środa, 12 października 2011

O ludziach z pociągu i o tych z nas, co szczęśliwie zostali na peronie

O moim stosunku do najróżniejszego typu specjalistów od ludzkiej duszy, ze szczególnym uwzględnieniem tak zwanych psychologów, pisałem tu niejednokrotnie, a raz w sposób, jak sądzę, wyczerpujący. Nie będę się więc powtarzał. Powiem tylko, że działalność prowadzoną przez wspomnianych specjalistów, uważam, w najlepszym wypadku, za prostą szarlatanerię, a jeśli już mam mówić o tym, z czym mamy do czynienia w nowoczesnych czasach – za strukturalną część Systemu, której celem jest już tylko modelowanie materiału ludzkiego na rzecz skutecznej jego eksploatacji. Oczywiście, mówiąc tu o psychologach, nie mam na myśli tych biednych, zahukanych, zatrudnionych w szkołach, czy obsługujących szkoły placówkach, absolwentkach uniwersytetów, bo one akurat często same aspirują do jakiejś bardziej poważnej psychologicznej analizy, natomiast chodzi mi o takich mistrzów zawodu, jak Jacek Santorski, Janusz Czapiński i im podobni. A więc sam Zarząd.
Przyznać jednak muszę, że przy tym moim jak najbardziej podejrzliwym stosunku do całej tej kompanii, i tego co oni wyprawiają, często sam w sobie odkrywam chęć do analizowania najróżniejszych zjawisk właśnie pod kątem nie interesów, ale właśnie stopnia dewastacji na poziomie ludzkiej duszy. Weźmy sytuację dzisiejszą, a więc to co nam zostało podsunięte pod nos w wyniku minionych wyborów. Prawo i Sprawiedliwość poniosło druzgocącą klęskę, a partie koalicji nie dość że zachowały stan posiadania, to rozszerzyły swoje zdolności koalicyjne o – zgoda, że zmarginalizowane, ale jednak wciąż jakoś tam zipiące – SLD i jak najbardziej prężny Ruch Palikota. Biorąc pod uwagę ten fakt, wzmacniany dodatkowo widocznym kryzysem przywództwa w poległym PiS-ie, i rzeczywiście marne nastroje w pisowskim elektoracie, wydawałoby się że System i związane z nim środowiska powinny zająć się sobą, a tych którzy polegli, pozostawić na pastwę różnego rodzaju sępów. Tymczasem, wychodzi na to, że nie dość że nic takiego się nie dzieje, to jest wręcz przeciwnie – zwycięska strona zachowuje się, jakby wynik tych wyborów, zamiast tryumfu i radości, wyzwolił po jej stronie albo smutną obojętność, albo autentyczną furię. I nie chodzi mi tu nawet o ludzi, których mijam codziennie na ulicy, a co do których mogę się z łatwością domyślać, że oni głosowali za zachowaniem status quo. Życie nie jest łatwe, problemów jest coraz więcej, i trudno od zwykłego zjadacza chleba wymagać, by cały czas funkcjonował na najwyższych rejestrach. Nie chodzi mi też ów najwyższy eszelon, grupujący czy to przedstawicieli władzy, czy osoby stojące pierwsze w kolejce do tego gara z zupą, który już niedługo zostanie wystawiony na stół, bo oni akurat mogą być podenerwowani tą walką i tym rozpychaniem się.
Weźmy najświeższe informacje dochodzące do nas z powyborczego ringu. Otóż Donald Tusk, bez konsultacji z Prezydentem, mianował się premierem, na co Prezydent postanowił pokazać swojemu koledze Donaldowi, kto tu rozdaje karty, i jako pierwszego zaprosił do siebie Grzegorza Schetynę, a sam Schetyna, zaproszony przez Donalda Tuska na nocne spotkanie, przybył na nie w stroju demonstracyjnie lichym, jakby nie szedł na spotkanie z samym premierem, ale z człowiekiem od przepychania kibli. W dodatku, naturalny partner koalicyjny wszystkich i wszystkiego, czyli PSL, również zaczął przymierzać się do zajęcia jak najlepszej pozycji, więc te napięte wściekłością miny są tu jak najbardziej zrozumiałe.
