piątek, 30 czerwca 2017

Młody Papież, czyli Hollywood nawrócony

          Myślę, że przynajmniej część z nas miała okazję, jeśli nie obejrzeć, to przynajmniej usłyszeć, o amerykańskim serialu telewizyjnym zatytułowanym „Young Pope”, czyli „Młody Papież”, a skoro usłyszeć, to z pewnością też być świadkiem pewnej związanej z tym filmem kontrowersji. Otóż problem polega na tym, że ów serial to z jednej strony klasyczna hollywoodzka produkcja, z takimi gwiazdami jak Jude Law, czy Diane Keaton w rolach głównych, a z drugiej, że jej pierwszym pozytywnym bohaterem jest, jak najbardziej autentyczny, katolicki papież, kolejny z całego szeregu tych, którzy byli przed nim, a jednocześnie człowiek pod każdym względem idealny. Mało tego, wartość owego papieża nie polega na tym, że za nim stoi całe zepsucie współczesnego świata, a on, jako jego zwiastun, wprowadza ów z dawna przez neoliberalną kulturę wyczekiwany nowy porządek. Wręcz przeciwnie, ów papież, grany przez aktorsko zupełnie niezwykłego Jude’a Law, reprezentuje tę część współczesnego Kościoła, przy którym nawet papież Benedykt XVI poczułby się taaaaki malutkl. Jako młody papież, Jude Law, to z punktu widzenia emocji wyrażanych przez najbardziej konserwatywną część współczesnego Kościoła ktoś absolutnie doskonały, i, co najważniejsze, jako taki jest we wspomnianym filmie pokazany w sposób pełny i maksymalnie uczciwy.
     I kiedy wydawałoby się, że sprawę mamy, przynajmniej częściowo, załatwioną, pojawiają się schody. Otóż podczas gdy owa konserwatywna część Kościoła na emisję filmu zareagowała albo entuzjazmem (bloger Ochman, czy red. Adamski z tygodnika „W Sieci”) ewentualnie, jak choćby nasz znakomity komentator Betacool, który swoją drogą zainspirował mnie do napisania tej notki, zaczęła zachodzić w głowę, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z jakąś ukrytą bardzo starannie prowokacją, odezwali się również zdeklarowani dotychczas wrogowie Kościoła, i tym razem o dziwo, już bardzo jednoznacznie, oświadczyli: „Choć wprawdzie moim zdaniem Bóg nie istnieje, a Kościół Katolicki to siedlisko wszelkiego zła, przyznaję, że ten papież jest okay”. Część zresztą poszła nawet dalej i zadeklarowała: „Gdyby papież był taki, jak ten tutaj, to kto wie, czy bym się nie nawrócił?”
       W tej kompletnie zatem schizofrenicznej sytuacji wypada mi zająć jakieś stanowisko. Wprawdzie ze wspomnianego filmu obejrzałem zaledwie jeden odcinek, jednak powiem tak. To jest faktycznie pierwszorzędna robota pod każdym możliwym względem, czyli scenariusza, gry aktorskiej, zdjęć, reżyserii, no i samej produkcji, która musiała kosztować niemało. Ogląda się to bardzo dobrze, każda kolejna minuta wypełniona jest po brzegi, sam papież, co potwierdzają niemal wszyscy, jest bez zarzutu, lepszy niż moglibysmy sobie zażyczyć, a ja mimo to nie widzę żadnego powodu, by oglądać odcinki pozostałe. Dlaczego?
       Odpowiedź jest prosta. Film „Młody papież”, zaczynając od tytułu, a kończąc na tych wszystkich grepsach pokazujących, jak to powinien wyglądać prawdziwy, uczciwy, katolicki integrysta, to czyste, niczym nie skażone kłamstwo, w dodatku kłamstwo w sposób oczywisty zamierzone i bardzo starannie opracowane. Przede wszystkim, każdy normalnie myślący człowiek wie, że to co widzimy na filmie to oczywista fikcja. Nie ma takiej możliwości, by – pomijając oczywiście moment, kiedy moce piekielne ową Skałę przemogą – Jude Law został papieżem. Po drugie, i jak najbardziej konsekwentnie, każdy szczerze wierzący katolik doskonale rozumie, że nie ma nic gorszego dla przyszłości Kościoła Powszechnego, by na Jego czele stanął ktoś kto będzie reprezentował zaledwie drobną Jego część. Ale jest jeszcze trzecia strona tego przekrętu. Otóż moim zdaniem, jedynym celem tego filmu było zniechęcenie jak największej liczby wiernych do uczestnictwa w Komunii. Celem owego projektu było wyłącznie pokazanie katolikom na całym świecie, że, może i oni mieli szczerą wiarę i dobre intencje, ale niech się już może przestaną oszukiwać: prawda istnieje wyłącznie na ekranie telewizora.
       Jaka nauka z tego płynie dla nas? Powiem szczerze, że żadna. Mamy fajny film, jeśli ktoś ma ochotę i okazję, może sobie go obejrzeć – osobiście nie zniechęcam – i się powzruszać, natomiast my, ludzie, którzy mężnie każdej niedzieli, wraz z naszymi braćmi w wierze, stajemy przed Najświętszym Sakramentem i prosimy Boga o to, by nam pozwolił któregoś dnia wziąć udział w Swojej Chwale, wiemy bardzo dobrze, że w tym całym, że tak to ujmę, „Planie”, chodzi o coś znacznie poważniejszego – a przy okazji i ważniejszego –  niż o to, byśmy mieli fajnego papieża, nawet gdyby się miało okazać, że on nie toleruje pedałów i imigrantów.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

         

czwartek, 29 czerwca 2017

Internet, jako Zabójcza Broń

       Większość czytelników tego bloga, zarówno obecnych tu od początku, jak i tych, którzy dotarli do niego z biegiem czasu, z pewnością zdaje sobie sprawę ze skali, ale też uciążliwości, czegoś co mu towarzyszy niemal codziennie, a co powszechnie przyjęło się nazywac „hejtem”. Hejt ów występuje w dwóch podstawowych formach, a więc bezpośredniej, gdzie mamy do czynienia z różnego rodzaju obelgami, ewentualnie tej ukrytej, czyli polegającej na tak zwanym trollingu, gdzie wprawdzie nie pojawiają się ani brzydkie słowa, ani wyzwiska, natomiast gdy chodzi o treść, komentarze sprowadzaja się do, najwyraźniej zaplanowanych jako niezwykle inteligentne, osobistych zaczepek.
      Również sami autorzy owych komentarzy, dzielą się, w moim przekonaniu, na dwie grupy. Jedna z nich to pospolici internetowi wariaci, ludzie, o których czasem potykamy się na ulicy i już na pierwszy rzut oka widzimy, że mamy do czynienia z osobami bardzo samotnymi i  w owej samotności w sposób oczywisty zaburzonymi, druga to ludzie ogólnie rzecz biorąc tacy sami jak my, tyle że może nieco bardziej niż my mający ochotę sobie „fajnie” pogadać.
      Jak mówię, mam wiarę w to, że większość czytelników w tym opisie rozpoznaje i swoją diagnozę. Jest jednak coś, co, jak sądzę, wielu z nas ocenia niewłaściwie. Otóż mam wrażenie, że w powszechnym przekonaniu, większość ze wskazanych osób, to nasi polityczni przeciwnicy, a więc jacyś bardzo mocno zaangażowani socjaliści, ateiści, czy po prostu antypisowcy, którzy nie mogąc znieść tego, co się tu dzieje, nie mogą się powstrzymać przed ową fizyczną wręcz agresją. Otóż ja mam z każdym dniem coraz mocniejsze przekonanie, że jest wręcz przeciwnie. Zdecydowana większość owych komentatorów to są osoby, nawet jeśli niereligijne, to z całą pewnością politycznie okupujące prawą stronę sceny, i to często jej ów najbardziej prawy zakątek. Są to w głównej mierze ludzie, którzy z tym, co tu jest napisane, zasadniczo się zgadzają, a jeśli mają do nas pretensje, to wyłącznie o to, że z tych czy innych powodów nie chcemy ich traktować poważnie. Właśnie tak. Poważnie. Proszę zwrócić uwagę na główny ton owych krytycznych komentarzy. Większość z nich wcale nie dotyczy ani bieżącej polityki, ani kwestii smoleskiej, ani osoby Prezesa, ani pracy rządu, ale wyłącznie osoby autora. Owe najbardziej agresywne głosy, jeśli już wykraczają poza proste obelgi, dotyczą wyłącznie tego, że tu od samego początku panuje cenzura, a główny cenzor to grubas o rozdętym ego, który niszczy wolne słowo i toleruje wyłącznie bezkrytyczne oklaski. I tu chciałbym przejść do głównej części dzisiejszej notki.
      Otóż mam wrażenie, że od niemal pierwszego dnia, jak ten blog pojawił się w sieci, tak zwani internauci uznali, że oto znaleźli miejsce, gdzie będą mogli wesoło i treściwie spędzać czas. Podkreślam słowo „internauci”, bo to ich właśnie mam na myśli. Nie czytelników, którzy korzystają z internetu, by poczytać sobie coś świeżego, lecz właśnie internautów, którzy tu spędzają podstawową część swojego życia i traktują to miejsce jako niemal klub, ze swoimi prawami, zwyczajami, regułami, a nawet własnym językiem. To właśnie każdy z nich, w którymś momencie swojego życia trafił na ten blog, uznał, że tu jest w porządku, rozsiadł się wygodnie, zaczął postępować dokładnie tak, jak postępuje w każdym innym dotychczas wybranym przez siebie miejscu w sieci… i w tym momencie dowiedział się, że tu nie dość, że nikt na niego nie czekał, tu go z jego inteligencją, humorem i podejściem do świata nikt nie potrzebuje. Dotychczas wszystko świetnie działało, tu się można było pokłócić, tam poszydzić, tu się zbratać, tam wspólnie pośmiać – jak to „u nas w necie” – gdy nagle okazuje się, że tu nie ma żadnej rekrutacji, bo też i nie ma żadnego klubu. On, jak mówię, wszedł, rozejrzał się, pomyslał: „O jakie fajne towarzystwo! Z nimi się będzie fajnie gadało”, a tu nagle się okazuje, że to nawet nie jest internet. Już bardziej czytelnia, gdzie jeśli się rozmawia, to cichutko.
      Niedawno, któryś z nich, kiedy spotkał się z niuprzejmym potraktowaniem, zwrócił mi uwagę, że ja powinienem swoich komentatorów traktować z szacunkiem, bo jak oni się na mnie obrażą, to przestaną komentować i w ten sposób tego bloga już naprawdę mało kto będzie czytał. I na nic się zdały moje tłumaczenia, że zdecydowana wiekszość czytelników tego bloga przychodzi tu raz, czyta tekst, wraca do swoich codziennych zajęć i wraca następnego dnia, nie dość że nie komentując, to jeszcze owych komentarzy nawet nie czytając. Wciąż wracał argument, że jeśli nie ma komentarzy, to blog jest martwy, ale też że blog jest martwy, jeśli nie ma kontrowersji, bo przecież o cóż innego chodzi w życiu, niż by sobie, choćby i ostro niekiedy, podyskutować?
      Otóż nie. Tu nie ma ani żadnego klubu, ani kółka dyskusyjnego, ani nawet – czego by niektórzy bardzo chcieli – towarzystwa wzajemnej adoracji, skupionego wokół jakiegoś samozwańczego chama. Tu  jest blog prowadzony przez pewnego starszego pana, który ma swoje ambicje i stara się je jak najskuteczniej realizować, jeśli to możliwe, z pewną bezinteresowną pomocą ze strony czytelników. I tu naprawdę ostatnią rzeczą, na jakiej komukolwiek powinno zależeć, jest wzajemne popisywanie się. A każdy kto ma ochotę tu przychodzić tylko po to, by leczyć kompleksy, swoje i cudze, jest widziany bardzo niemile.
    Skąd mi w ogóle dziś przyszło pisać na ten temat. Otóż przede wszystkim, ja się ostatnio do tego tematu zabierałem parokrotnie, jednak nie umiałem znaleźć owego środka, na którym można by było całość oprzeć i oto wczoraj, po raz kolejny pojawił się komentator podpisujący się Chris Horse i zostawił następujący komentarz:

