poniedziałek, 29 lipca 2013

Cugowskim pod żebro, czyli jak przeżyć upały stulecia

Wróciłem właśnie z trzydniowego pobytu w Sławatyczach, a więc miejscu, o którym pisałem parokrotnie i nigdy chyba nie udało mi się tak do końca opowiedzieć, dlaczego stanowi ono dla mnie coś, co mogę traktować, jak przedsionek Nieba, a przy braku tegoż, jego cudowny substytut. Nie udało mi się, i jako że chyba już tej niemożności nigdy nie pokonam, będę się trzymał zwykłego, apodyktycznego stwierdzenia: to było, jest i pozostanie moim Niebem na Ziemi.
Kiedyś, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, kiedy wszystko było o wiele łatwiejsze i kiedy to chyba każdy z nas czuł się człowiekiem nieskończenie bardziej wolnym, spędzałem tam całe wakacje i nie byłem sobie nawet w stanie wyobrazić, że mógłbym sobie ten czas dać odebrać. Również dużo później, kiedy dzieci były jeszcze małe, a przez panią Toyahową pojawił się też Przemyśl, trzeba było czas dzielić między oba te miejsca, ale wciąż nie mogłem sobie wyobrazić, by nie pojechać do Sławatycz przynajmniej na tydzień. Dziś ten czas straszliwie się kurczy, a ja zauważam, jak łatwo się jest nam przystosować do tego, co konieczne, i jak nagle nawet z głupich trzech dni można wycisnąć naprawdę niewiele mniej, niż to, do czego kiedyś potrzebowałem miesięcy. Ta świadomość, trzeba przyznać, jest trochę straszna, zwłaszcza gdy sobie uświadomić, jak to będzie, gdy nadejdzie czas, gdy będzie nam musiał wystarczyć nie dzień, nie godzina, ale choćby i ta jedna, tak niezwykle intensywna, kto wie, czy już nie ostatnia, chwila. Ale fakt jest faktem – człowiek naprawdę potrafi wiele.
A zatem wróciłem z tych Sławatycz wczoraj późną nocą, dziś rano musiałem wstać o 6 rano, by zasłużyć na ten cholerny powszedni grosz, i teraz próbuję napisać coś, co będzie najbardziej odpowiednie na ten straszny upał, który tu jest tak bardzo dokuczliwy, a na który tam, wśród tych liści, cieni i drewnianych ścian mogliśmy sobie beztrosko gwizdać. A więc coś, co z jednej strony będzie odpowiednio interesujące, a z drugiej nie będzie zmuszało nikogo do szczególnego emocjonalnego wysiłku. Coś w sam raz na ten żar, który wali nas tak bezlitośnie po głowach i wymaga od nas już tylko czystej gnuśności.
Byłem więc przez miniony weekend w Sławatyczach i proszę sobie wyobrazić, że tak jak każdego roku, wybrałem końcówkę lipca. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że to wciąż lipiec a więc jeszcze kilka dni, kiedy mogę się bezpiecznie napić z moim kuzynem, który, jako osoba niezwykle religijna, w sierpniu nawet nie spojrzy na otwartą flaszkę, natomiast drugi związany jest z tym, że ostatni weekend miesiąca to zawsze tak zwane „Dni Sławatycz”, które akurat dla mnie nie stanowią żadnej konkretnej okazji, ale zawsze można pójść na miejscowe boisko piłkarskie, spotkać starych znajomych, i sobie bezkarnie – i za darmo! – popróbować lokalnych przysmaków. Ale nawet i bez tego, hasło „Dni Sławatycz” jakoś przyciąga: Przyjedź. Będą „Dni Sławatycz”. Pójdziemy na stadion. Popatrzymy, jak się dziewczyny wystroiły.
Tym razem było tak, że przyszedł pan Bolek, który ma już 92 lata i tym razem już zupełnie na poważnie zapowiada, że nie dożyje wiosny, myśmy ten stadion sobie odpuścili, ale za to, z czystej troski o jego zdrowie, namówiliśmy go, żeby się z nami napił czegoś normalnego, on się z oporami zgodził, no i było przyjemnie. Potem, już późnym wieczorem, poszliśmy jednak ów stadion zobaczyć, żeby się dowiedzieć, co słychać… i okazało się, że to jest końcówka. Była oczywiście jedna i druga karuzela, stoiska z lokalnymi produktami wszelkiego rodzaju, ławy gotowe na przyjęcie miłośników piwa „Perła”, a nawet estrada, na której występował jakiś lokalny artysta typu, na ile jestem w stanie to dobrze nazwać, elektro-disco-dance-techno, natomiast poza nami nie widać było, by okazja przyciągnęła wiele osób. Aż boję się o tym myśleć, ale nie wykluczam, że na sobotni wieczór Polsat mógł przygotować ofertę znacznie ciekawszą. Życie.
Zwróciłem natomiast uwagę na coś moim zdaniem niebywale ciekawego. Zanim jednak przejdę do rzeczy, muszę zrobić pewną dygresję. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, bardzo dużo i często słucham muzyki. Na koncerty, z różnych względów regularnie nie chodzę, ale, owszem, niekiedy mi się zdarza. Weźmy taki, organizowany w Katowicach Off Festival, na który polazłem w zeszłym roku, rok wcześniej, i, o ile dobrze pamiętam, trzy lata temu również. To co mnie za każdym razem doprowadzało do szewskiej pasji, to fakt, że większość występujących artystów był nagłośniona skandalicznie źle. I nie mam tu na myśli tylko tych bardzie podrzędnych grajków, ale nawet największe gwiazdy. Nagłośnienie stanowiło zawsze największą plagę. Ktoś kto się na sprawie nie zna, może pomyśleć, że nie ma nic prostszego. Wystarczy odpowiednio podkręcić odpowiednie instrumenty i szafa gra! Za cicho są bębny, dajemy głośniej bębny; nie słychać basu, wzmacniamy bas; wokal jest zagłuszany dajemy więcej pary na mikrofon. Nic bardziej mylnego. Nagłośnienie to osobny dział sztuki muzycznej, i stąd się bierze to, że są koncerty, na których nie da się wytrzymać, bo albo czegoś nie słychać, albo coś nam zagłusza całą resztę, albo bas jest tak wibrujący, że po paru minutach chce się zwyczajnie wymiotować. I, jak mówię, dotyczy to wszystkich, niezależnie od klasy, sławy i pieniędzy. Opowiadał mi kolega z Kolonii o koncercie, jaki dawał w jego mieście sam Prince, a który musiał został przerwany po 10 minutach przez samego „bossa”, z takim skutkiem, że ostatecznie dźwiękowcy zostali wyrzuceni z pracy, a latami wyczekiwany koncert szlag trafił.
Przyszliśmy na stadion w Sławatyczach, grał ów nieznany mi elektroniczno-disco-techniczno-dance’owy artysta, a ja już w momencie zbliżania się na miejsce, słyszałem, że dźwięk jest idealny, wręcz krystalicznie czysty. Ani zbyt głośny, ani za cichy, w sam raz, by go było doskonale słychać z każdego miejsca stadionu i najbliższej okolicy. Sama muzyka, wiadomo, to było jakieś byle co, natomiast nagłośnienie – widać było od samego początku, że oni mieli dźwiękowca, który znał się na swojej robocie najlepiej na świecie. A zatem, można było bez ryzyka błędu obstawiać, że oni to co robią – jakkolwiek byśmy się do danego stylu i tych akurat muzycznych gustów ustawiali – traktują z najwyższą powagą. Oni wiedzą, że mają występować na stadionie w Sławatyczach, dla nie wiadomo ilu ludzi, i że nie mogą sobie pozwolić na żadną fuszerkę.
Niedawno przy jakiejś okazji tu na blogu ktoś postawił pytanie, czy ja wolę zespół Weekend z ich piosenką „Ona tańczy dla mnie”, czy folkowe propozycje Kapeli ze wsi Warszawa, i ja bez mrugnięcia okiem odpowiedziałem, że oczywiście wybieram Weekend. Ktoś pewnie pomyślał, że to pewnie dlatego, że ja wybieram ludzi, kto wie, czy nie takich jak my, jeśli ich tylko postawimy przeciwko bandzie satanistów. Otóż to oczywiście też, ale nie przede wszystkim. Rzecz w tym, że, co by nie mówić o tych disco polowcach i ich przeboju, to jest w swoim gatunku prawdziwa klasa, a oni w tym, co robią, są nieskończenie bardziej uczciwi nie tylko od tych wariatów zasadzających się na całą chrześcijańską kulturę ze swoimi czarami i gusłami, ale od wielu, wielu innych, tak zwanych „ambitnych” artystów.
Miniony tydzień upłynął nam częściowo na dyskusji, co tu zrobić z paroma „naszymi” autorami, którzy postanowili się sprawdzić w krótkim opowiadaniu kryminalnym i uznali, że się przed nami popiszą na łamach opanowanego przez siebie tygodnika „Sieci”. Jednak w tym samym numerze „Sieci” pojawiło się jeszcze coś – wywiad mianowicie z liderem słynnej grupy muzycznej, a wcześniej, przez jakiś czas nawet senatorem Prawa i Sprawiedliwości, Krzysztofem Cugowskim. Wywiad, dokładnie taki sam, jak jego bohater, natomiast znalazł się tam pewien fragment, który mnie zainteresował. Otóż w pewnym momencie Ryszard Makowski, wydelegowany przez „Sieci” do tej rozmowy, pyta Cugowskiego o piosenkę „Sen o dolinie”, która w pewnym sensie otworzyła zespołowi drogę do kariery, a która została napisana do, za granicą, owszem, jednak w Polsce wówczas kompletnie nieznanej, melodii równie znanego i jednocześnie nieznanego Billa Withersa „Ain’t No Sunshine”. Makowski oczywiście na ten temat nie wie nic, więc gada coś o rzekomym plagiacie, podczas gdy problemem nie był żaden plagiat, ale zwyczajnie tekst napisany do cudzej melodii, tyle że nie podpisany nazwiskiem autora. To jednak co nas interesuje, to reakcja Cugowskiego. Otóż Cugowski wyjaśnia, że przecież oni wcale nie ukrywali tego, że to jest piosenka Withersa z polskim tekstem, tyle że ze względu na to, że (ja nie żartuję!) w komunie nie wolno było śpiewać zagranicznych piosenek, oni musieli przeprowadzić pewien bardzo chytry „myk” i jako autora muzyki wpisali jakiegoś fikcyjnego Wilhelma Kępy. Że to niby taki polski Bill Withers. Bo gdyby tego nie zrobili, to, jak rozumiem, piosenka nie mogłaby się ukazać.
Każdy z nas, gdyby trzeba było wziąć udział w konkursie na wytypowanie największej bezczelności minionego 50-lecia, miałby coś swojego do opowiedzenia. Jak idzie o mnie, ja chyba wybiorę Cugowskiego i numer z tym „Kępy”. Budka Suflera debiutowała w roku 1974 i w tym samym roku któryś z nich wpadł nas pomysł, żeby zaśpiewać po polsku tego Withersa, jako ich oryginalny numer. Rok 1974 to już, jak wiemy, mocno rozpasany Gierek, więc nie ma mowy o tym, by jakiś Walicki, albo inny ubek, wyskakiwał z hasłem „Polska młodzież śpiewa polskie piosenki”, ani tym bardziej, by tego typu hasło zostało przez kogokolwiek potraktowane serio. Zresztą już nawet w latach 60 słynni Polanie jedną stronę swojej płyty poświęcili własnym wersjom słynnych przebojów angielskiego i amerykańskiego rocka, śpiewanych w dodatku po angielsku, i nikt ani nie protestował, ani sprzedaży tej płyty nie zakazywał. A taki Michaj Burano, o ile pamiętam, nie wspominając o wczesnym Niemenie, śpiewał wyłącznie amerykańskie i angielskie przeboje i nie musiał udawać, że to jest polski folklor cygański. Tymczasem mamy rok 1974, Budka Suflera robi ten najbardziej geszeft z „Ain’t No Sunshine”, a dziś, Cugowski na łamach konserwatywnego, prawicowego tygodnika bezkarnie plecie jakieś androny o gierkowskiej cenzurze, która mu nie pozwoliła się przyznać, że on śpiewa numer jakiegoś zagranicznego artysty.
A więc to jest właśnie prawdziwy kłopot. Nie że tamci są „nie nasi”, a nasi są „nasi”. Nie jest też w ogóle niczym znaczącym to, że jakaś Nosowska tworzy podobno muzykę „ambitną”, podczas gdy inni cwaniacy z Białej Podlaskiej próbują się wbić w rynek wiejskich dyskotek. Rzecz w tym, że ten podział jest najzwyczajniej w świecie do niczego. Bo w ostatecznym rozrachunku możemy się nagle dowiedzieć takich rzeczy, że lepiej nam w ogóle było się tą muzyką nie zainteresować. Nie tylko zresztą muzyką. A Krzysztof Cugowski jest tu zaledwie jednym – co z tego, że szczególnie drastycznym – przypadkiem. Jak wielu, wielu innych, na wszelkich poziomach życia publicznego.

Tekst jak tekst, w sam raz na ten prześliczny, letni wieczór. Ze swojej strony proszę o nas nie zapominać i w miarę możliwości nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 27 lipca 2013

Mały Książe na karuzeli

Ponieważ od wczoraj jestem u siebie na wsi, a ze względu na to, że w niedzielę wieczorem muszę być znów Katowicach, staram się te niepełne trzy dni wykorzystać maksymalnie intensywnie, nie pisałem nic ani wczoraj, ani też przedwczoraj. Wyrzuty sumienia mnie jednak gryzą, więc dziś, nieco wczesniej niż zwykle, wklejam najświeższy felieton dla "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, ze się spodaoba. No i obiecuje, że w poniedziałek zaczynam działać jak zawsze, a więc na okrągło.