Popatrzmy przy okazji na Janusza Palikota i całą tę menażerię, która została przez niego wpuszczona do Sejmu. Ci są najszczęśliwsi na świecie, bo świetnie wiedzą, że to co mieli, to już dostali, a to co przed nimi, może już tylko być weselsze. Homoseksualiści będą rozprawiać o adopcji dzieci, transwestyci o finansowanych przez państwo zabiegach amputacji członka, lub doczepiania biustów, ten przedziwny ksiądz z „Faktów i Mitów” już przebiera nogami na perspektywę dyskusji przed kamerami z Markiem Jurkiem lub księdzem Sową, a sam Mistrz, z błyskiem w oku i z drabiną pod pachą, krąży wokół krzyża, zawieszonego jeszcze przed laty w sali Sejmu. Może ktoś tam z nich coś przebąkuje na temat Kaczyńskiego, zwłaszcza tego, co już w ciemnym grobie, ale generalnie, oni zajmują się czymś zupełnie innym. Dlaczego? Bo autentycznie tryumfują i nie mają czasu na głupstwa.
A zatem, jak widać, po stronie bezpośredniej władzy, wszystko jest mniej więcej na swoim miejscu. Ci się trzymają za twarze, ci gromadzą zabawki, natomiast to co mnie naprawdę zadziwia to postawa tych wszystkich, którzy w minioną niedzielę zadali sobie trud, by pójść do wyborów i oddali swój głos albo na Platformę Obywatelską, albo przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. I którzy to zrobili nie dlatego, że tak jakoś wyszło, albo że tak radzili znajomi, ale z prawdziwej i autentycznej miłości i jeszcze bardziej prawdziwej i autentycznej – nienawiści. To oni właśnie są dziś dla mnie zagadką i pewnego rodzaju problemem. I to oni właśnie też sprawiają, że budzi się we mnie ów przedziwny instynkt psychologa.
Co mnie w nich tak bardzo zdumiewa? Otóż to mianowicie, że uzyskawszy wszystko to czego chcieli, a jednocześnie mając ten komfort, jaki daje stanie z boku i spokojne obserwowanie, praktycznie w tym samym momencie, kiedy się dowiedzieli, że jest dobrze, zamiast zacząć się cieszyć, wrzasnęli ze złości i zaczęli z siebie wypluwać jeszcze więcej owej brudnej śliny, niż kiedykolwiek wcześniej. Toż to jest jakaś magia! No bo co ich dziś obchodzi los Jarosława Kaczyńskiego? Co ich wzrusza to co się dzieje w Prawie i Sprawiedliwości? Czemu oni wertują jakieś stare roczniki gazet i już ledwo żywe internetowe strony, by szukać kolejnych dowodów na to, że Jarosław Kaczyński to idiota i kłamca, cały ten jego projekt to kompromitacja na resorach, a Antoni Macierewicz to mały Hitler? Czemu oni rozgrzewają do czerwoności Facebook, prowadząc tam jakieś szydercze debaty na temat Budapesztu w Warszawie. Kto ma im zrobić ten Budapeszt? Ten ledwo już żywy Kaczor? Te opluwane i obszczywane przez warszawską żulię babcie z różańcami? Dziś, kiedy prawdziwy tryumf wywieszają na swoich sztandarach jeden pedał, jeden transwestyta i spowiednik Grzegorza Piotrowskiego? No proszę, już nie żartujmy?
A mimo to, tamto wzburzenie wyłącznie rośnie. I patrząc na to wszystko, myślę ja sobie, że skoro zawodowi psychologowie są dziś tak bardzo zajęci, szykując kolejną porcję materiału dla supermarketów, to ja spróbuję postawić swoją diagnozę. Otóż uważam, że za tą przedziwną postawą części zwycięskiego elektoratu stoi z jednej strony bardzo bolesna świadomość, że oni po raz kolejny opowiedzieli się za czymś, co jest w sposób oczywisty złe i parszywe, a z drugiej strony żal do nas, żeśmy ich z tej klatki nie zdołali wyrwać. A więc, mówiąc, krótko, żal, że Prawo i Sprawiedliwość po raz kolejny przegrało wybory.
