Nie wiem, czy wszyscy wciąż to jeszcze pamiętają, a więc dla pewności przypomnę. Otóż jakiś czas temu, na „Nowym Ekranie” pojawił się poseł Artur Zawisza i zaczął blogować. Nie wiem, czy ten jego blog jest wciąż aktywny, czy może w międzyczasie interesy skierowały Zawiszę do innych zadań, w każdym razie owo wejście było niezwykle spektakularne. Mówiąc „spektakularne”, absolutnie nie mam na myśli treści owego pierwszego wpisu, bo ta akurat ograniczała się do jednego wyłącznie zdania: „Do boju!” Spektakularny natomiast był styl tego wezwania. Artur Zawisza, stawiając się na „Nowym Ekranie”, wygłosił fantastycznie pustą orację, która, gdyby ktoś chciał ogłosić konkurs na parodię mowy patriotycznej – tekst Zawiszy wygrałby tę konkurencję w cuglach. We wspomnianym tekście nie było jednego zdania, które możnaby uznać za poważne i refleksyjne. To był wyłącznie jakiś przerażający bełkot, połączony z cytatami z mistrzów polskiej literatury historycznej. A więc mieliśmy tam wszystko: sztandary z wyszywanymi orłami, białe szaty polskich świętych, czerwoną krew męczenników… no i na tym tle samego Czarnego Zawiszę.
Sam tekst i przyjęcie z jakim się spotkał Zawisza boleśnie mnie zaszokowały. Wydawałoby się, że każdy w miarę przytomny obywatel, spotykając na swojej drodze kogoś takiego jak Artur Zawisza, powinien wykazać minimum dystansu i przynajmniej dać mu się wypowiedzieć na poziomie konkretów, a nie jakiejś najtańszej retoryki spod latarni, i że ktoś taki jak Artur Zawisza powinien się naprawdę znacznie bardziej napracować, by zdobyć sobie serca polskich patriotów, niż przyjść pod ich okno i pomachać kawałkiem szmaty z jakimś nabazgranym ptaszydłem. Tymczasem, przynajmniej w pierwszym momencie, zdecydowana większość komentarzy pod notką Zawiszy zaczynała się od słów: „Szanowny Pani Pośle”, a kończyła tradycyjnym zawołaniem „Z Bogiem, ku chwale Ojczyzny, Panie Pośle!” Może zresztą było trochę inaczej, niemniej zapewniam, że kierunek opisałem bardzo dokładnie.
W reakcji na tę manifestację najbardziej żałosnego szaleństwa, napisałem na tym blogu bardzo smutny tekst, w którym wyraziłem opinię, że polski ruch, jak go niektórzy nazywają, konserwatywno-patriotyczny, składa się z osob tak niemiłosiernie naiwnych, by nie powiedzieć głupich, że każdy najbardziej prymitywny prowokator jest w stanie – jeśli tylko znajdzie w sobie odrobinę chęci i świadomości celu – zniszczyć go w ułamku chwili. Że przeciętny polski patriota jest tak spragniony, nawet nie czasów, kiedy Ojczyzna będzie wolna i boża, lecz sytuacji, kiedy ktoś do niego podejdzie, pogłaszcze go po plecach i powie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Bracie”, że nawet jeśli ten ktoś będzie zwykłym szubrawcem spod ciemnej gwiazdy, ten przygarnie go do swej piersi, jak z dawna wyczekiwanego gościa. A może nawet tym bardziej, jeśli ów Polak okaże się Polakiem nawróconym – Polakiem, który dotychczas trzymał z Niemcami i Rosją i nagle doznał olśnienia. W końcu cuda nawrócenia były zawsze w cenie. Napisałem tamten tekst, by przestrzec wszystkich, którym ta przestroga może się przydać, że jeśli się nie opamiętają i nie pójdą po rozum do głowy, wystarczy jedna krótka akcja, by polska prawica, polski Kościół, polski patriotyzm, Polska – zostały wystawione na pośmiewisko, a następnie, ku radości tłumów, zdewastowane. Napisałem… i tyle wszystkiego.
Wczoraj cały Kraj obiegła wieść, że któryś z wojskowych prokuratorów usiłował popełnić samobójstwo, ale przeżył i jest w szpitalu. I mimo że dokładnie wszystko co stanowiło treść i oprawę tego wydarzenia – i to niemal od samego początku – przynosiło znacznie więcej wątpliwości, niż odpowiedzi, obywatele zawrzeli. Mimo, że każda kolejna wątpliwość i każda kolejna próba odpowiedzi coraz mocniej wskazywała na to, że jedyne co każdy szanujący się komentator powinien zrobić, to zająć się czymkolwiek innym, choćby i sprzątaniem w łazience, byle nie tą sprawą, bo raz że z niej dokładnie nic nie wiemy, a poza tym widać cudownie wyraźnie, jak bardzo cała atmosfera jest nakręcana przez tych, którzy wiedzą, obywatele rzucili się do komentowania. Jak idzie o opinie tak zwanych „naszych”, okazało się nagle, że ten niby-samobójca jest też oczywiście i jak najbardziej „nasz”. Bardzo tu charakterystyczny okazał się wpis naszego kolegi Roleksa w Salonie24. Otóż Rolex, jak tylko dowiedział się, że nasz prokurator postanowił popełnić spektakularne samobójstwo, i to samobójstwo oczywiście jak najbardziej honorowe, natychmiast wygłosił mowę, w której zasugerował, że ów desperacki krok tego dzielnego oficera stanowił reakcję na naciski ze strony Prokuratora Generalnego – ruskiego kacyka i zdrajcy – i protest przeciwko próbom fałszowania prawdy o smoleńskiej katastrofie. Jeśli się weźmie pod uwagę naszą polityczno-medialną rzeczywistość i wszystkie okoliczności, jakie towarzyszyły temu szczególnemu zdarzeniu, idiotyzm jaki niosła ze sobą refleksja Roleksa był, owszem, potężny, jednak wciąż nie tak potężny, jak słowa, którymi zakończył on swój tekst. Pozwolę sobie je tu zacytować.
„Dzisiaj usłyszeliśmy drugi głos, chyba nawet mocniejszy. Huk strzału samobójczego człowieka, który nie potrafił znieść sytuacji, w której się znalazł, świadczy, że wbrew intencjom większości sprawy się nie da zamieść pod dywan, a komentując ziemkiewiczową tezę o ‘życiu z dziurą w potylicy’ dodam jedynie, że jest nieprawdziwa w tym sensie, że nie da się żyć z dziurą w potylicy – konieczna jest natychmiastowa reanimacja. Panu prokuratorowi Mikołajowi Przybyłowi życzę powrotu do zdrowia, Jego Rodzinę mogę tylko zapewnić o duchowym wsparciu”.
Proszę zwrócić uwagę co ten człowiek wyprawia. Dowiaduje się, że jeden z najbardziej eksponowanych członków rządzącej Polską sitwy próbuje się zastrzelić, wszystko co o tym wydarzeniu wie, wie z doniesień oficjalnych mediów, a i to niemal kompletnie ukryte w idealnie bezrozumnym jazgocie, i natychmiast uznaje, że ten Przybył to z pewnością nasz człowiek. Nasz człowiek, nasz bohater i nasz męczennik! Skąd mu to przyszło do głowy? No, jak to, skąd? Przecież tylko prawdziwy polski patriota mógłby się porwać na taki krok. I proszę spojrzeć na ostatnie zdanie: „Panu prokuratorowi Mikołajowi Przybyłowi życzę powrotu do zdrowia, Jego Rodzinę mogę tylko zapewnić o duchowym wsparciu”. Przecież to już jest jakiś obłęd! Jeszcze brakuje na samym końcu okrzyku: „Niech Matka Boża będzie z Panem, Pułkowniku!”
Jest w tym wszystkim niestety jeszcze jedna rzecz – kto wie, czy nawet nie jeszcze bardziej przykra. Otóż oczywiście, jak się zresztą należało spodziewać, Rolex już po chwili zorientował się, że się skompromitował. I oczywiście, ja bym mu to wszystko nawet darował, gdyby on powiedział, że no tak, trochę wstyd, ale człowiek ostatnio już ma taki bigos w głowie, że sam nie wie, co jest prawdą, a co manipulacją. Tymczasem nic podobnego. Rolex to prawdziwy mistrz. Owszem, jak się okazuje, teza o tak zwanej „zmowie milczenia”, istotnie wygląda na przedwczesną, natomiast nie oznacza to wcale, że Rolex ma się wycofać ze swoich słów o „duchowym wsparciu”. Teraz one nawet są jeszcze bardziej aktualne, no bo jeśli ten Przybył to jednak kanalia, to przecież „Jego Rodzina” tym bardziej będzie go potrzebować!
Ja nie żartuję. To jest Rolex. Tak właśnie się walczy na pewnym szczególnym poziomie.
A ja sobie myślę, że to jest całe nasze szczęście, że ta banda gangsterów ma najwyraźniej jakieś swoje pilne sprawy, bo gdyby akurat mieli wakacje i im się nudziło, mogliby pięknie się zabawić nie tylko kosztem Roleksa, ale wielu innych jeszcze nas prawdziwie wrażliwych i czujnych Polaków. Mogę tylko sobie wyobrazić, jakie by to było zabawnie, gdyby oni tego Przybyla dla żartu wydelegowali do nas jako nawróconego patriotę, żeby sobie trochę poużywał na naszych emocjach i kompleksach. Już widzę te wywiady na Nowym Ekranie, te teksty na blogach, te artykuły w Gazecie Polskiej o tym, jak to pułkownik Przybył chciał nam powiedzieć, co to się tak naprawdę wydarzyło pamiętnej kwietniowej soboty, ale mu Seremet i Tusk nie dali. A kto wie, czy i nie Macierewicz. Na szczęście to nas już nie spotka. Widać, że tam się wszystko aż kotłuje i państwo sa bardzo zajęci. Co się dzieje? Nie mam pojęcia, ale że się dzieje – nie mam wątpliwości. W każdym razie na żarty oni już czasu nie mają.
Jest w tym jeszcze jednak pewna rzecz pocieszająca. Mniej więcej w tym samym czasie kiedy Rolex opublikował swoje idiotyzmy na swoim blogu, po drugiej stronie tego płotu zabrała głos pani Rudecka. I ona też utuliła do swego serca pułkownika Przybyła. Ona też uznała, że dzieją się rzeczy ważne i dobre. Nieco inne jednak już było ich wyjaśnienie. Otóż Przybył, owszem, był naciskany przez Seremeta, nominata Lecha Kaczyńskiego – tu wszystko jak u Roleksa – tyle że Seremet to oczywiście pisowbolszewicki agent, który, wiedząc, że Wojskowa Prokuratura jest już bliska postawienia zarzutów Jarosławowi Kaczyńskiemu o sprokurowanie katastrofy w Smoleńsku, postanowił zniszczyć dwóch uczciwych prokuratorów – Przybyła i Parulskiego. No i Przybył – oczywiście człowiek honoru – w tej sytuacji uznał, że niech go lepiej spotka śmierć, zamiast hańby.
Ktoś powie, że, zgoda, początek i koniec u Roleksa i Rudeckiej jest podobny, natomiast nia da się ukryć, że jak idzie o środek, to ona jest głupsza. A ja powiem tylko, że może i tak. Może i ona jest faktycznie durniejsza, a Rolex mądrzejszy. Tylko co z tego, skoro, cokolwiek by o niej nie powiedzieć, przyjaciół i wrogów rozpoznaje idealnie? W odróżnieniu od nas. A to boli.
Szczerze polecam kupowanie książki o liściu, z felietonami z tego bloga, jeszcze z czasów przed-smoleńskich, która od niedawna jest też dostępna w księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach na ulicy 3-Maja. No i proszę też o zasilanie tego bloga wpłatami na podany obok numer konta. Dziękuję.