sobota, 30 września 2017

Gdy Adrian ostatecznie zdechł

         

I oto nadzszedł odpowiedni moment, by zamieścic tu mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Bardzo, moim zdaniem, pouczający. Zachęcam.

Wprawdzie ostatnie deklaracje prezydenta Dudy odnośnie ustaw reformujących sądownictwo, ale też ogólna, zdecydowanie lepsza atmosfera na linii rząd – prezydent, pozwalają nam poczuć odrobinę optymizmu, uważam jednak, że dobrze by było się zastanowić, dlaczego w ogóle doszło do kryzysu. Wśród głosów stawiających diagnozy, na pierwszy plan wybijają się te, które sugerują, że tak naprawdę Prezydent nigdy nie był „nasz”, że jego dawny epizod w Unii Wolności, podobnie jak rodzinne związki z Kornhauserami, czy wreszcie towarzyskie powiązania z krakowskimi elitami, determinują ów brak charakteru, który się ujawnił przy wetowaniu sejmowych ustaw. Pojawia się też argument, że sam Jarosław Kaczyński, zgłaszając kandydaturę Dudy na prezydenta, traktował go wyłacznie jako kartę przetargową i tak naprawdę nigdy nie wierzył, że ów człowiek z kompletnego cienia zostanie prezydentem. No ale stało się, i dziś mamy to co mamy, czyli jakiegoś „podrzutka, rozgrywanego przez wrogie Polsce siły”.
     Otóż nie dość, że uważam ten tok myślenia za wyjątkowo niemądry, to śmiem twierdzić, że wiem doskonale, skąd się wzięły te wszystkie gesty, które nas tak zmartwiły. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że główną przyczyną wspomnianego kryzysu jest bardzo perfidna, prowadzona przez nieprzyjazne dobrej zmianie medialne ośrodki akcja, mająca na celu przedstawienie prezydenta Dudy, jako bezwolnego, chodzącego na pasku Jarosława Kaczyńskiego, durnia. Doskonale pamiętam, jak już w pierwszych dniach tej prezydentury zarówno media, jak i politycy opozycji, ale też wielu rzekomo sprzyjających zmianie komentatorów, oni wszyscy informowali, że Prezydent, zamiast  realizować swoje konstytucyjne obowiązki, siedzi w poczekalni gabinetu na Nowogrodzkiej i czeka aż Prezes na niego zagwiżdże.
      Moim zdaniem, kulminacja tego ataku nastąpiła w postaci satyrycznego serialu pod tytułem „Ucho Prezesa”. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób ów przekaz został skonstruowany. Tam jest jedna postać, o której możemy powiedzieć, że jest bezwzględnie pozytwna, a mianowicie Jarosław Kaczyński. Oczywiście, on jest śmieszny, jednak nie ma sposobu, by nie mieć do niego szacunku. On tam jest szefem i to szefem absolutnie bezdyskusyjnym. Cała reszta to mniej lub bardziej sympatycznie zabawni statyści. I na tym tle mamy owego Adriana, biednego głuptaska, którego nawet najmniejsi z nich traktują jak ostatnią szmatę.
      Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ów plan został napisany znacznie wyżej, niż wskazują na to końcowe napisy każdego z odcinków i że jego cel był jeden – doprowadzić Prezydenta, nawet kosztem chwilowego podniesienia notowań Prezesa, do psychicznego kryzysu. No i częściowo się to udało. Jarosław Kaczyński na jego miejscu by jedynie wzruszył ramionami. Prezydent nie wytrzymał. Szczęśliwie, mimo całego tego napięcia, odnalazł w sobie dość inteligencji, by kontratakując, całe to nieszczęście wygrać dla swojej – a w efekcie i naszej – korzyści. Dziś już nikt nie może mieć wątpliwości, że Polska ma dwóch samodzielnych, prawdziwie wielkich liderów, a ów iście szatanski pomysł z Adrianem zdechł. Bez jednego, marnego stęknięcia.

Książki niezmiennie są do nabycia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Szczerze zachęcam. 

piątek, 29 września 2017

Co po latach mówi do nas pan McLuhan?

        Posłanka Platformy Obywatelskiej, co ciekawe, jedna z bardziej medialnie rozrywanych, Kinga Gajewska, w wywiadzie udzielonym Robertowi Mazurkowi pochwaliła się, że uwielbia czytać, a ostatnio właśnie skończyła „Annę Kareninę”. Trudno powiedzieć, czy to z powodu jakichś wcześniejszych uprzedzeń, czy może przez to, że posłanka Gajewska zrobiła na nim odpowiednie wrażenie podczas samego spotkania, jednak usłyszawszy hasło „Anna Karenina”, Mazurek zareagował pytaniem „Autor?”, na co Gajewska najpierw zdębiała, a potem odpowiedziała pytaniem „Bułhakow?” Efekt jest taki, że w tej chwili z Gajewskiej śmieje się połowa Internetu, wymyślając jej od idiotek, a ja się zastanawiam, jak trzeba być nieprzytomnym, by w czasach, do których doprowadziła nas III RP, wierzyć jeszcze w to, że, opowiadając o przeczytanych lekturach, można komukolwiek zaimponować.
       Musimy bowiem to wreszcie zrozumieć, że czytanie – i to czytanie czegokolwiek – dla większości społeczeństwa stało się zajęciem z jednej strony wybitnie ekskluzywnym, dotyczącym, jakiegoś ułamka procenta, a drugiej całej masy durniow, którzy z tych słów nie są w stanie wygenerować jednej myśli, przez co czytanie staje się dla nich czymś kompletnie bezużytecznym i świadczącym wyłącznie o oderwaniu od rzeczywistości. Pamiętam, że pierwszy raz sobie to uświadomiłem na targach książki najpierw w Krakowie, a potem na Stadionie Narodowym, kiedy ujrzałem tłum ludzi, których dotychczas można było spotkać w wyłącznie w wielkich galeriach handlowych w niedzielne popułudnia, dokładnie tych samych i takich samych, tyle że każdy z nich niósł papierową torebkę z napisem „Kocham czytać”.  I oto, proszę sobie wyobrazić, w całym tym zamieszaniu związanym z awanturą o sądy, podczas Mszy Świętej odprawionej na okoliczność setnej rocznicy istnienia Sądu Najwyższego, głos zabrał sam słynny kardynał Nycz i ogłosił co następuje: „Proszę Boga, żeby nie został zachwiany trójpodział władzy. […] Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość”. Ktoś powie, że stało się źle, że tak wysoki przedstawiciel Kościoła w sposób tak jednoznaczny opowiedział się po stronie totalnej opozycji. Otóż nic bardziej błędnego. Rzecz w tym, że nie ma najmniejszego znaczenia co powiedział kardynał Nycz, posłanka Gajewska, czy nawet przewodniczący Jaki, ponieważ tego co oni mówią nikt ani nie słucha, ani słuchać nie zamierza, a jeśli już jakieś słowo się przedrze przez ów nieznoszący sprzeciwu szum Dobrej Zmiany, większość i tak go nie zrozumie. Weźmy biednego kardynała Nycza. On utulił do swojego serca pogubionych jak te owce sędziów i za ów odruch solidarności spotkał go atak, jakiego świat nie widział. I to atak nie, jak by się można było spodziewać, ze strony wspomnianej Dobrej Zmiany, lecz jak najbardziej totalnej opozycji. Wystarczy rzucić okiem na kontrolowane przez nią portale, takie choćby jak „Sok z buraka”, by zobaczyć jak tam zareagowano na te słowa, z jakim szyderstwem, z jaką nienawiścią potraktowano biednego Kardynała. Tam nikt już się nie wgłębiał w to, co faktycznie powiedział Nycz. Wystarczyło że to jakiś ksiądz, żeby go wdeptać w ziemię, jako jeszcze jednego pisowca. Czyżby stara zapowiedź  McLuhana, że „medium to przekaz” wreszcie się zrealizowała tak już do samego końca?
      Swoją drogą to bardzo ciekawe z tym McLuhanem. Ja o nim ostatni raz usłyszałem jeszcze w latach 70-tych na studiach z ust niedawno tu wspominanego profesora, a wówczas jeszcze zaledwie magistra, Sławka i w międzyczasie zdążyłem o nim skutecznie zapomnieć. I oto podczas której z naszych ostatnich na tym blogu rozmów ów McLuhan wrócił z odpowiednią siłą. Przypomniałem zatem sobie to nazwisko i pomyślałem, że dobrze byłoby sprawdzić, co o nim się dziś, po tych wszystkich latach, pisze się w sieci, i proszę sobie wyobrazić, że tu wciąż, tak jak przed laty, wszyscy się zastanawiają, o co mu chodziło z tym medium, które podobno jest przekazem, i w większości owe rozważania to taki bełkot, że świat nie widział, a ja zachodzę w głowę, jak to możliwe w czasach, gdzie tamta stara myśl realizuje się w sposób wręcz doskonały, ona się spotyka z takim niezrozumieniem. 
      Choćby i tu na tym blogu. Oto, myślę, że niektórzy z nas to zauważyli, od pewnego czasu tu się udziela pewien komentator, który występując pod przeróżnymi nickami, komunikuje nam niezmiennie, że to co ja tu piszę, to bezużyteczne nudy, czytane przez grupkę jakichś wariatów. On tu przychodzi każdego ranka, wrzuca swoje złośliwości, ja go usuwam, a on wraca w nowej odsłonie następnego dnia, z tym samym przekazem. I ja jestem pewien, że on tych tekstów w ogóle nie czyta, nie komentuje tego, co w nich jest, on wyłącznie pisze, że ten blog jest kompletnie do niczego. Dlaczego? Właśnie dlatego, że dla niego przekaz to medium. Nie liczy się słowo, nie liczy się myśl, ważne jest tylko to kto je wypowiada. Przychodzi albo mistrz, albo wróg, zaczyna coś mówić, a my już wiemy, czy mamy bić brawo, czy złorzeczyć. Mało tego. Wystarczy że przychodzi mistrz, albo wróg, zaczyna coś mówić, a my wiemy, co mamy myśleć i w jaki sposób nasze myśli artykułować.
     Ja wiem, że to zabrzmi trochę nieładnie, pokazując, jak bardzo jestem zarozumiały i pewny swego, ale nic na to nie poradzę. Głównym powodem bowiem, dla którego tak sobie cenię to miejsce i dla którego tak bardzo jestem z niego dumny, jest to, że większość ludzi, którzy tu przychodzą, w istocie rzeczy lubi sobie poczytać, posłuchać, pomyśleć, zrozumieć i ani im w głowie, by się publicznie popisywać swoimi kompleksami. No i nikt z nich nie ma na sobie koszulki z napisem „Myślę, więc czytam”, ewentualnie na odwrót. To jest prawdziwa wartość. Ktoś do nas coś mówi, a my nastawiamy uszu.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie. Jeśli ktoś liczy na to, że znajdzie coś gdzie indziej, może przestać marzyć. Póki co, są tylko te książki.

czwartek, 28 września 2017

Kiedy post-prawda dostała w nos

Na dziś miałem w głowie coś zupełnie innego, jednak wczoraj żona moja podrzuciła mi coś, co moim zdaniem kradnie każdy show, a więc nie pozostaje mi nic innego jak wrzucic to tutaj z nadzieją, że znajdzie się wystarczajaco dużo osób choćby z podstawową znajomością języka, by to przyjąć. Naprawdę warto. Oto przed nami coś, co już nawet zyskało swoją unikalną nazwę: post-fact, względnie post-truth era. Szczęśliwie, reakcja była równie szybka. Zapraszam:




Przypominam, że nasze książki dostępne są w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl
.

środa, 27 września 2017

Sześć krótkich kawałków na dłuższą refleksję

Jak się dowiadujemy, przez pewien czas „Polska Niepodległa” będzie dwutygodnikiem. Wedle informacji, które do mnie docierają, już za niedługo jednak to naprawdę ciekawe pismo wróci do cyklu tygodniowego, w większej objętości z nowymi autorami. Sam nie mogę się doczekać. Tymczasem zapraszam do swoich krótkich kawałków.