Aby wyjaśnić lepiej ten paradoks, muszę tu wrócić do zdarzenia parokrotnie tu na tym blogu opisywanego, a jednocześnie wydarzenia, które, z pewnego szczególnego punktu widzenia i w moim najgłębszym przekonaniu, powinno być prezentowane na lekcjach historii we wszystkich klasach, na wszystkich poziomach, do końca świata, i ze względu na swoją dramaturgię, ale też jako napomnienie i memento. Otóż przed kilku laty, jechała sobie pociągiem pewna dziewczyna i na którejś ze stacji dosiadły się do niej dwa zwierzęta. Zwierzęta ją najpierw sterroryzowały, a następnie – Bóg Jeden wie, co one przez cały ten czas z nią wyprawiały – ciągnęły ją za sobą po kolejnych stacjach, dzień i noc, i znów kolejny dzień, aż w końcu, znudzone, ją zamordowały. Przez cały ten czas, dziewczyna zachowywała się dokładnie tak, jak zwierzęta jej kazały, wykonywała wszystkie ich polecenia, a – co najgorsze i najsmutniejsze – ani nie próbowała walczyć, ani się bronić, ani uciekać. I na końcu tej podróży – zmarła.
I ja sobie myślę, że gdybym ja – lub ktoś znacznie ode mnie odważniejszy i silniejszy – pojawił się tam, na którejś z tych stacji, i zaczął tę dziewczynę namawiać, by wstała i poszła w swoją stronę, ona by odmówiła. Jestem też pełen obaw, że gdybym ja ją złapał za rękę i zaczął od nich odciągać, ona by się ich uczepiła i zaczęła mnie prosić, bym ją puścił. Mam też bardzo mocne przekonanie, że gdybym ja ich ostatecznie pobił – lub zwyczajnie zastrzelił ja dwa wściekłe psy – ona by mnie zwymyślała, że byłem tak niedobry dla kogoś, kto nikomu przecież nie chciał zrobić nic złego. Ale też mam stuprocentową pewność, że gdyby mi się udało ją skutecznie wyzwolić z tej opresji – to po jakimś czasie, kiedy ona by już jakoś doszła do siebie – byłaby mi wdzięczna, że uratowałem jej życie.
Otóż dziś uważam, że znaczna część wyborców Platformy Obywatelskiej znalazła się, w pewien oczywiście bardzo szczególny sposób, w sytuacji tamtej dziewczyny. Oni świetnie widzą, że zostali opanowani przez coś, co jest podłe, głupie i fałszywe. Co jest złe i brzydkie. Oni wiedzą, że i Donald Tusk, jego ministrowie i wszystko co oni robią, jest funta kłaków warte. Wiedzą też, że to poparcie z jakim oni wciąż, od tych czterech już lat występują, jest wynikiem wyłącznie ich słabości. A mimo to, nie mają siły, by się z tego szaleństwa wyrwać. Uważam więc też, że kiedy przyszła ta niedziela i oni poszli do głosowania, z jednej strony oczywiście głosowali na swoich panów, a z drugiej – w swojej najgłębszej podświadomości – modlili się, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało i zakończyło tę straszną podróż. No i kiedy zobaczyli, że po raz kolejny wybawienie nie przyszło, wpadli w furię. Oczywiście, furię nie skierowaną przeciwko swoim faktycznym prześladowcom, ale przeciwko tym, na których oni w najgłębszych miejscach swojej duszy tak liczyli, a którzy nagle – diabli wiedzą czemu – zrezygnowali. I o to dziś mają do nas pretensje. To z tego wyłącznie powodu dziś nas tak nienawidzą. Znacznie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Bo tym razem, mają wszelkie powody podejrzewać, że to była już ostatnia szansa i kolejnej nie będzie.
A ja, kiedy sobie o tym myślę, z jednej strony tego nie rozumiem i uważam, że to jest naprawdę chore, z drugiej jednak wiem, że ludzka psychika jest czymś tak skomplikowanym, że chyba tylko Bóg Jeden wie, co tam się tak naprawdę dzieje. I staram się zrozumieć coś, co jest dla mnie – a przecież i nie tylko dla mnie – nie do pojęcia. I w tej sytuacji, robię też kolejny krok. Przyjmuje na siebie winę za to, że już kolejny raz nie udało się nam ich wyzwolić. Jest mi z tego powodu przykro i każdego z nich za to zaniedbanie przepraszam. Ale też, przy okazji, obiecuję, że to naprawdę nie była ostatnia szansa. I że zrobię wszystko, by jednak za kolejnym razem, wszystko skończyło się szczęśliwie.