Herr Ed-toyah ,
-  to powazny kretyn ,  wystrugany z lipy konik polny  na biegunach  w 2009 roku ,  möwiacy z walijskim akcentem , please,  i robiacy przy tym stosowne, groznie odwracajace od meritum    wrazenie ( sic ! ) min przeciwczolgowych twarzy  chorego  , nalogowego  pacjenta (...)  gry bazarowej w  trzy karty .
Yeaahhhhh.
Klinika Przemienienia   dla uposledzonych  Czytelniköw i Czytelniczek inaczej  ,  stanowiacych  pozorna  klientela  targöw  ewangielickich  bi-seksualnej zakonnicy  Rozetty  z Zakonu Karmelitek Bosych , na zapleczu stoiska opatrzonego  rzymskim numerem    XXVII -   miejsce akcji   wies Kielce  pod Radomiem  .
-  Hanys-artysta (...)  chodzacy po prosbie zebrak  z ambicjami rycerskosci literackiej   drgajacej  w umyslach ludzkich jak szwedzki dynamit    w kroczu   cycatej  , greckiej  knajpianej   blondi o slodkim imieniu  Viagra  lubiacej  irlandzki  bezpieczny
seks -bez ograniczen .
*
Dziad roman  Ed-toyah ubrany w gumofilce  Bossa  noszacy przy tym   zle skrojone zelazne , barchanowe wojskowe  gacie od Armaniego  zaopatrzone  w gumke-muszke    etyki . i starajacy sie  utrzymac  ( sic ! )  li tylko´liczna  rodzine na niestosownym poziomie zycia  glonojadöw w Akwarium czytaj POLSKA  .
Nieustajace chaltury gazetowe,  wierszöwki , ksiazki , publicystyka popularno-naukowa  o  wyuzdanych kopulacjach  koniköw  polnych jesienia  etc .  dopelniaja  grafomanskie , licho platne ale jednak  dzielo zniszczenia tozsamosci .
- Tak wiec kolezko Abecadlo  3-y... slownie : trzy  T R Z Y  - chuje w  bok od slaskiego patrioty pisarczyka bo moge w ryj dac , z premedytacja i bez afektu .
-
     Suweryn (...)  konik na biegunach   w Klinice uposledzonego  dr Snopka z Deblina , ktöremu stoi ego w literatce, zajmuje uprzywilejowana pozycje sluzacego noszacego kaftan z plötna zaglowego i bujajacy sie rozkosznie w gabinecie z kominkiem  pod kopniakami dezaprobaty ambitnego  doktorka .
Achtung ! ACHTUNG ! luzne tlumaczenie ze sluchu :   Uwaga ! UWAGA !
  - W chalturze wydawniczej  , klinicznej chciwosci   dla towarzystwa wzajemnej adoracji Losia  mieszajacego beton i podpisujacego faktury nieistniejacej sprzedazy ksiazek to pozycja ....Kamerdynera w Zielonych Rekawiczkach .


Max Otto von Stirlitz .

Ps. Post scriptum .
Hanys - nie nawalaj -dopierdalaj . Nie ma srania po wycieraczkach - szable w dlon !”
      
      Ktoś powie, że to jest jakis obłęd, który należy milcząco ominąć, a ja przyznam chętnie, że, owszem, za tym z całą pewnością stoi czyjeś osobiste nieszczęście, które jednak na naszą uwagę jak najbardziej zasługuje. Bo to z czym my tu mamy do czynienia, to właśnie Internet z całym jego dorobkiem, w tym ową szczególną bardzo elokwencją. Rzecz w tym, że ów Chris Horse, kiedyś występował tu jako Max Von Stirlitz, przez długie lata był wiernym czytelnikiem tego bloga i proszę sobie wyobrazić, że nie zawsze był taki. Kiedyś przychodził tu w głębokim przekonaniu, że jest jak najbardziej członkiem klubu i traktował nas tu wszystkich bardzo przyjaźnie. Rzecz jednak w tym, że w pewnym momencie jego komentarze zaczęły robić wrażenie, jakby były pisane po pijanemu i w związku z tym został poproszony o nie komentowanie. Przyznaję, że naszej prośby grzecznie wysłuchał, jednak w pewnym momencie owo poczucie odrzucenia najwyraźniej zaczęło mu tak dokuczać, że od tego zwariował i wrócił tu w stanie, w jakim go dziś widzimy.
      A my się już tylko możemy się zadumać nad niszczycielską siłą Internetu. Powiem szczerze, że gdyby mi ktoś dziewięć lat temu powiedział, do czego może doprowadzić niektórych z nas moje niewinne pisanie – nie wiem, czy bym się zdecydował. Czyżbym się kwalifikował do wiecznego potepienia z tytułu Przykazania nr 5?


Przypominam, że moje książki można kupować w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam serdecznie.

środa, 28 czerwca 2017

Charles Whitman - refleksja na temat refleksji

      Niedawno pewne wrażenie na miłośnikach kina zrobił amerykański film pod tytułem „Tower”, a moim zdaniem owo wrażenie, jakkolwiek by ono było wielkie, jest i tak zbyt małe. Zachęcam więc wszystkich do odpowiedniej aktywności i do zainteresowania się owym dziełem, a z myślą o tych, którzy mają już tu pewne plany, pragnę zaprezentować swój tekst, jaki ukazał się w najnowszym numerze magazynu „Bez Cezury”. Swoją drogą, bardzo polecam.

     


     Przy okazji wcześniej tu opowiadanej historii, wspomnieliśmy o tym, że lato roku1966 w Stanach Zjednoczonych było o tyle szczególne, że to wtedy właśnie, w ciągu zaledwie paru miesięcy, doszło tam do serii zabójstw, których autorzy do dziś są wspominani we wszystkich poważnych analizach traktujących czy to o ludzkim opętaniu, czy zaledwie o tym, jaką zagadką potrafi się okazać ludzki mózg i jego pokrętne ścieżki. W naszych refleksjach zajęliśmy się więc człowiekiem nazwiskiem Robert Benjamin Smith, który kto wie, czy nie przez to, że nie mogąc znieść owego nędznego publicznego statusu, na jaki skazało go owo tak przeraźliwie nieciekawe nazwisko, postanowił osiągnąć szczyty popularności zabijając pięć kobiet równie niewinnych jak owa  3-letnia dziewczynka, której się tam, podobnie jak wszystkim pozostałym, nieszczęśliwie zdarzyło znaleźć.
     Wydaje się jednak, że skoro już postanowiliśmy się przyjrzeć sposobowi, w jaki owo Boże stworzenie, o którym sam Pan powiedział, że było bardzo dobre, jakimś niezbadanym cudem osiągnęło aż tak niski poziom upadku, wypada rzucić okiem na to, czego dokonał niejaki Charles Whitman. A trzeba nam wiedzieć, że nie mamy tu akurat do czynienia z jakimś pierwszym z brzegu durniem, którego rodzice chlali, dziewczyny nie kochały, a koledzy podstawiali mu nogę, ale z autentycznym bohaterem i wojownikiem, któremu, jak się po czasie okazało, pewnego dnia wyrosło coś na mózgu i nie chciało ustąpić.   
     Ów Charles Whitman, typowy „All American Kid”, urodził się 24 czerwca1941 roku w Lake Worth na Florydzie, jako najstarszy syn niejakich Margaret i Charlesa Adolphusa Whitmana Jr. Czy to przez tego Adolfa, czy z jakichś innych powodów, stary Whitman, choć skutecznie dbał o rodzinę, wymagał od żony i dzieci bezwzględnego posłuszeństwa, które oczywiście wymuszał siłą. Sam Charles jednak wspominany był jako spokojne i grzeczne dziecko, w dodatku o niezwykłej wręcz inteligencji, w wieku zaledwie sześciu lat szacowanej na poziomie 139 IQ. Jak się przedstawiało religijne życie starego Whitmana, źródła nie podają, natomiast matka była bardzo pobożną rzymską katoliczką, a dzieci chowane były w tej samej co matka wierze i przez pewien czas nawet służyły jako ministranci w miejscowym kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa.
     Jak wyglądała kwestia praktyk religijnych Whitmana seniora, jak już wspomnieliśmy, nie wiadomo, natomiast wiadomo, że był on zapalonym kolekcjonerem broni i od najmłodszych lat trenował swoich synów w strzelectwie. Jego pierworodny okazał się mistrzem nad mistrze. Jak stary Whitman zeznał po latach, „Charles jako szesnastoletni chłopak był w stanie trafić wiewiórkę prosto w oko”. W wieku 11 lat Charles, jako najmłodsze dziecko w historii skautingu, wstąpił do harcerstwa, a gdyby ktoś myślał, że jemu w głowie było tylko strzelanie wiewiórkom w oko, powinien się dowiedzieć, że już w wieku 12 lat owo niezwykłe dziecko grało na fortepianie jak nikt z jego rówieśników, jednocześnie próbując osiągać sukcesy jako dziennikarz lokalnej prasy. Ponieważ teksty, jakie wciąż publikował, przynosiły wymierne dochody, w pewnym momencie jego finansowa pozycja osiągnęła poziom, gdzie mógł sobie kupić motocykl marki Harley Davidson i przy jego pomocy zadawać szyku w najbliższym towarzystwie.
      Po ukończeniu liceum z jednym z najlepszych wyników, wbrew woli ojca, zgłosił się Charles  na ochotnika do United States Marine Corps, gdzie w trakcie 18-miesięcznej służby osiągnął wszystkie możliwe wojskowe zaszczyty, w tym ten jeden za mistrzostwo w szybkim strzelaniu z dużej odległości do ruchomego celu.
      Po zakończeniu służby w Marines, uzyskawszy znakomite wyniki z egzaminów z matematyki i fizyki, Charles został przyjęty na studia politechniczne na Uniwersytecie Stanu Teksas. I to właśnie wtedy, jak raportują wspomnienia osób, które miały z nim kontakt, Charles zaczął wykazywać ślady pewnego rodzaju obłąkania. To też właśnie mniej więcej w tym czasie, jak wspomina jeden z jego ówczesnych kolegów, któregoś dnia pozwolił sobie na refleksję, że jeśli człowiekowi uda się przyjąć odpowiednią strzelecką pozycję, to  jest w stanie pokonać całą armię.
     Czasy mijały, w międzyczasie rodzice Whitmana się rozwiedli, on sam poznał ładną dziewczynę, którą poślubił, no i wreszcie nadszedł dzień 31 lipca 1966 roku, kiedy to Charles Whitman w lokalnym sklepiku kupił lornetkę i nóż, a następnie wrócił do domu i zaczął pisać swój pożegnalny list:
      „Nie do końca rozumiem, co mnie zmusza do pisania tego listu. Prawdopodobnie chodzi o to, by jakoś usprawiedliwić to co właśnie zrobiłem. Daję słowo, że ostatnio autentycznie sam siebie nie rozumiem. Wydawałoby się, że jestem przeciętnym, w miarę inteligentnym człowiekiem, jednak w tych dniach, i nawet nie mam pojęcia, kiedy to się zaczęło, najwyraźniej padłem ofiarą bardzo dziwnych, kompletnie irracjonalnych myśli”.
      We wspomnianym liście poinformował również, że planuje zamordować swoją matkę i żonę, prosząc jednocześnie, by kiedy już sam umrze, zostały na jego mózgu przeprowadzone badania, które stwierdzą, czy jedną z przyczyn takiego a nie innego zachowania, nie były intensywne bóle głowy, które ostatnio przeżywał.
      Tuż po północy Charles Whitman udał się do domu swojej mamy, a następnie zakupionym świeżo nożem pozbawił ją życia. Obok zwłok pozostawił notatkę o następującej treści:
      „Właśnie odebrałem życie mojej mamie. Bardzo jest mi z tego powodu smutno. Jeśli istnieje niebo, jestem pewien, że ona akurat już tam jest. Zapewniam wszystkich, że bardzo ją kochałem”.
       Następnie wrócił do domu, gdzie tym samym nożem zamordował swoją żonę. I tu również zostawił list:
       „Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może pomyśleć, że brutalnie zamordowałem dwie kobiety, które prawdziwie kochałem. W rzeczywistości jednak nie chodziło mi o nic innego, jak zrobić skutecznie to co zrobić należało. Jeśli moja polisa ubezpieczeniowa jest wciąż ważna, moim życzeniem jest to, by zostały z niej spłacone moje długi. Cokolwiek z tego zostanie, niech zostanie anonimowo przekazane na dowolną fundację na rzecz zdrowia psychicznego. Może uda się znaleźć sposób, by tego typu tragedii można było w przyszłości uniknąć. Psa proszę przekazać teściom. Kathy bardzo go kochała”.
      1 sierpnia 1966 roku o godzinie 11.35 Whitman pojawił się w kampusie Uniwersytetu Stanu Teksas. Przedstawiwszy się, jako człowiek, przysłany tam w celu dostarczenia sprzętu na wieżę obserwacyjną, najpierw zabił, lub ranił kilka przypadkowych osób, a następnie wspiął się na 28 piętro owej wieży i stamtąd, przy pomocy myśliwskiej strzelby, otworzył ogień do przechodzących w pobliżu przypadkowych osób. Pierwszą osobą, jaką pozbawił życia był nienarodzony jeszcze syn 18-letniej studentki nazwiskiem Claire Wilson. Wilson, będąca w ósmym miesiącu ciąży, przechodziła akurat obok wraz z niejakim Eckmanem, kiedy Whitman oddał swój pierwszy strzał i trafiając Wilson w brzuch zabił jej dziecko. Eckman rzucił się koleżance na pomoc i wtedy Whitman strzelił po raz drugi, zabijając Eckmana na miejscu. No i od tego momentu zaczęło się coś, co popularna literatura określa mianem piekła. Whitman, przyjąwszy upragnioną pozycję idealnego snajpera, po kolei zabijał każdą osobę, która mu się pojawiła w zasięgu wzroku.  W rezultacie jego ofiarą padło czternaście, głównie bardzo młodych kobiet i mężczyzn, a trzydzieści jeden zostało mniej lub bardziej poważnie rannych. Ostatecznie owa egzekucja została przerwana, kiedy dwóm oficerom policji udało się dostać na okupowaną przez Whitmana platformę, by tam go najzwyczajniej na świecie zabić. Może zgodnie z wyrażonym wcześniej przez samego Whitmana życzeniem, a może po prostu zgodnie z obowiązującymi powszechnie procedurami, zostały przeprowadzone odpowiednie badania i w rzeczy samej w mózgu owego dziwnego człowieka odkryto pojedynczy guz, który to, jak ocenili specjaliści, mógł spowodować ów niesłychany wybuch agresji. Co więcej, drogą bezpośrednich wywiadów, stwierdzono, że jeszcze zanim doszło do ostatecznego rozstrzygnięcia, Whitman zwracał się o pomoc do szeregu psychiatrów, skarżąc się na swoje mordercze obsesje, jednak żaden z nich mu nie pomógł.
      Mnie jednak zastanawia coś kompletnie innego, związanego już bezpośrednio z tym co miało miejsce w okolicach owej wieży 1 sierpnia 1966 roku między godziną 11.30, a 12.30 w ów straszliwie upalny dzień. Właśnie tak. Chodzi o godzinę 12.30. Otóż, jak już wspomnieliśmy, pierwszą ofiarą Whitmana padło nienarodzone dziecko Claire Wilson.  Sama Wilson leżała na rozpalonym betonie wrzeszcząc z bólu i rozpaczy, a Whitman, mimo że miał ku temu wszelkie zdolności, do niej nie strzelił. On musiał w sposób oczywisty ją widzieć, wiedzieć, w jakim jest stanie, a mimo to pozwolił jej tam spokojnie cierpieć, oddając się zabijaniu wszystkiego, co się pojawiło w okolicy, obok tej biednej dziewczyny. Mało tego. Jak się dowiadujemy, w pewnym niejaka Rita Starr Pattern nie wytrzymała i rzuciła się w stronę Wilson wyłącznie po to, by ją w jej agonii pocieszyć. I do niej Whitman – mimo że jak najbardziej mógł – również nie strzelił. Leżała więc Pattern przy Wilson przez całą godzinę wspierając ją swoją solidarnością, a Whitman wciąż czekał aż pojawi się kolejny śmiałek, natomiast te dwie dziewczyny konsekwentnie oszczędzał. Mało i tego. Oto, nie mogąc znieść tego co się dzieje, po godzinie, dwóch mężczyzn, James Love i John Fox, postanowiło zaryzykować i rzuciło się na pomoc obu dziewczynom, wynosząc je z tego strasznego miejsca i uwalniając je z tego co teraz dla nich musiało stanowić piekło wręcz realne. No i kiedy oni je stamtąd ewakuowali, Whitman strzelał w stronę każdej najdrobniejszej ruchomej plamki, która pojawiła się w zasięgu jego wyszkolonego do perfekcji wzroku, tę czwórkę jednak oszczędził. Jakby ich nie widział. A może widział i strzelał, tyle że z jakiegoś powodu trafić nie potrafił, co też by było bardzo ciekawe?
      Tego się już nie dowiemy. Natomiast ja wciąż próbuje go sobie wyobrazić, jak tkwi na tej wieży i zabija wszystko co się rusza i z jakiegoś niezrozumiałego powodu decyduje się darować życie matce, której właśnie zabił nienarodzone dziecko, a poza nią wszystkim tym, którzy, nie zważając na swoje osobiste bezpieczeństwo, ruszyli jej na ratunek? Czy to możliwe, że w tym właśnie momencie po raz pierwszy w swoim nędznym życiu Charles Whitman ujrzał światło? Pewnie nie, ale cóż nam szkodzi nad tym podumać?