Po wielu tygodniach napięcia, jakie opanowało świat, w tym oczywiście Polskę, narodził się przyszły król Brytyjczyków. Onet.pl poinformował o tym tytułem „Cała Polska na to czekała”, i nie oszukujmy się: skoro tak, to znaczy, że coś w tym być musi. Nawet jeśli nie cała, to znaczna jej część na to autentycznie czekała.
Oczywiście, jak to się zwykle dzieje w sytuacji, kiedy Brytyjczycy mają jakieś swoje święto, i ono cały świat stawia na równe nogi, pojawia się grupa bardzo, w swoim mniemaniu, inteligentnych, komentatorów, którzy natychmiast zaczynają się wywyższać nad proste pospólstwo, sterowane przez perfidne media, i pysznią się, jak to oni mają dość.
Zapluwają się owi przebiegli komentatorzy z satysfakcji, jak to przyłapali kulturę pop na głupstwie, i ani im w głowie, że to nie pop wykreował ową ogólnoświatową histerię, tylko sami Brytyjczycy ukształtowali przekaz popularny w taki sposób, że narodziny ich króla muszą być newsem dla całego świata. Ani jeden z nich, kiedy tak patrzy na tę ogólnoświatową ekscytację, i wyrzuca z siebie owe pogardliwe bon moty, nie pomyśli choćby przez chwilę, że każdy z nich jest od początku do końca wynikiem planu, na który on nie miał choćby najskromniejszego wpływu.
Na czym bowiem polega problem? Żeby to lepiej zrozumieć, przypatrzmy się czemuś, co się nazywa powszechnie „Londyńskim Okiem”, stoi w centrum Londynu i jest zaledwie karuzelą, jakich setki na całym świecie, a która tradycyjnie określamy, jako „diabelski młyn”. To jest coś, co znajduje się choćby w chorzowskim Parku Kultury, tyle że nieco większe, a przez swoje kompletnie bezsensowne położenie, budzi wyłącznie zdziwienie.
Użyłem słowa „budzi”, podczas gdy fakt jest taki, że akurat już nie budzi. Owa karuzela zdziwienie, a nawet w pewnym momencie pewnego rodzaju zażenowanie budziła, tak się jednak jakimś cudem stało, że już nie budzi. Dziś owo „oko” jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych architektonicznych obiektów na świecie, tak jak budynek opery w Sydney, wieża Eiffela, czy Mur Chiński. Przypominam – mówimy o zwykłej karuzeli, jakich setki na całym świecie.
Jakimś niezbadanym i nieopisanym manewrem, Brytyjczycy, niemal z roku na rok, sprawili, że nie dość, że to ich „oko” jest przedmiotem kultu na całym świecie, to każdy odwiedzający Londyn turysta czuje się w obowiązku wydać 20 funtów, czy nawet i więcej, żeby na to wleźć i móc powiedzieć, że tam był. Oto, jak Brytyjczycy, mając do dyspozycji wyłącznie przekonanie o swojej wielkości i kompletny brak jakichkolwiek kompleksów, potrafili światu sprzedać karuzelę.
A my się śmiejemy, że świat oszalał, i emocjonuje się narodzinami brytyjskiego króla? Jak idzie o mnie, to ja mam apel do moich rodaków: może choć raz spróbujmy wyciągnąć wnioski z tego, co nam postawiono przed samym nosem. W dodatku z pełnym opisem dla tych, co akurat przeżywają pewne intelektualne załamanie.

Tym wszystkim, którzy byli ze mną przez ostatnie dni, bardzo serdecznie dziękuję i proszę nie odchodzić. Bez Waszego wsparcia ten blog by nie istniał.

środa, 24 lipca 2013

Czy ktoś nam wymienił zamki?

Jak z pewnością stali czytelnicy tego bloga pamiętają, wśród kwestii, o których można by powiedzieć, że stanowią pewną moją obsesję, z obsesyjną, nomen omen, regularnością powraca sprawa banków i ich roli w naszym życiu społecznym. Ponieważ, podobnie zresztą jak w 99 procentach wszelkich innych zagadnień o charakterze technicznym, na temat ekonomii mam pojęcie niemal zerowe, nie umiem też dyskutować w temacie banków na poziomie innym, niż czysto emocjonalnym, a więc to, o czym będę dziś pisał proszę traktować, jako bardzo luźne refleksje, do których oczywiście jestem bardzo przywiązany, ale zaledwie refleksje.
Otóż – i w tej sprawie też już składałem wielokrotne deklaracje – mam głęboką pewność, że gdybym z jakiegoś powodu miał nagle przedstawić listę pięciu największych podłości tego świata, to kto wie, czy w tej piątce nie znalazłaby się lichwa, a więc oczywiście banki. Gdyby ktoś mnie poprosił, bym wskazał pierwsze trzy rzeczy, które należy uczynić, żeby świat się stał lepszy, na trzecim, a kto wie, czy nie na drugim miejscu znalazłoby się zdelegalizowanie lichwy, a więc oczywiście zburzenie wszystkich znajdujących się na kuli ziemskiej banków. Jeśli sprawa by tego wymagała, nawet bez uprzedniej ewakuacji personelu. Jeśli wreszcie ktoś mi powie, że nie mam pojęcia, o czym mówię, i zacznie mi tłumaczyć, jak to bez systemu bankowego życie na ziemi zwyczajnie przestanie istnieć, powiem mu, żeby swoje nauki wsadził w nos, bo ja w tę katastrofę zwyczajnie nie wierzę, i gadanie o niej uważam za wyjątkowo bezczelną propagandę. Moim zdaniem, gdyby w tym momencie wszystkie banki – niechby tylko ich centrale – zostały wystrzelone w kosmos, świat by wyłącznie odetchnął z ulgą.
Kiedy pracowałem w szkole, miałem ucznia, który był ciężko uzależniony od narkotyków. Nie wiem, czy on to wie – choć sądzę, że wie – ale to akurat za moją sprawą jego uzależnienie zostało upublicznione, a on został wyrzucony ze szkoły z obietnicą, że będzie się mógł reaktywować, jeśli uda się na leczenie, ale tak właśnie było. Po roku pobytu w ośrodku, on wrócił do szkoły, zdał maturę, potem wyjechał do Irlandii, z owej Irlandii wrócił, zorganizował tu sobie jakieś życie, no i kiedyś go spotkałem, starannie wyszykowanego, jak szedł ulicą i – jak mi powiedział – próbował naiwnym ludziom wciskać karty Citi Banku. Jako osoba doświadczona, powiedziałem mu, żeby spróbował szkoły, na co on ze smutkiem pokręcił głową, że nic z tego – szkoły są już w całości obstawione. Tak naprawdę, wszystko jest już obstawione i nie bardzo widać realne możliwości rozwoju. A więc, wygląda na to, że on tę robotę już na dniach straci.
Pisałem o tym już też, czy to na blogu, czy w którejś z książek, więc nie będę się w tej kwestii dalej rozpisywał, natomiast chciałbym wskazać na inny nieco aspekt działalności banków, poza zwykłym udzielaniem konsumpcyjnych, czy celowych kredytów i sprzedawaniem kart, mianowicie obsługiwanie sprzedaży ratalnej. Jak wiemy – a wiemy to z pewnością wszyscy, bo każdy z nas miał nie raz okazje widzieć ludzi, którzy wyjeżdżają spod jakiegoś Media Marktu, czy Saturna, z potężnym kartonem – pomysł jest taki, że mamy ochotę na telewizor, czy lodówkę, idziemy do najbliższego hipermarketu, przedstawiamy dowód osobisty, pani za ladą sprawdza naszą wiarygodność finansową, i wracamy do domu, bogatsi o kolejny sprzęt. Przez najbliższe 12, czy 24 miesiące wysyłamy na podany numer konta jakąś drobną, lub mniej drobną, sumę, i wreszcie jesteśmy wolni i gotowi do kolejnego zakupu.
Może się oczywiście okazać, że nie jesteśmy w stanie uregulować długu i wtedy dany bank wchodzi na nasze konto, wszystko, co mu się należy, odbiera i szafa gra! Nas jednak – i jak podejrzewam banki przede wszystkim – interesują nie ci, którzy nie mają jak spłacać, ale ci, co spłacają i sobie świetnie z owym spłacaniem radzą. Co zrobić, żeby tych też wziąć za gardło? Co zrobić, żeby przede wszystkim tych wziąć za gardło? Co zrobić z tymi, którzy poczuli się na tyle mocno, że nie dadzą sobie wcisnąć głupiej karty kredytowej Citi Banku? W końcu to oni są nadzieją tego interesu; ci do końca zbankrutowani i tak są na straty.
Każdy z nas, który mieszka w mieście wie, że w ostatnich latach głównie trzy biznesy odnotowały wzrost: pierwszy, to wspomniane banki, drugi – lombardy, trzecie – nocne sklepy z alkoholem. Zniknęły księgarnie, drobne sklepy spożywcze, ciastkarnie, sklepy papiernicze, niektóre lokalne sklepy mięsne; banki, lombardy, i oczywiście nocne sklepy kwitną. Jak idzie o banki – każdy, kto ma z nimi do czynienia choćby w sposób pośredni, wie też, że one stają wręcz na głowie, żeby ludzie pożyczali od nich pieniądze. Bez żadnych praktycznie zabezpieczeń, bez dokumentów, bez zaświadczeń. Wystarczy przyjść i podpisać umowę.
Tu mam do opowiedzenia pewną anegdotę. Zaszedłem kiedyś do banku, który mnie obsługuje, i oczywiście dziewczyna, która tam pracuje zaproponowała mi kredyt. Kiedy jej odpowiedziałem, że to nie wchodzi w grę, bo ja akurat muszę dbać o to, by spłacić do końca moje bieżące zobowiązania, a nie troszczyć się o kolejne, ona się uśmiechnęła i powiedziała: „Ależ my się o nie zatroszczymy za pana”. Mądre te dzieci dziś, jak nie wiem co.
A więc wygląda na to, że mamy kryzys i nie tylko my musimy sobie radzić. Otóż wszystko wskazuje, że ci specjaliści od kart sobie poradzili. Jak już pisałem, nasza najmłodsza córka, uczennica modelowo zła i leniwa, zdała maturę, a następnie dostała się na studia. Zanim jednak do tego doszło, cała rodzina żyła w głębokim przekonaniu, że ona, nawet jeśli jakimś cudem ukończy to liceum, to nie dość, że się nie dostanie na żadne studia, to nawet nie zda matury. Aby ją jakoś zmobilizować do wysiłku, obiecaliśmy jej, że, jeśli ona tylko zda maturę, dostanie wymarzony laptop. No a ona ją wzięła i zdała. Ot tak! No i trzeba jej było kupić ten laptop. Oczywiście na raty. I oto, proszę sobie wyobrazić, że dziś system sprzedaży ratalnej nie funkcjonuje tak jak funkcjonował przez lata. Dziś on jest już jednoznacznie związany z kupieniem tak zwanej karty kredytowej. Na czym to polega? Sprawa jest prosta. Przychodzimy do sklepu, wybieramy laptop, podpisujemy dokumenty, pani za ladą sprawdza, czy przypadkiem nie jesteśmy już poza marginesem, daje nam ten laptop… plus kartę, na którą mamy spłacać swoje raty. Wszystko, co spłacimy, jest oczywiście do naszej natychmiastowej dyspozycji, a jeśli będziemy odpowiednio czujni, to po roku mamy nadal tę kartę, na niej czystą, żywą gotówkę do wydania, a z boku bank, który nas nienawidzi. Bo zamiar wcale nie był taki, byśmy zostali z tymi pieniędzmi. Zamiar był taki, byśmy tego laptopa nie spłacili do końca życia; bo przecież wiadomo, że pieniądze zawsze się przydadzą; zwłaszcza gdy istnieją w formie jakiegoś kawałka plastiku.
A więc, jak już wspomniałem, banki sobie jakoś poradziły z problemem, który mój były uczeń określił przy pomocy zdania: „Wszystko już obstawione”. Okazuje się, że nie wszystko. Wystarczyło trochę pomyśleć i sposób, jak można wejść nam prosto do naszych domów został pięknie opracowany. Mamy ich więc już u siebie. W przedpokoju. Za chwilę wejdą do środka. Bądźmy przygotowani. Zwłaszcza, że to z pewnością nie koniec.
No i najważniejsze: szykujmy broń. Wedle uznania.

Bardzo proszę o nas nie zapominać, wspierać ten blog i nie odchodzić. Dziękuję.

