środa, 2 kwietnia 2025

Peggy Noonan: Ofiarna Dusza

 

Peggy Noonan to słynna konserwatywna amerykańska dziennikarka, znana przede wszystkim ze swoich felietonów, od wielu już lat publikowanych w „Wall Street Journal”, ale może jeszcze bardziej – przynajmniej z punktu widzenia tych, którzy mają wystarczająco dużo lat, żeby pamiętać – przez to, że to ona właśnie w czasie prezydentury Ronalda Reagana była autorką jego przemówień, i to ona też napisała Prezydentowi tekst słynnego przemówienia wygłoszonego w reakcji na pamiętną katastrofę promu kosmicznego Challenger.

Dziś obchodzimy 20 rocznicę śmierci świętego Jana Pawła II, i to jest dobry bardzo moment, żeby przypomnieć tu tekst Peggy Noonan, bardzo pobożnej katoliczki, napisany przez nią rok przed śmiercią Papieża, w którym chyba nikt tak jak ona nie przedstawił Go jako świętego jeszcze za życia. Przetłumaczyłem ten tekst z myślą o czytelnikach tego bloga i zachęcam dziś właśnie do skupienia, może szczególnie tych, którzy sobie ostatnio bardzo dworują z liczby 2137.

 

 

      Myślę, jak pewnie wszyscy ostatnio, o Janie Pawle II. Wczoraj, przez swój niedawny pobyt w szpitalu, papież nie pojawił się na uroczystościach Środy Popielcowej. Środa Popielcowa przypomina nam katolikom, że któregoś dnia odejdziemy z tego świata, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy. Kościół apeluje do nas, byśmy odnowili nasze życie duchowe, zrezygnowali z pewnych drobnych przyjemności i tę rezygnację ofiarowali Bogu, przynajmniej do wiosny i Świąt Wielkanocnych

      Przewlekła fizyczna choroba Papieża jest częścią długiego pożegnania, które niesie w sobie bardzo duże znaczenie. Chciałabym więc dziś opowiedzieć trochę o tym, jak niektórzy z nas starają się owo znaczenie rozumieć i jak ja sama miałam okazję widzieć Jana Pawła II 18 miesięcy temu.

      Kiedy go zobaczyłam, pomyślałam sobie: Oto święty o zachodzie słońca. Tyle że to wcale nie był wieczór, lecz wczesny poranek, jak czytam dziś z moich notatek, godzina 7.30, 2 lipca 2003 roku. Piękny poranek w samym środku najgorszej od stulecia fali rzymskich upałów. Miasto pogrążone w ciszy, ulice rozpalone.

      Setki nas zdążyły się już zgromadzić na Piazza Del Suffizo, w cieniu Kolumnady Berniniego, owych marmurowych kolumn, otaczających Plac Św. Piotra. Wiał lekki ciepły wiatr, a my, czekając aż pojawi się ten już właściwy, nie do zniesienia upał, wachlowaliśmy się zielonymi audiencyjnymi karnetami. Tłum był radosny – rozszczebiotane siostry zakonne, cykający zdjęcia turyści.

      Już za chwilę mieliśmy ujrzeć Papieża podczas jego cotygodniowej audiencji. Wśród nas: pielgrzymka dorosłych głuchoniemych w białych czapkach z daszkiem, z zawiązanymi wokół szyi jedwabnymi zielono-żółto-białymi watykańskimi chusteczkami, członkowie chóru z Archidiecezji St. Louis, grupa sióstr zakonnych z Małej Misji dla Głuchoniemych z Bolonii. Był też mężczyzna z Monterrey z żoną i dwójką dzieci. Wraz z gęstniejącym tłumem, znaleźliśmy się obok siebie i zaczęliśmy rozmawiać, jak byśmy się znali od zawsze.

      - Czemu tu przyjechaliście? – zapytałam.

      - Zobaczyć Papieża – odpowiedział człowiek z Monterrey – To jest najważniejszy chrześcijanin na świecie. Następca Jezusa.

      Gdy po paru minutach odczytałam mu ze swoich notatek jego słowa, poprosił, bym poprawiła: „To jest najważniejszy człowiek na świecie”.

      Rozmawiałam z kobietą w słomkowym kapeluszu, z szerokim, osłaniającym przed twarz słońcem rondem. Na szyi miała zawieszony wisiorek z wielką muszlą. Miała 45, może 50 lat i do złudzenia przypominała starszą już bardzo Gretę Garbo. Powiedziała, że jest na pielgrzymce. On i jej mąż, potężny mężczyzna z siwą brodą, wyruszyli z Austrii w maju, by po setkach kilometrów wędrówki szosą i wiejskimi drogami, zwiedziwszy dziesiątki sanktuariów maryjnych, 1 lipca dotrzeć do Rzymu. Pokazała mi swój dziennik z pielgrzymki, gdzie starannym, ładnym pismem opisała każdy kościół, który spotkali po drodze, a jej mąż niebieskim długopisem zrobił piękne rysunki katedr. Fotografował też wszystkie mijane pod drodze kapliczki, by potem wklejać starannie te zdjęcia do dzienniczka żony. – Niech pani spojrzy na to – powiedziała, wskazując na stronę, gdzie widniała karykatura jej okropnie zmaltretowanej stopy po sześciu tygodniach wędrówki, całej w śmiesznie przerysowanych odciskach. Obok narysowała jakieś kremy i bandaże, którymi opatrywała rany. Powiedziała mi, że przez cały ten czas nie spędzili jednego dnia bez Mszy Świętej. A po co tu przyszli?

      - Jak to, po co? Żeby zobaczyć il Papa! – odpowiedziała i zrobiła gest, jakby chciała dodać: To jest kulminacja.

      Przeszliśmy przez bramki z wykrywaczami metalu, które najwyraźniej nie działały – żadnego piszczenia, bzyczenia, ani jednej osoby, która robiłaby wrażenie, że nas obserwuje – a następnie zostaliśmy poprowadzeni szerokim chodnikiem tuż obok Placu Św. Piotra. (Później, kiedy tamtędy wracałam, młody ksiądz powiedział do mnie: „Naszym zdaniem on został ukrzyżowany gdzieś tutaj, pod nami”. Gdy, nie wiedząc, o co mu chodzi, pokręciłam głową, dodał: „Święty Piotr. To mogło się dziać dokładnie tu, pod nami”, i wskazał na chodnik.)

      Weszliśmy do Auli Pawła VI, potężnej betonowej struktury, robiącej wrażenie nowoczesnej jaskini, trochę jak te nasze typowe protestanckie kościoły na przedmieściach. Przed sceną ustawiono rzędy krzeseł. Ludzie przybywali pojedynczo i w grupach, najpierw setki, potem już tysiące. Szłam razem z nimi i słyszałam jak mówią po francusku, angielsku, niemiecku, po czesku. Widziałam grupy z Zachodniej Afryki, Niemiec, Polski, Szkocji, Portugalii i Brazylii. Z Rumunii przybył chór kobiet w średnim wieku, które zasiadłszy na swoich miejscach, zaczęły nagle cichutko śpiewać. Kiedy skończyły, rozległ się donośny śpiew mieszanego, 30-osobowego chóru z Białegostoku.

      Nagle z samego przodu dał się słyszeć jakiś szum. Do sali wbiegło tańcząc kilkadziesiąt afrykańskich kobiet w długich, białych bawełnianych szatach, śmiejąc się i klaszcząc. Na obszyciu ich sukni widniała informacja, że przybyły z Archidiecezji Freetown w Sierra Leone. Usiadły tuż obok dzieci z katolickiej szkoły w Rwandzie, również klaszczących i potrząsających tamburynami.

      A ja sobie pomyślałam: Jest tu cały Kościół.

      Sala się rozkołysała. Tu okrzyki, tam bębny, gdzieś z tyłu jakiś amerykański spiritual. Jedni przejmowali dźwięk tych, co śpiewali wcześniej, tak że najpierw mieliśmy grupę z Santo Domingo, a kiedy ci kończyli, piosenkę kontynuował ubrany w białe fraki chłopięcy chór z Polski, po nich z kolei słychać już było bębny amerykańskich Indian, którzy w swoich tradycyjnych strojach i ogromnych pióropuszach wyglądali jak cudowne ptaki. A ja, kiedy te dźwięki odbijały się od siebie echem, tak się wzajemnie wspierając, pomyślałam sobie, że ta właśnie publiczność, taka różnorodna, a jednocześnie pozostająca tak bardzo razem, stanowi żywy symbol powszechnego Kościoła na całym świecie.

      I nagle coś się zaczęło dziać. Na scenę weszło dwóch szwajcarskich gwardzistów, w fioletowo-pomarańczowych mundurach, czerwonych pióropuszach na czarnych hełmach i z metalowymi pikami, i sztywno wyprostowani stanęli na środku. Rozległy się wiwaty.

      Po nich pojawił się wachlarz kardynałów ubranych na czarno, w czerwonych lub purpurowych stułach. Następnie dwóch papieskich szambelanów w białych frakach.

      Spojrzeliśmy w lewo od sceny. Coś się działo.

      No i to był on, Papież, 20 minut przed czasem. Kobieta obok mnie, najwyraźniej doświadczony uczestnik audiencji, zaśmiała się.

      – Ostatnio nie każe na siebie długo czekać – wrzasnęła do mnie, próbując przekrzyczeć hałas.

      Papież wjechał na scenę w brązowym, drewnianym krześle, zawieszonym na czymś, co przypominało drewnianą platformę na małych kółkach. Jechał bardzo powoli. Cała konstrukcja wyglądała trochę jak tron na kółkach, a trochę jak ów pojazd używany w wielkich sieciowych sklepach z towarem dla domu, gdzie niekiedy trzeba coś zdjąć z górnych półek. A więc z jednej strony jak coś naprawdę praktycznego, ale też tak bardzo absurdalnego.

      Ubrany na biało, lekko pochylony do przodu. Biała sutanna, biała piuska, biała stuła ze złotymi frędzlami. Kiedy pojazd znalazł się na środku sceny, w jednej chwili otoczony został przez tłum asystentów i kardynałów, którzy pomogli Papieżowi wstać, złapać równowagę i przenieść się na biały, wygodny fotel z wysokim oparciem, który następnie obrócono przodem do sali.

      Spojrzał na nas, a my na niego. Jego twarz… Boże! Ta jego twarz.

      Pomyślałam sobie w jednej chwili o tamtej dziewczynce z ostatniej papieskiej wizyty w Kanadzie dwa lata wcześniej. Było to dziecko może szczęścioletnie, które musiało przecież pamiętać to, co mówili jej rodzice, a mianowicie że papież to najwspanialszy człowiek na ziemi, i to, że oni ją tam specjalnie przyprowadzili na tę wielką mszę na stadionie, i że ona została specjalnie wybrana z tylu innych dzieci, by wręczyć Papieżowi kwiaty. Podeszła więc do niego z tym bukiecikiem, wyciągnęła rękę, a on wtedy nachylił się do niej. No i ona wtedy się odwróciła i z płaczem uciekła ze sceny. Bo był taki stary, jego głowa była taka wielka, a kark i plecy tak strasznie zgarbione, a przez to, że cały ów wysiłek, by unieść głowę, by można było ujrzeć jego twarz, stworzył na jego obliczu tak dramatyczny grymas. I jeszcze ta okropna choroba Parkinsona, która sprawia niekiedy, że wygląda na zagniewanego, złorzeczącego, czy choćby tylko smutnego. No więc ta biedna dziewczynka uciekła.

      Tłum powstał z miejsc, entuzjazm nie ustawał. Mimo to czuło się już pewną rezerwę, jak gdyby część tej radości sprzed audiencji gdzieś wyparowała.

      Sutanna była nieco zbyt krótka, jakieś 15 centymetrów ponad ziemię, odsłaniając jego bawełniane, sportowe skarpetki i znoszone brązowe buty. Oto Papież, który, jak zwykły człowiek, zakłada proste wysłużone trzewiki, a nie tradycyjne papieskie pantofle z jedwabiu.

      – Kochamy Cię, Ojcze! – ktoś krzyknął. – Kochamy Cię Ojcze Święty!

      Z ogromnym wysiłkiem uniósł głowę, a my usiedliśmy i w tym momencie zdałam sobie sprawę z sensu oświadczenia, wydanego przez Watykan tydzień wcześniej, tuż po tym, jak przyjechałam do Rzymu. Ojciec Święty, jak stwierdziło biuro prasowe, tego lata nie będzie już tak jak wcześniej wędrował po górach, ale spędzi urlop na pisaniu wspomnień z czasów swojej młodości. Cały Rzym wrzał od zachwytów: jakież to niesamowite, że tak stary człowiek w swoim wolnym czasie będzie pisał książkę. I nikt jakoś nie zauważył tego, co zostało ukryte w owym oświadczeniu, tego mianowicie, że jego nogi są zwyczajnie niesprawne. Oczywiście, że nie pojedzie w góry.

      Kiedy wspomniałam o tym nieco później znajomemu księdzu, ten się zaśmiał. Powiedział mi, że Jan Paweł II stał się ostatnio bardzo przeczulony na punkcie spekulacji dotyczących jego choroby, i niedawno nawet trochę ironicznie poskarżył się pewnemu amerykańskiemu kardynałowi: „Powiedz tym swoim amerykańskim dziennikarzom, że Papież nie potrzebuje nóg, żeby rządzić Kościołem”.

      Ze zwykłych notatek, które trzymał w ręku, odczytał nam parę zdań. Głos miał niewyraźny i zachrypnięty. Kartki drżały w dłoniach. Mówił po włosku, a czuły mikrofon bardzo wyraźnie przenosił jego ciężki oddech.

      Wśród zebranych nastąpiło poruszenie. I wtedy zaczął mówić po polsku, jego głos nabrał mocy, a na sali, choć większość przecież nie rozumiała ani słowa, zapanowała cisza, i wszyscy pochylili się do przodu.

      Ręka drżała mu strasznie. Gdy tłumacz powtarzał jego słowa, pochylił głowę i oparł podbródek na lewej dłoni, jakby chciał opanować drżenie.

      A potem odkaszlnął i zaczął mówić po angielsku. Jednak jedyne, co byłam w stanie zrozumieć, to „duch Błogosławieństw”. Później przeczytałam doniesienia Associated Press na temat tego, co Papież do nas mówił. Tematem tych rozważań był Psalm 145, który on nazwał „pieśnią na chwałę poranka”. Kończy się on, powiedział „proklamacją panowania Boga nad historią człowieka”. Przypomina nam, powiedział, że „Pan będzie panował na wieki”.

      Dzieci z Santo Domingo zaintonowały starą piosenkę: Juan Pablo, Segundo, el padre de el Mundo, a on uniósł prawą dłoń, jakby chciał powiedzieć, że wszystko słyszy. Jednak te jego słynne dawne żarty, kiedy to przywoływał dzieci witające go w Nowym Jorku i Chicago, i wołał: „chodźcie do mnie, chodźcie”, teraz już nie wchodziły w grę.

      A mimo to, kiedy go obserwowałam, uświadomiłam sobie, że nie umiem na niego patrzeć, jak na człowieka słabego i chorego. Widziałam go, jako kogoś, kto jest zaledwie uwięziony w jakimś zewnętrznym, niezależnym od niego zupełnie, bezruchu. Kogoś, kto tak naprawdę wewnątrz wciąż pozostaje Janem Pawłem.

      I wtedy sobie pomyślałam: To jest ofiarna dusza. Jego cierpienie ma sens.

      Przez ten ból ona nas chce czegoś nauczyć.

      Pośpiewał nam jeszcze troszeczkę, jak siedzący na słońcu staruszek. Większość nie była nawet w stanie odcyfrować słów tej piosenki, tyle że on to robił dla nas, a w tym było coś tak bardzo pięknego i wzruszającego, że zwróciłam się do znajomej i powiedziałam: „Czy słyszysz, jak śpiewa człowiek święty?” Wdychałam ten śpiew, pozwalałam, by wpływał do moich uszu i już tylko marzyłam, by móc zakryć je dłońmi i zatrzymać je tam został na zawsze.

       I wtedy Jan Paweł uczynił znak krzyża. Kardynałowie wrócili, uklęknęli przed nim i ucałowali pierścień. Grupa amerykańskich Indian też weszła na scenę, by mu się pokłonić. Po nich też pojawiło się kilkadziesiąt par w ślubnych strojach, prosząc o błogosławieństwo. A na samym końcu, na wózkach inwalidzkich i na szpitalnych łóżkach wwieziono grupę dzieci i dorosłych.