Jak zawsze zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzi można kupować moje książki.




wtorek, 27 czerwca 2017

Podchodzą mnie krótkie numery, cześć nowa

No i aniśmy się obejrzeli, jak minął kolejny tydzień, a tym samym nadszedł czas na kolejny odcinek czegoś, co zdecydowaliśmy się umownie nazwywać „króciakami”. Jutro w kioskach ukaże się najnowsze wydanie znakomitego tygodnika „Polska Niepodległa”, tymczasem tych, którzy nie mieli okazji nabyć numeru poprzedniego, zapraszam na chwilę usmiechu.


Jak wiemy, podczas ostatniej smoleńskiej miesięcznicy grupa politycznych chuliganów pod kierunkiem aktorki Jandy, posłanki Scheuring – Wielgus, oraz dawnego działacza Solidarności Władysława Frasyniuka, zaatakowała modlących się ludzi, w związku z czym doszło do interwencji policji i chuliganów postanowiono z ulicy usunąć. Ponieważ jednak wspomniany Frasyniuk nie chciał się podporządkować poleceniom „pana władzy”, został postawiony w pozycji pionowej i poproszony o przedstawienie się. W tym momencie doszło do wymiany, podczas której Frasyniuk postanowił pokazać światu, jaki z niego luzak:
- Pańskie nazwisko.
- Jan Wincenty Grzyb.
- Poproszę o nazwisko.
- Jan Wincenty Grzyb.
- Proszę o pańskie nazwisko.
- A skąd pan wie, że to nie jest moje prawdziwe nazwisko?
- Bo pańscy koledzy krzyczą: „Zostawcie Władka”, co świadczy o tym, że na imię ma pan albo Włodzimierz, albo Władysław.
Czy mogliśmy prosić o więcej? Frasyniuk nagle dowiaduje się, że jest nikim. Czekaliśmy wiele lat, ale warto było.

*

Domyślać się tylko możemy, jak wielki to musiał być dla Frasyniuka szok, widząc zwłaszcza, jak on na początku klepał tego młodego policjanta protekcjonalnie po ramieniu i opowiadał, jak to było za komuny, zapewne w przekonaniu, że ten za chwilę się zrobi „taaaaki malutki”, a tu tymczasem „Włodzimierz albo Władysław” i za cholerę nie chce być inaczej. Ciekawy jestem bardzo, jak tę okrutnie nową dla siebie sytuację, kiedy to okaże się, że są ludźmi całkowicie nieznanymi, zniosą koledzy Władka, tacy jak Stefan Niesiołowski, czy choćby i sam Lech Wałęsa, który, nie oszukujmy się, dla ludzi urodzonych po roku 2000 jest równie rozpoznawalny, jak… ja wiem? Ryszard Bugaj?

*

No ale może pozostańmy przez chwilę przy Niesiołowskim. Kiedy on nagle zamilkł i wydawało się, że jest już na dobre po nim, musieli się odezwać nasi ulubieńcy z IPN-u i postanowili odznaczyć Stefana jakimś medalem. Stefan podniósł swoje umęczone nienawiścią oczy i wysyczał przez zęby, że on od IPN-u nie będzie przyjmował żadnych odznaczeń, bo ów instytut „działa jako pisowskie narzędzie na rzecz wprowadzenia w Polsce dyktatury, likwidacji demokracji i państwa prawa, zakłamywania historii i szkalowania ludzi zasłużonych dla wolnej Polski”. A my już tylko z prawdziwą satysfakcją możemy stwierdzić, że wbrew naszym obawom, ów człowiek jeszcze jakoś ciągnie.
*

Nie wiem, czy Stefan Niesiołowski zna nazwisko Tomasza Stańki, a tym bardziej, czy uważa go za człowieka „zasłużonego dla wolnej Polski”, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby przeczytał wywiad, jakiego ów zapomniany dziś jazzowy muzyk – młodszym czytelnikom przypominam, że jazz to rodzaj muzyki, którego czasami słuchali ich dziadkowie – dla Onetu, z pewnością by go przygarnął do serca. Oto ów wygrzebany nie wiem spod której warstwy kurzu Stańko ogłosił co następuje: „Tych wszystkich dyktatorów naprawdę nie znoszę. Nienawidzę ich od mojej młodości, od czasów Stalina, nienawidzę też tych sukinsynów, którzy nami rządzą. To populiści chcący zaspokoić swoją żądzę władzy, dla mnie okrutne kanalie, wręcz mutanci. Jestem wolnym człowiekiem i chcę być samodzielny w decydowaniu o swoim życiu, a nie, że ktoś mi chce coś narzucać. Nie chcę być straszony, poszturchiwany”. Ładnie, prawda? Swoją drogą, z tym narzucaniem i decydowaniem o swoim życiu, to biednemu panu Tomkowi coś się musiało, jak to mówią, pozajączkować. Bardzo nieładnie, że jemu dziennikarz Onetu nie przypomniał, że on nie jest dziewczynką, tylko chłopczykiem i kwestie podnoszone przez feministki jego akurat nie dotyczą. Naprawdę nie wolno tak traktować ludzi starszych.

*

Inna sprawa, że wspomniany dziennikarz, człowiek nazwiskiem Paweł Piotrowicz, to również postać nie z tego świata. Otóż, jeśli ktoś myśli, że z tymi sukinsynami, to pan Tomek wyskoczył tak sam z siebie, jest w błędzie. Do owego wyznania on został zachęcony przy pomocy następującego pytania: „Kogo dziś nazwałby pan kanalią?” Czyż to nie piękne? Jeden celnie postawiony przez dziennikarza problem, a ileż głębokich refleksji. Od redaktora Piotrowicza mogłyby się uczyć całe pokolenia dziennikarskiej III RP.

*

Proszę popatrzeć choćby na to:
- Czy myśli pan, że jesteśmy zacofanym narodem?
- Myślę, że jesteśmy mądrym, choć zacofanym narodem. Mamy przecież początek demokracji, a jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu w Polsce była pańszczyzna, zniesiona notabene przez cara, wbrew woli naszego ziemiaństwa. Jesteśmy zacofani, ale musimy dążyć do tego, żeby się rozwijać. Ja staram się to robić jako artysta.
No dobra, przyznaję, że samo pytanie to moja robota, reszta jednak to mistrz Stańko. Pytanie wymyśliłem. Ale przecież mogłoby tak być, szczególnie w przypadku rozmów z tą głupszą częścią owego przedziwnego towarzystwa, kiedy to by ich należało odpowiednio podprowadzać. Wtedy przynajmniej nie dochodziłoby to takich nieszczęść, jak to powyższe z carem i ziemiaństwem.

*

No bo proszę popatrzeć, co się dzieje, gdy ta banda durniów zostaje puszczona samopas. Oto telewizja TVN24 zaprosiła do siebie na pogawędkę prezydenta Słupska Robera Biedronia, ten postanowił powiedzieć coś od serca i oczywiście uznał, że najlepiej będzie skomentować kwestię uchodźców. Uwaga, mówi Biedroń: „Nie ma zagrożenia ze strony uchodźców. W Polsce nie zginęła ani jedna osoba w wyniku zamachu terrorystycznego”. Czy Państwo słyszą to co ja słyszę? Ponieważ w Polsce w wyniku zamachu terrorystycznego nie zginęła dotychczas ani jedna osoba, możemy uznać, że z tymi terrorystami to wyjątkowa przesada i należy ich tu wszystkich wpuścić, choćby i z rodzinami. I to mówi Robert Biedroń, osoba znana i szanowana, przynajniej na terenie miasta Słupska. Czy nie lepiej by było, gdyby jednak, póki on jest jeszcze komukolwiek potrzebny, go nieco kontrolować. Choćby przy pomocy pytań, typu: „Panie prezydencie, kogo dziś nazwałby pan kanalią?”