wtorek, 23 lipca 2013

Nie dać się zgrilować

Któregoś dnia, już jakiś czas temu, stałem sobie na przystanku autobusowym na mojej ulicy, czekając na autobus, który zawiezie mnie do Szopienic na lekcje. I oto obok mnie pojawiła się rodzina w składzie pan, pani i mała dziewczynka. Rodzina, jak rodzina – pełny standard, a więc coś, co mogło przypominać dom tak zwanej „mamy Madzi”, jeszcze zanim Madzia została zamordowana, a jej mamusia i tatuś trafili pod opiekuńcze skrzydła specjalistów od wizerunku. To, co jednak zwracało szczególną uwagę, to fakt, że pani tego pana najzwyczajniej w świecie bluzgała, równie najzwyczajniej w świecie lejąc po pysku. Mocno, metodycznie, i, co ciekawe, celnie. Nie wiem, o co ona miała do niego pretensje, bo ograniczała się wyłącznie do wyzwisk i gróźb, a on z kolei się praktycznie ani nie bronił, ani nawet nie odzywał, pokornie znosząc ciosy. A już jak idzie o dziecko, to ono w ogóle nie wyglądało jakby było sceną choćby w minimalnym stopniu zainteresowane.
Ale było jeszcze coś, co mnie uderzyło. Otóż zarówno ja, jak i inne osoby, które sobie stały na tym przystanku czekając na swoje autobusy, patrzyliśmy na to, co się dzieje z pełnym zażenowania zainteresowaniem, i to wszystko. Nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy powiedzieć tej pani, żeby przestała tłuc swojego męża, bo on taki biedny, albo bo po prostu nie wypada. A więc obserwowaliśmy incydent, a ja w końcu, usłyszawszy jeszcze tylko, jak owa pani obiecuje swojemu mężowi, że jak idzie o dzisiejszą noc, nie ma na co liczyć, wskoczyłem do swojej dwunastki i odjechałem.
Jestem pewien, że część czytelników, zwłaszcza ta sprytniejsza, w tym momencie krzyknie, że oni wiedzą, do czego ja zmierzam, i żebym nie liczył na to, że mi pójdzie tak łatwo, bo bywa odwrotnie, i to wcale nie rzadko. Tyle że ja się jak najbardziej tu zgadzam: owszem, bywa odwrotnie. Prawie. Otóż innego dnia, pamiętam, że to było niedzielne przedpołudnie, szedłem sobie ulicą, jak to w niedzielny poranek, dość pustą, i oto minęła mnie para – tak jak poprzednia, w dość jednoznacznym standardzie, tyle że dziewczyna niosła jakąś smutną, czerwoną różę. W pewnym momencie chłopak coś do niej powiedział, ona dostała cholery, porwała tę różę na strzępy i wrzasnęła do niego coś w stylu: „Gdzie znajdziesz taką dziewczynę, jak ja?” I proszę sobie wyobrazić, że on, zamiast się rozpłakać, zaśmiał się szyderczo i rzucił z miną obojętną: „Na pierwszej lepszej imprezie”. W tym momencie ona się na niego rzuciła, klnąc jak szczególnie ordynarny szewc, i zaczęła go lać po łbie, po plecach i po wszystkim, w co umiała trafić, a on szedł przed siebie, nie zwracając na nią uwagi. Kiedy ona się zmęczyła, postanowiła go kopnąć w tyłek, niestety tu już jej poszło znacznie gorzej, przewróciła się, a on nie patrząc na nią poszedł dalej. Dziewczyna wstała, poryczała się i z policzkami uświnionymi czarnym tuszem pobiegła za nim. W tym momencie zadzwonił jej telefon, ona się natychmiast uspokoiła, wzięła swojego chłopaka pod rękę i zaczęła wesoło gawędzić. A więc, jak mówię – bywa też inaczej. Są też związki jak najbardziej udane.
Tak już na marginesie, biorąc pod uwagę, że ta pani z przystanku, traktowała przymuszenie swojego męża do jednorazowej abstynencji, jako karę wyjątkową, ten związek też mógł rokować nienajgorzej.
Czy zdarzyło mi się kiedykolwiek w życiu zobaczyć, jak to mężczyzna leje kobietę? Jak najbardziej. Na filmie. Nazywał się „Enough” i chodziło o to, że Jennifer Lopez ma córeczkę i męża skurwysyna, który traktuje ją jak szmatę, biję, gwałci, dręczy, ale ona ostatecznie ma już wszystkiego dość, zapisuje się na kurs walk wschodu, no i po długiej i niezwykle zaciętej walce sukinsyna zabija. Otóż ja mam wrażenie, że z osób, z którymi się spotykam na tym blogu, nie tylko ja widziałem ten film, i nie tylko na mnie on zrobił wrażenie. Podejrzewam wręcz, że na wielu z moich znajomych on zrobił wrażenie jeszcze większe niż na mnie. Powiedziałbym, że znacznie większe. Wrażenie takie wręcz, że niektórzy uznali, że opisana w filmie sytuacja stanowi standard. I to nie tylko w takiej Ameryce, ale jak najbardziej u nas, w Polsce. Powiem szczerze, że niektórzy z nas nie tylko obejrzeli ten film, ale wiele innych, równie interesujących, jednak nie tylko traktujących o mężach, którzy biją swoje żony, ale o gwałcicielach, którzy mordują prostytutki, rodzicach, którzy gwałcą swoje dzieci, a nawet o dzieciach, które mordują inne dzieci. I nie dość, że wszystko to, co tam zobaczyli, uznali za prawdę o naszym świecie, to jeszcze postanowili, że nie będą stać bezczynnie, tylko postarają się to zło zwalczyć.
Ja tu oczywiście, co pewnie dało się już dawno bez trudu zauważyć, ironizuję, jednak bardzo bym nie chciał, by ktoś pomyślał, że moim zdaniem nie ma kobiet dręczonych przez mężczyzn, i dzieci molestowanych seksualnie przez starszych, nawet jeśli owi starsi, to ksiądz proboszcz. Jestem pewien, że zarówno z jednym, jak i drugim rodzajem perwersji, wciąż musimy się to tu to tam borykać. Mało tego. Jestem głęboko przekonany, że ludzki grzech, czy zaledwie ludzki obłęd, potrafi sięgnąć wręcz gwiazd. Przecież nie sposób uznać, że to, o czym niekiedy czytamy, a więc że oto gdzieś jakaś mama, czy jej kochanek zatłukli na śmierć dziecko, to czysta propaganda. Tego typu przypadki mają miejsce. Powiem więcej: jestem pewien, że prawdziwa była również tamta historia o jakichś dwojgu dwudziestolatkach, którzy swoje dziecko upiekli w piekarniku. To się z całą pewnością zdarzyło. To się niewątpliwie zdarzyło. Oni to dziecko zapakowali do piekarnika i je upiekli.
Pozwolę sobie na moment zatrzymać się przy tym ostatnim nieszczęściu. Pamiętam, jak usłyszałem o tym po raz pierwszy, i zacząłem sobie zadawać pytanie, dlaczego? Co się musiało takiego stać, by on, czy ona – nieważne – wpadli na tak koszmarny pomysł i go zrealizowali? Odpowiedź zresztą otrzymałem natychmiast. Oni byli pod wpływem narkotyków. Jakich? Też nieważne. Z tego co wiem, jak dobrze trafić, to wystarczyć może nawet zwykła marihuana, tak ostatnio reklamowana choćby przez telewizję TVN24. Rzecz w tym, że oni się zaćpali i w pewnym momencie uznali, że to dziecko to diabeł, czy czarownik, a może jakiś po prostu wróg z jakiejś komputerowej gry, no i postanowili się bronić. A więc niewykluczone, że problemem nie jest to, że ci młodzi byli jakoś szczególnie agresywni, lub ewentualnie pozbawieni uczuć, czy zwykłego współczucia. Jest też możliwe, że im nie brakowało podstawowej świadomości, czym jest rodzicielstwo, lub choćby opozycja dobro-zło. Oni to wszystko mogli na co dzień bardzo dobrze rozumieć, tyle że się czegoś nażarli i od tego dostali pomieszania zmysłów.
Wróćmy do, opisanej przeze mnie na początku, historii z kobietą na przystanku autobusowym, lejącą swojego męża. Czy ona była zaćpana, czy choćby pijana? Z tego, co mogłem zauważyć, nie. To raczej on był lekko przypity. Ona tylko miała do niego o coś żal – może właśnie o to, że znów, zamiast pomalować okna, poszedł z kolegami na piwo – i dlatego postanowiła mu nakłaść po pysku, a z obojętnej reakcji tego dziecka, mogłem wnioskować, że to w tym domu był standardowy sposób wyjaśniania sobie nieporozumień. Patrząc zresztą na samo dziecko, nie miałem wrażenia, by ono było jakoś szczególnie źle traktowane, jeśli oczywiście przyjmiemy, że stałe oglądanie upokarzanego publicznie tatusia oznacza traktowanie normalne.
Czy z kolei tych dwoje w niedzielne przedpołudnie – a więc ten zobojętniały chłopak i ta dziewczyna z rozmazanym tuszem do rzęs, byli pijani, lub zaćpani? Też raczej nie. Ona go po prostu sprała, bo ją niegrzecznie potraktował, a on przyjął ten atak furii z obojętną rezygnacją.
Jestem pewien jednak, że gdyby stało się jakimż cudem tak, że on by zaczął ja publicznie wyzywać – choćby wyzywać – lub, nie daj Boże bić, nie uszło by mu to na sucho. Jestem pewien, że prędzej czy później znalazłby się jakiś napakowany byk, który by mu za to, co robi, zwyczajnie wpieprzył. Dlaczego? Bo bicie kobiet nie jest – w Polsce przynajmniej – przyjętym zwyczajem. Podobnie jak gwałcenie małych dzieci. I to nawet w wykonaniu księży. Powiem więcej. Przynajmniej w Polsce, nie jest zwyczajem gwałcenie młodych dziewcząt, dorosłych kobiet, i przystojnych chłopców przez innych przystojnych chłopców. To wszystko jest, póki co, tak zwana perwersja, a więc wynaturzenie, a więc egzotyka. W dodatku, jak podejrzewam, w dziewięćdziesięciu procentach powodowana przez wódę i dragi.
Czemu o tym wszystkim piszę? Z jednego tylko powodu, w dodatku powodu, który przez wielu może być uznany za zbyt trywialny, by służyć tu, jako usprawiedliwienie. Otóż przy okazji moich dwóch ostatnich notek, jakie zamieściłem w Salonie24, obu poświęconych bezużyteczności psychologii, jako nauki i praktyki, jeden z naszych kolegów skierował do mnie pretensję, a inny go w jednej chwili poparł, że bardzo niesłusznie traktuję psychologów z taka wzgardą, bo ich praca jest właśnie niezwykle potrzebna. W dobie, bowiem, kiedy mamy tyle przypadków molestowania seksualnego dzieci i stosowania przemocy wobec kobiet, ich obecność na posterunku jest wręcz nie do przecenienia. Otóż moim zdaniem sytuacja, w której tego typu głupstwa głoszą już nie tylko medialni propagandziści i przylepione do nich organizacje feministyczne, ale również niektórzy z nas, świadczy o tym, ze hasło „przemoc w rodzinie” ostatecznie się w publicznej świadomości skutecznie bardzo zapisało. A jeśli nagle się okazuje, że dla części z nas – a więc ludzi generalnie o poglądach konserwatywnych, i nie tak łatwo poddających się wpływom propagandy – coś tak idiotycznie fikcyjnego, jak paplanina o mało słonej zupie, staję się czymś realnym, to znaczy, że trzeba interweniować. Tu akurat trzeba koniecznie interweniować, bo jeszcze chwila, i się za nas wezmą tak, że się nie pozbieramy.

Bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie dowody pamięci, wyrazy solidarności i miłe słowa, jakich mi nie oszczędzono w minionych dniach. Proszę nie odchodzić.

niedziela, 21 lipca 2013

Nie ma Kaczorów - Polska prawica rośnie w siłę

Zgodnie z naszym weekendowym zwyczajem, przesyłam tu kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". mam nadzieję, że się spodoba.


A było tak. Felietonista tygodnika „Do Rzeczy”, słynny aktor, muzyk, kompozytor, pieśniarz, autor patriotycznych songów, przywódca ruchu na rzecz wprowadzenia do polskiego systemu wyborczego tak zwanych JOW-ów, Paweł Kukiz, napisał swój kolejny felieton – jaki felieton, o czym, i w jakiej sprawie, tego oczywiście wiedzieć nie mogę – i zakończył go zdaniem: „Szczecińscy radni PiS mają swoje kaczki”.
Widząc, co się dzieje, i co jeszcze stać się może, redaktor naczelny tygodnika, Paweł Lisicki, postanowił ratować sytuację, i owo zdanie Kukizowi zmienił w taki sposób, żeby po kaczkach nie zostało śladu. Kiedy Kukiz zorientował się, co mu uczyniono, wzięła go jasna cholera i ogłosił na Facebooku, że on akurat „kultu Kaczora” uprawiać nie zamierza, i że z Lisickim koniec.
W tym momencie, polskie środowiska prawicowe ogarnęła panika, o której natychmiast poinformował – prawicowy jak najbardziej – portal fronda.pl. W tej sytuacji, Lisicki natychmiast wysłał do Kukiza swoich umyślnych, którzy go serdecznie przeprosili, sprawę wyjaśnili… no i ostatecznie, po długich godzinach niepewności, co do przyszłości polskiej prawicy, Kukiz wydał oświadczenie następującej treści:
Zareagowałem troszkę emocjonalnie na zmiany w felietonie, przyjmując, że intencją redakcji była obrona nienaruszalności imienia Jarosława Kaczyńskiego. Wyjaśniono mi, że intencja była zupełnie inna i to wyjaśnienie rozumiem. Chodziło o niefortunne użycie przeze mnie słowa ‘kaczki’. Liczba mnoga rzeczywiście mogła w tym wypadku zostać odebrana, jako naruszenie dobrej pamięci śp. Lecha Kaczyńskiego. Powinienem był napisać w liczbie pojedynczej i wówczas sprawy by w ogóle nie było”.
Od tego momentu wszystko poszło z górki. Redakcja „Do Rzeczy” zamieniła „kaczory” na „kaczora”, „Fronda” swój kasandryczny tekst z portalu usunęła, polscy patrioci odetchnęli z ulgą, zdrajcy pogrążyli się w swojej w bezsilnej wściekłości, i wszystko wróciło do normy.
A ja mam niestety problem. Bo wiem, że niby powinienem się cieszyć, że nie ma nieprzyjaciół na prawicy; że prawdziwym wrogom nie udało się nas podzielić; że droga do przyszłego zwycięstwa stoi otworem. I oczywiście, cieszę się bardzo, jednak jest coś, co każe mi się troszkę martwić. Bo oto, trochę w formie pokłosia po tym, do czego doszło między redakcją „Do Rzeczy”, a Pawłem Kukizem, dotarła do mnie informacja, że sprawą zajęła się „Gazeta Wyborcza”. Kiedy wydawało się, że im powinno było pójść w pięty, i że powinni się starać sprawę, jako kolejny sukces polskiej prawicy, przemilczeć, oni o tym, jak najbardziej napisali. W dodatku nie pokusili się nawet o najbardziej skromny komentarz. Zwyczajnie zrelacjonowani sprawę, a następnie tylko przypomnieli:
’Do Rzeczy’ to prawicowy tygodnik, którym kieruje Paweł Lisicki. Tworzą go w większości byli publicyści ‘Uważam Rze’. Pismo ukazuje się od stycznia. Kukiz współpracuje z tygodnikiem od pierwszych numerów”.
Przepraszam bardzo, ale coś mnie w tym wszystkim niepokoi. Co to ma, do ciężkiej cholery, znaczyć, że oni nagle są tacy zadowoleni? Cholerni Żydzi!

Ponieważ moje ostatnie apele przyniosły, jak dotąd, bardzo mizerny efekt, a sytuacja przestaje już być nawet podbramkowa, nie mam wyjścia, jak ponownie prosić wszystkich, którym ten blog nie jest obojętny, o wsparcie. Przepraszam za obcesowość, ale nie bardzo mam wyjście. Dziękuję.

sobota, 20 lipca 2013

O psach Systemu, o tych, których one zagryzły, i o tym, jak się nie popłakać

Parę dni temu przyszło do mnie moje najstarsze dziecko i kazało mi się zapoznać z artykułem na – znanym nam skądinąd – portalu PCh24.pl. Że jest wstrząsający, i takie tam. Jak zawsze. Ponieważ staram się traktować moje dziecko poważnie, skorzystałem z podanego linku i sprawdziłem, co nam Krucjata Młodych ma do powiedzenia. I przyznam, że – mimo swoich wątpliwości, o których później – owszem, uważam, że warto było.
W czym rzecz? Otóż autor „Christiana Polonia”, bo w ten sposób musimy odcyfrować wpisany w internetowy adres skrót, niejaki Paweł Ozdoba, przypomina nam historię pewnej dziewczynki, która jeszcze w roku 1993 niezbadanym wyrokiem bożym przeżyła najbardziej okrutną aborcję, by po pięciu latach życia pełnego z jednej strony cierpienia, a z drugiej, doznawanej każdego kolejnego dnia, niezwykłej wręcz ludzkiej i bożej miłości, umrzeć. Po prostu umrzeć.
Tekst Pawła Ozdoby nosi – moim zdaniem głupi i kompletnie nieadekwatny do wagi sprawy – tytuł „Niezwykła historia małej Sary”, i dotyczy, jak już mówiłem, starego już bardzo zdarzenia, kiedy to, nawet jeśli nie Pawłowi Ozdobie, to niektórym z nas z pewnością znany, niesławny doktor George Tiller, przeprowadził nieudany zabieg aborcji, w wyniku czego czego urodziła się dziewczynka imieniem Sarah Elizabeth Brown.
Wszystko zaczęło się od tego, że do kliniki, którą, jako jeden z nielicznych w Stanach Zjednoczonych lekarzy-ginekologów specjalizujących się w tak zwanych późnych aborcjach, prowadził Tiller, przywieziono piętnastolatkę w dziewiątym miesiącu ciąży. Zabieg, polegający na wstrzyknięciu w serce dziecka chlorku potasu, przeprowadzał osobiście sam kierownik tej rzeźni, no i niestety – a może na szczęście – go spaprał. Błąd polegał na tym, że zamiast w serce, swoją strzykawką trafił w główkę dziecka, dziecko się urodziło, a następnie, mimo że obsługa kliniki wyrzuciła je na śmietnik, dzięki ofiarności jednej z pielęgniarek, jakoś przeżyło. Następnie zostało adoptowane przez miejscową rodzinę, no i żyło przez kolejne 5 lat, pozbawione wzroku, mowy, no i w ogóle chore.
Paweł Ozdoba kończy swój – jak już mówiłem, szalenie odkrywczy – tekst, informacją, że doktor Tiller to okrutny człowiek, i że powinniśmy wszyscy walczyć o życie nienarodzonych dzieci. End of story. A ja jestem zmuszony, nie wiem po raz który już, powtórzyć, że tak to się jakoś składa, że problemy ludzi, wśród których zmuszeni jesteśmy żyć, kończą się dokładnie w tym miejscu, w którym nasze się zaczynają. W tej sytuacji, jak najbardziej konsekwentnie, proszę o skupienie. Oto teraz dopiero czas na „historię” prawdziwie straszną – historię o tym, co było później.
Otóż, kiedy Sara się urodziła, została adoptowana przez rodzinę Brown, i otrzymała imię Sarah Elizabeth, wieść o tym, co się stało, zaczęła się rozchodzić. Wówczas dr Tiller zgłosił sprawę do sądu, i przybrani rodzice Sary otrzymali sądowy nakaz milczenia. Ponieważ jednak wiadomość o tej zbrodni była wiedzą powszechną, doszło do tego, że ledwo miesiąc później ktoś strzelił do siedzącego w swoim samochodzie Tillera – niestety niecelnie – raniąc go w oba ramiona. Ponieważ jego szczególna sława zaczęła zataczać coraz większe kręgi, Tiller zaczął nosić kamizelkę kuloodporną, nie przerywając jednak dotychczasowego procederu, wciąż służąc ciężarnym Amerykankom, jako ich zbawca i dosłownie ostatnia ucieczka. Minęło pięć lat, Sarah zmarła, minęły miesiące kolejne, i wtedy, do służącego do mszy – to był jak najbardziej pobożny luteranin – Tillera podszedł niejaki Scott Roeder, przyłożył mu pistolet do łba i go zastrzelił jak – nie ubliżając w niczym tym sympatycznym zwierzakom – psa.
Roeder został oczywiście natychmiast aresztowany i rozpoczęło się to, co my tu czasem nazywamy „topieniem fryt”. Pierwszy zabrał głos prezydent Obama i oświadczył, że to, co się stało, to odrażający akt nienawiści i pogardy dla człowieka, czy jakoś tak. Po Obamie przyszli następni i wszystko poszło zgodnie ze znanym nam cywilizacyjnym zwyczajem. Chodziło o to, by Roedera ustawić w takim miejscu, gdzie on nie będzie miał najmniejszych szans.
Rozpoczął się proces. I tam też wszystko było prowadzone zgodnie ze współczesnymi standardami. Mimo że początkowo, na wniosek obrony, sędzia zgodził się, by ława przysięgłych brała pod uwagę opcję zabójstwa w afekcie, ostatecznie zgoda ta została wycofana. Ile razy Roeder chciał w swojej obronie opowiedzieć, czym jest aborcja, sędzia mu nieustannie przerywał, tłumacząc, że, ponieważ on nie jest ekspertem, jego zdanie nie ma tu znaczenia. Kiedy obrona Roedera chciała powołać jako świadków byłego i obecnego prokuratora stanowego, którzy wcześniej bezskutecznie próbowali Tillera postawić przed sądem za to, co on wyprawia, sąd prośby odrzucał, wyjaśniając, że ich zeznania mogłyby wpłynąć na obiektywizm ławy przysięgłych. I tak to się wszystko toczyło, aż wreszcie rozprawa dobiegła końca, i ława przysięgłych – oczywiście, dzięki staraniom sędziego, w najmniejszym stopniu nieuprzedzona – po zaledwie 40-minutowej naradzie, jednogłośnie ogłosiła Roedera winnym morderstwa z premedytacją, a sędzia skazał go na dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po 50 latach.
I to jest koniec tej historii. To co w tym wszystkim jednak jest, z pewnego punktu widzenia, najbardziej uderzające, to to, że jeśli ktoś w ogóle wciąż pamięta o tym, co się stało w mieście Witchita w Stanach Zjednoczonych najpierw roku 1993, a następnie w latach 1998, 1999 i 2000 – a nie ulega wątpliwości, że Paweł Ozdoba, a domyślam się, że nie tylko on, ani tego ani nie pamięta, ani w ogóle nie wie, ani też wiedzieć nie potrzebuje – nawet jeśli poszuka sobie odpowiednich informacji na temat owego dr. Tillera, nie znajdzie jakichkolwiek odniesień do sprawy Sary Elizabeth Brown. Jedyne, czego się dowie, to to, że był pewien lekarz, który dokonywał aborcji, i został zamordowany przez antyaborcyjnego działacza – wariata. I tyle.
Napisałem wcześniej, że mam nieodparte wrażenie, że moje problemy zaczynają się tam, gdzie innych się kończą. Jak się to ma do tego, co tu dziś postanowiłem opisać? Otóż chodzi o to, że to, co tak okropnie podnieca redakcję pisma „Polonia Christiana” – ale, nie oszukujmy się, przecież nie tylko ich – a więc cierpienie tej biednej dziewczynki i czarna dusza człowieka, który zniszczył jej życie, to – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji – jest nic takiego. Oczywiście, łatwo jest nam się wzruszyć cierpieniem, najpierw okaleczonego, a następnie zamordowanego z zimną krwią dziecka, i złem wcielonym w jakiegoś abortera. Wydaje mi się, że znacznie więcej skupienia wymaga od nas zrozumienie, że on jest tylko pionkiem w znacznie większej grze, a ta dziewczynka zaledwie jedną z tysięcy bezbronnych owej gry ofiar. I że świat, który to wszystko stworzył, nasze wzruszenia ma głęboko w nosie. Nie zdziwiłbym się wręcz, gdyby światu nasze wzruszenia wyłącznie dobrze służyły, bo tak długo jak my się będziemy wzruszać, istnieje pewność, że nie zauważymy tego, co tu jest najbardziej istotne, no a przede wszystkim tych, co są najbardziej za to całe zło odpowiedzialni. Dlatego, ja bym proponował, by końcowy apel, jaki Paweł Ozdoba do nas skierował, a więc słowa: „Niech ta historia uświadomi nam bestialstwo i bezduszność, którym kierują się feministki oraz wszelkie instytucje wspierające zabijanie nienarodzonych dzieci” on sobie wsadził w nos, i przestał nam zawracać głowę, a my zamiast tego stanęli wyprostowani, czujni i świadomi. Przede wszystkim świadomi, a to, jak wiemy, wyklucza zbędne emocje.
Stójmy więc, jak nam radził swego czasu Herbert, wyprostowani, na jednej nodze, gotowi, i niech nam nawet do głowy nie przyjdzie, by się pobeczeć.

Ponieważ moje ostatnie apele przyniosły, jak dotąd, bardzo mizerny efekt, a sytuacja przestaje już być nawet podbramkowa, nie mam wyjścia, jak ponownie prosić wszystkich, którym ten blog nie jest obojętny, o wsparcie. Przepraszam za obcesowość, ale nie bardzo mam wyjście. Dziękuję.


czwartek, 18 lipca 2013

Co Polsce po wojsku? Co wojsku po Kościele? - Felieton ponury

Kiedy patrzymy na Polskę, którą zapewne nam już niedługo zostawią ci, co ją do końca przeżuli i wypluli, jak nikomu niepotrzebny śmieć, i użalamy się nad naszym i jej losem, zwykle zauważamy tylko to, co mamy przed oczami na co dzień. Będziemy tu więc mieli albo tę wszędzie panoszącą się biedę, kolejki w ośrodkach zdrowia, bezrobocie, rozgrzebane miasta i prowadzące do nich drogi, te lombardy na każdym rogu, te banki, te budki z kebabami, te sklepy ze starą odzieżą, wreszcie to, o czym możemy przeczytać w gazetach, czy usłyszeć w telewizji, a więc informacje o katastrofie budżetowej, natomiast już nawet nie będziemy mieli siły na to, by spojrzeć nieco w przyszłość i zapytać, co dalej. Nie znajdziemy ani siły, ale też i czasu, by rzucić okiem na to, co jest jednak jakoś tam ukryte, bo z natury rzeczy niedotykalne i niewidzialne, a poza tym, przez swoją swego rodzaju abstrakcyjność, w pewnym sensie kompletnie dla nas nierealne.
Weźmy na przykład informację, która pojawiła się przy okazji ogłoszenia przez Donalda Tuska zapaści budżetowej, i została w sposób naturalny kompletnie zlekceważona. Otóż MON wedle nowego, oszczędnościowego, planu, będzie miało zmniejszony budżet o ponad 3 mld złotych, z tym oczywiście zastrzeżeniem, że pensje nawet nie drgną. Jak się natomiast dowiadujemy z doniesień nadchodzących już zupełnie niezależnie od tych najświeższych, gdyby, jakimś dziwnym cudem, sąsiednia Białoruś zechciała uderzyć na Polskę, wystarczyłoby im pół dnia, by ich wojska zajęły cały kraj. I to oczywiście, również jest wiadomość nieistotna, budząca powszechne wzruszenie ramion, no bo o czym tu myśleć? O inwazji Białorusi na Polskę? A cóż to za temat?
Popatrzmy na przykład na pewien garnizonowy kościół, który, tak się złożyło, mamy tuż za oknem. To jest kościół szczególny, bardzo skromny, z bardzo konserwatywną atmosferą, kościół, który wielu ludzi uznało za swój jedyny i wieczny kościół, również nasz kościół. z początkiem nowego roku dostaliśmy nowego proboszcza, pułkownika Jerzego Niedzielskiego. Ja wiem, że księża, z którymi jestem zaprzyjaźniony, bardzo nie lubią, gdy ja coś takiego mówię, ale tu nie ma możliwości, by o tym nie wspomnieć. Otóż ksiądz Jerzy Niedzielski, to ksiądz wybitny. Przez te pół roku, jak tu jest, on ludzi, którzy przychodzą do naszego kościoła najzwyczajniej w świecie zaczarował. Nie będę wchodził w szczegóły, ale, jak kto chce, można go znaleźć na youtubie. Wystarczy wpisać nazwisko.
O co chodzi? Rzecz w tym, że on ledwo przyszedł, już od nas odchodzi. Dlaczego? Okazało się, że rząd kazał znacznie zmniejszyć liczbę kapelanów wojskowych, i biskup polowy musiał przearanżować całą administrację obsługi tych szczególnych parafii, no i Niedzielski zostaje przeniesiony tam, gdzie będzie bardziej przydatny. Sprawa jest jednak zrozumiała. Skoro nie ma wojska, to po ciężką cholerę komukolwiek kapelani i garnizonowe kościoły? Ale kogo to obchodzi poza tymi biednymi ludźmi, którzy żałują swojego ukochanego księdza? A czemu on odchodzi? Jak to czemu? Bo jest kryzys i nie ma pieniędzy. No a poza tym, jak już powiedzieliśmy, po co garnizonowi kościół, skoro nie ma garnizonu?
Niedługo po Smoleńskiej Katastrofie, nasz przyjaciel i samozwańczy, a przez nas z radością i dumą tu przyjęty, kapelan tego bloga, ksiądz Don Paddington, wygłosił cudowne kazanie, w którym przedstawił Polskie Wojsko, już tylko jako wspomnienie, jeśli wciąż niekiedy zaznaczające swoją obecność, to tylko w formie dekoracji wykorzystywanej na okoliczność imprez, takich jak właśnie pogrzeb ofiar smoleńskiego nieszczęścia. A ja sobie przypominam inną wypowiedź, jeszcze sprzed wielu, wielu lat, kiedy dziennikarz, dziś już nieco odsunięty na dalszy plan, Jan Ordyński szydził w Polskim Radio, że po ciężką cholerę Polsce jakieś wojsko, skoro Europa przede wszystkim jest ostatecznie bezpieczna, a poza tym, skąd nam, Polakom, w ogóle chodzą po głowie tak głupie myśli, jak stawianie oporu przeciwko potężnym sąsiadom? Czy myśmy może już od tego naszego nacjonalizmu oszaleli? Komu my się chcemy postawić? Rosji? Niemcom? Dziś pewnie do tej kolekcji Jan Ordyński dodałby jeszcze Białoruś.
Nie mamy wojska. Mamy tylko pewną skromną reprezentację, gdy trzeba się gdzieś ładnie pokazać. No i ten zdychający już ordynariat polowy ze swoimi kapelanami i rozsianymi po całej Polsce kościołami, które i tak, prędzej czy później zostaną, jak znam życie, przejęte przez Dominikanów i zamienione na akademickie ośrodki duszpasterskie, gdzie pobożni studenci będą mogli sobie pośpiewać przy dźwiękach gitary, bębenków i fujarki.

Przepraszam bardzo, ale znów mamy sytuację bardzo gardłową. Wakacje zawsze nas nieco przyginały do ziemi, tym razem jednak wygląda na to, że jest gorzej, niż kiedykolwiek. I nie ma wątpliwości, że jeśli tu mi się nie uda od Was niczego wyprosić, reszta miesiąca jest zwyczajnie nie do przeżycia. A, jak już wspominałem, prędzej pójdę na żebry do mojego teścia, niż wezmę kolejny kredyt. Co i tak wychodzi na jedno. Bardzo proszę o zrozumienie i dziękuję.

środa, 17 lipca 2013

No, lezą, psie krwie, i szczerzą te dziąsła...