      Zawsze, gdy idzie o Jana Pawła, mam wrażenie, że gdyby on tylko mógł ograniczyć liczbę ludzi, z którymi się spotyka i którym błogosławi, do tych, których lubi najbardziej, nie byliby to ani kardynałowie, ani książęta, ani kongresmeni, ale siostry zakonne z jakichś zapomnianych zgromadzeń i dzieci z zespołem Downa. A zwłaszcza te dzieci. Bo one ucierpiały najbardziej i ponieważ w jakiś niezwykły i przedziwny sposób one rozumieją znacznie więcej, niż większość ludzi. Wszyscy inni, mniej lub bardziej splątani jesteśmy swoimi ambicjami, by realizować jakieś najbardziej niezwykłe plany, podczas gdy ci najbardziej skromni i bezradni potrafią przyjąć najważniejsze przesłanie w sposób najbardziej głęboki i otwarty: Bóg nas kocha, Jego miłość nas otacza, pozwolił, byśmy Go też kochali, bawili się z Nim, służyli Mu i byli szczęśliwi.

      Znam kobietę, która miała okazję pracować z ludźmi upośledzonymi. Dzieci z zespołem Downa prosiły ją, by im pozwoliła rozczesywać swoje długie blond włosy, a następnie się w nich zanurzały i ginęły w tym ich pięknie. Dotykały tych włosów, rozdzielały i przedzierały się przez nie, jak przez jakieś zasłony. Potrzeba naprawdę wielkiego duchowego geniuszu, by w długich blond włosach odnaleźć niebo. A one to wiedziały. I Papież wie, że one wiedzą.

      I wtedy audiencja dobiegła końca. Znów pojawiło się całe mnóstwo kardynałów i osób towarzyszących i otoczyli Papieża. Unieśli go z fotela, przenieśli z powrotem na ten niby tron na kółkach, a następnie zwieźli go ze sceny.

      A on odwrócił się do nas raz jeszcze, uniósł prawą rękę i uczynił ledwo widoczny znak krzyża. I wtedy Polacy na sali zaczęli śpiewać piosenkę, której treść sięgała samych początków, prawdziwy znak czasów sprzed 25 lat, kiedy to Jan Paweł po raz pierwszy stanął na balkonie w Watykanie i spojrzał na świat. Śpiewali mu ją na każdym przystanku jego tak długiego pontyfikatu, w dobrych i złych czasach: „Sto lat, sto lat, niech żyje nam”.

      Zostałam do samego końca, jakieś dwie godziny, a potem obróciłam się, by spojrzeć na twarze ludzi stojących za mną, tak bym mogła je później dokładnie opisać… i aż mną wstrząsnęło. Bo już niemal nikogo nie było. Większość, może dwie trzecie, zdążyła już wyjść. Oni wyszli jeszcze zanim nawet sam Papież zjechał ze sceny. Zupełnie jakby skasowali bilet – no to zobaczyliśmy dziadka – i ruszyli w dalszą drogę, obejrzeć sobie koty w Koloseum.

      Jego całe życie stanowi dziś pożegnalną trasę. On świetnie wie, że oni przychodzą go zobaczyć trochę po to, by móc powiedzieć: „Widzieliśmy Jana Pawła Wielkiego”. W ten sposób wokół niego wciąż panuje pewien półmrok, od którego nie ma ucieczki.

      Wybuch radości i smutku zaznaczy jego odejście. Radości, ponieważ nadchodzi czas, by któryś z młodszych papieży odcisnął swoje piętno na naszych czasach. Smutku, bo to jest prawdziwy mocarz, ostatni papież starego wieku. I jeszcze coś. Po nim przyjdzie już prawdziwy, nowoczesny świat, ten zupełnie już nowy, świat po 11 września, i do gry zostaniemy zaproszeni wszyscy. On był ostatnim owocem starego świata. Jego obecność była równie prawdziwa i niewzruszona, jak sam Watykan.

      Jego cierpienie świadczy za niego. Ono ma swój cel. Ono chce nam coś powiedzieć. Wczoraj, kiedy sobie o tym myślałam i wspominałam tamtą audiencję, zadzwoniłam do wybitnego pisarza i myśliciela Michaela Novaka i poprosiłam go, by trochę pomyślał za mnie. Otóż Święta Teresa z Lisieux, przypomniał mi, wierzyła, że jej cierpienie może pomóc innym. A zatem brała ona wszystkie swoje chwile bólu, gniewu, czy smutku i ofiarowała je Bogu, wierząc, że w ten sposób one zjednoczą się z bożą miłością, a więc z czymś nieskończenie potężnym, co istnieje wyłącznie dla ludzkiego dobra. Prosiła Boga, by przyjął od niej to cierpienie i użył go w ten sposób, by pomóc misjonarzom na całym świecie. Wiedziała, powiedział mi Novak, to co wiedział Dostojewski: świat jest otoczony rodzajem sieci, sieci bardzo energetycznej, w której wszyscy jesteśmy zjednoczeni w naszym cierpieniu i w naszej miłości. Kiedy oddasz jej wszystko co posiadasz, masz swój udział w komunii miłości na całym świecie.

      Teresa była karmelitanką. Novak opowiedział mi o tym, co kiedyś zaobserwował George Weigel, że Papież mianowicie ma karmelitańską duszę, duszę, która znakomicie się czuje w karmelitańskiej tradycji codziennego mistycyzmu.

      Więc cóż takiego mówi nam cierpienie Papieża? Kilka rzeczy, powiedział mi Novak. Mówi nam, że w czasach, które obecnie przeżywamy, ważne bardzo jest, by szanować cierpienie ludzi starych i słabych. On chce, byśmy wiedzieli, że oni wszyscy mają swoje miejsce na tym świecie i ich życie ma sens. I nie tylko to mówi. On tym żyje. W młodości był aktorem, a więc jego nauczanie odbywa się trochę też i przez demonstrację, przez sam fakt, że on jest. Jego cierpienie to dramat, którym on żyje zupełnie świadomie. Jan Paweł opowiada się za życiem – za wszystkim co je stanowi. Pragnie oddać szacunek temu, czego świat nie szanuje.

      W takim razie, czemu, zapytałam, Bóg dopuszcza, by człowiek, którego z pewnością bardzo pokochał, musiał iść przez życie aż tak cierpiąc? Przecież mógł go wziąć do Siebie lata temu. Może, odpowiedział Novak, Bóg pragnie nam pokazać, jak bardzo nas kocha, a robi to każdego dnia, pozwalając, by to właśnie Papież nam pokazał, jak to on nas bardzo kocha. Jezus, cierpiąc na krzyżu, był bliski upadku, a mimo to pozostał tam do końca.

      I to mi przypomniało coś, co Papież powiedział komuś bardzo sobie bliskiemu, gdy parę lat temu pojawił się temat, by może przeszedł na emeryturę: „Chrystus nie zszedł z krzyża”. Chrystus odszedł, gdy się wykonało.

      Novak zauważył też, że Jan Paweł II często wspominał o potrzebie zaleczenia tysiącletniej rany w relacjach między Kościołami Wschodu i Zachodu. On wierzy, że jego misja nie skończyła się wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, i że ona wciąż obejmuje próby naprawienia tego, co tak bardzo podzieliło Rzym, Konstantynopol i Moskwę. Powiedział Novak, że kto wie, czy to cierpienie nie jest poświęcone Bogu po to właśnie, by pogodzić oba Kościoły.

      - On będzie naprawdę bardzo nieszczęśliwy, jeśli umrze, nie pojechawszy z wizytą do Moskwy – powiedział Novak. – I możliwe, że Święty Piotr w związku z tym będzie musiał wiele wycierpieć.