Dziękuję za wszelkie gesty, jakie pod moim adresem zostały w tych dniach skierowane. I nadal proszę o to samo. Kupujcie książkę i wrzućcie do tego kapelusza, cokolwiek tam luźnego się znajdzie. Dziękuję raz jeszcze.

22 komentarze:

  1. Jest w tym kraju bardzo nie wielu ludzi, którzy wiedzą w jak katastrofalnej znajduje się on sytuacji i jak marginalną rolę w sterowaniu nim pełną tzw. politycy. Do ludzi tych z pewnością należy Donald Tusk. Dlatego nie miał on i cała reszta jego wesołej kompanii tak wesołej jak zwykle miny, gdy ogłoszono wyniki wyborów.
    Scenariusz miał być inny. To PiS miał je wygrać, a potem ruszyłaby lawina pomówień i pseudoskandali. Między czasie należałoby podjąć całą serię trudnych decyzji, za które odpowiadałby znienawidzony PiS. Bo to media są główną gwarancją bezpiecznych rządów Tuska. A ludzie nauczeni doświadczeniem chcą także bezpieczeństwa. Jak nie leje się na głowę i jest co do garnka włożyć - jest nieźle. Problem polega na tym, że za chwilę może się okazać, że i tego zabraknie. Wie o tym premier i wcale nie jest mu do śmiechu. Bo za chwilę może skończyć się jego cudowny sen. I te same lemingi, które wyniosły go do władzy za chwilę uczynią go najbardziej znienawidzonym człowiekiem w tym kraju. O realnej sytuacji ma wie także Kaczyński. A jego największym sukcesem jest nie wciągnięcie się w zastawioną przez System pułapkę. Pozostaje on nadal niemal jednym, który pozostanie na placu boju, gdy wszystko będziemy musieli zaczynać od początku. Pozostanie jeszcze Palikot, którzy w miarę postępu kryzysu będzie szedł w większym stopniu w stronę Trockizmu.

    Ludziom się już nie chce. To prawda. Ale nie chciało się im tak samo przez ostanie trzydzieści lat. Więc nie widzę specjalnej różnicy. W takim stanie ludzkiej zbiorowej świadomości wybuchają rewolucje. Jedyne co możemy zrobić - jak głosi stare chińskie powiedzenie - to siedzieć nad rzeką i czekać aż spłyną nią kości naszych wrogów. I to jest straszne.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Toyah
    I. Na niedługo przed wyborami gdzieś przeczytałem wywiad z Zygmuntem Staszczykiem z zespołu rockowego T.Love. Człowiek od wielu lat deklarujący się jako wyborca Unii Demokratycznej a potem PO, sprawnie poruszający się w mediach i showbizie. Jednym słowem-beneficjent.Pamiętam, że on coś takiego powiedział, że on oczywiście zagłosuje na Platformę, ale jeżeli wygra Prawo, to tragedii nie będzie. Ciekawe, że wówczas, czytając te słowa miałem podobne odczucia jak Ty co do oczekiwań elektoratu PO. Staszczyk wtedy słał sygnał do nas, puszczając jednocześnie oko.