Gdyby ktoś jeszcze parę lat temu nam powiedział, że przyjdzie czas kiedy to gdziekolwiek pojawi się  Ludwik Dorn, będzie go witał albo szyderczy śmiech, albo pełne zażenowania milczenie, na te proroctwa wzruszylibysmy ze wzgardą ramionami. Tymczasem okazuje się, że los potrafi płatać figle, jakich dotychczas wydawało się, że świat nie uniesie. I oto, jak się okazuje, wspomniany Ludwik Dorn, nie dość, że czołowy polityczny komentator stacji TVN24, to jeszcze felietonista tygodnika „Polityka”, na łamach tego drugiego, komentując przyznanie w Krynicy tytułu „Człowieka Roku” premier Szydło, spłodził takie oto zdanie: „Najpierw zatrudnieni komentatorstwem biegli teoretycznie polityczni gorzelnicy  uważnie nasłuchujący, jakie bulgoty wydaje z siebie fermentujący w retorcie zacier obozu ‘dobrej zmiany’, prześcigali się w przewidywaniach, w cóż ten zacier się wydestyluje”. Pamiętamy czasy, gdy Ludwik Dorn nazywany był „trzecim bratem bliźniakiem” i uchodził powszechnie za osobę superinteligentną, przewyższając w tej konkurencji samego nawet Jana Marię Rokitę. Dziś z tamtych wyobrażeń pozostał bełkot półprzytomnego wykształciucha. Właśnie – wykształciucha. Co za ponura ironia!

***

Przyznaję jednak, że w obliczu powszechnego upadku tak zwanych „elit” staję kompletnie bezradny. Zdaję sobie przy tym sprawę, że są sytuacje gdy człowiekowi jest naprawdę ciężko, kiedy można odnieść wrażenie, że swiat się wali na głowę, jednak zawsze zostaje coś, co nas trzyma w jako takiej równowadze, chocby na tyle skutecznie, byśmy nie oszaleli. To jednak, co się ostatnio dzieje z niektórymi z nich, sprawia, że się zastanawiam, czy to możliwe, że najlepsze dopiero przed nami. Oto „Radio Zet” przeprowadziło rozmowę z ostatnio nadzwyczaj aktywną publicznie aktorką Krystyną Jandą i w pewnym momencie zwrócił się do niej z prośba by zechciała skomentować to, co Jarosław Kaczynski powiedział podczas ostatniej miesięcznicy na Krakowskim Przedmieściu. A ta, na nic nie czekając, rzuciła:  „Czuję jakby ktoś na mnie srał cały czas”. A ja sobie myślę, że na człowieka w życiu czyhają przeróżne, czy to fizyczne czy psychiczne, nieszczęścia, a wśród nich te, kiedy mu się coś wydaje i on nie umie na to znaleźć sposobu. Jednak o tym, by ktoś miał wrażenie, że się na niego cały czas sra ani sam nie słyszałem, ani nawet nie potrafię sobie takiego stanu wyobrazić. A tu, proszę, nasza wybitna gwiazda teatru i filmu, Krystyna Janda znalazła się w tym stanie jak najbardziej. Czy to możliwe, że dziś między Krystyna Jandą, a Ludwikiem Dornem jest już tylko taka różnica, że on nieco staranniej dobiera słowa?

***

Niewykluczone, że niedługo dojdziemy do tego, że owa staranność w doborze słów będzie jedynym kryterium pozwalajacym odróżnić idiotę od idioty. Proszę sobie wyobrazić, że ksiądz Lemański, o którym od dłuższego czasu było cicho i bardziej naiwna część Kościoła uznała, że może ów nieszczęsnik udał się na pustelnię, usłyszelismy następujące słowa:
     „Do tej wypowiedzi traktowałem panią premier jako niezbyt zdolną, pozbawioną inwencji kobietę, którą prezes postawił na ważnym państwowym odcinku, który ją po wielokroć przerasta. Zdolna na swój sposób jest, to znaczy jest zdolna uzasadnić każde, najgłupsze nawet posunięcie swoich ministrów, którzy ostentacyjnie pokazują jej, że ta marionetka nie ma nic do powiedzenia”.
     Ktoś zapyta, gdzie tu dbałość o słowa, i słusznie, bo pointa dopiero przed nami. Otóż kiedy już wielebny Lemański wypluł z siebie swoją słynną ewangeliczną dobroć, powiedział co następuje: „Jeśli pani premier poczuła się dotknięta którymkolwiek sformułowaniem mojego komentarza do słów wypowiedzianych przez nią o protestujacych w obronie niezależnosci sądów – to szczerze przepraszam. Moja ocena tej ekipy rządzącej jest krytyczna ale nie zamierzałem nikogo swoimi ocenami zniesławiać ani obrażać”.
A my w tej sytuacji możemy tylko się księdzu Lemańskiemu głęboko pokłonić. On z całą pewnością nikogo nie miał zamiaru obrażać, a jeśli ktoś odniósł takie wrażenie, to on w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego przeprasza. Stać go na to. Ta głupia marionetka by tak nie potrafiła.

***

Powiedzmy sobie zresztą szczerze, tylko osoby o najgłębszych pokładach serdeczności potrafią najpierw kogoś opluć, a potem przeprosić wszystkich, którzy odnieśli błędne wrażenie, że ktoś kogoś w ogóle opluł. Cała reszta to już tylko czysta nienawiść. Ale zapomnijmy już o tym. Na szczęście, poza tymi wszystkim swarami, są ludzie którzy troszczą się o sprawy najważniejsze. Otóż, jak się dowiadujemy, Paweł Kukiz, wciąż z nie do końca wyjaśnionych powodów, trafił do szpitala i natychmiast zaprosił do siebie dziennikarzy wszelkich mediów, by się dać sfotografować z maską tlenową na nosie i opowiedzieć o gehennie jaką przeżył pozostając pod opieką polskiej służby zdrowia. A przed nami dwie wiadomości: jedna zła, druga dobra. Otóż zła jest taka, że, jak się okazuje, poseł Kukiz na śniadanie dostał „kromkę chleba i łyżkę serka”, co jest oczywistym skandalem, wiadomość dobra natomiast jest taka, że poseł Kukiz, jak tylko go tam wyleczą, wróci do zwykłej pracy parlamentarnej i zrobi porządek nie tylko z tym serkiem, ale w ogóle z całą polską służbą zdrowia. Ktoś zapyta, w jaki to sposób Paweł Kukiz ma zamiar rozwiązac problem, którego, jak dotychczas, nie rozwiązał nikt na świecie. Proszę sobie więc  wyobrazić, że między jednym kęsem kromki z serkiem a drugą Paweł Kukiz udzielił wywiadu portalowi medonet.pl – swoją drogą to jest temat na osobne rozważania – gdzie oświadczył, że „po tym co mi się przydarzyło zrozumiałem, że reforma służby zdrowia musi wyjść od potrzeb pacjentów, a nie być wymyślana odgórnie przez ministrów”. Jasna sprawa. Chodzi o to, by wreszcie wprowadzić JOW-y, a potem już wszystko pójdzie z górki. Jako pierwszy w gwizdek dmuchnie on, Paweł Kukiz, i opowie o tym, jak musiał żreć ten serek, a wówczas zamiast serka pojawi się jajecznica na boczku. Łóżka załatwi Owsiak.

***

Wygląda na to jednak, że zbliża się czas, gdzie nie będziemy do szczęścia potrzebowali ani Owsiaka, ani Kukiza, ani nawet Ludwika Dorna, a wskazuje na to fakt, że Prawo i Sprawiedliwość przebiło kolejny szklany sufit, i wbrew pozorom, nie chodzi nawet o to, że CBOS przyznał 44 procent i ponad dwukrotną przewagę nad Platformą PiS-owi, ale o odzyskanie dla Dobrej Zmiany Maryli Rodowicz. Odbył się właśnie wywalczony osobistymi zębami i pazurami prezesa Kurskiego Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, a wraz z nim triumfalny benefis wspomnianej Maryli Rodowicz, a my wszyscy nagle uświadomiliśmy sobie, że oto z dawnego PRL-u wróciło nagle wszystko to, za czym tak tęksniliśmy, tyle że wzbocgacone o pieniądz, demokrację, no i komputerową obróbkę. Z tej okazji na Twitterze pojawił się bardzo ostatnio aktywny w każdym wymiarze minister Patryk Jaki i ogłosił co następuje: „Na złość wszystkim Opole 2017 jest naprawdę świetne. W amfiteatrze rewelacyjna atmosfera. Hejt 3RP jak zwykle pomaga”. Czas na powrót festiwalu w Kołobrzegu. Na pohybel hejterom.

***

Jak widzimy, idą nowe czasy, póki co jednak, zanim hejt III RP zostanie zastąpiony przez hejt IV RP, rzućmy okiem, po raz być może jeden z ostatnich, na to, co nas niemal nie zabiło i ciągle to tu to tam podnosi swój szkaradny łeb. Oto proszę sobie wyobrazić, że obok takich wybitnych przedstawicieli Kościoła, jak ojciec Gużyński, biskup Pieronek, czy wspomniany wcześniej ksiądz Lemański, jest też wśród nas skromny, nieobceny w mediach, a czynny głównie na Facebooku, ksiądz Stanisław Walczak. W dość już zmurszałym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, ów święty mąż przedstawił charakterystykę Jarosława Kaczynskiego i wspierającego go polskiego duchowieństwa:  „Ten łgarz ma poparcie silnej grupy polskich biskupów i wielkiej rzesz polskich duchownych! To oni popierają kłamstwa na temat katastrofy smoleńskiej, to oni szczują Polaków przeciw wszystkiemu co obce i inne. A on, prezes, bezkarnie, rzuca oszczerstwa i kłamie! Jego koneksje z Radiem Maryja i TV Trwam dowodzą, że kłamstwo stało się oficjalnym orężem katolików narodowych w Polsce”.
Jak już wspomniałem, wypowiedź księdza Walczaka pochodzi sprzed paru miesięcy, więc trudno jest nam powiedzieć, co tam u niego słychać dziś. Miejmy jednak nadzieję, że po wysłuchaniu koncertu Maryli Rodowicz w Opolu, serce księdza nieco złagodnieje, a kto wie, czy nawet nie usłyszymy, że ten Kaczyński nie jest jednak taki zły. I wówczas na scenie pozostanie już tylko jeden wróg.


Moje książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam z całego serca.

wtorek, 26 września 2017

Kiedy wujcio Pawcio ostatecznie zwariuje?