środa, 26 marca 2025

Czy jebanie PiS-u może się stać passé

 

      Bardzo mocno ostatnio zaczynam podejrzewać, że dylematy, którymi się tu z nami niekiedy dzieli – ostatnio zaledwie kilka dni temu – nasz bardzo dobry znajomy i kolega, wybitny psychoterapeuta Gerard Warcok, stają się coraz częściej dylematami wielu z nas. A chodzi mianowicie o ową straszną kwestię wyrażaną pytaniem: Dlaczego ludzie tak chętnie popierają nie dość że zło, to jeszcze zło, które im jednoznacznie i w bezpośredniej perspektywie szkodzi. Mój drogi kolega Gerard przedstawił swoją teorię już parokrotnie, za każdym razem coraz bardziej precyzyjnie, ja jednak, nie będąc specjalistą od ludzkich dusz i umysłów, również chciałbym dorzucić do tego swoje trzy marne grosze, z nadzieją, że niewykluczone jest, iż odpowiedź na dręczące nas pytanie, choć nie jednorodna, nie jest wcale aż tak trudna, jak by się mogło wydawać.

      Otóż, gdy zastanawiam się nad owym okrutnym podziałem naszego – ale przecież nie tylko naszego – społeczeństwa, bo do tego w gruncie rzeczy cały problem się sprowadza, dochodzę do wniosku, że ci wszyscy ludzie, których umysły pragniemy przeniknąć, tworzą trzy grupy. Pierwsza z nich – mam nadzieję, że ona jest jednak stosunkowo nieliczna – to ci, którzy do tego stopnia nienawidzą wszystkiego tego, co jest reprezentowane przez Jarosława Kaczyńskiego i każdy jego projekt – że gotowi są poświęcić niemal wszystko, włącznie z własnym zdrowiem, z życiowym komfortem i zwykłą radością życia, byleby doczekać widoku owego Kaczyńskiego, jak w straszliwych cierpieniach umiera gdzieś pod cmentarnym płotem, czy wrzeszczy z bólu gwałcony przez współwięźniów za murami więzienia. Kultywowana przez nich nienawiść do tego stopnia wyklucza jakiekolwiek racjonalne myślenie, że nawet wtedy, gdy hordy czarnego bydła będą im niszczyć samochody i gwałcić żony i córki, ich jedyną reakcją będzie okrzyk „Jebać PiS”.

      Oczywiście jestem bardzo ciekawy dowiedzieć się od osób lepiej zorientowanych w meandrach ludzkiej psychiki, jak się nazywa ów kompleks i jakie mogą być jego zewnętrzne i wewnętrzne przyczyny, natomiast, nie jestem pewien, czy powinniśmy sobie zawracać tymi ludźmi głowy, poza może modlitwą i to tylko, gdy chodzi o osoby nam najbliższe.

      Drugą grupę i prawdopodobnie dominującą, stanowią wszyscy ci, którzy niekoniecznie interesują się polityką i w ogóle światem, ale mają w domu internet i telewizor, ale też znajomych, z którymi lubią sobie porozmawiać na tematy krążące po wspólnie odwiedzanych różnego rodzaju publicznych przestrzeniach. Prowadzą więc między sobą rozmowy o polskich komediach, kabaretach, telewizyjnych serialach, o nowej książce któregoś ze znanych polskich autorów, o wakacyjnych planach, ale też o tym, co usłyszeli poprzedniego wieczoru w Faktach TVN, albo usłyszeli w radio w drodze do pracy i z pracy, ewentualnie przeczytali w tygodniku „Angora”.

      Oni oczywiście nie są szczególnie wrogo nastawieni do PiS-u, w tym sensie, że go nie jebią, a niektórym z nich niekiedy nawet PiS się myli z PSL-em, czy Nową Lewicą, ale oczywiście wiedzą, że Kaczyński to człowiek mściwy, fałszywy i zły, a poza tym zramolały awanturnik i źle będzie jeśli on wróci do władzy i znów zostanie prezydentem. Czy oni są ludźmi złymi i głupimi? Nie sądzę by trzeba ich było aż tak okrutnie traktować. Dziś to są w znacznej mierze osoby związane rodzinnie i zarobkowo z lokalną władzą zarówno dużych jak i mniejszych miast i wiosek, przy czym w takiej Warszawie, czy Gdańsku, w Łodzi, czy Poznaniu, we Wrocławiu, czy w Krakowie, lub w Katowicach, to są grube miliony głosów. Dla nich zwycięstwo prawicy wiąże się z ryzykiem znacznie większym, niż ewentualny wzrost cent energii, czy jajek. Ale też to są ci, którzy w czasach PRL-u szli zawsze z prądem, niezależnie czy ów prąd był tworzony przez komunistyczne władze, czy przez NSZZ Solidarność. Oni zawsze się kierowali tak zwaną mądrością etapu i zawsze bardzo uważali, żeby się nie znaleźć na jej marginesie. Powstaje tu więc pytanie, dlaczego oni nie widzą tego, że przez osiem lat rządów prawicy ich życie pod każdym względem się poprawiło, a od półtora roku jest tylko gorzej i bardziej ponuro. Otóż moim zdaniem oni to widzą, i dlatego też liczyć należy, że przynajmniej część z nich pójdzie po rozum do głowy i gdy będzie trzeba to się zniecierpliwi i odpowiednio zareaguje. Jednak te nadzieje się bardzo skromne. Jest bowiem coś w naszym polskim charakterze, owa naiwna łagodność i cierpliwa uległość, która sprawia, że wszelką krzywdę potrafimy znosić bardzo długo, zwłaszcza gdy wmawia się nam, że alternatywy i tak za bardzo nie widać.

      Jest też i grupa trzecia, mam wrażenie, że powszechnie lekceważona, czy wręcz niezauważalna, obejmująca osoby głównie już starsze, którzy tak naprawdę niczego się już po świecie, który ich otacza, nie spodziewają. Nigdy nie było szczególnie łatwo, czasem wręcz ciężko, niezależnie od tego czy rządził Jaruzelski, Mazowiecki, Pawlak, Tusk, czy Kaczyński. I teraz też, niezależnie od tego, czy wybory w maju wygra Nawrocki, czy Trzaskowski, nie będzie to miało większego znaczenia, bo i tak będzie coraz drożej, lekarze będą równie nieludzcy, jak byli i są dziś, kolejki do szpitala coraz dłuższe, a oni w telewizji i tak, tak jak się kłócili, to i dalej będą się kłócić. Jedyne o co chodzi, to to, żeby może poziom tych awantur się trochę obniżył, a wszyscy wiemy, że ile razy do władzy dochodził Kaczyński, to wszędzie tylko ta nienawiść, nienawiść i nienawiść. Ciężko to, panie sąsiedzie, wytrzymać.

      Oczywiście, wśród ludzi starszych są też ci, którzy gotowi są albo sami się podpalić, albo podpalić jakiegoś polskiego patriotę, ale myślę, że oni są już na wylocie. Część z nich siłą rzeczy już nie żyje, ale wciąż mamy tu całą kupę emerytowanych esbeków i ich rodzin, którzy gniją gdzieś tam w tych swoich smutnych służbowych mieszkaniach, ale też i tych, wciąż jeszcze pełnych życia, stanowiących kulturowy background owej pierwszej przeze mnie wymienionej grupy i najczęściej jej mięso armatnie.

      I teraz powraca oryginalne pytanie, które moim zdaniem należało by odnieść do przedstawionej przeze mnie społecznej mapy: Czemu oni są tacy, jacy są, i czemu do nich nic nie dociera? Uważam, że ci którzy tego dzwonka zwyczajnie nie słyszą, tak jak już wspomniałem, to ludzie głęboko zaburzeni i na nich nie ma ani metody, ani ratunku. I wszelkie próby zastanawiania się, dlaczego, są skazane na porażkę. Tej plazmy nie przeniknie już nic. Co do całej reszty – no może z wyjątkiem kierownika wydziału promocji w którejś z państwowych spółek i jego rodziny i znajomych – wiemy o nich mniej więcej wszystko, co jest nam potrzebne. A czy oni są do uratowania?

      Niedawno pewien mój znajomy opowiedział mi, że ma sąsiadkę, starszą panią, która mu powiedziała, że ona nie ufa „temu Nawrockiemu”, bo to jest „zły człowiek”. „Pan wie, że on przez wiele lat prowadził burdel”? Znajomy powiedział jej, że to bezczelne kłamstwo rozsiewane właśnie przez właścicieli burdeli, którzy tak gadają i płacą telewizji żeby to kłamstwo powtarzała. Robią to, bo go nienawidzą i boją się, że jak on zostanie prezydentem to każe te wszystkie ich burdele polikwidować. I wiecie Państwo co? Ona się zadumała.