    II. Oczywiście że jest jeszcze szansa. Choć zegar tyka. Czasu nie mają i oni i my i Kaczor. Ten z powodów naturalnych i cholernie nienaturalnych.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Toyah
    Rzeczywiście zachowanie platformersów
    paradoksalne, wynikające z wcześniejszego zaniechania. Z nieprzyznania się, że się było naiwniakiem wierzącym w "nowoczesną partię postępu". Postęp może nastąpił, ale "w grubiaństwa stronę". Dzisiejsze wydarzenia pokazują, że powodów do wściekłości będzie im przybywać.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Andrzej
    Sami sobie stworzyli to piekło. Chcieli je zbudować tylko nam, i przy okazji sami w nie wpadli.

    OdpowiedzUsuń
  5. @zawiślak
    Co do Staszczyka, on się w pewnym momencie faktycznie postawił, ale wygląda na to, że już się za niego wzięli i posłusznie sflaczał.

    OdpowiedzUsuń
  6. Podobnie i ja oceniam te postawy i emocje. Są one zresztą świetnie znane z doświadczeń czerpanych od Rosji względem właśnie Polaków. Zaproponowałbym tu lektury osobistych wyznań takich obserwatorów jak Sołżenicyn, czy Dostojewski, ale teraz i tak nikt nic nie czyta. Dobrze, że chociaż czytają ten blog i parę innych, równie cennych.

    Ale przecież z tymi emocjami, na naszych oczach, powstaje jakiś „homo” i wcale nie chodzi mi o jakieś biedronie, czy o inne poronie. Chodzi mi o dalszy bieg ewolucji - od homo sovieticus dalej.
    Jest zgoda ponad podziałami, że przyroda dorobiła się owego sovieticusa. Ale jest też taka zgoda, że ewolucja działa - mniejsza tu, czy z wyłącznie swej własnej woli na początku. Ostatnie wydarzenia potwierdzają nawet doraźnie sprawczą siłę słów, choć czasem są kłamstwem, albo i bluzgiem.

    Prowadzę ten skomplikowany wywód, żeby postawić tezę, albo i żądanie powszechnej zgody, że homo sovieticus musiał wyewoluować dalej i dlatego potrzebna jest odpowiedź na pytanie: „w co?” Zanim jednak wypowiedzą się inni, ewentualnie, zanim LEMMING znajdzie chwilę czasu, chciałbym przynudzić nawiązaniem do swoich poprzednich bredzeń o feudalizmie. Każdy ustrój trzeba bowiem wypełnić ludźmi z krwi i kości na miarę danego ustroju. Zapożyczę tu z filmweb.pl fragmenty streszczenia dość znanej fabuły pt. "Goście":

    Rok 1123. Godfryd de Maplhete zwany Śmiałym (Jean Reno) w podzięce za uratowanie życia królowi otrzymuje od niego 8 dni na odszukanie swej ukochanej. W wyprawie towarzyszy Śmiałemu jego wierny giermek - Jacquouille (Christian Clavier). Niestety, w wyniku splotu niespodziewanych wydarzeń zostaną przeniesieni do XX wieku.

    Zarówno pan, jak i giermek zachowują wzajemną relację i – każdy swoje - cechy charakteru oraz predylekcje. Tak więc giermek pozostaje łapserdakiem. Nie jest dogłębnie zły, może stać go nawet na dobro, jednak zza pleców swego pana nie liczy się z nikim i z niczym. W stosunku do innych, czuje się rozpanoszony i uprawniony do każdej chamówy. W zasięgu jego rąk nie ma rzeczy bezpiecznej. Wystarczy jednak, że – choćby z roztargnienia - spocznie na nim wzrok jego pana, a Jacquouille już się kurczy i pokornie przygina do ziemi.

    Zdaje się, że nasz feudalizm opiera się na osobnikach homo jacquillensis

    http://www.youtube.com/watch?v=Wt1WCwKmskA&feature=related

    OdpowiedzUsuń
  7. Panie Krzysztofie, je też lubię szukać pozytywów - dzięki tej kampanii wyborczej na pewno przybędzie Panu czytelników w Katowicach, a za 4 lata, kto wie?
    Jeśli chodzi o Polskę, być może musi być jeszcze gorzej aby mogło być lepiej. A my róbmy to co wiemy że jest naszym obowiązkiem:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. @orjan
    O to Cię podejrzewałem. Że znasz francuski.

    OdpowiedzUsuń
  9. @orjan
    A tak na marginesie, zajrzyj do maili.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Ela
    Oczywiście że tak Nie ma innej drogi jak robić swoje.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Orjan
    Film jest uroczy, tylko ma kretyński happy end, bo obaj bohaterowie uświadamiają się demokratycznie i jeszcze raz dowiadujemy się, jak zbawcza jest potęga amerykańskiego stylu życia.
    Tymczasem niewolnik może się co najwyżej stać wyzwoleńcem, a to już nie jakaś tam chamówa, tylko ruska swołocz. Takie coś, co mając wolne ręce, używa ich do tego, co najbardziej w swoim panu kochało - poniewierania słabszymi od siebie lub tymi, o których myśli, że są słabsi.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Marylka

    Ja już wielokrotnie przytaczałem tu dowcip kryjący diagnozę tak celną, że przytaczać trzeba wciąż i wciąż.

    Otóż zapytano Wanię, co by zrobił zostawszy carem?

    - A siadłbym sobie na rozstajach i prałbym w mordę każdego, kto by przechodził.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Toyah
    Przypadek dziewczyny z pociągu jest bardzo charakterystyczny i dobrze oddaje stan sytuacji w kraju.
    Owszem są tacy, którzy próbują jej pomóc ale ona nie do końca chce.
    Gorzej, że znacząca większość widzi to molestowanie i nie reaguje, czy to ze strachu, czy to z własnej wygody, czy może dlatego że ich nie ruszają (moja chata skraja).
    To oczywiście do czasu.
    Przypomina to postawę tego pastora w hitlerowskich Niemczech, który nie protestował aż do czasu gdy siepacze przyszli po niego - tylko wtedy nie było komu protestować w jego obronie.

    Powie ktoś nieporównywalne? Czy aby na pewno?

    Połowa ludzi nie głosowała..., boją się zmiany - jakiejkolwiek?
    Kryzys zaufania do władzy wyrosłej z układu magdalenkowego?
    Jeżeli tak to dlaczego nie rozumieją, ze 10.04.2010 nastąpiła wymiana talii kart?

    OdpowiedzUsuń
  14. Ta przypowieść o dziewczynie i jej prześladowcach trochę wyjaśnia i trochę uczy. Uczy nas, że - choćby nie wiem jak niewdzięczna i pozbawiona widoków na sukces byłaby to praca - musimy ze wszystkich sił ująć się za tą dziewczyną i z wyrozumiałością dla jej nieprzezwyciężonej niewolniczej mentalności starać się wyprowadzić ją z matni, w której się znalazła. W końcu zło w tej przypowieści reprezentują oprawcy a nie ona.

    Nasze społeczeństwo - a co za tym idzie - nasz kochany kraj został do tego stanu doprowadzony za pomocą długofalowych i przemyślanych działań, które są intensywnie kontynuowane. Początkiem była rosyjsko-niemiecka eksterminacja polskiej inteligencji z kulminacją dokonaną rękami Rosjan w Katyniu i innych miejscach kaźni. I tak dalej przez cały PRL. Niemałym ciosem dla tych patriotów, którzy przetrwali, było zrozumienie faktu, że cały wspaniały zryw Solidarności był w istocie modelową operacją służb specjalnych. Ta karta czeka jeszcze na pełne wyjaśnienie i może stać się elementem katharsis, po którym naród się odrodzi.

    Nieznośnie mi się jedynie słucha tych zapewnień, że za 4 lata to już naprawdę będziemy gotowi do rozliczenia się z postkomuną. Po 10.04 powinniśmy już nauczyć się, że to nie jest łatwa walka. Jeśli sięgnięto po takie środki, to nie po to, żeby Polskę ot tak sobie potem odpuścić. Zalecenia zmodyfikowałbym więc tak, by robić swoje i szykować się na ciężkie czasy - i ogólnoekonomicznie, i w szczególności - dla narodowych i religijnych wartości, o których zachowanie walczymy.