       Niedawno, oglądając telewizję, wśród innych reklam lekarstw, banków, oraz samochodów, zobaczyłem i taką. Oto mały chłopoczyk pyta swoją mamę: „Dlaczego wujcio Pawcio przy babci Marynce robi się taki malutki”, na co mama odpowiada: „Bo babcia go trzyma w kieszeni”. W tym momencie pojawia się pytanie: „A ty?” i widzimy Marka Kondrata, który, patrząc nam prosto w oczy, odpowiada: „A ja sobie tego oszczędzam”, a my już wiemy, że trzeba to co mamy w kieszeni natychmiast wyjąć, wpłacić do banku ING i cieszyć się swoją przezornoscią.
       Kiedy po raz pierwszy obejrzałem tę reklamę, przyznaje, że byłem zdziwiony. Mimo że całemu systemu bankowemu życzę wszystkiego najgorszego i tylko wypatruję dnia, kiedy to wszystko runie, nigdy by mi nie przyszło do głowy, że ów upadek będzie tak szybki. Przepraszam bardzo, ale co to ma być??? Czy naprawdę doszło już do tego, że, jeśli oni wydają pieniądze, to już nie po to, by z tego mieć jakiś zysk, lecz wyłącznie w jednym jedynym celu, by nikt nie powiedział, że tam już chodzi tylko o zwykła, brudną jumę? Nie wiem, ile kosztowało wyprodukowanie tej reklamy, ile oni musieli odpalić Kondratowi, ani też, ile bank zapłacił za jej emisję, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że to są pieniądze w 100% zmarnowane. Oni postąpiliby o wiele mądrzej, gdyby to wszystko zrzucili z dziewiątego piętra tego budynku w Katowicach, pozwolili ludziom się tymi banknotami nacieszyć, a na drugi dzień wysłaliby do telewizji klip z Kondratem, gdzie ten by ich poinformował, że, jak kto chce więcej, niech otworzy sobie konto w ING. Tymczasem mamy to dziecko z jakimś bezsensownym pytaniem, z jeszcze bardziej bezsensowną odpowiedzią, a na końcu z Kondratem pieprzącym coś trzy po trzy o „oszczędzaniu sobie tego”.
      No dobra. Ktoś powie, że 90 procent reklam jest na tym poziomie, więc nie ma się co denerować. Otóż nie. Moim zdaniem, to co odstawił nie byle jaki przecież bank, zwiastuje autentyczny game changer. Oni zwyczajnie pikują. Jeśli pojawia się coś takiego, to znaczy, że tam już, jak już powiedziałem, każdy tylko patrzy by nie wylecieć, a co gorsza, nikt nawet tego upadku nie kontroluje.
      Podobne zjawisko zauważyłem zresztą, również w tych dniach, na portalu tvn24.pl, z którego regularnie czerpię informacje na temat stanu umysłu tych, co przegrali. I proszę sobie wyobrazić, że wszedłem na tę stronę i, jako główną informację, znalazłem coś takiego:
      „Pieniędzy na orzeczenie niepełnosprawności brak. Minister finansów mówi o papierze w drukarce”.
      Dalej nie było w żaden sposób lepiej. Kolejne sześć informacji opublikowanych na jednym z najważniejszych informacyjnych portali w Polsce przedstawiało się następująco:
      „Zabrali dziecko ze szpitala i się ukrywali. Wrócili do domu”.
      „Pokazujemy jakie znaczenie ma to, co robia lekarze w pierwszych dniach po porodzie”.
      „Dlaczwego uciekamy się do nienaukowych metod
      „Szpitalna historia, która zelektryzowała cały kraj”.
      „Odkrycie w starym kościółku. Tajemnicze schody, na górze krypta”.
      „Ognista kula przemknęła po niebie”.
      I dopiero na ośmym miejscu, pierwsza informacja, która mogłaby mieć dla kogokolwiek chocby minimalne znaczenie.
      O czym to świadczy? Otóż moim zdaniem mamy tu do czynienia z dokładnie tym samym zjawiskiem, co w wypadku reklamy ING, czyli kompletnym upadkiem przekazu. Sytuacja jest bowiem taka, że tam albo panuje przekonanie, że oni są już tak bezpieczni, że mogą się kompletnie przestać starać, albo – w co osobiście wierzę znacznie chętniej – że tam już każdy tylko czeka na to, że ktoś przyjdzie i zacznie po kolei gasić światło.
      No dobra, ktoś znów spyta, a co potem? Otóż mam nadzieję, że potem to już tylko to, co czyste i nieskażone. Wczoraj na Facebooku nas niezastąpiony Aleksy Uchański wyszukał, a potem wrzucił coś takiego. Proszę się skupić:
      Kraj to wprawdzie bardzo lesisty, ale niemało przecież obfituje w złoto i srebro, chleb i mięso, w ryby i miód, a pod tym zwłaszcza względem zasługuje na wywyższenie nad inne, że choć otoczony przez tyle wyżej wspomnianych ludów chrześcijańskich i pogańskich i wielokrotnie napadany przez wszystkie naraz i każdy z osobna, nigdy przecież nie został przez nikogo ujarzmiony w zupełności; kraj, gdzie powietrze zdrowe, rola żyzna, las miodopłynny, wody rybne, rycerze wojowniczy, wieśniacy pracowici, konie wytrzymałe, woły chętne do orki, krowy mleczne, owce wełniste.
(Gall Anionim, „Kronika polska”, 1114)
z komentarzem: „Jak miło, to o nas”.
     W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak powtórzyć te słowa: „powietrze zdrowe, rola żyzna, las miodopłynny, wody rybne, rycerze wojowniczy, wieśniacy pracowici, konie wytrzymałe, woły chętne do orki, krowy mleczne, owce wełniste”.
      Jak to było? Niech się wszyscy idą pieprzyć? Otóż własnie tak. Go and fuck yourself.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedziwiedz.pl. Zachęcam gorąco.
    
     


    

poniedziałek, 25 września 2017

Do czego służy Niemcom Wojciech Cejrowski?

Dziś proponuję, byśmy sobie poczytali mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. On oczywiście nie zmieni w najmniejszym stopniu pozycji zajmowanej przez tego dziwnego człowieka w publicznej przestrzeni, niemniej nie ma nic gorszego, jak milczeć, podczas gdy trzeba krzyczeć.

Jestem pewien, że gdyby zapytać któregokolwiek z czytelników „Warszawskiej Gazety”, kim jest Wojciech Cejrowski, nie znalazłaby się jedna osoba, która by zapytała: „Cej… co?”. Rzecz w tym, że są niewątpliwie w Polsce ludzie, którzy nie wiedzą, kim jest Maryla Rodowicz, czy zmarły niedawno Grzegorz Miecugow, że już nie wspomnę o Janie Pietrzaku, czy Jerzym Urbanie, natomiast to kim jest Wojciech Cejrowski, wie każdy. Czemu tak się stało, powiem szczerze, nie wiem, natomiast wiem na pewno, że tak jest. Wojciech Cejrowski to, pomijając prezydenta Andrzeja Dudę, prezesa Jarosława Kaczyńskiego, czy premier Beatę Szydło, najbardziej rozpoznawalna osoba w Polsce.
Jak wygląda sytuacja poza granicami, tego również nie wiem, stało się jednak tak, że niedawno udzielił on wywiadu niemieckiej sieci ARD, gdzie ogłosił, że ponieważ Szczecin nigdy nie był polskim miastem, on jest gotów Niemcom ów Szczecin oddać, pod warunkiem, że oni zaproponują odpowiednią cenę. Wystąpienie Cejrowskiego – mimo że, jak wiemy, tematów do dyskusji mamy dużo za dużo – spowodowało pewien rwetes, z tego jednak co zdążyłem zaobserwować, wynika, że, jak zawsze, większość z nas poświęca swoją uwagę temu, co w ogóle nie ma znaczenia, a więc kwestii, czy Szczecin jest polski, czy niemiecki, natomiast najwyraźniej nikt dotychczas nie zadał pytania w tym wypadku najbardziej istotnego, a więc kim jest Wojciech Cejrowski. Byłoby bowiem nadzwyczaj ciekawe dowiedzieć się, czy to był pierwszy raz, jak niemieckie media zwróciły się do niego o komentarz, czy może on dla nich regularnie komentuje bieżące wydarzenia. Osobiście uważam, że jakąkolwiek uzyskamy odpowiedź na nasze pytanie, nie zmieni to faktu, że Wojciech Cejrowski jest dla niemieckich mediów kimś absolutnie szczególnym.
Przyjmijmy jednak wersję dla niego najbardziej korzystną, a więc tę, że Niemcy dotychczas o istnieniu Cejrowskiego nie mieli bladego pojęcia, natomiast przy okazji debaty na temat ewentualnych wojennych reparacji przeprowadzili odpowiednią kwerendę i ktoś im zaproponował: „Słuchajcie, idźcie do Cejrowskiego, a on wam powie, co chcecie”. Jeśli tak było, to dalszy ciąg już znamy. Oni do niego poszli, podsuneli mu pod twarz mikrofon, a on – mając świadomośc tego, że nic go od wielu, wielu lat nie ogranicza – wyskoczył z tym Szczecinem.
Dziś efekt jest taki, że ponieważ Cejrowski jest powszechnie kojarzony – nieważne, czy słusznie, czy nie – z Prawem i Sprawiedliwością, propaganda Systemu idzie w tym kierunku, by pokazać światu, że dzisiejsza władza w Polsce, dla bieżących korzyści politycznych, jest gotowa oddać Niemcom część swojego terytorium. Ktoś powie, że to, o czym sobie rozmawia Cejrowski z Niemcami jest bez znaczenia, bo i tak wszystko jest już dawno zdecydowane. No i ja tu jestem gotów się zgodzić. To faktycznie jest bez znaczenia. Problemem pozostaje, co zrobić z Cejrowskim. A to pytanie czeka na odpowiedź od wielu lat i nadszedł dobry moment, by sobie na nie odpowiedzieć.

A nasze książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam z całego serca.

niedziela, 24 września 2017

Madame L'Oréal, czyli historia pewnego opętania

Oto dotarła do nas wiadomość, że w wieku 94 lat zmarła Liliane Bettencourt i dziś najbogatszą kobietą świata jest jej córka, Francoise. Wiadomość jak wiadomość, natomiast wszystko nagle zaczyna wyglądać inaczej, gdy przeczytamy tekst, który się znalazł w mojej książce „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Polecam serdecznie.