A zatem, kto wie? Kto wie?



niedziela, 16 marca 2025

Gerard Warcok: W drodze do siebie

    


    Ludzie, którzy mają „olej w głowie”, są rozsądni, zaciekawieni, ambitni - pokazują też „zielone”, „kapuściane” głowy. W stanach wewnętrznego pomieszania, zastygnięcie w swej postawie ma stanowić ratunkową poręcz. Niekiedy chce się dla kogoś czy czegoś „stracić głowę”. Prawdopodobnie wszyscy to znamy.

    Bańki przekonań ideologicznych i politycznych w kontakcie z rzeczywistością pryskają, a w głowach się opancerzają. Zaślepiona głowa potrafi wszystko co jej nie pasuje nagiąć, odwrócić do góry nogami. Fałsz staje się prawdą. Widząc to co jest dobre, stawia na to co złe. Zły wydaje się dobrym, a ratownicy są atakowani.

    Ludzi dotyka zło nie tylko wbrew ich woli. Zło jest także ofertą mniej lub bardziej jawną. Sprzedawcy i nabywcy zła są w komitywie. Wabikami i pokusami są narkotyczne emocje i obietnice wspanialszego bytu. Szafarze atrakcji zarzucają sidła na wolność i prawdę. Kamuflaż, imitacja, nagonka, zgiełk bądź martwa cisza, cenzura, terror, mają uskutecznić łowy. Mózgowy kordon przed wnikliwym myśleniem otwiera na propagandę i manipulacje.

Nie wszystko złoto, co się świeci

    Zmanipulowani, ślepo wierzą w prawe serca tych, którzy z determinacją obnoszą się z sercami, w ich obietnice i słuszność działań. Gdy szwankuje psychiczny proces różnicowania, to wydaje się, że wszystko złoto, co się świeci. Zepsute i trujące obiekty są obdarzane bałwochwalczą miłością, stają się fetyszami.

    Inną drogą do optowania za tym co szkodzi jest udawanie, że nie widzi się oszustwa -„obiecanki cacanki, a głupiemu radość”. Wewnętrzna destrukcyjna część ignoruje rzeczywistość. Oszustwo ekscytuje, szczególnie gdy zwyczajne życie mało cieszy. Z nudów i niedostatku czucia siebie, zdarza się, że ludzie szukają katastrof i bólu.

    Perwersyjne i sadomasochistyczne aspekty, jawne i świadome oraz ukryte i nieświadome działają na złość swojej opiekuńczej stronie („na złość mamie odmrożę sobie uszy” - „na złość przegram, zniszczę siebie”). Pod wpływem stymulowanej i wzrastającej agresywności, część sadystyczna dąży do totalnej kontroli. Strona masochistyczna bolesną miłością wytrzymuje męczarnie kolonizacji. Ukryta zmowa sadomasochistyczna prowadzi do unicestwiania siebie. Bazą jest mechanizm ofiarniczy.

    Z lęku przed potępieniem i wykluczeniem poświęcana jest dociekliwość i własna wyjątkowość. Element żądny władzy podpuszcza do pozornie dobrych działań i posila się stroną gotową do uległości. Pobudzające uniesienia obu stron zaciskają sieci z których trudno się wywinąć. Wejście do systemu jest tylko dla swoich.

    Kolejną drogą prowadzącą do wyboru niegodnych zaufania ludzi jest przywiązanie do pierwotnych krzywdzących obiektów, np. złych, nieuczciwych rodziców. Może się wydawać, że nie trzeba się bać tyranów jeśli się ich podziwia i jest się im oddanym. Dzieci, a później dorośli, dostrajają się do tego co szkodzi. Ciężko doświadczeni, a niepogodzeni z życiem, chcą by innych spotkało to samo. Wybierają antydobro.

    Łatwiej jest panować nad słabymi. Bałwochwalcze kulty i fetysze wypatroszają z życiowej energii i duchowości. Przykładem legalizacji samounicestwienia całych populacji jest kult cargo. Zaczyna się od garstki nawiedzonych, którzy wieszczą nadejście lepszego niż dotąd życia. Nawet rozsądni i oporni, w poczuciu obowiązku prawomyślności dołączają i cała społeczność przygotowuje się na przyjęcie dóbr. Wygaszają produkcję i opróżniają magazyny, by pomieścić wspanialsze zboża, zwierzęta hodowlane, odzież, uzbrojenie. Wojownicy, którzy przybędą pomogą pokonać wrogów. Tęskne wyczekiwanie (bezwarunkowej miłości) umila nakazana publiczna rozpusta (tak stało się m.in. na Wyspie Ducha Świętego w poł. XX wieku oraz z ludem Ksoza - Płd. Afryka w 1856-57r.). Ci, którzy przeżyli, przestali wierzyć w swą siłę sprawczą, stali się swoimi cieniami. A kult bezumysłowości pączkuje.

    Współczesne Prokrustowe łoża rozbójników - w togach autorytetów – seryjnie formują umysły do popytu na (auto)destrukcję.

    Międzypokoleniowy proces traumatyzacji i wiktymizacji jednostek i zbiorowości osłabia odporność na zagrożenia. Nagradzanie i honorowanie krzywdzicieli uprawomocnia niegodziwość. Powtarzają się urazy, poszkodowani je odchorowują. W niekorzystnym przebiegu regresują się, z trudem dochodzą do siebie.

    Ofiary i obserwatorzy dewastacji, którzy utracili nadzieję, nie chcą i nie potrafią sami zrzucić siedzących na karku prześladowców. Przywiązani do obiektów antyopiekuńczych, obłudnych, raniących są gotowi na upodlenia i katastrofę. Triumfalne łowy przechodzą w rozentuzjazmowany korowód samounicestwienia.

    W wewnętrznym psychobiologicznym świecie każdy ma swoją lewicę, środek, prawicę. Górę i dół. Wnętrze i zewnętrze. W kulturze Zachodu strona prawa jest symbolicznie kojarzona z postawą świadomą, ewolucyjną, męską, logiczną, sprawniejszą, słuszną, wskazującą kierunek. Lewa strona symbolizuje część nieświadomą, inwolucyjną, kobiecą, emocjonalną; zazwyczaj słabszą, gorszą („dwie lewe ręce do roboty”, „lewizna”, w starosłowiańskim języku lewy znaczy „szuja”). W społecznościach matriarchalnych lewa strona jest traktowana jako lepsza.

    Gdy dochodzi do narcystycznego, złośliwego rozrostu każda z części traci swą żywotną istotę. Wtedy, zrakowaciała prawa strona wypiera i zniewala swą lewą stronę. Nieświadomość ostrzega, np. przejęzyczeniami ale jest lekceważona.

    Marginalizowana lewa strona, w obronie przed upokarzającą impotencją uruchamia mściwą omnipotencję. Zawiści swej prawicy i wznieca rewolucje (z łac.: przewrót, toczenie się do tyłu). Myślący mózg cofa się do mózgu emocjonalno – popędowego. Antyrozwojowe siły internują solidarność organizmu. Wprowadzają stan wojenny. Dochodzi do zranień, stanów zapalnych, chorób, wypadków. W poczuciu wszechmocy, destrukcyjna struktura przyjmuje do swojego wnętrza obce chorobotwórcze ciała, by osłabić część rozwojową, Skonfliktowane części polują na siebie.

Jakim być?

    Człowiek z właściwym sobie potencjałem, dla swojego rozwoju potrzebuje wszystkich swoich części. Każda ma rację bytu w fizjologicznej współzależności. Strony, ze swoimi skonfliktowanymi potrzebami, doznaniami, emocjami, myślami rywalizują i walczą o dominację. Eskalacja napięcia prowadzi do irracjonalnej, drapieżnej desperacji. Siły skierowane przeciwko życiu pożądają władzy dla samej władzy. Kompasem do wyjścia z wielopiętrowych jak Wieża Babel – labiryntów destrukcji - do ufnego współbycia mających swą własną tożsamość bytów jest prawość: dążenie do prawdy w połączeniu z opiekuńczością.

    Od zarania, energia życiowa i tożsamość są formowane przez wewnętrzne i zewnętrzne struktury, wzajemnie oddziałujące na siebie. Matka z otoczeniem i dziecko kooperują w wspólnym wzrastaniu. Empatyczna solidarność i współpraca wszystkich stron (także świadomej i nieświadome) krzepi żywotność.

