Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celibat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celibat. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2019

Każdemu wolno kochać, czyli zdechłym kurczakiem w łeb


      Właśnie dotarła do nas informacja, z najwyższą satysfakcją przekazana przez główne liberalne media, żę pewien łódzki ksiądz został oficjalnie usunięty ze stanu duchownego. Z owej informacji zainteresowały mnie dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że Kościół nie chce dokładnie powiedzieć dziennikarzom, za co ta okrutna kara, a w związku z tym oni muszą się opierać wyłącznie na plotkach, z których główna jest taka, że to przez to, iż ów ksiądz wyjechał do Izraela by medytować na pustyni i tym samym tych pedofilów-hierarchów rozwścieczył. Druga jest jeszcze bardziej dla mnie ciekawa. Otóż podobno ów ksiądz był najbardziej znanym i lubianym w diecezji łódzkiej księdzem.
     I to jest dla mnie temat. Rzecz w tym, że ja mam już grubo ponad 60 lat, od dziecka znam różnych miejscowych księży i nie umiem powiedzieć, który z nich jest najbardziej lubiany, czy znany. Co to w ogóle znaczy, że któryś ksiądz jest najbardziej popularny? Ja wiem, że są i zawsze byli księża, którzy z jakiegoś powodu byli powszechnie bardziej znani niż inni księża: ksiądz Tischner, ksiądz Cybula, ksiądz Stryczek, ksiądz Jankowski, czy ksiądz Boniecki. No ale ta ich popularność była związana albo z ich publiczną funkcją, jak to było w przypadku księdza Jankowskiego, czy Cybuli, albo z polityczną pozycją zajmowaną w liberalnych mediach, tak jak to miało miejsce u księdza Tischnera, czy Bonieckiego, czy niewymienionego tu wcześniej księdza Sowy. W pozostałych przypadkach, zwierz taki jak „najbardziej znany w diecezji ksiądz” zwyczajnie nie istnieje. Natomiast, owszem, od czasu do czasu jest tak, że któryś ze zwykłych szarych księży zrobi lub powie coś nadzwyczaj szokującego, spotka go ze strony biskupa jakaś kara i nagle się okazuje, że to był ksiądz, którego ludzie kochali najbardziej.
      Słyszeliśmy o tym wielokrotnie. Oto jakiś prowincjonalny ksiądz stwierdzi, że księża Kościołowi w gruncie rzeczy nie są potrzebni i już się okazuje, że to był ksiądz, którego parafianie bardzo kochali; po nim wystąpi inny, który gdzieś chlapnie, że to nie Żydzi zabili Jezusa, ale Jezusa zabijają każdego dnia Polacy i już się dowiadujemy, że na jego mszach było zawsze najwięcej ludzi; po nim pojawi się jakiś jeszcze inny i pojawi się na marszu LGBT i natychmiast pojawia się informacja, że to jest ksiądz, którego szczególnie sobie upodobała młodzież studencka.
     No i tu mamy tego księdza z Łodzi, który został usunięty ze stanu duchownego i słyszymy, że to był ksiądz w Łodzi najbardziej znany. Już wiemy, o co poszło. Otóż, jak on sam, już po fakcie, poskarżył się w umieszczonym na Facebooku filmie, on nie zrobił nic złego, tylko się zakochał. Prosił zresztą swojego biskupa, by ten zechciał to zrozumieć, no ale biskupi, jak wiemy, nie mają za grosz współczucia dla piękna ludzkiej miłości, więc nic z tego nie wyszło. Udał się więc nasz zakochany ksiądz do Izraela, polazł na pustynie i zaczął się modlić. No a tam trafił na jakąś protestancką sektę, która go zrozumiała, udzieliła mu swojego sakramentu chrztu i stąd to całe nieporozumienie. Ksiądz nadal kocha Jezusa, kocha Kościół Katolicki, no ale też kocha kobietę i postanowił, że skoro jego Kościół mu w tym nie chce pomóc, to on sobie będzie radził sam.
