poniedziałek, 28 grudnia 2009

Liberte! - czyli wolność, która weszła w szkodę

Święta Bożego Narodzenia minęły, jak co roku, bez ekscesów. Mówiąc ‘ekscesy’, mam na myśli wszelkie zachowania prokurowane przez przeróżnej maści bezbożników, a polegające na propagowaniu wizji Świąt jako festiwalu kolorowych świateł i miłości rozumianej jako tzw. ‘pozytywne wibracje’. Wprawdzie, jak się domyślam, grupy młodych idiotów z flaszkami, zgodnie z zapowiedzią, pojawiły się pod wybranymi kościołami w czasie Pasterki, no i – co już akurat wszyscy wiemy na pewno – Premier pożyczył swoim fanom skutecznego schlania się bez kaca. Ale przynajmniej nikt nie zrzucał krzyży z kościołów i nie atakował tych stojących przy drogach, nie walił kamieniami w okna zza których płynęły dźwięki kolęd, i nikt też nie ogłosił oficjalnie w telewizji, że religia to żenada. A zatem, póki co, tym wszystkim, którzy w ostatnich tygodniach w wyroku Trybunału Konstytucyjnego w Strasburgu dojrzeli jakąś szansę dla swoich obsesji, i uczepili się jej jak pijany płotu, pozostaje już tylko czekać końca grudnia na coroczne, klasycznie pogańskie, obchody Nadejścia Nowego Roku, i najpierw się odpowiednio nawalić, później puścić chińską petardę z balkonu lub z ogrodu, zagryźć wszystko surową japońską rybą i pójść spać.
Od zeszłego wpisu używam z wielką satysfakcją słowa ‘bezbożnik’ i za to należą się ode mnie szczególne podziękowania człowiekowi o nazwisku Hartman. Jakby ktoś nie wiedział, o kim mowa, to może od razu zacytuję wikipedię:

Jan Hartman(ur. 18 marca 1967 we Wrocławiu – profesor filozofii, wydawca i publicysta, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki wCollegium Medicum na Uniwersytecie Jagiellońskim […]. Zajmuje się metafilozofią (heurystyka filozoficzna, autorski projekt teorii neutrum), filozofią polityki, etyką i bioetyką. W filozofii przyjmuje stanowisko umiarkowanie sceptyczne […] W 1990 ukończył studia filozoficzne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W latach 1990–1994 był doktorantem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1994 rozpoczął pracę jako asystent Instytutu Filozofii UJ, od lutego 1995 asystent, a od października 1995 adiunkt Zakładu Filozofii MedycynyCollegium Medicum UJ (obecnie: Zakład Filozofii i Bioetyki), od 2004 – kierownik tego zakładu.
Doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1995 (promotor: prof. Władysław Stróżewski), habilitował tamże w 2001. Tytuł profesora uzyskał w 2008, po czym został mianowany na stanowisko profesora UJ. W latach 2005–2008 był profesorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Wiceprezes Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Akademickiego od 2002.
Autor dziewięciu książek oraz ok. 200 artykułów filozoficznych i publicystycznych (m.in. wGazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Dzienniku, Rzeczpospolitej, a zwłaszcza wPrzeglądzie Politycznym). W 1989 założył czasopismo filozoficznePrincipia, które od 1992 wydawane jest na UJ.
Od 2003 jest członkiem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN. Jest też członkiem-założycielem B'nai B'rith Polska, reaktywowanego w 2007. Od 2009 jest członkiem Zespołu ds. Etyki w Nauce przy Ministrze Nauki i Szkolnictwa Wyższego.


Skąd wiem o tym Hartmanie? Pierwszy raz na niego wpadłem w TVN24, czyli w telewizji którą oglądam. Trzeba było dyskutować o aborcji, czy eutanazji – nie pamiętam, ale w każdym razie o kulturze zabijania niewinnych – i wyciągnięto nagle tego Hartmana, żeby reprezentował stanowisko zabójców. Ów Hartman swoje zadanie wykonał z takim wdziękiem, że go zapamiętałem. Od tego czasu, TVN zaprasza go już regularnie, chyba na takiej zasadzie, że po co szukać nowych, skoro się ma po prostu dobrych. A więc łączą się oni niekiedy z tym mędrcem, który później na tle Kościoła Mariackiego, opowiada albo że prawo do życia powinni mieć ci tylko, którzy potrafią o nie skutecznie zawalczyć, albo że wolno wszystko byle nie ruszać Żydów, albo że Boga nie ma, albo coś równie mądrego. Ostatnio jednak, jakby tego było mało, dowiedziałem się jeszcze czegoś o tym dziwnym człeku. Konkretnie mam na myśli dwie rzeczy. Jedna to taka, że dla Tygodnika Powszechnego (a jakże!) napisał on tekst publicystyczny, za który magazyn Pressnastępnie dał mu swoją nagrodę, a druga, że Hartman mianowicie to mój kumpel bloger.
Czemu więc ja się zajmuję Hartmanem? Przecież ani dla tych wszystkich pustych informacji zamieszczonych w biogramie w wikipedii, ani tym bardziej z powodu tego, co on wygaduje w telewizji. W końcu, jak pokazuje doświadczenie, zostać zwykłym półinteligentem można nawet bez tytułu profesorskiego, a głosić publicznie że skoro Boga nie ma, to wolno robić co się komu podoba, potrafi nawet ktoś na poziomie posłanki Senyszyn. Więc tu akurat Hartman zdecydowanie nie ma co podskakiwać. Tym bardziej, nie ma się on co puszyć przez to co napisał dla Tygodnika http://tygodnik.onet.pl/1,30789,druk.html. Fakt jest bowiem taki, że najważniejszy tekst publicystyczny roku 2009 stanowi półstronicowy koncept, od którego merytorycznie ciekawsza z całą pewnością byłaby już maturalna refleksja przeciętnego wrocławskiego licealisty, a formalnie – choćby każdy z tekstów, które powstały dotychczas na tym blogu. Tak przy okazji, nie mogę się powstrzymać przed wyznaniem, że gdybym był jakimś ważnym i ustosunkowanym Żydem, to po tym tekście w Tygodniku Powszechnym, zwróciłbym się do Hartmana, żeby jednak się albo powstrzymał przed dalszym kompromitowaniem swojego narodu jako dziennikarz i lepiej już dalej pracował nad teorią neutrum, albo – skoro być może nie umie się opanować – żeby zanim napisze następny tekst publicystyczny, trochę popraktykował w Salonie24.
I w ten sposób mogę przejść do kwestii wspomnianego już ‘bezbożnika’ i kariery Hartmana nie jako naukowca, nie jako publicysty, lecz do bezpośredniej przyczyny, dla której dziś jest akurat o nim, a więc do Hartmana jako blogera. Ale nie tylko blogera. Również Hartmana jako części projektu, który występuje w Internecie jako Liberté! Otóż zabierając głos w sprawie krzyży w jednym z wrocławskich liceów, Hartman – zarówno jako bloger, jak i przedstawiciel owego Liberte! – bardzo się zdenerwował, że w języku polskim słowo ‘bezbożnik’ oznacza nie tylko – literalnie – kogoś kto żyje z dala od Boga, ale również osobę „złą i pozbawioną sumienia”. I to właśnie owo spostrzeżenie sprawiło, że odkryłem dla siebie i samego Hartmana i to jego środowisko, o którym przy innej okazji można by wiele, ale dziś, zanim im powiem, by sobie w spokoju gnili beze mnie, zaledwie parę słow.
Już sama nazwa jaką Hartman kolegami wybrali dla swojej działalności, mówi o nich wystarczająco wiele. Bardziej precyzyjnie jednak wszystko na temat tego, czym oni się zajmują i co im tam chodzi po ich śmiesznych głowach, jest wyłożone w dziewięciu punktach na internetowej stronie tego projektu. Cele są normalne, czyli coś co Szwejk nazwałby bałwanieniem do kwadratu. A więc „krytyczna refleksja nad rzeczywistością, sceptycyzm wobec wszelkich ideologii, dystans i ironia, także do samych siebie; wolność jako nadrzędna zasada polityki, wolność jednostki wobec drugiego człowieka, wobec społeczeństwa i wobec państwa; antypopulizm, rozumiany jako merytoryczne, pozbawione demagogii podejście do spraw publicznych”. Nic szczególnego. Mnie osobiście najbardziej jednak spodobało się kilkakrotne zapewnienie, że oni są bardzo otwarci na wszelką rozmowę. Ten fragment jest szczególnie dowcipny choćby z tego względu, że o ile udało mi się dotychczas poznać otwartość na rozmowę dwóch z członków tego Liberte!, a więc Hartmana i Sadurskiego, to wiem, że zarówno oni sami, jak i cała reszta tego towarzystwa, zaczynając od Henryki Bochniarz, a kończąc na Tadeuszu Syryjczyku, kiedy już wreszcie zdecydują się ze mną pogadać merytorycznie, to prędzej przy pomocy gilotyny, niż zwykłych, ludzkich słów. A więc jak najbardziej zgodnie z ich tradycją.
Tacy oni bowiem są. Historia ludzkości, przynajmniej od czasów Rewolucji Francuskiej, od czasu do czasu obejmowała i takie przypadki. Jak komuś zależy, zapraszam tutaj. Warto choćby właśnie dla tych nazwisk http://liberte.pl/.
Najgorsze w tym wszystkim jednak nawet nie jest to, że ludzie tacy jak Hartman istnieją publicznie, ale że postanowili się uaktywnić akurat tu, w Polsce. Przypominają mi w tym trochę te grupy Mormonów, którzy łażą po naszych ulicach i tłumaczą ludziom, że powinni być pobożni, tyle że inaczej niż mają na to ochotę. Zawsze mnie interesowało, czemu oni nie pojadą do Szwecji czy do Czech, gdzie prawdopodobnie znaleźliby wdzięczniejszą publiczność i nie musieli się narażać na nieuniknione nieprzyjemności. Polska tradycja, tak jak ją znam i z jaką jestem zżyty, zawsze przecież była w ten czy inny sposób związana z religią. W tej tradycji, wszystko co kwestionowało ów wymiar religijny, było uważane za wybryk natury. Ale też, mówiąc o religii, mam na mysli nie czary, wróżbiarstwo, kabałę i UFO, lecz religię w podstawowym tego słowa znaczeniu. W świecie jaki znam i do jakiego przez całe lata mojego życia się przyzwyczaiłem, coś takiego jak Hartman, czy jego znajomi masoni (bo nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że to nieszczęsneLiberté!, to najbardziej bezczelna masoneria), zasługiwałoby wyłącznie na naszą pełną wyniosłej szlachetności tolerancję. I może bym się czuł z tym co tu piszę nieswojo, gdyby nie wsparcie ze strony polskiej mowy, a więc wymiaru jak najbardziej obiektywnego. To właśnie język polski obfituje w tak piękne i pełne znaczenia zwroty, jak ‘Szczęść Boże”, ‘Bogu dzięki’, ‘Bóg zapłać’, ‘Daj Boże’, czy wreszcie ‘Jak Boga kocham!’ i tak dalej i temu podobne zawołania, które normalni ludzie przyjmuję za naturalne, a różne dziwadła parzą. To właśnie też w języku polskim, słowo ‘bezbożnik’ tradycyjnie oznaczało nie tylko osobę, która wybrała życie bez Boga – bo takich wśród nas raczej zwykle nie było – ale, jak sprytnie to spostrzegł Jan Hartman, osobę grzeszną, bez sumienia, kogoś po prostu złego.
Bardzo mi się więc spodobało, że Hartman, podpuszczony przez kogoś tak bylejakiego jak grupa głupich nastolatków, nagle zdrętwiał na myśl, że jeśli on jest bezbożny, to według najbardziej świętej tradycji jest pozbawiony podstawowego dobra i równie podstawowego sumienia. Uważam, że odkrycie, jakiego Hartman dokonał tu dla samego siebie, jest bez porównania więcej warte, niż te jego bezsensowna dłubanina ukryta pod nic nieznaczącą nazwą ‘heurystyka’, a tym bardziej niż owa nieszczęsna nagroda magazynu Press. Jestem przekonany, ze jeśli tylko Jan Hartman znajdzie w sobie wystarczająco dużo konsekwencji, by przemyśleć tę sprawę, zrozumie też, jak fatalnie się znalazł w świecie, gdzie takich jak on normalni ludzie nie mogą w żaden sposób traktować poważnie. I że jeśli jest odpowiednio sprytny, to powinien się najpierw zamknąć, później skutecznie zadumać, by w końcu zrozumieć, że nawet ktoś taki jak on nie wziął się przecież z kosmosu, ale został stworzony przez Boga.
Na wsi gdzie się wychowałem, ludzie byli naprawdę różni. Część z nich to byli zwykli dobrzy wieśniacy, część to, też zwykli, kłamcy i złodzieje, część to jeszcze bardziej paskudni – choć wciąż bardzo zwyczajni – grzesznicy. Ale kiedy przyszła właściwa pora, każdy z nich równo walił do kościoła na mszę, bo wiadomo było, że innej drogi po prostu nie ma. Człowiek mógł być dobry, lub zły, mądry lub głupi, szczery lub fałszywy, ale tak czy inaczej wiadomo było, że na końcu jest już tylko ten Kościół, gdzie wszyscy się spotykają. Oczywiście było tez parę wyjątków. U mnie na wsi – skoro już o niej mowa – był na przykład taki jeden Józwa, który chodził po okolicy, coś stękał pod nosem i wiadomo było, że to wariat. Poza nim jeszcze był jeden człowiek, który chyba kiedyś wyjechał do Ameryki, a jak wrócił, to okazało się, że jest już kimś na kogo się mówi ‘badacz’. Oczywiście i jednemu i drugiemu nigdy nic złego się nie stało, a jestem wręcz pewien, że gdyby głodowali, to dobrzy katolicy i Polacy z pewnością by ich przygarnęli. Nie mam jednak też najmniejszej wątpliwości, że gdyby tam zamieszkał Jan Hartman ze swoimi fratrami zLiberté!, to wprawdzie nikt by za nim nie rzucał kamieniami, bo w końcu my polscy katolicy jesteśmy normalnymi, cywilizowanymi Europejczykami, a nie jakimiś dziwadłami, ale patrzylibyśmy na nich trochę jak na tego Józwę.
Mam szczerą nadzieję, że Jan Hartman doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Ale oprócz tego, jako człowiek uczony i z całą pewnością inteligentny, potrafi z tego wyciągnąć dla siebie odpowiednie wnioski. Czego mu życzę z okazji zbliżającego się święta Nowego Roku.