Przyznaję bez bicia, że, kiedy się dowiedziałem, że prezydent Komorowski oberwał od jakiegoś Ukraińca jajkiem, z prawdziwą przyjemnością zajrzałem na stronę tvn24.pl, żeby na własne oczy obejrzeć sobie ów incydent, i, owszem – wzruszyłem się. Przede wszystkim dlatego, że, w sposób naturalny dla kogoś, kto Prezydenta zwyczajnie nie lubi i życzy mu – w rozsądnych, naturalnie, granicach – wszystkiego najgorszego, widok prezydenckiej marynarki, w którą ktoś – niech to nawet będzie jakiś ukraiński nacjonalista – wbija jajo, to, jak by nie patrzeć, minimum prostej, ludzkiej satysfakcji. Poza tym, powiedzmy sobie uczciwie, niemal każdy sposób, w jaki tym durniom można pokazać, że państwo zwyczajnie nie działa, jest sposobem dobrym.
Kiedy tak myślę sobie o tym jajku wbitym w ową marynarkę, przychodzi mi do głowy myśl, że ja już chyba wiem, co czuli ci wszyscy – w tym pewnie przede wszystkim prezydent Komorowski, który nie sądzę, by tu akurat był jakoś szczególnie wtajemniczony – kiedy się dowiedzieli, że prezydencki samolot runął w smoleńskie błoto i Kaczor nie żyje. Oni musieli tego ranka być w prawdziwej euforii.
Ktoś może sobie w tym momencie pomyśleć, że to, co ja tu wypisuję, jest naprawdę niesmaczne. Że jak można porównywać to, co język angielski określa, jako „death wish”, do zwykłej, powiedziałbym, że wręcz chłopskiej, satysfakcji z powodu jednego jajka? Jak można porównywać tę straszną tragedię do sytuacji – przyznaję, że kto wie, czy nie jeszcze słodziej łechcącej moje parszywe emocje – gdzie prezydent Komorowski nie dostałby tym jajkiem w marynarkę, ale normalnie, jak Pan Bóg przykazał – w łeb?
Rzecz bowiem w tym, że jeśli my wszyscy – wiem, że nie jestem tu sam – odczuwamy tak wielką satysfakcję z tego, co się właśnie stało na Ukrainie, operujemy na poziomie, który w najmniejszym stopniu nie da się porównać do tego, co on wszyscy czuli wtedy, kiedy ten samolot rozpadł się na setki zakrwawionych strzępów, wciąż naszych emocji nie da się porównać z owym, wyżej wspomnianym życzeniem śmierci, a z czym mieliśmy do czynienia wtedy, kiedy oni dzień za dniem budowali ową wieżę nienawiści, która wreszcie runęła, i tak naprawdę wszystkich nas pogrzebała, a ich zostawiła turlających się na ziemi ze śmiechu.
Dziś widzę, jak w telewizji TVN24 występuje jakiś specjalista od wszystkiego, który tłumaczy, że, owszem, ochrona prezydenta Komorowskiego się nie popisała, bo w sposób oczywisty oni nie powinni byli dopuścić do tego, by osoba kompletnie obca podeszła do Prezydenta na tak niewielką odległość, ściskając w ręku to jajko, i w dodatku jeszcze znalazła czas na to, by mu je skutecznie wbić w marynarkę, jednak powinniśmy rozumieć, że to są i tak najlepsi ludzie, jakich mamy, że oni są bardzo dobrze wyszkoleni, odpowiednio zmotywowani, w dodatku jeszcze nie należy zapominać, że tam też były miejscowe, ukraińskie służby, które tez miały swoje obowiązki, no a że człowiek robi błędy, to już inna sprawa, jednak, kto z nas jest doskonały. A ja od razu sobie myślę, czemuż to nam, przez te ponad już trzy lata, które upłynęły od Smoleńskiej Katastrofy, nie udało się usłyszeć, i w telewizji TVN24 i we wszelkich innych reżimowych stacjach, jednego tego typu zdania, które by tłumaczyło, że nie możemy aż tak się obrażać na tych niedouczonych pilotów, na tego szarżującego bez sensu z okrzykiem „debeściak” na ustach, kapitana Protasiuka, na tych wszystkich generałów, włącznie z samym najważniejszym, Błasikiem, bo przecież oni byli naprawdę najlepsi, a człowiek popełnia błędy. Nie przypominam sobie, by w którejkolwiek z tych telewizji ktokolwiek z nich próbował nas przekonywać, że przecież tam też na tym lotnisku byli Rosjanie i oni też mieli na wszystko mieć oko, a nie mieli. Nie umiem odtworzyć w pamięci choćby jednej wypowiedzi, w której któryś z tych wybitnych ekspertów nas przekonywał, że wprawdzie lepiej było nie ruszać się samolotem z tej Warszawy, a już tym bardziej lądować w tej smoleńskiej mgle, ale przecież trudno mieć pretensje do ludzi, którzy zawsze chcieli jak najlepiej. I nie padło, o ile mi wiadomo, żadne z tych słów, mimo że w tym akurat wypadku aż się prosiło, by, choćby ze względu na pamięć o nich, poświęcić im tę odrobinę zrozumienia.
Tymczasem tu mamy całą bandę ochroniarzy, nie odstępujących Komorowskiego na krok, i jakiegoś gówniarza, który już na pierwszy rzut oka budzi pytanie, co go nagle tam tak ciągnie, i który bezkarnie podchodzi do Prezydenta na wyciągnięcie ręki, a potem – równie bezkarnie – wbija mu w marynarkę to jajko, a ci „goryle” stoją, jakby im ktoś pokazał karty z gołymi babami, i natychmiast zjawia się cała kupa obrońców tych ciamajd, zaczynając od samego Komorowskiego, a kończąc na specjalistach od tego typu zadań, którzy próbują nam wytłumaczyć, że w końcu nie można mieć do nikogo pretensji.
Co to jest za cholera? Czemu oni się zachowują w tak nieskończenie bezczelny sposób? Otóż, kiedy się nad tym zastanawiam, przychodzi mi do głowy to, co oni zwykle wyprawiają – pisałem tu o tym niedawno – ile razy gdzieś rozbije się samolot, i okazuje się, że nie jest tak, jak nam wiele razy tłumaczono, że gdy coś tak potężnego walnie, to z tego czegoś nie zostaje nawet jedna nienaruszona śrubka. Nie mówiąc już o kruchym człowieku. Że prawda jest taka, że nie dość, że ów rozbity samolot wciąż wygląda jak samolot, to większość znajdujących się na jego pokładzie pasażerów, wychodzi z katastrofy praktycznie bez szwanku. My na to patrzymy, my to widzimy, a oni puszczają do nas oko, i mówią: „Widzicie, jaka to przemyślna zabawka, taki samolot? Widzicie, jakie z tych pilotów zdolne bestie?”
A wszystko po to, by za chwilę znów nas instruować, że samoloty nie są zaprojektowane, by latać po lasach, i że jak coś walnie, to musi się rozbić.
A zatem, moim zdaniem, to wszystko robi wrażenie bardzo dobrze zaplanowanego szyderstwa, którego podstawowym, a kto wie, czy nie jedynym celem jest wprowadzenie nas w stan ogólnego i śmiertelnego dla nas zniechęcenia. Im już nie chodzi nawet o to, byśmy im wierzyli, ale abyśmy sobie pomyśleli, że nie ma się co kopać z koniem. Że nasz przeciwnik jest zwyczajnie zbyt silny, że z nim nie ma jakiegokolwiek porozumienia, i że przede wszystkim on jest wieczny. A więc tak – chodzi o to, byśmy zrezygnowali. Miejmy nadzieję, że się fatalnie dla siebie przeliczą.

Przepraszam bardzo, ale znów mamy sytuację bardzo gardłową. Wakacje zawsze nas nieco przyginały do ziemi, tym razem jednak wygląda na to, że jest gorzej, niż kiedykolwiek. I nie ma wątpliwości, że jeśli tu mi się nie uda od Was niczego wyprosić, reszta miesiąca jest zwyczajnie nie do przeżycia. A, jak już wspominałem, prędzej pójdę na żebry do mojego teścia, niż wezmę kolejny kredyt. Co i tak wychodzi na jedno. Bardzo proszę o zrozumienie i dziękuję.

poniedziałek, 15 lipca 2013

O tym jak bezczelna wrzaskliwość zagłuszyła prawdę

Cyrk, jaki na oczach nas wszystkich odstawił, ale wciąż przecież nie mówiąc zapewne ostatniego słowa, ksiądz Wojciech Lemański w stowarzyszeniu z wspierającymi go mediami, jest naturalnie wydarzeniem bardzo przykrym i bolesnym, zwłaszcza z punktu widzenia naszego Kościoła, co nie zmienia faktu, że to, co jesteśmy zmuszeni obserwować, pozwala nam – na starej, dobrej, norwidowskiej zasadzie „odejrzewania się” nieszczęściu – uzyskać z tego pewną interesującą bardzo naukę. Zechciejmy zastanowić się nad jednym tylko aspektem tego przykrego incydentu.
Otóż pokazano nam dziś, a tym, którzy patrzeć nie chcieli, opowiedziano, jak to pod plebanią, na której zamelinował się ksiądz Lemański zebrały się „tłumy” zdeterminowanych parafian, którzy gotowi są bronić swojego księdza do ostatniego tchnienia, a lokalna Straż Pożarna na tę okoliczność nawet zawyła swoją syreną. W odpowiednim zbliżeniu, od rana oglądamy ową gęstwinę wiernych, a jakby ktoś nie rozumiał, jakie to tłumy, słyszymy o wręcz jednogłośnym poparciu parafian dla zbuntowanego księdza, no a dla bardziej wymagających, nawet została podana liczba: „Ponad 70 osób zgromadzonych na porannej, odprawianej przez księdza Lemańskiego, mszy”. Ponad 70 osób!!! No, no… jestem pod wrażeniem.
Jak informuje mnie jeden z dociekliwych komentatorów tego bloga, w wiosce, w której właśnie ksiądz Lemański przestał być proboszczem, zamieszkuje niespełna 5 tysięcy osób. Ja wiem, że na wsi do kościoła chodzi więcej osób niż w mieście, jednak dla czystości argumentacji załóżmy, że w tym wypadku mamy tych dusz jakieś 2 tysiące. Niech będzie 1,5 tysiąca. Inna sprawa, że taki wynik, gdyby miał być prawdziwy, akurat świadczyłby o charyzmie, jak słyszę, niezwykle charyzmatycznego księdza, jak najgorzej. I oto okazuje się, że na mszę w takim dniu jak dzisiejszy, kiedy ich ukochany proboszcz ma zostać wywleczony z wioski przez biskupowych siepaczy, do jego obrony zgłosiło się siedemdziesięciu paru chętnych? Powiem coś jeszcze. Biorąc pod uwagę poglądy byłego już księdza proboszcza i jego polityczne afiliacje, mam prawo przypuszczać, że wśród tych 70 osób, znaczną część muszą stanowić ci, którzy jeszcze rok temu nawet nie mieli pojęcia, o której godzinie jest odprawiana poranna msza. Również, biorąc pod uwagę szczególny charakter tego poranka, można się spodziewać, że wśród tych 70 osób byli też tacy, którzy do księdza Lemańskiego normalnie mają stosunek co najmniej obojętny, ale przyszli popatrzeć, co się wydarzy, zwłaszcza że przyjechała telewizja. Jaką liczbę wśród nich stanowili ci, o których można z czystym sumieniem powiedzieć, że to są ludzie Kościoła? Nie wiem. Niech będzie, że kilku.
Ale to jest przecież nieistotne. Ja jestem skłonny się zgodzić, że te ponad 70 osób, które zebrały się na dzisiejszej porannej mszy, w jej trakcie wstawało, siadało, klękało, oraz intonowało pieśni dokładnie wtedy, kiedy należało. Zastanawiam się jednak nad tym, z grubym hakiem, tysiącem pozostałych. Czy oni przychodzili do kościoła w każdą niedzielę, wpatrując się w swojego proboszcza z zachwytem, czy może z obojętnością? A może z irytacją, tyle że nabożnie ukrytą za poczuciem obowiązku posłuszeństwa? Tego nie wiem, natomiast wiem doskonale, że oni nie przyszli ani bronić prześladowanego księdza, ani nawet się z nim pożegnać. Oni, w najlepszym dla księdza Lemańskiego wypadku, utonęli we własnej gnuśności.
Ale i to nie jest dziś dla nas sprawą najistotniejsza. Powiem wręcz, że to jest dla nas akurat w ogóle mało ważne. Bo sprawa polega na tym, że bez względu na to, co kazało tym setkom, a może i tysiącom, ludzi machnąć ręką na cała tę hucpę, to co się liczy, to to, że oni na nią tą swoją ręką machnęli. Oni – czy to ze względu na poczucie przyzwoitości, która w jakiś szczególny sposób każe im się nie wychylać, czy ze zwykłego lenistwa, czy może z leku przed napiętnowaniem przez silniejszych i bardziej krzykliwych – zostali w domu.
I to jest moim zdaniem wręcz znakomity symbol tego, co być może niektórzy socjolodzy chcieliby nazwać „Polską w pigułce”. Bo tak to właśnie moim zdaniem musi działać. Nawet jeśli w tej wiosce był choćby i jeden człowiek, który szczerze wierzył, że księdza Lemańskiego za to, co tak bezwstydnie wyprawia, w jednej chwili powinni wziąć wszyscy diabli, on się nam nie pokazał. Dlaczego? Moim zdaniem, on akurat nie przez swoją gnuśność, ale strach przed tak zwaną opinią publiczną. Przed tym, że jeśli tylko zabierze głos, zostanie natychmiast pokazany całej Polsce, napiętnowany i wyszydzony. Jako ten ciemny i głupi wieśniak. I właśnie dzięki temu terrorowi, mieliśmy okazję patrzeć, jak to „cała” religijna społeczność wioski Jasienica postawiła się podłemu biskupowi.
Dzięki temu samemu terrorowi, od lat jesteśmy albo karmieni informacją, że polskie konserwatywne społeczeństwo to jakiś dziki, pochowanych po kątach, motłoch, albo że jest nas całkiem nie tak mało, ale jesteśmy zastraszeni przez agresywną większość.
Otóż nie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że o nas można powiedzieć najróżniejsze rzeczy: że jesteśmy głupi, leniwi, gnuśni, niewykształceni, naiwni, tchórzliwi, ale jednego nam nikt nie odbierze. Jak idzie o ową konserwatywną intuicję, jesteśmy wręcz idealni. Gdyby tylko nas odrobinę ośmielić, zachęcić do samodzielnego myślenia, zapewnić, że tak naprawdę nie mamy się czego wstydzić z wyjątkiem tego okropnego przekonania o własnej bylejakości, mielibyśmy świat u naszych stóp.
Mam nadzieję, że już niedługo uda nam się znaleźć na drodze, która przynajmniej otworzy przed nami pewne nowe szanse.

Ponieważ bez stałego wsparcia dla tego bloga, jeszcze przez ten i kolejny rok, nie przeżyjemy, bardzo proszę o wszelką możliwą pomoc na podany obok numer konta. Dziękuję.

niedziela, 14 lipca 2013

System obstawia Franciszka

Tradycyjnie, jak w każdy weekend, zaglądamy do najnowszego wydania "Warszawskiej Gazety", a tam mój kolejny felieton. Proszę posłuchać:

Trudno przewidywać, jak długo reżim pociągnie sprawę księdza Lemańskiego, jednak sądzę, że o ile on nie wyskoczy z czymś, co go skompromituje nawet wśród osób Kościołowi wrogich – a widząc stan, w jakim on się aktualnie znajduje, można to poważnie rozważać – wszystko przeciągnie się do czasu, aż Watykan mu wreszcie powie, żeby się zamknął, bo emocjonalne problemy jednego księdza nie muszą interesować całego Kościoła.
Swoją drogą, to, co wyprawiają media wokół tego księdza, robi wrażenie nawet w porównaniu z pamiętną akcją robienia gwiazdy z pewnego menela, którego jedyną zasługą było to, że po pijaku zwymyślał prezydenta Kaczyńskiego. Wrażenie, jak mówię, jest równie silne, tyle że ponieważ o ile dziś nagroda jest wyznaczona za niszczenie wizerunku całego Kościoła, a nie jednego – choćby nie wiadomo jak znienawidzonego – człowieka, cała akcja okupuje nieco wyższy poziom.
W związku z tym wydarzeniem, patrzyłem trochę w telewizor, i nagle zobaczyłem, jak w miejscowości, gdzie ksiądz Lemański jest proboszczem, zebrało się 20, a może i nawet 40 osób, na czele z lokalnym sołtysem, którzy jeden przez drugiego jęli cholerować, że nie będzie im jakiś biskup wybierał proboszcza, i że Lemańskiego nie oddadzą.
A ja pomyślałem sobie, że to jest faktycznie coś. Mamy tę wioskę, gdzie nie wiem, ile osób mieszka, i ilu z nich chodzi do kościoła, ale sądzę, że mówimy o standardzie, gdzie kilkuset mieszkańców jednak w niedzielnych mszach udział bierze. I z tej całej grupy, TVN ściąga parunastu wariatów, którzy, tak już na marginesie, zachowują się, albo jak lokalni Świadkowie Jehowy, albo działacze miejscowego Koła Młodych Demokratów, zbija ich wszystkich w ciasną kupę, i każe udawać tłum wiernych, oburzonych nagonką prowadzoną przeciwko swojemu księdzu.
To było naprawdę fantastyczne, ale najlepsze TVN odstawił dziś. Otóż sprowadzono do studia jakąś Magdalenę Ogórek, osobę o prezencji telewizyjnej pogodynki, przedstawili ją, jako „doktora nauk humanistycznych” i poprosili, by skomentowała sprawę. Lalunia zrobiła mądrą minę i oświadczyła, że biskup nie ma szans, bo Lemański to ksiądz, który „mówi głosem papieża Franciszka”, a więc Franciszek musi wziąć jego stronę.
Otóż zadałem sobie trud i sprawdziłem lalunię. Proszę sobie wyobrazić, że ona jeszcze dwa lata temu, brała udział w wyborach do Sejmu, jako „piękna, nowa twarz śląskiej lewicy”, a do głosowania na nią zachęcano, przypominając, że wcześniej pracowała „w kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, Centrum Informacyjnym Rządu za czasów premiera Leszka Millera, a przez trzy lata była szefową gabinetu politycznego Grzegorza Napieralskiego”.
Dziś ta sama komunistyczna lala występuje w telewizji TVN24, jako naukowiec, i tłumaczy, który ksiądz jest jak Franciszek, a który dopiero może w tej kategorii aplikować.
Ostatnio widzimy, że reżim powoli, ale nieuchronnie, zdycha. Wraz z nim zdychają ci, którzy mu się przez lata wysługiwali. Ogórek, jako tefauenowski autorytet w walce z Kościołem robi wrażenie szczególne.

Jeśli kogoś pozytywnie zainspirował, czy to powyższy tekst, czy może któryś z ostatnich - tu, czy w Salonie24 - bardzo proszę o choćby drobne wsparcie na podany obok numer konta. Dziękuję.

piątek, 12 lipca 2013

Jeszcze o hyclach od chrześcijańskiej moralności

Szczerze powiedziawszy, czegoś takiego się nie spodziewałem, ale wygląda na to, że System uznał sprawę sesji Agnieszki Radwańskiej dla ESPN za tak smakowity kąsek, że nie wypuści go z zębów przez dłuższy czas. A biorąc pod uwagę fakt, że do tej roboty gremialnie i wręcz na ochotnika zgłosili się nasi czołowi katolicy, to wszystko może potrwać jeszcze dłużej. W tej sytuacji zatem, i ja jeszcze dorzucę parę refleksji.
Na początek jednak, chciałbym opowiedzieć o pewnym moim koledze, który tuż obok, na ulicy 3 maja, prowadzi fantastycznie bogaty i niezwykle popularny komis płytowy. Ponieważ to jest bardzo poważne przedsięwzięcie, komis ów posiada swój profil na Facebooku, o ile wiem, bardzo starannie aktualizowany. Niedawno Mariusz, właściciel komisu, kupił gdzieś dwie klasyczne już płyty analogowe, jedną zespołu Roxy Music, drugą Lou Reeda z zespołem Velvet Underground. Jak mówię, obie płyty to pozycje już klasyczne, częściowo dzięki okładkom. Proszę rzucić okiem.
Najpierw Roxy Music:


A teraz Velvet Underground:


Kupił te płyty i zdjęcia okładek zamieścił na swoim facebookowym profilu, zachęcając do odwiedzenia sklepu. I proszę sobie wyobrazić, że obie okładki zostały przez administratora Facebooka usunięte, a Mariusz otrzymał informację, że zamieszczanie na Facebooku tego typu materiałów łamie obowiązujące zasady. Żadnej dyskusji, żadnych pytań i odpowiedzi. Żadnych reklamacji. Stop demoralizacji!
Jak wiemy, Agnieszka Radwańska, dzięki swojej religijności i szczerości w jej demonstrowaniu, została mianowana tak zwanym „ambasadorem” ogólnopolskiego projektu o nazwie „Nie wstydzę się Jezusa”. O co chodzi w tej inicjatywie? Otóż pewna grupa młodych katolików uznała, że czasy są takie, że każdy z nas, szczególnie wbrew środowiskowym naciskom, powinien się nie wstydzić i dawać świadectwo swojej wierze. Stąd wśród owych „ambasadorów” znalazła się cała kupa różnego rodzaju celebrytów, takich jak dziennikarze Ziemiec, Babiarz i Zubilewicz, aktor Pazura, czy sportowiec Lewandowski i, do niedawna też, Agnieszka Radwańska. Kiedy Radwańska wzięła udział we wspomnianej sesji, została stamtąd z hukiem usunięta.
Ponieważ „Nie wstydzę się Jezusa” to nie tylko projekt, ale i osobny portal i specjalny profil na Facebooku, pod oświadczeniem w sprawie wyrzucenia Radwańskiej z towarzystwa osób nie wstydzących się Jezusa, rozpętała się debata, i z tego, co mi mówi moja córka, która od pewnego czasu działa tam, jako osoba wspierająca, wynika, że większość komentarzy – również zamieszczonych przez nią – stanęła mocno w obronie Radwańskiej. I proszę sobie wyobrazić, że dziś rano, kiedy moje dziecko zajrzało na ten swój Facebook, pierwsze, co zobaczyła, to to, że wszystkie komentarze wspierające Agnieszkę Radwańską zostały usunięte, natomiast ona – a jak sądzimy, nie tylko – została pozbawiona prawa komentowania. Próbowaliśmy sprawdzić, czy tam nie doszło do jakiejś awarii, ale okazało się, że nie. Ja na przykład, póki co, gdybym tylko zechciał, mogę tam pisać do woli. Moja córka już nie. Co ciekawe, oświadczenie w sprawie usunięcia Radwańskiej z grona ambasadorów spadło już szczebel niżej, zastąpione przez jakiś nowy temat, ale i zachętę do dalszej dyskusji.
A mi do głowy przyszły dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że to wezwanie do dyskusji ma dokładnie ten sam walor moralny, co zapewnienia każdego z nich, że oni Radwańskiej nie potępiają, ale tylko po chrześcijańsku napominają. Jestem pewien, że za jednym i za drugim stoi dokładnie ta sama obłuda, to samo kłamstwo i w rezultacie ten sam grzech. Druga myśl, która mi przyszła do głowy, jest też trochę związana z historią przedstawionych wcześniej dwóch płyt z komisu Mariusza. Kiedy on mi opowiedział swoją przygodę z Facebookiem, zastanawialiśmy się przez chwilę, jak działa ów automat. Jak to możliwe, że spośród tak wielkiej liczby informacji, czasem przecież nieskończenie bardziej drastycznych, on wyłapał coś tak małego, jak te okładki. No i ustaliliśmy, że musiał pójść jakiś donos. Ktoś wszedł na profil tego komisu, zobaczył te dwie płyty, poczuł ten płomień, zarumienił się ze wstydu i zgłosił je do usunięcia. A ci już rutynowo, je usunęli. Czemu została reszta? Widocznie reszta nikomu nie przeszkadza. Podobnie jak nikomu nie przeszkadza na przykład fakt, że wśród ambasadorów inicjatywy „Nie wstydzę się Jezusa” wciąż są takie osoby, jak Przemysław Babiarz, Tomasz Zubilewicz, czy Radosław Pazura? No, ale kto ma na nich kapować? Jego koledzy z pracy? Oni już swoje zrobili w kwestii Radwańskiej. Młodzi katolicy z inicjatywy „Nie wstydzę się Jezusa?” Oni też są skoncentrowani na Radwańskiej.
A może ja? Tym bardziej nie. W końcu, jakiż tam ze mnie katolik? Jakaż ta moja moralność?

czwartek, 11 lipca 2013

Tomasz Terlikowski, czyli gdy pobożność zboczyła

Pewnie po to, by każdy potencjalny kandydat na wroga ludu, nie zapomniał o tym, co wolno, a czego nie wypada, akcja gnojenia Agnieszki Radwańskiej trwa w najlepsze. Oto okazało się, że branżowe pismo ESPN po raz kolejny przeprowadziło swoją doroczną akcję propagowania zdrowego stylu życia i dla odpowiedniego przyozdobienia owej akcji, opublikowała serię bardzo artystycznie zaangażowanych rozebranych zdjęć rozmaitych gwiazd światowego sportu. Wśród owych gwiazd znalazła się nasza Agnieszka Radwańska. No i się zaczęło.
Wczoraj w telewizji zobaczyłem jakiegoś ulizanego japiszona reprezentującego którąś z licznych organizacji ciągnących kasę ze sportu, który powiedział, że to, co zrobiła Radwańska jest oburzające, zwłaszcza gdy się weźmie pod uwagę to, jak ona się wciąż obnosi ze swoim katolicyzmem. Później pokazała się sportsmenka Pyrek – jak idzie o nią, mam wrażenie, że coś między paniami musi skwierczeć, bo ona już nie pierwszy raz zachowuje się, jakby nazwisko Radwańskiej uruchamiało w niej instynkty swego czasu opisane przez profesora Pawłowa – i oznajmiła, że ona Radwańskiej nie rozumie. Jak słyszę, w Internecie już się pokazały fotomontaż, gdzie Radwańska siedzi goła nad basenem, a na wodzie unoszą się tenisowe piłki, tworząc słowo „Jezus”.
Ale to wszystko nic. W końcu, nie po raz pierwszy i nie ostatni mamy okazję obserwować, jak to posmoleńska obsesja, u osób, których sumienia są przeżarte przez owa wciąż niezaschniętą krew tych, których tam w ów sobotni poranek najzwyczajniej w świecie zamordowano, zbiera swoje żniwo. Natomiast warto zwrócić uwagę na fakt, że sprawa tych zdjęć poruszyła niektórych w sposób, jakiego u normalnych ludzi byśmy się nigdy nie spodziewali. Oto pojawił się Tomasz Terlikowski i ogłosił, co następuje:
Nie oceniam ani nie potępiam tenisistki, ale rozbierana sesja Agnieszki Radwańskiej to dobra okazja, by przypomnieć kilka ważnych prawd. Ciało jest świątynią Ducha Świętego, a nagość kobiety jest przeznaczona dla jej męża”.
Warto, myślę, zwrócić uwagę na sam początek tej wypowiedzi. Terlikowski ani nie „ocenia”, ani nie „potępia”, jedynie pragnie przypomnieć. Oto mamy do czynienia z rodzajem zakłamania, za który, moim zdaniem, Terlikowski powinien po śmierci trafić na najniższy krąg czyśćca. To jest ten rodzaj hipokryzji, jaki znamy z anegdot typu: „Ja nie mam nic przeciwko czarnym, ale najchętniej bym ich widział na statku płynącym w stronę Afryki”, albo „Osobiście bardzo szanuję kobiety, ale zdecydowanie wolę te z dużym biustem”. To jest dokładnie to samo kłamstwo, tyle że głoszone już na poważnie. Wręcz z różańcem w ręku.
U Terlikowskiego jednak mamy do czynienia z czymś jeszcze ciekawszym. Otóż wszyscy bardzo dobrze pamiętamy niedawny wywiad, jakiego jego żona udzieliła „Wysokich Obcasom”, gdzie – mówiąc w dużym skrócie – głównie opowiada nam o Terlikowskiego spermie i wzwodach. Ja oczywiście wiem, ze trochę mnie tu ponosi, bo tam jest dużo również rzeczy mniej drastycznych, jednak te parę mocno pikantnych szczegółów sprawia, że ja do dziś, jak tylko słyszę nazwisko „Terlikowski”, to widzę, jak on się w ubikacji onanizuje do buteleczki.
Terlikowski w swojej wypowiedzi, w której absolutnie nie ocenia („nie sądźcie, byście nie byli sądzeni”) Agnieszki Radwańskiej, zapewnia również, że on owych zdjęć ani nie oglądał, ani oglądać nie zamierza. Jak idzie o mnie, to ja je obejrzałem. Wszystkie zdjęcia z całej tej sesji. Proszę więc sobie wyobrazić, że to jest coś wręcz fantastycznego. To jest seria tak pięknych zdjęć, tak fantastycznych ujęć tak pięknych ciał, że – i przyznaję to bez bicia – gdybym ja miał okazję czymś takim się poszczycić, i zostałbym przez ów magazyn wyróżniony zaproszeniem do udziału w sesji, to to zdjęcie bym sobie powiesił w naczelnym miejscu naszego mieszkania.
A tu mamy tego Terlikowskiego z żoną, jak się pochylają nad Agnieszką Radwańską i każą jej iść do spowiedzi. Przepraszam bardzo, ale muszę wspomnieć jeszcze o czymś, i na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że to nie ja zacząłem. Otóż wszyscy wiemy, jak wygląda Terlikowski i jak wygląda jego żona. Dzięki jej szczeremu wyznaniu, jakie poczyniła dla Agory, wiemy też, że Terlikowski z nią współżył przed ślubem. I on dziś ma czelność występować publicznie i ogłaszać, że „nagość kobiety przeznaczona jest dla jej męża”? Przecież tego się nie da tolerować.
Mogę się oczywiście mylić, jednak – przy okazji korzystając z metody, jaką zaproponował sam Terlikowski – zapewniając, że ja Terlikowskiego ani nie oceniam, ani nie potępiam, chciałem poinformować, że mam nieodparte wrażenie, że ja chyba wiem, dlaczego on nie obejrzał tych zdjęć. Tu na sto procent musiało chodzić o to, że on się bał, że spojrzy na gołą Radwańską, dostanie wzwodu, albo coś jeszcze gorszego, i pani Małgosia zauważy. I będzie awantura. A jak wiemy, małżeństwa powinny wręcz tonąć we wzajemnej miłości.

Te wakacje, jeśli to, co udaje się uzyskać z prowadzenia tego bloga, nie wystarczy, nas pogrążą. Dlatego proszę bardzo o wspieranie nas, ile to tylko możliwe. Dziękuję. Terlikowski, natomiast, jak tylko to zobaczy, powie, że jestem starym pedałem, no ale będę to musiał jakoś znieść. A my tu za to przynajmniej zobaczymy, o co poszło z tą Radwańską. Za przebywanie w jakim towarzystwie, ona dziś musi znosić te podłości.

środa, 10 lipca 2013

O księdzu Isakowiczu-Zaleskim na Skale. Tej Skale.

Głupio mi to mówić, ale wygląda na to, że przez to, iż ostatnio przestaliśmy oglądać telewizję, nie tylko zyskujemy tak zwany święty spokój, ale jednocześnie tracimy coś, czego poza tą telewizją jest zwyczajnie niedostępne. A więc wiedzę, która jest zwyczajnie niezbędna.
Oczywiście wiem, że ktoś mi zaraz powie, że dla chcącego nie ma nic trudnego i że jeśli dobrze poszukać, to znaleźć można wszystko, jednak przede wszystkim owo szukanie zwykle zabiera więcej czasu, niż go na co dzień mamy, a po drugie, wcale nie wiadomo, czy podczas tego szukania nie trafimy na coś, co jest znacznie jeszcze gorsze od programu zatytułowanego „TVN24 – The Best Of”. A nie o to chyba nam chodziło, prawda?
No ale nie o tym chce pisać. Rzecz bowiem w tym, że przy okazji sprawy księdza Lemańskiego i jego, tak bardzo ostatnio nagłaśnianych, 15 minut sławy, znów – nie mówię, że jakoś dramatycznie często – ale, owszem, zacząłem zaglądać do telewizji TVN24. No i wczoraj jak grom z jasnego nieba spadł na mnie sam ksiądz Isakowicz-Zaleski u samej Moniki Olejnik. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że no tak, historia wraca do nas w formie swojej własnej parodii, ale spojrzałem na twarz Księdza, coś mnie tknęło, i najpierw sobie tę rozmowę nagrałem, a następnie odtworzyłem.
Powiem szczerze, że od czasu, jak ksiądz Iskowicz-Zaleski został gwiazdą, moje zaufanie do niego – i to mimo jego wspaniałej wręcz, tak niezwykle bohaterskiej historii – powoli zaczęło gasnąć. Ani nie chcę, ani też za bardzo – głównie przez, z jednej strony, upływ czasu, a z drugiej, moją bardzo skromną pamiętliwość – nie jestem w stanie wspominać wszystkiego tego, co sprawiło, że dla mnie bardzo stopniowo ksiądz Zaleski stawał się już tylko legendą, natomiast bardzo chętnie, i z prawdziwa radością muszę przyznać, że to, co on wczoraj zaprezentował u Olejnik było popisem tak niezwykłej mocy wiary, nadziei i miłości, a jednocześnie niewyobrażalnej wręcz inteligencji, że ja nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem okazję czegoś podobnego być świadkiem.
Żyjemy w czasach, gdzie większość z nas nie jest wręcz w stanie wyrwać się spod presji, jaką na nas wywierają nasze emocje i zewnętrzna propaganda; gdzie, ile razy zostaniemy poproszeni o wypowiedzenie zdania na jakikolwiek społecznie istotny temat, jesteśmy do tego stopnia wypełnieni potrzebą powiedzenia wszystkiego i to w sposób taki, by oklaski były długie i możliwe głośne, że w efekcie nie mówimy nic. To, co wczoraj w programie Moniki Olejnik zrobił ksiądz Isakowicz-Zaleski, stanowiło popis tak intensywnej głębi myśli i wiary, że – wiem, że w to trudno uwierzyć – ale nawet sama Monika Olejnik zdębiała. Słuchając księdza Zaleskiego, ona była tak bezradna, że jedyne co mogła robić, to kiwać głową i zgadzać się z każdym jego słowem.
Rozmowa dotyczyła przede wszystkim sprawy księdza Lemańskiego i jego najświeższych wybryków, i powiem zupełnie szczerze, że po wystąpieniu księdza Isakowicza-Zaleskiego, ksiądz Lemański i wszystko, co on zamierza w przyszłości zrobić, czy powiedzieć, staje się bez znaczenia. A w ten sposób, z prawdziwą satysfakcją muszę zauważyć, że Kościół jest wciąż jak skała, której moce piekielne nie pokonają. Również dzięki księżom tak fantastycznym, jak ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. I tekst dzisiejszy jest przede wszystkim po to, by to powiedzieć publicznie.

http://www.tvn24.pl/kropka-nad-i,3,m/lemanski-i-hoser-jak-dwa-tir-y-musialo-dojsc-do-konfliktu,338610.html

niedziela, 7 lipca 2013

Nasi kroją cebulę

Mamy koniec kolejnego tygodnia, a więc, tradycyjnie, pora na przedstawienie kolejnego felietonu dla "Warszawskiej Gazety". Mam nadzieję, że nie nastroi nas zbyt ponuro przed nadchodzącym poniedziałkiem. Zwłaszcza, że jest szansa, że dziś Platforma zbierze lanie w Elblągu.

Nie wiem, ale też nigdy nie byłem ciekawy, jak to się stało, że Maciej Kuroń został kucharzem-celebrytą. Wprawdzie pojawiały się informacje, że on ukończył kurs gotowania gdzieś w Ameryce, ale z tego widziałem, wynika, że on go nawet nie zaczął, a jeśli nawet i zaczął, to przewagarował.
Pewnie ktoś mnie spyta, skąd przyszło mi do głowy pisać dziś, nawet nie o Kuroniu, ale o Kuronia marnej podróbce, no a skoro już do tego doszło, czemu uważam, że on tego kursu nie ukończył. Już odpowiadam. Po kolei. Przede wszystkim, przyszedł mi do głowy ów Maciej Kuroń, ponieważ po raz już kolejny, okazało się, że święte prawa, takie jak to o wypieraniu dobrej monety przez złą, czy o tym, że historia wraca po latach w postaci swojej własnej parodii, robią wrażenie nawet jeśli nie faktycznie świętych, to jak najbardziej słusznych. Dziś, w postaci dwóch prawicowych dziennikarzy, Igora Janke i Cezarego Gmyza. I niestety, też przy okazji czegoś, co się nazywa Telewizją Republika, i do niedawna było zapowiadane, jako „nasza” odpowiedź – wreszcie skuteczna – na agresywną propagandę Systemu.
Otóż, jak się dowiaduję, Cezary Gmyz – człowiek swego czasu wyrzucony z „Rzeczpospolitej” za słynny artykuł o trotylu, został przygarnięty przez Tomasza Sakiewicza i Spółkę do wspomnianej Telewizji Republika, gdzie prowadzi program kulinarny. A w tym programie wręcz znakomicie udowadnia słuszność wspomnianej wyżej zasady o historii powraacającej jako kpina.
Pora na drugą kwestię, mianowicie, skąd wiem, że Kuroń junior nie był kucharzem, lecz zwykły uzurpatorem? Otóż każdy, kto miał okazję oglądać w telewizji kulinarne programy prowadzone przez zawodowców, wie świetnie, w czym się przejawia owo zawodowstwo, choćby patrząc na to, jak ci ludzie kroją cebulę, czosnek, marchewkę, czy cokolwiek. A wiedząc to, i pamiętając te męki, które nam zwykł był pokazywać Maciej Kuroń, wiedzą też, o czym mówię, kiedy dziś piszę te słowa.
No i dziś oglądam program prowadzony w Telewizji Republika – podkreślam, telewizji podobno „naszej” – gdzie Cezary Gmyz, a z nim reklamujący swoją książkę o Viktorze Orbanie Igor Janke, tak jak kiedyś Maciej Kuroń, próbują Polakom pokazać, na czym polega prawdziwe gotowanie, no a przy okazji powiedzieć coś na tematy jak najbardziej neutralne.
I, przepraszam bardzo, ale, abstrahując już od tego, jaki poziom oni prezentują, jak oni wypruwają z siebie żyły, by pokroić tę nieszczęsną cebulę, jak zawstydzająco prezentują się na tle tej smutnej książki Igora Janke, której pies z kulawą nogą nie potrzebuje, odnoszę bardzo przykre wrażenie, że każdy kolejny dzień, który przybliża nas do upragnionego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie upadku znienawidzonej władzy Donalda Tuska, pokazuje nam z okrutnym szyderstwem, że lepiej już było. Tak bowiem jak wszystko karleje, karlejemy i my. A ja bym tylko chciał wiedzieć, kto to wszystko po drodze do tego zwycięstwa spieprzył?

Jestem wdzięczny za stałe wspieranie tego bloga. Proszę wszystkich o dalszą pamięć i solidarność. Dziękuję.

piątek, 5 lipca 2013

Agnieszka Radwańska - nasza duma i radość

Agnieszka Radwańska przegrała swój półfinałowy mecz w Wimbledonie, i wszystko wskazuje na to, że tefaunowskie sępy tylko na to czekały. Od wczoraj, ile razy chcę się dowiedzieć, jak ona się czuje, co mówi, czy zdążyła dojść do siebie po tej niefortunnej porażce, trafiam na kolejną porcję bluzgów, oczywiście nie ze strony samego TVN-u – ależ skąd, oni są zawsze bardzo obiektywni! – ale tych, których autorami są tak zwani internauci, a TVN ich jedynie cytuje. W końcu zawsze wzywaliśmy do wspierania dziennikarstwa obywatelskiego, no to i je mamy.
Czego się więc dowiadujemy? Po pierwsze, tego, co zawsze wiadomo było, a mianowicie, że ta Radwańska wcale nie jest nawet w połowie tak dobra, jak się jej zdaje. Po drugie, że z niej nie jest żadna gwiazda, a zaledwie głupia gwiazdeczka, skupiona wyłącznie na swoich humorach. I wreszcie, po trzecie, że ona nie ma za grosz kultury, a jej chamstwo będzie nam od dziś przynosiło wstyd na całym świecie.
W czym rzecz? Oczywiście, na samym początku mamy ów Smoleńsk i fakt, że w obliczu tego nieszczęścia Radwańska stanęła po niewłaściwej stronie, a TVN takich postaw nie wybacza. Dziś jednak skupmy się na sporcie. Dziś bowiem, jak czytam, poszło o to, że Radwańska tak bardzo przejęła się tą porażką, że, jak się domyślam, po to, by nie wybuchnąć publicznie krepującym dla niej płaczem, schodząc z kortu, szybko podała – pamiętajmy, że swojej koleżance – Lisickiej rękę i bez słowa uciekła do szatni. A więc jedyne, co zrobiła, to dowiodła raz jeszcze, że jest typowym pisowskim burakiem, bez grama kindersztuby i słynnej sopockiej elegancji. No i jeszcze ten wstyd, od Filipin do Gabonu!
Swoją drogą, to jest coś niewiarygodnego! Pamiętam ostatni raz, kiedy to TVN miał okazję poznęcać się nad znienawidzoną przez siebie tenisistką. Wtedy poszło o coś wręcz odwrotnego. Kiedy ona przegrała swój mecz na Olimpiadzie, właścicielom stacji bardzo się nie podobało, że ona na tę porażkę w sumie machnęła ręką. Szczególne oburzenie tych ludzi wywołała seria komentarzy, umieszczonych przez Radwańską na Facebooku, z których nijak nie można się było doczytać, że ona jest zrozpaczona. Dziś nagle, ona zbiera za swoją rozpacz.
Ktoś mi powie, że tu wcale nie chodzi o rozpacz, ale o wspomniane chamstwo. Przepraszam bardzo, ale – pisałem tu zresztą o tym dość niedawno – ja w pewnym szczególnym sensie tak zwaną sportową rywalizacją na poziomie zawodowym emocjonuję się od wielu już lat, i nie jestem w stanie zliczyć, ile razy widziałem przegranych zawodników, schodzących z planszy w stanie znacznie gorszym i w nastrojach o wiele bardziej podłych, niż to wczoraj nam pokazała Radwańska. To zresztą zawsze, z mojego punktu widzenia, stanowiło samo serce tego całego przedsięwzięcia. Te emocje, których nie sposób dostrzec w żadnej innej dziedzinie życia. Ja wielokrotnie widziałem, jak ci ludzie potrafią się zachowywać, i powiem szczerze, że do dziś nie umiem zgadnąć, jak to się stało, że nikt z nich – o ile sobie dobrze przypominam – jeszcze nie umarł ze złości i rozpaczy.
Nie trzeba zresztą sięgać szczególnie daleko. Weźmy choćby naszego Jerzego Janowicza, też wybitnego tenisistę. On ledwo co przedwczoraj wygrał awans do półfinału londyńskiego turnieju, i jestem pewien, że nie tylko ja, ale redaktorzy z TVN-u świetnie widzieli, jak on się zachowywał na konferencji prasowej po meczu. Gdyby nie wiadomo było, że on właśnie odniósł swój największy w życiu sukces, można by było sądzić, że nie ma na świecie człowieka bardziej wściekłego, którego jedynym marzeniem jest dać dziennikarzowi, który mu zadaje te pytania w łeb. Dlaczego on się tak zachowywał? Otóż ja nie mam wątpliwości, że Janowicz chciał, żeby mu w tym momencie wszyscy dali do ciężkiej cholery spokój, bo on za chwilę wybuchnie płaczem, a nie chce, by to ktoś widział.
Przecież banda tych idiotów na sto procent musiała to widzieć i musieli też widzieć reakcję Janowicza – reakcję człowieka, robiącego wrażenie najzwyczajniej w świecie skrajnie niesympatycznego. Czemu więc nie znalazłem żadnych uwag na temat tego, jak to ten Janowicz nam przynosi wstyd, nie potrafiąc się odpowiednio zachować przed kamerą, wobec dobrze mu przecież życzącego dziennikarza?
Otóż, spokojna nasza głowa! Oni równie dobrze jak my wiedzą, jak wygląda to życie, jakimi ludźmi są poszczególnie sportowcy, i jakie tam rządzą żywioły. Dzięki pracy, którą wykonuję, mam kontakt z ludźmi z najróżniejszych ścieżek życia. O muzykach już kiedyś wspominałem, trzeba nam jednak wiedzieć, że miałem też parę razy okazję kontaktu z prawdziwymi, a więc klasy światowej, sportowcami. Proszę sobie wyobrazić, że wśród nich była pewna Małgosia, która walczyła – i możliwe, że wciąż tam jest – w polskiej narodowej drużynie szablistek, czy jak to się tam nazywa. Uczyłem ją, kiedy była jeszcze nastolatką, ale już jej życie koncentrowało się głównie między jednym, a drugim treningiem. To było fantastyczne naprawdę dziecko, ale z drugiej strony, ja nie znałem w życiu osoby tak bardzo wypełnionej wewnętrzna agresją, która gotowa była eksplodować w każdym nieoczekiwanym momencie. Dosłownie każdy błąd, jaki ona zrobiła w zadaniu domowym, czy sytuacja, gdy ona nagle czegoś nie umiała, lub nie rozumiała, groził zerwaniem lekcji. I to w najróżniejszy sposób. Albo przez to, że ona wybuchała wściekłością i wychodziła, albo po prostu się obrażała i zamykała w sobie.
Pamiętam też, jak kiedyś z Michałem Dembińskim byliśmy na wydłużonym weekendzie w Beskidzie, w wiosce sąsiadującej z miejscowością, z której pochodzi polska wybitna biegaczka, Justyna Kowalczyk. I mieliśmy okazję rozmawiać z kobietą, która ją zna od dziecka. I ona nam powiedziała, nie wchodząc akurat w szczegóły, że to jest „bardzo trudna” osoba. I myśmy obaj doskonale to zrozumieli. Bo wiemy, że poziom wyczynu, gdzie się sto metrów przebiega w 9 sekund, skacze na wysokość 2,5 metrów, lub odbija i leci na odległość dziewięciu, przed człowiekiem stawia fizyczne i psychiczne wymagania, których my nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić. A więc, wracając już do Radwańskiej, kiedy swego czasu czytałem pełne satysfakcji doniesienia, jak to ona się chamsko i wulgarnie odezwała do swojego ojca, wiedziałem, że pewnie tak było. Ale też wiedziałem, że były chwile, gdzie w relacji córka-ojciec do nie mniej interesujących starć musi regularnie dochodzić i w tej wiosce w górach i tu, niedaleko mnie, niemal po sąsiedzku.
I, powtarzam jeszcze raz, jestem na sto procent pewien, że ci gangsterzy polskiego dziennikarstwa z TVN-u, ale i nie tylko przecież stamtąd, to wszystko, o czym ja piszę, też świetnie wiedzą. Oni wiedzą, że Radwańska zeszła z kortu tak jak to wszyscy widzieliśmy nie przeciwko swojej koleżance Lisickiej, ale przeciwko sobie samej, przeciwko swojej słabości, wściekła na nikogo tak bardzo, jak na siebie. I wiedzą, że ona pewnie jeszcze tego samego wieczoru albo się z Lisicką spotkała, albo do niej zadzwoniła i jej szczerze pogratulowała zwycięstwa, i że jutro będzie jej kibicowała dokładnie tak samo, jak by ta kibicowała jej.
Na koniec jeszcze, wspomnę pewne zdarzenie z zeszłego roku. Był turniej w Dubaiu i Agnieszka Radwańska grał swój drugi mecz w życiu przeciwko Lisickiej. Rok wcześniej wygrała Lisicki, tym razem Radwańska brała rewanż. Kiedy kończył się drugi set i Radwańska prowadziła już 5:0, Lisicki nagle wybuchła płaczem i zaczęła głośno szlochać, krzycząc po polsku: „Ja nie chcę przegrać do zera!” Radwańska, czy to w reakcji na te błagania, czy może zupełnie niechcąco – do tego pewnie nigdy nie dojdziemy – podarowała Lisickiej ten jeden punkt. I w ten sposób zakończyło się owo jedyne zwycięstwo Radwańskiej nad Lisicką. A może by tak tefauneowscy specjaliści od sportu i miłośnicy tenisa, zechcieliby też nam i to wydarzenie ocenić… Chociaż, może lepiej niech już się zamkną i siedzą cicho. Do zakichanej śmierci.

Jestem wdzięczny za każdy gest wsparcia dla tego bloga, który trzyma nas przy życiu już od tak dawna. Bardzo proszę nie zapominać, i nie odchodzić. Dziękuję.

czwartek, 4 lipca 2013

Polski czwartek, czyli lejemy Lisickich

Oczywiście, nie żeby jakoś specjalnie, ale zawsze trochę, zastanawiało mnie, dlaczego właściciele mediów tak bardzo dbają o to, by gdzie się tylko da publikować najróżniejszego rodzaju ankiety. I od razu przyznam, że jestem bezradny. O ile, bowiem, domyślam się, o co chodzi w sondażach partyjnych, za cholerę nie umiem zgadnąć, po co komu wiedza na temat tego, co ludzie sądzą – że się odwołam do bieżącej ankiety w Salonie 24 – na temat konieczności zmiany Konstytucji, czy, tym bardziej, o szansach tenisisty Kubota na półfinał Wimbledonu, czy na temat dylematu, do jakiego klubu trafi piłkarz Lewandowski.
A mimo to, owe sondaże pojawiają się ze zdumiewającą częstotliwością, i nie ma tak trywialnego, nicnieznaczącego, niepotrzebnego pytania, którego by nam nie zaserwowano. Jak mówię, nie mam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, ale mam pewne podejrzenie, którym chciałbym się tu podzielić. Otóż wydaje mi się, że za tym może stać autoryzowane na najwyższych piętrach Systemu zalecenie, by utrzymywać społeczeństwa w nieustannym przekonaniu, że ich głos się liczy, że Systemowi tak naprawdę bardzo zależy, by zwykły człowiek mógł wyrazić swoją opinię na każdy temat, i że System z tą opinią się jak najbardziej liczy. A zatem, z jednej strony cały plan sprowadza się do tego – pisałem o tym już wielokrotnie – by człowieka zmusić do jak najcięższej, jak najdłuższej i możliwie źle płatnej pracy, z zapewnieniem mu niedzielnego spełnienia w lokalnej galerii handlowej, a z drugiej, wbijać mu nieustannie w mózg przekonanie, że jego głos się jak najbardziej liczy; że to, co on sobie na dany temat uważa, organizatorów całego tego przedsięwzięcia bardzo, ale to bardzo obchodzi. I to jest wszystko, z czym tu mamy do czynienia.
Przedwczoraj chyba, bloger o nicku Polakoczerwoni zorganizował ankietę, czy raczej cykl ankiet, gdzie postanowił sprawdzić preferencje obecnych w Salonie24 internautów, jak idzie o poszczególne blogi. I znów, ktoś mógłby się zapytać, po co ta akcja, a ja pewnie ze smutkiem bym odpowiedział, że po nic; że tu, tak jak w każdym z pozostałych przypadków, chodzi o to, by dać nam, ludziom piszącym na blogach, poczucie sensu tego, co robimy i ową złudną świadomość, że to, co my sobie myślimy, kogokolwiek interesuje. Jednak tym razem tak nie odpowiem, bo wydaje mi się, że w tym akurat przypadku może chodzić o coś bardzo konkretnego, a mianowicie o przewartościowanie pewnej hierarchii i wskazanie przy pomocy grubego czarnego flamastra, jak bardzo ta obecna jest zafałszowana i przez to fikcyjna. I to, uważam, byłoby z pożytkiem dla nas wszystkich.
A to przecież i tak są zaledwie blogi, a więc coś, co już z samej zasady stanowić ma jedynie tak zwany wentyl. Jest jednak coś, co nas mogłoby zainteresować dużo bardziej, hierarchia jak najbardziej zewnętrzna, reprezentowana choćby przez tak potężne środowiska medialne, jak „Sieci” braci Karnowskich, czy „Do Rzeczy” Lisickiego. Tu by dopiero było dobrze się dowiedzieć, kto jest lepszy; tu by dopiero się przydało przeprowadzić ankietę, który tytuł jest bardziej popularny, czy może bardziej zaspokający emocje środowisk przedstawiających się, jako prawicowe. Jak już wspomniałem, blogi to też jest coś, czego najlepszym dowodem może być to, że, jak słyszę, na wiadomość, że w ankiecie zorganizowanej przez blogera Polakoczerwoni, do konkursu stają Cezary Krysztopa I Rudecka-Kalinowska, Krysztopa natychmiast zaapelował do swoich zwolenników na Facebooku, prosząc ich o głosy, bo on „nie może przegrać z Rudecką”.
Rozmawialiśmy trochę z Coryllusem o tym nieszczęściu, i doszliśmy do wniosku, że może i my otworzymy dyskusję na temat, kto jest lepszy, a kto gorszy, tyle że na poziomie naprawdę istotnym, wyznaczanym mianowicie przez wspomniane wyżej tygodniki – „Do Rzeczy” i „Sieci”. Otóż rzecz w tym, że ja od pewnego czasu Coryllusowi, który z mainstreamową prasą ma kontakt ograniczony, tłumaczyłem, że „Do Rzeczy” jest od „Sieci” znacznie gorsze, i na to on kupił sobie jedno i drugie, i bez mrugnięcia okiem oświadczył, że jest wręcz odwrotnie – gorsze jest „Sieci”. No i postanowiliśmy skrzyżować szable.
Od razu muszę przyznać, że jeśli wziąć pod uwagę estetykę okładek, tu Coryllus ma niewątpliwą rację. „Sieci” jest najgorsze. Pod tym akurat względem, „Sieci” jest gorsze od wszystkiego, włącznie z najgorszymi niemieckimi magazynami dla idiotów. Jak idzie o stronę wizualną, „Do Rzeczy” prezentuje się tu, jak, co najmniej, jakiś „The Economist” przy „Przekroju”. Również – i tu jestem w stanie zgodzić się z moim kolegą Coryllusem – takie gwiazdy tygodnika „Sieci”, jak Łukasz Warzecha i Krzysztof Feusette nigdy nie dadzą się pokonać gwiazdom „Do Rzeczy”, że wymienię choćby Wildsteina, Semkę, czy Ziemkiewicza. Tu sprawa jest jasna – Warzecha i Feusette są zwyczajnie nie do pobicia.
Podobnie dwie ostatnie strony numeru w przypadku „Do Rzeczy” robią solidniejsze wrażenie. Z Łysiaka dziś wprawdzie zostało już tylko nazwisko, a Ziemkiewicz to niewykluczone, że dziennikarz skompromitowany jeszcze bardziej, niż Tomasz Wołek, jednak, co by nie mówić, zarówno profesor Zybertowicz, a tym bardziej człowiek nazwiskiem Świetlik, pozostają niezagrożeni.
Ktoś mi powie, że „Sieci” ma dziennikarkę Łosiewicz i kaskadera Potockiego, i to ów projekt determinuje ostatecznie. I ja to rozumiem. Jednak popatrzmy przez chwilę na „Do Rzeczy”. Proszę mi wybaczyć, że nie będzie żadnego komentarza, ale nie mam siły: Gociek z Gursztynem, Ludwik Lewin, Paweł Kukiz, Młodzi Wykształceni Z Wielkich Ośrodków, Wojciech Wybranowski, Marcin Wolski, Marek Magierowski, Eryk Mistewicz, czy wreszcie – last but not least – Tomasz Terlikowski! A gdzie tu jeszcze miejsce dla jakiegoś Chełminiaka, Tycnera, czy Kilian? Przepraszam Cię bardzo, Gabrielu, ale nawet to, że blogerka Kataryna najwidoczniej trafiła coś lepszego i na ten cały interes Lisickiego machnęła ręką, układu sił nie zmieni. Przepraszam Cię bardzo Coryllusie, ale nawet gdyby unieważnić wszystko to, co wyżej napisałem i zostawić na placu boju samego Terlikowskiego, kiedy rozmawia z tym smokiem z radia TOK FM, Wanat, sytuacja moim zdaniem byłaby bardziej niż klarowna. „Do Rzeczy” jest nie do pobicia.
No ale jest jeszcze coś, co – przy wszystkich moich zastrzeżeniach związanych z tym, że w czasach tak ciężkich, jakie dziś przeżywamy, naprawdę trudno jest odróżnić dobrych od złych – każe mi obstawiać „Do Rzeczy”, jako coś absolutnie najgorszego. Mam na myśli coś, co dla takiego Coryllusa akurat powinno mieć walor decydujący. Rzecz w tym, że takie „Skoki”, jak by na nie nie patrzeć, to coś jednak bardziej swojskiego, niż mafia z Dombasu, czy jak się nazywa to miejsce w ruskiej części Ukrainy. Jakkolwiek by nie patrzeć, „Skoki” to jednak nie jest to samo. Jeśli ja mam porównywać „Skoki” do tych gangsterów, to ja już wolę „Skoki”. Podobnie jak wolę nasze zwyczajne disco-polo od tych kretynek, co mam nadzieję, że wciąż jeszcze siedzą za obnażanie się w cerkiewnym kościele w Moskwie.
Zaczęliśmy od ankiet i konkursów. Zgadzam się, że to wszystko jest nic nie warte. Że celem większości tego śmiecia jest wyłącznie wbicie nam do głów tego okropnego kłamstwa, że to co nam się wydaje, ma jakiekolwiek znaczenie. Wydaje mi się jednak, że gdyby udało nam się w skali ogólnopolskiej przeprowadzić ankietę zatytułowaną „Który prawicowy tygodnik – „Sieci” czy „Do Rzeczy” – jest gorszy”, wyniki tego konkursu – niezależnie od ich wyników – przyniosłyby znacznie więcej korzyści, niż zwycięstwo Radwańskiej nad Lisicki. Na które, tak na marginesie, też bardzo liczę.

Lato w pełni, pracy nie ma, a żyć trzeba. Wszystkich, którzy są w możliwościach serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Bardzo dziękuję.