sobota, 12 lipca 2014

Ucieczka z kliniki w Krainie Grzybów

Miniony tydzień spędziłem u siebie na wsi, z czego dwa dni z kuzynem (a tak naprawdę drugim bratem), który jest dla mnie prawdziwym źródłem wiedzy i inspiracji, jeśli idzie o zagadki życia i niestety również śmierci. Kuzyn mój jest wybitnym polskim ginekologiem, a jednocześnie jednym z czołowych obrońców życia poczętego. Jego pozycja zarówno w tak zwanej branży, jak i w środowiskach antyaborcyjnych, jest szeroko uznana i szanowana, poczynając lokalnie od kontaktu z pacjentkami, a w skali kraju na bezdyskusyjnie eksperckim poziomie.
Oczywiście, mając dla siebie zaledwie te dwa dni, staraliśmy się ograniczać do tak zwanego czerpania z życia, jednak oczywiście nie udało się uniknąć bieżących tematów, w tym w pewnym sensie sprawy kluczowej, a więc jednego zapłodnienia in vitro, jednej odmowy morderstwa i jednej ponurej zemsty. Odpowiedział mi mój kuzyn szereg niezwykle poruszających historii, z których jedną chciałbym tu powtórzyć.
Otóż któregoś dnia zgłosiła się do niego kobieta, a on podczas rutynowego badania wykrył u dziecka ciężką, dziś wciąż niestety nieuleczalną, chorobę serca, poinformował ją, że dziecko, jeśli nawet urodzi się żywe, żyć będzie bardzo krótko i prawdopodobnie te miesiące będą dla niego, dla niej i dla całej rodziny bardzo ciężkie. Jednocześnie, tak jak to robił już w życiu wielokrotnie, bardzo mocno, używając całej swojej wiedzy i wrażliwości, przekonywał ją, by była dzielna i urodziła. Bez rezultatu. Kobieta najpierw się kłóciła, potem dostała cholery, w końcu się obraziła i wyszła trzaskając drzwiami.
Następnym razem kuzyn mój spotkał tę kobietę po ponad dwóch latach. Przyszła do niego ponownie i opowiedziała mu swoją historię. Otóż kiedy od niego tamtego dnia wyszła, udała się prosto do Warszawy, do znanego nam dziś już wszystkim szpitala kierowanego przez słynnego doktora Romualda Dębskiego, by ten zabił jej dziecko. I proszę sobie wyobrazić, że tam, już na miejscu, po tym jak odbyła serię rozmów z pacjentkami, z aborcji zrezygnowała i postanowiła że jednak swoje dziecko urodzi. Cóż zatem takiego ona tam usłyszała? Co jej opowiedziały tamte kobiety? Jedną mianowicie rzecz: że oto w szpitalu dr Dębskiego panuje atmosfera, gdzie współczucie nie istnieje. Tam nie ma ani współczucia, ani litości, ani śladu miłości. Tam kobiety, które się zgłosiły by przerwać ciążę, traktowane są przez wszystkich, zaczynając na lekarzach, a kończąc na pielęgniarkach, jak towar. Tam króluje smutek i wieczna samotność. Nie wiem, co dokładnie one tej kobiecie opowiadały, ale ów obraz musiał być na tyle plastyczny, że ona wzięła nogi za pas i stamtąd zwyczajnie uciekła, a po kilku miesiącach urodziła dziewczynkę. Bardzo biedną i bardzo chorą.
Opowiedziała owa kobieta mojemu kuzynowi, że ona już wcześniej miała troje synów, którzy pojawienie się siostry potraktowali z największą radością i poświęceniem. A więc przez kolejne miesiące wszyscy trzej ją bezgranicznie kochali, opiekowali się nią, ale co może nie najmniej ważne, jej z pełnym oddaniem służyli. Do tego stopnia, że kiedy już była odpowiednio duża, okazało się, że to ona jest w tej rodzinie szefem. Oczywiście, wciąż będąc dzieckiem bardzo chorym, kursowała stale między domem a szpitalem, niemniej była dzieckiem bardzo szczęśliwym i, jak już wspomniałem, sprawiała, że szczęśliwy był ten dom. Tak opowiadała tę historię mojemu kuzynowi owa kobieta.
Któregoś dnia, kiedy dziewczynka miała mniej więcej półtora roku, serce jej ostatecznie nie wytrzymało i umarła. Umarła swojej mamie na rękach, przytulona do jej z kolei serca, otoczona miłością swojej rodziny, w tym owych trzech braci, którzy już wtedy świata poza nią nie widzieli. Jak relacjonuje matka, najstarszy syn do dziś mówi, że on by bardzo chciał, by jego siostra była pochowana w domowym ogródku, a nie na odległym cmentarzu.
I przyszła owa kobieta do mojego kuzyna po dwóch latach, by mu podziękować za to, że w pewnym momencie on, jako jedyny, powiedział jej, że tu tak naprawdę chodzi być może tylko o to, by móc dziecku założyć czapeczkę na głowę i je ochrzcić. Podziękować mu za to, że tak bardzo zadbał o jej córeczkę wtedy, gdy nikt inny tego zrobić nie chciał, albo nie potrafił, i jakoś tam pewnie pomógł jej zachować to życie.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jak głęboka i wzruszająca jest ta opowieść. Wiem, że tu właściwie niepotrzebne jest jakiekolwiek kolejne słowo. Nie mam wątpliwości, że w tak zwanej dyskusji nad prawną dopuszczalnością aborcji, najpierw obraz tych dzieci, owych trzech chłopców i ich siostry, a następnie ten kolejny, kiedy to dziecko umiera w objęciach swojej matki, musi stanowić argument ostateczny, ja jednak chciałbym dodać coś jeszcze, i tu niestety nie zaznamy już spokoju. Otóż mój kuzyn, człowiek, jak mówię, z pozycją w branży niepodważalną, zna ich obu osobiście: zarówno doktora Romualda Dębskiego, jak i naszego dziś bohatera – doktora Bogdana Chazana i mówi mi z uśmiechem, niemal na jednym oddechu, że Dębski to jest fantastyczny lekarz i kolega, człowiek niezwykle sympatyczny, uczynny, zawsze gotowy do tego, by służyć pomocą. Dębski to zdaniem mojego kuzyna świetny gość. W odróżnieniu od dr Chazana, którego on zna równie dobrze, i niestety czasem aż za dobrze.
Ktoś się zapewne w tym momencie na mnie oburzy i zapyta, po ciężką cholerę ja to powiedziałem? Po co, kiedy wszystko było już takie proste (i tak piękne), ja to postanowiłem jednym głupim akapitem zepsuć? Otóż ja niczego nie zepsułem. Wszystko co dotychczas się zdarzyło, zdarzyło się naprawdę. Ja ani jednego fragmentu tej historii przez to nie unieważniłem. A że mamy wszyscy w tym momencie kłopot, to dla mnie nawet lepiej. Przynajmniej nie czuję się taki samotny.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki i nie tylko. Proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.