*

No dobra, skończmy już może z tymi nieszczęśnikami i zajmijmy się tymi, co wprawdzie też cierpią wszelkiego rodzaju deficyty, jednak coś tam w życiu osiągnęli i tyle z tego mają, że nie trzeba im podpowiadać, co należy mówić. Oto Jadwiga Staniszkis i jej wkład w dzisiejszą debatę na tematy obchodzące nie tylko prezydenta Słupska, ale nas wszystkich: „Wartości europejskie i jakieś elementarne współczucie powinno zadziałać. Te 7 tys. uchodźców, na które zgodziła się premier Ewa Kopacz, można byłoby rozdzielić po mniejszych miejscowościach”. Ktoś powie, że nie ma intelektualnych barier między Tomaszem Stańko, Robertem Biedroniem i Panią Profesor, ja bym jednak jej akurat bronił. Ona faktycznie, jak się zdaje, ciągnie już na ostatnich kropelkach, niemniej owo zastrzeżenie co do „mniejszych miejscowości” robi wrażenie, świadcząc choćby o tym, że ona w tym wszystkim zachowała przynajmniej podstawowy instykt samozachowawczy, a to już jest coś.

*

Cokolwiek byśmy jednak nie mówili o bohaterach dzisiejszych refleksji, musimy przyznać, że istnieje świat, do którego nie jest w stanie się choćby zbliżyć ani Tomasz Sańko, ani Robert Biedroń, że już nie wspomnę o Jadwidze Staniszkis, a mam tu na myśli łowieckie tereny zajmowane przez byłego Prezydenta RP (swoją drogą, my Polacy będziemy musieli jeszcze za tę naszą ekstrawagancję z lipca 2010 roku odpowiedzieć), Bronisława Komorowskiego. Ów przedziwny mąż uaktywnił się ostatnio w stopniu zupełnie niesłychanym i wypowiedział się na temat smoleńskich ekshumacji. Udzielając wywiadu, jak by nie patrzeć, zaprzyjaźnionemu w końcu redaktorowi Stankiewiczowi, uniósł się gniewem i wypalił: „Czemu pan tak epatuje tymi kawałkami ciał?” Z naszej naturalnej dobroci serc, rozumiemy oczywiście, że panu Bronkowi, jako przede wszystkim wybitnemu myśliwemu, nie jest łatwo pogodzic się z widokiem zdobyczy w stanie, że tak to ujmę, rozproszonym, choćby ze względu na to, że coś takiego fatalnie wypada na fotografii, niemniej musimy zauważyć, że stan umysłu, jaki ów mąż osiągnął po przegranych już dwa lata temu wyborach, robi wrażenie. Ostatnio na ekranach naszych film sukcesy odnosi znakomity film zatytułowany „Życie” o tym, jak to człowiekowi, po wielu latach starań, udaje się sprowadzić na Ziemię obcy organizm, który jednak okazuje się wyjątkowo wrogi, no i ów cywilizacyjny sukces doprowadza do prostego nieszczęścia. Tam owo życie jest reprezentowane przez coś mocno śliskiego i żmijowatego . Osobiście uważam, że tu akurat Bronisław Komorowski byłby lepszy. Astronauci lecą na Marsa w poszukiwaniu życia, patrzą, a tam Komorowski.


Szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam gorąco.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Opowieść o świętej Martynie z Rzymu (dla mojej wnuczki)

      Gdybyś, Kochanie, nie wiedziała, a uznała, że wiedzieć nie zaszkodzi, tradycja głosi, że święta Martyna z Rzymu zmarła 30 stycznia 226 roku i zarówno w Kościele katolickim, jak i prawosławnym, czczona jest przede wszystkim jako patronka Rzymu, a bardziej już indywidualnie, jako ta która opiekuje się kobietami karmiącymi piersią, a więc między innymi Twoją mamą, w dniach piszę ten tekst. To co wiemy na temat jej życia, a przede wszystkim męczeństwa, przetrwało w formie dość późnej, bo XII wiecznej, legendy, a oparte jest na tak zwanych passiones dwóch świętych kobiet, Tacjany i Pryski. W wieku XVI, relikwie św. Martyny zostały odnalezione na Forum Romanum w kościele do dziś czynnym pod wezwaniem św. Łukasza i Martyny właśnie, a papież Urban VIII ułożył na jej cześć hymny i ogłosił świętą patronką Rzymu.
      Martyna pochodziła z bardzo sławnej, zamożnej i pobożnej rzymskiej rodziny, jednak kiedy zmarli jej rodzice, jako młoda dziewczyna, rozdała swój ogromny majątek, złożyła śluby czystości i poświęciła życie Jezusowi. Ze względu na jej pochodzenie, ale może przede wszystkim to że była dziewczyną niezwykle piękną, zainteresował się nią panujący w tym czasie cesarz Sewerus, zapragnął pojąć ją za żonę i nawet nie pytając jej o zgodę urządził przepyszne przyjęcie, na początek uroczyście wprowadzając Martynę do świątyni Apollina, by tam oddała pokłon rzymskim bogom. Jak głosi wspomniana legenda, Martyna jednak, zamiast zwrócić się do Apollina, wzniosła oczy i ręce ku niebu i zawołała: „Panie i Boże najdobrotliwszy, wysłuchaj prośby mojej i zgruchocz tego niemego i niewidomego bałwana, aby cesarz i lud poznali, żeś Ty jest prawdziwym Bogiem i Tobie jedynie należy się cześć i chwała”. W tej samej chwili, jak głosi przekaz, nastąpiło potężne trzęsienie ziemi, część świątyni zawaliła się, a sam wielki posąg bożka runął na ziemię, zabijając wszystkich kapłanów i wielu z obecnych tam pogan. Zdenerwowany cesarz kazał Martynę okrutnie torturować, lecz ona, z pomocą aniołów, znakomicie zniosła swoje cierpienia i trwała, wciąż chwaląc Jezusa. Cesarscy oprawcy, widząc co się dzieje, wystraszyli się, upadli przed Martyną na kolana i prosili, aby im przebaczyła, na co ta zwróciła się do nich w taki oto sposób: „Jeśli wierzycie z całego serca w Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który płacić będzie każdemu według uczynków jego, wiecznej zapłaty użyjecie. A jeśli nie chcecie, w męki straszliwe bez końca wpadniecie”. Ośmiu z nich się wówczas nawróciło, a cesarz, usłyszawszy co się stało, kazał Martynę wtrącić do więzienia, owych ośmiu nawróconych wydał natomiast na męki, oczekując, że wyrzekną się Jezusa. Ostatecznie jednak, widząc ich wiarę, rozkazał ich ściąć.
      Nazajutrz, jak dalej głosi tradycja, przywołał cesarz znowu Martynę przed siebie i zawołał: „Czarownico! Zobaczymy, jak długo sztuki czarnoksięskie wyprawiać będziesz! Czy chcesz złożyć ofiarę bogom, czy nadal wzywać imię tego czarownika Chrystusa?". Na to Martyna mu odpowiedziała: „Nie bluźnij memu Bogu! A jeżeli chcesz mnie dalej męczyć, nie boję się, gdyż Bóg da mi siłę!” Wydał ją więc cesarz na jeszcze większe tortury, ona jednak zachowała dumną wiarę, a wedle przekazów,  z jej straszliwych ran wydobywała się cudowna woń. W swojej bezradności, cesarz kazał Martynę wtrącić do celi, gdzie ta jednak została ze swoich ran cudownie uleczona, a pilnujący jej strażnicy opowiadali, iż w nocy widzieli bijącą z jej celi niezwykłą światłość i słyszeli śpiewy i modlitwy! W tym momencie, cesarz, zupełnie już zatracony w swym szaleństwie, kazał Martynę zaprowadzić do Koloseum i rzucić lwom na pożarcie. Kiedy jednak wypuszczono lwa, ten najpierw położył się u stóp Martyny, po czym niespodziewanie przeskoczył barierki i rzucił się na widzów, z których wielu zabił i poranił. Zatwardziałe serce cesarza kazało mu uznać to co się stało za wynik czarów, a sądząc, iż czarodziejska ich siła tkwi we włosach Martyny, kazał jej zgolić głowę, a nastepnie zamknąć w świątyni Jowisza, gdzie ta spędziła kilka następnych dni. Ponieważ przez owe dni sam Sewerus, jak i inni świadkowie, wciąż słyszeli dochodzące z wnętrza świątyni dziwne męskie głosy, nikt z nich nie odważył się wejść do środka, w końcu Sewerus się przełamał i pierwsze co zrobił, to zapytał Martynę o owe głosy. Ta mu na to kpiąco odpowiedziała mu, że to Jowisz prosił Chrystusa o litość, jednak za swoje sprawki trafił do piekła, gdzie został rozszarpany przez diabły. Owo szyderstwo tak rozgniewało cesarza, że ten kazał Martynę oblać wrzącą oliwą, a potem wrzucić w ogień. W tym jednak momencie spadł rzęsisty deszcz, który zalał płomienie, a cesarz, nie wiedząc co dalej począć, kazał zakończyć owe próżne męki i Martynę ściąć. Oto w ten sposób, po daniu swego świadectwa, 30 stycznia 226 roku Martyna poszła do Nieba. Legenda głosi, że święte jej ciało leżało kilka dni na placu publicznym, lecz dwa potężne pilnujące go orły, nie pozowoliły nikomu do niej podejść aż wreszcie któregoś dnia pobożni ludzie skrycie je pogrzebali. Dziś na tym miejscu wznosi się wspomniany wcześniej kościół pod wezwaniem Łukasza i Martyny, a my 30 stycznia każdego roku obchodzimy Twoje imieniny. Rośnij zdrowo.



Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

niedziela, 25 czerwca 2017

My Polacy, czyli grzech

Proponuję, byśmy dziś, w ten piekny niedzielny dzień, poczytali sobie mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. To zaledwie, jak wiemy, tradycyjne 444 słowa, więc nawet da się je odhaczyć między śniadaniem, a kościołem. Zapraszam.

       Mimo że od tego czasu upłynęły całe długie lata, wciąż pamiętam wymianę między znanym polskim autorem powieści science-fiction Stanisławem Lemem, a którymś z nieznanych komentatorów, gdzie uznany pisarz ogłosił, że człowiek jest stworzeniem tak okrutnym, że żadne, choćby najdziksze zwierzę, nie jest w stanie z nim konkurować, na co ów komentator zaproponował Lemowi pewien eksperyment. Niech oto ów Lem stanie na najbardziej zatłoczonym warszawskim, czy choćby i krakowskim, skrzyżowaniu, postoi tam przez cały dzień, a nastepnie zda nam relację nie z zabójstwa, nie z pobicia, nawet nie z jakiejś awantury, ale w ogóle ze zdarzenia, które jest w stanie stworzyć choćby jednozdaniową historię. Rzecz bowiem w tym, że, zdaniem owego skromnego komentatora, różnica między przeciętnym Kowalskim, a gepardem polującym na bezbronną impalę, jest jak ziemia i słońce, a kto wie, czy nie coś znacznie większego.
     Przypomniała mi się tamta historia, kiedy przeczytałem wiadomość, że oto lubelska policja zrealizowała i opublikowała klip, który ma nas Polaków oduczyć typowej dla nas znieczulicy, a na którym widzimy poważny wypadek samochodowy, gdzie ofiary błagają o pomoc, tymczasm my Polacy, zamiast owej pomocy im udzielić, zajmujemy się wyłącznie ustawianiem odpowiedniej ostrości w naszych podręcznych kamerkach. Oglądam ten filmik – przyznaję, że, owszem, nakręcony wyłącznie w celu edukacyjnym – gdzie widzę umierających ludzi, oraz bandę jakichś idiotów z androidami w rękach, nagrywających tę śmierć, oraz ów komentarz na temat tego, jak to my Polacy jesteśmy nieczuli na ludzką krzywdę i myślę sobie, że oto stoimy wobec zjawiska, które przed wielu już laty tak nam ładnie przedstawił Stanisław Lem, i który to obraz do dziś, moim zdaniem, nie został opisany tak, jak sobie na to zasłużył.
      Rzecz bowiem w tym, że, czy to ze względu na przyrodzone nam intelektualne deficyty, czy przez nieopisany więc wpływ antypolskiej propagandy, czy może też przez jedno i drugie, wielu z nas odczuwa niezwykłą wręcz satysfakcję, kiedy tylko może powiedzieć, że „my Polacy” zazdrościmy innym sukcesu, albo „my Polacy” jesteśmy wciąż pochmurni, że „my Polacy” wciąż się kłócimy, czy wreszcie, że „my Polacy” nie mamy w sobie owej słynnej uprzejmości, tak charaktersytycznej dla Niemców, Holendrów, czy Francuzów. Tymczasem, jeśli tylko spróbujemy się choć na chwilę uwolnić z owej propagandowej opresji, sączonej nam przez ludzi i systemy, które nie życzą nam niczego innego jak tylko szybkiej i bolesnej śmierci, zobaczymy, że to wszystko nieprawda. Na tym poziomie bowiem, jeśli my się w ogóle od kogokolwiek różnimy, to wyłącznie na korzyść.
      A więc mamy ów klip, nakręcony przez polską państwową policję, na którym widzimy całkowicie nierealną sytuację, gdzie jacyś kosmici, zamiast pomagać swoim braciom w nieszczęściu, owo nieszczęście, dla zwykłej zabawy, rejestrują na telefonach. Przepraszam bardzo, ale to każdy normalny człowiek określa słowem „kompleksy”, a jak wiemy, kompleksy to grzech.