    OdpowiedzUsuń
  15. W ramach rozszerzenia wątku, a częściowo dla wyjaśnienia błędu w pretensjach Zibika (i chyba u Jędrzeja też), chcę uściślić, że na owego giermka z „Gości” wskazałem mając na myśli giermków władzy obecnej. Gdy już w samym doświadczeniu narodowym wiadomo, że nie daj Boh z Iwana pana i z Marijki dobrodzijki, to ciągle pozostaje pytanie o giermków, sługi, z naciskiem wzwyż, że „minister” też znaczy „sługa”.

    Dla wykazania, że sługa niekoniecznie jest skazany wyłącznie na wzorzec Jacquouill’na, chciałbym przywołać Hlavę z „Krzyżaków”. Ten stał się sługą rycerza (giermkiem) z poziomu cudzoziemskiego niewolnika, lecz gdy doczytujemy do końca, Hlava sam zostaje rycerzem polskim.

    Z tego wynikają dwie uwagi, a każda wskazuje palcem nie na sługę, lecz na pana:

    1) sługa dostosowuje się do odgadywanych cech swego pana. Razem z nim rośnie lub karłowacieje. Zbyszko na pewno wyrzuciłby Jacquouill’na, a ów rycerz z „Gości” pogoniłby Hlavę wobec ryzyka: z kim przestajesz, takim się stajesz

    2) są ustroje, w których giermek może wydźwignąć się na rycerza, a są ustroje ufundowane na stałości łapserdaczej. W tych drugich, nawet z pasowaniem na rycerza wcale nie ubywa łapserdaków.

    Te spostrzeżenia mogą stanowić klucz do analizy współczesnej polityki społecznej i kadrowej.

    Także dla oszacowania współczesnej szansy zwyczajnej dziewczyny.

    OdpowiedzUsuń
  16. @raven59
    Czy jej chciał ktoś pomóc - tego nie wiem. Natomiast obawiam się, że gdyby chciał, ona by tę pomoc ze czystego przerażenia odrzuciła.

    OdpowiedzUsuń
  17. @filozof grecki
    Ja jednak trzymam się prognoz LEMMINGA odnośnie następnego roku. Zwłaszcza że ona są bardzo zbieżne z tym, co na własne uszy słyszałem od Zyty Gilowskiej.

    OdpowiedzUsuń
  18. @orjan
    Czemu nie odpowiedziałeś na mój email?

    OdpowiedzUsuń
  19. @toyah
    No to ogólnie jest to zbieżne z tym, że nie ma co liczyć na tradycyjny 4-letni cykl rozliczania władzy. Z jednej strony działa szczelny parasol polityczno-medialno-sondażowy (który jest niezbędnym uzupełnieniem opisanej tu niewolniczej mentalności). Z drugiej strony historia przyspieszyła i dochodzą potężne dynamiczne impulsy częściowo kontrolowane przez System. Końcowy efekt nie zawsze jest przewidywalny, np. ogromne umocnienie patriotycznych nastrojów po 10.04. Kolejnym impulsem będzie zapewne uderzenie kryzysu (to co mamy dotychczas jest niewłaściwie nazywane kryzysem, kryzys dopiero będzie). Tu w pełni zgadzam się z mądrzejszymi ode mnie. Mnie martwi tylko to, na ile wszystko jest już zaprogramowane przez tych, którzy ustawiają pionki i rozdają karty, a na ile zdołamy się tej sile oprzeć. Na własny użytek odpowiadam sobie, że warto uważnie słuchać Kaczyńskiego. Zawsze uważałem, że przywódcę ma się nie po to, by go nieustannie rozliczać, tylko po to, by go słuchać i iść za jego wskazaniami.

    OdpowiedzUsuń
  20. @toyah

    Zbieram się w sobie. Cierpliwości.

    OdpowiedzUsuń
  21. @orjan
    Ależ nie spiesz się. Poczekam.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.