    Walka o władzę w zewnętrznym świecie jest eksternalizacją świata wewnętrznego. Jestestwo mieszkańców globu ziemskiego może być jak żywotność wszechświata.

Gerard Warcok


czwartek, 6 marca 2025

Krąży krąży złoty pieniądz, czyli fundacje wszystkich miast łączcie się

 

         Myślę, że nie tylko ja, ale wręcz wielu z nas, za każdym razem, gdy nadchodziła pierwsza pracująca niedziela roku i wśród dźwięku trąb, bicia dzwonów i powszechnych okrzyków wzajemnego zachęcania się do bycia dobrym, ruszało kolejne wydanie dobroczynności pod egidą Wielkiej Orkierstry Świątecznej Pomocy, zwróciło z pewnym zainteresowaniem uwagę na pewien szczególny rodzaj licytacji. Pisałem tu niedawno o ministrze Sienkiewiczu, który wystawił na owsiakową aukcje ofertę posiedzenia z nim na jakichś tam schodach, zastanawiając się, czy istnieje człowiek na świecie, zwłaszcza człowiek z dużymi pieniędzmi i siłą rzeczy mający w głowie zupełnie inne rzeczy, niż jakaś „orkiestra”, nie mówiąc już o zaszczycie spędzenia chwili z którymś z ministrów, nawet nie na kolacji – co by było zrozumiane choćby ze względów biznesowych – ale na schodach. Wyszło mi że nie, że takich ludzi nie ma, i postanowiłem o tym wspomnieć tu na blogu. To był zaledwie jeden incydent, ale  wszyscy mogliśmy zauważyć, że nie jedyny. Tu ktoś wystawiał uścisk ręki, tam ktoś inny wspomniany obiad, ktoś jeszcze przejażdżkę samochodem, czy wspólny weekend w jakimś ładnym miejscu, a oferty płynęły strumieniami, by często sięgać setek tysięcy złotych. Oczywiście, pomijając informacje o zwycięskich sumach, o tym kto, jak i gdzie odebrał swoją nagrodę nie słyszeliśmy już jednego słowa, nie widzieliśmy jednego zdjęcia, jednej choćby informacji o człowieku z tak wielkim sercem.

         W swoim tekście wspomniałem akurat o ministrze Seinkiewiczu na schodach, ale oferta jaka zrobiła na mnie wrażenie chyba największe, to ta przedstawiona przez aktora o nazwisku Maciej Musiał, a sprowadzająca się do tego, że ów Musiał osobiście przyjdzie do osoby, która wyłoży na „świąteczną pomoc” najwięcej pieniędzy i przy dźwiękach piosenki pod tytułem „Explosion” wysprząta mu całe mieszkanie i jak się dziś dowiaduję, znalazł się ktoś, kto zapragnął, by to właśnie aktor Musiał wysprzątał mu mieszkanie i kupił tę uslługę za 136 tys. zł.

       Moglibyśmy się tu znęcać nad aktorem Musiałem i jego chorą wyobraźnią godzinami, ja bym jednak chciał się skupić nad potencjalnym nabywcą Musiałowych usług. Oto mieszka sobie ów człowiek w swoim, jak rozumiem, pięknym, dużym domu i w umówionym dniu przychodzi do niego któryś z polskich aktorów, każe sobie puścić zapętloną piosenkę „Explosion” i zaczyna sprzątać. Ponieważ miejsca na puste żarty tu nie ma, nie będę się już popisywać i tylko zapytam, co to będzie za sprzątanie? Będzie mu łaził po mieszkaniu jakiś celebryta, mył mu okna, wycierał kurze, odkurzał podłogi, sprzątał na półkach, mył gary, prał brudy, być może zbierał dziecięce zabawki, a on prawdopodobnie będzie go musiał tam zostawić, bo kto jest w stanie przez długie godziny na okrągło słuchać ryku piosenki „Explosion”? A kiedy już wróci, to rozumiem, że zobaczy taki porządek, że aby go nie naruszyć, będzie musiał chodzić na paluszkach.

        A jednak, mimo tego wszystkiego, dowiadujemy się, że znalazł się ktoś, kto zgodził się na tego sprzątacza, a przy okazji na ratunek chorym dzieciom wydał 136 tys. złotych. Ale w tym samym niemal czasie dowiadujemy się jeszcze czegoś. Otóż, jak się okazuje – proszę się trzymać foteli –  „kwotę wpłacił anonimowy darczyńca z Krakowa, związany z fundacją Zróbmy Sobie Kraków”, a sam aktor Musiał wyjaśnił, że w tej sytuacji przekazał on swoje sprzątanie „na rzecz oddziału onkologii dziecięcej Uniwersyteckiego Szpiała Dziecięcego w Krakowie”, dodając, że „dobro zatoczyło koło”, co do samego sprzątania natomiast, ono „będzie miało charakter symboliczny” i sprowadzi się do „spędzenia czasu z podopiecznymi”.

         Myślę, że bez moich dodatkowych sugestii wiemy, co się stało. Aktor Musiał postanowił wykazać się swoim wielkim sercem i wystawił na aukcji fundacji Jerzego Owsiaka swoje usługi sprzątające. Konkursu jednak akurat nie wygrał żaden wrażliwy biznesmen, ale inna fundacja o nazwie Zróbmy Sobie Kraków, a ponieważ oni nie chcieli zlecać Musiałowi sprzątania swoich pomieszczeń biurowych, to poprosili Musiała, żeby może wpadł do szpitala, gdzie leżą chore dzieci, zrobił sobie z nimi parę zdjęć i będzie git.

       Będę już kończył, bo zaraz mnie weźmie cholera, a nie mam za bardzo ochoty, by jeździć do Warszawy czy Krakowa i się procesować, czy to z Owsiakiem, czy może kimś jeszcze. A niech będzie, że wiem, kto to taki ten drugi. Oto okazuje się, że prezesem zarządu fundacji Zróbmy Sobie Kraków, która za 136 tys. zł. kupiła od Musiała sprzątanie, jest nie kto inny jak Bartosz Gibała, brat niedoszłego prezydenta Krakowa, Łukasza Gibały. I to tyle. Koniec. Kropka. Kombinujcie sobie Państwo dalej sami.



wtorek, 4 marca 2025

O tym jak w 1944 Niemcy uchronili Warszawę przed polskimi nazistami

 

          Nikiego, pół Niemca pół Chorwata, znamy od ponad dziesięciu lat, spotykamy się regularnie i z radością, i można powiedzieć, że jesteśmy zaprzyjaźnieni. Niki jest dobrze wykształconym nauczycielem, człowiekiem bardzo oczytanym, ciekawym świata, w dodatku muzykiem, no i, ktrótko mówiąc, fantastycznym kolegą. Niki, jak wielu Niemców z jego pokolenia, bardzo cierpi z powodu grzechów, może nie swojego ojca, który jest Chorwatem, ale grzechów, Niemców, czyli tych wśród których się urodził i żyje. Niki ma żonę, nadzwyczaj miłą i kochaną kobietę, i dwie córki, tak jak oni, wykształcone i przemiłe. Jedna z nich gra amatorsko w piłkę nożną. Od tygodnia Niki z żoną są w Polsce, a w związku z tym, od trzech dni widzimy się to tu to tam codziennie i jest to bardzo dobry czas, zwłaszcza że oni przywieźli nam w prezencie litrowego Laphroaiga, a my im zapewniliśmy pełny wybór naszego wykwintnego piwa.

        Żona Nikiego w Polsce jest pierwszy raz, natomiast Niki jeszcze nigdy w życiu nie był w Warszawie, ograniczając się wyłącznie do Katowic, Krakowa i oczywiście Auschwitz. I oto wczoraj, w związku z jakimiś nieskonkretyzowanym celem, zapytał, czy warto odwiedzić Warszawę i co tam jest ciekawego do obejrzecnia. Zgodnie z moim najszczerszym przekonaniem, jeśli jest jakiś powód by zajechać do Warszawy, to wyłącznie po to, żeby zobaczyć Muzeum Powstania Warszawskiego, no i ewentualnie zobaczyć jak owa Warszawa, ze szczególnym uwzględnieniem Starego Miasta, powstała po wojnie z kompletnych ruin.

      I proszę sobie w tym momencie Niki zapytał: „Ale Warszawa nie została chyba w czasie wojny zbombardowana?”