Kiedy przyglądamy się tu życiu i karierze potężnych rodzin finansowych, i to niezależnie od tego, czy to jest rodzina tak liczna i słynna jak Waltonowie, lub Kennedy, czy już nie tak spektakularnie wypełniająca stronice kolorowych pism, jak powiedzmy synowie Truetta Cathy, praktycznie w każdym z tych przypadków można zaobserwować pewne stałe zjawisko, a mianowicie niezwykłą wewnętrzna solidarność. Oczywiście zdarza się niekiedy, że gdzieś tu i ówdzie trafi się jakaś czarna owca, niemniej reguła jest taka, że oni stoją wobec całego świata, jak skała.
Czemu tak się dzieje? Wydaje się, że pierwszym powodem muszą być jednak te pieniądze. System bowiem jest tak skonstruowany, że oni, będąc oczywiście cały czas rodziną, są w pewnym sensie partnerami w biznesie i zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na nielojalność. Z drugiej jednak strony, tam musi być coś jeszcze, co sprawia, że owa lojalność przybiera kształt aż tak solidny. I moim zdaniem, za tym stoi fakt, że wielu z nich najczęściej miało jednak te rodziny bardzo liczne. Czy to weźmiemy takiego Kennedy’ego z czasów nam bardziej współczesnych, czy wspominanego już tu Astora, jeszcze z lat dawnych, oni naprawdę starali się, by mieć dużo dzieci i jakoś te dzieci wychować, no i skutecznie przygotować do owego szczególnego życia, jakie im zostało pisane. I na ogół, jak wiemy z historii, te zabiegi odnosiły skutek.
I oto dziś przed nami staje kobieta nazwiskiem Liliane Henriette Charlotte Schueller, bardziej nam znana pod nazwiskiem, jakie zyskała po mężu, francuskim polityku André Bettencourt, a może jeszcze bardziej pod nazwą marki, której jest jednym z głównych udziałowców, mianowicie L'Oréal. Właśnie tak – L'Oréal Betencourt, jeszcze w lutym 2014 roku najbogatsza kobieta na świecie z majątkiem 34 miliardów dolarów.
Popatrzmy więc, jak to się wszystko zaczęło. Urodziła się Liliane w Paryżu jako jedyne dziecko Louise Madeleine Berthe z domu Doncieux i Eugène Schuellera, założyciela L'Oréal, jednej z największych na świecie firm kosmetycznych. Kiedy miała zaledwie 5 lat zmarła jej mama i w ten sposób jej więzy z ojcem zacieśniły się jeszcze bardziej niż dotychczas. W roku 1950 poznała, a następnie poślubiła, niejakiego André Bettencourt, który niewykluczone, że dzięki temu układowi przez całe lata 60-te i 70-te pełnił ministerialne stanowiska we francuskim rządzie, a w końcu też awansował do pozycji wiceprezesa zarządu L'Oréal. Wydaje się, że aby uzyskać pełniejszy obraz tego, o jakich ludziach tu rozmawiamy, nie zaszkodzi przyjrzeć się owemu André i zastanowić, jakim to sposobem udało mu się trafić pod skrzydła L'Oréal.
Otóż we wcześniejszych latach Bettencourt był członkiem bardzo brutalnej faszystowskiej grupy, którą stary Schuller jeszcze w latach 30-tych finansował i wspierał politycznie, a która już w czasie II Wojny Światowej oczywiście kolaborowała z hitlerowskimi Niemcami. Kiedy wojna się skończyła, zarówno on, jak i wielu innych członków owej czarnej organizacji, został przygarnięty przez Bettencourta i mimo, a może bardziej dzięki swojej nienajlepszej przeszłości, stał się częścią L'Oréal. No i tym prostym sposobem, młoda Liliane poznała owego André, zakochała się w nim i została panią Bettencourt. Państwo młodzi zamieszkali w posiadłości Art Moderne w Neuilly-sur-Seine i mieli jedno dziecko, urodzoną w roku 1953 córeczkę, Françoise.
W roku 1957, kiedy stary Bettencourt wreszcie zmarł, Liliane, jako jedyny spadkobierca, odziedziczyła cały majątek i przejęła podstawową część udziałów w firmie ojca. W roku 1963 L'Oréal trafiło na giełdę, z tym że Bettencourt zachowała swoje udziały. Kiedy w roku 1974 pojawiło się zagrożenie, że L'Oréal może zostać znacjonalizowana, Bettencourt wpadła w panikę i połowę swoich udziałów zamieniła na 3% akcji w Nestlé S.A. Wedle danych na koniec roku 2012, Liliane Bettencourt jest właścicielem 30,5% podstawowych akcji L'Oréal, z czego 12.56% zostało zabezpieczonych na rzecz jej córki. Reszta, a więc niemal 70%, dzieli się między Nestle, publicznego właściciela i oszczędności firmy. W roku 2012 Bettencourt przestała pełnić funkcję Przewodniczącego Rady Dyrektorów L'Oréal, które to stanowisko przejął jej wnuk Jean-Victor, natomiast córka Françoise, oraz jej mąż Jean-Pierre Meyers, zostali członkami Rady.
Myślę, że jest to dobry moment, by się przyjrzeć owej Françoise, bo to w pewnym sensie ona się tu staje głównym bohaterem naszej historii, jednak zanim to zrobimy, wróćmy do roku 1987, kiedy to Liliane Bettencourt poznała fotografa i znanego francuskiego celebrytę o nazwisku François-Marie Banier. Kariera tego człowieka jest tak niepojęta, a jednocześnie podejrzanie typowa, że warto ją tu choćby bardzo krótko opisać. Mimo że urodził się w mniej więcej zwyczajniej paryskiej rodzinie, jeszcze jako dziecko porzucił dom i nawiązał przyjaźnie z niektórymi z najbogatszych mecenasów sztuki i artystów. W wieku 16 lat poznał Salvadora Dali, a ten go w jednej chwili tak polubił, że wysyłał po niego limuzynę, by ten zechciał się pojawić w posiadłości Dalego i porozmawiać z nim o sztuce. Zanim skończył 19 lat został bliskim przyjacielem wówczas 64-letniej milionerki i patronki sztuki Marie-Laure de Noailles. W wieku 22 lat opublikował swoją pierwszą powieść i mniej więcej w tym samym czasie, słynna francuska projektantka i właścicielka biznesu związanego z handlem antykami, wówczas 75-letnia Madeleine Castaing, aby pomóc mu w karierze, za 70 tysięcy franków kupiła dziesięć jego fotografii.
W kolejnych latach Banier zaprzyjaźnił się z wieloma znanymi ludźmi, takimi jak Pablo Picasso, Yves Saint Laurent, Pierre Cardin, Françoise Sagan, Samuel Beckett, Vladimir Horowitz, Louis Aragon, François Mitterrand, Kate Moss, czy wreszcie sam Mick Jagger. Nic więc dziwnego, że, posiadając już takie zaplecze, w roku 1987 ów Banier otrzymał zlecenie na przeprowadzenie sesji fotograficznej Liliane Bettencourt oraz Federico Felliniego dla francuskiego magazynu „Egoiste”. Od dnia w którym się poznali, przypadli sobie autentycznie do serca, a przyjaźń między nimi sięgnęła punktu, gdzie Bettencourt postanowiła uczynić się powiernikiem i dobroczyńcą Baniera. Wśród prezentów, jakimi go przez kolejne lata obsypywała, były dwie polisy na życie w wysokości odpowiednio 253 i 262 miliona euro, 11 dzieł sztuki wartości 20 milionów euro, w tym obrazy Picassa, Matisse’a, Mondriana a także fotografię autorstwa słynnego surrealisty Man Raya, no i również oczywiście nieokreślona suma w gotówce. Kiedy wybuchła afera i za sprawę wzięła się córka Bettencourt, pojawiły się zarzuty, że choć wprawdzie z całą resztą mogło być różnie, gdy chodzi o polisy akurat, Banier obie wyłudził, gdy pani Bettencourt przebywała w szpitalu i była słaba zarówno na ciele, jak i na duszy.
Tymczasem w listopadzie 2007 roku zmarł André Bettencourt i już w grudniu córka pani Bettencourt, Françoise Bettencourt Meyers, założyła w sądzie sprawę przeciwko Banierowi, oskarżając go o, jak to określają Frncuzi, abus de faiblesse, czyli fizyczne i psychiczne wykorzystywanie drugiej osoby dla osiągnięcia osobistych korzyści. Czy ową Françoise kierowała miłość do mamy i troska o jej honor, czy zwykłe moralne oburzenie postępkiem tego dziwnego człowieka, czy wreszcie żal za tymi obrazami, połączony z obawą, że na tym nie koniec, tego nie wiemy, natomiast pewne przypuszczenia snuć możemy jak najbardziej, choćby widząc nie tylko to, kim jest ów Banier, ale również, kim jest sama Françoise. Otóż poza tym, że, jak wiemy, była i jest ona jedyną córką Eugene i Liliane Bettencourt, oraz prawną dziedziczką owego wielomiliardowego interesu plus tego wszystkiego, o czym wiedzieć nie musimy, zasłużyła się jeszcze, jako autorka biblijnych komentarzy, oraz prac na temat stosunków między żydami i chrześcijanami.
Najciekawsze jednak dopiero przed nami. Otóż kiedy Françoise podrosła na tyle, by zorganizować sobie życie, wyszła za mąż za wnuka zamordowanego w Auschwitz rabina, wspólnie z którym zdecydowała, że ich dzieci zostaną wychowane w wierze żydowskiej. Przez pewien czas tu i ówdzie pojawiały się dość mocne kontrowersje, związane z nazistowskimi zaszłościami rodziny, jednak bez większego wpływu na karierę małżeństwa.
Mamy w każdym razie tego Baniera, biedną, zakochaną w nim do nieprzytomności panią Bettencourt z majątkiem, którego, nawet gdyby chciała nim Baniera rozdzielać codziennie, wyzbyć się go nie byłaby w stanie, no a naprzeciwko jak najbardziej już przytomną córkę z prawdopodobnie jeszcze bardziej przytomnym zięciem i wnukami, którzy wiedzą, że trzeba działać szybko, zanim pani Bettencourt sporządzi poprawioną wersję testamentu.
W odpowiedzi na skargę, tak zwana Brigade Financière, skarbowe ramię policji, wszczęła dochodzenie i po wysłuchaniu opinii ludzi będących blisko pani Bettencourt, we wrześniu 2009 roku postanowiła przekazać sprawę sądowi w Nanterre. Sąd jednak, zamiast rozpatrzyć sprawę i wydać decyzję, zadecydował, że pani Bettencourt będzie musiała się poddać badaniom psychiatrycznym, na co sama zainteresowana oczywiście się nie zgodziła.
I oto w lipcu roku 2010 okazało się, że lokaj pani Bettencourt jest w posiadaniu jakichś taśm, z których wynika, że pani Bettencourt jednak zdążyła zmienić testament i pomijając udziały w L'Oréal, które już zostały przekazane Françoise i jej dwojgu dzieciom, uczyniła Baniera swoim „jedynym spadkobiercą”.
Sprawa ciągnęła się jeszcze przez pewien czas i wtedy nagle, w grudniu 2010 roku, Françoise Bettencourt-Meyers ogłosiła, że właściwie problemu nie ma, nikt się na nikogo już nie gniewa i sprawa jest zamknięta.
Jak jest naprawdę, do końca nie wiadomo, ale nieoficjalnie mówi się, że Bettencourt i Banier się rozeszli, a on sam został z testamentu pani Bettencourt wykreślony. Co z obrazami Picassa i obiema polisami, nie wiadomo.
I oto już latem 2011 roku, jak grom z jasnego nieba spadła na światową opinie publiczna informacja, że pani Bettencourt ogłosiła, że będzie organizować psychiatryczną pomoc dla swojej córki Francoise i wszystko zaczęło się od nowa. Tym razem sprawy poszły znacznie szybciej. 8 lipca prasa doniosła, że Francoise Meyers złożyła w sądzie wniosek o objęcie swojej mamy stałą opieką, ponieważ nie jest ona już dłużej w stanie zarządzać swoim majątkiem. Już 17 października sędzia zadecydował, że ponieważ faktycznie pani Bettencourt nie jest na tyle zdrowia, by się orientować w tym co się wokół niej dzieje, zostaje ona skierowana pod opiekę rodziny, natomiast nadzór nad całym majątkiem i bieżącymi interesami przejmują córka pani Bettencourt i jej dwoje wnucząt. Ponadto sędzia wyznaczył starszego wnuka na osobistego opiekuna pani Bettencourt.
Dziś wprawdzie sprawa przyszłości rodziny Bettencourt nie jest ostatecznie rozwiązana, jako że reprezentujący Liliane Bettencourt adwokat ogłosił właśnie, że „pani Bettencourt gotowa jest na wojnę atomową ze swoją córką”, jednak póki co, całością interesu zarządza Francoise Bettencourt-Meyers, a po tym, jak sędzia zadecydował, że „tylko on jest w stanie skutecznie zaradzić ewentualnym konfliktom między Liliane Bettencourt i Françoise Bettencourt-Meyer”, pani Bettencourt znajduje się pod czułą i staranną opieką swojego wnuka, członka Zarządu L’Oréal, oraz Rady Nadzorczej rodzinnego holdingu Tethys, Jeana-Victora Meyersa, który dba o jej zdrowie i baczy, by babci niczego w życiu nie brakowało.
Kiedy przyglądamy się tu życiu i karierom potężnych rodzin finansowych, trafiamy na przeróżne przypadki. Niektórzy z ich członków ginęli w zamachach, inni umierali zaatakowani przez śmiertelne choroby, jeszcze inni popadali w ruinę i kończyli życie bez grosza przy duszy, ale też byli i tacy, którzy odchodzili w otoczeniu ludzi, którzy ich kochali i za nimi płakali. Nieczęsto się chyba jednak zdarza, by doszło do tego, że mamy wielką finansową rodzinę, gdzie właściwie każdy dla każdego jest wilkiem, nikt nikomu nie ufa, nikt nikogo nie kocha, nikt o nikogo nie dba, i każdy tylko patrzy, gdzie tu wbić kolejny nóż. Ktoś powie, że pani Bettencourt jest sama sobie winna, że się zaczęła zadawać z jakimś cwaniakiem, o którym przecież musiała słyszeć różne ponure historie i że nagle uznała, że ona tak naprawdę nikogo nie kocha tak jak jego. No ale skoro faktycznie doszła do tego przekonania, to nie jest chyba możliwe, że ona to zrobiła wbrew rodzinnej tradycji, rodzinnym zasadom, wierze, moralności, wbrew odwiecznym prawom rządzącym prowadzeniem rodzinnego biznesu, no i jak gdyby z lekceważeniem dla całej tej miłości, którą otrzymywała od swojej rodziny. Skoro ona pod koniec życia nagle uznała, że tak naprawdę tylko ów fotograf jest jej naprawdę bliski, to wszystkiego tego, co wyżej wymieniłem najprawdopodobniej tam w ogóle nie było.
Rozmawialiśmy sobie tu niedawno o rodzinie Waltonów i nie znaleźliśmy chyba tam zbyt wiele powodów, by ich wszystkich darzyć jakimś szczególnym szacunkiem. Jednego jednak im zarzucić nie można, a mianowicie braku wewnętrznej rodzinnej solidarności. Cokolwiek by o nich powiedzieć, oni robią wrażenie skały. I prawdopodobnie nie należy się dziwić, że jak donosi „Forbes” w ostatnich dniach, Liliane Bettencourt nie jest już najbogatszą kobietą na świecie, nie jest nawet już drugą najbogatszą kobietą na świecie. Nie dość że wyprzedziła ją Christy Walton, to przed nią jest już nawet Alice Walton. Tyle dobrego, że mieszka sobie spokojnie w swojej posiadłości, wnuk się nią opiekuje i nie grozi jej, że się przewróci, złamie nogę i będzie musiała cierpieć. No a przede wszystkim z całą pewnością nikt się nie zakradnie nocą do jej sypialni i nie zaprószy ognia.