     A ja mam już tylko jedną refleksję, skierowaną do owego księdza i tych jego kolegów po sutannie, co mają podobne dylematy. Otóż mnie się najbardziej spodoba, jak jego marzenie, by zacząć wreszcie z tą kobietą współżyć, się spełni, potem, niewykluczone, że się z nią ożeni, no a któregoś dnia uzna, że ani ten seks, ani tym bardziej ciągłe życie pod jednym dachem z wciąż tą samą babą, nie są tak atrakcyjne jak mu się zdawało. Albo ona ewentualnie dojdzie do wniosku, że ci księża nie są wcale tacy ciekawi, jak ona myślała, gdy była młoda. No i wtedy on albo zacznie szukać czegoś lepszego, albo zacznie chlać i to będzie koniec. Bo musicie wiedzieć, moi drodzy księża, że ani ten seks, ani tym bardziej małżeństwo to nie jest wcale taka frajda. To jest niekiedy prawdziwa męka i jeszcze prawdziwsza odpowiedzialność i są chwile, kiedy normalny człowiek już tylko żałuje, że nie został jakimś wiejskim proboszczem z paroma zaprzyjaźnionymi parafianami i gospodynią, która by mu codziennie ścieliła łóżko, podawała pod pysk kotlet schabowy z ziemniakami i marchewką z groszkiem, a on by się nie musiał przed nią z niczego tłumaczyć, choćby sobie nawet kupił podwójnego winyla Led Zeppelin za 150 zł.
      Ja was, moi mili czasem naprawdę nie rozumiem. Spowiadacie tych biednych ludzi, niekiedy nawet codziennie, oni wam dostarczają wiedzy absolutnie unikalnej na temat tego, czym jest prawdziwe życie, a wy, zamiast z tego wyciągać wnioski, nagle zaczynacie kombinować, że wy też byście tak chcieli. Albo jeszcze gorzej. Wy wiecie, że tam na was czekają prawdziwe niebezpieczeństwa, ale jesteście tak zarozumiali i głupi, że uważacie, że ta wasza miłość jest tak specjalna, że sobie bez trudu poradzicie.
      Czy to zatem możliwe, że wielu z was faktycznie w pewnym momencie uzyskało status „najbardziej lubianego księdza w diecezji” i to stąd wam się w tych biednych głowach pomieszało?




niedziela, 19 maja 2019

Dlaczego Tomasz Lis się nie łajdaczy?


Ponieważ do wyboru mam albo ciągnąć temat pedofilii – a przyznać muszę, że, jeśli problem potraktować szerzej, to mamy przed sobą kwestię nieczystości w ogóle, ta dyskusja końca zwyczajnie nie ma, albo naszą wspólną uwagę poświęcić wyborom europejskim, to przepraszam bardzo, ale niech się wyborami zajmie premier Szydło z ministrem Gowinem i tym nożownikiem z Buska Zdroju, a ja jednak zostanę przy wspomnianej nieczystości.
Otóż przeczytałem dziś na portalu tvn24, że niejaki Sosnowski ze znanego nam ostatnio aż nazbyt dobrze kwartalnika „Więź”, postanowił ratować Kościół przed wieczną zgubą i w związku z tym zaapelował o – uwaga, uwaga – zniesienie celibatu. I to jest moim zdaniem coś tak niebywale głupiego, że ja albo muszę uznać, że Sosnowski jest niespełna rozumu, albo że on jest częścią owego większego projektu, który ma na celu doprowadzenie do ostatecznego i nieodwołanego upadku Kościoła i gada, co mu każą.