Przypominam, że moje książki można kupować w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.

      

sobota, 24 czerwca 2017

Czy Wojciech Młynarski był lepszy od Led Zeppelin?

     Od śmierci Wojciecha Młynarskiego minęło wystarczająco dużo czasu, by wielu z nas zapomniało, że ktoś o tym nazwisku kiedykolwiek istniał, ja jednak odświeżyłem swoją pamięć, gdy chodzi o twórczość tego człowieka i chyba po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, że – pomijając oczywiście okres związany bezpośrednio z doraźną polityką, co musi się okazać zgubne zawsze i dla każdego artysty – on z każdym rokiem był coraz lepszy, co, słowo daje, zdarza się naprawdę niewielu. Słuchałem więc ostatnio piosenek Młynarskiego, oglądałem jego występy i dochodzę do wniosku, że gdy chodzi o sztukę artystyczną w ogóle, Polska nie miała nigdy nic choćby zbliżonego do poziomu talentu, jaki prezentował Wojciech Młynarski. Mało tego. Moim zdaniem, współczesny świat nie miał okazji zbyt często przeżywać czegoś takiego, co by choćby zbliżało się poziomem do sztuki Wojciecha Młynarskiego.
     I nie będę oczywiście ukrywał, że zdaję sobie świetnie sprawę z tego, kim był Młynarski w życiu prywatnym, jak wielka przepaść istniała między jego twórczością, a jego dokonaniami na poziomie dnia codziennego – co, swoją drogą, stanowi osobny temat do poważnych bardzo rozważań – ale też, jakby i tego było mało, pamiętam bardzo dobrze jego aktywność publicystyczną w ostatnich latach. Nie zmienia to jednak faktu, że przez pewien czas mieliśmy okazję być świadkiem czegoś, czego skala wykracza poza wszystko, co Polska zdołała w tej akurat przestrzeni wyprodukować.
      Ktoś spyta, skąd się wziął w ogóle temat dziesiejszej notki. Oczywiście, przede wszystkim poszło o Młynarskiego, którego koncertu miałem okazję wysłuchać, a tam przede wszystkim piosenkę pod tytułem „Nie mam jasności w temacie Marioli”. Przyznaję szczerze, że jeśli ja znałem naprawdę mnóstwo jego piosenek, to jednak tych głównie starszych i wydaje mi się, że to jest kwestia zarówno wieku, jak i mojego dość szczególnego zainteresowania muzyką. Po prostu w pewnym momencie uznałem, że wystarczy i  Młynarskim interesować się przestałem. No i wygląda na to, że przez ten gest ominęła mnie znaczna część tego, czego przegapić zwyczajnie nie wypadało, w tym owo „Nie mam jasności w temacie Marioli” i czuję geniusz.
     No ale to też nie wszystko, a jednocześnie koniec tych rozważań. Wraz bowiem z Młynarskim napięcie urosło do tego poziomu, że na scenę musiału już tylko wkroczyć moje ukochane Led Zeppelin ze swoim „Dazed and Confused”, a w nim owa równie intrygująca fraza: „Soul of a woman was created below”. Przepraszam bardzo, ale – choć biorę pod uwagę możliwość, że to się już wkrótce zmieni – jak na dziś, ja się nie dziwię, że Wojciech Młynarski w pewnym momencie swojego życia oszalał. Naprawdę nie jest łatwo żyć ze świadomością talentu, z którym nie wiadomo, co zrobić, i nikogo to doprawdy nie interesuje.
      Pucio, pucio.



Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek, które są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam z całego serca.



piątek, 23 czerwca 2017

Do widzenia się z panem, panie ka

       Jak może część z nas pamięta, parę tygodni temu opublikowałem tu notkę pod tytułem „Za co masoni nie lubią listów Zyty Gilowskiej”, w której poskarżyłem się na pewnego Stanisława Krajskiego za to, że ten jeździ po Polsce z wykładami na temat masonerii i wspomagając się cytatami z mojej książki zawierającej wspomniane listy, nie dość, że uporczywie odmawia podania nazwiska jej autora, to jeszcze powtarza kłamliwą informację, jakoby listy od Zyty opublikowane zostały wbrew życzeniu rodziny. I oto, proszę sobie wyobrazić, że jeden z czytelników – a diabli wiedzą, czy nie sam zainteresowany – poinformował mnie, że pan K. trzyma rękę na pulsie i właśnie odpowiedział na moje pretensje na swoim blogu w wyjątkowo bezczelnym wpisie, w którym po pierwsze kłamliwie twierdzi, że on o listach od Zyty wspomniał podczas zaledwie jednego wykładu, że on nie miał nawet pojęcia, że listy od Zyty ukazały się drukiem poza tym co się pojawiło na jakimś anonimowym blogu, no i że on nie miał żadnego sposobu, by owego „anonimowego prawicowego blogera” zidentyfikować.
      Czemu ja z takim przekonianem używam słowa „kłamliwie”? Przede wszystkim, ja sam znam dwa różne, dostępne w Internecie wykłady Krajskiego, gdzie on powołuje się na listy od Zyty, a więc mogę z czystym sumieniem sądzić, że ich jest więcej, a on faktycznie dopuszcza się tego przekrętu notorycznie. Po drugie, nie ma takiego sposobu, by ktoś taki jak Krajski, jak sam pisze, „przypadkiem” trafił na mój blog i to akurat na tę jedną notkę z jednym z listów od Zyty. Mogło się oczywiście zdarzyć, że jemu ktoś o tych listach powiedział i wysłał mu link akurat do tekstu o Fogelmanie, no ale w tej sytuacji, pozostaje zagadką, skąd on ma taką wiedzę na temat moich początkowych targów z rodziną prof. Gilowskiej? On musiał czytać całość tych listów, a jeśli to faktycznie robił na moim blogu, to miał dziesiątki możliwości, by się dowiedzieć, że owe listy zostały wydane w formie książkowej i poznać nazwisko ich adresata. Ja oczywiście biorę pod uwagę ewentualność, że Krajski, tak jak wielu z nich, to w swojej gnuśności osoba w sposób naturalny dramatycznie beztroska, no ale nie aż tak. Przepraszam bardzo, ale nie aż tak.
      No i wreszcie rzecz trzecia. Pisze Krajski, że „przez swoją krótką wypowiedź chciałem złożyć hołd autorowi bloga za to, że te listy jednak opublikował w internecie”. I to jest już bezczelność niewyobrażalna. Krajski, opowiadając swoim słuchaczom o Fogelmanie i jego interesach tak jak to relacjonowała Zyta Gilowska w listach do „anonimowego prawicowego blogera”, połowę swojej wypowiedzi poświęca na to, by publiczność zapamiętała bardzo dokładnie ów fakt, że te listy ukazały się mimo prostestów rodziny, tak jakby bez tej informacji jego wykład tracił sens, i on dziś chce nas przekonać, że zrobił to tylko po to, by „złożyć hołd” anonimowemu autorowi owej publikacji?
      Ale jest jeszcze coś, o czym Krajski napisał na swoim blogu (https://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/2017/05/30/dlaczego-zostalem-zaatakowany-i-obrazony-nie-wiem/), a czego ja akurat wcześniej nie wiedziałem. Otóż okazuje się, że on opowiadając o listach od Zyty na publicznie organizowanych spotkaniach, przede wszystkim promuje swoją kolejną książkę o masonerii, gdzie się wspomaga opublikowanymi przeze mnie listami od Zyty jednocześnie, jak się sam chwali, „zgodnie z zasadami pracy naukowej podając w przypisach adres internetowy tej strony”, owe listy cytuje. A skoro zatem jest tak, to ja muszę uznać, że ta cała gadka, jaką Krajski zabawia swoją publiczność na spotkaniach to nie jest tak zwany „heat of the moment”, lecz dokładnie opracowana akcja.  Ja wiem, jak się pisze książki, a więc też wiem, że on nad tymi listami musiał siedzieć i je opracowywać na tyle uważnie, by wiedzieć, co i jak. A zatem, kiedy on dziś cytuje fragment mojej wypowiedzi, że „kiedy już wydawało się, że sprawa jest do końca rozstrzygnięta, zainterweniował syn Zyty Gilowskiej i poinformował nas, że on sobie nie życzy, żeby listy, jakie jego mama wysyłała do mnie, wydawać drukiem [co sprawiło, że] w tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak całość tej korespondencji opublikować tu na blogu”, tym bardziej wtedy, kiedy tę książkę pisał, musiał mieć świadomość, że zastrzeżenia Pawła Gilowskiego nie dotyczyły publikacji na blogu, lecz wydawania tych listów drukiem. A to dowodzi, że kiedy Krajski podczas swoich spotkań z takim namaszczeniem podkreśla, że owe listy zostały opublikowane wbrew stanowisku rodziny, nie mówi o blogu, lecz o książce. A skoro o książce, to wie też na pewno, że na książkę zgoda być musiała, no a przede wszystkim, że ta książka w ogóle istnieje. A zatem, kiedy zapewnia nas o tym, że o książce nie miał pojęcia, kłamie jak bura suka. Czemu to robi, to już problem jego i jego sumienia.
      I to jest wszystko co chciałem przekazać Krajskiemu dziś, kiedy wiem, że on doskonale wie, z kim ma do czynienia. I to nie od dziś.
     Gdy chodzi o resztę, to już w całości dla Czytelnika. I tu też nigdy nie było inaczej.


Zapraszam wszytskich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupowaćmoje ksiązki.