Wspomnianą na początku książkę można kupić tu Polecam gorąco i szczerze. Tam takich i podobnych historii jest znacznie więcej. W sam raz na nadchodzące jesienne wieczory.


sobota, 23 września 2017

O różnicach między sztuką poważną a niepoważną

     Myślę, że niewielu z nas zna to nazwisko. Tu na Śląsku jednak, szczególnie w środowiskach akademicko-intelektualnych, Tadeusz Sławek jest gwiazdą pierwszej wielkości, i nie przesadzę, jeśli powiem, że akurat gdy chodzi o wspomniane kręgi, jego popularność przekracza granicę tego naszego grajdołka, sięgając i Krakowa, Poznania, a kto wie, czy nie i Warszawy. Ponieważ jednak większość czytelników tego bloga to ludzie prostoduszni, podchodzący do wszelkich kulturowych rewolucji z dużą ostrożnością, z myślą o nich właśnie wyjaśnię, kim jest Tadeusz Sławek. Otóż przede wszystkim – i jestem pewien, że on sam nie miałby nic przeciwko temu – przedstawiając go, należy zwrócić uwagę na jego wygląd, którego on chroni jak relikwi, a który upodabnia go do Jezusa, jakiego znamy ze świętych obrazów. No ale te włosy, broda i wąsy to zaledwie obraz, a Tadeusz Sławek to w każdym wypadku coś znacznie więcej niż obraz. Tadeusz Sławek to były rektor Uniwersytetu Śląskiego, poeta, artysta-performer, tłumacz, badacz literatury, nauczyciel akademicki, znawca kultury popularnej, komentator polityczny, autor wielu książek oraz płyt CD, naukowych opracowań, artykułów publikowanych w tak szanowanych mediach jak „Tygodnik Powszechny”, czy „Gazeta Wyborcza”, uczestnik wielu paneli dotyczących wszystkich możliwych zagadnień, krótko mówiąc, nie ma dziedziny, poza budową dróg i mostów, gdzie Tadusz Sławek nie zaznaczyłby swojej obecności.
      Osobiście poznałem Tadeusza Sławka lata temu, jeszcze podczas moich studiów na  Uniwersytecie Śląskim, gdzie on, będąc jeszcze skromnym magistrem, już się piął po drabinie również towarzyskiej kariery. Muszę tu zrobić pewną dygresję. Otóż z powodu tego, że ja sam, przez swoje – przyznaję, że wynikające z wrodzonej tępoty –  wieloletnie zaangażowanie w studia uniwersyteckie, byłem tam swego rodzaju ciekawostką, z Tadeuszem Sławkiem miałem kontakt na tyle specjalny, że kiedyś mi nawet pożyczył płytę Johnna Lennona „Mind Games”.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu stałem sobie na przystanku tuż obok, czekając na tramwaj, który mnie zawiezie na cotygodniowe lekcje, patrzę, a obok na tramwaj czeka nie kto inny jak sam Tadeusz Sławek, dokładnie taki sam jak przed laty. Podszedłem do niego po tych dziś już ponad 30 latach, powiedziałem grzecznie: „Dzień dobry, panie profesorze, miło pana spotkać”, on, niespodziewanie zupełnie, powiedział: „Dzień dobry, panie Krzysztofie”, no i naturalnie weszliśmy w krótką pogawędkę. Najpierw ja go zapytałem, co u niego, on mi odpowiedział, że za rok idzie na emeryturę, no i zapytał, co porabiam, no a ja uderzyłem z najwyższej oktawy i powiedziałem, że żyję między innymi z pisania książek. No i się zaczęło. Profesor zwyczajny, doktor habilitowany, Tadeusz Sławek zapytał, na jakie tematy te książki, ja mu odpowiedziałem, że na różne, on zapytał ile, ja mu odpowiedziałem, że osiem, on zapytał, jak się sprzedają, ja mu odpowiedziałem, że szału nie ma – dokładnie w ten sposób: „Szału nie ma” – niemniej dzięki dość dużej grupie stałych czytelników, żyć się da i te kilka stów miesięcznie wpadnie, co, biorąc pod uwagę fakt, że od ostatniego tytułu minął już ponad rok, nie jest źle. On, co było widać, trochę się zaniepokoił, jednak dzielnie ciągnął dalej i spytał, czy ja to wydaję „własnym sumptem”, na co ja mu odpowiedziałem, że wszystko jest wydawane przez wydawnictwo „Klinika Języka”, że sprzedajemy bezpośrednio przez Internet, no i że jakoś ciągniemy.
      No i w tym momencie padło pytanie, moim zdaniem, absolutnie kluczowe: „A tak przy okazji, proszę mi powiedzieć, ile w tej chwili kosztuje wydanie książki?” Powiem szczerze, że trochę mnie zdziwiło, że ktoś taki jak Tadeusz Sławek, który wydał książek dziesiątki, nie wie, ile trzeba zapłacić za wydanie książki, niemniej odpowiedziałem mu, że różnie, ale na ogół gdzieś pomiędzy 5, a 10 tysiącami, zależnie od objętości, jednak przez pierwsze kilka tygodni wszystko się pokrywa przez wpływy ze sprzedaży, no a potem, to już zyskami dzielę się uczciwie z wydawnictwem i szafa gra.
     No i w tym momencie doszło do zdarzenia, które jest pierwszym powodem, dla którego piszę dziś ten tekst. Oto Tadeusz Sławek, który dotychczas czekał wraz ze mną na tramwaj, powiedział: „Przepraszam, panie Krzysztofie, ale muszę już lecieć” i odleciał w tak zwaną siną dal, a ja zostałem ze swoimi myślami. Co to za myśli, jestem pewien, że, jak już wspomniałem, prostoduszni z reguły, czytelnicy tego bloga wiedzą doskonale, a więc nie widzę powodu, by ciągnąć te refleksje dalej, może tylko poza apelem do samego Tadeusza Sławka, by się aż tak nie martwił. On i jego znajomi sobie zawsze jakoś poradzą. A ta cała mierzwa? Zawsze można sobie wytłumaczyć, że mierzwa nie ma znaczenia, choćby z tego powodu, że nad owym interesem czuwa ktoś, kto bardzo dba, by nie doszło do jakichś niespodziewanych zwrotów akcji.

A propos książek, ja wiem, że dopóki miedzy innymi Tadeusz Sławek nie powie, że warto, niektórym z nas jest bardzo ciężko się przełamać, niemniej jednak daje słowo honoru, że warto. Nasza księgarnia znajduje się pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.  
    

        

piątek, 22 września 2017

Jak duet Kurski - Fajbusiewicz zrobią nam wodę z mózgu

      Spędzamy sobie tu czas na tym blogu, zajmując się rzeczami mniej lub bardziej istotnymi, od czasu do czasu jednak pojawi się coś zupełnie niespodziewanego, co nie dość że nie może zostać zlekceważone, to w dodatku nie może nawet czekać. Zanim jednak przejdę do rzeczy, muszę zrobić pewien wstęp.
      Otóż – opisałem to zresztą w swojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” – miałem kiedyś bardzo bliskiego kumpla, dziś już niestety nieżyjącego, z którym w dawnych latach peerelowskich kupiliśmy sobie na spółkę w Pewexie płytę amerykańskiego zespołu o nazwie Chase. Chase nigdy nie byli szczególnie popularni, po paru zresztą latach działalności zginęli w katastrofie lotniczej i nie pozostało po nich choćby wspomnienie, jednak ja i mój kumpel lubiliśmy ich szalenie. Dziś, jak już wspomniałem, kumpel mój nie żyje, co się stało z tą płytą, nie mam bladego pojęcia, natomiast ten jeden album Chase, tak na marginesie, zatytułowany „Pure Music”, mam w głowie do dziś.
      I oto parę dni temu, któryś z komentatorów, zupełnie ni z gruszki, ni z pietruszki, zechciał nam przypomnieć ów zespół, jako jeden ze swoich ulubionych, natomiast na owo wspomnienie zareagowała komentatorka Mela i poinformowała nas, że fragment piosenki zespołu Chase był wykorzystany w czołówce znanego peerelowskiego serialu „07 zgłoś się” i podpisany nazwiskiem kompozytora Korcza. Kiedy próbowałem sprawę wyjaśnić, okazało się, że Mela się pomyliła, bo nie chodziło wcale o Borewicza i Korcza, lecz o inny, również mający swoje początki jeszcze w PRL-u, program telewizyjny, a mianowicie prowadzony przez Michała Fajbusiewicza tak zwany „Magazyn Kryminalny 997”, gdzie faktycznie w samej czołówce słyszymy oryginalny Chase, a na końcowych napisach stoi jak byk, że muzykę do serialu zrobił niejaki Michał Izydorczyk.
     I teraz jest tak, że do tego, że gdzieś ktoś tu u nas, a przecież nie tylko u nas, kradł cudze pomysły, czy nawet podpisywał własnym nazwiskiem cudze melodie, zdążyłem się przyzwyczaić, a poza tym naprawdę nie jest moim problemem ani Fajbusiewicz, ani Izydorczyk, ani tym bardziej program „997”. Przyznaję wprawdzie, że numer, jaki wykonali autorzy programu „997” jest dośc wyjątkowy, niemniej, jak mówię, poradzę sobie. To co mnie natomiast przy tej okazji poruszyło naprawdę, to wiadomosć, że Telewizja Polska postanowiła reanimowac Fajbusiewicza, i program pod tytułem „Magazyn Kryminalny 997” zostaje od 5 października wznowiony. A zatem, po „Pegazie”, „Sondzie”, „Sensacjach XX wieku”, no a ostatnio samej Maryli Rodowcz, dostajemy Fajbusiewicza we własnej osobie i jeszcze tylko wróci „Jacek i Agatka” na dobranoc dla dzieci, a poczujemy się już prawie jak w starej dobrej komunie, zwłaszcza gdy tak jak dotychczas każdego dnia po wspomnianej dobranocce, kiedy dzieci pójdą już spać, ich rodzice punktualnie o 19.30 otrzymaja kolejną porcję najwyższego gatunku propagandy, realizowanej wedle najlepszych wzorów wyznaczonych przez niezapomniany „Dziennik Telewizyjny”.
      A ja się już tylko zastanawiam nad dwiema kwestiami. Pierwsza z nich to ta, czy rozmowy Jacka i Agatki będą puszczane w dawnej kolejności i podpisane nazwiskiem Wandy Chotomskiej, czy może w związku z tym, że ona dopiero co zmarła, zastąpi się je nazwiskiem Marcina Wolskiego, który napisze tym piłeczkom pinpongowym jakieś świeże polityczne teksty, druga natomiast, czy reaktywowany „Magazyn Kryminalny 997” będzie, tak jak przed laty, witał nas utworem zespołu Chase „Cronus”, podpisanym nazwiskiem jakiegoś Izydorczyka, czy może prezes Kurski zażąda od odpowiednich osób, by coś tam jednak do końcowych napisów dokleili. Myślę sobie o tym, jednak tak naprawdę jestem przekonany, że tu akurat nic się nie zmieni. W końcu tu widać bardzo wyraźnie, jak nowa władza sobie wszystko zaplanowała. Rzecz w tym, by, gdy chodzi o propagandę, nic nie kombinować, tylko czerpać garściami z tego, co nam dał PRL, tyle że w kształcie nieco bardziej unowocześnionym, dzięki zastosowaniu współczesnej techniki komputerowej. I oczywiście nie wygłupiać się z jakimś bezsensownym podpisywaniem. Skoro po kolejnych wydaniach „Wiadomości TVP” nie pokazuje się informacja, że redaktorem prowadzącym był Witold Stefanowicz, równie dobrze można jako autora muzyki do wielkiego telewizyjnego hitu Michała Fajbusiewicza zostawić nazwisko Michała Izydorczyka. Zwłaszcza że diabli wiedzą, co z nim się dzisiaj dzieje, a po zespole Chase nie zostało nawet wspomnienie.
      I już na sam koniec, ktoś powie, że ze mną faktycznie jest coś nie w porządku, skoro ja znajduję związek między piosenką kompletnie nieznanego zespołu Chase, a prezesem Kurskim. Otóż tym wszystkim zaniepokojonym czytelnikom chciałbym zakomunikowac, że 90 procent tego tekstu to taka tylko zabawa w słowa, zaprezentowana z nadzieją, że ktoś się zechce przyłączyć. Temat dzisiejszej notki natomiast jest tylko jeden: „Jak duet Kurski – Fajbusiewicz zrobią nam wodę z mózgu”, co można zobaczyć, jeśli tylko podniesie się nieco wzrok.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Coś zupełnie bezcennego.


czwartek, 21 września 2017

Siedem krótkich kawałków dla chwili relaksu

Mamy jeden dzień spoźnienia, ale damy radę. Rzecz w tym, że wczoraj w kioskach ukazał się kolejny numer znakomitego tygodnika „Polska Niepodległa”, a w nim kolejny zestaw moich kawałków do śmiechu na tematy okołopolityczne. Polecam. Dziś tutaj jednak przedstawiam to, co już za nami. Równie dobre.