Jak bowiem można w ogóle pomyśleć, że zezwolenie księżom na małżeństwa, związki partnerskie, koleżeńskie, pijackie, czy Diabeł jeden wie, jak je nazwać, sprawi, że oni nie będą uwodzić swoich gospodyń, zaciągać do łóżka zakochane parafianki, zdradzać swoich kochanków z innymi, równie atrakcyjnymi mężczyznami, czy wreszcie wkładać łapy w majtki małych dzieci? Co temu Sosnowskiemu się roi w jego pustym łbie? On nam chce powiedzieć, że ci wszyscy pedofile, to ludzie, którzy przez lata żyli w celibacie i nagle nie wytrzymali? A może jemu chodzi o to, że ci wszyscy księża, którzy dziś muszę się tłumaczyć ze swoich zboczeń padli ofiarą celibatu? On może sugeruje, że ksiądz Cybula w pewnym momencie postanowił się wziąć za swoich ministrantów, bo chciał koniecznie sprawdzić jaki to ten słynny seks jest przyjemny, a ponieważ Kościół zakazał mu się żenić, to udał się w najbliższe dogodne miejsce?
Mogę się oczywiście mylić, ale nie wierzę, żeby nawet dziennikarze kwartalnika „Więź” byli aż tak tępi, żeby z zupełną powagą głosić związek między celibatem, a wyuzdaniem, a  nie widzieć go między wyuzdaniem, a... wyuzdaniem.
Przepraszam bardzo, że to sie staje już może zbyt prostackie, ale czy Sosnowski żyje w przekonaniu, że ci wszyscy ważni celebryci, o których Seweryn Latkowski nakręcił tę swoją nędzę, sprowadzali sobie do domów te dzieci z Dworca Centralnego dlatego, że nie wolno im było zwyczajnie podupczyć? On może uważa, że niegdysiejszy Krzysztof Piesiewicz spotykał się z tymi kurwami głównie po to, by one mu pokazały, czym jest seks?
Jak mówię, nie chętnie wchodzę na ten poziom, bo to wszystko jest tak oczywiste, że aż wstyd o tym mówić, w tej zatem sytuacji, po raz kolejny ostatnio, przypomnę stary tekst, a wraz z nim sprawę owego Piesiewicza, szczególnie dziś bardzo niesłusznie zapomnianą.

      O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak.
      Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście.
      Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze.
      Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych.
      Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania.
      A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy.
      Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”…
      Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”.
      Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy.
      A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć.
       Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych.
      I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git.
      Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu.



Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl gdzie można kupować moje książki. Jeśli komuś za daleko, to może sobie też kliknąć tu obok w jedną z okładek, albo ewentualnie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.





poniedziałek, 26 stycznia 2009

W spowiedzi u Baniaka

Kupiłem dziś Gazetę Wyborczą. A było to tak. Na komórkę dostałem od Orange informację, że właśnie Gazeta poinformowała, że według jakichś, niezwykle oczywiście, wiarygodnych badań, połowa polskich księży „chciałaby mieć żonę i rodzinę”. Najpierw sobie pomyślałem, że to jest świetny wynik, bo jeśli połowa księży twierdzi, że nie chciałaby mieć żony, dzieci, rodziny, to albo są zboczeni, albo – pewnie poniekąd słusznie – uważają, że małżeństwo to żadna szczególna frajda, albo z jakiegoś powodu – co akurat też bardzo zrozumiałe – postanowili tę prawdę o sobie ukryć. Natomiast połowa, to normalni ludzie, którzy chcieliby może być ojcem, mężem i żyć tak jak żyli jego rodzice. Czyli w sumie dobra wiadomość. Połowa księży, to normalni ludzie, którzy wybrali celibat świadomie i którzy tę świadomość potrafią z dumą artykułować.
Ale to była tylko pierwsza refleksja. Po chwili bowiem pomyślałem sobie, że przede wszystkim kompletnie nie wiem, jakie pytania zadano tym badanym księżom, na ile te badania były szczegółowe i na ile oczywiście Gazeta Wyborcza, publikując je, chciała coś dla swoich typowo czarnych interesów osiągnąć. A tego się mogłem dowiedzieć, tylko kupując Gazetę, co też uczyniłem. Szczęśliwie, wspomniany temat okazał się być omówiony w tak zwanym Dużym Formacie, dzięki czemu główną część gazety wywaliłem do pobliskiego śmietnika, a do domu wróciłem z tym cieniutkim magazynem.