      Powiedziałem Nikiemu, ale też chyba przy okazji jego żonie, że owszem, Niemcy Warszawę bombardowali dwukrotnie, pierwszy raz w 1939 roku, zabijając może nawet i 50 tys. ludzi, a drugi raz po Powstaniu Warszawskim, na bezpośredni rozkaz Himmlera, zostawiając ją w stanie którego by się nie powstydziło Aleppo, co sam Niki potwierdził chwilę później, kiedy mu na dowód tego pokazałem. Wstrząśnięty, zapytał, dlaczego oni to zrobili, ja odpowiedziałem, że dlatego, że bardzo się na nas zdenerwowali, chwilę pomyśleliśmy, ja przewróciłem płytę na drugą stronę i sobie nalalismy kolejnego shota.

        I teraz sobie przypominałem, jak zupełnie niedawno przeczytałem gdzieś, że w niemieckich szkołach zapytano uczniów, kto ich zdaniem rozpoczął II Wojnę Światową i zdecydowana większość z nich postawiło na Polskę. Później, w sensowny jak sądzę sposób, pomyślałem sobie o minister Nowackiej i jej słowach o polskich nazistach, no i naturalną koleją rzeczy doszedłem do naszych pretensji do uzyskania od Niemców odpowiednich reparacji za wszystko to, co Polska przez te pięć lat utraciła, czy to w formie zniszczeń, czy to ofiar w ludziach, czy skradzionych majątków.

 [Swoją drogą, czy Państwo może wiedzą, że podczas okupacji Niemcy wycieli połowę Bieszczad i wywieźli drewno do Rzeszy, co stanowi przyczynę tego, że w znacznej części Bieszczady porasta stosunkowo młody las]

        Pomyślałem sobie więc o tych reparacjach i uznałem z przerażeniem, że ci którzy dziś rządzą Niemcami, czyli często osoby nieco tylko starsze od Nikiego i jego żony, zupełnie autentycznie i szczerze kompletnie nie są w stanie pojąć, o co ci Polacy się przypieprzają. Wybudowali sobie te obozy koncentracyjne, zaprosili potem nazistów, żeby pomogli im tam umieścić miejscowych Żydów, paru Polaków, owszem zginęło, jak to podczas wojny, a teraz drą japę, żeby państwo niemieckie im za niewiadomo co płaciło jakieś biliony. Co to ma, Donnerwetter, być!

      Mój serdeczny kumpel Niki, oczywiście aż tak tępy nie jest. On doskonale wie, co rodzice i dziadkowie jego mamy i żony, mają za uszami. On wie, że to Niemcy są tym „bad guy”. On wie, że to wszystko zaczęli Niemcy, a nie jacyś „naziści”. On wie naprawdę dużo.  Tak się jednak złożyło, że o tym akurat, że Himmler w roku 1944 wydał rozkaz zrównania Warschau z ziemią, i że ów rozkaz został wykonany i potwierdzony wspominanymi tu już kiedyś pięcioma pieczątkami, ani jego mama, ani dziadkowie, ani teściowie, ani szkoła, ani niemieckie historyczne książki, ani niemiecki film, telewizja i prasa go nie nauczyli. Jest gorzej. Wygląda na to, że jego nawet nie nauczył tego Hollywood.

        A skoro tak, to wiele wskazuje na to, że owa teoria iż sprawa ma zakres międzynarodowy, to już nie tylko teoria. To co jednak naprawdę straszne, że w awangardzie tego kłamstwa stają ostatnio również nasze miejscowe elity.



         

sobota, 1 marca 2025

Wskazujemy różnice między papieżem Franciszkiem a Donaldem Trumpem

 



      Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że choćby czytelnicy tego bloga, że nie wspomnę o innych osobach, ostatniego czego po mnie oczekują, to tego, bym powiedział co sądzę o wczorajszej awanturze w Białym Domu i o zachowaniu obu targających się za uszy prezydentów. A ja sam chętnie przyznaję, że z początku ani mi w głowie nie było, żeby tu wyskakiwać ze swoimi przemyśleniami. Tak się jednak wydarzyło, że kiedy z jednej strony czytałem owe, nadchodzące ze wszystkich scen politycznych awantur, opinie, to z drugiej przypomniały mi się bardzo wyraźnie i natarczywie pewne fakty z niedawnej jeszcze przeszłości, a to sprawiło, że uznałem iż jeśli się jednak nie odezwę, to czegoś bardzo istotnego zabraknie, ze stratą dla pewnej skrywanej mocno, zwłąszcza dziś, prawdy.

      Pamiętamy wszyscy jak trzy lata Rosja wjechała z pełnym impetem i z całą swoją militarną mocą i okrucieństwem na Ukrainę, cały świat – włączając w to dotychczas wiernych Putinowi państw, oraz gospodarczych środowisk –  w zadziwiająco solidarny sposób ogłosił, że ten sam Putin to okrutne, zasługujące na śmierć bydle, a rządzone przez niego społeczeństwo, z całą swoją historią i kulturowym dorobkiem to kupa śmieci. Tak to właśnie się działo, ja to pamiętam i pamiętam też jak każdy kolejny dzień przynosił tylko coraz  większą intensywnoś owych emocji. Pamiętam również, jak kolejne państwa, oraz biznesy, dzień po dniu ogłaszały bojkot rosyjskiego rynku, kolejne rosyjskie majątki były konfiskowane, a kolejni rosyjscy politycy byli stawiani przed międzynarodowymi trybunami pod zarzutem udziału w ludobójstwie. No i pamiętam oczywiście, jak każdy szanujący się internauta, czy to na Facebooku, czy na Twitterze, czy też na Instagramie i wszelkich innych komunikatorach, za swój święty obowiązek przyjmował umieszczenie w opisie swojego profilu ukraińskiej flagi, a niekiedy nawet dwóch czy trzech.

      I pamiętam jeszcze coś. Otóż niemal wszyscy oni – a ja z nimi –  byli głęboko przekonaniu, że Rosja tej wojny w z dotychczasowej nie przetrwa.

      I tak, ani się człowiek obejrzał, jak stuknęły trzy lata i nie zmieniło się praktycznie nic, ani na Ukrainie, ani w Rosji, ani też w naszych sercach. A więc tam Rosjanie żyją sobie jakby nigdy nic, przyzwyczaili się nawet do tego, że ich sportowcy walczą już tylko sami ze sobą, Ukraina tonie we krwi i w gruzach do tego stopnia, że młodsze pokolenie straciło już rozeznanie co do różnicy między Buczą, a Mariupolem, tu natomiast te wszystkie ukraińskie flagi ani drgnęły, tyle może że tu przewaga przechiliła się zdecydowanie na lewą stronę i to do tego stopnia, że im gorsze i wściekłe lewactwo, tym ich więcej.

       Ktoś teraz może się zastanawiać, co w tym co dotychczas powiedziałem jest takiego nowego, a tym bardziej zaskakującego. Otóż tu akurat nic. To jest zaledwie tło dla tego co się działo niejako w tle. Oto proszę sobie przypomnieć, jak wobec tego co się działo na Ukrainie reagował Watykan. Otóż ku powszechenmu oburzeniu absolutnie wszystkich zaangażowanych przeciwko Rosji i Putinowi stron, papież Franciszek ani razu nie opowiedział się po którejkolwiek ze stron. Cały świat żądał od Franciszka by potępił rosyjską agresję i wsparł moralnie Zełeńskiego, a on od początku, dzień po dniu, głosił jedno: wojna to zło, musi natychmiast zapanować pokój, należy natychmiast przerwać tę śmierć, to niszczenie domów i miast tę rozpacz i to strasznie nieszczęście jakie sprowadza na człowieka wojna. Świat wzywał Franciszka do poparcie Ukrainy, a on niezmiennie odpowieadał: Módlmy się o pokój.

       I proszę zwrócić uwagę, jak konkretnie było odbierane papieskie wezwanie. Prawic, i to czym bardziej prawa, wyzywała Franciszka od komunistów, a wręcz satanistów, a lewactwo, czym bardziej lewe – od takiego jak oni wszyscy pedofilów, i klechów bez serca.

     Jesteśmy zatem trzy lata po rosyjskiej agresji, ktora trwa i nie wydaje się kończyć, i cała Europa nagle dochodzi do wniosku, że największym wrogiem cywilizowanego świata są Putin i Trump, a ja już ze smutkiem podejrzewam, że bardzo bardzo liczy, że papież Franciszek umrze, a kolejny papież wezwie do tego by w Boże imię nie ustępować i walczyć do końca świata i jednen dzień dłużej.

     Napisałem że cały świat potępia Trumpa i Amerykę, ale niekoniecznie tak to wygląda. Otóż widzę bardzo wyraźnie, że ci wszyscy, którzy dotychczas atakowali Franciszka – szczególnie nasi kochani prawi –  za jego głos apelujący o zakończenie wojny, akurat tu twierdzą, że ten Trump to jest jednak gość. Ta wojna nie ma sensu, ta krew nie ma sensu, te cierpienia nie mają sensu. Tę wojnę trzeba zakończyć. A że dokładnie to samo od lat głosił tak okrutnie przez nich obrażany Papież, kto by o tym pamiętał?

     Lepiej o tym nie pamiętać. Wszyscy się teraz módlmy, żeby kolejnym papieżem został ktoś co najmniej na miarę Benedykta XVI, który wreszcie zrobi porządek z tymi pedałami.



czwartek, 27 lutego 2025

O śniadaniu na trawie i porządnej żelaznej miotle

 

Poniższy tekst napisałem i zamieściłem tu cztery lata temu, licząc bardzo na większy odzew, ale niestety, jak to często bywa, mocno się przeliczyłem i wręcz o tym – nie temacie, oczywiście, ale o samej publikacji –  zapomniałem. Spędziliśmy jednak miniony tydzień w naszym Przemyślu i kwestia męczeństwa państwa Kurpielów jakimś tam sposobem wróciła, więc pomyśałem sobie, że warto byłoby o nim opowiedzieć. Tymczasem okazało się jednak, że tekst już jednak powstał, ale że powstał ze wspomnianym wcześniej rezultatem, pomyślałem,  że go opublikuję raz jeszcze, z pewnym bardzo ważnym uzupełnieniem. Ale to już może pod sam koniec.    

 

 

      Mam tu pod nosem nadzwyczaj interesującą książkę wydaną przez znanego nam watykańskiego dziennikarza oraz publicystę Vittorio Messoriego pod prostym tytułem „Cud”, w której opisuje on nam  historię prawdopodobnie najlepiej udokumentowanego dochodzenia w sprawie cudu właśnie „przywrócenia natychmiastowo i ostatecznie” nogi 23-letniemu Miguelowi Juanowi Pellicerowi. Noga ta, złamana kołem wozu, a później zaatakowana przez gangrenę, została hiszpańskiemu chłopakowi odcięta w publicznym szpitalu w Saragossie i zakopana na cmentarzu szpitalnym, by po dwóch latach zostać cudownie przywrócona dzięki wstawiennictwu Maryi. Jak mówię, to co się zdarzyło w roku 1640 w Saragossie, to być może najlepiej udokumentowany oraz potwierdzony wieloma świadectwami  cud właśnie, a mimo to jednocześnie, jak sądzę, coś o czym większość z nas zwyczajnie nie słyszała.

      Po przeczytaniu owej książki, gdzie, powtarzam, wszystko, wraz z wszelkimi koniecznymi dowodami przedstawione jest czarno na białym, skonsultowałem się z zaprzyjaźnionym księdzem i zapytałem go jak to jest, że coś tak wielkiego jak owo zdarzenie z Saragossy pozostaje całkowicie nieznane, podczas gdy raz na jakiś czas słyszymy o kolejnych świętych, czy choćby błogosławionych, których wstawiennictwo dokonało rzeczy niezwykłych, a owe wydarzenia pozostają w świadomości wielu. Odpowiedział mi ów ksiądz, że nawet i tu, jak w wielu innych miejscach i sytuacjach, mamy do czynienia z tak zwanym „block busting” gdzie wygrywa ten silniejszy, bardziej agresywny, czy zwyczajnie bardziej obrotny. A cud z Saragossy został w tym miejscu w którym jest do dziś, bo najwidoczniej nie miał wystarczająco silnych promotorów.

         Brzmi to wszystko oczywiście nie najładniej, choć z drugiej strony myślę, że jeśli tu akurat jest aż taka konkurencja, to tym bardziej musi to oznaczać, że mamy do czynienia z towarem naprawdę pierwszej klasy. A skoro tak, to niech będzie jak jest. Niech oni konkurują, a nasza wiara niech rośnie.

         Przypomniałem sobie tamtą historię oraz związaną z nią rozmowę, podczas niedawnego pobytu w Przemyślu, a konkretnie na pewnym symbolicznym bardzo grobie w wiosce Tarnawce, tuż obok miasta. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że tam, w owych Tarnawcach znajduje się takie miejsce:

 


 

Od razu wyjaśniam, że to co tu widzimy to jest to co pozostało po domu rodziny niejakich Kurpielów. Owe ruiny są upamiętnione specjalną tablicą, natomiast poza nimi tuż obok znajduje się zaledwie krzyż oraz coś takiego:



 

 

Co tam się stało, że mimo tej nędzy, znajdziemy w tym miejscu ową tablicę? Oto, proszę sobie wyobrazić, że podczas II Wojny Światowej wspomniani wyżej państwo Kurpielowie przechowywali w owym dziś już kompletnie zrujnowanym majątku 25 Żydów, których jedynym schronieniem na wypadek ewentualnego nieszczęścia było to przedziwne miejsce pokazane wyżej. Niestety stało się tak, że któregoś dnia miejscowi Ukraińcy donieśli Niemcom o tym co owi Kurpielowie wyprawiają, no i w efekcie wszyscy Żydzi zostali ze swojej nory wyciągnięci, następnie – co ciekawe przez tych samych Ukraińców – niemal wszyscy rozstrzelani, a po nich oczywiście wzięto się za samych Kurpielów. Co ciekawe, wojnę przeżyło sześcioro dzieci Kurpielów, oraz dwóch czy trzech Żydów, którym udało się uciec, w tym, jak słyszę, przyszły minister oraz premier w PRL-owskim rządzie, Zbigniew Messner.

        No i to tyle. Jeszcze jedna historia z tamtych dziwnych lat. A ja sobie myślę, że z jednej strony to naprawdę ciekawe, że historia małżeństwa Kurpielów i owych 24, czy 25 Żydów nie jest powszechnie znana, a z drugiej strony nie zapominajmy, że ów czas to były setki, jeśli nie tysiące takich historii i trudno jest bardzo, by każda z nich znalazła tu swoje miejsce. Tak samo akurat by swoje miejsce znalazł tu wśród nas każdy cud, uczyniony za wstawiennictwem tego czy owego świętego, czy nawet samej Matki Boskiej.

         A ja już na sam koniec tych rozważań, chciałbym zakomunikować, że w roku 2010 Kurpielowie zostali pośmiertnie uhonorowani przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżami Kawalerskimi Orderu Odrodzenia Polski, a Prezydent podpisał nadanie krzyża tuż przed swoją tragiczną śmiercią w katastrofie lotniczej w Smoleńsku. Dopiero trzy lata później Kurpielowie zostali odznaczeni medalem „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”, nadawanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie.

         No i znów pojawia się pytanie, czemu tak mało wiemy o cudzie z Saragossy. Odpowiedź jest prosta i znajduje się w historii z Tarnawiec spod Przemyśla.

 

A zatem, jak widzimy choćby na tych dwóch zdjęciach, poza wspomnianą tablicą, umieszczoną tam na tym rozwalającym się, zapomnianym i schowanym przed światem murze, skrywającym smutną historię państwa Kurpielów i tych biednych Żydów, tam nie ma nic. Te cegły porośnięte trawą i długi, głęboki tunel, wykopany przez pana Kurpiela po to by jego Żydzi mogli się okryć i ewentualnie uciec.

Ale jest jeszcze coś, absolutnie strasznego. Otóż prosze sobie wyobrazić, że zanim Niemcy zaczęli swoją egzekucję, kazali Kurpielom wynieś na zewnątrze stół, a pani Kurpielowej przyrządzić im śniadanie. Zjedli, a potem ją zastrzelili.

 

 

Peggy Noonan: Ofiarna Dusza

  Peggy Noonan to słynna konserwatywna amerykańska dziennikarka, znana przede wszystkim ze swoich felietonów, od wielu już lat publikowanyc...