Było tak, że na warszawskim Mokotowie dwóch chuliganów wdarło się do zajezdni tramwajowej i pomazało farbą jeden z wagonów. Pracownicy zajezdni przyłapali chuliganów, jeden z nich zdołał uciec, natomiast drugi, mimo że bardzo dzielnie walczył, by się nie poddać, został ostatecznie zatrzymany, przyczepiony łańuchem do zniszczonego tramwaju i grzecznie poproszony, by w ciągu kolejnych kilku godzin osobiście i skutecznie tramwaj wyczyścić. Kiedy wydawało się, że wreszcie doczekaliśmy wszyscy czasów, gdzie przynajmniej w najbardziej oczywistych sytuacjach prosty obywatelski odruch wyręczył w jego cieżkiej pracy państwowy wymiar sprawiedliwości, okazało się, że obywatelska postawa pracowników zajezdni może im przynieść jedynie zmartwienia. Oto już niemal na drugi dzień po zdarzeniu, głos zabrał niejaki Maciej Kalisz, pracownik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, i oświadczył co nastepuje: „Wydaje się, że owo legalne ujecie obywatelskie przekształciło się w bezprawne pozbawienie wolnosci”. Nie wiem, jaką karę prawo przewiduje za wspomniane „bezprawne pozbawienie wolności”, wygląda jednak na to, że mamy problem. Ale jest jeszcze coś. Otóż, jak się okazuje, ów faworyt Fundacji Helsińskiej, to zamieszkały w Polsce Ukrainiec, co może oznaczać, że przed pracownikami zajezdni kłopoty jeszcze większe, czyli oskarżenie o prześladowanie narodowej mniejszości. A tu, jak wiemy, żartów nie ma.

***

Niewykluczone, że kiedy sprawa owych prześladowań się rozniesie, o wszystkim się dowie redakcja niemieckiego „Sueddeutsche Zeitung”, a skoro tak, to też ich czołowy cyngiel, niejaki Heribert Prantl. Ów Prantl zrobił ostatnio u nas w kraju pewną karierę, pokazując takim tuzom polskiego dziennikarstwa jak Tomasz Lis, Waldemar Kuczyński, czy Jacek Żakowski, że istnieje poziom zidiocenia, jakiego żaden z nich osiagnąć nie jest w stanie i oświadczył: „Orbanowskie Węgry wymówiły najwyższemu sądowi Unii Europejskiej posłuszeństwo prawne, odmówiły mu wszelkiego szacunku, akceptacji i uznania. Orban zarzuca sądowi złamanie prawa. To nie jest zwyczajna obelga, bluźnierstwo i prawna zniewaga, to nie jest tylko złe zachowanie, to jest atak na fundament Europy. Węgry sabotują europejską rację stanu. Prawo konstytuuje Unie Europejską jako wspólnotę. Europa jest wspólnotą prawa, a Trybunał Sprawiedliwości jest powołany do stanowienia prawa. Kto ignoruje to sądownictwo i dopuszcza się tym samym samosądu, ten zrywa ze Wspólnotą, stawia się ex lex, poza prawem”. Myślę, że każdy z nas ma tu coś, co wobec owej eksplozji niewysłowionego obłędu, chciałby powiedzieć, jeśli jednak idzie o mnie, to pragnę zwrócic uwagę na fragment dotyczący tego, co ten dziwny człowiek zechciał nazwać „europejską racją stanu”. A my wciąż pamiętamy wypowiedź przewodniczącego Junckera, w której ów medrzec przyznał, że jest w stałym kontakcie z przedstawicielami obcych cywilizacji, którzy sa zaniepokojeni tym, co się dzieje, między innymi, w Polsce i na Węgrzech. Czy to możliwe, że następnym etapem będzie obrona racji stanu Galaktyki?

***

Część z czytelników „Polski Niepodległej” pewnie w tym momencie zaprotestuje, że nie życzy sobie, by tu zamieszczać komentarze dotyczące jakiś durniów z Luksemburga, czy Holandii i skupić się na pośle Budce, ewentualnie aktorce Jandzie, a więc na naszych polskich sprawach. Ja mam oczywiście na to natychmiast odpowiedź, że nie możemy się izolować, i powinniśmy mieć stale oko na to, co się dzieje w Europie, której jak by nie było, jesteśmy częścią. Jednak skoro tak, to proszę bardzo. Przenieśmy się na nasze podwórko. Oto dotarła do nas informacja, że wśród całej tej awantury mającej na celu zdyscyplinowanie takich członków Unii Europejskiej, jak Polska, Czechy, czy Węgry, ni z gruszki ni z pietruszki, odezwał się Minister Spraw Zagranicznych Niemiec, niejaki Thomas de Maizière, i oświadczył, że on osobiście nie życzy sobie, by Unia Europejska wtrącała się w sprawy krajów członkowskich i wymuszała na nich przyjmowanie imigrantów. Na te słowa natychmiast odezwała się nasza totalna opozycja i ustami swojego przedstawiciela, senatora Platofrmy Obywatelskiej, Filipa Libickiego, oświadczyła, że słowa ministra de Maizière, stanowiąc zaledwie część kampanii wyborczej w Niemczech, są bez znaczenia, a sankcje w stosunku do Polski są wciąż konieczne, bo premier Kopacz obiecała i owej obietnicy należy dotrzymać. Kiedyś za takie uwagi karano stryczkiem. Dziś, szczególnie w wobec zachowań tak zwanych „osób sprawnych inaczej”, trzeba dyskutować. Dyskutujmy więc.

***

Wprawdzie większość bardziej przytomnych obserwatorów naszej sceny politycznej od początku wiedziało, że całe zamieszanie wokół rzekomego konfliktu na linii Prezydent - Rząd to wręcz prymitywna zagrywka propagandowa, mająca na celu zneutralizowanie tak zwanego „Projektu Adrian”, mimo to dziś jeszcze nawet, kiedy już doszło do spotkania Andrzeja Dudy z Jarosławem Kaczyńskim i panowie się wręcz uściskali, część komentatorów nie może się wyzwolić z otmętów szaleństwa. Oto głos zabrał pierwszy ostatnio ekspert totalnej opozycji, Ludwik Dorn, i poinformował że „spotkanie z inicjatywy prezesa Kaczyńskiego jest istotne, bo ten, kto prosi o rozmowę pokazuje, że jest w trudniejszej sytuacji, Spotkanie odbywa się w Belwederze, czyli na terenie prezydenckim i to jest niesłychanie ważne, bo po raz pierwszy Andrzej Duda został uznany za prezydenta przez pana Jarosława Kaczyńskiego”. A my już tu tylko możemy zauważyć, że skoro nawet ktoś tak inteligentny jak Ludwik Dorn zorientował się, że fakty przekazywane w kabarecie „Ucho Prezesa” to fikcja, to znaczy, że tam się dzieją rzeczy niezwykłe.

***

Jeszcze tylko totalna opozycja dogada się między sobą i wszystko zagra jak należy. Rzecz w tym, że tu mamy poważny konflikt, co do oceny politycznych zdarzeń. W tym samym niemal bowiem momencie, co… swoją drogą, ciekawe, jak owego mędrca powinniśmy dziś tytułować… Ludwik Dorn poinformował, że Jarosław Kaczyński ogłosił kapitulację wobec Pałacu Prezydenckiego, odezwał się też poseł PSL, Piotr Gogorzelski i przedstawił analizę, z której wynika, że jest całkiem odwrotnie i to jednak Jarosław Kaczynski jest górą, a wspomniane spotkanie ma jedynie na celu „zdyscyplinowanie Pana Prezydenta”, żeby PiS-owi nie podskakiwał. A więc jednak Adrian? W tej sytuacji pozostaje nam wszystkim Państwu miłej zabawy.

***

My tak tu sobie żartujemy, a tymczasem wciąż niewyjaśniona pozostaje kwestia niemieckich reparacji. Sprawa, jak mówię, jest bardzo poważna i wymaga równie poważnej refleksji, tymczasem rząd Dobrej Zmiany z uporem godnym lepszej sprawy na pierwszy front walki wysuwa wiceministra Patryka Jakiego, który na swoim Twitterze oświadcza (pisownia oryginalna): „Kwestia reparacji wojennych to sprawa oczywista. Skoro Niemcy za zniszczenia wojenne płacą Francji czy Wielkiej Brytanii , dlaczego nie Polsce, która poniosła większe straty? Gdybyśmy te bilony złotych zamiast na odbudowę Polski po niemieckiej hatakumbie przeznaczyli na rozwój naszego państwa, to Polska była by dziś dwa razy silniejsza ekonomicznie”. Dziś cała, wspomniana przez ministra Jakiego, Polska śmieje się z tego, że ten jest przekonany o istnieniu słowa „hatakumba”, ja chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, moim zdaniem, znacznie ciekawszego. Otóż, jeśli się wczytać w wypowiedź Jakiego, należy dojść do wniosku, że on zwyczajnie bełkocze. Problem z „hatakumbą” można zwalić na karb nieuwagi lub pośpiechu. Ja sam choćby mam kolegę, który pewnego razu, w dawnych jeszcze bardzo czasach, zerwał wszelkie stosunki z dziewczyną, która się biedna zagapiła i wspomniała coś na temat samochodu marki „mitsibushi”. A zatem my tu musimy też dać swiadectwo: całość owego wpisu świadczy o tym, że Patryk Jaki to ktoś, kto, kiedy się do nas zwraca, cały swój intelektualny wysiłek kieruje na to, by mu się krawat broń Boże nie przekrzywił, no i w efekcie, mamy to co mamy, czyli choćby ową „hatakumbę”.

***

Ktoś zapyta, co to zmienia, a ja z autentyczną radością odpowiadam, że nic. Dlaczego? Bo w odwodzie zawsze pozostaje poseł Platformy Obywatelskiej Michał Szczerba, który myje ręce zanim się wysika. Przepraszam bardzo, ale tu już nawet sam Lucyfer nie pomoże.


Wszystkich bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Nie wiem, ile razy można powtarzać, że dziś na rynku nie ma nic lepszego.

środa, 20 września 2017

Czy Rolling Stonesi mają coś do ukrycia?

      Proszę sobie wyobrazić, że właśnie dostałem wiadomośc od naszego kumpla Tomka Bereźnickiego, w której informuje mnie on, że przyszło mu wziąć udział w koncercie Rolling Stonesów. Przyznaje bez bicia, że jeszcze parę dni temu nie miałem bladego pojęcia, że tych czterech staruszków jeszcze się produkuje na scenie, natomiast tak się cudownie zdarzyło, że dokładnie w tym samym dniu, co Tomek wysłał mi maila z informacją o swojej przygodzie, znalazłem na Youtubie zapis całego koncertu wspomnianych Rolling Stonesów z Dusseldorfu czy Hamburga, więc byłem mniej wiecej na bieżąco.
      W swoim mailu Tomek pisze coś dla mnie absolutnie niezwykłego, a co ja muszę tu zacytować słowo w słowo: „Teraz bardziej to zrozumiałem, dlaczego oni nie łapiąc się teoretycznie nawet do pierwszej setki zespołów i tak są najlepsi”. Jak mowię, wprawdzie nie na żywo, ale jakoś tam obejrzałem ten występ na Youtubie i potwierdzam. Od nich wszyscy są lepsi, a oni i tak rządzą. Jak to się stało? Być może się dowiemy, kiedy ktoregoś dnia oni będą grali swój kolejny koncert, każdy z nich w jednej chwili umrze i rozlegnie się głos. Jego głos.
      Proszę sobie może poczytać mój tekst na ich temat zamieszczony w ksiące „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”.


