Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławomir Cenckiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławomir Cenckiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2018

Kto się boi generała Hermaszewskiego


Dziś ostatni dzień targów. Niezmiennie zapraszam wszystkich do Arkad Kubickiego na stoisko nr 25, a jednocześnie przedstawiam najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. O generale Hermaszewskim i polskich patriotach.

            Zasiadając do dzisiejszego felietonu liczę na to, że większość Czytelników zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że nie znajdzie tu choćby śladu kokietowania, a być może nawet trafi na opinie, które im się zwyczajnienie spodobają. A nadzieja jest tym większa, że biorę mocno pod uwagę, że to co tu powiem, może wywołać burzę, której nie przetrwam. No ale wypinam pierś i mówię: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”.
      Otóż, jak wiemy już chyba wszyscy, prezydent Duda zawetował tak zwaną „ustawę degradacyjną”, co po prawej stronie wywołało wściekłość, jakiej świat nie widział, a którą chyba najpiękniej symbolizują słowa ministra Suskiego, że „Prezydent jego głosu już nie ma”. A zatem przede wszystkim pragnę oświadczyć, że mnie się zarówno weto Prezydenta, jak i  jego uzasadnienie, bardzo podobają. Dlaczego? Oczywiście, częściowo dlatego, że faktycznie pozostawienie tej ustawy w takim kształcie otworzyłoby kolejną awanturę, i tu na miejscu i w Europie, z której byśmy się tym razem nie wywinęli, no ale też przez to, że, w moim pojęciu, gen. Hermaszewski w najmniejszym stopniu na to, by go pozbawiać stopnia nie zasłużył. I nawet gdyby całe to weto było przez Prezydenta zgłoszone wyłącznie ze względu na niego, też bym je poparł.  
      Ja oczywiście znam argumenty wysuwane przeciwko Hermaszewskiemu przez prawicowych komentatorów, co więcej znam wypowiedzi prof. Cenckiewicza, i nawet mógłbym powiedzieć, że pamiętam świetnie argumenty wysuwane przez te same osoby wobec abp Stanisława Wielgusa, tyle że to jest mi kompletnie niepotrzebne, a to z tego prostego względu, że ja znam życiorys samego Hermaszewskigo, a między innymi ten jego fragment, który mnie informuje, że Mirosław urodził się na Wołyniu, w bardzo patriotycznej rodzinie i jako dziecko został cudem ocalony z napadu UPA na jego wieś, kiedy to banderowcy zamordowali niemal 200 osób, w tym 19 członków jego najbliższej rodziny. Po wieloletniej tułaczce Hermaszewski, wraz z mamą i rodzeństwem, został wysiedlony do Polski, gdzie, podobnie jak jego dwaj starsi bracia, w roku 1961, a więc w wieku 20 lat wstąpił do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych, by zostać pilotem.
      I oto cała moja informacja na temat gen. Hermaszewskiego, która mnie osobiście wystarcza do tego, by to co mi opowiada Sławomir Cenckiewicz o tym, jak to młody Hermaszewski „jak większość kadry oficerskiej nastawionej na robienie kariery, chciał dobrze żyć z wszechpotężną WSW i przez to już na pierwszym roku studiów zgodził się z nią współpracować”, wystrzelić, nomen omen, w Kosmos. Dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że, gdy chodzi o „współpracę z władzą”, akurat Cenckiewicz szczególnie powinien siedzieć cicho, a po drugie, on również powinien siedzieć cicho, kiedy wpadnie mu do głowy oceniać kogoś, kto kiedy był jeszcze dzieckiem, miał do niesienia znacznie większy ciężar, niż dziadka ubeka i ojca – diabli wiedzą, kogo.