piątek, 11 lipca 2014

Zgłaszam kandydaturę doktora Chazana na premiera technicznego

Prowadzenie tego bloga, pomijając wszelkie związane z tym przyjemności i całą kupę codziennych satysfakcji, ma jeden aspekt niezwykle irytujący, a przy tym, dla kogoś, kto to zajęcie traktuje bardzo poważnie, zwyczajnie bolesny. Otóż nazbyt często okazuje się, że słowa, które tu zostają zapisane, nawet jeśli trafiają tam gdzie trafić mają, to wyłącznie w formie szczątkowej, powodując wrażenie, że to wszystko tak naprawdę nie ma sensu. Weźmy wczorajszy dzień. W odpowiedzi na to, że mój kumpel i partner Coryllus dołączył do, z mojego punktu widzenia od początku do końca ustawionej i bardzo cynicznie realizowanej przez System akcji wyszydzania kandydata Prawa i Sprawiedliwości na tak zwanego „technicznego” premiera, napisałem parę komentarzy, w których ani nie wychwalałem kandydatury Glińskiego, ani nawet nie sugerowałem, że Gliński to mniejsze zło, w ogóle tak naprawdę nie zajmowałem się Glińskim, jedynie zwróciłem uwagę na fakt, że atak na niego, włącznie z całym arsenałem towarzyszących mu argumentów, jest idealnie skoordynowany i dobrze by nam było, zamiast się radośnie do tej akcji przyłączać, zastanowić się, czemu tak się dzieje. No i w tym momencie, mój kolega i partner Coryllus, najwidoczniej tak bardzo przekonany co do tego, że Gliński to swego rodzaju wybryk politycznej natury, uznał, że skoro ja się w tej sprawie odzywam wbrew gołym faktom, musi to oznaczać, że ja po pierwsze Glińskiego traktuję emocjonalnie, a po drugie robię to z wyrachowania, licząc na to, że w ten sposób uda mi się może zastąpić Świrskiego na funkcji jego osobistego asystenta.
I to jest sytuacja, którą określam jako bolesną. Okazuje się bowiem, że polityczne napięcie jest tak duże, a czasu na prostą refleksję jest tak mało, że w pewnym momencie właściwie wszelkie słowa stają się zbędne. Wystarczy kilka prostych haseł, w formie możliwie jednoznacznej deklaracji, i wszyscy będziemy zadowoleni. Powiem więcej: wszystko co wykracza poza te kilka haseł jest wybitnie szkodliwe, bo zmusza nas do zatrzymania się, a jak wiemy na to nie ma czasu, bo dzień wczorajszy już minął, podobnie jak zeszły tydzień i zeszły miesiąc, a jutro też już właściwie jest przeszłością. A zatem, po co w ogóle, jak to się mówi u mnie na wsi, otwierać pysk?
A jednak zasada tak pięknie sformułowana swego czasu przez Herberta: „Bądź wierny idź” wciąż obowiązuje i ja przynajmniej nie mam ochoty, by ją odpisać na straty. A zatem jeszcze raz opowiem, jak oceniam sytuację, w której się dziś znajdujemy i ostrzegam, że nie jest to ocena entuzjastyczna. Otóż moim zdaniem, jest dokładnie tak, jak to pisał wspomniany Herbert – lepiej już nie będzie. I nie mówię tu o skali lokalnej, bo tu akurat sama perspektywa ujrzenia Donalda Tuska i Ewy Kopacz wyprowadzanych w kajdankach i pakowanych do policyjnych radiowozów, jak na dziś wystarczy mi w zupełności. Jeśli idzie o wymiar lokalny, tu się zaczyna i kończy moje marzenie. Rzecz w tym niestety, że tak naprawdę to jest zaledwie okruch tego co ważne. Tak naprawdę, to moje pragnienie prostej sprawiedliwości jest czymś radykalnie infantylnym w obliczu tego, co się dzieje w skali znacznie, znacznie szerszej.
No ale mieliśmy mówić o Glińskim. Proszę zwrócić uwagę, jaki jest medialny kierunek ataku przeciwko tej kandydaturze. Nikt z nich – dokładnie nikt – jednym słowem nie zarzucił Glińskiemu, że jest głupi, niekompetentny, czy choćby zbyt kiepski, jak na wymagania, jakie polska polityka stawia przed każdym, kto ma aspiracje odgrywać w niej jakąś rolę. Zarzut w stosunku Glińskiego, kierowany zresztą równo ze wszystkich stron, jest taki, że on, będąc tak naprawdę inteligentną, mądrą, uczciwą i być może nawet kompetentną osobą, jest w sposób wyjątkowo perfidny i cyniczny wykorzystywany przez Kaczyńskiego. Przekaz jest taki, że biedny Gliński, doszczętnie zniewolony przez Kaczyńskiego, bardzo chce zostać premierem, którym przecież i tak nigdy nie zostanie, budzi już tylko wstyd i zażenowanie. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że sam Donald Tusk – coś absolutnie niewyobrażalnego – ogłosił publicznie, że Gliński NIGDY nie zostanie premierem. Przepraszam bardzo, ale co takiego się dzieje wokół tego człowieka, że to on, jako jedyny w tej całej nędznej menażerii, premierem nie zostanie NIGDY? Może premierem zostać poseł Hofman, posłanka Pitera, poseł Agent Tomek, nawet być może premierem kiedyś zostanie Grzegorz Schetyna, Korwin-Mike, czy ponownie Waldemar Pawlak, ale Gliński? Nigdy! A ja proponuję, byśmy się zastanowili, co Gliński ma takiego, że on nigdy, no i od razu proponuję odpowiedź. Otóż Gliński nigdy nie zostanie premierem, a już na pewno nie zostanie nim dziś, bo każdy myślący człowiek wie, a już na pewno wiedzą to macherzy Systemu, że Gliński to ktoś taki, kto jeśli zostanie tym premierem, będzie potrzebował zaledwie paru tygodni, by jego popularność w społeczeństwie osiągnęła poziom, o jakiej taki Jerzy Buzek nawet nie może marzyć. I to jest fakt podstawowy. Gdyby ktoś wciąż nie zrozumiał, co chcę powiedzieć, to ja to powtórzę raz jeszcze: Gliński póki co, a zapewne rzeczywiście nigdy, nie zostanie premierem, bo gdyby został premierem, jego popularność w społeczeństwie przewyższyłaby wszystko, z czym mieliśmy do czynienia dziś. I to niezależnie od tego, co o nim sądzę ja, Coryllus, czy nawet Jarosław Kaczyński. I koniec tego tematu.
Przyjmijmy więc teraz perspektywę szerszą, powiedziałbym wręcz, że uniwersalną. Oto mamy tak zwaną sprawę doktora Chazana. Jak dziś już wie każdy, kto wiedzieć chce, było tak, że w pewnej klinice robiącej interesy na produkcji dzieci, wyprodukowano bubel. Przez jakiś błąd w procesie produkcji, powstało życie niezdolne do życia, i w tym momencie osoby odpowiedzialne za ową tak fatalnie spapraną robotę, zamiast przyznać się do winy, wyciągnąć z tego co się stało wnioski i zaproponować jakieś zadośćuczynienie, postanowiły najpierw sprawę ukryć, a następnie problem wynikający z tej fuszerki przerzucić na innych. Jak? Po prostu, podrzucając to życie Kościołowi, by to Kościół, który wciąż coś gada na temat zasad i wartości, je zniszczył. Wciąż nie wiadomo, o co chodzi? Przejdę więc na poziom bardziej praktyczny. Klinika prowadząca od pewnego czasu biznes pod nazwą „in vitro”, mimo, jak się domyślam, dużych pieniędzy zaangażowanych w przedsięwzięcie, wyprodukowała dziecko z połową głowy, z mózgiem na wierzchu, niezdolne oczywiście do życia, i zamiast zwracać pieniądze plus ciężkie odszkodowanie rodzinie, wiedząc, że on akurat jest tu osobą w całym szeregu absolutnie ostatnią, zwróciła się do doktora Chazana o przeprowadzenie na dziecku aborcji. Dziś jest tak więc, że to biedne dziecko – ofiara Systemu i całego reprezentowanego przez niego zła – nie żyje, pamięć po nim wyłącznie kojarzy się z tą obrzydliwą połową głowy i mózgiem na wierzchu, Chazan został wyrzucony z pracy, Kościół nieśmiało protestuje, matka dziecka czeka na odszkodowanie, które jej wypłaci nie ten, który robotę spaprał, ale szpital, który nie chciał sprawy przykryć, a my dyskutujemy, dyskutujemy i dyskutujemy. I zło triumfuje.
A zatem mamy plan podwójny: z jednej strony, po to by nie dopuścić do powstania nowej jakości na polskiej scenie politycznej, chodzi o skompromitowanie profesora Glińskiego, a z drugiej jest już tylko Szatan. Tylko Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji. A on akurat reprezentuje towarzystwo znacznie poważniejsze, niż te, które nam akurat zostało zaproponowane. Jak to się wszystko skończy? Bardzo jest mi przykro to mówić, ale dokładnie w momencie, kiedy kończę pisać ten tekst doszła do nas informacja, że Janusz Korwin Mike dał w mordę Michałowi Boniemu. A ja już wiem, co będzie dalej. Już za miesiąc, dwa, partia prowadzona przez Korwina Mike wskoczy w sondażach na drugie miejsce, tuż za PiS-em. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że to jest gest już od ponad dwudziestu lat jedyny z ludzkiego punktu widzenia do przyjęcia. Dać w pysk jednemu z nich. A co w takim razie z Platformą? O tym już pisałem. Wielokrotnie. A jeśli nie dość jasno, to oczywiście przepraszam.

Wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić, lub akurat się tym blogiem zainteresowali, zachęcam do wizyty na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki, plus ostatni numer kwartalnika „Szkoła Nawigatorów” z absolutnie rewelacyjnym tekstem o pewnym wielkim żywopłocie. Szczerze polecam. Przy okazji, jak zwykle bardzo gorąco, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Czy chłopaki z ABW wiedzą, jak smakuje prawdziwa rzodkiewka?

Zjawisko to zostało znakomicie – choć przyznaje, że w sposób wyjątkowo brutalny – opisane przez Ricka Gervais’a w znakomitym niby-komediowym serialu „Life’s Too Short”. Mówiąc możliwie najkrócej, Warwick Davis jest karłem i aktorem jednocześnie, o pewnej pozycji w branży. Miał małą rolę w „Wojnach gwiezdnych”, jeszcze mniejszą w „Harrym Potterze”, jeszcze wcześniej występował w paru mniejszych produkcjach, natomiast dziś jest głównie bezrobotny i, podobnie jak wielu innych aktorów-karłów, czeka na swoją kolejną szansę. To co go jednak od innych różni, to to, że będąc głęboko przekonany, iż jest wielką gwiazdą o niezwykłym wprost talencie, nie ma zamiaru spokojnie czekać na lepsze czasy, ale sam bardzo aktywnie się gdzie tylko może promuje. W pewnym momencie wpada na pomysł uruchomienia strony internetowej, no i, jak już pewnie się część z nas domyśla, zostaje natychmiast zaatakowany przez wyjątkowo paskudnego trolla, który wyłącznie go obraża, grozi śmiercią, wyszydza jego kalectwo… no i generalnie dręczy.
Ponieważ, jak już wspomniałem, Warwick Davis jest człowiekiem niezwykle asertywnym i ambitnym, przeprowadza szybkie śledztwo, po paru dniach dowiaduje się, że jego prześladowca to uczeń jednego z liceów i wpada na pomysł, by zajść osobiście do tej szkoły, wejść do tej klasy i tego idiotę skompromitować. I oto, kiedy już wszyscy czekamy w napięciu aż sprawiedliwości stanie się zadość, na środek sali wyjeżdża na wózku inwalidzkim ktoś podobny do Stevena Hawkinga w wersji turbo. Cała klasa ryczy ze śmiechu, koledzy rzucają w tego biedaka czym popadnie, dziecko na wózku płacze, a Warwick robi jedyne co mu pozostało, czyli wychodzi bez słowa. I tak wygląda w tym momencie ta agresja, ta zemsta i ta kara.
Ostatnio pojawiła się w sieci informacja, że funkcjonariusze ABW weszli do mieszkania jakiegoś internauty z Elbląga, który parę miesięcy temu na Facebooku rzekomo skrytykował Donalda Tuska, i… właściwie nie wiem co dalej. Podobno pogadali z nim chwilę, ale ponieważ nie mieli ze sobą żadnych odpowiednich dokumentów, ostatecznie wszystko skończyło się na tym, że ów internauta poprosił ich, żeby sobie poszli, oni zrobili w tył zwrot, on natomiast następnie udzielił wypowiedzi wszystkim możliwym prawicowym portalom internetowym, że oto Platforma Obywatelska bierze się za Internet i następni w kolejce jesteśmy już my wszyscy. Z tego co czytam, jedyną winą tego biedaka z Elbląga było to, że on nie lubi Platformy Obywatelskiej, podobnie zresztą jak w ogóle całej naszej klasy politycznej, i w pewnym momencie swoim emocjom dał upust. Skrytykował Platformę i reżim się za niego wziął.
Ponieważ ja osobiście uważam, że Donald Tusk to idiota, a rządy koalicji to rządy gangów, swojemu przekonaniu daję wyraz tu i tam od sześciu już lat, i dotychczas ABW się za mnie nie zabrało, pierwsze co mi przyszło do głowy, to myśl, że tam musiało pójść o coś większego. Poprosiłem więc mojego syna, żeby mi sytuację prześwietlił i oto proszę, co dostałem:
„Kiedy będzie w Polsce dobrze? Wtedy gdy Tuska i jego synalka wytrawny snajper zastrzeli, córeczkę Kasię wraz z żoną sprzeda do Arabów, co by se Arab zamiast wielbłądzicy na pustyni dmuchał podmiot [sic!] Tuskojeba”.
To jest tekst, jaki pewien internauta z Elbląga, w ramach, jak on sam nam dziś tłumaczy, krytyki rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i PSL-u, zamieścił na Facebooku, i który, po zapewne czyimś donosie, zainteresował Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Oto zatem obłąkany człowiek, oto służby państwa w działaniu i oto wreszcie opis sytuacji, w jakiej znalazła się nasza Polska, sączony nam przez propagandę jedną, drugą i czwartą. Tak właśnie wedle obrazu budowanego przez owe propagandy wygląda dzisiejsza Polska. Z jednej strony okrutny reżim Tuska, a z drugiej zastraszone przez służby tego reżimu społeczeństwo.
Czas na podsumowanie. Siedzę na moim ukochanym ganku, w moich ukochanych Sławatyczach i rozmawiam z ludźmi, których kocham. Pojawia się temat PRL-u i nagle wszyscy, młodzi, starzy, średnio-młodzi i średnio-starzy, zaczynają mówić, że skoro doszło do tego, że język reklamy zaczyna się coraz częściej odwoływać do estetyki PRL-u, to znaczy, że sprawy idą w nienajlepszym kierunku. Jeśli w sklepach spożywczych pojawia się „szynka jak z PRL-u”, „musztarda jak za Gomułki”, „rzodkiewka jak za komuny”, oraz „pieczywo jak za Gierka”, możemy podejrzewać, że zatoczyliśmy bardzo poważne koło, tyle że jakimś cudem nie znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli w miejscu, gdzie moglibyśmy sobie pokrzyczeć „precz z komuną”, ale w czymś, co nie tak dawno jeszcze, młodzież lubiła określać jako Matrix, a co sprowadza się z jednej strony do tęsknoty za smakiem prawdziwej rzodkiewk, z drugiej do wypisywania na Facebooku idiotyzmów o „podmiocie Tuskojeba”, a z trzeciej (bo, jak się okazuje, trzecia też jest) do wpisującej się idealnie w ów Matrix tak zwanej brutalności ABW.
Siedzę więc na ganku w tych moich Sławatyczach i patrzę w kierunku Bugu i dalej na te drzewa po drugiej stronie. I myślę sobie, że co jak co, ale Internet to oni mają z całą pewnością. No i drogi. Miejscowi ludzie mówią, że drogi mają pierwszej klasy.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić mnóstwo niezwykle ciekawych książek, w tym najnowszy numer „Szkoły nawigatorów” z moim tekstem na temat soli. Rewelacja! A przy okazji, bardzo proszę o stałe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tej pomocy, nie pociągniemy. Dziękuję