Okazuje się więc, że informacja o tych księżach jest zawarta w rozmowie z niejakim „profesorem Józefem Baniakiem – pracownikiem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, specjalizującym się w socjologii religii i religijności, a także socjologii moralności”. Ponieważ do profesorów wszelkiej maści stosunek mam szczególny, a jeśli któryś z nich nazywa Józef Baniak i zajmuje się czymś co nosi nazwę „socjologii moralności”, zasiadłem do niniejszego wpisu z mieszaniną podniecenia i niepokoju. Od razu jednak muszę wyjaśnić, o co mi chodzi z tym „Baniakiem”. Otóż, kiedy jeszcze na studiach, uczestniczyłem w zajęciach w tak zwanym Studium Wojskowym, wszyscy komunistyczni żołnierze prowadzący zajęcia nazywali się Słoma, Drewniak, Szafa, Buła i tak dalej w tym kierunku, więc noszę tu od tego czasu ciężki kompleks. Przepraszam.
No więc czytam rozmowę z Baniakiem i okazuje się, ze jest jeszcze gorzej, niż przypuszczałem. O ile wiadomość podana przez Orange była jeszcze minimalnie konkretna, to z tego, co mówi Baniak, nie można dowiedzieć się niczego. Na dwóch stronach drobnego druku nie ma wyników żadnych badań, nie ma mowy o żadnych konkretnych pytaniach. Jedyne co znajdujemy, to wyłącznie jakieś najbardziej prymitywne plotki o księżach, którzy mieli kochanki, mają kochanki, albo te kochanki dopiero zamierzają mieć i o tych, którzy będą się do końca życia męczyć bez seksu, ale za to niechybnie prędzej czy później zwariują. A wszystko to ubrane w coś, co nijak nie przypomina badań naukowych. W rezultacie, jedyne co z tej rozmowy wynika na pewno, to, że Baniak bardzo by chciał, żeby księża mogli się żenić, albo przynajmniej sobie legalnie używać. A więc poziom pierwszej klasy skromnego liceum ogólnokształcącego.
Więc nie będę z tekstem z Wyborczej w ogóle polemizował. Trochę z tego powodu, że – o ile się orientuje – tego tekstu w Internecie nie ma, więc nie mam jak zrobić odnośnika, a poza tym to jest taki poziom, że po prostu mi się nie chce. Obawiam się przy tym, że ten Baniak, to w ogóle jest jakiś żart i jeszcze się okaże, że ktoś taki w ogóle nie istnieje, albo to jakiś wariat, którego dawno z uczelni wyrzucili za pedofilię, albo za jakieś inne wybryki i moje argumenty będę mógł sobie wsadzić w nos, albo w jakąś inną dziurę.
Ja osobiście nie prowadziłem w życiu żadnych badań na temat tego, czy katoliccy księża chcą się żenić, czy nie i – szczerze powiedziawszy – nie pamiętam nawet, bym kiedykolwiek miał z tym jakikolwiek problem. U mnie na wsi, zawsze wszyscy wiedzieli, że żonaty ksiądz to coś wyjątkowo perwersyjnego, podobnie zresztą, jak ksiądz z kochanką, ksiądz złodziej i ksiądz pijak i pani biskup. U nas się oczywiście bierze pod uwagę, że gdzieś coś takiego się może i pojawia, ale wyłącznie na zasadzie wybryku natury. Znam osobiście trzech księży. Jeden to wujek Toyahowej, drugi to nasz najbliższy przyjaciel i jeszcze jeden kolega. Każdy z tych naszych znajomych księży, zdarza się, że lubi nam opowiadać o swoich marzeniach, problemach, kłopotach, radościach, ale problem seksu, czy celibatu, w tych rozmowach, jeśli się w ogóle pojawia, to wyłącznie jako kompletnie nieistotny kaprys. A jeśli jako kłopot, to wyłącznie nasz kłopot, a nie ich. Księża, których znamy osobiście, podobnie jak większość księży, których oni poznali w swoim życiu, są skoncentrowani na zupełnie innym fragmencie rzeczywistości. I jeśli ludziom, którzy nie są w stanie wyjść choćby na moment poza swoje najtańsze ograniczenia, trudno jest to pojąć, to uważam, że ostatnią rzeczą jaką powinni robić, to się tym swoim nieszczęściem chwalić.
Jednak gdybym nagle z jakiegoś powodu zaczął się przejmować problemem celibatu i tym, jak sobie księża radzą z seksem, to i tak uważam, że ja akurat miałbym do tego większe prawo, niż – prawdziwy, czy wymyślony – Baniak, albo redaktorzy Gazety Wyborczej. Z tego choćby powodu, że ja do kościoła chodzę co niedzielę, w okresie świątecznym przyjmuje w domu kolędę i zawsze przed zaśnięciem się modlę. Oni wszyscy natomiast, jako ludzie w ogromnej większości (a jestem o tym stuprocentowo przekonany) stojący poza Kościołem i mający Kościół w maksymalnej obojętności, mają dokładnie taki sam mandat do troszczenia się o kondycję tego Kościoła, jak ja, w stosunku do działkowiczów, partii Janusza Onyszkiewicza, albo – by nie odchodzić od tematu – Cerkwi Prawosławnej. I dziwi mnie, że ci własnie ludzie, z których ogromna większość ostatnio była w kościele w najlepszym wypadku, kiedy trzeba było wiać przed milicją w latach 80-tych, a tak naprawdę podczas swojej Pierwszej Komunii, nagle tak okropnie się zainteresowali płciowymi ambicjami księży.
Ale to jest w sumie drobiazg. To jest Gazeta, to jest Baniak i to są jakieś drobne intelektualne popisy na szczeblu już nawet nie salonu, ale jakiegoś off-off-off salonu. Bardziej mnie interesuje to, co się dzieje w Salonie prawdziwym. Czyli naszym. A tu też troska o kondycję Kościoła nie daje niektórym spać. Dziś Wojciech Sadurski, w swoim wpisie zajął się Benedyktem http://wojciechsadurski.salon24.pl/382465.html . Oczywiście Sadurski to nie Baniak, ani nawet Gazeta Wyborcza, więc poziom też inny, ale problem pozostaje jakby podobny.
Sadurski już na początku niby uczciwie zaznacza, że sprawy Kościoła są sprawami Kościoła i jemu nic do tego. Nie zmienia to jednak faktu, ze – mimo że jemu nic do tego – to zajmuje się tymi sprawami na pełen gaz. A wszystko pod pozorem dbałości o sprawy powszechne. A więc, według Sadurskiego, to kogo papież ekskomunikuje, a z kogo tę ekskomunikę zdejmie, to nie Sadurskiego sprawa, pod jednym wszakże warunkiem. Mianowicie osoba, którą się papież zajmuje nie może być, broń Pani Boże, antysemitą. Jeśli ktoś jest antysemitą, to powinien z Kościoła Katolickiego zostać wykluczony, nie powinien mieć prawa przyjmować komunii, powinien pójść do piekła, a sam papież wszelkie swoje ruchy w tej sprawie powinien konsultować ze środowiskami żydowskimi. A zadbać o to powinien własnie Sadurski i inni.
Sadurski tę myśl formuje w sposób absolutnie jednoznaczny: „Ale nie znaczy to, że nie możemy takich wypowiedzi oceniać. I nie znaczy to, że nie możemy oceniać religijnej rehabilitacji Richarda Williamsona. Jeśli antysemityzm jest grzechem, a negacjonizm jest jawną formą antysemityzmu – nie ma powodu, by decyzję Benedykta XVI chronić w oparciu o teorię, że skoro ekskomunika nie miała nic wspόlnego z ‘negacjonizmem’ Williamsona, to i de-ekskomunika nie rozgrzesza brytyjskiego ‘negacjonisty’”. Tak jednoznaczny, że jednoznaczność ta aż zapiera dech. Można by pomyśleć, że Sadurski własnie był u spowiedzi i dostał nowego przyspieszenia w temacie grzechu i takich tam, prawda? Wpis Sadurskiego, pomijając jego inwalidztwo na poziomie czysto intelektualnym, zadziwia jeszcze z innego powodu. Otóż ostatnie dni przyniosły nam wiadomość o wejściu na ekrany filmu o braciach Bielskich, którzy zasłynęli głównie brutalną przemocą wobec niewinnej polskiej ludności, a który to film – z powodu jakiś bardzo mrocznych, a jednocześnie bardzo typowych interesów – przedstawia tych bandytów i morderców, jako bohaterów. Również całkiem niedawno, po raz już setny, bardzo wpływowe środowiska w Rosji, kwestionują męczeństwo polskich oficerów w Katyniu i, jakby tego było mało, sugerują, żeby Polacy się w tej sprawie od Rosjan odpieprzyli. Codziennie dowiadujemy się też, że kult Stalina we współczesnej Rosji przybiera rozmiary niemal już oficjalne.
Od pewnego już czasu, w Niemczech, a także w niektórych środowiskach choćby w Nowym Jorku, staje się na głowie, żeby wmówić światowej opinii publicznej, że właściwie za drugą wojnę światową najbardziej powinni przepraszać Polacy. Że gdyby nie polskie chamstwo, polski katolicyzm i polskie barbarzyństwo, świat byłby dziś o wiele piękniejszy. I na ile się orientuje, ta opinia, jeśli budzi większe kontrowersje, to jedynie w Polsce, a to też nie powszechnie.
I załóżmy teraz, że się okaże, że albo ta pani, która napisała książkę o Bielskim, albo ten człowiek, który wyreżyserował film ‘Opór’, albo pośmiertnie Tewje Bielski, albo premier Putin, albo Adam Michnik, albo Jerzy Urban, albo Erika Steinach, albo Jan Gross, albo cholera wie kto jeszcze z całego tego wachlarza wrogów mojej Ojczyzny, zostali ni stąd niż z owąd mianowani tym głównym popem Wszech Rusi, czy jak się to wakujące obecnie stanowisko nazywa. Czy ja mam natychmiast siadać do komputera i pisać protest przeciwko zmianom w Cerkwi Prawosławnej? Oczywiście że nie. Dlaczego nie? Dlatego, że to co się dzieje w tym ruskim kościele, obchodzi mnie dokładnie w tym samym stopniu, co sytuacja u Świadków Jehowy, kręcących się po moim dworcu. Czyli o tyle tylko, o ile oni będą próbowali coś zmieniać w moim kraju, w moim mieście, albo w mojej rodzinie.
Oczywiście. Na temat każdego z wyżej wymienionych ja mogę rozmawiać długo i bardzo dobitnie, natomiast ich relacje z Cerkwią, Synagogą, czy Meczetem obchodzą mnie w stopniu żadnym. I – konsekwentnie – wolałbym, żeby pana Wojciecha Sadurskiego grzechy, odpuszczenia grzechów, ekskomuniki i „de-ekskomuniki” w Kościele, który najprawdopodobniej jest jego Kościołem – jeśli w ogóle – wyłącznie teoretycznie, w ogóle przestały interesować. Tak będzie lepiej przede wszystkim dla niego. Przynajmniej do czasu, jak go nagle coś oświeci i rzeczywiście pójdzie wreszcie do spowiedzi.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...