sobota, 10 lutego 2018

O tym jak policja myśli zrujnowała Cezarego Gmyza

           Piszę dziś ten tekst z pewnym niepokojem, jako że mam bardzo silne podejrzenie, że już za chwilę sprawą się zajmie Coryllus i, jako osoba zdecydowanie bardziej ode mnie kompetentna w prognozowaniu ciężkiego i szybkiego upadku owego projektu, za którym kiedyś wszyscy staliśmy murem i któremu tak dobrze życzyliśmy, zrobi to wszystko znacznie lepiej ode mnie. Mimo to jednak, nie mogę się powstrzymać i swoje trzy grosze do tego co się stało, muszę dorzucić. Otóż, jak podał, skądinąd wrogi nam, portal wirtualnapolska.pl, nie tylko aktorzy, piosenkarze, oraz byli dyplomaci, zajęli się ostatnio pisaniem listów otwartych, ale do tego zacnego grona dołączyły również gwiazdy niepokornej i wyklętej pulicystyki – w kolejności alfabetycznej – Witold Bagieński, Sławomir Cenckiewicz, Wojciech Dudziński, Cezary Gmyz,  Maciej Marosz, Piotr Nisztor, oraz Piotr Woyciechowski, i opublikowały pismo, w którym Piotrowi Jeglińskiemu, szefowi kultowego patriotyczno-niepodległościowego wydawnictwa Editions Spotkania, zarzucają wieloletnią współpracę ze Służbami. Ktoś odpowiednio uważny być może zada w tym momencie pytanie, co się takiego stało, że ktoś tak kompetentny, a jednoczesnie pracowity, jak Sławomir Cenckiewicz badacz, nagle po latach grzebania w papierach odkrył tajne powiązania swojego wydawcy, Jeglińskiego. Odpowiedź robi wrażenie nadzwyczaj prostej. Otóż wszystko wyszło na jaw po tym jak Jegliński wydał serię patriotycznych książek wspomnianych autorów, a mianowicie  Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego „Konfidenci - Archiwa ujawniają prawdę” o kapusiach, Piotra Nisztora i Wojciecha Dudzińskiego  „Nietykalni” o wyprzedaży polskiego majątku, Macieja Marosza „Resortowe togi” o skorumpowanych sędziach i wreszcie książkę kucharską samego Cezarego Gmyza „Co nam Gmyz zgotował? Przepisy ze szczyptą...”, a dziś, jak się okazuje, ów stary ubek, zamiast te książki sprzedawać, nie dość że ich sprzedawać nawet nie zaczął, to jeszcze autorom nie zapłacił, twierdząc, że skoro nie sprzedał, to nie ma z czego płacić. A wszystko to zrobił według niezwykle perfidnego planu, który, wedle Wirtualnej Polski – proszeni przez Wirtualną Polskę o komentarz, Cenckiewicz i Gmyz mieli się podobno obrazić i swojej wersji zdarzeń nie przedstawili – wyglądał tak:
       „Szef znanego wydawnictwa, ikona solidarnościowego podziemia, ulega podszeptom pracowników aparatu bezpieczeństwa PRL i po 20 latach przeprowadza tajną operację. Kupuje najmocniejsze, najbardziej demaskatorskie książki prawicowych autorów. Wydaje je, lecz być może celowo sabotuje sprzedaż potencjalnych hitów. Następnie nie wypłaca autorom honorariów. Może to być kara za ich dotychczasową działalność”.
       Widząc, jak ta relacja jest zrobiona, więc jak przystało na osobę w najwyższym stopniu nieufną wobec wszelkiego rodzaju mentów, założyłem, że Wirtualna Polska, jak to ma w zwyczaju, manipuluje, i aby sprawdzić stan rzeczy zajrzałem do oryginalnego listu i pierwsze na co zwróciłem uwagę, to to, że on jest niemal wyłącznie poświęcony ujawnianiu współpracy Jeglińskiego, natomiast na temat honorariów tam jest zaledwie jedno zdanie, w dodatku z zastrzeżeniem, że to jest akurat mniejszy problem. Jest tam natomiast jedno zdanie, które nas przekonuje, że tu mamy do czynienia z jakimś kompletnie absurdalnym mordobiciem, oczywiście ze Służbami i forsą w tle, niemniej jednak zaledwie mordobiciem. Oto piszą nasi autorzy do Jeglińskiego tak:
      „Relacje gospodarcze z ludźmi dawnej bezpieki w ramach spółki „HIT-MARKET” rozpoczął Pan i następnie kontynuował podczas prac wydawniczych nad książkami „Konfidenci są wśród nas” Michała Grockiego (Tomasza Tywonka) oraz „Lewy czerwcowy” Piotra Semki i Jacka Kurskiego. Obie pozycje książkowe ukazały się w 1993 r. i od samego początku stanowiły punkt odniesienia dla obozu niepodległościowego, domagającego się dekomunizacji, lustracji i budowy „Nowego Państwa”. To właśnie m. in. za opinie wyrażane na kartach wydanych przez Pana książek, liderzy prawicowych ugrupowań poddani zostali jawnym i konfidencjonalnym represjom ze strony prokuratury i tajnych służb (zwłaszcza Zespołu Inspekcyjno-Operacyjnego MSW kierowanego przez płk. Jana Lesiaka)”.
      Rozumiemy, prawda? Jegliński wydał Semce i Kurskiemu książkę o zamachu na rząd Jana Olszewskiego, po to by oni tam napisali, co sądzą o III RP i żeby w ten sposób Służby miały na nich haka i mogły ich prześladować, a my już teraz możemy się łatwo domyślić, że najpewniej tak naprawdę cały ów ruch patriotyczno-narodowy został założony przez Służby po to tylko, by ci odważni ludzie mieli gdzie artykułować swoje poglądy i w ten sposób System miał argumenty, by ich nastepnie prześladować, a na koniec jeszcze – to już przez czystą złośliwość – nie wypłacić im honorarium za robotę, którą na rzecz Systemu porządnie przecież wykonali.  Tak to najwyraźniej widzą profesor Cenckiewicz z redaktorem Gmyzem.
       Chciałbym jakoś skomentować to, co starałem się wyżej opowiedzieć, ale nie potrafię. To jest bowiem coś tak głupiego, że mi drętwieją nie tylko już palce, ale i sam mózg. Widzę bowiem już wyłącznie tego Gmyza, któremu Jegliński wydał książkę kucharską i pierwsze co zrobił, to skierował ją na przemiał, by, broń Boże, na żądanie polskich patriotów, nie trzeba było robić dodruku… No i od razu sobie myślę, że to też nie bardzo ma sens. No bo logika nakazywałaby, żeby Gmyzowi Jegliński wydawał tych książek jak najwięcej, tak by policja myśli dawnego PRL-u miała jeszcze pełniejszy dostęp do tego, co on ma w głowie i mogła go nadal prześladować, tym razem już na placówce w Berlinie. Dziwne. Czyżby oni uznali, że od czasu jak on został tym korespondentem, wszelkie koszta pokryje przeciwnik?
       My tu tak sobie trochę żartujemy, a tymczasem po raz kolejny dowiadujemy się czegoś, co i podejrzewalismy od dawna i też tak naprawdę zwyczajnie wiedzieliśmy: ten cały rynek wydawniczy to zwyczajny fejk. No ale o tym już na pewno najlepiej nam opowie Coryllus. Ja tylko przypomnę, że od wczoraj aż do wyczerpania nakładu moją książkę pod tytułem „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można zamawiać bezpośrednio u mnie. Proszę o kontakt na toyah@toyah.pl, a dedykacja oczywiście będzie włączona w cenę. Proszę się śpieszyć, bo to leci nad podziw szybko.

Oczywiście księgarnia pod adresem www.basnjaknniedzwiedz.pl działa jak zawsze, więc tam również zapraszam.


piątek, 26 września 2014

Gdy Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji organizuje nam debatę

Bloger, którego ani nie szanuję, ani nie czytam, ani nie uważam za dobry pretekst do rozmowy, Krzysztof Kłopotowski, swoją ostatnią notkę rozpoczął zdaniem: „Piotr Zychowicz rozpętał debatę o podejściu Polaków do III Rzeszy”, a następne zaczął od słowa „Uważa, że…”, i dalej już wprawdzie nie czytałem, ale przyznać muszę, że w momencie gdy to zdanie wpadło mi w oko, nagle uświadomiłem sobie, na czym polega całe to nieszczęście, w które zostaliśmy wrzuceni po dwudziestu pięciu latach wolności. Na tym mianowicie, że przychodzi taki Zychowicz i rozpętuje debatę, a przyczyną tego jest to, że on coś uważa. I proszę sobie nie wyobrażać, że ja tu dziś, skoro skończyliśmy z Cenckiewiczem i Terlikowskim, zaczęliśmy o Zychowiczu, a kiedy skończymy o Zychowiczu, zaczniemy gadać o Cenckiewiczu, albo o Terlikowskim, postanowiłem się poznęcać nad tym dziwnym człowiekiem. Zychowicz bowiem interesuje mnie wyłącznie przez to, jak on wygląda. Chodzi o to, że ja jeszcze nawet nie wiedziałem, kim on jest, a tym bardziej nie miałem pojęcia, kim on już niedługo będzie, a już zwróciłem uwagę na jego twarz, a konkretnie jego usta i oczy, i się autentycznie wystraszyłem. I ani już słowa więcej na ten temat. A jeśli ktoś uważa, że to dlatego, że nie wypada, niech się nie łudzi. Tu inni szatani są czynni.
Tak czy inaczej, Zychowicz mnie interesuje dokładnie w takim samym stopniu, co wspomniani przy okazji Cenckiewicz i Terlikowski, i nie widziałbym żadnego powodu, by się nim szerzej zajmować, gdyby nie fakt, że zauważyłem to zdanie u Kłopotowskiego, no i to, że ono świadczy o czymś znacznie, znaczenie ważniejszym i nasze życie dramatycznie determinującym, niż którykolwiek z nich osobiście. Bo co tu takiego się dzieje? Dzieje się to mianowicie, że doszliśmy do miejsca, gdzie ktoś taki jak Zychowicz rozpętuje publiczną debatę, a o tym, co on uważa, informuje nas Krzysztof Kłopotowski, co by o nim nie mówić, od Zychowicza starszy wiekiem i doświadczeniem o parędziesiąt lat. I to jest wiadomość wręcz porażająca.
Ale nie chodzi już nawet o wiek. Proszę zwrócić uwagę, że wymienieni przeze mnie obok Zychowicza, Cenckiewicz i Terlikowski gówniarzami mogą być wyłącznie z perspektywy, jaka mnie jest dostępna, a ja i tak uważam, że ich pozycja w dzisiejszej debacie jest zwyczajnie szokująca. Bo o co chodzi? Otóż mamy jednego historyka, i dwóch tak zwanych pasjonatów i owa trójka praktycznie w całości organizują nam dzisiejszą debatę. Zychowicz każe nam dyskutować na temat polskiej historii, Cenckiewicz ową historię lustruje pod kątem tak zwanego „kapownictwa”, Terlikowski natomiast ocenia ją z punktu widzenia katolickiej moralności, tak jak widzą ją on i pani Terlikowska. I to jest całość. Tak naprawdę to jest całość. To jest wszystko i tak naprawdę nie ma już nic więcej. No dobra, może się zdarzyć, że polscy siatkarze zdobędą mistrzostwo świata, ale poza tym, jest tylko to. Dlaczego? Odpowiedź jest oczywista: chodzi o to, że cała publiczna debata jest od początku do końca moderowana przez System i nie ma żadnego sposobu, by w tę przestrzeń udało się skutecznie wpuścić jakikolwiek inny temat. Będzie tylko to Powstanie Warszawskie, ten Wałęsa z Kieżunem, no i te pedały, aborcja i śluz.
Im jestem starszy tym ciężej przychodzi mi tłumaczenie, tak słowo po słowie, co mi chodzi po głowie. Zdecydowanie wolę przypowieści. A więc i tym razem pozwolę sobie na coś na kształt przypowieści właśnie. Załóżmy, że któregoś dnia nasz kolega Coryllus otrzymuje telefon z telewizji TVN24 i zostaje poinformowany przez któregoś z tefauenowskich redaktorów, że oni właśnie zapoznali się z tym, co on pisze na blogu i w książkach, są zachwyceni przenikliwością jego refleksji, i w związku z tym mają pomysł, by uruchomić specjalny program pod tytułem „Kontrowersje i kontrapunkty Coryllusa”. Otóż chciałem niniejszym zadeklarować, że gdyby do czegoś takiego doszło, a, jak wiemy, przewrotność tej bandy oszustów nie zna granic, i gdyby on w tej sytuacji uznał, że to jest świetny moment, by podjąć tę grę, a przy okazji obiecał mi, że w każdym kolejnym odcinku swoich pogadanek będzie wspominał o mnie i moich książkach, to ja bym się osobiście udał do tego Grodziska i go kopnął w dupę. Co niniejszym – symbolicznie niestety tylko – czynię, gdy idzie o dupy tych trzech pajaców, którzy nagle uznali, że skoro o nich się mówi, to znaczy, że wszyscy jesteśmy na odpowiednim kursie i ścieżce.
A skoro już o tym mowa, to pragnąłbym każdemu z nich, a przy okazji nam tutaj, przypomnieć, że właśnie mija już piąty rok, jak te szczątki tak jak tam leżały, tak leżą nadal, tyle że chyba już nieco zapomniane i straszliwie samotne, prawda? Dobrze natomiast, że wciąż mamy o czym rozmawiać. I to dzięki wam, chłopaki.

Wszystkich, którzy lubią czytać te felietony, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia wszystkie moje książki. Szczerze i uczciwie polecam. Bardzo proszę o wsparcie dla tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 24 września 2014

Prostowanie powstańca, czyli i ty zostaniesz lustratorem

Może mi ktoś w to nie uwierzyć, ale ja nie za bardzo lubię dni, kiedy – z jakiegokolwiek zresztą powodu – zamiast wklejać tu kolejny, nowy zupełnie tekst, przypominam coś, co napisałem już wiele lat temu. Niestety, wygląda na to, że jest to sytuacja do nie do uniknięcia, a jej powodem wcale nie jest to, że mi brakuje tematów, lub pisać mi się nie chce, ale fakt, że od czasu do czasu, po raz kolejny i z tą samą przejmującą wyrazistością okazuje się, że wszystko już było i żadne nasze nowe słowo nie jest w stanie uczynić owej pierwszej refleksji ani mądrzejszą, ani choćby odrobinę głębszą.
Nie umiem powiedzieć, jak tu się sprawdza nasza pamięć, ale mam nadzieję, że większość z nas przypomina sobie ów wiosenny dzień roku 2008, kiedy to jak najbardziej nasze, prawicowo-patriotyczne środowiska dokonały okrutnego linczu na arcybiskupie Wielgusie; mam nadzieję, że wszyscy pamiętamy tamtą sylwetkę Arcybiskupa, z jednej strony próbującego zachować należną dumę, a jednocześnie tak przejmująco drżącego, stojącego przed owym żądającym prawdy i sprawiedliwości tłumem pobożnych patriotów. Mam tę nadzieję, bo bardzo bym chciał, żebyśmy my tu przynajmniej nigdy nie zapomnieli owego szczególnego przykazania: „Nie będziesz głupcem”.
A wiemy mam nadzieję bardzo dobrze, jak bywa trudno. Oto ostatnie dni przyniosły nam zaledwie drugi w ciągu minionych lat, ale za to wyjątkowo spektakularny, pokaz tego, czym jest skutecznie przeprowadzona lustracja, i wiele wskazuje na to, że i tym razem ową robotę wykonaliśmy zupełnie sami, naszymi własnymi rękami, inspirowani wyłącznie naszą osobistą świadomością tego, czego od nas oczekuje System, i kiedy tak stoimy dumni i dyszący ową naszą polskością, nikt już chyba nie może mieć wątpliwości, że to do nas należy przyszłość – przyszłość prawa, sprawiedliwa i tym razem już na zawsze nasza.
No i to jest ten moment, kiedy naprawdę mi już nic innego nie przychodzi do głowy, jak przypomnieć tamten tekst, opublikowany w tym samym co dziś miejscu, kiedy to jeszcze, gdy idzie o Sławomira Cenckiewicza, nie wiedzieliśmy za dobrze nawet, czy jemu jest Cenckiewicz, czy Centkiewicz, a taki Piotr Zychowicz, to już w ogóle nie był niczym więcej, jak chrząknięciem na wietrze.
Tyle się zmieniło od kwietnia 2008 roku, w tym nawet zamordowano nam prezydenta, i zobaczmy tylko, że żadnemu z nich nawet włos z głowy nie spadł. Jedno natomiast pozostaje niezmienne: owa zażartość tych, których postanowiliśmy nazywać „naszymi”. Nie do wiary! Zupełnie jak tamte pomniki. Proszę poczytajmy sobie więc tamten tekst sprzed lat. On nosił tytuł „Prostowanie księdza, czyli i ty zostaniesz lustratorem”. Wszystko jest jak było, tyle że zamiast księdza mamy powstańca.

Właśnie wybrzmiewa kolejny etap niszczenia arcybiskupa Wielgusa. Znów padły najróżniejsze słowa, a w nich głównie głosy moralnego sprzeciwu i żądania kary dla księdza renegata. Więc i ja chciałbym dorzucić swoje trzy grosze.
Jeszcze w czasach studenckich, dawno, dawno temu, za starej zamierzchłej komunistycznej władzy, zaproponowano mi współpracę. Nie byłem ani działaczem Solidarności, ani w ogóle żadnym działaczem, nie walczyłem, nie roznosiłem ulotek, raz strajkowałem. Cichutko nienawidziłem Systemu i tyle. Nie byłem na to przygotowany, więc wiedziałem tylko tyle, że odmówię i że w związku z tym stanie się coś złego. I odmówiłem. Oficer zrobił się niemiły, służbowy, powiedział, że mam nikomu o naszej rozmowie nie mówić i kazał mi się wynosić. Poza tym nie stało się nic.
Przez długi czas myślałem o tej swojej przygodzie i przede wszystkim uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że esbek właściwie ani razu nie wspomniał bezpośrednio o donoszeniu, o szpiegowaniu, o tzw. współpracy. Jedyne konkrety, to parę bardzo interesujących dla studenta w PRL-u ofert i zdanie: “Może by pan tak czasem wpadł, to pogadamy”. A więc, zgadzając się, wiele nie ryzykowałem. Zawsze mogłem sobie powiedzieć, że nic złego nie robię. Po prostu wpadam od czasu do czasu do znajomego na kawę i papierosa. A jak esbecja myśli, że coś z tego ma, to ich problem. Ja jestem sprytny.
Druga rzecz to to, że nie stało się, jak już wspomniałem, nic. Nawet nie dostałem w pysk. A więc, odmawiając też nie byłem bohaterem. Oczywiście biorę pod uwagę, że ja akurat mogłem nie być w ogóle dla komunistów wartościowy. Oni na pewno woleli prof. Geremka, księdza Malińskiego, reżysera Piwowskiego, ministra Boniego, może nawet red. Miecugowa (kto może wiedzieć?), a nie kogoś, kto jest nikim.
Choć myślę, że to nie do końca tak – oni potrzebowali każdego na każdym tzw. “odcinku”. I właśnie dlatego że byłem nikim i odmówiłem przysługi, co by im szkodziło, żeby mi pokazać, jak się należy prowadzić? Nie należałem do pracowitych i dobrych studentów, każdy egzamin był dla mnie dużym wysiłkiem. Pies z kulawą nogą by się nie zdziwił, gdybym nagle wyleciał z roku. A wówczas, kto by się za mną ujął? Radio Wolna Europa? Proszę nie żartować.
Ale właśnie dlatego, że mam to doświadczenie i wiem, jak łatwo można było się zgodzić i jak łatwo można było odmówić, to dziś, kiedy dokonuje się kolejna porcja linczu na arcybiskupie Wielgusie, nie mam żadnego powodu, żeby go usprawiedliwiać. Pleść bzdury o tym, jak to niejednoznaczne były czasy. Jak to esbecja potrafiła zastraszać. Jak to niebezpiecznie było odmówić. Bo skoro ja mogłem się postawić, to taki ważny ksiądz, jak Stanisław Wielgus, i wielu innych księży, tym bardziej. Esbek mógł bez mrugnięcia powieką kogoś zamordować, jeśli tylko system miał w tym interes i mu pozwolił to zrobić, ale sądzę, że służby nie miały żadnego interesu, żeby korzystać z usług kapusi zmuszonych i przerażonych. Zwłaszcza, że chętnych konformistów w każdym środowisku było na kopy. W tym takich Wielgusów.
Ale również wiem, że nie trzeba było być szczególnym bydlakiem, żeby się zgodzić na współpracę. Bo liczyła się, jeśli nie szczera chęć, to jedynie pierwszy krok. Później już nic nie miało takiego znaczenia. I tego też nie mówię, aby bronić Arcybiskupa i innych. Chcę przez to powiedzieć ni mniej ni więcej, tylko to, że różnego rodzaju szubrawców, którzy za najdrobniejszą przysługę gotowi byli sprzedać własną matkę były legiony. Najróżniejszych drobnych kombinatorów, którzy swoją podłość usprawiedliwiali bezczelnym: “To ja nimi kręcę, a nie oni mną”.
I to mnie prowadzi do sedna. Bo w tym, co piszę, w ogóle nie chodzi o to, kto był bohaterem, kogo zmuszono, a kto okazał się kanalią. Chcę jedynie zaprotestować przeciwko sytuacji, w której akurat arcybiskup Stanisław Wielgus i inni księża są dla opinii publicznej pierwszym celem moralnego ataku. Banda sprzedajnych dziennikarzy, których twarze musimy dzień w dzień oglądać na ekranach telewizorów i którzy potrafią całymi godzinami zapluwać się argumentami, dlaczego akurat oni powinni stać ponad lustracją. Gromada zakłamanych polityków, którzy gotowi są żyły z siebie wypruć, byle nie dać się zlustrować. Profesorowie uniwersytetów, którzy na słowo “lustracja” dostają ciężkiej wysypki. Sędziowie, adwokaci, prokuratorzy do specjalnych zadań. Wreszcie sam Trybunał Konstytucyjny, który swoim autorytetem całe to podłe krętactwo tylko autoryzuje.
Wszyscy oni ni stąd ni z owąd ujrzeli księdza – kapusia i postanowili przeprowadzić porządną lustrację. A z nimi razem, wszelkiej maści socjaliści, którzy wręcz nie potrafią zdzierżyć sytuacji, w której polski Kościół jest tak straszliwie niemoralny.
I oto ta banda byłych agentów i tchórzy, w ten czy inny sposób, albo osobiście, albo przez wynajętych pośredników, postanowiła doprowadzić arcybiskupa Wielgusa pod pręgierz historii. A jak już arcybiskupa Wielgusa, to i innych księży. Za współpracę, za pedofilię, za homoseksualizm, za pazerność, za oszustwa, za wyłudzenia. Za wszystko. Księży. Pozostały świat jest pod całkowitą moralną ochroną. Prezydent Clinton palił, ale się nie zaciągał, zdradzał, ale za to grał na saksofonie, no a poza tym, co z tego? Marek Piwowski bezwstydnie donosił, no ale to artysta i na dodatek zdolny. No a poza tym nakręcił wspaniały film o córce marszałka Kerna. Cohn-Bendit, czy jak mu tam, dziś bryluje pod życzliwym okiem pani rektor na salonach Uniwersytetu Warszawskiego. I jeszcze nauczyciele z Uniwersytetu Śląskiego; coś tam było, no ale przecież wiemy, jakie to czasy. A Jaruzelski? Jerzy Urban...
I w tej sytuacji, nagle, na pierwszy plan wychodzą nasi rodzimi katolicy: i autentyczni i koncesjonowani. Zamiast powiedzieć: przepraszam, ale tym razem nie z wami, wychodzą głupkowato przed tłum i, bardzo zatroskani kondycją moralną naszego Kościoła, każą się mi przejmować postawą księży wskazanych przez media i opinię publiczną.
Jakby nie byli w stanie pojąć, o co toczy się gra.

Minęło 6 lat. Tym razem wzięli się za Kieżuna. Co za skuteczność!

Wszystkich tych, którym powyższy tekst dał do myślenia, zapraszam do kupowania moich książek, które wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Wśród nich jest również pierwszy wybór felietonów Toyaha, a tam również powyższy tekst o tym, jak nasi dosolili Arcybiskupowi. Bardzo też proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tej pomocy nie ma nic

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...