niedziela, 6 lipca 2014

"Oda do radości" - ulubiony kawałek Belzebuba

Jak już wcześniej miałem okazję się pochwalić, spędzam upojny czas u siebie na wsi, ledwo o rzut kamieniem od Białorusi, i pewnie bym dał Wam wszystkim od siebie skutecznie odpocząć, gdyby nie to, że już nie mogę znieść sytuacji, kiedy każdy, kto wejdzie na ten blog musi od razu zobaczyć, że moim problemem jest akurat Janusz Korwin-Mike. W pewnym momencie ogarnęła mnie już taka desperacja, że zamiast udzielać się towarzysko, siadłem do pisania nowej notki i ją nawet bardzo mocno zacząłem, ale nagle przypomniałem sobie, że wciąż przecież na publikację czeka ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety” – moim zdaniem bardzo zabawny i na pewno wart zadumy. A zatem, dziś spuszczamy Korwina o jedno piętro w dół, a ja proszę wszystkich o poczytanie sobie o „Odzie do Radości” w wersji 666. Możliwe, że wrócę już jutro. Zobaczymy zresztą.

Jak poinformowała część mediów, powaga inauguracji kolejnej kadencji Parlamentu Europejskiego została zakłócona przez pewną nieznaną nam dokładnie grupę polityków, którzy podczas wspomnianej uroczystości pokazali, że oni akurat cały ten parlament i jego procedury mają w głębokiej pogardzie. Pisząc o „nieznanej grupie polityków”, jestem jak najbardziej szczery, bo z tego co wiem, kiedy specjalne zamówiona – i jak się domyślam, odpowiednio opłacona – orkiestra grała dla tej bandy cwaniaków Beethovena, nasz Legutko nie zechciał nawet się podnieść z fotela, tyłem natomiast do całego przedstawienia ustawił się Brytyjczyk Nigel Farage, a co do reszty, informacji nie posiadam. Nie szkodzi.
Wstawiłem tu owo „nie szkodzi” i w tym samym momencie pomyślałem sobie, że część z nas z pewnością w tym momencie pomyśli sobie bardzo niemiło, że ja uważam gest Legutki i tego angielskiego dziwaka za niepotrzebną ekstrawagancję, lub wręcz za błąd. Spieszę więc z wyjaśnieniem, że wcale nie o to mi chodziło. Wręcz przeciwnie: moim zdaniem to co ci dwaj, a przy okazji pewnie i cała grupa ich politycznych kolegów, zrobili, stanowiło gest jak najbardziej słuszny, tyle że wciąż mocno nieadekwatny. W momencie bowiem, kiedy ta – jak kto ma ochotę, niech sobie obejrzy odpowiedni film na youtubie – niemal jak z Titanica, orkiestra gra ów ponury szlagier, przez głupią ironię nazwany „Odą do radości”, w moim odczuciu najbardziej odpowiednią reakcją byłoby padnięcie na kolana i zainicjowanie wspólnego „Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna… teraz i w godzinę śmierci naszej, amen”.
W czym rzecz? Otóż ja, owszem, obejrzałem sobie ów fragment posiedzenia brukselskiego parlamentu, a przy okazji zniosłem pełne cztery minuty tego nieszczęścia, nie wiadomo dlaczego uznanego przez to dziwne towarzystwo za hymn Europy i naszły mnie dwie refleksje: pierwsza to taka, że gdyby coś takiego, jak owa „Oda do radości” skomponowali Page z Plantem, sprzedaż płyt zespołu Led Zeppelin spadłaby w jednej chwili o połowę, druga natomiast, że gdyby tę samą pieśń skomponował artysta – obecnie, jak się zadaje, w więzieniu za kompulsywne podpalanie kościołów – Bathory, Norwegowie natychmiast by go wypuścili na wolność, a fani artysty odprawiliby z tej okazji specjalną mszę. Chodzi mi o to, że ja bardzo uważnie, przez ponad cztery minuty, obserwowałem tych wszystkich posłów – w tym siedzącego Legutkę i stojącego tyłem Farage’a – ale też tę nieszczęsną orkiestrę, jak oni wszyscy starają się znieść tę nędzę, którą Beethoven w sposób oczywisty i bezdyskusyjny skomponował wyłącznie po to, żeby pokazać światu, jak on potrafi być szyderczy, i nagle sobie uzmysłowiłem że trudno naprawdę o lepszy symbol tego, czym jest ta cała Unia. Oto widzimy grube setki tej autentycznie ludzkiej nędzy, jak stoją wyprostowani, w pozycji na baczność, i oddają hołd Diabeł jeden wie, czemu, lub komu, i myślę, że już wszyscy wiemy, że to jest już koniec. Dalej już tylko przepaść.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod tym co zawsze adresem www.coryllus.pl gdzie oprócz tego co dotychczas sprzedajemy najnowszy numer „Szkoły nawigatorów” z moim tekstem o soli. Rewelacja! Również, zgodnie z naszą niewesołą tradycją, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga po podanym obok numerem konta. Bez tej pomocy, nie żyjemy.

czwartek, 3 lipca 2014

Odpieprzcie się od Korwina!

Obiecywałem wprawdzie, że się zamknę, jednak jadę sobie tym pociągiem do Warszawy, a następnie dalej na wschód, syn mój poszedł spać, pan, który z nami jedzie, również, to i co ja mam robić? Grać w gry na telefonie? Czytać kolejne komentarze na blogu Lexblue, w których ta banda zawistnych durniów odkrywa kolejne splagiatowane rzekomo przez mnie fragmenty z Wikipedii? Bez przesady. Swoją drogą, z tego co tam zobaczyłem wczoraj wieczorem, wynika, że oni są na prostej drodze do tego, by napisać pismo do Roya Moxhama z donosem, że Gabriel Maciejewski wydał tłumaczenie jego książki i istnieje podejrzenie, że nielegalnie.
A więc wychodzi na to, że jednak nie udało mi się dotrzymać swojej obietnicy nawet przez jeden dzień. Pojawiła się bowiem właśnie informacja, zilustrowana przez telewizję TVN24 odpowiednim filmem i odpowiednio skomentowana przez całą kupę specjalistów, że Janusz Korwin-Mikke wygłosił w brukselskim parlamencie swoje inauguracyjne przemówienie i zrobił z siebie durnia. Na czym ów wstyd ma polegać? Na tym mianowicie, że Korwin podczas swojego przemówienia zachowywał się rzekomo, jak porażony przez tremę wariat, a jego angielski był tak zły, że nawet przewodniczący Schultz, a więc człowiek, który zna angielski perfekt, a i również poseł Sariusz-Wolski, a więc ktoś kto jest jeszcze bardziej językowo kompetentny od Schultza, nie byli w stanie go zrozumieć.
Niedawno dość, ale jeszcze przed wyborami, pisząc na temat niespodziewanej medialnej kariery Janusza Korwina-Mike, zwróciłem uwagę na fakt, że on od kilku już lat pogrąża się w jakiejś ciężkiej nerwicy, która się manifestuje między innymi szaleńczym rozbieganiem i mową tak chaotyczną, a zatem jego powrót do telewizji jest co najmniej zaskakujący. W końcu jaki jest sens sadzać przed kamerą kogoś, kto mówi tak szybko, że nie ma sposobu go zrozumieć, a zachowuje się tak dziwnie, że nawet tych pojedynczych, w miarę czytelnych, słów i tak nikt nie słyszy, bo wszyscy wpatrują się już tylko w tę twarz? Wspomniałem o tym jednak nie po to, by z Korwina szydzić, ale by pokazać, że to iż on nagle jest tak eksploatowany medialnie, nie jest związane z tym, co on ma do powiedzenia, ale z zadaniami znacznie poważniejszymi.
Wystąpił więc wczoraj czy przedwczoraj poseł Mike w parlamencie w Brukseli i był dokładnie taki jak zawsze. Szaleńczo roztrzęsiony, z prędkością karabinu maszynowego, w języku angielskim oczywiście, odczytywał z kartki kolejne słowa, treść tego wystąpienia, o ile zdołałem się zorientować, dotyczyła tego, o czym mistrz Korwina, Rush Limbaugh, mówił już jakieś 30 lat temu, a więc że globalne ocieplenie to humbug, a więc mieliśmy Korwina jakiego znamy od lat, w pełnym HD i w Dolby Surround, czyli wariata klepiącego stare klisze, interesujące wyłącznie dla ledwo co wchodzących w świat kłamstwa i zbrodni dwudziestolatków, a ci kretyni przychodzą, pochylają się nad nami i szepcą nam do ucha: „Widzicie? Wybraliście do Europejskiego Parlamentu człowieka, który nie umie nawet mówić po angielsku. Jakiż to wstyd!”
Otóż chciałem tu wszystkich zapewnić, że Janusz Korwin-Mike ma znacznie więcej na sumieniu niż kiepską znajomość języka angielskiego. Powiem więcej, gdyby on na wszystkich pozostałych poziomach był tak solidny, jak w tym angielskim, ja bym z czystym sercem na niego głosował. Moim zdaniem, Korwin-Mike angielskiego wprawdzie nie zna tak dobrze, jak by mógł, ale z całą pewnością lepiej, niż ci wszyscy, którzy się dzisiaj z niego śmieją, natomiast posługuje się nim dokładnie tak samo sprawnie, jak językiem polskim. A to w jego sytuacji wystarczy.
Kilka razy już wcześniej pisałem na temat owego buractwa, które prezentują dziennikarze naszych głównych mediów, ale też wszelkiej maści komentatorzy, gdy na scenę wchodzi język angielski. Pamiętam, jak swego czasu, Marek Król, kiedyś sekretarz KC, a dziś dziennikarz niepokorny, na temat owego zażenowania, jakie każdy z nas powinien czuć, nie znając języka angielskiego, spłodził cały felieton i w tym jednym felietonie zrobił cztery najróżniejszego rodzaju błędy. Pamiętam jak redakcja TVN24 wysłała na posłów jakąś cizię, która miała ich egzaminować ze znajomości języka i wszystko się skończyło tak, że żaden z nich, słysząc, co ona wyprawia, nie był w stanie się choćby na moment skupić. Pamiętam nawet, jak przez cały tydzień cała redakcja TVN24 szydziła z Palikota, że on pomylił słowo „Greece” ze słowem „Greek”, a więc zrobił coś, co każdy z nich robi kilka razy dziennie, wciąż i od nowa. I ci sami dokładnie ludzie i ich znajomi śmieją się dziś z Korwina, że on się skompromitował przed tym opętanym Odą do Radości towarzystwem, bo mówi źle po angielsku?
Nic z tego, moi państwo. Ja mam swoje rachunki z Korwinem-Mike, i to są rachunki bardzo poważne, i bardzo wam jestem wdzięczny, że próbujecie tę moją do niego niechęć wspierać, ale proszę, nie próbujcie mnie tu zachodzić od tyłu, bo ja mam oczy wszędzie.
To tyle. Tym razem już nic nie obiecuję, a więc powiem tylko, do usłyszenia. Oczywiścei, jak zwykle bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy gest, serdecznie i szczerze dziękuję.

środa, 2 lipca 2014

Do Sławatycz i do Kodnia i do lat, które nie wrócą

Kiedy kończył się PRL, my byliśmy małżeństwem od paru zaledwie lat, a nasza córka ledwo nauczyła się chodzić i coś tam mówić, pod pewnymi względami moje życie nigdy wcześniej i chyba też nigdy już później nie było tak wygodne i beztroskie. Zaledwie parę lat wcześniej ukończyliśmy studia, a ponieważ angliści wówczas stanowili zawód pierwszego zainteresowania, kto wie, czy nie bardziej nawet niż lekarz, prawnik, czy inżynier budownictwa, nawet nam w głowie nie było, żeby za przysłowiowe grosze iść pracować do szkoły. Ja więc zarejestrowałem firmę „Biuro tłumaczeń języka angielskiego”, i zacząłem albo tłumaczyć, albo uczyć prywatnie, moja żona zajęła się wychowywaniem dziecka, a niekiedy też i udzielaniem lekcji, i wydawało się, że w ten sposób szczęśliwie dociągniemy do późnej starości w dobrobycie, który będzie nam wypełniał wolny czas.
Były to dni, kiedy całe lato regularnie spędzaliśmy w Przemyślu, wydając pieniądze i używając życia, a wczesną jesienią braliśmy nasze dziecko i jechaliśmy do Rycerki do pewnego pana Stefka Kurowskiego i tam również używaliśmy życia i wydawaliśmy zarobione w ciągu roku pieniądze. I tak mijały lata, potem przyszła III RP, pamiętam, że jeszcze w roku 95 czy 96 pojechaliśmy już z trójką dzieci na trzy tygodnie do Walii i Londynu… i jakoś tak chwile później, w tamtych właśnie latach wszystko zaczęło się gwałtownie kończyć.
Wspomniałem o wakacjach, że wówczas były one dla nas czymś równie naturalnym, jak całoroczna praca. Pamiętam, jak przez pewien czas pracowałem w takiej przykościelnej instytucji pod nazwą „Kana”, gdzie w ciągu roku szkolnego uczyło się dzieci z biednych rodzin języków i obsługi komputera. Przychodziły wakacje, lekcje były zawieszane, a myśmy wyjeżdżali do Przemyśla. A ja pamiętam, jak któregoś dnia ksiądz, który zajmował się tą szkołą od strony organizacyjnej, zaproponował mi, że oni mi dadzą tam etat, ale pod warunkiem, że ja będę normalnie w wakacje przychodził do pracy. Ja go pytałem: „Po co, skoro tam w wakacje i tak nie ma dla mnie nic do roboty?”, ale z nim, normalnie, jak to z księdzem, rozmowy nie było, no i w końcu się pożegnaliśmy, bo ja, pomijając już cały absurd tej propozycji, sobie roku bez dwóch miesięcy wakacji nie wyobrażałem.
Jutro wyjeżdżam do siebie na wieś. Na tydzień. I to jest i tak sukces, biorąc pod uwagę, że w zeszłym roku byłem tam zaledwie przez cztery dni. Ale i tak jednocześnie regres, biorąc pod uwagę, że w zeszłe wakacje w sierpniu pojechaliśmy jeszcze na tydzień do Anglii na zaproszenie naszego kumpla Tobiasza11. Tak czy inaczej, owe dwa miesiące laby sprzed lat to już melodia przeszłości, która nie wróci. A z drugiej strony ten tydzień spędzony od jutra na mojej wsi, to jest coś, czego nie zastąpiłby nawet ów biustonosz firmy Triumph dla mojej żony, o którym wspominałem w jednej ze swoich książek. Bo dopiero teraz potrafię docenić każdą chwilę z tych dni, które przede mną.
Jedziemy jutro z moim synem do Sławatycz i jestem zdeterminowany, żeby poczuć każdą sekundę ze spędzonych tam chwil. I jestem pewien, że ją poczuję. Zobaczę ten kościół i tę cerkiew, stojące zgodnie i dokładnie obok siebie, zobaczę te brzozy, te łąki, te rzekę, to tak zwane „wyniesienie”, o którym uczyliśmy się na geografii w liceum, tych ludzi i poczuję ten zapach; pojadę do Kodnia, żeby się wyspowiadać u stóp Matki Boskiej skradzionej przed laty przez księcia Sapiechę z samego Rzymu i u Jej stóp przyjąć Komunię, a potem wrócę. I już więcej nigdzie w tym roku nie wyjadę.
Myślę, że przez ten tydzień nie napiszę żadnego tekstu. Z tego co dziś już widzę, i tak codziennie będę miał te swoje lekcje na Skypie i uważam, że to i tak więcej, niż to, na co mnie aktualnie stać. No a jeśli się uda, to się odezwę. Kto wie? Kto wie? Na razie jednak proszę mnie zrozumieć i dać mi ten tydzień. Dziękuję. Do zobaczenia.

Przy okazji zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można już kupić najnowszy numer Kwartalnika z absolutnie fantastycznym tekstem na temat wielkiego żywopłotu w kolonialnych Indiach. Jedyny dotychczas na ten temat w języku polskim. Poza tym przypominam, że do wyczerpania nakładu, który już tuż tuż, obie książki Toyaha sprzedawane są po wyjątkowo atrakcyjnej cenie, 15 złotych za egzemplarz. Proszę jednocześnie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 1 lipca 2014

O soli, która zabija i która wyzwala

Jak właśnie poinformował nas Gabriel Maciejewski, od dziś w jego księgarni jest do kupienia trzeci numer znakomitego kwartalnika „Szkoła Nawigatorów”. Dla mnie stanowi to tym większą satysfakcję, że w tym właśnie numerze znajduje się mój tekst traktujący o pewnym niezwykłym, wysokim i szerokim na cztery metry, ciągnącym się w czasach swojej świetności przez 3 tys. kilometrów, żywopłocie. Tekst, jakiego, o ile mi wiadomo, w języku polskim dotychczas nie było. Jednocześnie tekst, bez którego nikt z nas do końca nie ma pojęcia, o co chodziło Ghandiemu, kiedy 6 kwietnia 1930 roku, stając nad brzegiem oceanu i wznosząc do góry to swoje ziarno soli ogłaszał koniec Brytyjskiego Imperium. Oto na zachętę bardzo króciutki fragment wspomnianego tekstu. Po resztę, zapraszam na stronę www.coryllus.pl

To co przedstawię poniżej może dla części z nas zabrzmieć, jak jakaś kompletnie surrealistyczna fikcja, ale stanowi najczystszą, historycznie potwierdzoną, prawdę. Oto Allan Octavian Hume, Wielki Komisarz Wewnętrznej Linii Celnej, zabierając się z pasją do swojej pracy, oszacował najpierw, że budowa każdej mili dotychczas funkcjonującego „żywopłotu” wymagała użycia 250 ton materiału, który musiał zostać wcześniej dostarczony na miejsce z odległości niekiedy nawet aż 10 kilometrów. Ilość pracy, która była wkładana w tego typu przedsięwzięcie, no i konieczność regularnej, niemal rok po roku, wymiany praktycznie połowy „żywopłotu”, jednoznacznie zachęcała każdego rozsądnego człowieka do stworzenia projektu, który okazałby się wydajniejszy, no a przede wszystkim znacznie bardziej ekonomiczny, no i wówczas Hume rozpoczął dzieło swojego życia, a mianowicie budowę Wielkiego Indyjskiego Żywopłotu.
W roku 1869 Hume – ornitolog i ogrodnik – wiedząc oczywiście, że jeśli mamy za zadanie utworzyć naturalny mur, który nie przepuści z jednej strony na drugą żadnej żywej istoty, trzeba ów mur zbudować z elementów, które nawet jeśli owej istoty nie zabiją, to ją przynajmniej odpowiednio poranią. Następnie, aby skutecznie sprawdzić, które z nich będą najlepiej przyjmowały się w jakim rodzaju ziemi, rozpoczął eksperymenty z najróżniejszymi miejscowymi ciernistymi krzewami. W wyniku tych prac, udało się Hume’owi doprowadzić do tego, że podstawowa część żywopłotu była skonstruowana z indyjskiej śliwki i kilku innych ciernistych roślin, w tym również wilczomlecza, którego ukłucie powoduje ciężkie zapalenia skóry (w sam raz na niesfornych miłośników taniej soli). Tam gdzie warunki były tak ciężkie, że praktycznie nic nie rosło, Hume wpadł na fantastyczny pomysł, że jeśli posadzi tam opuncję, to ona doskonale spełni swoje zadanie. Tam natomiast, gdzie ziemia była zbyt marna nawet na opuncję, Hume zdecydował, by teren przekopać i nawieźć w to miejsce lepszą, bardziej żyzną ziemię. Wszystko po to, by żaden przemytnik nie był w stanie znaleźć choćby pojedynczego miejsca, gdzie dałoby się tę sól bezkarnie i bezboleśnie przetransportować. Tak więc ostatecznie to Hume’owi należą się wszelkie zaszczyty za stworzenie wręcz doskonałej, naturalnej bariery, która pod koniec jego urzędowania liczyła niemal 1000 kilometrów wspaniałego żywopłotu, w większości tak gęstego i niebezpiecznego, że praktycznie uniemożliwiającego przejście, w żadnym miejscu niższego niż na 2,5 metra i metr szerokości, a w niektórych miejscach dochodzącego do wysokości niemal 4 metrów i szerokiego na ponad 4 metry.
Sam Allan Octavian Hume, kiedy już mógł spojrzeć na swoje dzieło obiektywnym okiem, stwierdził bez fałszywej skromności, że to co udało mu się zbudować, stanowi zaporę niemożliwą do przejścia dla „jakiegokolwiek człowieka, czy zwierzęcia”.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...