      Pisałem już o tym w innym miejscu, ale powtórzę. Otóż ja bardzo źle znoszę sytuację, kiedy któryś z bardziej, słusznie, czy mniej słusznie, uznanych muzyków, lekceważąco wypowiada się na temat zespołu Led Zeppelin. Oczywiście, nikt pewnie tu nie przebije Pete’a Townshenda, głównie ze względu na to, że ja nie bardzo umiem sobie wyobrazić, jakim prawem ktoś taki jak Townshend może się wypowiadać lekceważąco o kimkolwiek, poza być może swoim kumplem z zespołu Rogerem Daltreyem, ale też przez ów szczególny rodzaj obślizgłości, z jaką on swoje opinie na dowolny temat ma zwyczaj przekazywać. Niedawno jednak trafiłem na Keitha Richardsa, i to, przyznam, mi wystarczy, żeby to, co wcześniej chciałem pisać o Rolling Stonesach nieco przearanżować.
     Co zatem takiego mówi nam Richards na temat zespołu Led Zeppelin?  On wprawdzie nie jest aż tak desperacko bezpośredni jak Townshend, ale, owszem, też robi wrażenie. Poproszony mianowicie o opinię, mówi, że dla niego Led Zeppelin, to przede wszystkim Jimmy Page, który jest fantastycznym gitarzystą, później przez dwie minuty gada o Page’u, by na koniec znów się głupkowato uśmiechnąć i powtórzyć, że Led Zeppelin to Page, i tylko Page.
      W tej sytuacji, ja bym chciał powiedzieć, co to takiego ci Rolling Stonesi. I tu spróbuję temat ująć trochę w podobny sposób, w jaki sprawę Led Zeppelin ujął Keith Richards, a więc nie skupiając się na tym, w jaki sposób Rolling Stonesi stanowią jedno z najważniejszych zjawisk w muzyce rock’n’rollowej, ale w jaki sposób Rolling Stonesi są, jeśli nie wyłącznie, to przede wszystkim, produktem. Produktem pierwszej klasy, ale produktem. Takim samym produktem, jak produktem jest na przykład Superman, Spider-Man, czy słynne piosenkarskie duo John Lennon i Yoko Ono.
      Myślę, że wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek zdjęcie zespołu, szczególnie z ostatniego (sic!) okresu ich aktywności, czyli już po odejściu Billa Wymana, by wiedzieć, co mam na myśli. Tam nie ma jednej zmarszczki na ich twarzach, jednego błysku w oczach, jednego kosmyka włosów na ich głowach, który jest autentyczny. To co widzimy, to efekt – już chyba jednak ostateczny – 50 lat pracy najwybitniejszych na świecie stylistów i specjalistów od wizerunku. A co dla nas ciekawsze, również to, co zespół robi od dziesiątek już lat na poziomie muzycznym, to też wynik dokładnie tej samej pracy.
      Oczywiście nie będę się wygłupiał i negował fakt oczywisty, a więc choćby to, że jeden z ostatnich koncertów zespołu, a więc ich debiut w Glastobury jest jednocześnie jednym z ich najlepszych, jaki zdarzyło mi się oglądać, jednak nie oszukujmy się. Jeśli spojrzeć na nich i słuchać tych piosenek bez tych wszystkich emocji, zupełnie na zimno, i to nawet bez szczególnej złośliwości, to przecież to, co widzimy, jest autentycznie śmiechu warte. Przecież oni nie są już nawet w stanie się przestać choćby na moment wygłupiać. Trzech starych dziadów pozujących na steranych życiem czarnych bluesmanów, plus ten czwarty, zachowujący się, jakby go ktoś czterdzieści cztery lata temu nakręcił, i od tego czasu tylko wymieniał baterie. I to ma być sztuka?
     Ktoś z całą pewnością powie teraz, że tak; że to właśnie jest sztuka. Że i to ich granie i te ich piosenki i ta wieczna energia to sztuka najczystsza, i nie mająca sobie równej. Zastanówmy się więc, jak to z tymi Rolling Stonesami było przez te wszystkie lata? Jak wygląda ów bilans po 50 latach? Popatrzmy więc przez chwilę, już może nie na Beatlesów, bo to by było zagranie bardzo nieczyste, ale na Hendrixa, który też przecież nie wszedł do historii dzięki fantastycznym piosenkom. Otóż on grał praktycznie tylko przez trzy lata, wydał cztery płyty i na koncertach grał wciąż te same dziesięć piosenek, z których – jako osobne, godne zapamiętania – można pamiętać „Voodoo Chile”, „Crosstown Traffic”, „Purple Haze”, „Who Knows”, „Machine Gun”, i te parę bluesów, które wciąż zmieniały tytuły. Powtarzam: dziesięć piosenek, trzy lata i koniec.
     Rolling Stonesi wkraczają właśnie w swoją szóstą dekadę, i z tym samym do porzygania szpanem, co pięćdziesiąt lat temu, raz na parę lat ruszają w kolejną stadionową  trasę i tłuką te same dziesięć przebojów, doskonale wiedząc, że całej reszty równie dobrze mogłoby nie być. A już zwłaszcza tych dwóch numerów Richardsa właśnie, które musimy obowiązkowo wysłuchać, kiedy Jagger za kulisami poddawany jest transfuzji. A, żeby nikt nie zapomniał, że oto mamy prawdziwą historię rocka, to na trzeci bis, zawsze nam przywalą „Satisfaction”. Gdyby ktoś nie pamiętał – z roku 1965.
      I w tej oto sytuacji, poproszony o opinię na temat zespołu Led Zeppelin, Keith Richards – ani szczególnie wybitny gitarzysta, taki sobie kompozytor, żaden wokalista, ale za to jedna z najsłynniejszych masek współczesnej kultury pop – nagle potrzebuje się robić strasznie przebiegły i coś tam plecie na temat tego, że Jimi Page to wybitny gitarzysta, natomiast Led Zeppelin… sami wiecie. Jeszcze tego brakowało, żeby i na Page’a postanowił ponarzekać!
      Nie ma żadnej wątpliwości co do tego, że Rolling Stonesi mają swoje miejsce w historii tej muzyki i nikt im go nie odbierze. Te paręnaście piosenek, które oni wyprodukowali przez te 50 lat to jest kanon rock’n’rolla. Faktem jest, że nawet dziś jeszcze, każde kolejne pojawienie się tych ludzi na scenie tworzy naprawdę poważną jakość, natomiast inną sprawą jest to, że przyznając im to co do nich należy, nie powinniśmy zatracać proporcji. A już na pewno nie wypada, by taki Keith Richards przychodził i próbował opisywać zespół Led Zeppelin z pozycji nauczyciela, bo nawet jeśli uznamy, że muzycznie on i jego koledzy zasłużyli sobie na specjalne prawa, to zawsze pozostaje sprawa Briana Jonesa, i z tego ani on, ani żaden z nich się nie wytłumaczy. A już zwłaszcza, gdy po przeciwnej stronie będą mieli Page’a, Planta i John Paul Jonesa, którzy, kiedy zmarł Bonham mieli w sobie na tyle artystycznej i ludzkiej powagi, by machnąć na ten cały biznes ręką i nie robić z siebie wystawy.

Moja książka o muzyce jest do kupienia tu. Polecam serdecznie.


wtorek, 19 września 2017

Posłuchaj, to do Ciebie

      Przyszła pora by zamknąć naszą akcję pod tytułem „Złotówka dla Toyahuja”, a wraz nią, konieczność przedstawienia podstawowych informacji wraz z komentarzem, które powinny zainteresować przede wszystkim samych uczestników akcji, ale, jak sądzę, również naszych drogich hejterów. Otóż przez te trzy dni na podany przeze mnie numer konta wpłynęło 125 złotówek, trzy osoby przysłały maile z informacją, że się przyłączają do akcji, jednak z różnych powodów przelewu zrobić nie są w stanie, no i warto jeszcze wspomnieć o 16 złotówkach przekazanych przez Paypala, głównie przez czytelników z zagranicy.  Tym samym, na potrzeby parafii prowadzonej przez naszego sprawdzonego przyjaciela, księdza Rafała Krakowiaka, przekazuję 141 złotówek z prośbą o modlitwę za mnie i za ludzi, którzy tu ze mną są.
      Nie wiem dlaczego, choć domyślam się, że powody nie są w żaden sposób dla nas interesujące, bardzo znaczna część czytelników tego bloga, o których wiem, że tu są, lub nawet znam osobiście, w naszej akcji nie wzięła udziału. Są wśród nich osoby, które przesłały mi pieniądze tydzień wcześniej, w odpowiedzi na moją prośbę o wsparcie, a tu widocznie uznały, że się nie będą wygłupiać, ale jest też szereg osób mi bliskich, o których wiem, że ten blog czytają i lubią, ale ponieważ nie czują się częścią tak zwanej „społeczności internetowej”, konsekwentnie trzymają się z dala od wszelkich internetowych akcji. To jest parędziesiąt osób, znanych mi zarówno z twarzy, jak i z nazwiska, w stosunku do wielu z nich czuje nieopisaną wdzięczność i dziś o nich tu pamiętam. Wiem, że oni się nie dorzucili do tacy, ale z pewnością mają szereg innych sposóbów, by godnie wydać swoje pieniądze.
      Nie umiem powiedzieć, czy jest więc nas 300, czy mniej, czy więcej, ale z czystym sumieniem informuję, że to jest mniej więcej ta liczba i że jeśli trzeba będzie, to powalczymy i w cieniu.
      Bardzo wszystkim dziękuję i obiecuję, że póki mi życia i rozumu starczy będę robił to, co robię dotychczas, ku naszemu wspólnemu wzruszeniu. Bo, powiedzmy sobie, co tak naprawdę mamy, poza owym wzruszeniem? No co?
      Już na sam prawie koniec chciałbym dorzucić jeszcze jeden, moim zdaniem, zupełnie kluczowy komentarz. Może otóż ktoś powiedzieć, że tych 141 czytelników to ja mogę sobie wsadzić w nos. Nic bardziej mylnego. Niech którykolwiek z tych mądrali pokaże mi kogokolwiek na tym rynku kogoś, kto przedstawi 141 osób, którzy na wezwanie: „Proszę o złotówkę”, zadadzą sobie ten trud, by wejść na stronę swojego banku i wykonać ten przelew. Który z nich jest w stanie to po to sięgnąć? Pisarz Twardoch? Aktor Linda? Dziennkarz Wolski? Artysta Pietrzak?
      No właśnie, Pietrzak. Nie oglądałem jego występu na festiwalu w Opolu, bo zwyczajnie zasłuchałem się w muzykę, której akurat słuchałem tu u siebie i o wszystkim zapomniałem. Jak jednak słyszę od znajomych, doszło do pełnej, kompletnej i tragicznie żenującej kompromitacji. Ja nie chcę się znęcać nad osobą, jak by nie było już starszą, niemniej mam propozycję: niech Jan Pietrzak ogłosi w Interencie zbiórkę z jakiegokolwiek powodu, nie związanego z budową łuku triumfalnego nad Warszawą i wtedy dopiero się naprawdę policzymy. Rzecz bowiem w tym, że nie ma znaczenia ilosć, lecz jakość. I z tą refleksją zostawiam czytelników tego bloga. Jutro wracamy do tego co od niemal już 10 lat tu przeżywamy. Do naszych smutków i radości.
     Wcześniej użyłem słowa „prawie”. Owo „prawie” to – choć powinno się ich tu znaleźć znacznie więcej – zaledwie dwa komentarze. Pierwszy został załączony do przelewu:
Kiedyś źle Pana oceniłem. Przepraszam. Pan mnie zbanował. Nic to. Zawsze Pana czytam, podziwiam i propaguję”.
     No i jeszcze jeden, zamieszczony w komentatrzu na blogu:
„No teraz to żeś mnie pan zdenerwował. Przyjechałem właśnie do domu po 27 godz tournee za kierownicą, zaparzyłem herbatę, usiadłem na podłodze przed laptopem, a tu taki numer! Nie byłoby nic w tym złego, tylko nie pamiętam loginu do konta, a sięgnięcie po niego wymaga ruszenie kufra z podłogi, bo login leży na szafce 3m dalej. I tu jest problem. Ale niech tam, raz się żyje.
Przepraszam za głupi komentarz, ale po ponad dobie bez snu trudno napisać coś sensownego”.
    Bardzo dziękuję. Nawet gdybym miał to pisać już tylko dla Was dwóch, będę pisał.



Książki, jak zawsze są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam z całego serca.

poniedziałek, 18 września 2017

300?

      Dziś mamy kolejny, i tym razem już ostatni dzień naszej akcji „Złotówka na Toyahuja”, której, nawet jeśli nie jedynym, to zdecydowanie podstawowym, celem było ustalenie choćby w skromnym bardzo przybliżeniu, ile nas tu tak naprawdę jest i jaka jest tej obecności jakość. Wyniki oraz komentarz przedstawię jutro, dzis natomiast uwaqżam, że jest moment nie gorszy od każdego innego, by przedstawić tu pewną analizę, którą przeprowadziłem już jakiś czas temu, a dziś mam ochotę się nią podzielić. Otóż musimy sobie powiedzieć szczerze, że ten blog jest zjawiskiem całkowicie niszowym, w tym sensie, że osób, które o nim słyszało jest jeszcze mniej, niż tych, którzy mają w pamięci nazwisko… dajmy na to piosenkarki Poli Rise, a więc kobiety, z którą niedawno rozmowę przeprowadził portal onet.pl i która, jak sama opowiada, podarowała swoją płytę samej Bjork. A należy pamiętać, że ja tu nie rozbijam żadnych murów. W końcu sam jestem autorem, który swoje książki podarował Andrzejowi Dudzie i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a wspomniany Onet już osiem lat temu podarował mi wypasiony laptop, czyż nie?
       Do czego jednak zmierzam? Otóż chodzi o to, że, jakkolwiek byśmy byli w swoje wybory zaangażowani, jakkolwiek byśmy nie byli do nich przywiązani i jakkolwiek byśmy tego miejsca nie traktowali, jako coś sobie nadzwyczaj bliskiego, musimy się pogodzić z faktem, że nas jest nie więcej jak 300 osób. Każdy pożeracz kultury popularnej wie, że to jest liczba nie byle jaka, jednak nie oszukujmy się – to są zaledwie trzy setki i więcej póki co nie będzie.
      Kiedy ja to zauważyłem po raz pierwszy? Otóż stało się to w roku 2008, kiedy to wspomniany Onet ogłosił kolejną edycję konkursu na polityczny blog roku, a ja go wygrałem, uzyskując trzysta mniej więcej głosów. I choć wysyłanie tych esemesów to była bardzo poważna akcja – kto tam był, to wie – wszystko się zatrzymało na tych paru setkach czytelników, dalej ani rusz i do widzenia z państwem. A jeśli ktoś myśli, że dziś, po tych wszystkich latach, jest znacznie lepiej, jest w poważnym błędzie. Te 300 osób to liczba stała i, jak się domyślam, póki co nie do ruszenia, a cała ewentualna reszta, to już wyłącznie czysty przypadek, czyli mniej więcej to, co jest udziałem tak zwanego mainstreamu, czyli chocby wspomnianej Poli Rise.
      Opowiem, jak wygląda sytuacja na przykładzie, który jest mi szczególnie bliski. Otóż, jak stali czytelnicy tego bloga, świetnie wiedzą, ja od roku 1990 jestem partyjnie związany z wszelkimi projektami firmowanymi przez Jarosława Kaczyńskiego, poczynając od Porozumienia Centrum, a kończąc na Prawie i Sprawiedliwości. Wprawdzie od pewnego czasu nie płacę już składek, uznając, że choćby wszystkie te książki, które przekazałem nieodpłatnie swojej partii, żeby ona sobie nimi handlowała, w pełni pokrywają moje wobec niej zobowązania, a mimo nawet pewnym gróźb, oni wciąż mnie nie skreślają i, jak się domyślam, mają swoje powody. A zatem jestem wciąż legalnym członkiem Prawa i Sprawiedlwiości i jako ten, od czasu do czasu, jeśli tylko czas mi pozwoli, biorę udział w organizowanych w Kościele Garnizonowym tuż za moim oknem, nieprzerwanie miesiąc w miesiąc od 7 lat, smoleńskich mszach. Proszę sobie wyobrazić, że z osób, które tam regularnie spotykam, a wszystko to lokalni członkowie partii, rozpoznaje mnie co najwyżej jedna. Z ludzi, którzy tam regularnie przychodzą, a jest to jakieś 100 osób, zaledwie jeden człowiek, czyli ten kto te msze zamawia, wie że ja prowadzę tego bloga i wydaję książki. Nie żeby on się jakoś tym przejmował, ale przynajmniej wie. Dla całej reszty jestem kimś, kto nawet nie jest człowiekiem z tak zwanej „branży”.
      Ale mam jeszcze jedną historię. Pewnie nikt z nas tego nie zauważył, ale właśnie dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie został Wojciech Poczachowski. Co to takiego ów Instytut Polski, pojęcia nie mam, natomiast, owszem, wiem, kim jest Poczachowski. Otóż jest to człowiek z wzcześniej wspomnianej „branży”, a przy okazji mój wieloletni kumpel. Zanim został mianowany na stanowisko owego dyrektora w Düsseldorfie, prowadził Poczachowski audycję w Radio Katowice, w której przeprowadzał rozmowy z gwiazdami bieżącej polityki. Szedłem sobie parę tygodni temu tu niedaleko i spotkałem Poczachowskiego. Pogadalismy chwilę, poplotkowaliśmy, w końcu Poczachowski pyta, co u mnie i co porabiam, a ja mu mówię, że prowadzę popularnego bloga i piszę książki. I proszę sobie wyobrazić, że Poczachowski nie miał o tym wszystkim bladego pojęcia. Tak go jednak owa wiadomośc poruszyła, że uznał, że „musi koniecznie” do mnie niedługo zadzwonić i zaprosić mnie do jednej z najbliższych audycji. Dziś Poczachowski jest już nagle w Düsseldorfie, a ja sobie myślę, że całe jego szczęście, że nie zdążył zrobić że mną tego wywiadu, bo wówczas o owym Düsseldorfie mógłby sobie tylko pomarzyć. Ale nawet i to nie. Ja jestem pewien, że nawet gdyby on na chwilę stracił kontrolę nad sytuacją i chciał do mnie zadzwonić, oni by mu bardzo porządnie wytłumaczyli, dlaczego nie powinien tego robić. I on by nie zadzwonił, a przynajmniej nie w sprawie wywiadu. Tak to już bowiem jest, że wszelkie hierarchie są już od dawna bardzo starannie poukładane, a o tym, kto trzyma kluczyk do najważniejszej szuflady, wie tylko parę osób.
      Ktoś powie, że to wszystko są wiadomosci bardzo niedobre, a ja od razu pragnę każdego zapewnić, że nic bardziej błędnego. Sytuacja na rynku bowiem jest dzis taka, że popularne stwierdzenie Andy’ego Warhola o tym, że każdy ma swoje piętnaście minut było oczywiście jak najbardziej słuszne, tyle że dziś realizuje się w zasadzie, że każdy ma swoje 15 minut, a każda kolejna sekunda, w każdym kolejnym przypadku, jest najczęściej jedynie złudzeniem, które w każdej chwili może prysnąć. A zatem, czy mamy do czynienia ze wspomnianymi wcześniej Wojciechem Poczachowskim i piosenkarką Polą Rise, czy politykiem Borysem Budką, czy nawet aktorem Karolakiem, to wszystko jest typowo piaszczysty grunt, gdzie jedyne pragnienie ogranicza się do tego, by jakoś przeżyć i nie odpaść. A jeśli są jakieś wyjątki, to je można –  w każdej zresztą dziedzinie – policzyć na palcach.
      A zatem w ostatecznym rozrachunku, nie liczy się ilość, lecz jakość. A jeśli o to chodzi, to ja nie mam najmniejszego powodu do narzekania. Minione 10 lat, w tym może zwłaszcza ostatnich pare tygodni, pokazały mi najlepiej jak tylko było można, że nie mam się ani czego bać, ani czego żałować. Jak to się pięknie mówi na prerii – góra stoi.
      A dziś, podobnie ja wczoraj, chciałbym wzmocnić ten dzisiejszy tekst czymś sprzed lat, a mianowicie notką z lutego 2009 roku pod jakże tajemniczym tytułem „300”.
     
      No i dziś przyszło mi zamykać kolejną setkę. Wpadło mi jednak właśnie do głowy pewne skojarzenie, które sprawia, że te 300 wpisów nabiera szczególnego, bardzo symbolicznego znaczenia. Myślę o komiksie Franka Millera i inspirowanym nim filmie o tym niezwykłym tytule. Nie znam się kompletnie na komiksach. Jedyny fragment tej dziedziny sztuki jaki znam dość dobrze to „Przygody Koziołka Matołka” i trochę też coś, co się kiedyś czytało, a co się nazywało „Tytus, Romek i Atomek”. Poza tym jestem tu niemal kompletnie bezradny. Mam natomiast w domu młodego Toyaha, który mi każe ze sobą chodzić do kina, a więc pewnego razu obejrzałem ekranizację kultowego – jak się dowiaduję – komiksu o Spartanach i ich beznadziejnej walce z Persami.
      Bardzo mi się ten film podobał. Mamy go w domu na DVD i od czasu do czasu sobie rzucimy okiem. Dziś jednak chciałem nie o filmie, ani nie o komiksie, ale o tych 300 tekstach, które, jeśli się tylko na spokojnie zastanowić, mają bardzo zbliżoną moc do tej, jaką dysponowało tych 300 Spartan. Jeśli się tylko spokojnie zastanowić, to – myślę sobie – te moje słowa, bez względu na to jak bardzo zaangażowane, jak pełne emocji i prawdziwej wiary, są niczym w porównaniu z tym, co stoi naprzeciwko i przeciwko czemu one faktycznie są skierowane. I wcale nie chodzi mi tu o moich kolegów hejterów, którzy też tu prowadzą swoją prywatną wojnę. Akurat oni, że się tak nieskromnie wyrażę, mnie nie martwią. Uważam – jeszcze mniej skromnie – że oni akurat, nawet gdyby się nagle zgromadzili wszyscy razem, mnie nie przestraszą. Więc to nie z nimi walczę. Naprzeciwko bowiem mam nie paru, podobnie jak ja, amatorskich publicystów, lecz całą organizację, której faktycznego kształtu, pochodzenia, ani składu do końca nikt z nas nie zna, ale która na swoje usługi zgromadziła setki wybitnych polityków, wielkich autorytetów, znakomitych dziennikarzy, profesjonalnych doradców, cały powszechny system edukacji, potężny biznes, grupy wydawnicze, ogromną część kultury popularnej, a przede wszystkim najbardziej sprawne kanały medialne, pomagające dzień i noc komunikować się z demokratycznym społeczeństwem. A to już jest przeciwnik potężny.
      Dlaczego więc wciąż piszę i skąd mam wciąż tyle wiary w to, że warto? Stąd mianowicie, że mam szczere przekonanie, iż te 300 tekstów, to nie są same tylko teksty. Za tą liczba kryją się ludzie, w moim najgłębszym przekonaniu, prawdziwie wielcy i tak niezłomni, że z nimi się w ostatecznym rozrachunku wyłącznie wygrywa. Parę z moich niedawnych wpisów poświęciłem właśnie takim ludziom. Jeszcze wcześniej pozwoliłem sobie, najlepiej jak umiałem, oddać mój szacunek Annie Walentynowicz. Dziękowałem tu państwu Gwiazdom i każdemu z tych wszystkich walczących z dala od głównego nurtu bohaterom, o których akurat sobie pomyślałem.
       W którymś z najnowszych komentarzy, które uprzejmie zostawiane są na moim blogu, ktoś napisał, że siły, które się przeciwko nam sprzymierzyły, okazały się jednak zbyt słabe „w kościach”, żeby pokonać to co mamy najlepszego. Nie zniszczyły na przykład Antoniego Macierewicza. I to jest fakt. Jednak nie cała. Bo nie zniszczyły nie tylko Macierewicza. Nie zniszczyły również Lecha i Jarosława Kaczyńskich, nie zniszczyły Anny Walentynowicz, nie zniszczyły Gwiazdów, nie zniszczyły Krzysztofa Wyszkowskiego. Nie zniszczyły też – o czym mogliśmy się z satysfakcją niedawno przekonać – Kornela Morawieckiego. Nie zniszczyły wielu z tej przecież nielicznej garstki, która okazała się silniejsza od czasów w których przyszło im wszystkim żyć i walczyć. Nie zniszczyła wreszcie tych wszystkich z nas, którzy się solidarnie wspieramy, nawet dziś. Tutaj. Właśnie dzięki nim warto jest pisać i dlatego też łatwo jest wierzyć, że to nie jest już takie ciężkie zadanie.
      Powiedzmy więc, że tak jak tych tekstów jest już – razem z dzisiejszym – 300, można nawet przyjąć, że w ogóle wszystkich nas też jest 300. Zgoda więc. Niech zatem będzie tylko 300. Ale za to, jakież piękne jest to poczucie, że kiedy nam powiedzą: „Nasze strzały przysłonią wam słońce”, to my z radością i dumą odkrzykniemy: „Więc będziemy walczyć w cieniu!”



Przypominam, że akcja "Złotówka dla Toyahuja" trwa dziś tylko do godziny 14, bo tylko te wplaty zostaną jeszcze dziś zaksięgowane. Oczywiście pozostaje jeszcze paypal i adres toyah@toyah.pl i to już do samego wieczora. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki.