piątek, 30 stycznia 2009

Topiarz fryty z TVN24

W ostatnich dniach, miałem dwukrotnie nieprzyjemność wrócić wspomnieniami do pewnej bardzo interesującej kwestii związanej z prezydenturą Lecha Wałęsy. Otóż, jak niektórzy wciąż potrafią sobie przypomnieć, a część – siłą rzeczy – nie pamięta, Lech Wałęsa miał swoja ekipę telewizyjną, która obsługiwała każdy jego ruch. Każdy, w tym sensie, że musiał być to ruch, który odpowiednio wcześniej Mieczysław Wachowski uznał za wart odpowiedniego naświetlenia. Odbywało się to tak, ze kiedy Lech Wałęsa miał się spotkać z jakimś ministrem i na przykład go opieprzyć, odpowiednia ekipa ustawiała odpowiednio Prezydenta, włączała światła, wpuszczała do środka konkretną ofiarę, puszczała w ruch kamery i wieczorem w wiadomościach leciał odpowiedni materiał. Efekt był zawsze taki sam – Wałęsa stał, groźnie chrząkając i robiąc swoje miny, a przed nim, nerwowo wycierając spocone dłonie, na przykład minister Dyka odbierał z pokorą reprymendę. Tylko raz, plan się nie powiódł. Mianowicie wtedy, gdy do Wałęsy zawitał minister Macierewicz… ale szybciutko złe wrażenie zostało – jak wszyscy wiemy – skutecznie zatarte.
Przypomniała mi się ta sztuczka z wałęsowską telewizją wczoraj, kiedy przeczytałem w Rzepie rozmowę z Erykiem Misiewiczem, na temat zbliżającego się kongresu Prawa i Sprawiedliwości. Eryk Mistewicz, zapytany, czy PiS po tym kongresie odzyska równowagę i czy poprawi swoje notowania wobec PO, powiedział, że wszystko zależy od tego, jak kongres zostanie zrelacjonowany przez media. Chodzi bowiem o to, ze Platforma, chcąc PiS-owi ukraść show, planuje przedstawić w sobotę swój program walki z kryzysem i jeśli teraz czołówki gazet i programów informacyjnych zajmie PiS, to wygra PiS, a jeśli Platforma – to, oczywiście, wygra Platforma. Będzie się też – naturalnie – liczyło tak zwane story, więc jeśli przyjdzie Palikot i opowie story, to PiS też raczej przerżnie.
Swoją drogą, to jest bardzo ciekawe. Eryk Mistewicz, rok temu wymyślił ten swój greps ze story i tak mu się to spodobało, że od tego czasu nie mówi o niczym innym. Prosimy Mistewicza do studia, pytamy go o pogodę, a on na to: story. Bierzemy go do gazety, pytamy o ulubiony film, a on: story. W tym zapętleniu przypomina nam tego profesora z historii opowiedzianej przy okazji wywiadu z Markiem Migalskim dla Dziennika kóry to uczony od dwudziestu lat żyje z jednego jedynego wykładu. Który na początku swojej kariery napisał cykl wykładów, opublikował je w jakimś skrypcie i wszystko co robi od tego czasu to recytuje ten skrypt kolejnym rocznikom studentów.
Drugi raz, przypomniał mi się ten Wałęsa, kiedy dziś na ułamek chwili zajrzałem do TVN-u i tam zobaczyłem, jak Donald Tusk siedzi sobie z paroma ministrami i wszyscy w pocie czoła pracują nad czymś niezwykle ważnym. Przeglądają jakieś kartki, mruczą coś pod nosem, drapią się po zmasakrowanych wysiłkiem intelektualnych czołach, a na głównym miejscu przy stole, pan premier patrzy surowo to na jednego, to na drugiego i wszystko starannie zapamiętuje. Jeszcze kamera od czasu do czasu pokaże siwego, zafrasowanego ministra Boniego, który też widać, że nie zasypuje gruszek w popiele. I tylko brakuje mu takich okularów ze sznureczkami, żeby mu mogły mądrze zwisać na szyi.
Jeszcze nie zdążyłem dojść do siebie po tym cyrku, a tu nagle słyszę, jak z Moskwy donosi red. Zaucha. Imienia nie wymienię, żeby nie kalać pamięci wielkich Dżambli. Otóż red. Zaucha objaśnia nam wszystkie tajemnicze kwestie związane z wczorajszym sukcesem, jaki odniósł Donald Tusk spotykając się z Putinem. Otóż, ponieważ okazało się, że spotkanie to zostało kompletnie zlekceważone przez rosyjskie media – kompletnie! – Zaucha postanowił nam pokazać, że ten fakt, wbrew pozorom, jest też sukcesem. Okazuje się mianowicie, że skoro rosyjskie media o spotkaniu nie wspomniały, to dobrze, bo jakby wspomniały, to niechybnie by Polskę zbluzgały, opluły i skopały. A tu cisza – więc dobrze jest.
Mówi Zaucha, że ta cisza naprawdę dobrze świadczy o polsko-rosyjskich relacjach, bo jeszcze dwa lata temu, było ostro. No ale wtedy Polska była „pod rządami braci Kaczyńskich”. Tak własnie powiedział Zaucha i od razu się przestraszył, że głupio palnął. Błyskawicznie wyjaśnił, że to nie on tak mówi, ale to w Rosji tak się mówi. Że w Rosji to taki zwyczaj, żeby mówić, ze Polska była rządzona przez braci Kaczyńskich, ale on – Zaucha – doskonale wie, że to tak nie jest… i tak dalej, i tak dalej. Jeszcze trzy razy (trzy razy!) powtórzył, że wprawdzie Rosja obecnie Polskie ma w dupie, ale to dobrze, bo gdyby nas w tej dupie nie miała, to byśmy mogli zasłużyć sobie na jakieś niemiłe słowa i korespondencja się skończyła.
Jutro PiS ma swój kongres, Platforma ujawnia plan walki z kryzysem, a Eryk Mistewicz czeka, jak oba wydarzenia zostaną zrelacjonowane przez niezależne media. No i kto opowie lesze story. A ja już wiem, jak to będzie. Wiem, bo role zostały już rozpisane parę lat temu, z odpowiednimi zmianami jesienią 2007. Story też została napisana. Jak ten skrypt sprzed dwudziestu lat. Ja jedynie mogę tu wspomnieć o jeszcze jednej – zupełnie już nieistotnej kwestii. Otóż chwilę po relacji Zauchy z Moskwy, TVN24 puścił jakiś kawałek o egzotycznych profesjach. Byłem tak poruszony tą reinkarnacją telewizji belwederskiej sprzed 15 lat, że nie za bardzo uważałem. Jednak w pewnym momencie pokazali jakiegoś hutnika, czy kogoś takiego i powiedzieli, że ten pan to TOPIARZ FRYTY. Taka nazwa. I myślę sobie tak. Tu w Salonie, od czasu do czasu, kiedy wspomnę o jakimś sprzedajnym dziennikarzu, to moi koledzy od razu upominają mnie, że to nie dziennikarz, ale ‘pracownik mediów’. Ja jednak sobie myślę, że pracownicy mediów to już jednak klasyka. Teraz działa coś, co ci własnie pracownicy mediow wykształcili w swoim środowisku. Coś kompletnie nowego i tak kuriozalnego, że nie ma dla tego czegoś nazwy.
Na przykład ten redaktor Zaucha. Kim on jest? Mi by bardzo pasowała nazwa: ‘topiarz fryty’. Ja wiem, że ten dobry człowiek, którego postać przez chwilę mignęła nam w materiale TVN-u, może się czuć czegoś pozbawiony. Ale tak by było dobrze. On niech będzie hutnikiem, natomiast Zaucha będzie się nazywał ‘topiarz fryty’. Czemu? Bo tak jest odpowiednio głupio, śmieszno i straszno. Prawie jak po rusku. Mniej więcej tak.

czwartek, 29 stycznia 2009

To lezie

Po raz kolejny okazało się, że wszystkie oskarżenia pod moim adresem, jakobym był chamem bez serca i bezwzględnym brutalem to czysta bzdura. Nie dość, że nie jestem chamem i brutalem, to na dodatek wszystko wskazuje na to, ze mnie naiwny gołąb i wiejski głupek. Bo cóż to za polityczny gracz i ostry jak brzytwa komentator, który widząc, że drogą idzie banda wyrachowanych chuliganów, zastanawia się, czy oni przypadkiem nie są w gruncie rzeczy miłymi ludźmi, tyle ze coś ich nagle otumaniło.
A ta eksplozja dziecięcej naiwności – nie pierwszy już raz zresztą – zaatakowała mnie ostatnio parę razy pod rząd, przy okazji objęcia władzy nad publicznymi mediami przez niejakiego Farfała. Śmiałem się więc z tego Farfała do rozpuku, że on taki głupi i nie zdaje sobie sprawy, że go wykorzystują jacyś dużo od niego lepsi i sprytniejsi. I że jak już zrobi, co ma zrobić, to wyleci z hukiem i będzie po Farfale. Oczywiście, mogę się usprawiedliwiać, że nie ja jeden się dałem nabrać. Również wielu poważniejszych ode mnie komentatorów sugerowało, że Farfał to pikuś, a na niego już się czają panie i panowie od ministra Schetyny. Fakt pozostaje faktem. Sytuacja w której człowiek okazuje się bardziej tępy od pierwszego lepszego Farfała, jest upokarzający. A wszystko wskazuje na to, że Farfał rozłożył mnie na łopatki.
Na faktyczny rozkład sił we władzach mediów publicznych i rzeczywisty plan, jaki został w tamtych okolicach przygotowany, zwrócił moją uwagę po raz pierwszy w zeszłym tygodniu Rafał A. Ziemkiewicz, w znakomitej analizie w Rzepie, zatytułowanej „Powrót ‘grupy trzymającej władzę’” http://www.rp.pl/artykul/250763.html. W swoim tekście, który zachowuje wszelkie cechy tekstu bardzo sensownego i kompetentnego, Ziemkiewicz, ni mniej ni więcej, tylko wskazuje na fakt, że za całym tym cyrkiem pt. „LPR przejmuje telewizję”, stoi stara komunistyczna gwardia z Kwiatkowskim, Czarzastym i całą tą szajką, która została na pewien czas pogoniona z telewizji po sprawie Rywina, czy może lepiej sprawie Michnika-Rywina.
Tezy Ziemkiewicza potwierdza Luiza Zalewska w być może jeszcze celniejszym i jeszcze bardziej porażającym tekście w weekendowym Dzienniku, pod tytułem „Do Telewizji Polskiej powraca lewica” http://www.dziennik.pl/polityka/article302687/Do_Telewizji_Polskiej_powraca_lewica_.html. Zalewska sugeruje, że cały plan powrotu komuny do mediów publicznych został oparty na pomyśle wykorzystania starej i niezwzuszonej cechy naszych środowisk narodowo-katolickich, czyli z jednej strony próżności, a z drugiej mściwości. Pisze Zalewska, że nawet jeśli LPR i Giertych osobiście rzeczywiście liczą tu na cos konkretnego, to ten konkret sięga zaledwie parę miesięcy w przyszłość, a najważniejszą rzeczą i tak pozostaje doraźne i bardzo słodkie szczypnięcie Kaczyńskiego w tyłek.
Jest mi bardzo głupio, że sam o tym wcześniej nie pomyślałem, bo przecież wielokrotnie w ciągu kilkunastu ostatnich lat miałem okazję obserwować polityków – i mniejszych i tych nieco większych – związanych z szeroko pojętym obozem patriotyczno-narodowo-niepodległościowym. Niejednokrotnie zdarzało mi się patrzeć w kompletnym szoku, jak ludzie z pozoru ideowi – i to czasem bardzo ideowi – w sposób wręcz obsesyjny gotowi są poświęcać sprawy ważne, włącznie ze sprawami najważniejszymi, na ołtarzu doraźnej politycznej gry i jakiejś jeszcze bardziej doraźnej i nędznej satysfakcji. Powiem więcej – ja wielokrotnie nawet u, w Salonie, pisałem, jak ludzie pokroju Wierzejskiego wyprowadzają mnie z równowagi tą swoją dziecięca zawziętością w służbie najzwyklejszej zdrady.
Ciekawe przy tym było zawsze to, że zdrada była w ich działaniach obecna zawsze. Nigdy nie było tak, że ci „patrioci” walczyli wyłącznie o satysfakcję i o te swoje pięć minut w świetle kamer. Jakikolwiek mieli plan, ile razy tylko wyskakiwali z jakąś kolejną, szokująca inicjatywą, pomysł tej inicjatywy był im zawsze podsuwany z zewnątrz. Nigdy nie działo się tak, że Roman Giertych, czy jego ojciec, czy któryś z ważniejszych polityków kręcących się w tamtych okolicach, wykoncypował sobie jakąś strategię, czy to na rzecz objęcia władzy, czy tylko przeprowadzenia pewnych koncepcji politycznych. Zawsze – prędzej czy później – okazywało się, że za każdą pojedynczą myslą czaiły się jakieś egzotyczne sojusze. A oni byli wyłącznie wykonawcami. Więc przy okazji przejęcia władzy w publicznych mediach, miałem to wiedzieć. Miałem też wiedzieć, że te wszystkie plotki, jakoby Giertych dogadał się z Platformą są najzwyczajniej w świecie dmuchane. Cokolwiek by nie mówić o ludziach z LPR-u i ich znajomych, oni – jak już tu wspomniałem – byli zawsze indologicznie mocni. Oni nigdy w życiu nie weszliby w poważniejszy sojusz z masonami z Platformy. Na chwilę może tak, ale nie na dłuższą metę. Przecież to było oczywiste, że za tym musi stać ktoś, kto – nawet jeśli jest wrogiem – to z pewnością wrogiem naszym, własnym, sprawdzonym. Dla patriotów spod znaku Matki Boskiej owiniętej w biało-czerwoną szarfę, solidny ubek z krwią na rękach, będzie zawsze bardziej wiarygodny, od jakiegoś, nie daj Boże, Europejczyka, nie wiadomo z jakimi intencjami.
A więc kiedy poczytałem sobie, co na ten temat piszą Ziemkiewicz, Zalewska, a po nich już reszta komentatorów, pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy, to taka, że najgorsze już naprawdę było. Że wszystko jakoś przeżyjemy, byleby nie trzeba się było użerać z komuną i jej pseudo-narodowymi sojusznikami. I nagle poczułem się, jak w roku 2005, kiedy wydawało mi się, ze ten POPiS to niezły pomysł i że może przynajmniej w obliczu napierającej komuny nie byłoby źle jakoś – cholera – poprzeć tę Platformę w ich próbach odzyskania mediów publicznych. Niech mają, niech sobie tam robią co chcą, bylebyśmy się nie musieli zadręczać widokiem Kwiatkowskiego i jego ludzi, tym razem udekorowanych obecnością kogoś takiego jak Farfał.
No i nie czekałem długo, jak Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Newsweeka, stwierdził, że w obliczu sytuacji, gdzie – jak wszystko na to wskazuje – jest albo komuna, albo jej nie ma, i że nie ma absolutnie możliwości zachowania mediów publicznych bez politycznej kontroli, to niech sobie Platforma ma tę telewizję http://www.newsweek.pl/artykuly/pis-chce-oddac-media-rzadowi,36007,1. I zadeklarował, że PiS jest gotów poprzeć zmianę ustawy tak, by publiczne media nie trafiły w ręce komunistów. Proszę zwrócić uwagę. Kaczyński nie powiedział, że on chce się z Platforma podzielić wpływami. On zapewne wiedział, że teraz to już przede wszystkim niemożliwe, a poza tym kompletnie bez znaczenia. On powiedział Platformie – bierzcie wszystko, my was poprzemy.
Niestety, jak się okazuje, nawet na to jest już za późno. Minione lata doprowadziły już do takich emocji, że nie ma ani z kim rozmawiać, ani też o czym. Pełna mobilizacja – jak się zdaje – panuje wyłącznie w pewnych zakątkach post-komunistycznej lewicy i wśród Młodzieży Zawsze Wszechpolskiej. Politycy Platformy Obywatelskiej już tak się zakręcili w swojej walce o władzę nad światem, że wybierają już nawet samobójstwo, byle nie stracić dobrego samopoczucia. Donald Tusk zareagował natychmiast. Ogłosił, że oni będą się dogadywać z komuną, bo PiS to śmierć i hańba, a „Kaczyński to psuj”. http://www.newsweek.pl/artykuly/tusk--kaczynski-najwiekszym-psujem-w-mediach,36022,1
I oto dziś w Rzeczpospolitej czytam artykuł Igora Janke „PO i PiS u stóp Roberta Kwiatkowskiego”. I teraz już jest mi naprawdę przykro. http://www.rp.pl/artykul/9157,255112_Janke__PO_i_PiS_u_stop_Roberta_Kwiatkowskiego__.html. Wygląda bowiem na to, że nasze nawyki, uprzedzenia, kompleksy zdecydowanie wzięły nad nami górę. Igor Janke najwidoczniej uznał, ze nie stało się nic takiego, co by miało zmusić go do zmiany swojej starej, sprawdzonej metody oceniania wydarzeń politycznych. Jeśli Platforma postąpi głupio, należy wyrazić ubolewanie, że niestety obie strony konfliktu nie potrafią wyjść poza standardy. Jeśli Palikot zachowa się jak ruski buc, należy zwrócić uwagę, że Jacek Kurski znalazł godnego następcę. Jeśli wyjdzie na to, że cała działalność rządu to pasmo porażek, wypada zaznaczyć, że niestety nadzieje po poprzedniej nieudanej kadencji rządu, też zostały zawiedzione. Po raz kolejny okazuje się, że walka o pozostanie tzw. bezstronnym sędzią nie zna reguł. Można walić na oślep, byleby nikt się nie przyczepił, ze kogoś faworyzujemy.
I tak własnie postępuje Igor Janke. Najpierw przekazuje informacje, wcześniej dostarczone przez innych komentatorów i opisane powyżej, a później próbuje zachęcić Platformę i PiS do współpracy. I niestety robi to wyjątkowo nieuczciwie. Nie zwraca się do Platformy z apelem: „Słuchajcie, przestańcie się wygłupiać. Jeśli Kaczyński proponuje współpracę, przyjmijcie tę rękę. Nie bądźcie jak dzieci”. O nie. Tak red. Janke nie zrobi. On nie dopuści do tego, żeby ktoś pomyślał, że on chodzi na pasku PiS-u. Nie dopuści do tego nawet kosztem prawdy. Dlatego napisze, że owszem poseł Gowin – zupełnie fatalnie – odrzucił współpracę z PiS-em na rzecz kolaboracji z komuną, ale też (tym razem już bez żadnych konkretów), że PiS w nie mniejszym stopniu tarza się u stóp SLD, bo musi bronić „mediów publicznych – razem z Kwiatkowskim i Czarzastym”.
Ja rozumiem. Janke ma pretensje do Gowina, a za nim do Platformy, za zdanie Gowina „Pracujemy nad tą ustawą z SLD i PSL. Polityka jest sztuką trudnych kompromisów, jeżeli SLD za swojego konsultanta wzięła Roberta Kwiatkowskiego, to mogę tylko ubolewać". Mi się to również bardzo nie podoba. Ale za co konkretnie – jeśli już mówić o najbardziej świeżych faktach – są pretensje do PiS-u? Jedyny konkret, jaki Janke podaje, to to, jak PiS „dwa lata temu wchodził w alianse z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin”. Ani słowa o najnowszej propozycji Kaczyńskiego. Ani słowa o aroganckiej odmowie Tuska. Na to Janke oczywiście nie pojdzie. Jeszcze ktoś sobie o nim źle pomyśli.
Uważam, że takie zachowanie to wstyd. Oczywiście pamiętam o proporcjach. Jednak mam bardzo przykre wrażenie, że dobrze by było, gdyby prawo do krętactwa zostawić tym, którzy sobie je wywalczyli wieloletnia pracą.

środa, 28 stycznia 2009

Kaczyński ma grzech

Kiedy wczoraj, nagle, bez wcześniejszych planów z mojej strony, a nawet marnych podejrzeń, w moim tekście pojawiła się osoba Kazimierza Marcinkiewicza, stało się tak dlatego, że – słysząc kolejne doniesienia na temat „nowego życia”, jakie postanowił rozpocząć były premier – uznałem przypadek ów za z jednej strony tak tandetnie zwyczajny, a jednocześnie tak żałosny, że aż wart tej drobnej mojej złośliwości. Choćby i przy okazji tematu kompletnie z Marcinkiewiczem jako takim nie związanym. Wydawało mi się przy tym, że Marcinkiewicz padł ofiarą czegoś, co jest udziałem wielu mężczyzn w jego wieku, a czemu tacy ludzie jak Marcinkiewicz po prostu nie są w stanie się oprzeć. Wiedzą, że to co robią jest głupie, złe i w efekcie samobójcze, a mimo to brną, bo ich zwierzęca natura i zwykła ludzka próżność wiąże im serca i umysły tak, że już po prostu nie dają rady.
Już jednak w chwilę po umieszczeniu tego tekstu na blogu, zaczęły do mnie docierać informacje, że Kazimierz Marcinkiewicz jest – jak to już zdarzało się wielokrotnie w jego wypadku – lepszy nawet od samego siebie i że akurat on zasługuje tu na potraktowanie osobne. Okazało się mianowicie, że w ocenie specjalistów od wizerunku – oczywiście, oni są zawsze gotowi przylecieć na gwizdnięcie – nawet jeśli postępek Marcinkiewicza nie był zorganizowany przez jego piarowców, to niewątpliwie jest przez nich obecnie bardzo sprytnie wykorzystywany. I to mnie zdziwiło. Z punktu widzenia kogoś, kto całe życie poruszał się w środowiskach, gdzie gówno śmierdzi, a ogrody są piękne, w zwykłej zdradzie, i do tego w zdradzie tak nonsensownej, nie może być żadnego piaru. Co najwyżej na użytek osób najbardziej moralnie poprzestawianych.
Słuchałem tych głosów ludzi ponad miarę kompetentnych w sprawach kłamstwa i manipulacji i dowiadywałem się, że choć może przez chwilę Marcinkiewicz będzie istotnie funkcjonował jako pośmiewisko, to po paru miesiącach zostanie tylko on, ta jego siksa i reputacja światowca po każdym względem – zarówno osobiście, jak i towarzysko – odpicowanego. I że Marcinkiewicz to doskonale wie i sobie zupełnie dobrze radzi.
Dziś rano w Rzepie, przeczytałem znakomity artykuł Piotra Semki, który nie dość, że potwierdził najgorsze moje podejrzenia co do prawdziwej natury upadku Marcinkiewicza, to jeszcze bardzo przekonująco pokazał całe tło i wszystkie okoliczności, które – jak się okazuje po czasie – musiały doprowadzić Marcinkiewicza tu, gdzie jest obecnie. Artykuł Semki, choć w rzeczywistości wyjątkowo, wręcz apokaliptycznie, ponury, to przy tym niezwykle – nawet jak na autora – inspirujący i pouczający http://www.rp.pl/artykul/9157,254569_Chlopiec_z_tabloidu_.html.
Naturalnie, wiele z informacji, które podaje Semka, to fakty powszechnie znane. Każdy kto interesuje się polityką jako tako, wie, skąd Marcinkiewicz się wziął, z jakich środowisk pochodzi, jakie, ideologicznie i politycznie, miejsce zajmował przez całe lata 90-te, a nawet dlaczego tak się stało, że w momencie gdy można było mieć jeszcze nadzieje na powstanie POPiS-u, to właśnie Marcinkiewicza Jarosław Kaczyński kopnął tak wysoko. Przypomina też Semka najważniejsze przypadki uwalniania się Marcinkiewicza z krepujących go zobowiązań, zarówno politycznych, jak i czysto ludzkich. Te wszystkie studniówki, dyskoteki, młode dziewczyny, to całe tabloidowe szaleństwo, które tak Marcinkiewicza urzekło. Ale Semka zwraca uwagę na coś o wiele ważniejszego i coś, co cały przypadek Marcinkiewicza stawia w o wiele szerszym, bo wręcz cywilizacyjnym, kontekście. Pozwolę sobie zacytować odpowiedni fragment: „Pierwszym sygnałem dla byłego premiera, że coś z nim samym jest nie tak, powinna być zmiana nastawienia polskich mediów do ‘najsłynniejszego Polaka nad Tamizą’. Niespodziewanie, nie wiadomo od kiedy, przestał być traktowany całkiem serio. Marcinkiewicz przeoczył ten moment. Żył w Londynie, skąd z każdym dniem było coraz dalej do Polski, a tym bardziej do gorzowskiego domu. Wspomnienia ze ślubu z 1981 roku jawiły się jako prehistoria. Jedni pewnie nazwą to kryzysem 50-latka, inni ostatecznym testem dla pokolenia konserwatystów, ‘którym się udało’. Zastanawiające jest, jak nagły skok cywilizacyjny Polski (co symboliczne – zbieżny z wejściem Polski w 2004 roku do Unii) skłonił ludzi, którzy latami odmawiali sobie wielu rzeczy, by teraz nabrali konsumpcyjnego apetytu na życie. Nasuwa się analogia z zachodnioeuropejskimi chadekami z lat 60. i 70., którzy po latach mieszczańskiego, ustatkowanego życia zaczęli się rozwodzić, szybko oddalać się od zaprzyjaźnionych proboszczów i życzliwych biskupów. Nagle odkrywali, że sekretarki są ponętniejsze od żon zmęczonych wychowaniem wielu dzieci, a barwne życie polityka daje wiele okazji, którym nie sposób się oprzeć”.
A więc to tak? Okazuje się – a nie ma żadnego powodu, żeby kwestionować sensowność wywodu Semki – że Marcinkiewicz wyruszając w tę samobójcza misję, oczywiście uznał, że „sekretarki są ponętniejsze od żon”, czyli postąpił, jak przeciętny murarz, czy docent, ale przy okazji on dokonał tego odkrycia, nie dlatego, że w wieku 50 lat dowiedział się od młodej, ładnej dziewczyny, że ma ładną pupkę, ale dlatego, że zaimponowało mu towarzystwo operujące na dotychczas nieznanym mu poziomie cywilizacyjnym. Marcinkiewicz nie tylko popełnił błąd, który sprowadza się do tego, że za trzydzieści lat będzie prawdopodobnie konał w samotności i w poczuciu zmarnowanego życia. Ale też nie popełnił go przez zwykły grzech pożądania i nieskromności. Popełnił go świadomie i z poczuciem najwyższej dumy. Od Semki własnie dowiaduję się, że kiedy tabloidy dowiedziały się o zdradzie Marcinkiewicza, on sam wysłał Super Expressowi swoje nowe zdjęcie, a kiedy kupował po raz drugi w życiu pierścionek zaręczynowy, zamówił sobie specjalną sesję zdjęciową. I te właśnie informacje, każą mi przypuszczać, ze Marcinkiewicz popadł w klasyczny stan opętania. Któregoś dnia obudził się, zobaczył, ze znajduje się na statku o nazwie Cywilizacja i 'ten który niesie światło', go oślepił.
Takie czasy. Wracałem dziś z pracy do domu i przy katowickim dworcu zobaczyłem następujące ogłoszenie:
Ja oczywiście nie urodziłem się wczoraj. Wiem, co się wokół mnie dzieje i nie jest tak, że widzę na ulicy zło i od razu zaczynam drżeć ze strachu, czy podniecenia. Jednak ten plakat zrobił na mnie wrażenie. W centrum miasta, zupełnie oficjalnie, bezwstydnie i bez najmniejszego skrywania intencji, odbywa się najoczywistsze sutenerstwo. Plan jest taki, że jeśli będzie szła jakaś naiwna dziewczyna i będzie odpowiednio głupia, to ona być może zapisze sobie ten telefon i umówi się z gangsterem, kóry kazał ten plakat powiesić na przystanku tramwajowym. On już na miejscu się nią odpowiednio zajmie, a jak trzeba będzie, to wszystko dokładnie wytłumaczy. Tak to się odbywa w Europie XXI.
Mam wiec propozycję dla Kazimierza Marcinkiewicza. Jak będzie w Katowicach, niech wpadnie do Afrodyty na przedstawienie. Tam już na niego czeka jego Mistrz. Może nawet przyprowadzić swoją nową koleżankę. Niewykluczone, że spędzą razem upojny wieczór.

wtorek, 27 stycznia 2009

O poplątanych językach i szurniętych umysłach

Jak już zapewne tu wspominałem, jestem osobą wybitnie słabo utalentowaną. Ani utalentowaną, ani szczególnie inteligentną, ani też jakoś bardziej wykształconą. Jestem ogólnie dość wrażliwy, potrafię ładnie i bez większego wysiłku pisać i znam język angielski. I właściwie to wszystko. Biorąc pod uwagę fakt, że tylko ta zdolność zgrabnego formułowania zdań, to faktyczny talent, nie ma się doprawdy z czego cieszyć. Języka angielskiego nauczyłem się na studiach i przez kolejne lata pracy, a i tak bez większych rewelacji. Tyle że potrafię dobrze uczyć. Powiedzmy, coś takiego jak Łukasz Kruczek. Wiem co robić, żeby ktoś inny leciał równo i daleko.
Kiedy więc dziś we Wproście czytam, jakie to zabawne, że posłowie nie znają języków obcych, mam uczucia wyjątkowo mieszane. Oczywiście, zgadzam się z autorem artykułu Grzegorzem Lakomskim, że jeśli się jest osobą wykształconą, publicznie znaną, a na dodatkiem kimś, kto sam zdecydował, że będzie pracował w Komisji Spraw Zagranicznych i w Komisji ds. Unii Europejskiej, powinien jednak język obcy znać i nie byłoby źle, gdyby tym językiem był również język angielski. Nie byłoby też źle, gdyby znał ten język obcy, skoro w głębi duszy jest przekonany, że go zna i się z tym przekonaniem obnosi.
Z drugiej jednak strony, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jedynymi osobami, które znają język, to młodzież szkolna, i w mniejszym stopniu, studenci. Oczywiście, wśród osób starszych, są tacy, co język angielski znają, ale jest ich na tyle mało, żeby się tą sytuacją zbytnio nie ekscytować. Uczę na kursach w różnego rodzaju firmach i mam pewną orientację w tej kwestii. Ludzie, najogólniej rzecz ujmując, język znają bardzo pobieżnie i na ogół o wiele mniej, niż im się wydaje. Tak to jakoś zdarzyło się w tej naszej Polsce, że część osób starszych zdołała się troszeczkę nauczyć języka rosyjskiego, niewielka grupa języka niemieckiego i na tym sprawa się zakończyła. Czy to przez obiektywny brak możliwości nauki, czy przez fatalny stan szkolnictwa na każdym poziomie (polecam wywiad z Markiem Migalskim w weekendowym Dzienniku), czy w końcu przez brak kontaktów z obcokrajowcami, zarówno na zewnątrz, jak i tu u nas, całe pokolenia pozostały przy jezyku polskim. I tyle.
Pamiętam jak jeszcze w początkach lat 90-tych, kiedy kształtowała się nowa władza, czytałem książkę francuskiego dziennikarza Guy Sormana, który, opisując swoje spotkanie, z Jackiem Kuroniem – wówczas pierwszym polskim politykiem, ministrem i czołowym intelektualistą – nie mógł wyjść z podziwu, że Kuroń nie umie mówić w żadnym obcym języku poza ruskim. Dla Sormana to był szok i – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na fakt, że jako Francuz, mógłby być trochę bardziej oględny w ocenach – powinniśmy go potrafić zrozumieć. Przyjeżdża Sorman do świeżo odzyskanej przez Polaków Polski, chce sobie porozmawiać z jedną z najważniejszych postaci tej właśnie nowej Polski i… okazuje się, że się nie da.
Pamiętam też, jak w dawnych, jeszcze mocno komunistycznych latach poszedłem na występ zespołu Mungo Jerry, znanego z wielkiego przeboju In the Summertime, który nagle zawitał do Katowic. Zespól skończył śpiewać, a ponieważ publiczność chciała więcej, to Ray Dorset wyszedł na scenę i zawołał: „Do you wanna say goodnight?” Publiczność oczywiście krzyknęła „Yeah!”, więc Dorset wyszedł. Ponieważ wszyscy się nadał darli, zdezorientowany muzyk wyszedł ponownie i zapytał „Do you wanna say goodnight?” Sytuacja się powtórzyła, i choć w końcu wszystko odbyło się w sposób cywilizowany, ja wciąż to zdarzenie pamiętam i wiem, czego mogę oczekiwać, a czego nie.
Więc, nawet gdybym nie czytał tej rozmowy Sormana z Kuroniem, to wiedziałbym, że na poziomie języków nie jest dobrze. Ale, szczerze mówiąc, nie to uważam za problem, że ludzie nie znają języków. Chciałbym żeby znali, ale wcale nie uważam, że to że nie znają to wielkie zmartwienie. Wspomniani Francuzi nie znają, Hiszpanie nie znaja, Włosi nie znają, Grecy nie znają, Portugalczycy nie znają i jakoś sobie radzą. To co mnie martwi o wiele bardziej, to fakt, że jeśli spytać przeciętnego, jakoś tam wykształconego Polaka, czy zna język angielski, natychmiast odpowie, że oczywiście tak. I czym bardziej się ten ktoś znajduje na eksponowanym stanowisku, tym bardziej jest przekonany, że on, owszem, język zna. I to w stopniu zaawansowanym.
Jeszcze bardziej irytujące jest to, że wielu z tych niby znających język angielski strasznie się cieszy, ile razy dowie, że ktoś, kto w ich mniemaniu język powinien znać – go nie zna. Ja jestem niemal pewien, że autor artykułu we Wprosćie – jeśli jakimś cudem nie jest anglistą – zna język angielki dokładnie w tym samym stopniu, co poseł Piechociński, czy akurat nie wspominany w artykule, a znany skądinąd Kazimierz Marcinkiewicz. Jestem pewien na sto procent, że ogromna większość z tych słynnych telewizyjnych, czy gazetowych dziennikarzy, od Żakowskiego po Miecugowa przez Olejnik, którzy aż się turlają ze śmiechu po dywanie, kiedy dowiadują się, że prezydent Kaczyński, albo jego brat, albo nawet Donald Tusk nie potrafią po angielsku ani be me, sami w konkretnej sytuacji umieliby najwyżej kiwać mądrze głową i powtarzać w kółko to yeah, o którym już tu było wyżej.
Bo takie sa fakty. Ludzie języków po prostu nie znają. Oczywiście, ile razy trzeba wypełnić cv, albo zdeklarować się w tej sprawie publicznie, to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ale jak przyjdzie co do czego, to zawsze okazuje się, ze pozostaje tylko to yeah. I proszę mi uwierzyć. Choć ton tego tekstu jest wesoły, ja wcale się nie chcę z nikogo śmiać. Choćby dlatego, że doskonale wiem, jak ciężko jest nagle zacząć mówić nie po polsku, kiedy nie mamy praktyki, a dzwoni telefon, czy jesteśmy nagle zaczepieni na ulicy. Żeby czuć się choć minimalnie pewnie, trzeba mieć praktykę. Trzeba kontakt z językiem mieć na co dzień i trzeba ten język ćwiczyć. Bez tego, zawsze będzie tak jak tylko możemy sobie na smutno wyobrazić. I jeśli chcemy przeprowadzać jakieś badania dotyczące znajomości języków przez osoby publiczne, to z pewnością nie w taki sposób, że się do kogoś dzwoni i każe mu się nagle gadać po angielsku.
Oczywiście, nie zmieniam nagle mojej opinii. Nie twierdzę, ze jednak nie jest źle. Jest fatalnie. Jednak wcale nie dlatego, że jakiś podstawiony anglista (który prawdopodobnie sam mówi po angielsku tak, że Anglik by go nie zrozumiał) nie potrafi zmusić posła Halickiego do rozmowy po angielsku. Problem polega na tym, że poseł Halicki najprawdopodobniej nie potrafi nawet napisać poprawnie jednego zdania w języku angielskim. Nie jest w stanie przeczytać tekstu w języku angielskim i zrozumieć z niego wszystko tak jak należy. I oczywiście na tym, że – jeśli go spytać – to powie, że język zna znakomicie. I że, w gruncie rzeczy, jest o tym święcie przekonany. Bo problem Halickiego polega na tym, że on jest taki jak jest. Nie językowo. Czysto ludzko.
I oczywiście problem mamy z ludźmi typu Kazimierza Marcinkiewicza. Ja rozumiem, że on ma już te swoje 50 lat, czy coś koło tego. Rozumiem, że – jako nauczyciel fizyki z Gorzowa – nie miał okazji nigdy uczyć się angielskiego, a kiedy już tę okazje miał, to zobaczył, że – cholera – nie jest łatwo. Bo rzeczywiście jest bardzo ciężko. Nie mam też do niego pretensji, ze po już prawie dwóch latach stałego pobytu w Londynie, nie nauczył się języka. Że kiedy mówi po angielsku, to ludzie się z niego śmieją. Zdarza się. Niektórzy po prostu nie maja tej iskry, która pomaga zdobyć coś więcej. Pamiętam jak wiele lat temu, byliśmy z Toyahową i z dziećmi w Walii i tam poznaliśmy małżeństwo bardzo starych już ludzi z Leeds. Ona była Polką z Chorzowa, on starszym panem z Estonii. Mieszkali jednak w tym Leeds od zakończenia wojny i po tych wszystkich latach mogli się spokojnie uważać za Brytyjczyków. I oni też mówili po angielsku w sposób absolutnie niepowtarzalny. Była to mieszanina języków polskiego, niemieckiego, estońskiego i trochę angielskiego. Po prostu, przez te pięćdziesiąt lat w Anglii, angielskiego się nie nauczyli. Trochę dlatego, ze nie potrafili, ale pewnie trochę dlatego, ze nie chcieli i nie musieli.
Więc Marcinkiewicz prawdopodobnie tego angielskiego nie nauczy się również nigdy. Jego sytuacja jest jednak nieco inna. O ile ci państwo z Leeds byli imigrantami, którzy potrzebowali wyłącznie żyć i robić to co im każą w pracy, Kazimierz Marcinkiewicz jest byłym premierem, dyrektorem w ważnym banku, Polakiem, który zajmuje nagle w Londynie bardzo publiczne stanowisko i jeśli, mimo to, zna język tak jak zna, to ten stan się po prostu rzuca w oczy. I w uszy. A tym bardziej się rzuca w oczy i uszy, kiedy Marcinkiewicz uznaje za stosowne tą swoją londyńską przygodą tak fatalnie się afiszować. Łazi po tym Londynie w tym swoim niebieskim sweterku i fantazyjnym szaliku, robi mądre miny, daje się fotografować na każdym kroku i podtykać sobie pod nos wszystkie mikrofony świata i uważa za stosowne zgrywać prawdziwego Londyńczyka i nawet nie widzi, jaki jest śmieszny.
Teraz jeszcze dodatkowo pozwolił zrobić z siebie durnia z tym swoim spóźnionym romansem i znalazł się w sytuacji, gdzie już nikt nigdy na niego nie spojrzy tak, by się przy tym nie krztusić ze śmiechu. Starsza Toyahówna mówi mi wczoraj, że to jest niesamowite, jak człowiek w końcu bardzo dorosły i dość towarzysko umocowany, zsunął się do poziomu tych pokojowych malarzy, czy masarzy, którzy wyjechali do Londynu za pracą, zostawili swoje rodziny w kraju i ostatecznie też postanowili te rodziny zostawić w ogóle na dobre. Dotychczas więc Marcinkiewicz chodził po tym Londynie, wyglądał jak turysta z Gorzowa, uśmiechał się do fotografii, opowiadał coś tą komiczną angielszczyzną i jakoś szło. Teraz dodatkowo, ile razy będzie mówił te swoje „ajem zedirktor in the veryimportant london institiuszon”, to obok niego będzie stała ta laseczka, którą gdzieś tam wyrwał na jakiejś imprezie, a w Gorzowie – czego już oczywiście widzieć nie będziemy – będzie sobie mieszkała jego była żona, która – mam wielką nadzieję – kiedy on w wieku 80 lat, porzucony, samotny i schorowany wróci do niej prosząc, żeby zechciała z nim pogadać, powie mu, żeby się najpierw wreszcie nauczył mówić dobrze po angielsku. Zupełnie zresztą okrutnie, niepotrzebnie i głupio. Bo każdy normalny człowiek wie, ze nie języki się liczą, ale coś zupełnie innego.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

W spowiedzi u Baniaka

Kupiłem dziś Gazetę Wyborczą. A było to tak. Na komórkę dostałem od Orange informację, że właśnie Gazeta poinformowała, że według jakichś, niezwykle oczywiście, wiarygodnych badań, połowa polskich księży „chciałaby mieć żonę i rodzinę”. Najpierw sobie pomyślałem, że to jest świetny wynik, bo jeśli połowa księży twierdzi, że nie chciałaby mieć żony, dzieci, rodziny, to albo są zboczeni, albo – pewnie poniekąd słusznie – uważają, że małżeństwo to żadna szczególna frajda, albo z jakiegoś powodu – co akurat też bardzo zrozumiałe – postanowili tę prawdę o sobie ukryć. Natomiast połowa, to normalni ludzie, którzy chcieliby może być ojcem, mężem i żyć tak jak żyli jego rodzice. Czyli w sumie dobra wiadomość. Połowa księży, to normalni ludzie, którzy wybrali celibat świadomie i którzy tę świadomość potrafią z dumą artykułować.
Ale to była tylko pierwsza refleksja. Po chwili bowiem pomyślałem sobie, że przede wszystkim kompletnie nie wiem, jakie pytania zadano tym badanym księżom, na ile te badania były szczegółowe i na ile oczywiście Gazeta Wyborcza, publikując je, chciała coś dla swoich typowo czarnych interesów osiągnąć. A tego się mogłem dowiedzieć, tylko kupując Gazetę, co też uczyniłem. Szczęśliwie, wspomniany temat okazał się być omówiony w tak zwanym Dużym Formacie, dzięki czemu główną część gazety wywaliłem do pobliskiego śmietnika, a do domu wróciłem z tym cieniutkim magazynem.
Okazuje się więc, że informacja o tych księżach jest zawarta w rozmowie z niejakim „profesorem Józefem Baniakiem – pracownikiem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, specjalizującym się w socjologii religii i religijności, a także socjologii moralności”. Ponieważ do profesorów wszelkiej maści stosunek mam szczególny, a jeśli któryś z nich nazywa Józef Baniak i zajmuje się czymś co nosi nazwę „socjologii moralności”, zasiadłem do niniejszego wpisu z mieszaniną podniecenia i niepokoju. Od razu jednak muszę wyjaśnić, o co mi chodzi z tym „Baniakiem”. Otóż, kiedy jeszcze na studiach, uczestniczyłem w zajęciach w tak zwanym Studium Wojskowym, wszyscy komunistyczni żołnierze prowadzący zajęcia nazywali się Słoma, Drewniak, Szafa, Buła i tak dalej w tym kierunku, więc noszę tu od tego czasu ciężki kompleks. Przepraszam.
No więc czytam rozmowę z Baniakiem i okazuje się, ze jest jeszcze gorzej, niż przypuszczałem. O ile wiadomość podana przez Orange była jeszcze minimalnie konkretna, to z tego, co mówi Baniak, nie można dowiedzieć się niczego. Na dwóch stronach drobnego druku nie ma wyników żadnych badań, nie ma mowy o żadnych konkretnych pytaniach. Jedyne co znajdujemy, to wyłącznie jakieś najbardziej prymitywne plotki o księżach, którzy mieli kochanki, mają kochanki, albo te kochanki dopiero zamierzają mieć i o tych, którzy będą się do końca życia męczyć bez seksu, ale za to niechybnie prędzej czy później zwariują. A wszystko to ubrane w coś, co nijak nie przypomina badań naukowych. W rezultacie, jedyne co z tej rozmowy wynika na pewno, to, że Baniak bardzo by chciał, żeby księża mogli się żenić, albo przynajmniej sobie legalnie używać. A więc poziom pierwszej klasy skromnego liceum ogólnokształcącego.
Więc nie będę z tekstem z Wyborczej w ogóle polemizował. Trochę z tego powodu, że – o ile się orientuje – tego tekstu w Internecie nie ma, więc nie mam jak zrobić odnośnika, a poza tym to jest taki poziom, że po prostu mi się nie chce. Obawiam się przy tym, że ten Baniak, to w ogóle jest jakiś żart i jeszcze się okaże, że ktoś taki w ogóle nie istnieje, albo to jakiś wariat, którego dawno z uczelni wyrzucili za pedofilię, albo za jakieś inne wybryki i moje argumenty będę mógł sobie wsadzić w nos, albo w jakąś inną dziurę.
Ja osobiście nie prowadziłem w życiu żadnych badań na temat tego, czy katoliccy księża chcą się żenić, czy nie i – szczerze powiedziawszy – nie pamiętam nawet, bym kiedykolwiek miał z tym jakikolwiek problem. U mnie na wsi, zawsze wszyscy wiedzieli, że żonaty ksiądz to coś wyjątkowo perwersyjnego, podobnie zresztą, jak ksiądz z kochanką, ksiądz złodziej i ksiądz pijak i pani biskup. U nas się oczywiście bierze pod uwagę, że gdzieś coś takiego się może i pojawia, ale wyłącznie na zasadzie wybryku natury. Znam osobiście trzech księży. Jeden to wujek Toyahowej, drugi to nasz najbliższy przyjaciel i jeszcze jeden kolega. Każdy z tych naszych znajomych księży, zdarza się, że lubi nam opowiadać o swoich marzeniach, problemach, kłopotach, radościach, ale problem seksu, czy celibatu, w tych rozmowach, jeśli się w ogóle pojawia, to wyłącznie jako kompletnie nieistotny kaprys. A jeśli jako kłopot, to wyłącznie nasz kłopot, a nie ich. Księża, których znamy osobiście, podobnie jak większość księży, których oni poznali w swoim życiu, są skoncentrowani na zupełnie innym fragmencie rzeczywistości. I jeśli ludziom, którzy nie są w stanie wyjść choćby na moment poza swoje najtańsze ograniczenia, trudno jest to pojąć, to uważam, że ostatnią rzeczą jaką powinni robić, to się tym swoim nieszczęściem chwalić.
Jednak gdybym nagle z jakiegoś powodu zaczął się przejmować problemem celibatu i tym, jak sobie księża radzą z seksem, to i tak uważam, że ja akurat miałbym do tego większe prawo, niż – prawdziwy, czy wymyślony – Baniak, albo redaktorzy Gazety Wyborczej. Z tego choćby powodu, że ja do kościoła chodzę co niedzielę, w okresie świątecznym przyjmuje w domu kolędę i zawsze przed zaśnięciem się modlę. Oni wszyscy natomiast, jako ludzie w ogromnej większości (a jestem o tym stuprocentowo przekonany) stojący poza Kościołem i mający Kościół w maksymalnej obojętności, mają dokładnie taki sam mandat do troszczenia się o kondycję tego Kościoła, jak ja, w stosunku do działkowiczów, partii Janusza Onyszkiewicza, albo – by nie odchodzić od tematu – Cerkwi Prawosławnej. I dziwi mnie, że ci własnie ludzie, z których ogromna większość ostatnio była w kościele w najlepszym wypadku, kiedy trzeba było wiać przed milicją w latach 80-tych, a tak naprawdę podczas swojej Pierwszej Komunii, nagle tak okropnie się zainteresowali płciowymi ambicjami księży.
Ale to jest w sumie drobiazg. To jest Gazeta, to jest Baniak i to są jakieś drobne intelektualne popisy na szczeblu już nawet nie salonu, ale jakiegoś off-off-off salonu. Bardziej mnie interesuje to, co się dzieje w Salonie prawdziwym. Czyli naszym. A tu też troska o kondycję Kościoła nie daje niektórym spać. Dziś Wojciech Sadurski, w swoim wpisie zajął się Benedyktem http://wojciechsadurski.salon24.pl/382465.html . Oczywiście Sadurski to nie Baniak, ani nawet Gazeta Wyborcza, więc poziom też inny, ale problem pozostaje jakby podobny.
Sadurski już na początku niby uczciwie zaznacza, że sprawy Kościoła są sprawami Kościoła i jemu nic do tego. Nie zmienia to jednak faktu, ze – mimo że jemu nic do tego – to zajmuje się tymi sprawami na pełen gaz. A wszystko pod pozorem dbałości o sprawy powszechne. A więc, według Sadurskiego, to kogo papież ekskomunikuje, a z kogo tę ekskomunikę zdejmie, to nie Sadurskiego sprawa, pod jednym wszakże warunkiem. Mianowicie osoba, którą się papież zajmuje nie może być, broń Pani Boże, antysemitą. Jeśli ktoś jest antysemitą, to powinien z Kościoła Katolickiego zostać wykluczony, nie powinien mieć prawa przyjmować komunii, powinien pójść do piekła, a sam papież wszelkie swoje ruchy w tej sprawie powinien konsultować ze środowiskami żydowskimi. A zadbać o to powinien własnie Sadurski i inni.
Sadurski tę myśl formuje w sposób absolutnie jednoznaczny: „Ale nie znaczy to, że nie możemy takich wypowiedzi oceniać. I nie znaczy to, że nie możemy oceniać religijnej rehabilitacji Richarda Williamsona. Jeśli antysemityzm jest grzechem, a negacjonizm jest jawną formą antysemityzmu – nie ma powodu, by decyzję Benedykta XVI chronić w oparciu o teorię, że skoro ekskomunika nie miała nic wspόlnego z ‘negacjonizmem’ Williamsona, to i de-ekskomunika nie rozgrzesza brytyjskiego ‘negacjonisty’”. Tak jednoznaczny, że jednoznaczność ta aż zapiera dech. Można by pomyśleć, że Sadurski własnie był u spowiedzi i dostał nowego przyspieszenia w temacie grzechu i takich tam, prawda? Wpis Sadurskiego, pomijając jego inwalidztwo na poziomie czysto intelektualnym, zadziwia jeszcze z innego powodu. Otóż ostatnie dni przyniosły nam wiadomość o wejściu na ekrany filmu o braciach Bielskich, którzy zasłynęli głównie brutalną przemocą wobec niewinnej polskiej ludności, a który to film – z powodu jakiś bardzo mrocznych, a jednocześnie bardzo typowych interesów – przedstawia tych bandytów i morderców, jako bohaterów. Również całkiem niedawno, po raz już setny, bardzo wpływowe środowiska w Rosji, kwestionują męczeństwo polskich oficerów w Katyniu i, jakby tego było mało, sugerują, żeby Polacy się w tej sprawie od Rosjan odpieprzyli. Codziennie dowiadujemy się też, że kult Stalina we współczesnej Rosji przybiera rozmiary niemal już oficjalne.
Od pewnego już czasu, w Niemczech, a także w niektórych środowiskach choćby w Nowym Jorku, staje się na głowie, żeby wmówić światowej opinii publicznej, że właściwie za drugą wojnę światową najbardziej powinni przepraszać Polacy. Że gdyby nie polskie chamstwo, polski katolicyzm i polskie barbarzyństwo, świat byłby dziś o wiele piękniejszy. I na ile się orientuje, ta opinia, jeśli budzi większe kontrowersje, to jedynie w Polsce, a to też nie powszechnie.
I załóżmy teraz, że się okaże, że albo ta pani, która napisała książkę o Bielskim, albo ten człowiek, który wyreżyserował film ‘Opór’, albo pośmiertnie Tewje Bielski, albo premier Putin, albo Adam Michnik, albo Jerzy Urban, albo Erika Steinach, albo Jan Gross, albo cholera wie kto jeszcze z całego tego wachlarza wrogów mojej Ojczyzny, zostali ni stąd niż z owąd mianowani tym głównym popem Wszech Rusi, czy jak się to wakujące obecnie stanowisko nazywa. Czy ja mam natychmiast siadać do komputera i pisać protest przeciwko zmianom w Cerkwi Prawosławnej? Oczywiście że nie. Dlaczego nie? Dlatego, że to co się dzieje w tym ruskim kościele, obchodzi mnie dokładnie w tym samym stopniu, co sytuacja u Świadków Jehowy, kręcących się po moim dworcu. Czyli o tyle tylko, o ile oni będą próbowali coś zmieniać w moim kraju, w moim mieście, albo w mojej rodzinie.
Oczywiście. Na temat każdego z wyżej wymienionych ja mogę rozmawiać długo i bardzo dobitnie, natomiast ich relacje z Cerkwią, Synagogą, czy Meczetem obchodzą mnie w stopniu żadnym. I – konsekwentnie – wolałbym, żeby pana Wojciecha Sadurskiego grzechy, odpuszczenia grzechów, ekskomuniki i „de-ekskomuniki” w Kościele, który najprawdopodobniej jest jego Kościołem – jeśli w ogóle – wyłącznie teoretycznie, w ogóle przestały interesować. Tak będzie lepiej przede wszystkim dla niego. Przynajmniej do czasu, jak go nagle coś oświeci i rzeczywiście pójdzie wreszcie do spowiedzi.

sobota, 24 stycznia 2009

O Stonesach i o oplutej kurze

W dzisiejszym Dzienniku, Michał Karnowski i Piotr Zaremba rozmawiają z Jarosławem Kaczyńskim. Powyższe zdanie nie jest absolutnie żadnym newsem i to nie dlatego, że Jarosław Kaczyński jest już passe, jak nas informują najwybitniejsi przedstawiciele III RP, ale wręcz przeciwnie – bo Jarosław Kaczyński jest na tyle ważną postacią na polskiej scenie politycznej, że rozmowa z nim jest wydarzeniem dnia. A skoro wydarzeniem dnia, to, gdybym chciał zrobić na kimkolwiek wrażenie, miałem to napisać o 6 rano, a nie teraz, kiedy już zbliża się wieczór. Albo jeszcze wczoraj, kiedy na swojej internetowej stronie Dziennik zapowiedział ten wywiad paroma, wyrwanymi z kontekstu zdaniami. Mój salonowy kolega, natomiast, Jacek Jarecki, był odpowiednio szybki i przeczytawszy te parę zdań, napisał bardzo mocny tekst, opublikował go w Salonie, a administracja, jak najbardziej słusznie, wpięła ów tekst na jedynce http://jacek.jarecki.salon24.pl/382099.html.
Wywiad z Kaczyńskim w Dzienniku jest dokładnie taki, jak można się było spodziewać http://www.dziennik.pl/opinie/article302874/Jaroslaw_Kaczynski_Wroce_po_wyborach.html.Jest oczywiście bardzo obszerny, Kaczyński jest dokładny, kompetentny, otwarty i wyczerpujący. Oczywiście, część czytelników również będzie miała swoje na ten temat zdanie, czyli uznają, że Kaczyński po raz kolejny okazał się idiotą, co jednak nie zmienia faktu, że – jak mówię – Kaczyński jest dokładnie taki jak zawsze. A więc bez rewelacji.
Większa część rozmowy dotyczy sytuacji gospodarczej Polski i jej ocenie przez Kaczynskiego. Jest też fragment, w którym Kaczyński próbuje bronić polityki swojego rządu i w którym – oczywiście – krytykuje rząd Donalda Tuska. Jest też niewielki fragment o obecnej sytuacji i szansach PiS-u na powrót do władzy. Mniej więcej w tym momencie, Jarosław Kaczyński wypowiada to zdanie: „Odrzucam politykę opartą wyłącznie na kryteriach wizerunkowych”. Zdanie, które wczoraj Dziennik wybił w Internecie, a które zainspirowało Jacka Jareckiego. Jest ono podwójnie ciekawe. Raz jako własnie źródło inspiracji, ale może przede wszystkim, przez swój kontekst. Ono pada w tym wywiadzie zupełnie bez potrzeby. Ani redaktorzy Dziennika o to Kaczyńskiego nie pytają, ani też on nie mówi akurat o wizerunku w ogóle. Zaręba z Karnowskim pyta standardowo, jak Kaczyński chce odzyskać wpływy wśród osób młodych wykształconych, na co Kaczyński mówi: „Mówiłem, że popełniliśmy błędy, zwłaszcza wobec środowisk akademickich. My się zwracamy do różnych grup, także do inteligencji. Ale ja chcę zmienić kryteria. Odrzucam politykę opartą wyłącznie na kryteriach wizerunkowych. I podkreślam: ja nikogo z partii nie wypychałem. Czytam, że wypychałem na przykład Marka Jurka. Wręcz prosiłem, pod nogi go podejmowałem, żeby został, ale on miał po prostu inny polityczny plan. Tak samo teraz czytam, że wypycham z partii Zbigniewa Ziobrę. A on chodzi za mną od czterech lat, żebym go wysłał do europarlamentu”.
Udziela więc odpowiedzi kompletnie chaotycznej. I to zdanie o polityce wizerunkowej jest tam autentycznie nie w pięć ni w dziewięć. Powiedział jednak Kaczyński, że on jest przeciwko temu, żeby w polityce kierować się „wyłącznie” wizerunkiem, Dziennik uznał to za świetną ilustrację wywiadu, a Jacek Jarecki za równie świetny powód do przedstawienia tekstu, w którym się śmieje z Kaczyńskiego, że on ma w nosie wizerunek.
Skomentowałem tekst Jareckiego, zwracając uwagę, że skoro Kaczyński mówi „wyłącznie”, to można by było tego „wyłącznie” nie lekceważyć, nawet gdyby ceną za to była rezygnacja z wpisu, albo zmiana tematu. Jacek Jarecki mi na to dowcipnie odpowiedział, że to „wyłącznie” to „ozdobnik, albo siła przyzwyczajenia”, więc się nie liczy. Napisałem mu więc jeszcze, że zlekceważenie tego „wyłącznie” to manipulacja, ale to Jarecki chyba uznał, że ze mną się nie da normalnie rozmawiać i mnie odpuścił. Niech mu będzie. Przynajmniej ja mam dziś powód, żeby powiedzieć coś, co uważam za ważne i ciekawe.
Otóż uważam za rzecz niezwykle znamienną i w sumie niezwykle przykrą, że wielu inteligentnych i wrażliwych ludzi, oceniając świat, w ogóle nie uważa, że owa próba oceny powinna wymagać od nich minimalnego wysiłku intelektualnego. Wielu ludzi mądrych i zwykle bardzo skupionych, niekiedy dochodzi do wniosku, że dziś akurat mają wolne w myśleniu i wygłaszają opinie, częściowo oparte na doświadczeniach, częściowo na przyzwyczajeniach, a częściowo na chwilowym nastroju. Podobnie się zachował Jacek Jarecki, człowiek którego opinię szanuję, a pisanie podziwiam. Zobaczył w Internecie, że Dziennik przeprowadził rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim, przeczytał – a może tylko przejrzał – te parę zdań zapowiedzi, zobaczył zdanie o wizerunku, przypominał sobie, że ostatnio się o tym wizerunku więcej mówi i wszystko sobie poukładał tak by było wygodnie.
Ja od razu muszę się tu zastrzec. Ja, podobnie jak Kaczyński, „odrzucam politykę opartą wyłącznie na kryteriach wizerunkowych”. Jakby mnie się ktoś spytał, co sądzę o ‘wizerunku w polityce’, albo o ‘specjalistach od wizerunku’, to bym powiedział, ze jedno i drugie mnie drażni, jedno i drugie uważam za – niestety – w dzisiejszych czasach potrzebne, ale jedno i drugie odrzucam, jako wyłączne, albo nawet dominujące, kryterium. Co ciekawsze, uważam, że Jacek Jarecki, gdyby ktoś go spytał o opinię, też by powiedział, że wizerunek, jako podstawa polityki to wstyd i hańba. Mimo to, nagle, z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów, ogłosił ten mój salonowy kolega, że to szczucie na wizerunek mu się nie podoba. Dlaczego?
Otóż ja uważam, że jest jednak w tym zachowaniu coś, nawet jeśli nie racjonalnego, to standardowego. Kiedyś tu już pisałem, że w stosunku do wykształcenia, intelektu, inteligencji, miasta, szkół i wszystkiego, co się z tym wiąże, mam stosunek bardzo negatywny. Jestem pewien, że wiele błędów w ocenie, które popełniamy my, ludzie jakoś tam wykształceni i często mieszkający w dużych miastach, wynikają właśnie z tego naszego ciężkiego skażenia. W jaki sposób staram się radzić sobie z tym ja? Tak mianowicie, że ja to moje wykształcenie uważam za gówno, a to że mieszkam w mieście za dopust boży, spowodowany koniecznością utrzymania rodziny. Z mojego wykształcenia nie jestem dumny, a miasto uważam za strefę wyjątkowo szkodliwą.
Jestem więc pewien, że gdyby tę wczorajsza zapowiedź wywiadu z Kaczyńskim przeczytał jakiś ciemny chłop ze wsi, to oczywiście nic by z niej z początku nie zrozumiał. Ale ponieważ, w odróżnieniu od wykształconych ludzi z miasta, bardzo lubi wiedzieć i na tę wiedzę jest zawsze otwarty, zwróciłby się do swojego wnuka i spytał: „Co to jest ten wizerunek, synku?” Na co wnuk by mu odpowiedział: „No wiesz, dziadku… chodzi o to, żeby polityk był ładny i mówił ładnie”. I wtedy dziadek by powiedział; „To po co ten Kaczyński mówi „wyłącznie”? Przecież to jest w ogóle nic nie warte.” I wtedy wnuk by mu wytłumaczył, że takie niestety czasy, że to co się liczy, to przede wszystkim ładny garnitur, ładne buty, ładny uśmiech i ładny język”.
„Psia krew!” – odparłby ten ciemny chłop ze wsi i splunął na przechodzącą obok kurę. I w tym momencie, cały rozsądek tego świata skupiłby się na tej jednej kurze.

czwartek, 22 stycznia 2009

Seba, albo chciejstwo pokarane

Właśnie Donald Tusk ogłosił, że nowym ministrem sprawiedliwości zostanie Andrzej Czuma – wybitny działacz, sportowiec, górski wspinacz i wielki autorytet, a ja nie mam żadnego na ten temat zdania, choćby dlatego, że dla mnie Andrzej Czuma i tak zawsze pozostanie jednym z tych cudownie aroganckich działaczy górnośląskiej Solidarności z roku 1981, którzy chodzili po mieście, w aurze podobnej do tej, jaką dziś wokół siebie roztaczają dzieci na blokowiskach. Opisałem go już zresztą w jednym z moich starych wpisów, jak któregoś dnia, wpadł z cała bandą swoich kolegów-działaczy do jednej z katowickich restauracji, chyba tylko po to, żeby całym swoim zachowaniem pokazać, jak to oni teraz już będą początkiem i końcem wszystkiego.
Ale przecież tu nawet nie o Czumę chodzi, bo otóż ja zwyczajnie wciąż nie mogę dojść do siebie po wczorajszej informacji, podanej nieroztropnie (a może bardzo roztropnie – kto wie?) przez TVN24, że nowym ministrem sprawiedliwości będzie Sebastian Karpiniuk i natychmiastowym jej zdementowaniu przez ten sam TVN24. I wcale nie chodzi o to, że mój smutek z powodu zawiedzionych nadziei mną zawładnął i po nieprzespanej nocy, siedzę tu i płaczę. O nie. Aż taki wrażliwy to ja nie jestem. Poza tym, nie takie przykrości mnie w życiu spotykały, żebym musiał aż tak przeżywać brak zawodowego i cywilizacyjnego awansu człowieka nazwiskiem Karpiniuk. Chodzi o co innego. Ja jestem bardzo poruszony faktem, że, jak wszystko na to wskazuje, nie dość, ze się dałem TVN-owi nabrać jak dziecko, to na dodatek uczyniłem to ze zwykłego nieopanowania, by nie powiedzieć głupoty. Padłem mianowicie ofiarą dokładnie tego samego mechanizmu, który dotychczas wyśmiewałem u ludzi, których nie szanuję. Mianowicie chciejstwa.
Na pewno zauważyliście, że od czasu do czasu media puszczają jakąś informację, ewidentnie nieprawdziwą, albo – w najlepszym wypadku – podejrzaną, obywatele, którzy – tak się składa – od pewnego czasu bardzo na tę informację czekają, wpadają w euforię, natychmiast puszczają tę plotkę w ruch, i od tego momentu informacja owa, mimo że wielokrotnie dementowana, żyje już sobie własnym życiem i tworzy coś, co nazywamy treścią kultury popularnej.
Jakież to informacje mam na mysli? Absolutnie najróżniejsze. Zupełnie głupkowate, takie jak ta, że jakiś aktor się upił, albo że jakaś piosenkarka wystąpiła w pornograficznym filmie, ale również dużo poważniejsze. Na przykład takie, że córka prezydenta Kaczyńskiego wyemigrowała ze swoim nowym mężem esbekiem, albo że Jacek Kurski nazwał Polaków ‘ciemnym ludem’, albo że Prezydent jest przekonany, że polski bramkarz ma na nazwisko Borubar. Podaje więc telewizja, albo jakaś codzienna gazeta, informację wyssaną z lepkiego palucha i nawet jeśli się po godzinie okaże, że to kto inny, kiedy indziej, gdzie indziej i w ogóle inaczej, ci dla których to kłamstwo było przeznaczone pozostają już do końca świata w głębokim zachwycie, że to co i tak sami wiedzieli, jakoś tam zostało oficjalnie potwierdzone. I wcale nie trzeba być przeciętnym idiotą, żeby się skutecznie przykleić do tak zmanipulowanej informacji. Wystarczy bardzo chcieć i wystarczy uznać, że dopóki nie dopuścimy do siebie prawdy, nasze życie będzie bardziej poukładane, a świat bardziej logiczny. Nawet tu w Salonie są ludzie – pozornie wykształceni i zrównoważeni – którzy samooszukiwanie się uznali za idealny sposób na ciekawe życie.
Więc muszę przyznać, ze ja od wielu już miesięcy bardzo chciałem, żeby władze Platformy Obywatelskiej obdarzyły Sebastiana Karpiniuka jakimś wysokim urzędem. Czymś znacznie większym niż to głupie wiceprzewodniczenie komisji śledczej. Więc kiedy wczoraj, nagle starsza Toyahówna zawołała do mnie z sąsiedniego pokoju: „Tatusiu! Karpiniuk będzie ministrem sprawiedliwości!”, to autentycznie oszalałem. Popędziłem do telewizora, a ponieważ informacja już zniknęła, błyskawicznie włączyłem Onet. Niestety w Onecie nie było na ten temat ani słowa. Ja wiem. Ja mogłem już w tym momencie nabrać podejrzeń, że coś jest nie tak. Ale, głupi, wyklikałem tvn24.pl i tam informacja o społecznym awansie Seby leciała na samej górze na pasku. No i podzieliłem się dobrą nowiną z Wami.
Byłem taki szczęśliwy. Już widziałem oczyma wyobraźni, jak w rodzinnej wsi Seby ludzie wybiegają na drogę i krzyczą do siebie: „Słyszeliście? Nasz Seba został ministrem!” A do domu państwa Karpiniuków przychodzą sąsiedzi i mówią „Panie Karpiniuk, nasze gratulacje. Ja zawsze wiedziałem, ze z naszego Sebastiana będą ludzie”. A pani Karpiniukowa tymczasem już przy telefonie rozmawia z synem i wzruszona szepce do słuchawki: „Synku! Ojciec z Matką bardzo się cieszą”. Tymczasem w rynku spotykają się dawne koleżanki Seby i się kłócą: „Nie kłam! Najwyżej za rękę cię trzymał. A ja się z nim całowałam, wiesz!” Ja tak dobrze to wszystko sobie umiem wyobrazić, bo sam jestem wieśniakiem i doskonale wiem, jakie to by było poruszenie w mojej rodzinnej chałupie i w okolicznych domach, gdybym stał się kimś równie sławnym.
Ale moje marzenia o sukcesie Karpiniuka sięgały i samej stolicy. Widziałem więc oczyma duszy, jak tymczasem w Warszawie, samotny w swoim gabinecie Sebastian Karpiniuk siedzi na krześle i powtarza sobie: „Spokojnie. Tylko spokojnie. Uspokój się chłopie. Jeszcze nic nie wiadomo”. Ale czoło mu się poci z podniecenia i ręce wcierające żel we włosy drżą i myśli chodzą po głowie: „Jest! Wreszcie. Dobrze jest. Dobrze. Teraz tylko spokojnie”. I dzwonią z TVN-u i Seba odbiera telefon, przełyka ślinę i spokojnym, opanowanym głosem tłumaczy, że on oczywiście jest gotów, ale decyzja należy do pana premiera, więc jemu na razie nie wypada…
Tak sobie marzyłem, gdy nagle wszystko się zawaliło, bo okazało się, ze ktoś po prostu w Platformie, a może w samym TVN-ie bardzo Karpiniuka nie lubi i postanowił mu zrobić figla. Gorzej jednak, ze mi również. I w tym momencie pojąłem, jaki byłem niemądry. Przecież nawet w rejonach, gdzie wiele się może zdarzyć, gdzie ludzka wyobraźnia potrafi czynić cuda, są pewne granice. Karpiniuk najzwyczajniej w świecie ministrem sprawiedliwości zostać nie mógł. Tu stoi Zoll, tam jakiś Safjan, w Krakowie czai się sam bohater mojego niedawnego wpisu, Mistrz Hołda, obok niego drepce w miejscu podejrzany Widacki, a ja nagle uwierzyłem, że to akurat Seba Karpiniuk wpadł w oko panom Schetynie i Tuskowi. Toż to w samej Platformie wszyscy ważni posłowie kręcą się jak w ukropie – poseł Grabarczyk, poseł Graś, posłanka Pitera, może nawet to monstrum z komisji do sprawy Blidy, który mówi ze śląskim akcentem – a ja, cymbał jeden – uwierzyłem, że ich wszystkich zakasował Karpiniuk. Wstyd!
Dorn, Kaczmarek, Rokita, Ujazdowski, a ja – wyłącznie z czystego chciejstwa – pomyślałem, że to będzie pan Sebastian.
Trudno jednak. Na błędach człowiek się uczy. Więcej tak nie postąpię. Zastanawiam się natomiast wciąż, jak to się stało, że TVN24 postanowił dać tę informację. Myślę sobie, że to iż ja się okazałem głupi – może wystarczy. Przecież ci wszyscy specjaliści od wbijania głupstw do ludzkich głów musieli doskonale wiedzieć, że informacja o ministerialnej posadzie dla Karpiniuka to bzdura. Nie wierzę w to, że któryś z najbliższych wrogów Karpiniuka zadzwonił do TVN-u, dusząc się ze śmiechu, przekazał im „bardzo sprawdzoną’ informacje, że Premier chce Karpiniuka zrobić ministrem, a ten ktoś, odbierający w TVN-ie telefony, od razu kazał tę informację dać na pasku, jako sensacyjny news.
Już bardziej mi pasuje takie rozwiązanie, ze faktycznie ktoś do TVN-u zadzwonił, wypuścił Karpiniukowi tę świnię, a specjaliści w centrali pomyśleli: „Dobra nasza, załatwimy buca. Będą jaja”. Ciągle jednak niestety nie wiadomo, za co oni tego biednego Karpiniuka tak okrutnie potraktowali. Czy to możliwe, że on rzeczywiście, kiedy robi z siebie w tej komisji pośmiewisko, jest głęboko przekonany, ze wszystko jest na swoim miejscu, a on sam pomału i systematycznie się pnie? Czy może tak być, że wystarczyło tych kilka występów w telewizji, żeby on uznał, ze jest autentyczną gwiazdą i zaczął zadzierać nosa? Ja nie wiem. Ani tam w tamtych okolicach nikogo nie znam, ani też nie znam nikogo, kto kogokolwiek mógłby popytać, więc wszystko co piszę to czcze domysły.

środa, 21 stycznia 2009

O zapałkach, czyli nie dla idiotów

Z informacji, które do mnie dochodziły przez cały wczorajszy dzień, wynikało, że to co się rozpoczęło w poniedziałek (choć niektórzy twierdzą, że dużo wcześniej) osiągnęło nagle gwałtowne przyspieszenie i – jak znowu się dowiaduję, głównie z Salonu – rząd Donalda Tuska wszedł na równię pochyłą. Ciekawe są tu dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że jeszcze kilka dni temu, któryś z moich salonowych kolegów zwrócił mi uwagę na fakt, że to dopiero rok, a patrzcie państwo, ileż to się zdarzyło; i ileż to jeszcze przed nami. Druga natomiast to fakt, że – w odróżnieniu od upadku rządu poprzedniego – ten upadek został przygotowany i przeprowadzony wyłącznie rękami partii rządzącej. Wszyscy doskonale pamiętamy, jak wiele osób i instytucji było zaangażowanych na rzecz ostatecznego usunięcia z powierzchni Ziemi Jarosława Kaczyńskiego i jego ministrów. Jak bardzo musieli się napracować przedstawiciele mediów, politycy opozycji i – last but not least – koalicjanci Kaczyńskiego, żeby doprowadzić najpierw do dymisji rządu, a następnie do wygranych przez Platformę wyborów.
Tu, Donald Tusk ze swoimi kolegami, bez jakichkolwiek ingerencji z zewnątrz, przy kompletnie zdezaktywowanej opozycji, przy płynącej ze wszystkich stron pomocy, upada.
Kiedy spojrzeć na Stronę Główną Salonu, przeważająca większość wpisów dotyczy – słusznie zresztą – afery w wymiarze sprawiedliwości i nawet wysiłki telewizji złośliwie nazwanej przez Mazurka Tusk Vision Network, żeby maksymalnie to co się dzieje w kraju przykryć zaprzysiężeniem prezydenta w Stanach Zjednoczonych, spełzły na niczym. Polska się gotuje. Swoją droga, to jest ewenement na skalę światową, żeby najbardziej wpływowy program informacyjny odsunął bezprecedensowy kryzys w kraju na rzecz inauguracji kadencji prezydenta w kraju wprawdzie zaprzyjaźnionym, ale jednak obcym. TVN-owskie Fakty autentycznie pierwsze 15 minut programu przegadały, jakby w Polsce nic się nie stało. Ich sprawa, ich kłopot.
Ja jednak w ogóle nie czuję potrzeby zajmować się tym co się dzieje na froncie. Oczywiście pierwszą przyczyną tego jest fakt, że wielu zrobiło i jeszcze z pewnością zrobi to równie dobrze, a może nawet lepiej ode mnie. Ważniejszy jest jednak powód drugi. Otóż ja ostatnio kilka razy, zamiast pochylać się nad doraźną polityką i ludźmi, skupiłem się na problemach, czyli tak zwanych, sprawach i bardzo mnie to wciągnęło. Michałowi się to bardzo z pewnością spodoba, więc tym bardziej jestem zdecydowany brnąć w issues, a nie w dyskutowanie ruchów, jakie bohaterowie tych zdarzeń podejmują. Okazja zresztą jest też nie najgorsza. To bowiem o czym chcę pisać może stanowić piękne tło dla zdarzeń, które obserwujemy wczoraj i dziś. Kiedy przygotowywałem się do pisania tekstu o tych smutnych kombinatorach z Regionalnej Izby Gospodarczej, porozmawiałem sobie z pewną znajomą panią, które troszeczkę wprowadziła mnie w temat. Przy okazji tej rozmowy jednak, opowiedziała mi o czymś, o czym wcześniej po prostu nie słyszałem – a może jedynie słyszałem przelotnie i po prostu zapomniałem – a co mnie po prostu powaliło. Chciałem tu mianowicie opowiedzieć o tzw. częstochowskiej zapałczarni. Choćby po to, żeby oddać honor mojemu regionowi i pokazać, że są miejsca do których jeszcze specjaliści z RIG nie dotarli.
Jeśli ktoś nie wie o co chodzi, zapałczarnia w Częstochowie, są to inaczej zwane Częstochowskie Zakłady Przemysłu Zapałczanego. Mam wrażenie, że w czasach jakie mamy obecnie, nie zastanawiamy się zbyt intensywnie nad czymś tak prostym i trywialnym, jak zapałki. A faktem jest, że – jakby nie patrzeć – zapałki to zapałki. Nic więcej - nic mniej. Korzystamy z nich na co dzień i nawet jeśli chodzi o proste dłubanie w zębie, dobrze by było,pamiętać, że gdzieś tam, na drugim końcu jest ktoś, kto tę zapałkę dla nas wystrugał. Otóż nasze zapałki są strugane w zapałczarni w Częstochowie. I to nie od czasu, jak władza ludowa postanowiła wprowadzićtu nowe porządki, ale od roku 1881. Założyli ją dwaj niemieccy przedsiębiorcy Karol von Gehling i Julian Huch. Częstochowskie Zapałki są więc najstarszą w Polsce fabryką zapałek.
Ponad 10 lat temu w CzZPZ utworzono spółkę pracowniczą i dzięki determinacji ponad 60 pracowników, udało się doprowadzić do tego, że fabryka wciąż pracuje. Mimo dekoniunktury i zmniejszenia zapotrzebowania na cos tak pozornie głupiego i niepotrzebnego jak zapałki, mimo zmniejszenia o 30% zysków i wzrostu kosztów produkcji o te same 30% - częstochowska zapałczarnia działa.
Ale zapałczarnia to nie tylko fabryka. To również jedyne na świecie muzeum z zachowaną w całości i wciąż świetnie działającą zabytkową linią produkcyjną. No i to też ludzie, ostatni już, którzy potrafią obsługiwać tak już bardzo stare maszyny. Każdy kto zechce tam zajrzeć, odwiedzić to muzeum, codziennie otwarte dla zwiedzających, może sobie obejrzeć cały tradycyjny proces produkcji tej jednej zapałki.
Zapałczarnia w Częstochowie trzy razy płonęła. Pierwszy pożar zniszczył zakład w roku 1913. Kolejny wybuchł w latach 20. To po nim, w latach 1926-30 zainstalowano działające do dziś maszyny. Ostatni pożar miał miejsce w marcu zeszłego roku. Spłonęła jedna z trzech zabytkowych maszyn i przy okazji 5 mln produkowanych właśnie zapałek. Szczęśliwie udało się odbudować zniszczoną maszynę i odrestaurować fabrykę. I zapałczarnia działa dalej. Pracuje, struga te zapałki i wraz z muzeum walczy o przetrwanie.
Kiedy było bardzo ciężko – znów szczęśliwie – pojawiła się propozycja od jednego z krakowskich biznesmenów wykupienia od zapałczarni części terenu i wybudowania tam hotelu, centrum logistycznego z galerią i salą widowiskowo-konferencyjna. Jest pomysł, żeby wykorzystać też starą kotłownię, gdzie mogłyby się odbywać koncerty, lub wystawy. Planowane jest również utrzymanie produkcji zapałek na zabytkowych maszynach, choć już na wyłącznie turystyczną skalę. Pomysłodawcy uznali, że oto jest szansa, żeby z częstochowskiej zapałczarni uczynić atrakcję na skalę światową, przyciągającą turystów niemal w tym samym stopniu, co Jasna Góra.
Proponowane rozwiązanie, nie dość że pomogłoby utworzyć w Polsce niezwykłą zupełnie turystyczna atrakcję, ściągnąć ludzi z całego świata, to jeszcze uratowałoby podupadającą i ciężką walczącą o przetrwanie niezwykłą fabrykę. Okazuje się jednak, że ta ekipa, która nosi dumną nazwę władz Częstochowy, od wielu już lat, ma swoją zapałczarnię głęboko w nosie. Oni sami bowiem mają chrapkę na teren należący do zakładów, chcą ten kawałek ziemi od zapałczarni kupić, tyle że proponują zakładom cenę o wiele mniejsza od oferty krakowskiej. Co najciekawsze jednak, oni potrzebują zrobić ten deal, bo marzy im się droga, która – gdyby przebiegała właśnie tamtędy, obok zapałczarni – pomogła by przedłużyć coś skądś dokądś.
I oczywiście, w związku z tym, że miasto ma swoje plany, a zapałczarnia nie zgłupiała jeszcze na tyle, żeby z uśmiechem popełnić samobójstwo, to Magistrat nie ma absolutnie zamiaru wydać pozwolenia krakowskiej inicjatywie na budowę zabytkowego centrum. I sprawa oczywiście stoi. Pracownicy zapałczarni skarżą się, że w życiu nie otrzymali od miasta jakiejkolwiek pomocy. Nigdy nie doznali jednego gestu, któryby świadczył o tym, że władzom zależy na ratowaniu zakładu. Dochodzi do tego, że – jak twierdzi prezes CzZPZ – urzędnikom miejskim nawet do głowy nie przyjdzie, żeby delegacje wizytujące miasto, namawiać choćby do zwiedzenia fabryki i muzeum. Pełny bojkot. A więc znowu polityka. Tym razem na najbardziej prostackim, najbardziej obrzydliwym lokalnym poziomie. Okazuje się nagle, ze z jakichś kompletnie nieznanych przyczyn – których smród jednak ludzie doświadczeni, i cholernie podejrzliwi, jak my, mogą bardzo wyraźnie poczuć – postanowili te częstochowskie Zapałki doprowadzić do ruiny. Ot tak sobie, za jednym energicznym strzeleniem brudnymi paluchami.
Teraz uwaga. Będzie mocno. „Jednocześnie szefowie zakładu podjęli działania sprzeczne z podstawowym interesem miasta; wiedząc, że miastu ten teren jest potrzebny i wciąż chce go wykupić, podpisali akt jego przedwczesnej sprzedaży prywatnemu inwestorowi. To rzecz niesłychana, aby firma oczekująca wsparcia od miasta postępowała tak, jakby się nie liczyła z jego interesem!” Myślicie, że ja sobie tu stroje żarty i tworzę jakąś local political fiction? W życiu! To nie jest temat na kabaret. Tu przyszła poważna ekipa i zabrała się do poważnej roboty. To z czym tu mamy do czynienia, to głos rzecznika częstochowskiego magistratu. Kiedy on tak gadał? Nie dziś. To dwa tygodnie po tym, jak w zapałczarni wybuchł pożar i ten człowiek z Krakowa po prostu przyszedł i zaoferował konkretną pomoc.
A nam pozostaje tylko zgadywać, kto wcześniej – dużo wcześniej – zjawił się w częstochowskim w magistracie. I skąd on przyjechał. Tego niestety nie wiem,. Zresztą ja nawet nie wiem, gdzie się na świecie głównie produkuje zapałki. W Chinach? Wszystko jedno, zresztą. Na dziś – wydaje się – ważne jest to, że zaczyna się coś szczęśliwie sypać.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Szara RP rozdaje diamenty

Miałem na dziś dwa bardzo dobre tematy i kiedy – jeszcze wczoraj – zastanawiałem się, za który się wziąć najpierw, na pasku TVN-u przeczytałem informację, ze Andrzej Wajda, Radosław Sikorski i – przede wszystkim – Bozena Walter otrzymali coś, co się nazywa Diamentowy Laur Umiejętności i Kompetencji. Ponieważ informacja ta leciała od rana bez przerwy, nie miałem innego wyjścia jak uznać, że dzieje się historia, i przede wszystkim sprawdzić, co to jest ten Diamentowy Laur i kto to coś wymyślił. Wpisałem w googlu hasło „Laur Kompetencji” i pokazała się strona o adresie www.rig.katowice.pl. RIG to Regionalna Izba Gospodarcza. Powiem szczerze, że – choć całe życie mieszkam w Katowicach – o tym, ze jest tu coś takiego, nie słyszałem. No ale już wiem.
Otóż, jak podaje informacja na stronie internetowej: „Regionalna Izba Gospodarcza w Katowicach została powołana przez 103 założycieli 13 lutego 1990 roku i zarejestrowana 21 marca 1990 roku. Jest organizacją samorządu gospodarczego zrzeszającą podmioty gospodarcze prowadzące działalność gospodarczą. Izba posiada osobowość prawną na podstawie ustawy z dnia 30 maja 1989 roku o izbach gospodarczych (Dz.U. 35/89 poz.195) i własnego Statutu.RIG jest kontynuatorem tradycji Izby Handlowej powstałej w Katowicach w 1922 roku, a od 1927 roku Śląskiej Izby Przemysłowo-Handlowej - działającej do 1950 roku.
Aby zostać Członkiem Izby, należy wypełnić deklarację członkowską oraz ankietę”.
O co chodzi tej Regionalnej Izbie Gospodarczej i czym się oni zajmują? To też jest wyjaśnione. Reprezentowanie interesów, kształtowanie i upowszechnianie oraz promowanie zasad etyki i uczciwości, opracowywanie i doskonalenie norm rzetelnego postępowania, rozwój, opiniowanie, monitorowanie, przedstawianie, organizowanie, podejmowanie, wykonywanie, prowadzenie, prowadzenie, prowadzenie…
Jest więc w Katowicach twór, który ma swoją nazwę, swój statut, swoich członków, swoją pozycję i gdybym znał jakiegoś biznesmena, to bym go spytał, co on o tym czymś wie, i w jaki sposób to coś jest mu do czegokolwiek potrzebne, tylko że nie znam, więc nie zapytam. Natomiast jestem pewien na sto procent, że biznesmenów odpowiedziałby, że on o nich tylko tyle wie, że są i coś tam mają na oku. Dlaczego tak myślę? Dlatego że mam rozum i doświadczenie i przekonanie, że na ogół to wystarcza. I oto doświadczenie dało znać. Właśnie przed sekundą, teraz dokładnie, kiedy piszę ten tekst, przypomniałem sobie, że ile razy rano idę do pracy, mijam cudowny pałacyk, który zawsze mnie intrygował swoją urodą. Szczególnie zimą, kiedy jest jeszcze ciemno i brudno i brzydko, a nagle obok mnie pojawia się coś jak z bajki; pięknie oświetlony, starannie, odnowiony pałacyk. Oczywiście, przy pierwszej okazji, spojrzałem na tabliczkę i przeczytałem, że jest to właśnie coś co się nazywa Fundusz Górnośląski. Oczywiście natychmiast o tym zapomniałem, uznając, że nie stało się nic. Jedynie oto zanotowałem istnienie jeszcze jednej, społecznie kompletnie bezużytecznej instytucji, której jedynym celem jest utrzymanie setek darmozjadów, ich rodzin i kochanek, no i – od czasu do czasu – urządzenie jakiejś imprezy na rzecz podtrzymania status quo, które tak miłościwie daje żyć.
Co ten jakiś Fundusz Górnośląski ma wspólnego z Regionalną Izba Gospodarczą? Nic. Poza tym, że fizycznie sąsiadują ze sobą, że – nie mam tu absolutnie żadnych wątpliwości – są z pewnością ze sobą zakolegowani i niechybnie na czele jednego i drugiego stoją wybitni, profesjonalnie przygotowani i doświadczeni fachowcy. Sytuacja więc jest mniej więcej taka sama, jak na linii Rosja-Białoruś.
Przeglądam więc dalej stronę tej Izby Gospodarczej i czytam nazwiska. A nazwisk tych jest pełno. Niezliczona ilość kompletnie nieznanych mi ludzi, albo Członków Izby, albo Członków Honorowych Izby, albo Członków Rady, Członków Komisji, diabli wiedzą czego. Nazwiska, nazwiska, nazwiska. Jest też oczywiście Forum Młodych. A w tym Forum – Przewodniczący, Pierwszy Wiceprzewodniczący, Wiceprzewodniczący, tłum członków i sympatyków, przyjaciele Forum Młodych (wprawdzie tylko dwóch, ale równie nieznani – jakiś Cieślik i Grzywa). Jest tez coś, co się nazywa ‘Byli Forumowicze’ i tych też jest cały tabun. Na końcu pojawiają się dwa nazwiska „Opiekunów Forum Młodych z Ramienia RIG w Katowicach”. Są to dwie panie – Kotela i Biskupska.
Napisałem, że te setki nazwisk są dla mnie kompletnie anonimowe, ale jest to nie do końca prawda. Bowiem wśród ‘Członków Honorowych Izby” jest dwóch takich, które znam.- Jerzy Buzek i Jacek Piechota. Ale cała reszta, to nie byle kto. Dyrektorzy, rektorzy, byli posłowie, senatorzy, prezesi, przewodniczący… Same tuzy.
Gapię się w stronę tej Regionalnej Izby Gospodarczej i czuję stary wiatr. Czuję coś, czego nawet nie potrafię nazwać. Coś co tworzyło atmosferę Trzeciej RP przez te wszystkie lata. Coś co mi nigdy nie pozwalało uwierzyć, że będzie dobrze i zapomnieć, że jest – cholera – niefajnie. I nagle trafiam na informacje, ze ta Regionalna Izba jest częścią Krajowej Izby Gospodarczej. I wchodzę na stronę www.kig.pl . Na samej górze widzę zdjęcie człowieka, którego znam. To Andrzej Arendarski, były poseł OKP, później wiceszef Kongresu Liberalno-Demokratycznego, w końcu minister w rządzie Hanny Suchockiej. Pod zdjęciem podpis-cytat: „Dbamy o przedsiębiorców” i identyfikator: „Andrzej Arendarski prezes KIG, wiceprezes Eurochambres”.
Zaglądam więc do wikipedii i pod hasłem ‘Andrzej Arendarski’, czytam – poza tym co już wiemy: „W latach 1973-1977 odbył studia doktoranckie w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, stopień doktora nauk humanistycznych uzyskał w 1981. Od 1977 pracował kolejno jako starszy asystent i adiunkt w Instytucie Historii Nauki, Oświaty i Techniki PAN. Od końca lat 80. działa w instytucjach gospodarczych, w latach 1990-1992 był prezesem Krajowej Izby Gospodarczej […] Od października 1993 ponownie nieprzerwanie pełni funkcję prezesa Krajowej Izby Gospodarczej. Od 1991 kieruje Polsko-Ukraińską Izbą Gospodarczą. Był członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego, od 1980 działał w "Solidarności" […] W 1993 bez powodzenia ubiegał się o reelekcję.Od 2002 do 2006 był przewodniczącym Stronnictwa Demokratycznego. Współtworzył w 2005 Komitet Wyborczy Centrum z udziałem m.in. SD i Centrum, który deklarował poparcie dla kandydatury Zbigniewa Religii w wyborach prezydenckich.
Więc już wiemy, kto jest szefem tego przedsięwzięcia. Tak jak Marek Goliszewski – o którym akurat nie chce mi się pisać w ogóle – jest wiecznym szefem Business Centre Club, Arendarski jest wiecznym szefem Polskiej Izby Gospodarczej.
Ale te Diamentowe Laury zostały rozdane nie przez Arendarskiego, lecz przez pewnie człowieka o nazwisku Donocik. Zobaczmy teraz, co to są te Laury. Wracamy na stronę lokalną. „W 1992 roku przedstawiciele Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach wspólnie z zarządem Telewizji Polskiej S.A. Oddział Terenowy w Katowicach, redakcjami: Radia Katowice S. A. i Trybuny Śląskiej postanowili, co roku nagradzać Laurami Umiejętności i Kompetencji nieprzeciętnych menedżerów, wyróżniające się firmy, organizacje
i instytucje, które wprowadzają skuteczne rozwiązania restrukturyzacyjne i torują drogę nowoczesnej gospodarce rynkowej, a także autorytety moralne i najwybitniejszych reprezentantów nauki, oświaty, kultury, sztuki, polityki
”. A poniżej lista i zdjęcia. W roku 1992 Laur otrzymał Lech Wałęsa, rok później – nie wiadomo. W 1994 Andrzej Olechowski. W 1995 biskup Alfons Nosol, rok później Jan Paweł II, w 1997… Klasztor Jasnogórski, w 1998 „wybitny mąż stanu, premier Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Jerzy Buzek”, w 1999 Javier Solana i Bronisław Geremek, w roku 2000 Jan Nowak Jeziorański, w 2001 Zbigniew Brzeziński, w roku następnym Aleksander Kwaśniewski, w kolejnym roku Danuta Hubner, następnie Vaclav Havel i Tadeusz Mazowiecki, w 2005 arcybiskup Stanisław Dziwisz, w 2006 Władysław Bartoszewski, w 2007 Leszek Balcerowicz, no a wczoraj Radek Sikorski, Andrzej Wajda i Bożena Walter i (jakże by inaczej) któryś z biskupow. Standard – cesarzowi co cesarskie, Kościołowi co kościelne i można jechać.
Oto jak się bawią Donocik z kolegami. Ja się natomiast zastanawiam, czemu oni nie piszą, kto dostał diamentowy Laur w roku 1993. Szukam więc w googlu i znajduję. W 1993 roku Diamentowy Laur przypadł Jerzemu Markowskiemu. Nic szczególnego. Pewnie zapomnieli, albo uznali, że nie ma się czym chwalić. A szkoda. Ja uważam, że pochwalić się jednak było czym. Może przede wszystkim z tego względu, ze Jerzy Markowski dla wielu ludzi na Śląsku jest symbolem tego czym okazała się ostatecznie być III RP. Znów sięgam do wikipedii. Wiele tam nie ma, ale Jerzy Markowski to skromny człowiek.
Jerzy Markowski (ur. 6 października 1949 w Zabrzu) – polski polityk, inżynier górnik, były wiceminister przemysłu i handlu oraz gospodarki, senator IV i V kadencji.W 1968 ukończył technikum górnicze i podjął pracę w kopalni, dochodząc przez kolejne szczeble do stanowiska dyrektora KWK "Budryk". Był m.in. przez czternaście lat czynnym ratownikiem górniczym. W 1976 ukończył studia na Wydziale Górniczym Politechniki Śląskiej, na tej samej uczelni obronił w 1986 doktorat w zakresie nauk technicznych.Wieloletni członek PZPR, później należał do Socjaldemokracji RP i Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Od marca 1995 do grudnia 1996 pełnił funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu, od lipca 1995 jednocześnie był pełnomocnikiem rządu ds. realizacji restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Od stycznia do października 1997 był wiceministrem gospodarki.W latach 1997-2005 przez dwie kadencje pełnił mandat senatora, w 1997 wybrany w województwie katowickim, w 2001 wybrany w okręgu gliwickim. W Senacie V kadencji przewodniczył Komisji Gospodarki i Finansów Publicznych.W 2005 i 2007 bez powodzenia kandydował w wyborach parlamentarnych. Zajmuje stanowisko prezesa firmy transportowo-logistycznej.Żonaty (żona Ewa, magister historii), ma dwoje dzieci (syna Bartosza i córkę Magdalenę).
Oto cała notka. Kto ma rozum, niech myśli. Kto nie ma, niech już kończy czytać ten tekst. Dalej będą same nudy. Ja mam w tym momencie dwa rozwiązania. Mogę napisać jeszcze coś o Markowskim, albo opowiedzieć o Donociku. Naprawdę nie jest łatwo się zdecydować. Obaj to fachowcy. Jednak ze względu na dbałość o kształt całości, pozostanę przy Markowskim, a Donocik znajdzie się w tzw. ‘scenach usuniętych’. Inna sprawa, że i tak już kończymy. Otóż Markowski to człowiek, który, ile razy na którejś z kopalń dojdzie do wybuchu, lub zawału i zginą ludzie, występuje w TVN24 i opowiada o górnictwie, jako naczelny ekspert. Jak powraca temat afery węglowej i tych wszystkich węglowych skandali, on staje przed kamerami i mikrofonami i opowiada, jak się sprawy mają. Jest to jednak też człowiek, który, występując w tym TVN-ie i tłumacząc sytuację polskiego węgla, sprawia, ze przeciętny górnik jedną rękę zaciska, a drugą sięga po kilof, albo po cokolwiek, co tam ma obok.
Oto jeden z laureatów Diamentowego Lauru przyznawanego twórcom III RP przez Śląską Izbę Gospodarczą. Oto jeden z tych, którzy zadbali o to, żeby wyrwać Polskę z rąk oszołomów, oddać ją w ręce cywilizowanych grup specjalistów i ekspertów, a wszystko po to, żebyśmy wreszcie mieli to co mamy dziś. Choćby ten pasek w TVN-ie, że Wajda, Sikorski i Walterowa otrzymali wielkie, wspaniałe i – jakże zasłużone – wyróżnienia.

And you, my friend, can accept this as a supplement to what you once commissioned, and what was to concern issues not people.

sobota, 17 stycznia 2009

Niemen, czyli nie wszyscy artyści to psie krwie

Dziś mija 5 lat od czasu, gdy zmarł Czesław Niemen. Właściwie fakt, że nie muszę pisać „muzyk Czesław Niemen”, „piosenkarz Czesław Niemen”, „artysta Czesław Niemen” , żeby wszyscy mniej więcej wiedzieli, o kim piszę, a być może choćby fakt, że mój Word, kiedy piszę o Niemenie, nie poprawia mi tego słowa na ‘Niemnie’, świadczy zdecydowanie o tym, że z Niemenem (a nie Niemnem) nie ma żartów.
Całe moje w miarę świadome życie było związane – w ten, czy inny sposób – z Niemenem. Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, z polskich zespołów, słuchałem głównie Niebiesko-Czarnych, Polan, i właśnie Niemena. Czerwone Gitary, Czerwono-Czarni i cała reszta to był obciach. Inna sprawa, że muzycznie – choć w życiu nie umiałem na niczym grać – byłem zdecydowanie rozwinięty. Kiedy miałem 15 lat, słuchałem najbardziej nowoczesnego jazzu. O wiele nowocześniejszego, niż choćby Miles, jeśli ktoś nie wie, o czym mówię. Sam nie mogę dziś w to uwierzyć, ale tak było.
Moje najdalsze wspomnienia związane z Niemenem, sięgają dwóch wydarzeń. Pierwsze, kiedy w hotelu, gdzie pracował mój Ojciec, podszedłem do Niemena i on mi dał swoje zdjęcie, na którym napisał „Krzysiowi, z wyrazami sympatii – Czesław Niemen”. Myślę, że wówczas miałem jakieś 11 lat. Nie mam już tego zdjęcia. Gdzieś mi przepadło. Drugie moje wspomnienie wiąże się z dniem, kiedy ukazała się pierwsza długa płyta Niemena – Dziwny jest ten świat. To było chyba rok później. Wróciłem ze szkoły do domu, a na stole leżała pierwsza płyta Niemena, jeszcze razem tym z szarobrązowym, sklepowym papierem. Bardzo dobrze pamiętam jeszcze dziś te emocje. Nie umiem ich opisać. Uwielbiałem Niemena. Uwielbiałem go przez wiele kolejnych lat, jednak z czasem zacząłem mieć co do jego talentu coraz większe wątpliwości i po okresie z SBB, przestałem słuchać go w ogóle. Później, kiedy już wyraźnie widziałem, jak muzycznie był on mało oryginalny, jak najpierw – w sposób absolutnie bezwstydny – kopiował Jamesa Browna, Wilsona Picketta, a później kogokolwiek – niestety z marnym bardzo skutkiem – Niemen stał się mi, jako muzyk, obojętny. Wciąż lubię słuchać jak śpiewa swoje piosenki, a kiedy dziś w radio słyszałem Dziwny jest ten świat, pod każdym względem ściągnięty z Browna It’s A man’s..., czułem dreszcz. Niemiej fakt pozostaje faktem – Niemen był artystą wyłącznie na skalę europejską.
Dziś, kiedy w księgarniach wystawiana jest książka Dariusza Michalskiego – dziennikarza wyjątkowo niekompetentnego – o Niemenie, a w radio i, kto wie, czy nie w telewizji, mówi się o Niemenie więcej, niż kiedykolwiek, mam pewne refleksje, jednak w najmniejszym stopniu muzyczne. Myślę sobie o Niemenie, człowieku, który mieszkał tu w Polsce przez całe swoje życie, przez całe życie próbował tworzyć tę swoją sztukę, i który przez najważniejszą część swojego artystycznego zycia, był traktowany przez państwowo-rozrywkowy mainstream, jak czarna owca.
Wszystko co na poziomie artystycznym robił Niemen, przez polski państwowy przemysł rozrywkowy było traktowane z wielką podejrzliwością. Jego włosy, jego sposób ubierania się, jego sposób śpiewania – wszystko to przez część oficjalnych środowisk było wyszydzane w sposób wyjątkowy. Ja nawet pamiętam dokumentalny film Marka Piwowskiego – dla wielu wręcz bohatera – gdzie Niemen został pokazany, jako najbardziej prymitywny głupek. Oczywiście on nie miał zakazu występowania, nagrywania i – ogólnie rzecz biorąc – zarabiania na życie. Odnosił swoje sukcesy. Niemniej zawsze się czuło, że on jest jakoś obok. Później już nie. Jednak na początku – owszem. Skąd się brała taka niejednoznaczność w traktowaniu Niemena? Nie wiem. Może jacyś komuniści po prostu – tak jak ja – Niemena bardzo lubili słuchać? Nie wiem.
Mógłbym też podejrzewać, że Niemen był mimo wszystko jakoś tam umocowany w tym systemie. Może nawet bardziej niż byśmy chcieli. Może. Cholera wie. W końcu bywało różnie. Fakt jednak pozostaje faktem, że, kiedy w roku 1980 wybuchła Solidarność, Niemen stanął po stronie Polski. Kiedy rok później bolszewia wprowadziła stan wojenny, Niemen znów wsparł Polskę. Kiedy w 1989 roku Solidarność wreszcie przejmowała władzę, Niemen stanął razem z Solidarnością.
Niemen wyraźnie pokazał, na tyle wyraźnie, że nie można mieć co do niego wątpliwości, gdzie stoi jako Polak i patriota. A mimo to, nie przypominam sobie, żeby on próbował się tą swoja postawą popisywać w większym stopniu, niż to w jego wypadku było potrzebne. Ja nie wiem, czy przez całe lata 90. Niemen wspierał Unię Wolności, czy ugrupowania prawicowe. Nie wiem, czy on głosował na Wałęsę, czy na Kwaśniewskiego, na AWS, czy na PSL. Nie mam pojęcia. Myślę jednak, że głosował. Nie wiem też oczywiście, czy, gdyby tylko żył, poparłby Platformę, czy PiS. Tuska, czy Kaczyńskiego. Tym bardziej, nie umiem zgadnąć, czy dziś by trwał wiernie przy Kaczyńskich, czy równie wiernie przy Tusku. Czy może by którąś z tych stron zdradził. Nie wiem. Ja nawet nie wiem, czy Czesław Niemen reprezentował kościół toruński, czy krakowski. Czy w ogóle był religijny. Pod tym względem mam zero wiedzy.
Dlaczego tego wszystkiego nie wiem? Odpowiedź jest prosta. Niemen nigdy – o ile mi wiadomo – nie miał ambicji, żeby zostać politycznym komentatorem. Nigdy nie miał ambicji, żeby zostać autorytetem. Nie przypominam sobie, żeby przyłaził do telewizji i się mądrzył na tematy pozamuzyczne. Może coś przegapiłem, ale Niemena w tych kontekstach nie pamiętam. W odróżnieniu od takich wielkich artystów, jak Zbigniew Hołdys, Doda, Paweł Kukiz, Krzysztof Skiba, Krzysztof Cugowski, Wojciech Waglewski, Lech Janerka, Maria Peszek, Maciej Maleńczuk, czy Muniek Staszewski, którzy nawet na ułamek sekundy nie zostawią ludzi w spokoju i nie pozwolą zapomnieć o tym, co oni sądzą na temat Radia Maryja, PiS-u, Polaków, Platformy, Owsiaka, a nawet antysemityzmu i tolerancji. O ile pamiętam, Niemen również nie czuł potrzeby, żeby sprzedawać swój wizerunek artystyczny na reklamy banków, jak Marek Kondrat, czy ten dupek z zespołu Feel. I kiedy dziś o nim myślę, to myślę sobie, że on był bardzo porządnym człowiekiem. Ktoś mi powie, że od czasu gdy Niemen zmarł, świat – w tym Polska – posunął się mocno do przodu i wcale nie w dobrym kierunku. Że od tego czasu więcej jest nie tylko telewizji, ale i reklam, sklepów, banków i w ogóle towaru. Więc Niemen po prostu mógł się nie załapać. Możliwe. Jednak mam wrażenie, że, skoro on znalazł niejedną okazję, żeby dać świadectwo w sytuacjach kluczowych, mógł też znaleźć okazję do lansowania się w sytuacjach zdecydowanie mniej decydujących. Po prostu, tak sobie, dla towarzyskiej satysfakcji. Jestem pewien, że znalazłby ku temu wiele okazji. Jednak, wygląda na to, że ich nie szukał. I dlatego też dziś, w piątą rocznice jego śmierci, chciałem oddać mu ten tekst. Niemenowi, artyście skromnemu, w każdym znaczeniu tego słowa.

O Żydach, Arabach i zwykłych idiotach

Ten tekst wkleiłem dla Was wczoraj, ale – niestety – skutkiem awarii, nie dało się go czytać, więc dziś jeszcze raz. Z nadzieją, ze pan Admin będzie na tyle uprzejmy, żeby go Wam udostępnić ponownie.
Więc do rzeczy.
Kiedy kilka miesięcy temu cały swój wpis poświęciłem czemuś co się u nas w Polsce nazywa Komitet Helsiński, albo Fundacja Helsińska (zależnie od aktualnego stanu interesów), zauważyłem, że - sądząc choćby tylko po zestawie nazwisk tworzących jedno i drugie - można dojść do przekonania, że nabór do tych dwóch ciał – a w rzeczywistości jednego ciała – odbywa się na zasadzie selekcji wybitnie negatywnej. Ja sobie tę procedurę wyobrażam w następujący sposób. Przychodzi ktoś do tych Helsinek i pokazuje papiery, że jest mądry. Won! Przychodzi z papierami, że jest doświadczony. Won! Przychodzi kto inny i pokazuje dokument na to, że jest elegancki. Precz! I efekt jest taki, że tam siedzi Bortnowska i młody Maziarski. We wczorajszej Rzeczpospolitej dał o sobie przypomnieć jeszcze jeden z tych eksponatów – Zbigniew Hołda, profesor karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego. http://www.rp.pl/artykul/248552.html?print=tak
Rzepa, z kompletnie nieznanych mi powodów, postanowiła przepytać tego Hołdę w kwestii polskiego antysemityzmu. Mamy jakiegoś profesora prawa z Krakowa, kogoś kto z pewnych, sobie tylko znanych powodów, postanowił zostać ekspertem od praw człowieka, i Rzeczpospolita zupełnie serio postanawia się do niego zwrócić w sprawie polskiego antysemityzmu. Jakiż to nieprawdopodobny absurd! No ale Rzeczpospolita, szczególnie ostatnio, nie daje nam popaść w samozadowolenie. Rozmowa jest króciuteńka, ale starczy na kilka lat. A może na zawsze. Pytanie Rzepy brzmi: „Przez Europę przetacza się fala wystąpień antysemickich. We Włoszech nawołuje się do bojkotu żydowskich sklepów, norwescy aktorzy wzywają do kulturalnego bojkotu Izraela, wielotysięczny tłum demonstrantów wznosił antyżydowskie hasła w Hiszpanii. W Polsce, która ma opinie kraju antysemickiego, nic takiego się nie dzieje. Zaskakujące?”
Hołda nie informuje nas, czy to jest zaskakujące czy nie, tylko od razu objaśnia sprawę od podszewki i informuje, że Polacy to rasiści i antysemici, a jeżeli wydaje się, że u innych jest gorzej, to tylko dlatego, że u innych tych Żydów jest więcej. Żydów i kolorowych. Więc siłą rzeczy my Polacy nie możemy się należycie wykazać. Ale, oczywiście, Żydów nienawidzimy. Jest jednak coś, co - mimo tych braków na rynku - wysuwa nas na czołowe miejsce. My, w odróżnieniu od innych, przez to że Żydów u nas nie ma, nienawidzimy ich „tradycyjnie, rytualnie i bezmyślnie”. A nie naukowo i inteligentnie.
Ponieważ rozmowa Rzepy z Hołdą, choć niezbyt długa, jest na tyle długa, żeby mu nie pozwolić uciec przed kompromitacją po najkrótszej linii, karnista z UJ gada więcej. A więcej oznacza choćby to mianowicie, że polska sytuacja – zdaniem Hołdy – jest kompletnie nielogiczna. Z jednej strony, Żydów i czarnych nienawidzimy, na dodatek nienawidzimy ich bardzo żywiołowo, a z drugiej Żydzi uważają Polskę za kraj dla niech bezpieczny. Okazuje się bowiem, że „mitycznego Żyda nie lubimy i wyrażamy się o nim z niechęcią, ale Izraelitów i ich państwo cenimy i szanujemy”. To jednak ma też swoje uzasadnienie. My szanujemy i cenimy Żydów – których swoją drogą nienawidzimy i którymi wręcz odruchowo gardzimy – przez to, że nie znosimy Arabów. Dlaczego nie znosimy Arabów? Tego Hołda nie wyjaśnia, ale można się domyślić, że pewnie z tego powodu, ze jest ich u nas bardzo dużo. Tak jak Żydów w Hiszpanii.
To by się właściwie zgadzało, ponieważ, jak nas uświadamia Hołda w ostatniej części swojego intelektualnego popisu, w Europie Zachodniej bardzo się nienawidzi Żydów, bo „mieszkają tam miliony muzułmanów” i to oni tych Żydów – antysemici jedni! – tępią. I wreszcie zamknięcie. Polacy to antysemici, ale nie mordują Żydów i nie palą ich sklepów, bo po prostu ciężko na nie trafić. Na samych Żydów zresztą też, bo – mając tę świadomość, że z powodu żydowskiej posuchy, w Polsce Żydzi się mają dobrze – tych „wielu obywateli Izraela, którzy wystąpili o polskie paszporty”, ten „żydowski biznes, który inwestuje w naszym kraju”, ta „kwitnąca wymiana turystyczna”, to wszystko garnie się do Polski i … właściwie nie wiem co dalej. Zgubiłem się.
Przeczytałem Zbigniewa Hołdę, intelektualistę z Uniwersytetu Jagiellońskiego, i pomyślałem sobie, że on mógłby właściwie zapisać się do Salonu24. Wprawdzie nie wiem, jak on pisze, ale myślę, że mógłby chociaż komentować. Ze swojego, niemal już rocznego doświadczenia wiem, że jest tu wystarczająco dużo osób wykształconych, a przy tym wystarczająco mało inteligentnych, żeby prof. Hołda nie czuł się bardzo opuszczony. Ja czytam ich komentarze na moim blogu niemal codziennie i nie mogę wyjść z podziwu dla tego, co przy odpowiednim stanie emocji, może się stać z wykształconym umysłem.
Ale zakładam, że Hołda jednak nie zechce tu z nami spędzać czasu. W tej sytuacji, chciałem mu zaproponować jedno. Z tym antysemityzmem, niech się Pan nie przejmuje. To już jest nieaktualne. Społeczeństwo jest okay. Od 2005 roku, zmieniło się naprawdę wiele. Teraz nienawiść została skierowana w dobrą stronę. Nawet Arabowie są już w porządku. Teraz lejemy wyłącznie tych, którzy na rękawach mają niebieskie opaski z napisem PiS. Jest dobrze. Jak Pan to zrozumie, być może nawet odzyska Pan zwykłą sprawność myślenia.

czwartek, 15 stycznia 2009

Pisane na obstalunek, a służba nie drużba

Wczoraj, kiedy dzień mój zbliżał się do końca, otrzymałem następującego sms-a: „Proszę o komentarz na temat artykułu na str. 1 i 2 dodatku WSJ Polska w dzisiejszym Dzienniku; Bariery dla biznesu”. Choć ton tego esa był – jak widać – niezwykle oficjalny, faktycznie zlecenie pochodziło od pewnego mojego bardzo bliskiego kolegi. Parę słów zatem o samym koledze. Kolega mianowicie jest głęboko przekonany – i nieustannie mi o tym przypomina – że ja na tym blogu zajmuję się wyłącznie głupstwami. On – jak się zdaje – lubi mnie czytać, ale fakt, że moje teksty są o tym o czym są, kolegę stresuje do tego stopnia, że gdyby się go zapytać, co by ode mnie chciał dostać na urodziny, to niechybnie by sobie zażyczył tekstu, który będzie o sprawach konkretnych, a nie o ludziach, których nazwisk on nawet do końca nie zna.
Powiem jeszcze coś o moim koledze. On generalnie jest przekonany, że rząd PiS-u był absolutnie beznadziejny, natomiast – przynajmniej wtedy gdy z nim ostatnio miło spędzałem czas – twierdził, że Platforma mu się ogólnie podoba. Ponieważ czasy się zmieniają, a upadek Platformy – przynajmniej w moim mniemaniu – jest bardzo raptowny (jak ktoś dziś celnie skomentował na moim blogu – to dopiero rok), niewykluczone, że u mojego kolegi nastąpiły również pewne przesunięcia. Ale, szczerze powiem, nie wiem.
Tak czy inaczej, esemes, o którym wspominam, w sumie mnie nie zaskoczył. Bo to jest właśnie to co trapi mojego kolegę najbardziej. Że system, najzwyczajniej w świecie, nie działa. Że wciąż polska biurokracja jest absolutnie porażająca i – jak się wydaje – zupełnie niepokonana. Więc, jak na dodatek czyta, że według oficjalnego raportu amerykańskiej fundacji Heritage i WSJ, Polska jest bezwzględnym mistrzem Europy w tworzeniu utrudnień dla biznesu, dostaje szału. Łatwo mu się złościć. On większość życia spędził w Londynie, a oni mieli Thatcher.
I to właściwie mógłby być faktyczny początek i koniec tego tekstu. Margaret Thatcher. Czyli – mój drogi – people, not issues. No ale, ponieważ zamówienie jest zamówieniem, tak kończyć nie wypada, więc powiem coś więcej.
Od kiedy Polska odzyskała wolność w roku 1989, w tak zwanej domenie publicznej toczy się przepychanka między dwiema grupami, z których jedną media nazwały ‘oszołomami’ a drugą ‘ekspertami’. ‘Oszołomy’ głownie miały się skupiać na wartościach, na historii, na rozliczeniach – ogólnie rzecz biorąc na szerzeniu nienawiści. ‘Eksperci’ natomiast… Oooo! ‘Eksperci’ zajmowali się wyłącznie sprawami. Ale też nie da się ukryć, że im było łatwiej. ‘Eksperci’ mieli przygotowanie, kompetencje i wiedzę. Mieli też wykształcenie, znali języki obce, wielu z nich kończyło zagraniczne studia i zawsze wiadomo było, że tylko oni są w stanie Polskę wyprowadzić na drogę, która wiedzie prosto na europejskie szczyty.
Z tego też względu, prawdziwa walka toczyła się o to, żeby ‘oszołomów’ odsunąć jak najdalej od wszystkiego, co dla rozwoju Polski istotne. Na czele tak zwanych przemian postawiono Leszka Balcerowicza, człowieka którego autorytet w pewnym momencie sięgnął niemal pozycji, która dotychczas zarezerwowana była wyłącznie dla Jana Pawła II. To Leszek Balcerowicz miał oko na wszystko co tu się dzieje i dbał o to, żeby ‘oszołomy’ – jeśli muszą wychodzić z kościoła – to najwyżej po to, żeby zrobić siusiu.
Szczęśliwie, ‘oszołomy’ rządziły Polską bardzo króciutko. Nawet prezydentura Lecha Wałęsy okazała się ostatecznie dla Polski dobra. Lech Wałęsa do opieki nad Polską skierował wybitnego – jak się okazało – fachowca Jana Krzysztofa Bieleckiego, który z kolei do wszystkich strategicznych resortów skierował innych wybitnych fachowców, a sam zajął się służbami i ping-pongiem. Przed Bieleckim, na czele rządu stał największy premier w historii, Tadeusz Mazowiecki, a do spraw gospodarczych również zostali skierowani specjaliści nie z tej ziemi. Po krótkim okresie rządów ‘oszołomów’, których szczęśliwie udało się po pół roku przepędzić, przyszedł Waldemar Pawlak, który jak już dziś wszyscy wiemy, ‘oszołomem’ nigdy nie był, później nastąpił okres prawdziwej wielkości naszej Ojczyzny, kiedy to rządziła Unia Wolności, czyli nawet nie fachowcy i eksperci, ale wręcz Tytani. Później, przez długi czas, Polską skutecznie się opiekowali komuniści na zmianę z Pawlakiem, czyli może i bolszewicy, ale również, w żadnym wypadku, nie ‘oszołomy’, po komunistach na cztery lata przyszedł rząd prowadzony przez wybitnego premiera Jerzego Buzka – również w najmniejszym stopniu nie ‘oszołoma’ – a po Buzku, znów bolszewicy, ale już bardzo europejscy i ucywilizowani. I jeśli tu wymienimy nawet tylko to jedno nazwisko – Belka – to ono powinno nam zupełnie wystarczyć. Po bolszewii znów nastąpił krótki okres upadku, w postaci absolutnie kompromitujących nasz kraj rządów PiS-u, ale szczęśliwie, dzięki dobrej organizacji sił patriotycznych i europejsko zorientowanych, po dwóch latach władzę przejęła Platforma Obywatelska i zaczęła realizację Wielkiego Planu Ostatecznego Rozwiązania Polskich Problemów.
Podsumujmy i to podsumowanie. Wygląda na to, że przez te już niemal dwadzieścia lat demokratycznej Polski, siły ciemne, wsteczne i wieśniackie miały wpływ na sytuację w Polsce zaledwie przez niespełna dwa i pół roku. Pozostały ten czas został wykorzystany najlepiej jak tylko się dało, przez ludzi światłych i doświadczonych. Nawet jeśli wielu z nich miało za sobą przeszłość zbrodniczą, to nie można o nich powiedzieć, że nie są ekspertami. Nawet tacy przedstawiciele tej grupy, jak Grzegorz Kołodko, Marek Belka, Jerzy Hauser, czy wreszcie Aleksander Kwaśniewski, może i byli ‘śmierdzącymi komuchami’, pijakami i dziwkarzami, a czasem i nawet wariatami (delfin), ale z całą pewnością znali przynajmniej jeden język obcy i bez wątpienia nie byli ‘oszołomami’. ‘Oszołomy’ – jak Antoni Macierewicz, Jarosław Kaczyński, Jan Olszewski – zostali odpowiednio odsunięci od spraw państwa. Jeszcze niestety, z powodu źle funkcjonującego prawa, nie udało się skutecznie zająć Prezydentem, ale prace trwają. Więc tak wygląda sytuacja po 20 latach.
I teraz, w ramach zamówienia na komentarz, czytam sobie informację podaną przez Wall Street Journal, że Polska zajmuje 82 miejsce na świecie, jeśli idzie o ułatwienia w biznesie http://www.dziennik.pl/gospodarka/wsj/article297163/Polska_tworzy_najwiecej_barier.html. Oto, po dwudziestu latach ciężkiej pracy na rzecz polskiego sukcesu, po roku rządów Platformy Obywatelskiej, po wielu miesiącach działalności absolutnie unikalnej w świecie komisji o nazwie Przyjazne Państwo, mamy raport, z którego wynika, że Polska znalazła się mniej więcej na początku drogi. Nie stało się nic. Jest jak było, tyle że nadzieje w jednym miejscu są zawiedzione w troszkę w większym stopniu, niż gdzieindziej.
I powiem szczerze, że ja – jak zwykle – nie narzekam. Pracuję, jak pracowałem, zdrowie dopisuje, rodzina mnie wspiera, jak wspierała, moje miasto podoba mi się dalej, tak jak podobało, przyjaciele nie zawodzą, na dodatek wygląda na to, że z tym efektem cieplarnianym to bujda na resorach, bo zima piękna i mroźna, jak w starych dobrych czasach, kiedy jeszcze o barierach dla biznesu nie było mowy. Minął z górą rok, i przez ten czas dowiedzieliśmy się, ze Lech Kaczyński jest pijakiem i cierpi na chorobę Alzheimera, że Jarosław Kaczyński jest pedałem, że Zbigniew Ziobro pójdzie niedługo siedzieć i że pani minister Gęsicka jest dziwką. No i jeszcze, że Janusz Palikot jest świetny. Oto efekt tych ponad już dwunastu miesięcy realizacji Planu ‘Irlandia’.
Czy mam się teraz przez następne parę stron znęcać nad tymi, których z najszczerszego serca nie lubię? Otóż nie. Dziś będzie grzecznie. To już bowiem prawie wszystko. Pozostają jeszcze tylko dwie rzeczy. Pierwsza to pytanie – dlaczego? Odpowiedź jednak jest prosta. I będę się jej trzymał. Bo, owszem, issues oczywiście są ważne, ale wokół issues kręcą się ludzie. I bez ludzi nic się nie zrobi.
I druga sprawa. Właśnie o ludziach. Na same zakończenie artykułu w WSJ, pojawia się ekspercka wypowiedź Roberta Gwiazdowskiego, prezesa Centrum im. Adama Smitha. Gwiazdowski mówi tak „Nasz kraj jest, i długo pozostanie, na końcu stawki. Nie podejmujemy żadnych rzeczywistych działań, żeby to zmienić.” Otóż niedawno miałem okazję czytać w Rzeczpospolitej obszerny artykuł zatytułowany „Interesy znanego doradcy” http://www.rp.pl/artykul/246872.html . Bohaterem artykułu Piotra Nisztora jest własnie Robert Gwiazdowski.
Jak już tu kiedyś wyjaśniałem, ja generalnie jestem kompletnym dyletantem. Poza ludźmi, nie znam się na niczym. Więc też, jeśli idzie o artykuł w Rzeczpospolitej, zrozumiałem z niego tylko tyle, co zostało napisane na samym jego początku, czyli że „znany z występów w mediach ekspert ekonomiczny, 49-letni Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, we wrześniu 2006 r. i listopadzie 2008 r. składał zeznania w charakterze świadka w jednym z wątków sprawy tzw. mafii paliwowej – dowiedziała się ‘Rz’”. Cała reszta artykułu w Rzepie jest dokładnie taka, jak można się domyślać choćby z tytułu artykułu. No i rozumiem jeszcze samo zakończenie artykułu, mianowicie informację, że „Gwiazdowski zgodził się początkowo na rozmowę z „Rz”. Potem odmówił jednak autoryzacji swoich wypowiedzi”.
Czy ja żałuję, że jestem taki ciemny i nie wiem, co ten Gwiazdowski nabroił? Trochę pewnie tak. Lepiej jest wiedzieć, niż nie wiedzieć. Ale nie tak też znowu bardzo. W końcu 20 lat nie w kij dmuchał. Nudno nie było.