mu się ja... i wyszło jak wyszło.
    Tak czy inaczej - bełkot.
    Miło mi, że Ksiądz tu zagląda. Muszę jednak powiedzieć - przy całym szacunku - że jest kilku księży, którzy mnie tu zaszczycają swoją uwagą, i ja nie bardzo wiem, który z nich to Ksiądz. Z Kalisza?
    Jak co, to zna Ksiądz mój mail.

    OdpowiedzUsuń
  30. @Toyah
    Z Kalisza ;-)
    Wiem, że Leski mętny, ale wyjaśnia to w jednym z komentarzy pod wpisem. W każdym razie, pies z nim (bez obrazy)

    OdpowiedzUsuń
  31. @Ondrasz
    Miło mi.
    Wiem, że on objaśnia. Czytałem. Nie zmienia to faktu, że blogerem roku bylem ja. Nie Orliński. I oni wszyscy to wiedzą.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.