środa, 23 grudnia 2009

Dym

Nie wiem, jak na to rozwiązanie zapatrują się współtwórcy tego bloga, ale wyszło na to, że ani tekst pełen miłości o Marii z Egiptu nie był tekstem na Święta, ale też ani, jak się okazuje – wbrew moim najszczerszym zapowiedziom – tekst kolejny, ów pełen wściekłości wybuch o tatuażach. Może gdyby Smiłowicz siedział cicho. Może wtedy. Ale w sytuacji, gdy on sam tę sprawę ostatecznie zamknął, czuję że trzeba coś z tym zrobić. Jutro Wigilia, pojutrze ten wielki, radosny Dzień Narodzenia. Trzeba coś zrobić. Kilku z przyjaciół tego miejsca, skomentowało ostatni wpis pięknymi wierszami. Pojawił się nawet wielki Ezra. Trzeba coś zrobić. Dać znak.
I oto pojawia się okazja. Pewien uczony mąż z Krakowa nazwiskiem Hartman oburza się, że w języku polskim słowo ‘bezbożnik’ ma pejoratywne konotacje. To dobrze. Niech się oburza. Niech się dławi ze złości. Niech cierpi. Niech mu ta tradycja, ta kultura, świat, który zastał, nie dają spać. Może w końcu zrozumie, że ów świat to jest świat stworzony przez Boga, na Jego chwałę, a na nasze zbawienie. Niech go ta świadomość tak pali, że w końcu zrozumie. Życzę mu, żeby zrozumiał. Oto nadchodzi dzień Bożego Narodzenia. I nie ma takiej siły, która będzie w stanie to zmienić.
Skoro pojawił się nawet Ezra Pound, to i ja chciałem opowiedzieć coś pięknego na Boże Narodzenie. Jednak nie będzie to ani wiersz, ani nawet moje osobiste wspomnienie. Będzie to bożonarodzeniowa historia z filmu Dym, który uwielbiam. Z filmu Dym, który – kto wie, czy nawet nie wbrew intencjom twórców, uważam za głęboko religijny. A więc jakże ściśle przylegający do podstawowego wymiaru, w jakim ten świat trwa. Dla mnie Dym, to był film o realności boskiego tchnienia i dlatego dziś, mały fragment własnie stamtąd. Harvey Keitel prowadzi sklep z papierosami. Oprócz tego, robi zdjęcia. Przez całe lata, codziennie, robi jedno zdjęcie, jednego miejsca, tylko dlatego, że wierzy, że ten jeden moment ma swój ciężar. Papierosy u niego kupuje autor książek, William Hurt, który pewnego dnia przychodzi i, ponieważ ma zamówienie na tekst z New Yorkera chyba i musi coś napisać. prosi go, by mu opowiedział jakąś historię bożonarodzeniową. I Keitel mu opowiada swoją historię. Moje tłumaczenie.
Było lato siedemdziesiątego szóstego, kiedy ledwo zaczynałem pracować u Vinniego. Najgorsze lato w historii. Pewnego ranka wszedł do sklepu chłopak i zaczął ściągać rzeczy z półek. Stoi koleś pod ścianą z gazetami i pakuje pod koszulę pornosy. Przy ladzie była kupa ludzi, więc go z początku nawet nie zauważyłem. Kiedy zobaczyłem co się dzieje, to z pyskiem na niego! A on – dyla. Zanim udało mi się wygrzebać zza lady, on już pędzi Siódmą Aleją. Goniłem go prawie do skrzyżowania, ale w końcu machnąłem ręką. Upuścił coś po drodze, a że nie chciało mi się już za nim biec, schylam się, patrzę - portfel. Żadnych pieniędzy, tylko prawo jazdy i kilka zdjęć. Mogłem wezwać gliny, to by go capnęłi. Miałem przecież nazwisko i adres. Ale jakoś zrobiło mi się go żal. To był zwykły, biedny dupek, a jak jeszcze zobaczyłem te zdjęcia, to już w ogóle cała złość ze mnie zeszła…
Roger Goodwin. Tak się nazywał. Na jednym zdjęciu, pamiętam, stoi obok swojej mamy. Na kolejnym, trzyma jakąś szkolną nagrodę i uśmiecha się jakby wygrał konkurs talentów. Normalnie, nie miałem serca. Jeszcze jedno biedne dziecko z Brooklynu, z tym całym swoim nędznym życiem... a poza tym, chrzanić parę gazet z gołymi babami. Tyle tylko że zatrzymałem ten portfel. Parę razy myślałem, żeby mu go odesłać, ale zawsze coś mi przeszkadzało i w końcu kompletnie o nim zapomniałem.
Nadeszły Święta, a ja nie mam pojęcia, co z sobą zrobić. Miałem iść do Vinniego, ale mama mu się pochorowała, i musiał w ostatniej chwili jechać z żoną na Florydę. Siedzę więc u siebie od rana, użalam się nad sobą, i nagle patrzę, a na półce w kuchni leży portfel Rogera Goodwina. I myślę sobie nagle, a co, kurde? Czemu raz w życiu nie mam zrobić czegoś dobrego? Zakładam więc płaszcz i idę oddać ten portfel. To było gdzieś na Boerum Hill, tam w tych blokach. Okropnie było zimno i pamiętam, że kiedy szukałem tego domu, wciąż się gubiłem. Tam wszystko wygląda identycznie i człowiek wciąż włazi w to samo miejsce. No ale wreszcie trafiam pod te drzwi, naciskam dzwonek… Cisza. Myślę sobie, pewnie nikogo nie ma w domu, ale dzwonię jeszcze raz, czekam trochę dłużej i kiedy już mam wracać, słyszę człapanie. A po chwili głos jakiejś staruszki.
– Kto tam?
Mówię, że szukam Rogera Goodwina.
– To ty, Roger? – ona na to. I nagle odkręca z piętnaście zamków i otwiera drzwi. Ma pewnie z 80, a może nawet 90 lat, i od razu widzę, że jest ślepa.
– Wiedziałam, że przyjdziesz, Roger – mówi. – Wiedziałam, że jak przyjdą Święta, nie zapomnisz o babci Ethel.
I wyciąga ręce, jakby chciała mnie objąć. Nawet nie miałem czasu, by się zastanawiać. Wiem że muszę coś zrobić i zanim się zorientowałem, już z nią rozmawiam.
– Tak, babciu – powiedziałem. – Przyszedłem odwiedzić cię na Święta.
Nawet nie pytaj, czemu tak zrobiłem. Nie mam pojęcia. Tak po prostu wyszło. A ona nagle przytula mnie do siebie. No to ja ją też. To było jak gra, w którą oboje zgodziliśmy się wejść, jeszcze przed ustaleniem reguł. Przecież ona świetnie wiedziała, że nie jestem jej wnukiem. Była stara i stuknięta, ale nie na tyle stuknięta, żeby nie odróżnić obcego faceta od wnuka. Ale ponieważ jakoś było jej przyjemnie udawać, a ja z kolei nie miałem nic lepszego do roboty, to pomyślałem, że i ja mogę poudawać…
A więc wchodzimy do jej mieszkania i siedzimy już razem przez cały wieczór. Ona mnie pyta, jak mi leci, a ja kłamię. Mówię, że znalazłem dobrą pracę w sklepie z papierosami. Mówię jej, że się żenię. Mówię jej setki miłych historii, a ona oczywiście udaje, że mi wierzy.
– To cudownie, Roger – mówi, kiwając z uśmiechem głową. – Zawsze wiedziałam, że życie ci się ułoży…
Po jakimś czasie zgłodniałem. W domu nie bardzo było co jeść, więc wyszedłem do sklepu obok i przyniosłem pełno wszystkiego. Wędzonego kurczaka, zupę jarzynową, koszyk sałatki z ziemniaków. Ethel miała w swojej sypialni kilka butelek wina, no to i udało się wspólnie zorganizować zupełnie porządną Wigilię. Pamiętam, że po winie obojgu nam lekko zaszumiało w głowie, więc poszliśmy do salonu, gdzie były fotele, no i wygodniej. Zachciało mi się sikać, więc przeprosiłem babcię Ethel i poszedłem do łazienki. I właśnie wtedy wszystko stanęło na głowie. To że postanowiłem zrobić z siebie idiotę udając wnuka Ethel było wystarczająco nienormalne, ale to co odstawiłem potem, to już kompletny idiotyzm. I tego akurat już nigdy sobie nie wybaczyłem.
Wchodzę więc do tej łazienki i patrzę, a tu, obok prysznica pod ścianą, sześć czy siedem aparatów fotograficznych. Jeden na drugim, Kompletnie nowe, trzydzieści pięć milimetrów, jeszcze w pudełkach. Od razu uznałem, że to jest robota Rogera. Że tu trzyma wszystko co uda mu się ukraść. Nigdy wcześniej nie zrobiłem jednego zdjęcia, a już z pewnością, nigdy w życiu nic nikomu nie ukradłem. Ale widzę te aparaty i już wiem, że chcę taki jeden mieć dla siebie.Ot tak. Po prostu.I nawet się nie zastanawiając, biorę jeden z nich pod pachę i wracam do pokoju.
Nie mogło minąć więcej niż trzy minuty, ale przez ten czas, kiedy mnie nie było, babcia Ethel zasnęła. Za dużo pewnie tego Chianti. Poszedłem więc do kuchni, umyłem naczynia, a ona przez cały ten czas spała jak niemowlę. Nie było sensu ją budzić, to sobie poszedłem. Nawet kartki jej nie napisałem , żeby się pożegnać, bo po co, skoro i tak była niewidoma i w ogóle. Więc wyszedłem. Na stole tylko zostawiłem portfel jej wnuka, wziąłem aparat i wyszedłem…
I to koniec tej historii.
Kiedy Keitel kończy swoją świąteczną opowieść, patrzy przez chwilę w oczy Hurta i tak się w siebie wpatrują. I uśmiechają się. I Hurt w pewnym momencie mówi Keitelowi – To znaczy, że swoje ostatnie Święta spędziła z tobą.
A po chwili – To był dobry uczynek, Auggie. Postąpiłeś wobec niej dobrze.
Na co Keitel się śmieje i odpowiada – Najpierw ją okłamałem, a potem okradłem. Jakie w tym dobro?
Jak można w tym zobaczyć dobro? Jak można zważyć dym? Jak można ujrzeć sens w pogardzie stwierdzenia: ‘bezbożnik’? Jak możnadostrzec niezniszczalną potęgę tradycji? Jak można wreszcie zrozumieć, że to jest coś, czego się zwyczajnie nie da pokonać?

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Będą dziarać

Oryginalny, przedświąteczny mój plan polegał na tym, że na ten szczególny czas zostawię i sobie i wszystkim, którzy zechcą tu zajrzeć, wpis o Marii Egipcjance. I ze względu na samą osobę tej świętej kobiety, i na to marzenie, które towarzyszyło mi podczas pisania tego tekstu. Marzenie, by może właśnie w tych dniach, udało się nam wszystkim ujrzeć tę niezwykłą prawdę. Że oto zarówno dobro jakie czynimy, jak również to nasze zło, nigdy nie jest wyłącznie naszą sprawą. I że nawet kiedy jesteśmy sami, w czterech ścianach naszego domu i jedynym świadkiem naszych uczynków jesteśmy my sami, to i tak ani jedno ani drugie nie jest naszą tylko sprawą. Mało tego. Wydawało mi się, że przykład Marii Egipcjanki świetnie nam pomoże zrozumieć, że nie tylko nasze czyny, ale i każda nasza dobra, czy podła myśl, nie jest już tylko naszą sprawą, od momentu gdy ona wypełni tę realną całkowicie przestrzeń, którą dzielimy z resztą tego świata.
I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, tu w Salonie pojawiła się najpierw myśl, potem gest i wreszcie samo słowo, a tym samym – znak, który to moje zamierzenie kompletnie unicestwił, a jednocześnie pokazał głęboką słuszność tego, co chciałem na przykładzie życia i pokuty niegdysiejszej Marii pokazać. A więc na Święta zostawię i siebie i czytelników tego bloga z nowym wpisem, a jednak wciąż w tej samej intencji – by dowieść, jak bardzo jedna nasza myśl, jedno nasze słowo i jeden nasz gest nie należą w żaden sposób tylko do nas.
Oto parę dni temu, jeden z blogerów, a jednocześnie dziennikarz Newsweeka, Piotr Śmiłowicz wezwał ludzi, którzy uważają krzyż za wartość szczególną, żeby każdy z nich, jeśli ma ochotę, wytatuował sobie znak owego krzyża na czole, zaznaczając jednocześnie, że to jest maksimum ustępstw na jakie go wobec Chrześcijan stać. Wprawdzie red. Śmiłowicz o robienie sobie tatuaży z jezusowym krzyżem na czole, zaapelował do „publicystów i polityków”, ale z kontekstu jego wypowiedzi wynika, że on swój apel kieruje do wszystkich osób, które uważają, że krzyż ma prawo być publicznie eksponowany, a więc na przykład i do mnie. Stąd więc, miedzy innymi dzisiejszy wpis.
Swoją drogą, ciekawe dlaczego zatem red. Śmiłowicz, dziennikarz Newsweeka i bloger, nie skierował swojego apelu w kwestii tatuaży, explicite do „wszystkich”, lecz tylko do „publicystów i polityków”? Myślę, że za tym zabiegiem krył się jednak i spryt i lęk. Red. Śmiłowicz wie, że, jak idzie o „publicystów i polityków” można sobie pozwalać na więcej. A, jak każdy minimalnie inteligentny czytelnik widzi, on sobie pozwolił tym razem na bardzo wiele.
Jak to się stało, że Piotr Śmiłowicz wpadł na pomysł, że każdy, kto uważa krzyż za wartość, może co najwyżej go sobie wyskrobać na czole i tak z nim chodzić? Jak to jest, że dla red. Śmiłowicza, w klasach szkolnych, w urzędach, przy drogach i w innych publicznych miejscach, krzyż jest czymś skandalicznie obraźliwym, natomiast wytatuowany na czołach mijanych na ulicy ludzi już nie.? Czy gdyby red. Śmiłowiczowi udało się wprowadzić taki obyczaj, że wszyscy pobożni ludzie w Polsce pokazywaliby się publicznie z krzyżem wytatuowanym na czole, to on by ten widok zawsze cierpliwie i spokojnie znosił, czy po pewnym czasie, kiedy by mu przeszedł pierwszy śmiech, zagnałby tych wszystkich ludzi do chirurga na operację usuwania tatuaży? To jest jedno z pytań, na które chętnie bym poznał odpowiedź.
Chodzi mi zresztą po głowie mnóstwo innych zagadek. Na przykład, czy te wytatuowane krzyże znalazłyby się na czołach ludzi pobożnych wszystkich, czy zależnie od wieku? Czy red. Śmiłowicz uważa, że małe dzieci, w wieku powiedzmy pierwszokomunijnym, mogłyby jeszcze nosić łańcuszki z krzyżykiem na szyjach, czy im też pozostałby już wyłącznie tatuaż? Na czole. No i kwestia być może najważniejsza i najbardziej podstawowa. Co by było, gdyby ktoś pobożny, przez swoją niechęć do tatuaży (są przecież wciąż jeszcze w liberalnych demokracjach tacy ludzie), odmówiłby zrobienia sobie tego znamienia? Czy red. Śmiłowicz zabroniłby takiej osobie eksponowania krzyża w ogóle, czy może zorganizowałby jakieś grupy – niewykluczone że złożone z uczniów któregoś z wrocławskich liceów – by owych buntowników, którzy nie chcą nosić tatuaży, wyłapywać i im wycinać te krzyże na czole nożem? A jeśli tak, to po co?
Wbrew pozorom, to pytanie nie jest pytaniem retorycznym. Redaktor Śmiłowicz nienawidzi znaku krzyża. Jego krzyż denerwuje i wyprowadza z równowagi. Domyślam się, że gdyby mógł, to by kazał pousuwać krzyże z wszystkim możliwych miejsc, gdzie on, jako przedstawiciel owej wspomnianej już liberalnej demokracji, musi je oglądać. A jednak mimo to, on chce, żeby pobożni ludzie eksponowali krzyże na swoich czołach. Więc ja, co chyba nawet dla Śmiłowicza jest zrozumiałe, chcę wiedzieć, do czego mu to jest potrzebne. Czy – tak jak już wspomniałem – on tę propozycję sformułował dla własnego śmiechu i prywatnej zabawy? Czy jemu chodzi o to, że kiedy on zobaczy na ulicy kogoś z krzyżem wytatuowanym na czole, będzie mógł się pośmiać, czy tam – w tej jego czarnej głowie – jest coś jeszcze? A jeśli jest, to co? Czy jest możliwe, że redaktor Piotr Śmiłowicz, bloger i dziennikarz ogólnopolskiej edycji prestiżowego, międzynarodowego magazynu, potrzebuje oznakować wszystkich pobożnych chrześcijan, żeby się z nich śmiać, czy jeszcze może po coś więcej? Na przykład po to, by mieć na nich oko? A jeśli on chce ich mieć pod kontrolą, to żeby im zrobić coś złego, czy może tylko od czasu do czasu jednemu z drugim podstawić nogę, czy walnąć go w głowę kamieniem, lub zgniłym kartoflem? A jeśli chodzi o to coś złego, to co by to mogło być?
Takie są te moje pytania, które kieruję pod adresem Piotra Śmiłowicza, ale mimo to nie do niego. Pod jego adresem, bo to on może i powinien na nie odpowiedzieć. A nie do niego, bo wiem, że mi nie odpowie. Nie odpowie mi, bo on nie rozmawia, ale tylko mówi. Widziałem to na jego blogu, że on nie dyskutuje. Siedzi w swoim mieszkaniu, myśli, a następnie to co wymyśli, wysyła w realną już bardzo przestrzeń. Albo za pieniądze swojemu kumplowi Wojciechowi Maziarskiemu, albo za darmo – tu do nas, żebyśmy zobaczyli, co się dzieje w liberalnych demokracjach. A więc albo jako zawodowy dziennikarz, albo pełen pasji bloger. A zatem – co oczywiste – jeśli ja stawiam te pytania, to nie po to, by uzyskać na nie odpowiedź, ale żeby pokazać, że one są. I jeszcze po coś. Żeby udowodnić już najbardziej dobitnie swoją tezę z poprzedniego wpisu. Że nic nie jest naszą prywatną sprawą. Czy mamy do czynienia z kimś, kto sprowadza sobie do domu prostytutki i raczy je i siebie kokainą, czy siedzi w domu zupełnie sam, i popijając co najwyżej wódkę czystą, duma sobie, jak by to było liberalnie i demokratycznie, gdyby tak wszystkim chrześcijanom wyrżnąć na czole krzyż, nic nie jest tylko naszą sprawą. Nawet gdyby Piotr Śmiłowicz nigdy tej swojej fascynacji pewnymi tatuażami nie ujawnił publicznie, lecz wyłącznie je śnił w serdecznym i cichym upojeniu, to też nie byłaby jego sprawa. Bo tak to się jakoś dzieje, że kiedy człowiek, wracając w niedzielny poranek z nocnej zabawy, słyszy dzwony kościoła, a później widzi ludzi udających się na poranną mszę i przyłapuje się na tym, że nie może swojego pełnego miłości spojrzenia oderwać od ich czół, wszystko co zrobi już później, wszystko co powie i wszystko co sobie zaplanuje będzie robił, mówił i planował w pewien ściśle zdeterminowany sposób. A świat to zauważy. I zadrży.
Jest jeszcze gorzej. Jest taka ewentualność – a domyślam się, że wielu obrońców red. Śmiłowicza wybierze własnie takie wyjaśnienie owego fenomenu – że Śmiłowicz napisał co napisał nie dlatego, że on tak naprawdę myśli, ale dlatego, że chciał błysnąć. A że jest zwykłym idiotą, to błysnął jak błysnął. Osobiście uważam, że tak nie jest. Mam w stosunku do Śmiłowicza wiele bardzo paskudnych podejrzeń, ale akurat nie to. Ja myślę – niestety – że on jest bardzo zwykły. Ale, nawet gdyby miało się okazać, że się co do niego mylę, to też jego ewentualny idiotyzm nie jest jego prywatną sprawą. No, po prostu nie. Nawet gdyby powiedział przepraszam.

piątek, 18 grudnia 2009

O grzesznikach i aktorach

Nie wiem, czy czegoś tu nie pomyliłem, ale, jak się zdaje, na Facebooku istnieje grupa, która organizuje się w ten sposób, że kupują alkohol, idą wspólnie pod kościół, w którym pobożni ludzie biorą udział w Pasterce, i tam przez całą Mszę, a później już do rana, piją i drą mordy. Dowiedziałem się o tym wczoraj i, choć mnie to za bardzo nie zdziwiło, to wciąż nie mogę przestać myśleć o tych ludziach z flaszkami pod kościołem.. Nie zdziwiło mnie to specjalnie, choćby dlatego, że jeszcze sprzed wielu lat, pamiętam historię o – skądinąd moim koledze – nieżyjącym już dziś Tomku Beksińskim, jak to on zawsze w Wielki Piątek, ze swoją koleżanką o artystycznej ksywie Anja Ortodox, uroczyście i ceremonialnie udawał się do jakiejś knajpy i tam opychali mięsem. Ale nie tylko to. Pamiętam jak tuż po wyborze Karola Wojtyły znalazłem się w schronisku w górach i była niedziela i siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy z napięciem i wzruszeniem tę mszę pontyfikalną, a w sali obok od samego rana banda turystów chlała wódę i hałasowała. Myślę tu też o całkiem niedawnym zdarzeniu, kiedy to we Wrocławiu grupa dzieci wzięła się za krzyże w swojej szkole i w ten sposób stali się sławni na te warholowskie 15 minut. I pamiętam wiele innych sytuacji, kiedy tuż koło mnie przetaczał się grzech, a ja mogłem tylko zdziwiony patrzeć i zastanawiać się, jak to się dzieje, dlaczego i czym się to wszystko może skończyć.
A więc, jak mówię, nie bardzo się dziwię, a jednocześnie nie umiem przestać myśleć o każdym z tych niezwykłych przypadków, kiedy to stajemy wobec grzechu szczególnego, bo ani nie wyrastającego z naszych słabości, ani z drobnych pokus, ani ze zwykłej głupoty, lecz grzechu obnoszącego swoją grzeszność z dumą i satysfakcją. Grzechu eksplodującego bezkarnym szyderstwem. Grzechu, który – można by było sądzić – nie podlega ani przebaczeniu, ani nawet współczuciu. Grzechu, który już tylko woła o karę.
I przychodzi mi w tym momencie do głowy wspomnienie pewnej kobiety, która żyła bardzo dawno temu, jeszcze w IV wieku po Chrystusie, a którą dziś Chrześcijanie czczą jako Marię Egipcjankę – świętą patronkę pokutujących grzeszników i aktorów (swoją drogą, jakież to ciekawe – grzeszników i aktorów!). Ja zdaję sobie sprawę, że czytelnicy tego bloga, to w większości osoby znacznie lepiej ode mnie wykształcone i oczytane, a więc pewnie nie potrzebują dodatkowych objaśnień, ale na wszelki wypadek, opowiem tutaj tę historię, korzystając zresztą z obszernego cytatu, który pozwoliłem sobie zaczerpnąć ze strony Opoki http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/swieci/craughwell_swieci00.html
Na początku V wieku, w klasztorze położonym w pustynnych rejonach nad rzeką Jordan żył kapłan o imieniu Zosima. Mnisi klasztorni słynęli z surowego życia i wprowadzili niezwykły zwyczaj przygotowań do Wielkanocy. Każdego roku, na początku Wielkiego Postu, opuszczali swój klasztor, rozpraszając się po pustyni, by żyć w odosobnieniu. Wspólnota łączyła się z powrotem w Niedzielą Palmową, kiedy to wszyscy mnisi wracali do klasztoru, by celebrować wspólnie Wielki Tydzień.
Pewnego roku, na początku Wielkiego Postu, ojciec Zosima szedł przez pustynię, gdy nagle zobaczył kogoś w pobliżu niskiego pagórka. Był zbyt daleko, by rozróżnić, czy jest to mężczyzna czy kobieta, ale widział, że człowiek ten był nagi, jego skóra ściemniała od słońca, a włosy wyblakły. Kiedy podszedł, człowiek ten zawołał:
— Nie patrz na mnie! Jestem kobietą, nagą, jak widzisz. Rzuć mi swój płaszcz, abym się okryła.
Ojciec Zosima odwrócił głowę, zdjął płaszcz i rzucił go za siebie w kierunku kobiety. Kiedy się okryła, zaczęli długą rozmowę. Rozmowa ta zapisana jest w dokumencie z VI wieku, zatytułowanym Życie naszej matki św. Marii Egipcjanki. Małą książeczkę przypisuje się św. Sofroniuszowi (zmarłemu około roku 639), patriarsze Jerozolimy, ale prawie na pewno jest to atrybucja fałszywa. Skrybowie i kopiści w pierwszych wiekach chrześcijaństwa powszechnie przypisywali dokumenty słynnym świętym lub biskupom — dzięki temu praca robiła większe wrażenie, gdyż stał za nią autorytet. Według wszelkiego prawdopodobieństwa życie św. Marii Egipcjanki zostało opisane przez mnichów z klasztoru ojca Zosimy. Książka nie jest skrupulatną biografią, lecz zapisem tradycji ustnej, z kilkoma nieprawdopodobnymi, nadnaturalnymi ozdobnikami, które miały robić wrażenie na słuchaczach.
Wróćmy do spotkania Zosimy i nieznajomej kobiety. Kobieta ta powiedziała, że ma na imię Maria i urodziła się w Egipcie. Kiedy miała zaledwie dwanaście lat, uciekła z domu, by żyć w Aleksandrii. W tych czasach jedynie Rzym mógł równać się ze wspaniałością i bogactwem tego miasta. Wszystkie towary z całego ówczesnego świata wpływały do jej portu i na jej rynki. Z Afryki, z Azji i z Europy przybywali uczeni, by studiować w aleksandryjskich szkołach i w słynnej na cały świat bibliotece. Jednak Marię interesowało co innego: przygody seksualne. Straciła dziewictwo wkrótce po przybyciu i rozpoczęła siedemnastoletnią karierę nieskrępowanej rozwiązłości.
W przeciwieństwie do tego, co piszą o św. Marii Egipcjance niektórzy biografowie, nigdy nie została ona prostytutką. Jak powiedziała ojcu Zosimie: „To nie ze względu na zysk [zapraszała tak wielu mężczyzn do swojego łoża]. Kiedy chcieli mi płacić, odmawiałam pieniędzy”. Nie interesowało jej bogactwo, interesowały ją podboje. Chętnie robiła „za darmo to, co sprawiało przyjemność”. Szczególnie pociągało ją uwodzenie młodych mężczyzn i uczenie ich sztuki miłości. Jak wyznała ojcu Zosimie: „Nie ma wypowiedzianej ani niewypowiedzianej nieprawości, której bym ich nie nauczyła”.
Maria zaczęła uważać się za utalentowaną uwodzicielkę, mogącą zdobyć każdego mężczyznę. Pewnego dnia zobaczyła tłum mężczyzn czekających na statek w porcie. Ktoś stojący obok powiedział jej, że są to pielgrzymi wyruszający do Ziemi Świętej, zamierzający w Jerozolimie obchodzić święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Myśl o uwiedzeniu każdego uczestnika wyprawy wydała się Marii pociągająca, więc przyłączyła się do grupy. Do czasu przybicia statku do Ziemi Świętej Maria zdążyła się przespać z każdym z pielgrzymów.
Statek pojawił się w Jerozolimie na kilka dni przed świętem, więc Maria zajęła się polowaniem na mężczyzn. W dniu święta przyłączyła się do tłumu zmierzającego do kościoła Świętego Grobu. Nie miała żadnej motywacji religijnej — wiedziona ciekawością chciała po prostu zobaczyć relikwię Prawdziwego Krzyża. Kiedy tłum wchodził do kościoła, Maria poczuła niewidzialną siłę, która jej nie wpuszczała do środka. Zdenerwowało ją to wykluczenie. Próbowała podejść do drzwi z różnych stron, ale stale coś powstrzymywało ją przed przekroczeniem progu.
Wtedy zaczęło docierać do Marii, że to same moce niebieskie trzymały ją z dala od Świętego Grobu. Nagle w pełni zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Stojąc poza kościołem, pełna wstydu i wstrętu do siebie samej, płakała i lamentowała, jakby miało jej pęknąć serce. Przez łzy zobaczyła wizerunek Błogosławionej Dziewicy Maryi nad wejściem do kaplicy. „Pomóż mi — modliła się do Matki Bożej — bo nie mam innej pomocy”. Następnie ślubowała porzucić grzeszne życie i pokutować.
Jej modlitwa została wysłuchana. Siła, która zagradzała jej drogę, ustąpiła. W kaplicy Maria uczestniczyła we mszy i adorowała relikwie Krzyża Świętego. Kiedy wyszła, usłyszała głos: „Jeśli przejdziesz przez Jordan, znajdziesz wspaniały odpoczynek”.
W dniu, kiedy Maria spotkała ojca Zosimę, już od czterdziestu siedmiu lat żyła w odosobnieniu na pustyni. Najgorsze było — jak powiedziała — pierwszych siedemnaście lat. Tęskniła za urozmaiconymi daniami, które jadała w Aleksandrii. Uwielbiała smak wina, a na pustyni często trudno jej było nawet znaleźć wodę. Czasami nie mogła uwolnić się od lubieżnych pieśni, które kiedyś śpiewała. Czuła też silne pożądanie seksualne. W swoich pokusach wzywała pomocy Błogosławionej Dziewicy i pomoc ta zawsze nadchodziła. „Po gwałtownej burzy — powiedziała Maria — przyszedł trwały pokój”. Z biegiem lat jej ubranie zamieniło się w łachmany, aż wreszcie opadło z jej ciała, lecz ponieważ nigdy nie spotkała nikogo na pustyni, jej nagość nie była dla niej kłopotliwa.
Kiedy Maria skończyła swoją opowieść, ojciec Zosima skłonił się jej nisko, gdyż zrozumiał, że przebywa w obecności świętej.
Wtedy Maria poprosiła kapłana, by coś dla niej zrobił. Podczas czterdziestu siedmiu lat samotnego życia na pustyni była pozbawiona komunii świętej. Czy w następnym roku, w Wielki Czwartek, ojciec Zosima mógłby przyjść i przynieść jej komunię? Stary mnich złożył taką obietnicę.
Następnego roku, w Wielki Czwartek, ojciec Zosima wziął Najświętszy Sakrament, trochę żywności dla Marii i wyruszył na pustynię. Nad brzegiem Jordanu znalazł ją czekającą na niego i udzielił jej komunii.
Kolejnego roku kapłan znów wyruszył nad Jordan w Wielki Czwartek. Znalazł Marię nad brzegiem, ale była już martwa. Życiorys Marii podaje, że Zosima próbował wykopać grób dla świętej za pomocą swojej laski, ale był już stary i słaby, a ziemia była zbyt twarda. Kiedy stary mnich zastanawiał się, co robić, z pustyni nadszedł lew i wykopał dla Marii grób swoimi pazurami. Ojciec Zosima pogrzebał świętą i odmówił modlitwy za zmarłych, lew odszedł na pustynię, a stary mnich powrócił do swego klasztoru, by opowiedzieć współbraciom historię Marii Egipcjanki.
Czemu przyszła mi do głowy historia akurat tej świętej, jest pewnie wystarczająco oczywiste. Dlaczego zdecydowałem się ją tu opowiedzieć w jej całości? Przede wszystkim dlatego, że uważam ją za niezwykle piękną i pouczającą, a jednocześnie nie umiałem jej w żaden sposób uczciwie przeedytować. I myślę sobie, gdy czytam ją po raz kolejny, jakież to piękne były owe czasy, kiedy człowiek mieszkał 47 lat na pustyni, pokutując za grzechy, a jeśli ktokolwiek się o jego losie dowiedział, mógł sobie pomyśleć najróżniejsze rzeczy, ale z całą pewnością nie przyszło by mu do głowy, by uznać go za wariata, czy inne dziwadło. A zatem, czasy były prawdziwie boskie, nie skażone jeszcze tym wszystkim co później się skutecznie rozpychając, tworzyło jednocześnie iluzję prawdy i naturalności, a jednocześnie jakże trudniejsze i wymagające nieporównanie większej odpowiedzialności.
Piszę ten tekst i po to by opowiedzieć o Marii Egipcjance, a jednocześnie zakończyć na tym blogu w miarę dobitnie sprawę Krzysztofa Piesiewicza. Spotkałem się tu parę razy z zarzutem, że w stosunku do Piesiewicza nie umiem w sobie odnaleźć minimum chrześcijańskiego współczucia i przebaczenia. O współczuciu już było. Jeszcze może słów parę o przebaczeniu. Jestem człowiekiem w pewnym sensie współczującym nieustannie, ale również jestem szczerze przekonany, że nikt nie może mi uczciwie zarzucić, że nie potrafię przebaczać. Ja do przebaczania jestem równie chętny co do potępiania. Tyle że zanim przebaczę, prosiłbym o jeden choćby gest. Szczególnie kiedy ów gest z reguły naprawdę wiele nie kosztuje. Krzysztof Piesiewicza ma sytuację niezwykle trudną. Wydaje mi się, że trudno sobie wyobrazić, żeby ona mogła być o wiele trudniejsza. Co by musiało się stać, żeby on – już z całą pewnością na granicy desperacji – mógł wpaść w jeszcze poważniejszą rozpacz? Uważam, że on dziś nie ma już naprawdę nic do stracenia. A, jeśli weźmiemy pod uwagę, że między innymi dzięki czasom, które – jak się dziś okazuje – on tak aktywnie współtworzył, nie musi się ani przebierać w worek pokutny i sypać głowy popiołem. Tym bardziej nie musi udawać się na pustynię, by pokutować za swoje grzechy przez 47 lat. On ma drogę niezwykle prostą.
Z mojego punktu widzenia, wystarczyłoby, żeby Krzysztof Piesiewicz zwołał jedną konferencję prasową i wygłosił jedno zdanie, skierowane do arcybiskupa, metropolity lubelskiego Józefa Życińskiego: „Proszę księdza, niech ksiądz mnie nie broni, bo ja, przez to co zrobiłem, na żadną obronę nie zasługuję”. Co by Piesiewicz stracił tym gestem? Z całą pewnością Życiński by go znienawidził. Ale, przy całym moim szacunku dla osób duchownych, to w żaden sposób nie byłaby wielka strata.

czwartek, 17 grudnia 2009

Widzę mroczność

Wciąż o Piesiewiczu? Nawet dziś, gdy piękna zima za oknem i jest bardzo możliwe, że tak się utrzyma przez Święta, które też tuż-tuż? Czemu nie? W końcu mogę znieść jeszcze parę komentarzy pokazujących wyłącznie, jak ciężko jest zrozumieć rzeczy najprostsze, gdy w głowie lenistwo, a w sercu ogień. No a poza tym, ileż tu rzeczy do powiedzenia i myśli do przekazania, gdy człowiek, którego profil mógłby wymodelować wybitny fotograf, czy wrażliwy artysta, a słowa zapisać autor przejmujących kazań, okazuje się być klientem sutenerów i dealerów? I to klientem ważnym wyłącznie dlatego, że z pieniędzmi.
Myślę o tym nieszczęsnym Piesiewiczu z każdej możliwej perspektywy i widzę, że wciąż tych perspektyw nie starcza. I myślę o czasach, które nas dopadły, również z wielu różnych perspektyw i tu też widzę, że tych perspektyw wciąż jest za mało. Bo oto, od paru dni toczy się desperacka walka o to, czy zwiastunom nowej moralności, głosicielom niekończącej się zabawy, tym pajacom, jeśli robiącym poważne miny wyłącznie żeby rozśmieszyć, uda się przeprowadzić nas na drugą stronę. Tam gdzie już nie będzie ani dylematów, ani pytań bez odpowiedzi, ani, ani już nawet samych odpowiedzi, bo i w końcu pytania się skończą. Swoją drogą, dziwnie wygląda ta walka. Ona – owszem – jest zażarta, powiedziałbym że na śmierć i życie, ale można odnieść wrażenie, że to agresor jest w nieustannej defensywie. Ci którzy widząc Piesiewicza, jak jego własna słabość i strach trzymają go za gardło, postanowili w tym samym momencie wypowiedzieć wojnę staremu porządkowi, by ogłosić, że to już koniec, że już wystarczy, nagle się zorientowali, że nawet nie mają broni. Że poza samą wściekłością i szyderstwem, nie mają nic.
Kiedy patrzę na nich wszystkich, gdy objaśniają mnie, że przecież nic się nie stało, a jednocześnie właśnie mnie oskarżają o brak współczucia i moralny terror, przypomina mi się scena z pierwszego Batmana, kiedy to Jack Nicholson ze swoimi kolegami wpadają z tym ogromnym, kompletnie idiotycznym radiem, by wszystko dookoła niszczyć i terroryzować swoim szyderstwem bezradnych w swym zadziwieniu ludzi. Przypomina mi się ta scena, bo nagle sobie uświadamiam, że właśnie to zdziwienie – tak autentyczne i bezbronne – sprawia, że ten atak w rzeczywistości jest skazany na pełną ostateczną porażkę. Bo on naprzeciwko siebie ma prawo i oparty na tradycji porządek. Więc oni oczywiście przegrają. Przegrają i ci, którzy w sprawie Piesiewicza dojrzeli szansę dla siebie, ale również wszyscy pozostali, którzy z najróżniejszych powodów, bardziej lub mniej osobistych, nie chcą nawet na moment się zamknąć i dać spokojnie temu wynaturzeniu zniknąć, a jeśli w jakiejkolwiek swojej części pozostać, to tylko w formie przestrogi.
Myślę sobie więc o nieszczęsnym Piesiewiczu i o ludziach, którzy tak bardzo walczą o to, by mu się broń Boże nic nie stało. Jakie stoją za nimi motywacje? I z prawdziwą przyjemnością stwierdzam, że każde możliwe wyjaśnienie przynosi mi same dobre wiadomości. A każda z nich z podstawowym przesłaniem. Będzie dobrze. Nie ma się czego bać. A więc, jakie to są motywacje? Przede wszystkim, mam głęboką pewność, że na czele tego frontu stoją ludzie w gruncie rzeczy porządni i uczciwi, którzy jednak w pewnym momencie tych trudnych czasów ulegli złudzeniu, że nic nigdy nie jest do końca określone. Nie znam się ani na starych filozofach, ani tym bardziej na tych całkiem nowych, ale o ile mi wiadomo, gdzie niegdzie istnieje silne przekonanie, że przez swoją wielkość i wynikającą z tej wielkości tragiczność, człowiek tak naprawdę jest nieustannie miotany żywiołami i im więcej tych żywiołów, tym człowiek większy i bardziej zasługujący na wybaczenie. Według tej kuriozalnej teorii, skoro generał Kiszczak jest człowiekiem honoru, to tym bardziej Roman Polański wielkim wolnym artystą, a Krzysztof Piesiewicz bohaterem jakiejś mrocznej tajemnicy.
Nie wiem, czy tu nie posuwam się zbyt daleko, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że dla tego typu osób, słowo ‘mroczny’ stało się wręcz relikwią. Czy to dlatego, że naoglądali się w młodości głupich filmów, czy nasłuchali tandetnej muzyki w kolorze noir, jakoś pokochali tę myśl, że do prawdziwego wzruszenia potrzebna jest odpowiednia dawka ‘mroczności’. Nie powiedziałbym że jest to już klasyczne opętanie, ale faktem jest to, że sytuacja, w której ‘mroczność’ staje się główną emocją, pierwszą kategorią estetyczną i podstawową wymówką, jest co najmniej dziwna. Osobiście wolałbym tego czegoś nawet nie dotykać.
Druga kategoria obrońców przebranego w sukienkę i zaćpanego Piesiewicza, to z całą pewnością też ludzie skądinąd Bogu ducha winni, lecz zwyczajnie zagubieni w tym trwającym już od ponad czterech lat antypisowskim kłamstwie. Ludzie, dla których polityczne emocje tak przewróciły w głowach, że – o czym tu już pisałem – nawet jeśli któraś z ważnych postaci Platformy zechce po pijanemu wjechać w przystanek pełen dzieci i je wszystkie rozjechać na śmierć, to oni i tak będą udawać, że o niczym nie wiedzą, że się nie znają, że ich to nie interesuje, że mają za mało informacji i że w ogóle nie mają ochoty niczego oceniać, bo i tak najgorsze co nas mogło spotkać jest już szczęśliwie za nami. Znam tych ludzi nawet dużo lepiej, niż owych głosicieli ‘mrocznego piękna’, i mogę z całą pewnością stwierdzić, że jeśli coś im można zarzucić, to z całą pewnością nie to, że są źli. Co najwyżej po prostu mało mądrzy.
Niestety, jest też pewna grupa, tym razem już bardzo aktywna publicznie i stanowczo najbardziej agresywna, która zawzięcie walczy o to, żeby Piesiewiczowi nic już więcej złego się nie stało, a która – w moim głębokim przekonaniu – składa się z ludzi, których od Piesiewicza, poza zwykłymi i oczywistymi talentami, różni już tylko wyłącznie kolor tej sukienki. Jestem pełen podejrzeń, że jest całe mnóstwo osób, publicznie znanych i powszechnie szanowanych, którzy dzielą z Krzysztofem Piesiewiczem jego upadek, tyle że szczęśliwie dla nich wciąż mogą mieć nadzieję, że oni akurat wybrali najbezpieczniejsze miejsca. I że choć nie wiedzą, dlaczego akurat Piesiewicza spotkało to co go spotkało, wierzą głęboko, że to był tylko jednorazowy, być może już niedługo zapomniany, wypadek. Żyją tym swoim życiem, przede wszystkim dlatego że ono daje im oddech od codziennych zmartwień, i starają się bardzo liczyć te dni, czy choćby te godziny, kiedy nie muszą się bać. Ale i tak się niekiedy boją i wtedy właśnie stają przed kamerami i opowiadają o swoim szacunku dla zaszczutego człowieka. Po co? Trudno powiedzieć. Może po to, żeby, kiedy przyjdzie odpowiedni czas, ich kolega Piesiewicz zachował pełną wdzięczności dyskrecję. Albo nawet ot tak, na wszelki wypadek.
Dlaczego napisałem, że te moje przemyślenia są dla mnie w gruncie rzeczy bardzo optymistyczne? Otóż one wszystkie, same w sobie, nie bardzo dają powody to satysfakcji. Jest jednak jeszcze coś, co wydarzyło się wczoraj, co stało się prawdziwym powodem tych dzisiejszych refleksji i co, w rezultacie, sprawia, że to wszystko robi naprawdę dobre wrażenie. Stało się bowiem tak, że – obserwując publiczne reakcje na upadek Krzysztofa Piesiewicza – nie mogłem nie zauważyć, że on otrzymał poparcie, lub choćby dyskretne współczucie, z każdej możliwej strony, z wyjątkiem jednego środowiska. Środowiska swojej własnej Platformy Obywatelskiej. Osoby i polityczne grupy, po których można się było spodziewać, że z furią rzucą się na tego trupa, nieoczekiwanie zachowały dyskretne milczenie, lub wręcz – jak choćby w przypadku senatora Romaszewskiego – postanowiły bronić Piesiewicza. Pojawia się pytanie, dlaczego akurat władze PO, uznały za stosowne publicznie zadeklarować swój brak zainteresowania losem swojego przyjaciela? Dlaczego akurat oni, dla których Piesiewicz przez całe lata stanowił bardzo silne moralne alibi, właśnie teraz postanowili go potępić? Niektórzy komentatorzy twierdzą, że za tym stoi jakaś bardzo brudna gra, która może mieć nawet swoje początki w wewnętrznych, platformianych porachunkach. Nie sądzę, żeby tak było. Przede wszystkim dlatego, że odnoszę wrażenie, że pierwsza reakcja ze strony Platformy wcale nie była taka. W pierwszym odruchu, jedynie Janusz Palikot potępił Piesiewicza, by za chwilę nawet chyba się trochę z tego wycofać. Dopiero wczoraj, nagle i Premier i Grzegorz Schetyna, a za nimi oczywiście już cała reszta, zaczęli głosić, że Piesiewicz sam sobie zgotował ten los. A to by świadczyło o tym, że ta reakcja jest jednak starannie wykalkulowana. Przez co?
Tak się złożyło, że wczorajsze wystąpienie Donalda Tuska miałem okazję tylko obserwować na wyciszonym telewizorze. Patrzyłem na jego twarz, na te jego słynne oczy, na te jego połamane już chyba jak u baseballisty dłonie, i czytałem na lecącym w dole ekranu pasku, co on gada. A gadał mianowicie to, że on nie chce „skakać’ po Piesiewiczu, tak jak cała reszta (KTO???), ale musi z przykrością powiedzieć, że Piesiewicz już jest skończony. Patrzyłem na Tuska, jak mówi i co mówi, i widziałem najwyraźniej jak to jest tylko możliwe, że on gada dokładnie to co zawsze, a więc to co mu podpowiedzieli piarowcy. A kiedy już skończył z Piesiewiczem, rozchmurzył się na moment, a na pasku pojawił się napis: „Messi, czy Ronaldo”, wiadomo było, że tu się odstawia wyłącznie piłeczkę. Jak zawsze. I było już oczywiste, że on, a za nim reszta Platformy, skreślili Piesiewicza nie dlatego, że oni mu źle życzą, lub – tym bardziej – nie dlatego, że ich ta kokaina i te dziwki oburzają. Nic podobnego. Z ich punktu widzenia ani dziwki ani kokaina nie są żadnym problemem, o ile tylko są na to pieniądze. Oni go skreślili, i starannie to zakomunikowali społeczeństwu, z całą pewnością dlatego, że specjaliści od wizerunku, którzy utrzymują Platformęprzy życiu, powiedzieli im, że jeśli oni zaczną Piesiewicza bronić, to im spadnie jeszcze bardziej. Że społeczeństwo tego już nie wytrzyma. A więc atak Platformy na Piesiewicza jest aktem czystej desperacji.
I to jest ta wiadomość, która sprawia, że jest zwyczajnie dobrze. Że możemy spokojnie wierzyć w to, że z jednej strony, wszystko wskazuje na to, że wystarczająco duża część społeczeństwa wciąż wierzy w to, że jest dobro i zło. I że dobro jest nagradzane, a zło powinno być karane. I że to dobro i to zło są ściśle określone przez chrześcijańską cywilizację. A z drugiej strony, że projekt, który okazał się tak bardzo zły dla Polski i dla nas wszystkich – nawet dla tych, którzy nie mają o tym marnego pojęcia – a który popularnie funkcjonuje pod nazwą „Platforma Obywatelska”, kończy się całkowitą klapą.

wtorek, 15 grudnia 2009

O szantażu, o zgorszeniu i o świętym spokoju

Kiedy najpierw planowałem, a później już pisałem tekst, w którym sparodiowałem przyszłe – tak jak je sobie mogłem wyobrażać – obrończe tyrady adwokatów na rzecz tego, co stało się udziałem Krzysztofa Piesiewicza, byłem przekonany, że trafiam w samo sedno. Że tak właśnie to będzie wyglądało. Że ten głos będzie powszechny i właśnie taki. Że za Krzysztofem Piesiewiczem i jego upadkiem podniesie się wrzawa równie piękna, kwiecista i pełna emocji, co czarna jak noc, kompletnie pusta i niemerytoryczna. Wiedziałem coś jeszcze. To mianowicie, że na samym początku tej nauki, która już za chwilę do nas dotrze, stać będzie wyłącznie nienawiść do PiS-u. Ta nienawiść, która przez ostatnie cztery lata stała się nieodłączną częścią polskiej przestrzeni publicznej, tak jak są nią niedzielne zakupy, Taniec z gwiazdami, bankowe kredyty, duże telewizory, czy przygotowania do Euro 20.
Miniony weekend trochę potwierdził moje przypuszczenia.. W ramach rodzinnej wizyty spotkaliśmy się z człowiekiem nam bliskim w każdym wymiarze. A więc z kimś, kto całe życie przepracował uczciwie, w miłości do Boga i szacunku do drugiego człowieka. Kimś, kogo życie nie ucierpiało ani od szczególnie ciężkich upadków, ani nie zakwitło szczególnie spektakularnymi osiągnięciami. Zwykły człowiek, ze zwykłymi zaletami i jeszcze bardziej zwykłymi wadami, taki jak my i wielu tych, których spotykamy na co dzień. Jednocześnie ktoś, kto przez ostatnie cztery lata pozwolił by jego codzienne emocje zdominowała nienawiść do PiS-u. Zimna, kompletnie irracjonalna, niewzruszona nienawiść. A więc i tu – ktoś całkowicie z naszego świata. I oto podczas rozmowy na temat ciastek, pogody i wysokich czynszów, pojawiły się dwa mocne stwierdzenia: pierwsze to takie, że on przede wszystkim nie za bardzo wie, o co chodzi z tym Piesiewiczem i że, cokolwiek by tam się nie działo, Kaczyński (obojętnie który) jest pod względem moralnym bez porównania bardziej zepsuty.
Kiedy usłyszałem to co usłyszałem, pomyślałem sobie oczywiście natychmiast, że nie ulega wątpliwości, że gdyby to co się przydarzyło Piesiewiczowi, spotkało na przykład Przemysława Gosiewskiego, ten nasz syn, brat, mąż, wujek, ojciec, dziadek – powtarzam, w całym swym życiu dokładnie taki jak my – doskonale by wiedział, o co chodzi. Wiedziałby z najmniejszymi szczegółami, co się wydarzyło i co ważniejsze, wiedziałby świetnie, co o tym wszystkim myśleć. No i – naturalnie – nie musiałby już szukać większego zła. Pomyślałem sobie też natychmiast, że skoro on nie wie i wiedzieć nie chce, to znaczna część społeczeństwa również nie wie, i wiedzieć nie chce. A to dlatego prawdopodobnie, że komuś bardzo skutecznie zależy na tym, żeby oni nie wiedzieli i wiedzieć nie chcieli. Bo jeśli ma triumfować zło, to lepiej żeby to była ta znana nam świetnie nienawiść, a nie coś co tylko stworzy niepotrzebne dylematy.
I wczoraj nagle, wydarzyło się coś, co pokazało mi, że owszem, PiS będzie tu, już do końca tej sprawy, znał swoje miejsce, ale że są rzeczy znacznie ważniejsze niż tylko czarne emocje. Do wieczornego Szkła kontaktowegozadzwonił „pan Marek z Warszawy” i powiedział, że jemu bardzo nie podoba się to, co zrobił Krzysztof Piesiewicz, i swoje zdanie podbudował zwyczajowymi argumentami. I stała się rzecz niecodzienna. Otóż współprowadzący z Tomaszem Sianeckim program, Marek Przybylik wyskoczył na widza z przysłowiową mordą i praktycznie odebrał mu głos. Najpierw zapytał go, co go w ogóle obchodzi, co Piesiewicz robi we własnym domu, a potem – i to jest właśnie to wydarzenie – zadał kolejne pytanie: „Czy był pan kiedykolwiek szantażowany, żeby się wypowiadać?” Czujny redaktor Sianecki, nie mniej pewnie poruszony od wielu innych widzów, wykonał kolejny niezwykły gest, a mianowicie wyskoczył z podobną mordą na Przybylika i powiedział mu, żeby na przyszłość się nie odzywał, bo nie on jest od prowadzenia programu. A kiedy ten zaczął protestować, to mu dorzucił jeszcze Dulskich z ich brudami we własnym domu, i szczęśliwie udało się zmienić temat.
A więc szantaż. O tym, przyznam się jakoś wcześniej nie myślałem. To znaczy, wiedziałem naturalnie, że tak tego typu sprawy wyglądają, że najpierw jest upadek, później szantaż, a następnie kolejny już upadek, dalszy szantaż… i tak dalej, do końca świata. Ale, kiedy pojawiał się w moich myślach ten szantaż, jakoś wiązałem go z samym Piesiewiczem, a więc z bezpośrednią ofiarą, a nie z kimś, kto na razie się jakoś trzyma. Kiedy myślałem o sprawie Piesiewicza, całą oprawę dla tego zdarzenia stanowił on i jego sytuacja z jednej strony, i ta nienawiść z drugiej. Szantaż, jako centrum tego nieszczęścia i jego główny motor, nie przyszedł mi do głowy. I nagle pojawił się ten nieszczęsny Przybylik ze swoim pytaniem: „Czy był pan kiedyś szantażowany? Czy pan wie, jak to jest, żeby się mądrzyć?” I ta nerwowa, błyskawiczna reakcja Sianeckiego.
Podobnie jak ten pan Marek z Warszawy, również nie byłem szantażowany. Ale domyślam się jak to jest i myślę, że to musi być sytuacja absolutnie nie do zniesienia. Szantaż musi być rzeczą najstraszniejszą. Dlatego że z jednej strony wypełnia życie strachem i odbiera wolność, a z drugiej wciąga człowieka jeszcze głębiej w ten strach i w to zniewolenie. Domyślam się, jak się to zaczyna i jak to się dzieje potem. Kiedy słyszę o tym, jak Krzysztof Piesiewicz jednocześnie występował publicznie i z poważną miną opowiadał o etycznym wymiarze życia, by następnie dawać sobie zakładać te sukienki i płacić ciężkie pieniądze, by chociaż zostało tak jak jest i nie było gorzej, domyślam się wszystkiego, jeśli idzie o potęgę szantażu. Podobnie jak jeden pan Marek z Warszawy domyślam się, i w odróżnieniu od innego pana Marka z Warszawy, jednak szczęśliwie nie mam o tym pojęcia.
Szantaż. Kiedy przez Polskę przetoczyła się fala dyskusji o lustracji, ów szantaż się też oczywiście pojawił. Mówiło się dość głośno o tym, że tu nie chodzi o czystą moralną odpowiedzialność za zło, które się kiedyś uczyniło, i o karę za to zło, ale o to, że za tym złem ciągnie się szantaż, który jest tak inny od każdego naszego, nawet najgorszego występku, że poza tym szantażem tak naprawdę nie liczy się nic. Że tak jak za tymi biednymi dziewczynami których zdjęcia oglądać możemy z każdego miejsca na świecie w Internecie stoi najzwyklejszy strach i zniewolenie, tak za tą dawną współpracą, tym dawnym upokorzeniem i tą zdradą, stoi całkowicie świeży i nigdy niekończący się szantaż. Mówiło się o tym szantażu, ale jednocześnie – może przez to, że tak trudno jest sobie go przedstawić i zapamiętać, a tak łatwo z kolei jest sobie wyobrazić człowieka, który raz, czy dwa razy upada – bardziej myślałem o tym pierwszym momencie i o samym początku i ewentualnie o tych dzisiejszych wykrętach, niż o tym wszystkim, co się cały czas dzieje gdzieś w tle. Widziałem ludzi kłamiących publicznie, publicznie kompromitujących najbardziej zwykłą ludzką inteligencję i poczucie rozsądku i zadawałem sobie pytanie – dlaczego? I albo nie wiedziałem, dlaczego, albo myślałem o zwykłym codziennym upadku. Ten szantaż jakoś nigdy nie przyszedł mi do głowy.
Też wczoraj, w wieczornej telewizji, Bohdan Rymanowski rozmawiał z arcybiskupem Życińskim. Biskup siedział w swojej biskupiej sukni, w czerwonej piusce na głowie, na tle – ciekawe że nie krzyża, ani nawet zdjęcia Jana Pawła II – lecz biblioteki z mnóstwem, z pewnością bardzo mądrych książek, i opowiadał trochę karykaturalnym, księżowskim tonem o krzywdzie, jaka spotkała Krzysztofa Piesiewicza. Słuchałem go, całkowicie porażony, przez te piętnaście, czy dwadzieścia minut, i zadawałem sobie to pytanie – dlaczego? Przez całą swoją długą wypowiedź, arcybiskup Życiński jednym słowem, jednym, najbardziej skromnym gestem nie pokazał na to zło, na to zgorszenie które się stało, lecz – wręcz odwrotnie – ku zdumieniu samego Rymanowskiego, gorszył sam, w sposób najbardziej jednoznaczny i bezczelny. A ja się pytałem – dlaczego? Patrzyłem na Arcybiskupa mojego Kościoła, słuchałem w oszołomieniu każdego jego słowa, obserwowałem nawet ten pot na jego brodzie i myślałem, co za czort? Co za tym stoi? I widziałem wszystko. I jakiś grzech sprzed lat, może alkohol, może po prostu polityczne emocje, może w ogóle emocje, ale jakoś – cholera – nie przychodził mi do głowy ten strach. A przecież dziś, gdy patrzę na jego twarz, to ten strach w sposób jak najbardziej oczywisty tam jest. Tam widać najzwyklejszy, zwierzęcy strach. Ciekawe że nie pomyślałbym o nim, gdyby nie to jedno zdanie, wypowiedziane przez Marka Przybylika na temat szantażu niecałą godzinę później.
Bo ma rację Marek Przybylik. On wie, jak to jest. I on i wielu innych. I wie też z całą pewnością arcybiskup, metropolita lubelski Józef Życiński. A my nie wiemy. Ale jesteśmy za to pełni współczucia i dobrej woli, więc się staramy się zrozumieć i odtworzyć przebieg klasycznego, starego jak świat szantażu. Staramy się zobaczyć i ten grzech i ten strach i to zgorszenie i oczywiście stać nas na to, żeby wreszcie znaleźć w sobie to współczucie. Widzę przed sobą twarz arcybiskupa Życińskiego i odtwarzam w pamięci każdy jego gest, jego każde słowo. I już nie mam w sobie ani złości, ani nawet zdziwienia. Jedyne czyste, szczere współczucie. I wreszcie mam spokój.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

O dziennikarzu

Zażyłe relacje między magazynem Press, a wybranymi pracownikami mediów, które zmuszony jestem obserwować od lat, a które, jak co roku znalazły swoje ukoronowanie w fecie na cześć jednego z nich, budzą we mnie emocje umiarkowane. To znaczy, wiem, że magazyn Press istnieje, wiem mniej więcej po co i wiem też, że gdybym zechciał poświęcić mu więcej uwagi, to nie dość że bym, się niepotrzebnie i bez sensu zdenerwował, to na dodatek jeszcze, wpakował w prawne kłopoty. A zatem, kiedy w tym roku oni znów podzielili się między sobą świątecznymi prezentami, cała sprawa obeszła mnie o tyle o ile. Oczywiście, nie znaczy to że w ogóle nie interesują mnie media, dziennikarze i to wszystko co się nazywa informacją. Owszem, interesuje mnie nawet bardzo. Tyle że zupełnie z innej strony i – że się tak wyrażę – na innych kierunkach. Powiem więcej, nie mam nic przeciwko temu, żeby wyróżniać dobrych, porządnych i uczciwych dziennikarzy nagrodami, nawet gdyby to miały być nie Citroeny, ale jakieś lepsze samochody, czy choćby pieniądze. Tyle że dziennikarzy, a nie ‘topiarzy fryt’, o których tu już kiedyś było, a którymi to wyłącznie zajmuje się towarzystwo z magazynu Press.
Jednego z nich – z dziennikarzy prawdziwych – poznałem. Poznałem go tak jak się poznaje ludzi tu, na blogu. Któregoś dnia zostawił komentarz, w którym podał swój adres mailowy i poprosił o kontakt. Kiedy już spotkaliśmy się poza Salonem, powiedział, że nazywa się Antoni Rachmajda, jest karmelitą bosym, mieszka w Poznaniu i wydaje dwumiesięcznik o nazwie Zeszyty Karmelitańskie. A kontaktuje się ze mną, ponieważ podobają mu się moje wpisy i chciałby móc je publikować w kolejnych wydaniach swoich Zeszytów. Napisałem mu, że będzie mi oczywiście bardzo miło, a on mi przysłał ostatni numer swojego pisma. Żebym miał pojęcie, o co chodzi.
Piękne są te Zeszyty. Kiedy piszę ‘piękne’, mam na myśli zarówno stojący za nimi pomysł, ich zewnętrzną oprawę, zawartość i jeszcze to coś – coś takiego, co sprawia, że one leżą dobrze w ręku. Dobrze się je czyta, dobrze kartkuje i z prawdziwą przyjemnością po nie sięga. To jest po prostu pismo, które dobrze sobie kupić i je mieć. Nawet jeszcze zanim się pozna zawartość numeru. A owa zawartość jest zawsze najbardziej pierwszorzędnego gatunku. Okładka zawsze zapowiada wiodący temat numeru i ta zapowiedź jest zawsze w jednym, rozpoznawalnym natychmiast stylu. Numer, który otrzymałem jako pierwszy, jeszcze bez mojego tekstu, nosił tytuł Sprzedajna wierność, a wewnątrz były teksty Tomasa Alvareza (OCD), prof. Andrzeja Połtawskiego, dziś już nieżyjącego Macieja Rybińskiego… a także naszego wówczas jeszcze Foxxa. Wtedy już jednak, jak się okazało, ojciec Rachmajda miał u siebie nie tylko Rybińskiego, nie tylko Foxxa, ale również Ziemkiewicza, Grzybowską, Wildsteina, Katarynę, FYM-a, Fedyszak-Radziejowską, Krasnodębskiego, Ściosa – a więc wszystkich tych którzy z jednej strony mogli mu zapewnić poziom, a których z drugiej strony, uważał za odpowiednich by nadawali Zeszytomprofil, jaki dla nich zamierzył.
Od tego czasu czytam Zeszyty Karmelitańskie regularnie. Raz że nie mam wyjścia, bo – jak już wspomniałem – ojciec Rachmajda publikuje tam moje teksty, a więc jednocześnie przesyła mi tzw. autorskie numery, ale też je czytam, bo bardzo czekam na każdy kolejny i jest mi już bez nich nieswojo. Czytam te Zeszyty, a więc czytam tez o niewinnej zdradzie, o nieuczciwości, o bezbronnej uczciwości, o do końca niesprawiedliwości i wreszcie ten najświeższy o tym, że będzie sprawiedliwość. A więc o grzechu i o cnocie, tak jak je widzą ci wszyscy, których ojciec Rachmajda zaprosił, by razem z nim tworzyli to pismo.
Kim jest ojciec Antoni Rachmajda? Powiem szczerze, że, wbrew pozorom, nie wiem o nim aż tak bardzo dużo. Wiem, że jest księdzem-karmelitą, że jest znacznie młodszy ode mnie, że nie ma pojęcia o muzyce, że lubi Agatę Christie i pije piwo, że świetnie się z nim rozmawia i że, jak twierdzi moja żona, jest „ładny”. No i że pisze, rozmawia, tworzy. I to by było wszystko, gdyby nie jeszcze coś, coś znacznie ważniejszego, niż cała ta reszta i co tak naprawdę stało się powodem, dla którego piszę ten tekst. Otóż ojciec Rachmajda jest prawdopodobnie jedynym polskim dziennikarzem i redaktorem naczelnym, który ma poczucie autentycznej misji, a który jednocześnie od tej misji nie stracił poczucia rzeczywistości. Jest jedynym znanym mi człowiekiem, który wydaje pismo o ogólnopolskim zasięgu, a który jednocześnie nie dość, że ma świadomość tego, że najważniejsze i najmądrzejsze, co może zrobić, to – nie oglądając się na nic – wypełnić każdy kolejny numer tekstami jego zdaniem najlepszymi. I, konsekwentnie, jest jedynym znanym mi redaktorem, który publikuje na łamach swojego pisma Ziemkiewicza i toyaha, FYM-a i Rybińskiego, 1maud i Brixena, Liberę i Katarynę, Semkę i Foxxa, a wszystkich na jednakowych prawach, w pełni demokratycznie i z jednakową satysfakcją. Jest wreszcie ojciec Rachmajda jedynym redaktorem, który dostrzegł, że blogerzy wcale nie gorsi niż najbardziej profesjonalni dziennikarze, i któremu to w żaden sposób nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Uważa, że tak jest dobrze. I to przekonanie o słuszności tego co robi, daje mu taką wolność, która może się choćby manifestować w tym, że obok tekstu Gabriela Castro o języku mistyki, najbardziej szarmanckim gestem, publikuje Rachmajda recenzję najnowszego filmu Tarantino. I to jeszcze napisaną przez kompletnego amatora.
I wbrew pozorom, to jest coś bardzo ważnego. Otóż na rządzącym obecnie społeczną świadomością rynku medialnym, Zeszyty Karmelitańskie ojca Antoniego Rachmajdy – zwykłego księdza, który jedyne co ma, to swoje marzenie, swoją ambicję, swoją odwagę i swoją uczciwość – są czymś absolutnie wyjątkowym. Wyjątkowym, bo porządnym, profesjonalnym, świetnie redagowanym i otwartym pismem. Na rynku medialnym, gdzie nawet jeśli pojawi się coś, przynajmniej w założeniach uczciwego, natychmiast ginie bądź to w skandalicznym amatorstwie, bądź starych, nędznych koteriach i interesach. Na tym rynku medialnym, który opanował całą niemal przestrzeń publiczną, Zeszyty Karmelitańskie są wzorem i jednocześnie wyrzutem sumienia.
I już na sam koniec, chcę powiedzieć, że ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że te dwa tysiące nakładu, czy ostatnio może nawet jeszcze mniej, to jest niemal absolutnie nic. I że każdy kolejny numer Zeszytów może być tym ostatnim. Ale to nic nie szkodzi. My tu wszyscy, na tych naszych biednych blogach, tez piszemy w pełnym przekonaniu, że w ostatecznym rozrachunku może się okazać, że liczyło się tylko świadectwo. Ale to nic nie szkodzi. Skoro ma pozostać świadectwo – pozostanie świadectwo. A jeśli nawet przesłonią nam słońce – będziemy walczyć w cieniu.

piątek, 11 grudnia 2009

Bronię Senatora!

Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci tym, co spotkało senatora Krzysztofa Piesiewicza. Jeśli idzie jednak o mnie, słowo ‘wstrząśnięty’ pozostaje najzwyklejszym niedomówieniem. To co czuję, obserwując zorganizowaną nagonkę – bo tak to muszę nazwać – na tego człowieka, budzi we mnie wyłącznie obrzydzenie. Kiedy słucham ludzi, którzy wypowiadają się na temat tego, co spotkało senatora Piesiewicza i nawet im głos nie drgnie, kiedy w tak bezwzględny i – co tu mówić – bezmyślny sposób miotają pod jego adresem oskarżenia, odczuwam wstyd, że podobnie jak oni jestem Polakiem.
Kim jest Krzysztof Piesiewicz? Wszyscy go pamiętamy przede wszystkim jeszcze sprzed wielu lat, kiedy w tak niezwykły sposób reprezentował przed sądem rodzinę księdza Jerzego Popiełuszki. Ale dla wielu z nas, którzy wtedy, albo byli zbyt młodzi, żeby interesować się szczegółami tamtego przykrego zdarzenia, albo po prostu zajęci sprawami dnia codziennego, po prostu nie mieli głowy do tego, by myśleć o polityce, Krzysztof Piesiewicz jest wielkim humanistą i intelektualistą, wybitnym politykiem Platformy Obywatelskiej, i – o czym nie należy zapominać – znakomitym scenarzystą, autorem wielu największych dzieł filmowych Krzysztofa Kieślowskiego. I oto ten człowiek jest bez żadnej litości i bez żadnego szacunku dla tego, czego dokonał dla wolnej Polski, rozszarpywany i opluwany przez zwykłe – nie bójmy się tego słowa – hieny.
Co nasi niedzielni moraliści zarzucają Piesiewiczowi? Czy wśród tych wszystkich oskarżeń, jest choć jeden zarzut, który moglibyśmy z czystym sumieniem uznać za na tyle szokujący, by mógł on być z całą powagę skierowany przeciwko komukolwiek, a co dopiero przeciwko człowiekowi takiemu jak senator Piesiewicz. Zastanówmy się tylko, cóż takiego uczynił Krzysztof Piesiewicz, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek z nas? Zastanówmy się, co pozostanie z tych wszystkich ohydnych pomówień kierowanych wobec Piesiewicza, kiedy już odrzucimy z nich to co stanowi zwykłe, brudne plewy? Bulwarowy Super –Express, a za nim inne, szukające taniej sensacji media, sugerują, że senator Piesiewicz zażywał kokainę. Ten zarzut akurat od samego początku wart był funta kłaków, bo wystarczyła krótka i stanowcza deklaracja samego pana senatora, że ten biały proszek, o którym z taką swadą donoszą najróżniejsi „dziennikarze”, to nie kokaina, lecz zaledwie lekarstwo, które Krzysztof Piesiewicz specjalnie rozdrobnił, żeby je przyjąć. Czym więc jeszcze, skoro już nie ma problemu rzekomych narkotyków, chcą zaabsorbować naszą uwagę ludzie o określonych, choć nie do końca jasnych interesach? Okazuje się, że na przyjęciu – być może urodzinowym, być może z okazji jakiejś innej rocznicy – Piesiewicz był ubrany w sukienkę i miał pomalowane usta. Rzeczywiście! Jestem porażony! Toż to skandal! Żeby poważny człowiek nagle postanowił się po prostu dobrze zabawić. Czegoś takiego świat nie widział. Ilu z nas – zastanówmy się, ilu z nas – choć raz w życiu nie przebrało się z okazji jakiejś zabawy za księdza, kowboja, czy właśnie dziewczynę? Iluż z nas, czy to w młodym wieku, czy później, już w dorosłym zyciu nie pozwoliło sobie na chwilę relaksu i szaleństwa? Doprawdy, brakuje słów, by komentować to co się w związku z tą sprawą wyprawia.
Wiele już powiedziano na temat tzw. ‘sprawy Polańskiego’. Każdy z nas miał wielokrotnie okazję zobaczyć, ile złego może wyrządzić ktoś, dla kogo głównym motorem działań jest zawiść i nienawiść do drugiego człowieka. Wydawałoby się, że po tym wszystkim cośmy zobaczyli i cośmy usłyszeli na temat rzekomych win Romana Polańskiego, jesteśmy w stanie odróżnić to co prawdziwe od tego, co jest wyłącznie wytworem chorej ludzkiej fantazji. Niestety nie. Wydaje się, że są wśród nas tacy, którzy nie są w stanie przeżyć jednego dnia bez kolejnego seansu nienawiści, bez kolejnej ofiary. Tym razem, skoro, jak wszystko na to wskazuje, z Polańskim już nie da się zbyt wiele wskórać, bo wielki reżyser z pewnością wyjdzie na wolność, trzeba znaleźć nową ofiarę. Ciekawe tylko jest to, że zawsze jest to ktoś o nieposzlakowanej opinii. Zawsze ktoś taki, kogo nawet nie można uczciwie drasnąć najmniejszym oskarżeniem.
Oczywiście, już niedługo ta sprawa – jak wiele innych wcześniej i z całą pewnością wiele jeszcze kolejnych – zniknie w zakamarkach ludzkiej niepamięci. Krzysztof Piesiewicz zostanie. Już na zawsze zraniony, już do końca życia z tym strasznym znamieniem. Słyszę dziś też głosy jeszcze straszniejsze, jeszcze bardziej przebijające każde szczere serce swoim bezlitosnym ostrzem. Głosy, które sugerują że Krzysztof Piesiewicz padł ofiarą ekskluzywnych prostytutek, z których usług korzystał. Wiem, że to nieprawda. Wiem, że nawet jeśli coś z nimi miał wspólnego, to z całą pewnością nie z własnej woli, nie z jakiś niskich, prostych, ludzkich słabości. Wiem też, że gdyby tylko dobrze poszukać, również w PiS-ie – a może przede wszystkim tam – można by było znaleźć podobne „kompromitujące” zdjęcia i materiały. Ale nawet jeżeli, nawet gdyby miało się okazać, że tak, że senator Krzysztof Piesiewicz raz – ten jeden raz w życiu – okazał swoją słabość i dał się uwieść tym, których intencje i cele nigdy do końca nie zostaną wyjaśnione, to i cóż takiego? Kto z nas może rzucić kamieniem, kto z nas może z czystym sumieniem powiedzieć, że nigdy w życiu nie korzystał z usług prostytutek? A jeśli nawet i znajdą się tacy, to chciałbym ich spytać o jedno. Czy to jest może przestępstwo? Czy nawet najbardziej wyuzdany seks jest zbrodnią? Dlaczego tyle jadu, tyle złości, tyle szyderstwa kieruje się pod adresem było nie było ofiary? Dlaczego, pytam. Czy będziemy się godzić na to, by znów, po raz nie wiadomo który, to zło tryumfowało? A dobro było w defensywie?
Pamiętam, jak kiedyś oglądałem w telewizji program rozrywkowy zatytułowany Latający Cyrk Monty Pythona, w którym aktorzy szydzili z sędziów – z poważnych dostojnych, sędziów – którzy rzekomo pod swoimi togami noszą pończochy i damskie majtki, a jak wyjdą z sali sądowej, to mówią do siebie piskliwymi głosami. Nigdy mnie takie żarty nie śmieszyły. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jaki społeczny interes stoi za tego rodzaju humorem. Ale nigdy też nie przypuszczałem, że ten rodzaj obsesji zagości kiedyś i u nas. Że i my dojdziemy do tego rodzaju barbarzyństwa, ze będziemy tropić posłów, senatorów, sędziów i w ogóle – osoby z pozycją i autorytetem, wtykając nasze spocone nosy w najbardziej prywatne i osobiste sprawy. Wstyd!

Leszek Miller kupił sobie nową plazmę

Człowiek- Liczba, mój salonowy kolega znany jako 2,718, pozostawił tu wczoraj komentarz, który mnie postawił na równe nogi. Napisał mianowicie tak: „No proszę - kilka lat temu myślałem, że współczesne apogeum buty i manipulacji mamy za sobą. Teraz jednak próbuję sobie wyobrazić Leszka Millera oglądającego jakiś aktualny serwis informacyjny. Widzę go jak oczarowany wpatruje się w ekran - wargi bezwiednie powtarzają słowa jego mistrzów. Czasami się roześmieje, odruchowo klepnie w uda lub z niedowierzaniem pokręci głową.Na zakończenie audycji westchnie”
Mimo że zajęty byłem akurat rozważaniem kolejnego ataku trolli na ten blog, i ani mi w głowie był Leszek Miller, szczególnie Leszek Miller klepiący się po udach, zamurowało mnie. Po prostu mnie zamurowało. Wiedziałem oczywiście świetnie, o czym 2,718 mówi, sam tu wielokrotnie zwracałem uwagę na niezwykły profesjonalizm tak zwanej „nowej polityki informacyjnej” i też nie raz i nie dwa załamywałem tu ręce nad sytuacją, kiedy to, w sposób całkowicie rewolucyjny, i demokracja i wolność słowa i wolność wyboru i w ogóle wolność zostały użyte na rzecz totalnej represji i zniewolenia. Jednak ten obraz, wyobrażenie Leszka Millera siedzącego przed telewizorem i kręcącego z niedowierzaniem głową na każde słowo i każdą migawkę wypuszczane w stronę biednego telewidza, to – przyznaję – było przeżycie. Pomyślałem więc sobie, że taki Leszek Miller, oglądający TVN24 mógłby w sposób najbardziej pełny symbolizować istotę tego, do czego doszła dziś polityka medialna, czy – szerzej jeszcze – polityka społeczna. Kiedy ów Miller wkraczał na scenę polityczną, był jeszcze stosunkowo młodym komunistycznym działaczem, miał przed sobą wszelkie słodkie perspektywy, które trochę już widział, a też trochę znał z opowiadań starszych kolegów, a jednocześnie sam PRLchylił się ku upadkowi. I, oczywiście, nie mógł wiedzieć młody, komunistyczny działacz, Leszek Miller, że to co nastąpi już za kilka lat, nie dość, że zatrzyma mu dech w piersiach, to jeszcze przyniesie mu i sławę i pieniądze i zwyczajnie – piękne życie. Ale nie mógł tez wiedzieć, że po nim przyjdą inni, wprawdzie już nie jego koledzy, ale ludzie z innej, wyższej półki, którzy pokażą i jemu i wszystkim, jak się prowadzi prawdziwą politykę. A przede wszystkim, co można zrobić z człowiekiem, kiedy ten się niczego nie spodziewa.
Więc za podpowiedzią 2,718, próbuję sobie wyobrazić tego Leszka Millera, jak siedzi przed telewizorem, kręci głową z podziwem i myśli sobie – „Job twoju mać! Tyle straconych wiosen, tyle niepotrzebnego trudu, tyle nerwów. A to takie proste. Po kiego czorta było nam zagłuszać to radio, wysyłać w teren pisarzy i poetów, tę nikomu niepotrzebną cenzurę trzymać? Jak to wszystko takie proste. A kto wie, czy przez tę całą podejrzliwość, nie narobiliśmy sobie tylko większego pasztetu? Że co my im zabrali, to oni – dawaj! – szukać po swojemu. Co my im zakazali, to oni dalej patrzeć jak złodziej jaki. A to przecież, gdyby my się tak nie kryli, to i tego stanu wojennego może i robić nie było po co. A jakby i już my go zrobili, to i przecież cały naród by nas poparł, a może by i nawet niczego nie zauważył”.
Wyobrażam sobie tego Leszka Millera, jak patrzy z otwartą gębą w ekran swojej plazmy i „czasami się roześmieje, odruchowo klepnie w uda lub z niedowierzaniem pokręci głową” i przypomina mi się Aleksander Kwaśniewski i jego ostatnia wypowiedź na temat Jaruzelskiego i jego zasług dla Polski. I myślę sobie, że to jest dopiero hit! To jest news! Wcześniej nawet mi to do głowy nie przyszło, ale dziś już wiem, że to co tak oburza nawet – a kto wie, czy nie przede wszystkim – pracowników stacji TVN-24, to nie jest jakiś pijacki wybryk skołowanego umysłu, ale czysta, szczera i niezwykle celna analiza. Może i Kwaśniewski powiedział za dużo, może był zbyt otwarty, ale dla niego – niewykluczone – to co dziś mamy to faktycznie i autentycznie bezpośrednie dziedzictwo tego, co 13 grudnia 1981 zdecydował się zrobić Wojciech Jaruzelski. Może z punktu widzenia Kwaśniewskiego – a nie ulega wątpliwości, że co by o nim nie powiedzieć, to nie jest jakiś płytki baran – właśnie wtedy, kiedy Jaruzelski ze swoimi generałami wziął za pysk ten biedny naród, to był właśnie początek tego co mamy dziś. Zwróćmy przecież uwagę, że kiedy on mówił o tym, jaki piękny i nowoczesny jest ten budynek TVN-u, jaka śliczna i elegancka i fachowa jest pani redaktor Pohanke, jak cudownie to wszystko działa i jak gładko się kręci, to przecież on ani nie kpił, ani nawet nie żartował. Kiedy on niemal krzyczał, że gdzie byśmy dziś byli, gdyby nie Generał i jego mądry i odważny gest sprzed lat, to on musiał to widzieć właśnie w ten sposób. Przecież to nie jest tak, że Kwaśniewski kocha PRL z Jaruzelskim i z tym całym stanem wojennym, a III RP nienawidzi. On III RP podziwia i szanuje, on patrząc na III RP spuszcza skromnie oczy ze wstydu, on wie, że III RP to jest coś, czemu on może wyłącznie dziękować, on się na III RP nie może napatrzeć, on przy III RP robi się taaaaki malutki. Lecz właśnie tym bardziej dlatego, jemu jest przykro, kiedy ktoś nie chce nawet przyznać, że na początku tego sukcesu stał właśnie Generał ze swoim stanem wojennym.
To właśnie wtedy, z początku trochę na ślepo, trochę nieświadomie, ale jednak to wtedy właśnie rozpoczęła się ta długa, mozolna droga, pełna prób i błędów do Polski, którą mamy dziś. Polski pięknych supermarketów, fantastycznych błyszczących samochodów, cudownych pałaców, w których mieszkają piękni, wykształceni ludzie. No i wreszcie tych różnorakich gazet, kanałów telewizyjnych i tej informacji – pełnej, kompletnej, starannie przygotowanej informacji dla tych wszystkich, którzy interesują się światem i polityką i których w ogóle ciekawi to co się wokół dzieje. Polski demokratycznej, Polski obfitej, Polski będącą wreszcie częścią Europy.
Tak to dziś sobie myślę, musiał widzieć sprawy Aleksander Kwaśniewski, kiedy słyszał jak różni tacy źle mówią o Wojciechu Jaruzelskim. I prawdopodobnie to właśnie – wraz z całą stojącą za jego słowami intencją, całą tą filozofią, całym tym bagażem doświadczeń – sprawiło, że TVN24, dostał na jego słowa cholery, i nie ma dnia, żeby gdzieś ktoś od pana Waltera nie darł mordy na Kwaśniewskiego i jego nikomu niepotrzebne przemyślenia. Bo ludzie oczywiście gówno wiedzą, ale za to my wiemy i to wystarczy, żeby czuć niepokój i żeby dmuchać na zimne. Jeśli wszystko zostało tak starannie przygotowane, a następnie zapięte na ostatni guzik i jest przez całe lata poddawane nieustannej i jakże troskliwej obróbce, to nie po to, by jakiś komuch nam tu wyskakiwał z głupimi uwagami. I psuł robotę.

czwartek, 10 grudnia 2009

No i jak się to panu podoba, panie poeto?

Kiedy wczoraj wspominałem zamierzchły już bardzo projekt zwany popularnie POPiS-em, a jednocześnie skarżyłem się na stan pełnego osłupienia, w którym od pewnego czasu się znajduję, nawet nie przypuszczałem, że nadchodzący wieczór, przyłapując mnie jak co dzień w tym przykrym kształcie, nie dość że potwierdzi moje prawo do tego, bym czuł to co czuję, to jeszcze zachęci do już pełnego zaciągnięcia zasłon. Oczywiście, pojawiały się już wcześniej wokół mnie dowcipne głosy, sugerujące, że nawet jeśli politycy Platformy Obywatelskiej któregoś dnia zaczną krążyć po mieście i – całkowicie otwarcie, z suniętymi z oczu kapturami – zaczną gwałcić i rabować, nie stanie się nic. Świat, widząc bezprzykładność tych zachowań, nawet się nie zdziwi, lecz pochowa się po domach i utonie w codziennych, prywatnych przyjemnościach. Pojawiały się obawy, że już wkrótce, już nic naprawdę nie będzie miało znaczenia, o ile tylko uda się tak kontrolować codzienny rozwój zdarzeń, by na wszelkie niepokojące zakłócenia, reagować natychmiast, przykrywając je albo czymś przyjemnym, lub – jeśli akurat nic miłego nie będzie pod ręką – zwyczajnie odwracając publiczną uwagę w kierunku czegoś choćby nawet i bardziej niepokojącego.
Zupełnie niedawno spotkałem się z opinią, że tak właśnie ma wyglądać coś co już zostało nazwane ‘postpolityką’, choć samo jeszcze znajduje się w fazie początkowej. Że wszelkie poważniejsze plany będą opracowywane i realizowane z dala od świadomości publicznej. Daleko poza tym, o czym można usłyszeć w mediach, czy zobaczyć na ulicach naszych miast. Natomiast, jeśli idzie o same społeczeństwa, one będą wyłącznie poddawane doraźnej obróbce, w postaci delikatnych korekt na poziomie emocji. A zatem, jeśli dotknie nas jakaś szokująca niesprawiedliwość, czy spotkamy się z czymś, co zechce nas po prostu oburzyć, to tylko tu się coś przesunie, tam się coś podmieni, gdzie indziej coś się uzupełni i będzie git. Że rządy już nie będą zobowiązane do przedstawiania rozwiązań i nie będą rozliczane z ich realizacji, i w ogóle nie będą stanowiły strony jakiegoś społecznego kontraktu, lecz – znajdując się już de facto poza społeczną kontrolą – obsługę nastrojów zostawią innym specjalistom i oni już o wszystko zadbają.
A zatem, wiedząc to wszystko, i mając świadomość tego, że przed nami jeszcze wiele niespodzianek, starałem się uciec od wszystkiego, co jest wysyłane w moim kierunku, żeby po prostu zachować emocjonalną równowagę. A więc oczywiście patrzyłem na to co się dzieje, tyle że bez większego zaangażowania, głównie pogrążony albo we własnych myślach, lub zawsze sympatycznych i uszlachetniających rozmowach z bliskimi. I oto wczoraj wieczorem na TVN-owskim pasku pojawiła się informacja, która już później tylko sunęła po ekranie, do samej nocy, że wszystkie szpitale kliniczne, należące do Śląskiego Uniwersytetu Medycznego odmówiły podpisania umów z Narodowym Funduszem Zdrowia. I tyle. Taka wiadomość. Może były jakieś na ten temat komentarze, może ktoś w pewnym momencie wyraził oburzenie, lub gniew z tego powodu – nie wiem – faktem jednak pozostaje to, że te umowy nie zostały podpisane i że ta wiadomość nie wyświetliła się na żółto, tak jak to było w sytuacji gdy Taniec z gwiazdami wygrała była żona Kuby Wojewódzkiego, ani nawet na czerwono.
Wiadomość o tym, że służba zdrowia znalazła się w kompletnej zapaści przesuwała się przed naszymi oczami, w kompletnej ciszy, jak na karuzeli, wśród szeregu najróżniejszych innych informacji i ani nie słychać było wrzasku, ani łomotu, ani nawet skowytu. Na ekranie telewizora zmieniały się twarze, wciąż te same, z tymi samymi uśmiechami, przerywane tymi samymi reklamami, za oknem panował dokładnie ten sam szum co zawsze. I tylko co minutę, czy dwie wracała ta informacja. Że szpitale kliniczne odmówiły podpisania umów z NFZ-em. Ja wiem o co chodzi. Wprawdzie, Bogu Najwyższemu dzięki, i ja sam i moja rodzina nie musimy korzystać z opieki medycznej, ani teraz ani na ogół, szczęśliwie, przez wszystkie nasze wspólne lata. Ale wiem, o co chodzi. Wiem to choćby z tego, co ta sama telewizja pokazała chwilę wcześniej, że gdzieś w Polsce grupa dzieci, poddanych chemioterapii, a jednocześnie chorych na grypę, została pozostawiona bez opieki państwa, jeśli idzie o dalsze leczenie, bo po prostu NFZ nie chce dać pieniędzy, a Ministerstwo Zdrowia uważa, że to nie ich sprawa. Ale wiem to też z rozmowy z pewnym lekarzem, który mi mówi, że szpital, w którym on pracuje jest upiornie pusty, bo z powodu braku pieniędzy, przyjmuje się wyłącznie pacjentów, którzy umierają. I że to jest sytuacja, której on nie może już znieść. Wiem to też z rozmów ze znajomymi, którzy mówią, że nie mogą się zapisać na wizytę do specjalisty, nie z powodu kolejek, lecz dlatego, że tam już nikt nie przyjmuje.
Ale ja też wiem coś jeszcze. Byłem niedawno u dentysty, gdzie musiałem zapłacić za siebie i mojego syna niemal 200 złotych i już po zabiegu, siedziałem z tą dentystką – osobą jeszcze z tamtych czasów – i plotkowałem z nią o wszystkim i o niczym przez pół godziny, i mógłbym pewnie tak tam siedzieć jeszcze kolejne pół godziny, a może i godzinę, bo, jak mnie ona poinformowała, jest pusto, bo ludzie przed świętami nie mają pieniędzy. A więc i tam jest pusto. I w tych szpitalach klinicznych, gdzie ma się coś ruszyć, kiedy wreszcie przejdą one w prywatne ręce polityków Platformy Obywatelskiej, ale też i tam, gdzie już się dziś płaci za najbardziej podstawowe usługi medyczne, jest pusto. Bo pieniędzy albo nie ma państwo, albo ludzie. Mówię o zwykłych ludziach. I to też wiem. Że mówię o zwykłych ludziach.
A więc służba zdrowia, czy – jak wolą te panie w czepkach, szukające w sejmowych korytarzach alibi dla nakręcania swoich osobistych interesów – opieka medyczna, znalazła się w Polsce pod ścianą. To już wygląda na prawdziwy koniec. Szpitale straszą pustkami, w gabinetach specjalistycznych lekarze piją herbatę, którą im przynoszą znudzone panie z rejestracji, w gabinetach dentystycznych też pusto. Tylko apteki pracują pełną parą, sprzedając najtańsze lekarstwa, o których w telewizji powiedziano, że uleczą i z raka i z nadmiaru cholesterolu i uchronią przed zawałem serca. Więcej – pozwolą przespać całą noc, jeśli człowiek nagle się zbudzi i zacznie niepotrzebnie myśleć o nieważnych rzeczach.
No i banki, oczywiście. Tam też ruch. W końcu zbliżają się święta. A choinki już w tym roku pewnie będą jeszcze droższe.
I nic. Siedzimy w swoich fotelach, pogrążeni w rozkosznym przekonaniu, że nic się nie dzieje. Rzecznik Praw Obywatelskich podobno podał minister Kopacz do prokuratury, że nie ma szczepionek na grypę, a biedni prokuratorzy muszą się teraz tym czymś zajmować. A to nam się udał ten dziwny staruszek! Przecież pani minister wyraźnie powiedziała, że trzeba pić herbatę z miodem. Ludzie święci! No na miód to chyba macie? Konstytucja? Że niby co z tą Konstytucją? Normalnie, jest. Ale jak Prezydent nie będzie się upierał, to się ją zmieni. W końcu mądrzejsi od nas mówią, że ona jest sprzed dwudziestu lat, a to przecież było już tak dawno…
Jasna cholera! Ani wybuchu, ani już nawet tego skowytu.

środa, 9 grudnia 2009

O frustracji, której zabrano miskę

Nie wiem, czym to jest spowodowane. Czy po prostu wiekiem, czy może tylko tą zimą, która nie chce się zacząć, czy może tym moim pisaniem w Salonie, tak niekiedy intensywnym i przeładowanym emocjami, że człowiek pozostaje kompletnie wypruty z wszelkich skomplikowanych myśli, a może tak irracjonalnie przeciągającą się kompromitacją projektu o nazwie Platforma Obywatelska? Faktem jest to, że od dłuższego czasu już nawet nie czytam gazet. Mało tego. Od dłuższego czasu, jeśli zaglądam do telewizora, to wyłącznie na tej w sumie mało chwalebnej zasadzie bezmyślnego tonięcia w fotelu ze wzrokiem wbitym albo w ścianę, albo w sufit, albo – w końcu, czemu nie? – w telewizor. Siedzę więc w fotelu, w jednej na ogół pozycji (ciekawe, czy oni już na to zwrócili uwagę) i zastygam. Dobrze, że czasem pod ręką stoi jakaś zgrabna szklaneczka, bo inaczej pewnie w końcu i serce by mi stanęło.
Dobrze też, że jednak myślę. Czym bardziej nieruchomieję, tym więcej myślę. Ale też nie o tym, co z całą pewnością napisano dziś w gazecie, ani nawet o tym, co powiedzieli w telewizorze, ani – o zgrozo! – nawet nie o tym, o czym napisali w Salonie24. Myślę ostatnio albo o książkach, albo o filmach, albo o tym niby-ociepleniu, albo zasyfionym katowickim dworcu, albo o tych wielkich reklamach burdeli, czy wreszcie o kończącej się cywilizacji. O tym zresztą najchętniej. Cała reszta, niezmiennie i coraz szybciej i coraz dalej, zostaje gdzieś z tyłu. Siedzę przed tym telewizorem, znieruchomiały, sączę płyn z moje szklaneczki i nagle w telewizji pojawia się Sebastian Karpiniuk. A ja nic. Siedzę jak zaczarowany i ani drgnę. Po Karpiniuku, jakiś jeszcze bardziej obcy pan i pani, a między nimi problem, który oczywiście rozpoznaję, ale i tu – ani mi oko nie mrugnie. I nagle pojawia się Antoni Dudek z komunistą i wraca nazwisko, które kiedyś tak wiele dla mnie znaczyło, a dziś – szary kisiel. Wojciech Jaruzelski. Po nim znów ktoś – to idzie Lech Wałęsa. Groźnie podkręca wąsa i mówi. A ja sięgam po butelkę i nic.
Szczęście całe, że mam ten Salon, bo by mnie pewnie ta inercja rozerwała na strzępy. Ale tu też czekają na mnie prawdziwe niespodzianki. Wstaję rano, włączam komputer, sprawdzam pocztę, zaglądam do Salonu, a tu… POPiS. Mówią mi, że to już cztery lata, jak się okazało, że nic z tego POPiS-u nie wyjdzie, a zatem kolejna rocznica, którą przydałoby się skomentować. Taka sama jak tyle innych: trzydzieści lat od stanu wojennego, dwadzieścia lat od wyborów, dziesięć od początku upadku czerwonych… A ja wciąż – nic.
Tyle że z tym POPiS-em już nie jest taka prosta sprawa. Otóż okazuje się, że jeśli ja ładnie napiszę, jak się czuję, kiedy słyszę to słowo, mój dobrodziej Igor Janke podaruje mi swoją książkę właśnie poświęconą rocznicy kolejnego upadku, i to w dodatku z autografem. A ja chcę dostać od Igora Janke jego książkę z autografem.
Co mi tam! Pisać umiem, swoje zdanie mam, w domu, jak zwykle rano, pusto. Cóż więc stoi na przeszkodzie, żeby spróbować? Napiszę ten tekst o rocznicy nieudanego eksperymentu o nazwie POPiS. I zrobię to najlepiej jak potrafię, najuczciwiej i jednocześnie tak, by nikt nie poznał, że za tym stoi wyłącznie moja łapczywość na prezenty. Zwłaszcza że – jak mówię – nie takie rzeczy człowiek pisał. Potrafię nawet zrobić tak, że powstrzymam chichot i głęboko schowam wszelkie ewentualne złośliwości, a tym bardziej szyderstwa, które mógłbym skierować pod adresem pana Igora, że on taki już duży, a taki niepoważny. Że zna się na tej polityce, a i pewnie na życiu w ogóle, wie co ważne, a co nie, i co z tej ważności lub nieważności dla nas może wynikać i pisze książkę o POPiS-ie. Przecież to zupełnie tak, jakby ktoś nagle obudził się w środku nocy i pomyślał: „Jasny gwint! Ten Urban! A to z niego ziółko! Trzeba przejrzeć stenogramy jego konferencji prasowych i napisać o tym książkę”. Albo: „No patrzcie tylko! Byłbym prawie zapomniał. Florian Siwicki, ten to był niezły drań. Warto by było chociaż zobaczyć i przypomnieć sobie, jak on wyglądał”.
Żadnych zatem złośliwości. Napiszemy kilka słów o POPiS-ie, tym niefortunnym i kompletnie spalonym eksperymencie, który przed czterema, pięcioma i – o ile dobrze pamiętam – chyba nawet sześcioma laty, tak fatalnie zamieszał nam w głowie tymi pięknymi słowami o współpracy, o gonieniu czerwonego, o pisaniu nowej konstytucji, o naprawie państwa, o tym, że tym razem musi się udać. Bo już nie ma ani Unii Wolności, ani KLD, ani starej i nowej ubecji, Wałęsa już tylko prosi Pana Boga, żeby nikt tylko sobie o nim nie przypomniał, komuniści już prawie w pierdlu, i nawet już – o zgrozo! – społeczeństwo zorientowało się, że Kaczyńscy są jednak w porządku i pozwala obu szybować w sondażach popularności. Kilka słów – słowo daję, że kilka – o tym, dlaczego nie stało się zupełnie nic i dlaczego w związku z tym tak fatalnie wielu się z nas poczuło.
Kiedy dziś się tak tu mądrzę, nie chcę wcale powiedzieć, że mnie tam wtedy w ogóle nie było. Ależ byłem na miejscu, w samym wręcz środku tego przekrętu, byłem tam dokładnie tak samo jak dziesięć lat wcześniej, kiedy powstawał rząd Jana Olszewskiego i jeszcze wcześniej, kiedy wybieraliśmy Lecha Wałęsę na prezydenta i jeszcze wcześniej, kiedy głosowaliśmy na tak zwany Obywatelski Klub Parlamentarny. Ja tam byłem zawsze i jeśli mnie dziś nie ma nigdzie, poza moim fotelem, ze szklanką whisky i wzrokiem wbitym w ścianę, to jest to w pewnym sensie nowość. Byłem tam, pełen nadziei na to, że powstanie ten POPiS, prezydentem będzie Lech Kaczyński, premierem niechby nawet i Jan Maria Rokita i wreszcie będzie tak, jak miało być piętnaście lat wcześniej. Tyle że, jak się okazało, wszystko trafił szlag, bo – jak zwykle – poszło o to, że jedni mają taki plan, a inni inny.
O tym, że nic z tego nie będzie, dowiedzieliśmy się wszyscy już w wieczór wyborczy w tamtą pamiętną niedzielę. Kiedy Platforma Obywatelska jednak, wbrew przewidywaniom większości światłych ekspertów od spraw społeczno-politycznych i wbrew głębokiemu przekonaniu samej Platformy, przegrała wybory i musiała uznać, że PiS – ze swoimi obsesjami i niezrozumiałymi ambicjami – będzie miał cokolwiek w przyszłym rozdaniu do powiedzenia. Dowiedzieliśmy się tego z ust samego Bronisława Komorowskiego, który, na pytanie, jak to teraz będzie, zakomunikował, że jeśli PiS ma jakieś plany, to niech je realizuje z Samoobroną i LPR-em, bo sama Platforma będzie w opozycji. Mimo, że – jak już wcześniej wspomniałem – wszystko co zdarzyło się przed laty, ucieka ode mnie szybko i skutecznie, to akurat pamiętam do dziś. Kiedy Komorowski powiedział, co powiedział, a moją całą radość ze zwycięstwa partii, którą popierałem, zastąpiło najpierw zdziwienie, a później po prostu poczucie głębokiego rozczarowania. I pamiętam też poniedziałek następnego dnia, kiedy kupiłem sobie tygodnik Wprosti już na okładce zostałem poinformowany, że plan się zmienił, bo Platforma w żadnym wypadku nie powinna wchodzić w koalicję z PiS-em. A więc, jeszcze raz – niech PiS rządzi sobie z Lepperem.
I tak już pozostało do dziś. Na początku jeszcze Jarosław Kaczyński wyciągnął na premiera tego nieszczęsnego Marcinkiewicza, że on niby taki nowoczesny i trochę liberał i powinien Platformie się podobać, i obiecał, że większość ministerstw w rządzie będzie miał koalicjant. Że nawet marszałka Sejmu dostaną. Byle tylko chcieli stworzyć wspólny rząd. Wszystko na nic. Bo stary plan został w międzyczasie zastąpiony przez nowy. A był on taki, że PiS zostanie zniszczony. Zniszczony raz na zawsze, starty ze sceny politycznej i wrzucony w otchłań publicznego zapomnienia. Ten PiS, ten prezydent, to wszystko, co się łączy z nazwiskiem Kaczyński i co w sposób tak perfidny i tak nieludzki zniszczyło tak piękny plan. I później już tylko obserwowaliśmy – i obserwujemy do dziś – najróżniejsze próby zrealizowania tej na samym początku już zaplanowanej zemsty.
Patrzyliśmy na te billboardy przygotowane przez RMF i oplatające swoją czarną siecią cały kraj, wzywające różne grupy społeczne do emigracji, później słuchaliśmy, jak Donald Tusk zapowiada powszechny ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa, jeśli PiS jednak zrezygnuje z koalicji z Samoobroną i Prezydent rozwiąże Parlament, później te pielęgniarki grzechoczące w TVN-ie butelkami, i ze zdumieniem witaliśmy i żegnaliśmy każdy nowy dzień, który przynosił kolejną porcję niszczenia partii, która miała czelność wygrać demokratyczne wybory. I tak – jak mówię – do dziś. Mamy tę Platformę Obywatelską, jej premiera, jej ministrów, którzy osiągnęli już każdy możliwy pułap tego, co cywilizowany świat nazywa kompromitacją, a i tak wciąż cała publiczna uwaga jest w gruncie rzeczy skupiona na jednym: zobaczyć gdzieś na odległym wciąż horyzoncie koniec Prawa i Sprawiedliwości. Nawet kiedy już nawet najbardziej zaangażowani członkowie owej Koalicji Szarego Pępka (kto czyta ten blog, ten wie) wiedzą, że ręce mają puste. Ale i tak, cel jest jeden – zobaczyć ten taboret. I go osobiście kopnąć (tu też, kto czyta – ten wie).
Dlaczego tak się stało? To już wspomniałem. Po prostu plan był inny. To nie tak miało być. A plan, kiedy go tworzą ludzie poważni, ma być traktowany poważnie. I ta zasada będzie zawsze egzekwowana z całą surowością. I należy wiedzieć, że człowiek głodny – to człowiek zły. Szczególnie Nowy Człowiek. Nowy Człowiek z Nowego Świata.
Panie Igorze! Można prosić o tę książkę?