czwartek, 22 czerwca 2017

Z wizytą w jaskini profesjonalistów

       Kiedy Piotr Bachurski zaproponował mi prowadzenie w tygodniku „Polska Niepodległa” rubryki pod tytułem „Wezwani do tablicy”, postawił sprawę jasno. Chodzi o to, by przedstawić format już wielokrotnie sprawdzony, a więc serię krótkich, często zabawnych komentarzy na tematy bieżące, takie jakie znamy, z jednej strony, z tygodnika „W Sieci”, czy „Do Rzeczy”, a z drugiej, choćby z „Polityki”, tyle żeby to było znacznie, znacznie lepsze. Jak wiemy, podjąłem się tego zadania i jakoś tam udaje mi się je realizować, jednak od samego początku do wczoraj jeszcze miałem obawę, że jakkolwiek bym się starał, nie będzie mi łatwo przebić dotychczasowych mistrzów, czyli choćby „wsieciowych” Mazurka i Zalewskiego.
       I oto proszę sobie wyobrazić, że po dość długiej przerwie kupiłem kolejny numer wspomnianego tygodnika i jak za dobrych dawnych czasów, w pierwszej kolejności zajrzałem do kultowej wręcz na prawicowej scenie rubryki „Z życia koalicji i opozycji”… i okazało się, że jest dobrze. Upadek, jaki zarejestrowali obaj redaktorzy otwiera przed nami pole do działania wręcz nieograniczone. Oto pierwsza część owej rubryki, czyli „Z życia koalicji” i pierwsy news. Okazuje się, że w Kacelarii Prezydenta doszło do wymiany Małgorzaty Sadurskiej na niejaką Halinę Szymańską i nasi redaktorzy zastanawiają się, kto zacz. Odpowiedź jest jedna: nie wiadomo, ale jest „cwana”. Koniec.
     Druga notka dotyczy tej samej Szymańskiej, tyle że tym razem już dowiadujemy się, że ją do Pałacu Prezydenckiego skierował Joachim Brudziński wbrew Prezesowi.
     Kiedy wydaje się, że coś wiemy, pojawia się kolejny „króciak”, a wraz z nim informacja, że podobno to nie Brudziński, lecz Artur Balazs, co może świadczyć, że Szymańska, podobnie jak inni jego znajomi, jest osobą bardzo zamożną, co oczywiście nas pozostawia w sytuacji, w jakiej byliśmy na początku, a jednocześnie dowodzi, że trzech pierwszych kawałków owej parki wybitnych redaktorów mogłoby równie dobrze nie być.
      I tu jest wreszcie pora na żart w postaci informacji, że mimo iż Sadurska już nie pracuje dla prezydenta, jej zdjęcie wciąż widniej w tak zwanym „entranecie”, co oznacza, że – tu cytat – „biedny Duda nie może się jej pozbyć”. Oto żart i jego koniec.
      W kolejnym „króciaku” w dalszym ciągu pozostajemy w temacie Sadurskiej i dowiadujemy się, że wszelkie pretensje o to, że ona otrzymała intratne stanowisko w zarządzie PZU są pełne fałszu, bo oto były wiceminister Platformy Obywatelskiej Michał Chyczewski dostał fuchę w Alior Banku, a media o tym awansie solidarnie milczą. Koniec.
      Następna notka podtrzymuje temat Chyczewskiego, a pointa jest taka, że to wstyd, że PiS nie ma własnych kadr i musi sięgać po zasoby Platformy Obywatelskiej. I to tyle. Naprawdę. Tam nie ma nic więcej.
       Pora na informację kolejną. Oto jesteśmy świadkami „kryzysu przywództwa” Beaty Szydło, niemniej pozycja pani premier jest wciąż dość pewna, a to wszystko zasługa jej krytyków z Parlamentu Europejskiego. Gdyby nie oni, już by było po Szydło. I to jest drugi żart. Rozumiemy, prawda? Szydło swoja pozycję zawdzięcza Tuskowi i temu drugiemu.
       Fakt jednak jest faktem, że pozycja Szydło drży w posadach, bo Prezes stracił do niej zaufanie, ale ponieważ jemu się ciągle zmienia, może się zdarzyć, że i tym razem wszystko będzie inaczej, niż się wydaje i to wcale nie dlatego, że redaktorzy tygodnika „W Sieci” dotrą do kolejnych plotek. I tu też nie ma nic więcej. Oto początek i koniec owej refleksji: Szydło jest na odstawce, ale Kaczyńskiemu jak zawsze może się odmienić.
      Na sam koniec pojawia się Jacek Sariusz-Wolski oraz pretensje, że ten się podlizuje PiS-owi w sposób nadmiernie bezczelny i powinien przestać. Koniec. Tyle.
      Ktoś powie, że to jest żywa demonstracja problemu, przed jakim stoją tacy redaktorzy jak Mazurek z Zalewskim, którzy od początku założyli sobie, że będą siedzieć w rozkroku na owym przysłowiowym płocie i, nasi, czy nie nasi, ciąć po równo, gdy tymczasem pojawia się kwestia, z czego można szydzić, jeśli idzie o tak zwany „rząd dobrej zmiany”, który czego się tknie, zmienia w złoto? Zobaczmy więc, jak się prezentuje profesjonalny humor Mazurka z Zalewskim, gdy chodzi o opozycję. Może tam udało im się wygrzebać coś naprawdę ciekawego? I proszę sobie wyobrazić, że tu jest znacznie, znacznie gorzej, a żeby zaprezentować ów upadek, proponuję rzucić okiem na wybraną całość:
      „Ostatnio przy całkiem akademickiej okoliczności (przechodziliśmy obok z tragarzami i nas wpuszczono) spotkaliśmy Zbyńka Siemiątkowskiego, dawnego rzecznika SLD. Ale czasy się zmieniają, to już nie ten umiarkowanie rozgarnięty Zbyniek, który uważał, że tamerlan był władcą starożytnym, a kóremu Izabella Sierakowska obiecywała, cytujemy ‘obciąć jaja’”. Teraz to poważny profesor UW, dr hab. Zbigniew Siemiątkowski. Zbyniek był jednak przez profesurę traktowany tak obcesowo, że zrobiło nam się przykro. Nikt, poza jubilatem, nie chciał z nim gadać”.
      I jeśli ktoś myśli, że ja złośliwie wybrałem coś najmniej udanego, jest w dużym w błędzie. Jest wręcz odwrotnie. To jest coś z tego całego zestawu zdecydowanie najlepszego. Owszem, kompletnie bełkotliwego, ale przynajmniej robiącego wrażenie czegoś przynajmniej przemyślanego. Reszta, to jakieś kompletne bzdury na temat Kukiza i Liroya. Bez sensu, celu, a przede wszystkim humoru.
      W ten zatem sposób dochodzimy do sedna rzeczy, czyli konkluzji. Oto mamy dwóch wybitnych prawicowych dziennikarzy III RP, którzy odstawiają coś na poziomie, którego normalny czytelnik tolerować nie ma sposobu. To jest najbardziej pusta pustka i praktyczny koniec czegoś, co przywykliśmy nazywać profesjonalnym dziennikarstwem. Pozostaje pytanie, dlaczego do tego doszło. Jak to się stało, że owi dwaj, jak by nie było, profesjonaliści, mogli osiągnąć poziom tak niski? Otóż sądzę, że na to pytanie znam odpowiedź. Rzecz w tym przede wszystkim, że tak naprawdę, poza dostępem do zawodowych plotek, które kiedyś sięgały poziomu Rywina, a dziś nie wychodzą poza rappera Liroya, oraz poczuciem humoru, które się ogranicza do kpienia z imion, oni nigdy nie mieli nic. Do tego jednak doszło jeszcze owo zepsucie, a wraz z nim przekonanie, że oni praktycznie nie muszą się już starać – ciemny lud kupi wszystko, co mu się zaoferuje, nawet jeśli nie będzie miał pojęcia, co w tym worku jest. Niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, jak opisałem swoje spotkanie z jednym ze wspomnianych profesjonalistów, kiedy to spytałem go, czemu wspomniana rubryka jest tak słaba – a wówczas jeszcze, jak się okazuje, była całkiem na poziomie – i czemu on to robi. Odpowiedź była: „Karnowscy dobrze płacą”. Wygląda na to, że Karnowscy nie dość, że dobrze płacą, to w dodatku gwarantują długowieczność. A skoro tak, to wspomniany „ciemny lud” wystarczy, by się utrzymać na powierzchni do emerytury.
      Ale tak naprawdę chodzi o coś znacznie więcej, niż dwóch zepsutych prawicowych dzienikarzy. W końcu, nie oni jedni. Kiedy Piotr Bachurski prosił mnie, bym zaczął raz na tydzień pisać te kawałki, wiedziałem, że mnie absolutnie nie stać na to, by zejść poniżej pewnego poziomu. Z dwóch względów. Po pierwsze, ja nie mogę zawieść czytelników, a po drugie, jeśli tylko obniżę poziom, to Bachurski mi powie, że albo się wezmę w garść, albo on mi podziękuje i poszuka kogoś lepszego. Czy on by tak zrobił faktycznie, co do tego pewności nie mam, ale wolę dmuchać na zimne i staram się jak jasna cholera, żeby każdy kolejny tekst był lepszy od poprzedniego. No i mamy, co mamy.
      Tymczaem, z drugiej strony, jest tak zwane zawodowe dziennikarstwo, które na całego korzysta z owej patologii i jeszcze ma czelność coś tam nam opowiadać na temat różnicy między amatorami i zawodowcami. Przepraszam bardzo, ale do nich mam tylko jednen apel: proszę się łaskawie zamknąć. Co do nas natomiast, zachęcam do czytania „Polski Niepodległej”. W każdą środę nowy numer, a w nim wszystko co najważniejsze.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl mamy nasze książki, a jest ich bez liku. Polecam każdą i wszystkie.
.
       

    

środa, 21 czerwca 2017

Przyszedł pan hrabia z pieczątkami

Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, ze wśród czytelników tego bloga jest wielu takich, którzy bardzo źle znoszą sytuacje, gdy ja, zamiast wrzucać kolejny nowy tekst, przypominam jaskieś stare ramoty. Stało się jednak tak, że oto któraś z niemieckich gazet, jakieś Frankfurter coś tam, czy jakaś inna cholera, zarzuciła nam Polakom, że my bardzo próbujemy uczynić z Niemców stronę odpowiedzialną za II Wojnę Światową i że to jest z naszej strony bardzo brzydkie. Ja nie wiem, oczywiście, jak oni te swoje dziwne myśli konkretnie ułożyli, ale wiadomość była faktycznie taka, że Niemcom bardzo nie podoba się to, że oni mają być uznani jako sprawcy II Wojny Światowej. No a skoro tak, to ja nie mam innego wyjścia, jak na tę hucpę zareagować, i to zareagować najlepiej jak tylko potrafię, czyli starym dość, bo z roku 2009 roku tekstem o paru ciekawych pieczątkach. Posłuchajmy, a jeśli to przecta jakiś Niemiec, to tym lepiej.

Pomaleńku zbliża się 70 rocznica napaści Niemiec na Polskę, a ja mam bardzo przejmujące wrażenie, że jakimś bardzo sprytnym, niemal niewidocznym propagandowym zagraniem, cała publiczna uwaga została przesunięta z głównego problemu, jakim jest udział niemieckiej cywilizacji i kultury w historii XX wieku, na problem tzw. „trudnych stosunków rosyjsko-polskich”. Już za kilka dni będziemy wspominać to, co się stało 1 września 1939 roku i jednocześnie przeżywać (każdy z nas na swój własny sposób) każdy dzień, który – skutkiem właśnie tego, co Niemcy sobie w swoich niemieckich głowach umyślili – zmieniał życie Narodu, a ja widzę wyraźnie, jak ktoś się mocno bardzo postarał, by nagle się okazało, że to Rosjanie są tymi złymi, a Niemcy zwyczajnie mogą tylko czekać aż my sobie nasze ruskie sprawy ostatecznie wyjaśnimy.
A może się okazać, że jest jeszcze gorzej. Dziś właśnie się dowiedziałem, że moskiewska uroczystość związana z promocją historycznej pracy objaśniającej światu, że owe 70 lat temu do wojny doprowadził polsko-niemiecki sojusz, została łaskawie przesunięta, co – wedle opinii telewizji TVN – świadczy z jednej strony o tym, że rozsądna postawa polskiego rządu przyniosła dobre efekty, a drugiej, że ci Rosjanie to jednak, podobnie jak Niemcy, też równi goście, z którymi – postępując odpowiednio grzecznie – można naprawdę wiele. Łatwo się w tej sytuacji domyślić, że przez te trzy dni, jakie nam zostały do rocznicowych obchodów, sprawy się tak pięknie ułożą, że z zapowiadanych przemówień pozostanie tylko wystąpienie kanclerz Merkel i premiera Putina, którzy opowiedzą coś o wspólnej Europie i europejskiej współpracy, premiera Tuska, który podziękuję za ciepło i dobre wibracje, a Kartofla się poprosi, żeby z wystapienia zrezygnował w celu niezadrażniania.
Boże mój! Jak to gładko poszło. Patrzę na to, co się tu wyprawia i myślę sobie, że musiało być tak, że przy załatwianiu spraw gazowych, Niemcy z Rosjanami, na prośbę niemieckich przyjaciół, zrobili sobie chwilę przerwy i ustalili, że w związku z polskimi obsesjami, Rosjanie przeprowadzą prowokację pod tytułem „Polska Odpowiedzialność za Wybuch Drugiej Wojny Światowej”, tym samym dając Niemcom czas na oddech, tuż przed Rocznicą wykonają jakiś lekki gest… a później już będzie 2 września i będzie spokój.
No więc trudno. Skoro mamy taką sytuację, że polski rząd, zamiast troszczyć się o narodowe interesy, daje się rozprowadzać sprytniejszym od siebie, my akurat możemy najwyżej pójść do kościoła i pomodlić się za Ojczyznę i za tych, co dla tej Ojczyzny z niemieckich i rosyjskich rąk ponieśli śmierć. A ja, być może, jeszcze mogę napisać dzisiejszy tekst, licząc na to, że jak najwięcej ludzi go przeczyta i dzięki temu, przynajmniej w tym miejscu, wspomniany spokój nie będzie aż tak krystaliczny. 17 września będziemy pamiętać dzień, gdy Polska została podpalona przez Sowietów. Ale to jeszcze wciąż przed nami. Dziś myślmy o Niemcach.
Na tę właśnie okazję mam przygotowanych kilka obrazków. Najpierw wyobraźmy sobie jak mówi zły Niemiec, wybitny prawnik, gubernator Hans Frank:
Gdy kiedyś wygramy wojnę, nie mam nic przeciw temu, aby zrobić siekaninę z Polaków i Ukraińców i z tego wszystkiego, co się tu wałęsa – zrobić z nimi to, co się tylko będzie podobało”.
Teraz kolej na dobrego Niemca, hrabiego (!) Clausa von Stauffenberga, który mówi o mieszkańcach Generalnej Guberni tak: „To niewyobrażalna hołota. Bardzo dużo Żydów i bardzo dużo mieszańców. Ci ludzie będą posłuszni jedynie pod knutem. Tysiące jeńców wojennych wykorzysta się dla naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno będą użyteczni, pracowici, posłuszni i skromni”.
I na koniec spójrzmy na Niemca ani złego ani dobrego. Na zwykłego, porządnego Niemca. Nie wiemy, jak się nazywa, jak wygląda, nawet nie słyszymy jego głosu. Wchodzimy na teren Muzeum w Oświęcimiu i, wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, jest dobrze zachowany, a na dokumencie widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień faktycznie zrobił tę kupę i że kara została nałożona zgodnie z przepisami.
I oto, za trzy dni będziemy obchodzić rocznicę tego dnia, gdy do Polski przyjechali niemieccy prawnicy, niemieccy arystokraci, niemieccy urzędnicy, ze swoimi porządnie wykonanymi pieczątkami i swoimi pięknymi piórami, umoczonymi w porządnym niemieckim atramencie. I rozpoczęli budowę Nowej Europy.
17 września dopiero za trzy tygodnie. Na razie pamiętajmy o tych.

Książki, jak zawsze, są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam. Swoją drogą, ciekawe, że wciąż muszę.

wtorek, 20 czerwca 2017

... i znów mnie podchodzą krótkie numery

No i znów nam minął kolejny tydzień, jutro środa, a skoro środa, to i kolejny numer „Polski Niepodległej”, a w niej moje kolejne kawałki do śmiechu. Polecam bardzo serdecznie. Jeśli ktoś nie miał okazji nabyć poprzedniego numeru, służę uprzejmie. Oto zestaw z mijającego tygodnia.


Kiedy wydawało się, że sprawa smoleńskich trumien będzie stymulowała nasze emocje przez dłuższy czas, okazało się, że służby propagandowe Platformy Obywatelskiej postanowiły zagrać va banque, wygrzebały gdzieś stare, choć dotychczas nieznane, nagrania z restauracji „Sowa & Przyjaciel” i materiał dostarczyły telewizji TVP Info, tym samym kwestie smoleńskie skutecznie przykrywając. Na nagraniach możemy usłyszeć, jak słynny kapelan telewizji TVN24, ksiądz Kazimierz Sowa, umawia się z biznesmanem Mazgajem, byłym szefem BOR-u, generałem Janickim, oraz ministrem Grasiem w różnych sprawach, w tym dotyczących obsady najważniejszych spółek skarbu państwa, oraz skutecznego niszczenia opozycyjnych mediów. Politycy Platformy Obywatelskiej twierdzą oczywiście, że to nie oni chcą przykryć temat owych zbeszczeszczonych szczątków, lecz partyjana telewizja walczy o to, by świat nie dowiedział się o tym, że minister Sadurska ma objąc funkcję wiceprezesa PZU, ale my mamy swój rozum, no a w tej sytuacji jedyne co możemy zrobić, to zwrócić się do Pawła Grasia, by usciskał od nas Pana Przewodniczącego.

*

Donald Tusk wprawdzie nie zabrał jeszcze głosu w sprawie kubańskich cygar, jakie otrzymywał regularnie od prezesa Mazgaja, niemniej tak zwana „afera księdza Sowy” kwitnie i służy nam jako autentyczna inspiracja. Problem bowiem, gdy chodzi o księdza Sowę, nie polega najbardziej na tym, że ów świątobliwy mąż prowadził polityczno-biznesowe rozmowy w wymiarze zwykle określanym, jako gangsterski – w końcu nawet sam prezydent Lech Wałęsa miał swojego kapelana, księdza Cybulę – ale że w trakcie owych rozmów uzywał języka, jakiego podczas nabożeństw się nie spotyka. Wedle doniesień mediów, ksiądz Sowa robił wszystko, by się wtopić w tłum, a na mnie osobiście największe wrażenie zrobiła nastepująca wypowiedź: „Ty, a o kogo chodziło, co on mówił, że PSL-owcy nie wiedzieli, że mieli w zarządzie swojego człowieka, bo rozumiem, że on go odpierdolił, ale kogo Ty kogo kogo? [...] Chodziło o kogoś, kogo Włodek zdymisjonował, a on nie wiedział, że... PSL, on się okazał, jak go wyjebali. I nagle kurwa wiesz, przylatuje Bury i wszyscy kurwa… Nasz człowiek”. Ktoś powie, że to jest wszystko zbyt skomplikowane. Otóż nie, to jest proste, jak umysł owego księdza. Tam nie ma nic poza tą jedną myślą: „Kto, gdzie i za ile?”

*

Niech się nam jednak nie wydaje, że ksiądz Sowa to nie ksiądz tylko zwykły gangster. To jest wciąż jak najbardziej ksiądz. W wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” w ten sposób tłumaczy się ze swoich ścieżek: „Choćbyś nie wiem jak skrupulatnie kontrolował to, co robię i mówię, nie znajdziesz ani jednego momentu, w którym stojąc przy ołtarzu, zrobiłbym choć aluzję do tego, na kogo należy głosować”. Ja wprawdzie nie miałem nigdy okazji ani widzieć, ani też słyszeć, jak ksiądz Sowa jest księdzem, niemniej jestem pewien, że on nigdy podczas odprawiania Mszy Świętej nie ogłosił jako Dobrej Nowiny, że nasza przyszłość jest w rękach gangów. A przeciez mógł, czyż nie? I tak to mianowicie wygląda modelowy rozdział Kościoła od Państwa.

*

Skoro pojawił się temat państwa, rzućmy okiem i zobaczmy, co tam, panie, słychać w wielkim świecie. Otóż jak poinformował światową opinię publiczną adwokat odsiadującego wyrok masowego mordercy Andersa Breivika, Oeystein Storrvik, jego klient zmienił imię i nazwisko i widnieje obecnie w aktach stanu cywilnego jako Fjotolf Hansen. Co by nie mówić, jedno jest pewne. My oczywiście mamy swojego księdza Sowę, prezesa Mazgaja, generała Janickiego, a nawet Pawła Grasia, że nie wspomnę o powracającym ostatnio na łamy mediów tak zwanym „mordercy z Bytowa”, ktoś taki jednak jak ów Breivik… przepraszam, Hansen, że już nie wspomnę o Storrviku, czy Fjotolfie, by się tu w żaden sposób nie przyjął. Inna sprawa, że nie powiniśmy się zbytnio napawać swoją wyjątkowością, bo nie znamy dnia ani godziny, jak się okaże, że ksiądz Sowa zmienił nazwiko i dziś funkcjonuje wyłacznie jako, powiedzmy, Genowezy Kowalczyk. To wciąż wpradzie jeszcze nie norweski black metal, ale kierunek odpowiedni.

*

My tu sobie oczywiście żartujemy, ale to naprawdę nie jest zły pomysł z tą zmianą nazwisk. W końcu, zgodnie z życzeniem księdza arcybiskupa Jędraszewskiego, ksiądz Kazimierz będzie musiał wrócić z Warszawy do Krakowa, a więc diecezji, do której został przypisany i poświęcić się swojemu oryginalnemu zadaniu, czyli odprawianiu mszy i udzielaniu sakramentów, co jednak z resztą? Jak oni, nieboraczkowie, sobie poradzą w sytuacji, gdy wszystko wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło przynajmniej do czasu, jak na jego czele stoi prezes Kaczyński? W końcu nadejdzie ten moment, kiedy ich spotka los wspomnianego Breivika-Hansena i trzeba będzie się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Najłatwiej będzie miał Radek Sikorski. Ten, normalnie, przyjmie nazwisko żony – Applebaum. Radek Applebaum? To brzmi naprawdę interesująco.

*

Skoro już dzis praktycznie cały odcinek naszej zabawy poswięcony jest księżom, chciałbym zwrócić uwagę na coś, co się wydarzyło na Twitterze, a więc w miejscu gdzie nikt normalny już chyba nie zgląda. Otóż pewien szczerze zaangażowany w głoszenie światu Słowa Bożego ksiądz Janusz Chyła, komentując sprawę skiędza Sowy, postanowił ogranąć swoją miłością wszystkich księży i napisał co nastepuje: „Krytykujcie o. Rydzyka, x Sowę, Jacka Międlara, ojca Kramera i innych. Robimy mądre i głupie rzeczy. Ale ważne, abyście się za nas modlili”. Na to, omen omen, wywołany do tablicy, odezwał się znany nam skądinąd ojciec jezuita Grzegorz Kramer z nastepującym apelem: „Proszę mnie wyłączyć z tej wyliczanki. Nie życzę sobie tego”. Głupio to mówić, ale wygląda na to, że już niedługo przyjdzie moment, kiedy to ojciec Kramer nie będzie miał innego wyjścia jak zmienić nazwisko. Osobiście proponuję: Maliniak. Imię obojętne, może być nawet Dennis.

*

Czytelnicy „Polski Nepodległej” mogą się w tym momencie poczuć mocno niedowartościowani. W końcu sam minister Graś to zdecydowanie zbyt mało, by zaspokoić nasze polityczne emocje, a wciąż gadać o księżach jakoś niezręcznie. Specjalnie więc w celu zaspokojenia owych potrzeb, chiałbym wrócić do prostej, chamskiej polityki. Oto, proszę sobie wyobrazić, że prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz, podjęła decyzję, by, skoro państwo zdecydowało się zaprzestać finansowania zabiegów in vitro, opiekę nad owym procederem przejął budżet miasta. Pomysł prezydent Waltz formalnie zrealizowała Rada Miasta, no i dziś mamy taką sytuację, że najpewniej decyzję Rady Warszawy uchyli wojewoda, sprawa trafi do sądu i efekt będzie taki, że prezydent Hanna Gronkiewicz – Waltz będzie zmuszona zmienić nazwisko. Hannah Breivik byłoby jak się zdaje, jak najbardziej odpowiednie. A co szkodzi? Zdaje się, że ostatnio się zwolniło.

*

I oto na sam już koniec, zupełnie niespodziewanie, pojawiła się wiadomość absolutnie wyrzucająca w kosmos wszystkie dotychczasowe. Jak się okazuje, już w lipcu z oficjalną wizytą pojawi się w Polsce prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, co wielu z nas myśli sobie o prezydencie Trumpie, nie zmienia to jednak faktu, że już w lipcu do Polski, w ramach swojego prezydenckiego debiutu na arenie międzynarodowej, przybędzie prezydent Stanów Zjednoczonych. Dlaczego Donald Trump uznał, że to właśnie Polska powinna stanowić jeden z przystanków w jego inauguracyjnej podróży po świecie, pozostaje kwestią spekulacji, faktem jest jednak, że on wybrał Polskę i jest to niewątpliwie wielki sukces polskiej polityki, zarówno zagranicznej, jak i wewnętrznej. Opozycja już przygotowuje odpowiednią narrację. Oto pierwsza propozycja: „Trump spotka się z Dudą. Trafi swój na swego”. Oczywiście. Trafiła Polska na Amerykę. Co za wstyd! A pomyśleć, że mogliśmy wybrać inną drogę i dziś cieszyć się przyjaźnią premiera Luksemburga i jego męża.


Jak to robie każdego dnia, tak i dziś zachęcam gorąco każdego do odwiedzania naszej ksiągarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Naprawdę warto. Zawsze.




poniedziałek, 19 czerwca 2017

Europa - reaktywacja

Premier Szydło wygłosiła swoje, dziś już historyczne, przemówienie odnośnie pamięci i wynikającego z niej obowiązku, jaki rządzący mają wobec swoich obywateli, ogólnie rozumiana Europa ustami jednego ze swoich urzędników zabrała natychmiast w tej sprawie głos, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że przeciwko Polsce rozpętała się prawdziwa akcja defamacyjna, a nam tu nie pozostaje nic innego, jak konsekwentnie, z dumnie podniesioną głową, głosić zwycięstwo życia nad śmiercią. Uważam, że jest to bardzo dobry moment, by przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2009, bardzo adekwatnie zatytułowany „Europa”.

Dla każdego z nas, kto żyje wystarczająco długo i z w miarę otwartym sercem, jest jasne, że grzebanie w języku i w znaczeniach, może postawić wiele spraw na głowie, a jeśli komuś szczególnie zależy na tym, żeby wszystko stało na głowie, to warto i o to czasem powalczyć. Najwybitniejsi specjaliści z Ministerstwa Kłamstwa i Propagandy (znanego inaczej pod nazwą Ministerstwa Prawdy i Edukacji) doskonale wiedzieli, że kontrolując przeszłość, kontrolują przyszłość, ale – być może nawet i lepiej – że kontrolując język, kontrolują człowieka.
Jeśli mamy wystarczająco dużo lat, by pamiętać czasy, które nam było przeżyć pod komunistycznym butem, doskonale wiemy, jak słowo potrafiło stać się ciałem. I wcale tu nie szydzę. Jestem jak najbardziej poważny, ponieważ nigdy nie miałem wątpliwości, że to co nam tu wprowadzono, to była prawdziwa religia, z prawdziwymi rytuałami, prawdziwymi mszami, w czasie których modlono się do autentycznego Dzieciątka, tyle że o nazwisku Lenin. Ci co pamiętają to zdjęcie, to je pamiętają. Oni tak to sobie właśnie zaplanowali. Dać nam coś w zamian. I jeśli dzisiaj głupi ludzie śmieją się z kościelnych rytuałów, tych pieśni, tych szat, to ani im do głowy nie przychodzi, że padli ofiarą najbardziej perfidnego kłamstwa. I że jeśli któregoś dnia będą kpić z Pierwszej Komunii, że to zupełnie jak pasowanie na młodzika, to są jeszcze tacy, którzy będą z nich autentycznie dumni.
Bo jest właśnie tak, że – czasem w większym, czasem w mniejszym stopniu – najbardziej liczą się słowa i znaczenia, jakie im nadamy. Proszę zwrócić uwagę, że najczęściej z manipulacją tego typu mamy do czynienia na poziomie ideologii, albo tego, co się ideologią stało. Od czasu jak ideologią stał się seks i generalnie robienie sobie dobrze, możemy zapomnieć o używaniu – we wszystkich językach świata – w tradycyjnym znaczeniu, słów takich jak gumka, impreza, trawa czy seks właśnie. A słowo miłość? Czy ono przypadkiem nie otrzymało nowego sensu? Jeśli któraś z moich czytelniczek myśli, że mi się pomieszało we łbie, niech spróbuje zwrócić się do swojego kolegi w pracy z pytaniem „czy masz gumkę?” Niedowiary! Tak jakby ktoś bardzo sprytny doszedł do wniosku, że wystarczą zaklęcia, a wszystko nabierze odpowiedniego kształtu.
Swój poprzedni wpis postanowiłem poświęcić tak zwanej Europie i tak zwanemu buractwu. Czyli w gruncie rzeczy jednemu słowu i jednemu znaczeniu. Pamiętam jak jeszcze wiele, wiele lat temu, mój wciąż dobry kolega opowiadał mi, że wracał pociągiem z Niemiec i w przedziale siedziała jedna pani, która relacjonowała swojemu towarzyszowi wrażenia z pobytu w wielkim świecie i w pewnym momencie krzyknęła: „A tych taksówek to tam tyle, że aż strach wyjść na szosę!” Pamiętam, że bardzośmy się wszyscy śmiali z tej pani, ale – z perspektywy lat – jeśli się dobrze zastanowić, to zobaczymy, że, jakkolwiek jej zachwyt nie był komiczny, ona przynajmniej nazywała rzeczy po imieniu. Ona zwyczajnie opisała stan faktyczny. Stwierdziła fakt – że w Niemczech jest bardzo dużo samochodów, i że dla kogoś nieprzyzwyczajonego, nie jest łatwo się w tym zgiełku poruszać. Jakkolwiek jednak byśmy byli rozbawieni zachwytem tej pani, jedno jej przyznać trzeba. Nie wrzasnęła: „Ależ tam jest Europa!”
Z punktu widzenia dzisiejszych czasów i emocji, jakie nam przyszło odczuwać, ta pani zachowała się jednak jak burak na widok tzw. cywilizacji. Dla niej ulica była szosą, a samochody taksówkami i wszystko działo się bardzo szybko. Ale ja bym bardzo chciał podkreślić raz jeszcze. Ona przynajmniej nie uznała, że własnie miała kontakt z Europą. A nawet, jeśli gdzieś w głębi swojej świadomości czuła, że była w Europie, to z pewnością słowo Europa rozpoznała w jego dosłownym, zgodnym z prawdą, znaczeniu. A nie zrobiła tego, co niestety robi notorycznie, dzień w dzień, aż do tak zwanego „porzygania” wielu z nas.
Pierwszy raz wyjechałem za granicę bardzo późno, kiedy już miałem 25 lat. I tak nie najgorzej. Wiele lat później, kiedy pracowałem w szkole, miałem kolegę polonistę, który – nawet dziś, w czasach, które nie dają człowiekowi za dużo szans – wyjechał służbowo do Francji i w ten sposób zainicjował swój kontakt ze światem. Jeśli przypadkiem to czyta – a nie jest to wykluczone – to go bardzo pozdrawiam. On wie. Więc wyjechałem do tego Frankfurtu (prawdziwego) i najpierw poczułem zapach, którego nigdy wcześniej nie czułem i nigdy nie zapomnę. Dziś wiem, że to był zapach towarów w sklepach. Ci którzy są zbyt młodzi, żeby wiedzieć, mogą nie uświadamiać sobie tego faktu – sklepy pachną. Więc poczułem najpierw zapach, a następnie zauważyłem, że ludzie są mili. Że sprzedawczynie w sklepach odzywają się do klientów śpiewnym tonem, Że na ulicach nie widać pijaków i tzw. hołoty. No i oczywiście te „taksówki”. Spodobała mi się Europa. Do tego stopnia mi się spodobała, ze w pewnym momencie postanowiłem się tam przenieść, ale dzięki Bogu (!!!) Jaruzelski wprowadził stan wojenny i jestem tu gdzie jestem.
Europa mi się spodobała, choć – muszę przyznać – nie potrafiłem ani na moment wyzbyć się pewnego napięcia. Na przykład bardzo byłem rozczarowany, że kiedy poszedłem do kina na film „Easy Rider”, który w Polsce z jakiegoś powodu był niedostępny, wszyscy na sali palili papierosy i gadali, a film oczywiście był zdubbingowany. Uznałem wówczas, że w Polsce podoba mi się lepiej. Nie podobało mi się też, że ludzie – owszem – byli bardzo sympatyczni, ale nie mogłem ani na chwilę przestać myśleć, że oni są jak automaty. Tutaj też Polska podobała mi się bardziej. Pamiętam, kiedy pewien kolega pokazał mi pewnego studenta medycyny, który z przepracowania najzwyczajniej w świecie stracił zmysły. Bo medycyna w takim świecie to nie byle co. Ale i tak mi się podobało. Bo to była Europa, a nie ruskie chamstwo.
Ponownie wyjechałem do Europy po 15 latach, do Anglii i do Walii. Było cudownie. Ale już – tym razem – do głowy mi nie przyszło, że chciałbym tam żyć. A przynajmniej nie tak do końca na poważnie. Później zdarzyło mi się być w Anglii parę razy, raz we Francji, i zawsze byłem zachwycony. Nie zmienia to faktu, że z pięknego Avignonu pamiętam głównie te bandę młodych Arabów, drących mordy w samym środku tego cudownego miasta, wściekłych, pełnych nienawiści. I pamiętam, jak patrzyłem na nich i nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że los rzuca człowieka w takie miejsce, a ten odwraca się do tego losu plecami.
Dziś bardzo tęsknię za południem Francji, za Londynem, a nawet może i za tym Frankfurtem, a jednocześnie czytam na TVN-owskim pasku, że w Berlinie spalono kilkanaście eleganckich samochodów, a we Francji kilkadziesiąt. A oprócz tego oczywiście przyswajam wszelkie inne wiadomości. Wczoraj, pewien komentator, nie do końca chyba zrozumiawszy mój ‘anty-europejski’ wpis, przypomniał mi, że wielka Hiszpania zeszła do piekła. Ja to wszystko wiem. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co z tą naszą Europą zrobiła ta banda, ten obślizgły gang barbarzyńców. Ja świetnie zdaję sobie sprawę, co tam się wyprawia. Ale jednocześnie wiem, że w momencie, jak przekroczymy naszą zachodnią granicę, pierwsze co spotkamy to przemili, grzeczni ludzi.
Syn mój spędził ponad miesiąc w Hiszpanii tego lata. Chciał znaleźć jakąś pracę. Byliśmy pewni, że nie będzie z tym najmniejszego kłopotu. On, według wszelkich, powszechnie obowiązujących standardów, wygląda bardzo dobrze. Jest mądry, grzeczny, wykształcony, no i zna świetnie hiszpański. Niestety, Hiszpania przeżywa ciężki kryzys i tam gdzie on akurat był, bezrobocie sięga ponad 20%. Gdy idzie o Hiszpanię, wiemy – jak już wspomniałem – coś znacznie więcej. To jest piekło. Mimo to, syn tęskni za Hiszpanią dzień w dzień. On tęskni za tymi ludźmi, za tą Europą. Za tym kosciołem, z tym niezwykłym księdzem. Za tą prawdziwą Europą, która – mimo wszystko – wciąż jakoś sobie radzi.
I teraz trzeba nam wrócić do języka i do tego kłamstwa. Otóż ja wiem, co to jest Europa. Ja wiem co to jest europejskość i co to jest dzicz. Jeśli dziś, po tych wszystkich latach moich doświadczeń, moich nadziei i moich zawodów, muszę słuchać z ust ludzi zakłamanych, fałszywych i złych jakieś niestworzone bzdury na temat Europy i buractwa, to ja bardzo dziękuję. Ja doskonale się orientuję, co jest wielkie w Europie i dlaczego należy do tej Europy niestrudzenie zmierzać. Ja doskonale wiem, jak nam bardzo ta Europa jest potrzebna. Ale ja też doskonale zdaję sobie sprawę z tego, do czego tę piękną Europę doprowadzili zwykli tandeciarze, najzwyklejsza sowiecka hołota. Jeśli ja dziś słyszę w mojej ulubionej telewizji o brytyjskich nożownikach, o tych rozbitych rodzinach, o tej wiecznie dostępnej aborcji, o tych bandach faszystów i zwykłych debili niszczących swoje piękne miasta, to ja doskonale wiem, co się w mojej Europie wyprawia. Jeśli ja dzień w dzień muszę słuchać, jak ta banda kretynów próbuje mnie naciągnąć na najbardziej tandetny numerek, to ja proszę, żeby mnie z tego wyłączyć. Bo ja wiem, czym jest Europa. I wiem, że to, co mi proponujecie, to nie jest żadna Europa. To zwykła ruska gra w trzy karty.
Na koniec, chciałbym – jeszcze raz – zwrócić uwagę na to towarzystwo, z którym mamy do czynienia. Oto ludzie, którzy nie mogą nam dać spokoju nawet na chwilę z tą swoją niby-Europą. Od rana do nocy, zawracają nam głowę, swoimi głupkowatymi uwagami na temat tego co europejskie, a co zaściankowe. No ale niech będzie. Może faktycznie im chodzi o Europę autentyczną, o Europę piękną, Europę szlachetną? Tyle że to akurat nie jest prawda. Wystarczy im się przyjrzeć. Wystarczy popatrzeć, jak się zachowują, posłuchać co mówią. Pozwolę sobie znów pokazać na nich palcem: Donald Tusk z tą swoja gumą do żucia i w piłkarskich gatkach, Kazimierz Kutz z tymi swoimi przekleństwami, ten Piotr Najsztub, czy Waldemar Kuczyński, którzy nie wiadomo, czy aż się nie umyli, czy zaledwie zapomnieli zmienić ubranie. A przecież mogę tak wymieniać jeszcze przez pół strony. Oni, kiedy nas ciągną do tej swojej ‘Europy’, mają na mysli coś bardzo szczególnego. Oni, uznawszy, że Wielki Sowiet zdechł, obstawili coś, co im akurat wydało się interesujące. Ta banda ruskich chamów nie ma na uwadze Europy naszych marzeń. Im chodzi o cos dokładnie przeciwnego.
Oni są jak ci bohaterowie sondy najnowszego „Wprostu”, kompletnie obojętne, bezmyślne, ogłupione dzieci, spędzające swoje życie między siłownią a lekcjami angielskiego, a na wakacje wyjażdzający wyłącznie do "Europy Zachodniej", o których „Wprost” spekuluje, że to oni są naszą przyszłością.
Otóż nie. Przyszłośc nie będzie taka. Bo ten 'europejski' wypadek, to był w rzeczywistości tylko epizod. I teraz wreszcie przychodzi czas na to, żeby dać świadectwo. Żeby pokazać, że się nie daliśmy nabrać na ten nowy język. Żeby pokazać, a przede wszystkim powiedzieć, że w tej sytuacji, przy tych akurat propozycjach, przy tym poziomie kłamstwa, my pozostaniemy wierni sobie. My postanawiamy zostać burakami.

Przypominam, że moje książki sa do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie.