czwartek, 28 listopada 2013

Gdy strach zdycha

Pisałem już o tym wielokrotnie, ale z reakcji najróżniejszych osób niezmiennie wynika, że owych wyjaśnień nigdy za wiele. Krótko po tym, jak zacząłem prowadzić ten blog, a już zwłaszcza gdy jakimś dziwnym przebłyskiem szaleństwa Onet przyznał mi tytuł bloga roku, zacząłem, po kolei, jedną po drugiej, tracić pracę. Ponieważ to czy ją mam, czy jej nie mam, nie zależy nigdy od oficjalnych decyzji, ale od jak najbardziej nieoficjalnego nastawienia klientów, nigdy też nie zdarzyło się tak, że ktoś mnie wezwał na rozmowę i zakomunikował mi, że mnie wyrzuca z pracy. Ile razy byłem zwalniany, to wyłącznie dlatego, że ktoś tam nagle uznał, że nie chce, aby angielskiego go uczył pan Osiejuk, lecz kto inny. Ktokolwiek inny.
Ponieważ jestem osobą bardzo przytomną, i to zarówno w jedną i w drugą stronę, wiem na ogół znakomicie, czy ktoś prowadzone przeze mnie lekcje lubi, czy nie, no i oczywiście, czy mnie ktoś osobiście lubi czy nie. Myślę zresztą, że ten rodzaj umiejętności jest charakterystyczny dla osób, dla których ten akurat element siłą rzeczy jest decydujący. W tej sytuacji zatem, ja o tym, że właśnie prowadzę swoją ostatnią lekcję w którejś z grup, z reguły dowiadywałem się natychmiast. Jeszcze zanim ta informacja dotarła do mnie oficjalnie. Wystarczyło że zobaczyłem te jedną, czy dwie twarze. To wystarczyło. W końcu, klient wymaga. Zwłaszcza gdy tak o niego czasami trudno.
O tym też już pisałem, a dziś tylko powtórzę. Pamiętam jak któregoś dnia, w reakcji na serię bardzo złośliwych komentarzy w Internecie, skierowanych pod jego adresem, minister Sikorski powiedział, że on na ter złośliwości nie pozwoli, bo one psują mu pijar. Dodał też, że obecnie sytuacja jest taka, że jeśli ktoś chce się gdziekolwiek zatrudnić, nie ma co liczyć na to, że ktoś będzie czytał jego CV. Wszystko, czego chcemy się dowiedzieć na temat kogokolwiek, znajdujemy w Internecie. Wpisujemy nazwisko i mamy wszystko to, co jest nam potrzebne.
A zatem ja świetnie wiedziałem, jak działa ten system. Ktoś chce wiedzieć, kim jest człowiek, któremu on płaci, wklepuje w wyszukiwarkę jego nazwisko, lub zaledwie nazwę bloga – i ma wszystko jak na dłoni. No i to właśnie w ten sposób w ciągu zaledwie kilku tygodni straciłem pracę. No i wtedy też zacząłem prosić o to, by, jeśli komuś się podoba ten blog, zechciał go wspierać finansowo, co wielu określiło, jako nielegalną żebraninę, przez którą powinienem skończyć w więzieniu.
Od tego czasu, mogę powiedzieć, że nie jest gorzej. Z tym co udaje mi się zarobić z lekcji, czy tłumaczeń, z książek, no i przede wszystkim oczywiście z prowadzenia tego bloga, jakoś ciągniemy. To co mnie jednak zadziwia bardzo, to fakt, że z wyjątkiem tej pierwszej fali wściekłości, która mnie niemal zmiotła z powierzchni ziemi, nie zdarzyło mi się ani razu, by któryś z moich uczniów pokazał mi, że ma do mnie jakieś pretensje. Od tamtego czasu, nie zdarzyło mi się choćby raz, że któryś z nich spojrzał na mnie krzywo, czy rzucił jakąś aluzję, która mogłaby wskazywać, że on wie. Temat polityki nie pojawił się w rozmowach ani razu. A przecież jest jasne, że naprawdę nie trzeba było nigdy wiele, by wiedzieć, co jest grane, prawda?
Myślałem trochę o tym i doszedłem do, moim zdaniem, bardzo ciekawego wniosku. Otóż mam bardzo mocne przekonanie, że ludzie z którymi mam do czynienia na poziomie zawodowym, nawet jeśli wiedzą, co ze mnie za ziółko, mają te wiedzę w nosie. Oni prawdopodobnie do tego stopnia nie interesują się polityką, że to co ja sądzę na temat Smoleńska, Kaczyńskiego, czy Platformy Obywatelskiej jest dla nich taką egzotyką, że oni tego wszystkiego nie rozpoznają nawet, jako tematu. Czemu tak myślę. Otóż ja parokrotnie zauważyłem, i to akurat przy okazji zwykłych pogawędek na tematy ogólne, że wielu z nich nie dość, że nie ma pojęcia, co się aktualnie dzieje w Polsce, to nawet nie zagląda do gazet; wielu z nich nawet nie ogląda telewizji; wielu z nich nawet już nie ma telewizora. Cóż więc ich może obchodzić jakiś Tusk, czy tym bardziej Toyah?
Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiany. To nie jest tak, że ja się aż nie mogę doczekać aż któryś z nich zawoła: „O! Czytałem pańskiego bloga!” Wręcz przeciwnie. Ja się wręcz modlę o to, by nikt z czymś takim do mnie nie wyskoczył. I, przyznaję, że tak jak jest, jest właśnie dobrze. Ja nie mam najmniejszej ochoty wchodzić z moimi uczniami w debatę na temat Smoleńska, bo wiem, co czyha za rogiem. I to coś mi się bardzo nie podoba.
I oto, proszę sobie wyobrazić, dziś przydarzyła mi się rzecz zupełnie niezwykła. Przypadkiem zupełnie, poza lekcją, trafiłem na jednego z moich uczniów, a on się do mnie uśmiechnął z błyskiem w oku i powiedział: „Czytam pańskiego bloga. Jest świetny”. Ja mu oczywiście na to, że się nie spodziewałem, i czy naprawdę mu się podoba, a on, że bardzo i że już się nie może doczekać aż sobie porozmawiamy.
Powtórzę raz jeszcze. Ja z moimi uczniami o polityce nie rozmawiam. Ale też oni nie próbują nawet o niej wspominać, a jeśli tak, to w formie zwykłego codziennego narzekania, czy szydzenia. Nie przypominam sobie jednak, by któryś z nich wymówił kiedykolwiek nazwisko „Tusk”, „Kaczyński”, czy „Rydzyk”, że już o Smoleńsku nie wspomnę. W związku z tym, z tych wszystkich osób, które uczę, nie mam najmniejszego pojęcia, co która z nich sądzi na tematy, które nas tutaj tak pasjonują. Natomiast doskonale pamiętam, że ile razy miałem do czynienia z kimś, kto był naprawdę zaangażowany, natychmiast odczuwałem owo zaangażowanie na własnej skórze.
Dziś zaczepił mnie jeden z tych cichych. Jeden z tych, którym najwidoczniej nawet do głowy nie przyszło się, by się popisywać swoimi poglądami. Dlaczego? Domyślam się, że z tego samego powodu, dla którego i ja nie uważałem za stosowne się wystawiać na ten atak. Wystarczy, że każdy kto wpisze w googlu moje imię i nazwisko, imię i nazwisko moich dzieci, czy mojej żony, każdy kto wpisze w googlu imię „Toyah”, wie o mnie wszystko. Po co mi dodatkowe emocje?
I oto nagle okazuje się, że ja chyba nie doceniłem tej siły. Wygląda na to, że to wszystko aż kipi. Można mieć naprawdę nadzieję, że daliśmy się zastraszyć jakiejś kompletnie zaczadziałej bandzie durniów, która już parę lat temu utraciła kontakt z rzeczywistością, ale jakimś cudem potrafiła sobie z tym poradzić. Bardzo mi było miło przeżyć ten krótki moment satysfakcji. I aż czuję mrowienie w plecach na myśl, co jeszcze przed nami.

Dziś rozpoczęły się targi w Warszawie. Gabriel już tam jest, a ja tam się pojawię w sobotę, i będę sprzedawał wszystkie cztery książki. Serdecznie zapraszam. Grudzień będzie jeszcze bardziej bogaty, ale o tym już na bieżąco. Oczywiście, proszę o wspieranie bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.



poniedziałek, 25 listopada 2013

O moim rozdętym ego

Wspominałem już o tym, tu czy tam, dość niedawno, jednak temat dzisiejszych refleksji zmusza mnie do tego, bym wrócił na moment do minionych targów książki w Nowej Hucie. Otóż wśród paru zdarzeń, które bardzo mnie w ciągu tamtego weekendu poruszyły, było spotkanie z książkami wybitnego polskiego współczesnego pisarza Stasiuka. Na stoisku, które obsługiwało jego twórczość, znalazły się cztery jego książki. Miałem okazję przejrzeć dwie z nich, i muszę powiedzieć, że nawet ja, a więc ktoś, kto w stosunku do autorów takich jak Stasiuk zachowuje histeryczną wręcz podejrzliwość, byłem wstrząśnięty. Nawet ja, proszę sobie wyobrazić, nie spodziewałem się, że to, co wychodzi spod palca tego sztukmistrza może być tak słabe. Ja już wcześniej próbowałem się zapoznać z twórczością innych „kultowych” autorów, takich jak Kuczok, czy Pilch i wiem świetnie, na co ich stać, jak idzie o Stasiuka jednak, on z tych kilku linijek, jakie udało mi się przeczytać od początku do końca, wydał mi się kimś gorszym nawet od tych dwóch.
O Stasiuku nie wiem prawie nic. A więc nie mam pojęcia, czy on jest człowiekiem wykształconym, czy nie; czy przeczytał w życiu dużo książek, czy nie tak dużo; co lubi, a czego nie lubi; i wreszcie, czy on jest miłym człowiekiem, czy może jakimś nieprzyjemnym mrukiem. Wiem natomiast jedno: nawet jeśli on mnie pokonuje w każdej z tych kategorii, pod jednym względem nie stanowi dla mnie najmniejszej konkurencji. Moja jedna książka, zatytułowana „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, jest o niebo lepsza od wszystkiego, co nam proponuje dziś Stasiuk i jest oczywiście też o niebo lepsza od tego, co Stasiuk może mieć jeszcze przed sobą. Dajcie mi dowolne zdanie, jakie udało się wymyślić Stasiukowi, a ja daję głowę, że każde, choćby najkrótsze, zdanie wspomnianej książki będzie od Stasiuka nieskończenie lepsze, zarówno pod względem literackim, jak i merytorycznym.
Ale jest jeszcze coś, co w moim przekonaniu sprawia, że na normalnie działającym rynku Stasiuk by nie zaistniał, natomiast ja – owszem. I to z jednoznacznym sukcesem. Chodzi mianowicie o to, że „książka o biustonoszu” to jest po prostu fantastyczna opowieść, którą się czyta z zainteresowaniem, ze wzruszeniem i radością. I to też ją odróżnia od Stasiuka. Odróżnia w sposób dramatyczny.
Ktoś powie, ze nie mam się czym chwalić, bo Stasiuk jest do bani. I dobrze. Rozumiem. Jak idzie o moje relacje ze Stasiukiem, nie mam się czym chwalić, natomiast ja o nim dziś wspominam z dwóch względów. Po pierwsze, on jednak jest gwiazdą, i to gwiazdą pierwszej wielkości, a po drugie, ja nie tylko jestem lepszy od Stasiuka. Ja jestem lepszy od nich wszystkich. Ja zwyczajnie jestem bardzo dobry. I myślę, że ta chwila jest równie dobra, jak każda inna, żeby to powiedzieć. Zwłaszcza, że pomyślałem, że napiszę coś dziś o rozdętym ego.
Chilly Gonzales, w jednym z licznych wywiadów, jakich ostatnio udzielił, wyraził opinię, że każdy, kto ma ambicję być traktowany, jak poważny twórca, musi mieć owo ego bardzo mocno rozbudowane. To co w jego akurat wypadku widać już na pierwszy rzut oka, owo rozdęte ego objawia się choćby w tym, że on nie pozwala na to, by go przedstawiano inaczej, niż „Chilly Gonzales – muzyczny geniusz”. No a poza tym, jest tak jak zawsze: on wie, że jest dobry, i tego również nie ukrywa.
Kim jest Chilly Gonzales? Naprawdę nazywa się Jason Beck, jest kanadyjskim Żydem, gra na pianinie, komponuje, no i wciąż przedstawia się nie, jako artysta muzyk, pianista, kompozytor, ale „artysta estradowy”… no i, jak już wspomnieliśmy, muzyczny geniusz. No i jeszcze jedno: gdyby ktoś nie wiedział, jak się do niego zwracać, to proponuje „Gonzo, jak ten gość z Muppetów”.
Czy Gonzales to geniusz? Moim zdaniem, owszem. Jak najbardziej. Chilly Gonzales to niekwestionowany geniusz muzyczny. Słucham jego solowego albumu, gdzie przedstawia 16 swoich kompozycji na fortepian, i powiem zupełnie uczciwie, że, jak idzie o poziom emocji i wzruszenia, jakie ta muzyka niesie, do głowy przychodzą mi tylko Gymnopedie Erica Satie. I to nie wszystkie. Satie bywał raz lepszy, raz gorszy. Gonzales jest wyłącznie dobry. Kto wie, o czym mówię, ten wie.
Gonzales występuje na koncertach – pamiętajmy, że przez to, że jest on pianistą wybitnym i o niekwestionowanym autorytecie, mówimy o koncertach w miejscach najbardziej prestiżowych – w szlafroku i papciach. Pytany przez Davida Frosta (tak, tego Frosta), skąd szlafrok i papcie, a niekiedy i przewieszony przez ramię ręcznik, odpowiada Gonzales, że dla niego jest to swoista demonstracja, dzięki której on ma nadzieję, że ludzie zrozumieją, że muzyka, która uchodzi za „poważną”, czy bardziej ambitną, by być szanowaną, wcale nie musi o to dodatkowo apelować, i to w dodatku przy pomocy kompletnie pozamuzycznych ozdób, takich jak na przykład frak, krawat i super lakierki.
Bo tak to właśnie jest. Muzyka tworzona i grana przez Gonzalesa to z jednej strony coś, czego ja osobiście od czasu moich pierwszych wzruszeń związanych ze wspomnianym Erikiem Satie, nie miałem okazji przeżywać, a z drugiej, kiedy ją słyszę, mam przed sobą człowieka w szlafroku i papciach, który w dodatku, grając, ni stąd ni z owąd zaczyna ziewać i się pokładać, jakby chciał pokazać, że od tego siedzenia w jednym miejscu rozbolały go plecy, a jedną ze swoich cudownych wręcz kompozycji gra tylko jedną ręką, bo drugą akurat ma zajętą podpieraniem sobie głowy.
Słucham występu Gonzalesa w Gratzu. Mamy tę jakąś filharmonię, zwykłą filharmonijną publiczność, on, w tym swoim szlafroku i papciach siedzi przy fortepianie i gra te swoje stałe numery, aż nagle wyciąga tablet, puszcza jakiś bardzo typowy beat, i zaczyna do tego rapować. Zwyczajnie rapować. Po pewnym czasie, zaczyna grać do tego na fortepianie, już typowo, jak to on. A ja sobie myślę, że ktoś mi pewnie w tym momencie powie, że to jest coś, do czego uciekają się na całym świecie setki artystów, którzy może kiedyś mieli jakieś ambicje, ale kiedy zobaczyli, że, czy to muzyka poważna, czy jazz, się nie sprzedają, postanowili pójść w kabaret. W końcu, każdy orze jak może, czyż nie? Jak idzie o Gonzalesa, on na ten zarzut odpowiada bardzo prosto i czytelnie: „Owszem, tak się dzieje, natomiast, jak idzie o mnie, sytuacja jest o tyle inna, że ja jestem bardzo dobry. Po prostu”. Rzecz w tym, że on nie poszedł w rozrywkę, bo nie miał wyjścia, ale dlatego, że chciał. Dlatego, że ostatnią rzeczą, o jakiej on marzył, jako artysta, było robienie tego, co robią wszyscy.
W wywiadzie przeprowadzonym przez starego już, i chyba bardzo schorowanego też Frosta, pojawia się sprawa rekordu Guinessa, który Gonzales postanowił pobić – no i pobił – grając bez przerwy przez 27 godzin. Frost go pyta, dlaczego nie grał dłużej, na co Gonzales odpowiada, że nie było potrzeby. W końcu chodziło o to, by pobić rekord. Następne pytanie nasuwa się automatycznie: Czy, jeśli i ten rekord zostanie pobity, czy on zechce znów spróbować. I na to odpowiedź jest też prosta. Oczywiście, że nie. Po co? On wymyśli nową konkurencję.
Ktoś się spyta, co mi strzeliło do głowy, żeby pisać o Gonzalesie? Powód pierwszy jest oczywisty. Posłuchałem tej płyty i się zachwyciłem. Nie tyle grą, bo po pierwsze ona jest chyba dość prosta, a poza tym, ja się na tym nie znam, ale kompozycjami. To są najwspanialsze piosenki, jakie zdarzyło mi się słyszeć w ostatnich latach. I to go zresztą stawia znacznie wyżej od takiego Nigela Kennedy’ego, który też jest wybitnym muzykiem, który lubi poszerzać granice. Rzecz w tym, że na Kennedy’ego można patrzeć, można go nawet słuchać, jak gada, natomiast ta muzyka jest niczym. Jej równie dobrze mogłoby nie być. Gonzales natomiast, to już jest historia.
Ale wciąż też myślę o tym, co on powiedział o tym ego. Niedawno znów pojawiły się zarzuty, że czy to nasz kolega Coryllus, czy nawet i ja, mamy rozdęte ego i że to bardzo niedobrze. Że należy być skromnym i zawsze wszystkim ustępować miejsca. Otóż przykład Jasona Becka wskazuje bardzo jednoznacznie na to, że to nieprawda. Ale jeszcze na coś więcej. Otóż okazuje się, że jeśli są spełnione te trzy warunki, reszta jest nie do zakwestionowania. Jakie warunki? Pierwszy taki, że trzeba być dobrym, drugi, że trzeba się nie oglądać na innych, no a trzeci – naturalnie – że trzeba mieć poczucie własnej wartości. Czego, daję słowo, że wszystkim z nas życzę. A jeśli ktoś nie umie spełnić żadnego z nich, to już naprawdę nie moja wina.

Niezmiennie apeluje o wspieranie tego bloga. Jeśli tylko ktoś uważa, że to jest tego warte, proszę o pamięć. Dziękuję.


sobota, 23 listopada 2013

Donald Tusk, czyli gdy zło zdycha

Przedstawiam kolejny felieton z "Warszawskiej Gazety". Dziś o Tusku. I pomyśleć tylko, że jeszcze nie tak dawno wydawało się, że o nim już ani słowa!

Donald Tusk, zapytany o to, czy będzie mu łatwo znaleźć następców dla „rekonstruowanych” ministrów, odpowiedział, ni mniej ni więcej, jak tylko, że z tym nie będzie kłopotów, bo dziś w Polsce jest bardzo dużo osób szukających pracy. Gdyby ktoś podejrzewał, że ja coś zmyślam, zacytuję źródło, w tym wypadku najbardziej wiarygodne, a więc TVN24. Otóż wedle relacji stacji jednoznacznie zaprzyjaźnionej, Premier, zapytany o szanse znalezienia kolejnych chętnych do tej beznadziejnej roboty, odpowiedział: „Ludzie w Polsce pracy potrzebują”.
Otóż moim zdaniem, owa wypowiedź, gdybyśmy tylko mieli dziś w Polsce media wolne, a przede wszystkim inteligentne, owa wypowiedź stałaby się hitem nawet nie tygodnia, ale miesiąca. Bo cóż nam takiego mówi Donald Tusk? Ni mniej ni więcej, jak tylko to, że to jest miejsce, do którego doszliśmy po tych – ilu to już? – latach panowania tej bandyterki. Miejsce, gdzie nieważne, co będzie za tydzień, dwa, trzy, byleby znalazły się pieniądze na opłacenie bieżących zobowiązań.
Oto człowiek, który najpierw, w roku 2005, uznał, że nikt tak jak on, nie nadaje się do tego, by kierować wielkim, europejskim krajem, takim jak Polska, by już po dwóch latach przejąć władzę w czysto gangsterski sposób, i który dziś staje przed Narodem i z bezczelnie podniesionym czołem oświadcza: „Widzicie, jacy jesteście zdesperowani? Widzicie, jak nam się udało postawić was pod ścianą?”
Dla kogoś, kto żyje w świecie realnym, sprawa wydaje się być czysta w sposób oczywisty. Powstaje rząd, a premier, a więc człowiek, którego zadaniem jest wyznaczyć do nowych obowiązków ludzi absolutnie najlepszych, przede wszystkim staje na głowie, żeby szukać wśród tych, którzy są tak dobrzy, że im ani do zawodowego sukcesu, ani do zwykłego szczęścia, naprawdę nie są potrzebne jakieś posady rządowe, no ale być może hasło „Ojczyzna wzywa” będzie w stanie zmusić ich do szczególnych refleksji. Tak jakby to miało miejsce w sytuacji normalnej. Niestety, jak idzie o dzisiejszą Polskę, jesteśmy pogrążeni w tak zwanym Matriksie, i, co najbardziej zabawne, człowiek, który ów Matrix najbezczelniej na świecie stworzył, przychodzi nagle do nas i mówi: „Jakoś to będzie. W końcu, sami widzicie, że ta nędza, do której ten kraj doprowadziłem, nie pozostawia nikomu z was zbyt wielkiego wyboru”.
Nie mam ostatnio zbyt wiele okazji, by oglądać twarz Donalda Tuska. Głównie dlatego, że w ogóle rzadko oglądam telewizję, ale trochę też przez to, że on jakby ostatnio chytrze się bardzo wycofał. Widziałem go jednak dziś na zdjęciu zamieszczonym na portalu tvn24.pl, i powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem. Oto mamy tę twarz – coś, co nam nie daje spać od tylu już lat – i te słowa: „Ludzie w Polsce pracy potrzebują”.
Cóż to za bezczelność! I jakież to jest nieszczęście! Czy jest coś, do czego to można by porównać? Przepraszam, ale nie widzę.

Proszę bardzo mocno o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez wsparcia ze strony czytelników, długo nie pociągniemy. I proszę mi wierzyć, że ani trochę nie przesadzam, ani tym bardziej nikogo nie planuję nabierać. Dziękuję.

piątek, 22 listopada 2013

Milion, dwa miliony, trzy miliony - czyli podziękowania

Na obu blogach, jakie prowadzę, umieszczone są liczniki tak zwanych „odsłon”. Wbrew temu, co się może wydawać osobom gorzej zorientowanym, jeśli któraś z notek zaliczy, powiedzmy, tysiąc odsłon, może to oznacza tylko tyle, że któryś ze szczególnie zdesperowanych sympatyków tego bloga otworzył sobie daną stronę tysiąc razy, a nie że owe tysiąc razy to robota tysiąca osób. Zastrzeżenie to jest o tyle ważne, że wciąż na przykład pamiętam, jak niejaki Lech Makowiecki, o ile dobrze zapamiętałem, szwagier naszego zmarłego kolegi Seawolfa, chcąc mu się bardziej przysłużyć, niż sam Seawolf, jak sądzę, by sobie tego życzył, ogłosił go „najbardziej popularnym polskim blogerem”, bo czytanym przez aż „3 miliony osób”.
A zatem, mamy te „odsłony”, i niestety nie ma sposobu stwierdzić ile osób one obejmują. Może to być, jak mówię, jeden wariat, ale może to być równie dobrze, zakładając, że ludzie wchodzą, wychodzą, i wracają do codziennych zajęć, osób tysiąc. Czy liczą się wejścia własne? A więc, czy jeśli ja wpadnę na pomysł, żeby wciąż włazić na ten swój blog, jestem w stanie sobie ów licznik nabić? Nie wiem, jak jest w Salonie24, natomiast na toyah.pl, takiej możliwości nie ma. Jak idzie o blogspot, tu ja mogę sobie wpisywać ten adres sto tysięcy razy, jednak licznik tego nie wykaże. Ponieważ w naszym domu komputery funkcjonują w ramach wspólnej sieci, również każde wejście na ten blog moich dzieci, czy żony, pozostaje niezarejestrowane.
Blog toyah.pl funkcjonuje od połowy 2010 roku, a zatem dziś już ponad trzy lata, i licznik na blogspocie pokazuje, że on był odsłaniany (nie licząc udziału mojego i mojej rodziny) 1 728 567 razy. Czy to dużo? Nie mam niestety pojęcia. Przede wszystkim dlatego, że nie wiem, ilu ludzi za tą liczbą stoi. Jak idzie natomiast o kwestię jak najbardziej wymierną, a więc listę tzw. Obserwatorów, mamy tam 174 realnych osób, które zadały sobie trud, by się zarejestrować, a ja mogę zakładać, że oni ten blog czytają.
Blog toyah.pl to projekt całkowicie indywidualny. Jak idzie o to miejsce, możemy mieć pewność, że, jeśli ktokolwiek tu przychodzi, to tylko i wyłącznie ze względu na osobę i teksty jednego autora. Inaczej jest w Salonie24. Salon to stosunkowo popularny portal, z, wedle facebookowych informacji, ponad 8 tysiącami fanów. Blog, który ja tam prowadzę już od półtora roku, właśnie przekroczył milion „odsłon”. Czy to dużo? I znów, trudno powiedzieć, bo ja nie mam pojęcia ile za tą liczbą kryje się realnych osób. Domyślam się jednak, że w odróżnieniu od tego z czym mamy do czynienia na toyah.pl, tu znacznie mniej osób przychodzi regularnie. Wydaje mi się, że znaczna część z tego miliona, który jest wyświetlany przez salonowy licznik traktuje to miejsce, jako jedno z wielu. Ilu ich jest? Też nie wiem. Ogólna liczba „odsłon”, jakie miały miejsce przez te półtora roku, jak mówię, przekroczyła wczoraj milion. Jednak, co z tego dla nas wynika? Nic. Niestety, nic.
Można oczywiście te wyniki porównywać z innymi, no i z wielką przyjemnością stwierdzam, że jest naprawdę lepiej, niż można się było kiedykolwiek spodziewać. No i wydaje mi się, że tego się powinienem trzymać. Jak na to, co można uzyskać w Internecie, prowadząc zwykły, skromny blog, nie jest źle. Po trzech latach umieszczania tekstów na całkowicie indywidualnym blogu zbliżam się już do dwóch milionów odsłon. W Salonie24, przez minione 20 miesięcy, pewna, z pewnością ściśle określona, liczba osób uznała za stosowne, by tu zawitać ponad milion razy. Nie uważam, żeby to było 10 osób, nie sądzę też, żeby to było osób sto. Jestem pewien, że ta liczba idzie w tysiące.
Faktem jest jedno. Oba te blogi – jeden, kompletnie poza Systemem, a drugi, jak najbardziej w mainstreamie, ale za to aktywny dopiero od 20 miesięcy – zarejestrowały niemal 3 miliony „odsłon”. A to jest całkiem pokaźna ilość osób, dla których one niewątpliwie stanowią jakąś tam część ich życia. Bardzo mi miło to wiedzieć. Dziękuję.

Oczywiście, niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga. Ostatnio znów wszystko jakoś niebezpiecznie "siadło", i my oczywiście czujemy to każdą częścią ciała. Za każdy gest bardzo dziękujemy.

czwartek, 21 listopada 2013

Polen, Inc., czyli ostatni etap


Od wczoraj szykuję się, żeby napisać tę notkę, i oto okazało się, że temat mi niemalże został sprzątnięty spod nosa przez blogera Salonu24, skądinąd znanego ekonomisty i komentatora, Krzysztofa Rybińskiego. Piszę „nieomal”, bo rzeczywiście Rybiński postanowił się zająć nominacją Mateusza Szczurka na stanowisko ministra finansów, natomiast – tak jak to zwykle bywa w celebryckim towarzystwie – biorąc się za tę robotę, poszedł drogą dokładnie taką, jakiej ja chciałem uniknąć, i nie dość że się skompromitował, to, co dla mnie akurat jest czymś bardzo korzystnym, temat spieprzył.
Ministrem finansów w rządzie Donalda Tuska zgodził się zostać dotychczasowy główny ekonomista Banku ING, Mateusz Szczurek, i ta nominacja, diabli wiedzą, z jakiego powodu, wzbudziła w Rybińskim taką złość, że jedyne, na co potrafił się zdobyć, to najpierw się pośmiać z nazwiska nowego ministra, a następnie pochwalić, że on go kiedyś znał osobiście, i że ów Szczurek to postać nie warta nawet splunięcia. I tyle.
Czemu ja postanowiłem pisać o Szczurku? Otóż wcale nie dlatego, że on ma takie nazwisko, a nie inne – prawdę powiedziawszy, to dopiero Rybiński zwrócił mi uwagę na tę kwestię – i nie dlatego, że go uważam za bałwana; nawet nie dlatego, że go znam, lub znałem osobiście. Chciałem o nim napisać z tego względu, że miałem okazję znać jego brata Michała Szczurka, który swego czasu był wiceprezesem Banku ING, a dziś jest jego przedstawicielem gdzieś w Bangladeszu, czy w jakiejś Tajlandii.
W jaki sposób poznałem Michała Szczurka? Otóż kilka lat temu, przez trzy lata uczyłem angielskiego tu w Katowicach w centrali ING, i miałem okazję na niego parę razy wpaść. Poza zwykłym „dzień dobry” akurat, nie miałem oczywiście okazji z nim rozmawiać, natomiast przyznaję, że robił wrażenie osoby sympatycznej, i tak samo był oceniany przez ludzi, których uczyłem, a którzy znali go bezpośrednio. To oni też właśnie opowiedzieli mi, jak to bracia Michał i Mateusz Szczurek mają kompletnego fioła na punkcie rowerów, i każdą wolną chwilę organizują sobie tak, że wsiadają ze swoimi rowerami do samolotu, lecą gdzieś do Boliwii, czy Gwatemali, tam, jak obłąkani, jeżdżą na tych rowerach od rana do nocy, by po tych dwóch, czy trzech tygodniach wrócić do pracy: jeden, tu w Katowicach, a drugi, tam w Warszawie.
Ale nie o tym planowałem pisać. Chciałem zaledwie zwrócić uwagę na fakt, że bracia Szczurkowie obaj pracowali dla Banku ING, zajmowali tam bardzo wysokie stanowiska, i – co jest dla mnie od początku do końca oczywiste – musieli być przez właścicieli Banku traktowani, jak „goodfellas”. Inaczej być nie mogło. Chciałem też zwrócić uwagę, że bracia Szczurek, z których jeden był wiceprezesem korporacji tak potężnej, jak ING, a drugi jej głównym ekonomistą, musieli zajmować, z zawodowego punktu widzenia, pozycje, od których jest może kilka bardziej prestiżowych, czy też finansowo interesujących, ale z całą pewnością do nich nie należy stanowisko ministra finansów w upadającym rządzie Donalda Tuska. I oto ja mam dziś rozumieć, że Mateusz Szczurek, który od lat pracował z sukcesem na swoim stanowisku w Banku ING, a wolne tygodnie spędzał ze swoim ukochanym bratem Michałem na wycieczkach rowerowych w Południowej Ameryce, nagle postanowił zrobić z siebie durnia?
Otóż nie. Ja wiem, czym jest stanowisko ministra w rządzie Donalda Tuska dla takiej Joanny Kluzik. Nie mam również wątpliwości, że prof. Kolarska-Bobińska, obejmując tę swoją tekę ministra szkolnictwa wyższego, musi być bardzo z siebie zadowolona. Domyślam się nawet, że dotychczasowa minister od europejskich funduszy, którą kiedyś miałem okazji poznać w pociągu, i która zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, też ma w tym, co robi, jakiś interes. Co do Mateusza Szczurka, nie mam najmniejszych wątpliwości, że on, przyjmując tę posadę, przyjął ją z bardzo poważnym błogosławieństwem ze strony zarówno swojego brata, jak i właścicieli Banku ING. I że to ich słowo, a nie słowo premiera dzisiejszego polskiego rządu, miało dla niego znaczenie rozstrzygające.
Informują media, że Mateusz Szczurek, przyjmując tę robotę, doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że on w tym rządzie będzie pełnił funkcję wyłącznie dekoracyjną. On musiał wiedzieć, że to, iż Donald Tusk nie uczynił go nawet wicepremierem, to nie jest jakieś zaniedbanie obłąkanego umysłu, ale gest przemyślany; gest o pewnym bardzo istotnym znaczeniu. On wreszcie musiał wiedzieć, że tam nie on będzie rządził, tylko były premier Bielecki. Tyle że to najwyraźniej mu nie przeszkadza. Bo on tu nie przyszedł po to, by wyręczać Bieleckiego, czy Tuska w jego czynnościach.
Oto nastąpiła z dawna wyczekiwana przez bardziej naiwną część społeczeństwa rekonstrukcja rządu. Oto wyleciał na zbity pysk człowiek, który doprowadził do ruiny budżet państwa, a przy okazji pomógł wielu z nas zrozumieć, że ten rząd składa się z ludzi, którzy nie dość, że nie są w stanie skutecznie rządzić, to nie potrafiliby nawet przybić równo gwoździa. I nagle na jego miejsce przyszli przedstawiciele Banku ING, jak się domyślamy, już tylko po to, by ten bałagan, który on zrobił, wysprzątać i zamknąć drzwi od wewnątrz.
A ja sobie przypominam słowa Donalda Tuska sprzed paru dni, jeszcze sprzed tej nieszczęsnej reorganizacji, gdy zapytany, czy mu nie będzie trudno znaleźć odpowiednich następców dla odchodzących ministrów, odparł, że z tym nie będzie problemu, bo „w Polce jest dużo ludzi poszukujących pracy”. Niezwykła szczerość. Powiedziałbym, że to jest szczerość dziecka, które się już nadaje tylko do tego – przepraszam za drastyczność porównania, ale kiedy myślę o nim, nic lepszego mi do głowy nie przychodzi – by je zgwałcił jakiś ksiądz-pedofil. Ale też trzeba przyznać, że to jest szczerość, która nas ustawia w pozycji ludzi, którzy już nie potrzebują zadawać pytań. Wszystko jest jak na dłoni.

Oryginalnie planowałem ten tekst umieścić tylko tu, dla najbardziej wiernych czytelników, jednak przez to, że się ni stąd ni z owąd pojawił ten nieszczęsny Rybiński, trzeba to będzie opublikować również w Salonie. Tak czy inaczej, serdecznie proszę, jeśli tylko ktoś może sobie pozwolić, wspierać to moje pisanie pod podanym obok numerem konta, bo bez tego, nie ma nic. Dziękuję.

niedziela, 17 listopada 2013

Dla naszch braci z Tatarstanu, z trwogą i wciąż nadzieją

Niestety nie znam statystyk dotyczących katastrof lotniczych w ogóle, a już z całą pewnością, jak idzie o kwestie szczegółowe. A zatem, nie mam pojęcia na przykład, jaki procent katastrof lotniczych, do których doszło przy starcie, czy przy lądowaniu, kończy się śmiercią wszystkich pasażerów. Podobnie nie wiem, w ilu przypadkach z tych najbardziej tragicznych, na pokładzie znajdował się jakiś ważny polityk, czy ktoś z jego rodziny. Mam natomiast jakąś tam wiedzę ogólną, no a przede wszystkim zdrowy rozsądek, z którego bardzo lubię korzystać, więc siedzę sobie i myślę.
Nadeszła dziś do nas wiadomość, że przy podchodzeniu do lądowania na lotnisku w Kazaniu, rozbił się samolot linii Tatarstan Airlines, pochłaniając życie wszystkich pasażerów. Wedle pierwszych relacji, pogoda była nienajgorsza, a mimo to, samolot podchodził do lądowania trzy razy, no i za trzecim razem, nie trafił, stanął w płomieniach, no i mamy co mamy.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że nadmierna podejrzliwość budzi kolejne podejrzenia, jednak nie jestem w stanie nic na to zaradzić, bo, owszem, jestem podejrzliwy, jak jasna cholera. Kiedy tylko bowiem usłyszałem o tym nieszczęściu po raz pierwszy, niemal natychmiast zadałem sobie pytanie, czy na pokładzie samolotu nie było kogoś ważnego. Czy nie jest może tak, że skoro mamy pilota, który najwidoczniej – skoro trzy razy próbuje wykonać poprawne lądowanie, i mu się nie udaje – nie jest ani pijany, ani zaćpany, ani po prostu nie struga „debeściaka”, i mu się jednak nie udaje, i to nie udaje tak, że zostaje po nim mokra plama, to znaczy, że na pokładzie musiał być ktoś choćby minimalnie ważniejszy, niż jakiś lokalny biznesmen, czy artysta estradowy? I oto już następna po pierwszej informacji wiadomość daje nam na to pytanie odpowiedź: ależ tak, na pokładzie tego samolotu był syn prezydenta Tatarstanu.
Zdaje sobie oczywiście nieprzerwanie sprawę z tego, że ta notka jest oparta głównie na moim podstawowym wyznaniu, że mianowicie nie wiem nic. Mimo to zaryzykuję i powiem raz jeszcze: poza tym, że Tatarstan to republika Rosyjska o jakiejś tam pozornej autonomii, posiadająca, jak się okazuje nawet swojego prezydenta, i że jej pierwszym surowcem jest ropa naftowa, wydobywana w wielkości 1 mld ton, w tym akurat temacie jestem kompletnie „zimny”. Natomiast, jak już wspomniałem, mam tę swoją najbardziej ogólną wiedzę i pewien typ wrażliwości, który każe mi sobie próbować wyobrażać, co się działo w głowie pilota tego samolotu, kiedy on dokonywał pierwszej, potem drugiej, i w końcu trzeciej próby lądowania, i widział, że coś zdecydowanie „nie gra”. I teraz, kiedy czytam, że „wedle wstępnych ocen” to on tu popełnił błąd, sierść na moim karku drętwieję mniej więcej tak, jak mojemu psu, kiedy widzi, jak z naprzeciwka nadchodzi jego główny wróg.
Ale powiem coś jeszcze. Otóż, jak niektórzy czytelnicy tego bloga wiedzą, jednym z moich ulubionych filmów – a i książek przecież – jest „Ojciec Chrzestny”. I ja z tamtej historii bardzo dobrze pamiętam scenę, kiedy Don Corleone negocjuje z głowami pozostałych nowojorskich Rodzin kwestię powrotu Michaela z Sycylii. W pewnym momencie mówi on coś takiego mniej więcej: „Wiem, że panowie nie macie złych intencji, jednak ja jestem człowiekiem przesądnym. A zatem, jeśli mój syn zginie choćby skutkiem uderzenia pioruna, będę musiał za tę śmierć winić któregoś z panów”.
Na koniec jeszcze jedna refleksja, która musiała się tu pojawić. Tatarstan. Cóż to za przedziwne miejsce! Jestem pewien, że wielu z nas nawet nigdy dotąd o nim nie słyszało. Krzyczę więc: „Niech żyje Polska!”… i nagle – drugi raz w ciągu tego wieczoru – drętwieje mi sierść na karku. Czy ktoś mi powie może, że jestem przewrażliwiony?
No i już zupełnie na sam koniec, wyjaśnienie, po co ja tak nagle się zebrałem i postanowiłem opublikować tu ten nieważny pewnie zupełnie tekst. Odpowiedź jest prosta. Jeśli ja tego nie z robię, to kto? No kto?

Wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili, zachęcam do kupowania książki o zespołach, do nabycia albo w księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, względnie na miejscu, u mnie, z gwarantowaną osobistą dedykacją. Na specjalne życzenie, do książki dokładam płytkę DVD z całością naszego wspólnego z Gabrielem i Kamiuszkiem występu o Diable. Jeśli jednak ktoś już ma - jedno lub drugie - będę wdzięczny, jeśli w miarę możliwości zechce wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.


sobota, 16 listopada 2013

O nową budkę dla Towarzysza Ambasadora

Poniższy tekst oryginalnie planowałem zamieścić tutaj, ale pojawił się inny plan, no i to co napisałem, ostatecznie przeredagowałem do przepisowych 444 słów, i całość zamieściłem we wczorajszej "Warszawskiej Gazecie". Jeśli ktoś jednak nie miał okazji czytać tego tam, polecam tu. Myślę, że warto. Choćby po to, by się pośmiać... Byłbym zapomniał - dziękuję Sebastianowi za inspirację.


Oto znów wraca jak bumerang ów wręcz nie do zniesienia zwyczaj ustawiania nas w pozycji kogoś, kogo jedynym prawem, i w gruncie rzeczy przeznaczeniem, jest odczuwanie wstydu, i nieustanne wobec reszty świata pokutowanie.
Odbył się marsz z okazji Dnia Niepodległości, doszło do zwyczajowych przepychanek i awantur, gdzieś ktoś w kogoś rzucił kamieniem, ktoś kogoś walnął policyjną pałką, gdzieś spalono jakąś flagę, gdzie indziej wybito jakąś szybę, po każdej z zainteresowanych stron ujawniło się trochę zwykłego chuligaństwa, nadszedł wieczór… i do akcji ruszyła propaganda. Z jednym przekazem: Polska znów narobiła sobie wstydu wobec całego świata.
A ja się tylko zastanawiam, jakie refleksje na nasz temat będą mieli ci dziwacy z Francji, Hiszpanii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, czy Stanów Zjednoczonych, którzy z jakiegoś powodu zechcą swój czas poświęcić na studiowanie tych naszych tak zwanych „burd”, i usłyszą, jak to my się dziś okropnie przed całym światem wstydzimy. A więc i przed tą Anglią, Francją, czy Ameryką. Co sobie pomyśli przeciętny Anglik czy Francuz – zakładając, że temat ich zainteresuje – o nas Polakach, kiedy się dowie, że to, co się działo podczas Marszu, wzbudziło w nas owo fatalne poczucie niższości, bo oto cały cywilizowany świat dziś widzi, co my tu wyprawiamy… i rumieni się z zażenowania.
Pamiętam jak wiele już lat temu, jeszcze za głębokiego PRL-u, pojechałem do Niemiec, gdzie poznałem grupę młodych ludzi, mniej więcej w moim wieku. Poszliśmy do knajpy na piwo, i jakież było moje zdziwienie, kiedy w momencie, gdyśmy już mieli wychodzić, część moich znajomych Niemców zaczęła wynosić z pubu firmowe szklanki. Niektórzy wpychali je do kieszeni, inni pod kurtki, a jeszcze inni – bardzo sprytnie – w skarpetki. Widok ów był dla mnie szokiem, głównie z tego względu, że ja byłem tu na miejscu zawsze uczony, że to my, Polacy lubimy takie błyskotki; że to my wiemy najlepiej, do czego służą skarpetki, gdy kieszenie są zbyt małe. I już nie potrafię zliczyć, ile razy już po latach, to tu to tam, ktoś mi powtarzał, jaki to wstyd jest być Polakiem.
Podczas Marszu ktoś spalił stojącą przed rosyjską ambasadą policyjną budkę. Ów bezprzykładny atak wandalizmu wywołał reakcję władz rosyjskich, które zażądały od Polski oficjalnych przeprosin. Ja oczywiście wiem, że czasy takie, że ani premier polskiego rządu, ani prezydent państwa nie wydadzą oświadczenia, w którym uzależnią rozważenie przeprosin od, na przykład, wydania nam wraku samolotu.
I to jest moja pewność, natomiast mam jeszcze obawy. Otóż boję się, że na przeprosinach się nie skończy. Jest bardzo możliwe, że w najbliższych dniach dojdzie do tego, że Prezydent zaprosi do Belwederu grupę warszawskich gimnazjalistów i wspólnie wybudują dokładnie taką samą budkę, jaka została zniszczona przez „polską faszystowską dzicz”. Uroczystość wręczenia będzie transmitowana przez wszystkie telewizje, a świat aż przysiądzie z wrażenia.

Wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrozbili, zachęcam do kupowania ksiązki o zespołach, do nabycia albo w księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, względnie na miejscu, u mnie, z gwarantowaną osobistą dedykacją. Na specjalne życzenie, do książki dokładam płytkę DVD z całością naszego wspólnego z Gabrielem i Kamiuszkiem występu o Diable. Jeśli jednak ktoś już ma - jedno lub drugie - będę wdzięczny, jeśli w miarę możliwości zechce wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 14 listopada 2013

Wrocław - Pietuszki, czyli powrót do PRL-u

Michael Palin, o którym tu już w tym kontekście wspominałem, w swojej wędrówce dookoła świata zajechał aż do Chile, no i, siłą rzeczy, też do Santiago. I tam, w Santiago właśnie, zaszedł do jakiegoś parku, gdzie natrafił na człowieka, który stał tam sobie z Pismem Świętym w ręku i głosił swoje, jakoś tam, mniej lub bardziej związane z wiarą chrześcijańską, nauki. Możemy tę scenę oglądać na filmie telewizji BBC, a widok ów jest wręcz porażający. Otóż stoi ten człowiek na środku jakiejś alejki, z tym Pismem Świętym w dłoniach, i naucza. Co on dokładnie mówi, nie wiem, bo nie znam języka, a sam Palin – uznając widocznie, że to akurat nie jest istotne – nam jego słów nie tłumaczy. Z tego jednak, co udało mi się wychwycić, domyślam się, że treścią jego wystąpienia jest zło opanowujące świat, zło, z którym my powinniśmy w Imię Jezusa Zmartwychwstałego walczyć.
Człowiek ów więc naucza, tymczasem wokół niego – jako że to jest miejski park – widzimy ławki, a na tych ławkach zakochane pary, które, nie zwracając na owego kaznodzieję najmniejszej uwagi, z prawdziwym oddaniem - jak to zakochane pary - się obściskują. No a na jednej z tych ławeczek siedzi też sam Palin, jednym okiem patrzy na tych zakochanych, drugim na kaznodzieję, no a świat się kręci wedle swojego wewnętrznie ustalonego porządku.
Jak już wspomniałem, kaznodzieja jest jeden, a ja się zastanawiam, czy gdyby tam z nim był jeszcze ktoś, powiedzmy rozdający jakieś ulotki, czy atmosfera byłaby tak samo zgodna? No a gdyby tam były nie dwie, ale cztery osoby: on, głoszący Słowo Boże, jego rozdający ulotki kolega, no i na przykład dwie pobożnie klęczące i odmawiające Różaniec dziewczyny? Czy ktoś by zainterweniował? Czy może przyjechałaby policja i ich wylegitymowała? A może ci zakochani dostaliby na nich cholery i ich stamtąd przepędzili? A może któryś z nich by wstał i demonstracyjnie oddał mocz na te klęczące i modlące się dziewczyny? Tego oczywiście nie wiemy, ale mam bardzo mocne wrażenie, że nawet gdyby ich tam było sześcioro, o ile tylko wciąż jedyne, co by było widać i słychać, to ta modlitwa i ta Ewangelia, wszystko pozostałoby dokładnie na tym poziomie, jaki mieliśmy okazję oglądać na tym filmie. A więc Palin by siedział i kontemplował ów widok, a młodzi na to, co się wokół niech dzieje, nie zwracaliby nawet uwagi, bo są zakochani i ich nic poza tą ich miłością nie interesuje.
Chyba kilka dni temu na którejś z wrocławskich ulic pojawiła się paroosobowa grupa młodych ludzi, reprezentujących coś, co, o ile dobrze zapamiętałem, nosi nazwę Krucjaty Modlitewnej i postanowili przeprowadzić akcję ewangelizacyjną na rzecz zachowania czystości w duchu chrześcijańskim. Nie mam do końca pewności, ilu ich tam dokładnie było, ale z tego co zauważyłem na umieszczonym w Sieci filmie, mieliśmy tego „kaznodzieję”, dwie osoby odmawiające Różaniec, oczywiście człowieka z kamerą, no i ludzi przechodzących tamtędy, w jedną czy drugą stronę. A zatem, sytuacja była dość podobna do tego, cośmy oglądali w pokazanym przez Michaela Palina parku w Santiago. Z jedną bardzo istotną różnicą. Otóż w pewnym momencie, w oknie sąsiadującego z placem bloku pojawiła się jakaś kobieta, skutecznie obrzuciła modlących się jajkami, po czym pokazała im środkowy palec i zamknęła się w mieszkaniu. W pewnym też momencie podszedł do nich jakiś w najmniejszym stopniu nie wyglądający ekscentrycznie człowiek, zwymyślał ich powszechnie uważanymi za obelżywe słowami, by na nich w końcu dosłownie nasikać.
Wreszcie pojawił się radiowóz policyjny, wyszło kilku policjantów – mam wrażenie, że było ich więcej, niż tych ludzi z Krucjaty – i rozgonili „nielegalne zbiegowisko”. Oczywiście nie przy pomocy armatek wodnych, pałek, czy gazów łzawiących – w końcu mamy upragnioną demokrację – ale w sposób jak najbardziej cywilizowany, a więc legitymując modlących się i tym samym skutecznie przerywając akcję.
Jak to się stało, że policja – która wcześniej akurat, kiedy Krucjata była obrzucana jajami, przeklinana i wreszcie oblewana moczem, szczególnego zainteresowania wydarzeniem nie wykazała – zjawiła się na miejscu? Jak sądzę, musiało dojść do interwencji. Jest prawdopodobne, że któryś z przechodniów, widząc, co się dzieje, zadzwonił po policję, no i oni przyjechali. Tyle że ja się zastanawiam, co ten ktoś powiedział? Jak owo zawiadomienie o przestępstwie mogło wyglądać? Jak ja bym coś takiego zgłaszał? „Dzień dobry. Informuję, że na Rynku stoją jacyś i się głośno modlą”? No a wtedy co? Dyspozytor mówi: „Dziękuję za zgłoszenie. Już jedziemy”? No, bądźmy poważni.
Otóż moim zdaniem tak to wyglądać nie mogło. Tu musiało dojść do interwencji na znacznie wyższym szczeblu. Na filmie krążącym w Sieci to wszystko świetnie widać. Ci biedni policjanci wyglądają, jakby jedyne co im przychodziło do głowy, by powiedzieć, to: „Zrozumcie nas. My tu tylko sprzątamy”. Tyle że tego nie powiedzieli, no bo jak? To wszystko musiało się odbyć w zupełnie inny sposób. Telefon na policję musiał przyjść z zupełnie innej strony, i to nie dyspozytor odbierał to doniesienie. Przynajmniej nie w pierwszej kolejności. I forma owego doniesienie też była kompletnie inna. To nawet nie było doniesienie. To musiało być proste, czyste polecenie: „Wyślijcie mi tam ludzi i zróbcie porządek z tą bandą faszystów. I to raz dwa”.
Kto więc tam był przede wszystkim zaangażowany, tego nie wiem. W końcu nie jestem z Wrocławia i nie znam tam obowiązujących zależności. Natomiast wiem jedno z całą pewnością. Polska jest krajem zdecydowanie bliższym, nie tylko geograficznie, ale przede wszystkim, cywilizacyjnie, Rosji, niż Chile. I wcale nie uważam, że to dlatego, że Pinochet już nie żyje, a Jaruzelski – owszem.

Zachęcam oczywiście do kupowania książki o zespołach, która jest do nabycia u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, i – jeśli ktoś ma ochotę na autograf – i u mnie osobiście. Przy okazji również informuję, że przed nami parę spotkań oko w oko. 29 listopada będę w Warszawie na targach książki, 7 grudnia mam spotkanie autorskie w księgarni „Latarnik” w Częstochowie, już następnego dnia jadę na targi do Wrocławia, a parę dni później z Gabrielem będziemy się produkować w Katowicach u Franciszkanów. Oczywiście o każdym ze spotkań będę na bieżąco przypominał. Oczywiście, jak zawsze, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Jeszcze raz o człowieku, który był nikim

Sprawa jest już wprawdzie zamierzchła, ale ponieważ tekst, który napisałem specjalnie do bieżącego wydania "Warszawskiej Gazety" jest, moim zdaniem, wart zapoznania się, wklejam go i tu. Bardzo proszę.

Myślałem, żeby już dać spokój Tadeuszowi Mazowieckiemu, jednak atmosfera wciąż jest tak – nie z mojej winy – napięta, że chyba się nie uda. Otóż temat ten jest nam podrzucany z dwóch stron: z jednej mianowicie zasypywani jesteśmy kolejnymi informacjami, jak to Tadeusz Mazowiecki tworzy centrum historii III RP, a z drugiej, w momencie, gdy ową centralność próbujemy kwestionować, lub choćby stawiać pytania diagnozę tę doprecyzowujące, jesteśmy oskarżani o brak szacunku dla zmarłych.
Otóż ja mam wrażenie, że za tą metodą – bo to robi wrażenie starannie opracowanej metody – stoi bardzo cwany plan. Chodzi mianowicie o to, by najpierw tych z nas, którzy są szczególnie wrażliwi na bezczelne kłamstwa doprowadzić do szewskiej pasji, a następnie zacząć nam tę pasję wytykać. Oto niedawno Tomasz Lis w „Newsweeku” napisał rzecz kuriozalną. Bardzo uczciwie wprawdzie zwrócił uwagę na złośliwie pomijany w politycznej debacie fakt, że Tadeusz Mazowiecki jest autorem najbardziej dotkliwej politycznej porażki ostatnich 20 lat, by natychmiast ogłosić, że ten sam Mazowiecki z owej porażki się odrodził, by zostać ową główną osobistością polskiej historii, obok Bronisława Geremka, Jacka Kuronia i Lecha Wałęsy.
I to jest właśnie coś, co osobiście uważam za wyjątkowo brudną próbę rozjuszenia tych z nas, którzy są szczególnie wrażliwi na tego typu łgarstwa. Bo o co chodzi? Prawdą jest, że Tadeusz Mazowiecki, mając pod koniec roku 1989 i na początku 1990 praktycznie stuprocentowe poparcie społeczne, w ciągu zaledwie kilku miesięcy wywołał w ludziach takie rozczarowanie, że z tych 100 procent pozostało może 10, albo jeszcze mniej. I to było osiągnięcie niezwykłe. To, trzeba przyznać, było czymś, czego nie udało się przez te 20 ponad lat osiągnąć nikomu, nawet Lechowi Wałęsie, który, przypomnijmy, wprawdzie zjechał w pewnym momencie do jakiegoś procenta, jednak startował z poziomu znacznie niższego, niż premier Mazowiecki.
Co było z Mazowieckim później? Czy on nagle pozbierał się z tego upadku, założył partię, wygrał wybory i został premierem, prezydentem, albo choćby ministrem? Oczywiście, że nie. Wszyscy wiemy, że jedyne, co go w tym politycznym życiu spotkało, to funkcja szefa partii o nazwie Unia Wolności, którą doprowadził do rozbicia, i, konsekwentnie, ostatecznego upadku. I oto całość tej nędznej historii.
Lis wymienia jeszcze innych bohaterów swojego smutnego życia, takich jak Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, czy Lech Wałęsa, jednak trzeba przyznać, że choć każdy z nich był wyłącznie zabawką w rękach Systemu, przynajmniej od czasu do czasu potrafił robić wrażenie. Mazowiecki do samego końca pozostał typową kukiełką, wyciąganą na specjalne potrzeby. Mazowiecki stanowił porażkę nawet przy tych trzech.
Umarł Tadeusz Mazowiecki i pojawia się pytanie – zwłaszcza wśród młodych, którzy nie zdążyli się zorientować – kto to taki. Otóż odpowiedź jest prosta: To jest nikt. Podobnie jak niczym były czasy, w których przyszło mu mieć te swoje ponure 15 minut.

Zachęcam oczywiście do kupowania książki o zespołach, która jest do nabycia u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, i – jeśli ktoś ma ochotę na autograf – i u mnie osobiście. Przy okazji również informuję, że przed nami parę spotkań oko w oko. 29 listopada będę w Warszawie na targach książki, 7 grudnia mam spotkanie autorskie w księgarni „Latarnik” w Częstochowie, już następnego dnia jadę na targi do Wrocławia, a parę dni później z Gabrielem będziemy się produkować w Katowicach u Franciszkanów. Oczywiście o każdym ze spotkań będę na bieżąco przypominał. Oczywiście, jak zawsze, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta.

niedziela, 10 listopada 2013

Narkomanów już znamy, teraz pora na pedofilów

W tych dniach reżimowe media podały informację zatytułowaną bardzo adekwatnie: „Artyści piszą do premiera w sprawie narkotyków”. O co chodzi? Otóż o to, co zawsze, czyli o zalegalizowanie handlu marihuaną. Również metoda przyjęta przez „artystów’ jest taka jak zawsze. Oni nie zwracają się do Premiera z podaniem w stylu: „Szanowny Panie Premierze! My niżej podpisani narkomani-celebryci prosimy o to, by zechciał Pan wpłynąć na parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej w taki sposób, byśmy mogli bezkarnie oddawać się swojemu nałogowi, a dziś, ze względu na obowiązujące w Polsce prawo, albo nie możemy, lub, nawet jeśli możemy, to ryzykujemy ciągłym stresem”. O nie! Oni są znacznie bardziej dyskretni. Oni przede wszystkim w ogóle nie wspominają o tym, że piszą we własnej sprawie; wręcz przeciwnie – za nimi stoi troska o innych, o ludzi chorych, słabych, wykluczonych, dla których „upalić się” jest często jedynym lekarstwem.
Ja wcale nie żartuję. Tam jest wszystko dokładnie i bardzo jednoznacznie wyjaśnione. Proszę się trzymać foteli:
Cała Europa zmaga się z kryzysem, w wyniku którego tysiące młodych ludzi żyje bez pracy. Wiadomo, że kiedy źle i trudno, ludzie częściej sięgają po substancje, które pomagają radzić sobie z problemami. Kryminalizując ten sposób ‘leczenia duszy’, dodatkowo pozbawiamy naszą młodą generację perspektyw na przyszłość”.
Ktoś powie, że ze względu na poruszaną kwestię i ludzi, którzy stoją za tym apelem, to nie jest temat. W końcu, jak długo można się zatrzymywać nad tym, co nam ma do powiedzenia Kamil Sipowicz, Kora i Zbigniew Hołdys, czy to w temacie legalizacji narkotyków, czy też delegalizacji faszyzmu, czy nawet ograniczeniem prawa do pedofilii do środowisk celebryckich? I ja bym się oczywiście z tym zarzutem zgodził, gdyby nie fakt, że tym razem jednak mamy do czynienia nie tylko z Sipowiczem, Korą i Hołdysem, ale prawdopodobnie z pełnym przedstawicielstwem całego tego zaćpanego towarzystwa. Pod apelem do premiera Tuska mamy 48 nazwisk, a ponieważ wśród nich jest wiele takich, których w żaden sposób nie możemy określić, jako artystów, mam bardzo mocne przekonanie, że tu się zebrali wszyscy polscy narkomani-celebryci. Weźmy choćby takiego Sipowicza, który dotychczas był przedstawiany, jako filozof, jednak tu występuje w roli dziennikarza. Dziennikarzy zresztą mamy więcej: jest więc Mirosław Chojecki, Robert Makłowicz, Mikołaj Lizut, Aleks Kłoś i pewnie jeszcze paru, których mi się sprawdzać już nie chciało. Jest też kilku pisarzy, poetów, jest jeszcze jeden oprócz Sipowicza filozof, człowiek o nazwisku Środa, jest jego żona Magdalena Środa, też filozof, a tak to już cała zbieranina jakichś pisarzy, aktorów, reżyserów, piosenkarzy. No i oni wszyscy występują tu, jako artyści zatroskani o los ofiar światowego kryzysu o chorych duszach.
Otóż, moim zdaniem, to jest bardzo dobra wiadomość. Jak idzie o tę część naszego społeczeństwa, która nie jest bezpośrednio związana z działalnością gangów – tu oczywiście mam również na myśli polityków – ani też zaćpana nie zdycha jeszcze w rynsztokach, udało się nam wyróżnić tak zwane lobby narkotykowe. To wprawdzie wciąż nie jest jeszcze lobby pedofilskie – a przynajmniej nie pełne – ale z całą pewnością udało się zrobić pierwszy krok.
No a ja mam jeszcze osobistą satysfakcję. Wszystko wskazuje na to, że Daniel Olbrychski nie jara. On jest tylko głupi. Tak podejrzewałem.

Bardzo dziękuję za wysłuchanie niezwykłej relacji Don Paddingtona. Jestem wdzięczny za obecność i za wszystkie komentarze. Mam nadzieję, że Ksiądz nam znów za jakiś czas napisze coś nie mniej ważnego. Tymczasem proszę nie odchodzić i łaskawie wspierać ten blog w miarę możliwości. Dziękuję.






piątek, 8 listopada 2013

Don Paddington: Ks. Rzeźniewski i inni, czyli o rozłamanej i zrzuconej z ambony świecy (cz.4 ostatnia)

Prolog
Z przemówienia papieża Piusa IX do włoskiej młodzieży, 28.06.1873.:
Niechaj będzie w waszych sercach zawsze wyryte, że wszyscy ci, którzy lekceważą rzeczy święte, wszyscy ci, którzy biorą na cel Kościół, albo (…) powstają przeciw nadużyciom, które, jak im się zdaje, wkradły się do Kościoła, i was pobudzają, abyście przejęli się ich uczuciami, dzielili ich zasady, i ich urojone reformy; powiedzmy otwarcie, że ci, którzy tak mówią, należą do tego świata, a świat ten nie może być z nami. I czy mówią z przekonaniem, czy mówią z próżności, czy mówią, szukając fałszywej popularności, w jakiejbądź myśli mówią, zawsze jest prawdą, że przedstawiają ten świat.

Wytknęła na niego cały język.
Katolik, 17.09.1874.: Ksiądz Kubeczak ma już służbę i nabożeństwo odprawia. Wczoraj przy piątku miał pierwszą mszę, a znajdowało się na niej jedenastu ludzi i żandarm! Ludziska poszli więcej z ciekawości jak z rzeczywistego nabożeństwa. Tutejszych parafian podobno wcale nie było, tylko z obcych parafii. (…) W piątek pogrzeb się odbył (…). Ojciec dziecka zmarłego przysłał konie po ks. Bąka, wikaryusza miejscowego, zrana ten tamże w domu ciało pokropił i odprowadził do figury przed wsią stojącej. Zatrzymani z pogrzebem przez żandarmów (…), stanęli przed kościołem, ale ojciec stanowczo oświadczył, że posługi ks. Kubeczaka nie przyjmuje, dzwonić nie każe, a na odgrażanie, że niewolno mu będzie chować dziecka na cmentarzu, powiedział: „To ciało wam na ulicy zostawię, a sami z czasem pochowacie!” Pozwolili mu zatem pochować zwłoki dziecka na cmentarzu.
Żandarmi każdą czynność ks. Bąka notują. (…) Żydostwo okropnie lud namawia, aby nowemu proboszczowi byli powolni. Prawdziwych wikaryuszy ma w osobach niektórych żydów.

Wiarus, 17.09.1874.: Jak Posener Ztg. donosi, naczelny prezes już wytoczył proces przeciwko ks. Rzeźniewskiemu o rzucenie klątwy na Kubeczaka. (…) W zeszły czwartek odbyła się u ks. dziekana Rzeźniewskiego w Jarocinie rewizya. Szukano pisma upoważniającego od apostolskiego delegata, na mocy którego Kubeczak został wyklęty. Dziekan Rzeźniewski przesłał podobno dokument, rzucający na niego klątwę Kubeczakowi, ale ten go nie przyjął. Dokument ten znaleziono później wraz ze złamaną świecą woskową w kościele w Książu i posłano naczelnemu prezesowi.

Z listu Kubeczaka do kapituły poznańskiej, 22.09.1874.: Doszło już do mej wiadomości, że dziekan Rzeźniewski w kościele włościejewskim 6 bm. mnie wyklął i dalsze rozszerzenie tej ekskomuniki spowodował. Nie czuję się przecież winnym żadnego wykroczenia, któreby na mnie tak surową karę kościelną sprowadzić mogło. Żadnego dogmatu kościoła rzymsko-katolickiego nigdy nie zaczepiłem, ani teraz nie zaczepiam, nawet przeciw dogmatowi nieomylności Papieża nigdzie się nie oświadczyłem.
Rzucona na mnie wielka ekskomunika jest zupełnie nieważną, bo prawo rzucenia klątwy służy tylko Papieżowi lub biskupowi, w żadnym razie zaś pojedynczemu dziekanowi. Nawet oświadczenie dziekana, że działał w imieniu apostolskiego delegata, nic nie znaczy. Dziekan dotąd mi nie udowodnił, że kanonicznie ustanowiony delegat rzeczywiście istnieje i nie podał mi jego nazwiska ani miejsca zamieszkania.
Delegat rzeczony dziekana, mnie i całemu duchowieństwu dyecezyalnemu nie jest ani osobiście znanym, ani też jako prawowity przełożony stosownie do przepisów dawniej, ani teraz nie został ogłoszonym. Jak nieznajome prawo nikogo nie obowięzuje, ani nawet obowięzywać nie może, tak i nieznajomy przełożony, czy to biskup czy delegat nie jest wcale przełożonym, i jako taki nie ma prawa publicznie mnie sądzić.
Widzę się dla tego zmuszonym przeciwko takiej swywoli i zgwałceniu wszystkich kościelno-kononicznych praw i przepisów jak najstanowczej głośno zaprotestować i Wielebną Kapitułę metropolitalną uwiadomić, że nigdy się nie poddam wyrokowi nieznajomego człowieka. Czuję się w honorze mym publicznie zaczepionym, za co pogwałciciela mego honoru, Rzeźniewskiego prawnie ścigać będę, ale nie uznaję się za wyklętego.
Podpis: Kubeczak,

Katolik, 1.10.1874.: Ks. Kubeczak z Książa zaprotestował przeciw wykluczeniu w obec kapituły i ks. Rzeźniewskiego dziekana. Zaślepiony, sam się odszczepił nieposłuszeństwem od Kościoła, a woła że do Kościoła należy żywego. (…) Podczas nabożeństwa Kubeczaka w Książu znajduje się 6 osób. Innowiercy zmuszają sługi, aby szły na nabożeństwo świętokradzkie, wódkę dają ludziom aby ich słuchali.

Przegląd Lwowski, 1.10.1874.: Ks. Kubeczak czy pan Kubeczak wytoczył proces ks. dziekanowi Rzeźniewskiemu o obrazę honoru za ogłoszoną przeciwko niemu wielką klątwę, a równocześnie w listach tak do czcigodnego dziekana jak i kapituły poznańskiej raczył oświadczyć, ze nie uważa się wcale za związanego klątwą, gdyż ta nie została ogłoszoną przez biskupa lub jego wikaryusza, ale w imieniu jakiegoś nieznanego nikomu delegata apostolskiego; a następnie twierdzi, że on w niczem nie naruszył dogmatów Kościoła. Ciekawa rzecz, coby zrobił p. Kubeczak, gdyby znał delegata? Prawdopodobnie postarałby się, (…), aby go osadzono w więzieniu. Protoplasta apostatów Judasz wszystkim swoim synom wytknął pierwszy drogę, jak sobie mają radzić.
Jakibądź atoli los spotka ks. dziekana Rzeźniewskiego, pozostanie on na zawsze w rocznikach obecnego prześladowania jako wzór wierności Kościołowi, jako chluba kapłaństwa i ojczyzny! Po Najczcig. ks. Prymasie, ks. biskupie Janiszewskim i kanonikach Wojciechowskim i Korytkowskim, pierwsze on będzie zajmował miejsce. Dopełnił czynu, który wywołał podziw w świecie katolickim, wprawił w zdumienie zaciekłych wrogów Kościoła. Piętnując na polskiej ziemi przez polskiego kapłana spełnioną zbrodnię, pomścił znieważoną godność kapłańską, uchronił polskie społeczeństwo od pozornej nawet zakały! Cześć kapłanowi dzielnemu, cześć Mu i dzięka od prześladowanej Polski!

Wiarus, 8.10.1874.: Delegata apostolskiego w skutek rozporządzenia król. prokuratoryi, na gwałt szukają i w tym celu odbyły się u kilku księży rewizye policyjne, które przecież do żadnego nie doprowadziły rezultatu. (…) Ks. wikaryusza Bąka, który rozkazu landrata, aby W. Ks. Poznańskie w przeciągu 12 godzin opuścił, nie posłuchał, w niedzielę rano przemocą, z Książa wywieziono

Przegląd Lwowski, 15.10.1874.: Rząd zdaje się dążyć do formalnego ogłodzenia naszego duchowieństwa. Nie tylko bowiem jednego po drugim, zwłaszcza wśród nowo wyświęconych księży, pozbawia posady i utrzymania, ale jakby zazdroszcząc możliwej ucieczki i przytułku, stawia największe trudności obywatelom, którzyby wygnańców do domów swoich przygarnąć chcieli, postanawiając, aby żaden kapłan bez konsensu rządowego nie mógł sprawować urzędu nauczyciela lub kapelana, nawet w prywatnych domach. Gwałt i bezprawie zastępują dziś bezczelnie znaną dawniej legalność i drobnostkowy formalizm pruski. Ks. Bąka, wikaryusza z Książa, który dla parafian zasmuconych intruzem, odprawiał nabożeństwo w sąsiedniej wsi Włościjewkach, w dwunastu godzinach wywieziono za granice Wielkiego Księztwa Poznańskiego. Tymczasem na schyzmatyckich nabożeństwach ks. Kubeczaka, zaledwie trzy osoby się znajdą. Klątwa na niego rzucona przez ks. dziekana Rzeźniewskiego, głęboko poruszyła lud okoliczny i do reszty odstręczyła od intruza. Ks. Rzeźniewski w nagrodę za okazaną czynność i przezorność prawdziwie apostolską, dostanie się zapewne do więzienia.

Katolik, 22.10.1874.: Sławny Kubeczak tylko jeszcze podczas nabożeństwa ma 3 kobiety, organista i kalkonista opuścili go także. (…) Po Dr Kühna z Książa posłał p. Karśnicki z Mchów. Doktór czy tam dotąd jadąc czy z powrotem zabrał Kubeczaka. Skoro się p. Karśnicki i ludzie dowiedzieli o tem, spalono na polu wóz na którym siedział kapłan odstępca.

Niedziela, 25.10.1874.: Ten wyklęty były ksiądz Kubeczak pisał do Rzymu skargę na księdza dziekana Rzeźniewskiego, że go nieprawnie wyklął; ale co mi to za skarga, w której grozi, że choć mu nie dadzą racyi, to on jednak nie ustąpi z probostwa. Módlcie się też i za niego, żeby się upamiętał, a zdjął z naszego kraju ten smutek, jakim nas napełnić musi każde odszczepieństwo, a co dopiero księdza.

Katolik, 29.10.1874.: Kubeczak apelował do papieża jakoby niesłusznie został wyklęty. (…) Pan K. prosił „Wiarusa” aby umieścił apelacyą do Rzymu. „Wiarus” mu na to odpisał: „Mój Panie! Jesteś synem polskiego wieśniaka, masz polskie nazwisko, umiesz po polsku mówić i pisać, jesz polski chleb a zaparłeś się w niemieckich publicznych pismach polskiej narodowości… Jesteś osądzonym i nie ma dla ciebie ratunku, bo nic już nie może pomódz temu, kto tak nisko upadł, iż nawet swej narodowości się zaparł!”

Katolik, 29.10.1874.: Ks. Rzeźniewski w Jarocinie miał być fantowanym, lecz nikt nie chciał rzeczy wynieść z domu, nawet robotnicy przy koleji żelaznej odmówili pomocy. Ks. Rzeźniewski odprawia nabożeństwo we Włościejewkach, należących do jego dekanatu.

Kurjer Warszawski, 19.12.1874.: Szósty dziekan dyecezji poznańskiej i gnieźnieńskiej uległ karze za utrzymanie w tajemnicy nazwiska delegata apostolskiego w prowincji: jest nim dziekan Danielski z Kozielca. Dziekan Rzeźniewski, który cisnął był klątwę na Kubeczaka, został wydalony za granice wielkiego księztwa, bez wyroku na mocy rozporządzenia nadprezydenta.

Gwiazdka Cieszyńska, 9.01.1875.: Już wszyscy prawie biskupi niemieccy ukarani zostali więzieniem lub grzywnami, iż nie poddali się ustawom majowym; a półtora tysiąca księży skazano również na więzienie lub wygnanie. Z największem natężeniem jednak prowadzi rząd pruski tę walkę w Poznańskiem. Uwięziono arcybiskupa Ledóchowskiego i wszystkich administratorów dyecezji poznańskiej i gnieźnieńskiej. Liczba dziekanów, proboszczów i wikarjuszów zamkniętych w więzieniach powiększa się z dniem każdym. Oprócz więzienia, są kary pieniężne i wygnanie. Już nawet nie wyrok sądowy, ale proste widzimisię landrata może skazać kapłana na utratę mienia i wszystkich praw obywatelskich. Ksiądz nie mający uznania rządowego, jeżeli odprawi mszę, ochrzci dziecko lub pochowa zmarłego, odpokutować musi karami. Parafianie broniący majątku kościelnego, wrzucani bywają do więzienia. (…) Wiele parafij zostało bez duszpasterzy i nastają czasy, że lud wierny swej religji, będzie musiał potajemnie sprowadzać sobie księży dla zaopatrzenia jego duchownych potrzeb.

Niedziela, 14.02.1875.: Na opróżnione probostwo w Kamionnie zamianował rząd jakiegoś księdza Kika ze Ślązka, a dnia 1go bieżącego miesiąca wprowadził go lantrat na probostwo i do kościoła. (…) Ks. dziekan założył protest przeciwko temu, ale p. lantrat mimo protestu oddał protegowanemu swojemu najprzód akta parafialne, znajdujące się w szafie; potem, wziąwszy klucze, wiszące na zwykłem swem miejscu, udał się do kościoła. (…) Pan lantrat kazał otworzyć kościół, a ks. dziekan, stanąwszy we drzwiach, jeszcze raz zaprotestował i wezwał powtórnie ks. Kika, aby się cofnął; ale ten obok niego przecisnął się do kościoła, a za nim weszła cała jego obrona. Dopełnił tym sposobem gwałtu, który na jego nieszczęsną głowę ściągnął całe brzemię najcięższych kar kościelnych.

Katolik, 18.02.1875.: Rejencya żąda od ks. Bąka. 2 tal 11 sgr. 6 fen za wywiezienie go gwałtem z Poznańskiego. Ks. Bąk nie ma czem zapłacić, zresztą nie prosił nikogo aby go wywoził.

Gazeta Narodowa, 27.02.1875.: Zabawna a charakterystyczna zaszła [w Poznaniu] scena. Przybył tu ksiądz katolicki z nieco odległych stron, nieznany w Poznaniu. Przyjaciel jego, żartowniś, zaprosił go do restauracji Mildauera, przy placu Wilhelmowskim. Gdy weszli, kilkanaście osób było w Sali, a przyjaciel zapytuje gościa: „Księże Kubeczaku, cóż będziesz jadł?” Ksiądz ruszył ramionami i uśmiechnął się, gdy na sam zadźwięk nazwiska Kubeczaka, wszyscy goście jakby na komendę do przyległego pierzchnęli pokoju i zamierzali wynieść się całkiem. Wtedy nadszedł gospodarz i przedstawił księdzu i przyjacielowi tegoż, że goście jego wynoszą się, bo nie chcą pod jednym dachem być z księdzem Kubeczakiem. Na to mniemany Kubeczak chciał coś odpowiedzieć, ale przyjaciel nie dozwolił mu mówić i wziąwszy go pod rękę zawołał: „To więc pójdziemy do Myliusa hotelu!” i wyszli. W hotelu Myliusa Drezdeńskim niemal sami tylko bywają Niemcy, mianowicie też oficerowie, i żartowniś chciał doświadczyć, jakie tamże nazwisko Kubeczaka sprawi wrażenie. Weszli do Sali i zastali przy stole kilku oficerów. Kazali sobie podać kotlety, a przyjaciel na głos cały zapytał: „Księże Kubeczaku, czy pozwolisz wina?” Na to porwali się oficerowie, jakby jeden mąż, zawoławszy: Der Pfaffe Kubeczak! Przystąpili do niego i kłaniając się z wyrazem sarkazmu, wołali, że przedstawiają się dem Pfaffen Kubeczak. Kłaniając się ciągle i powtarzając te wyrazy, potrącali go, to w ramię, to w plecy. Wreszcie jeden szturknął go w łokieć, że sobie widelcem wargę przebił. Zatem biedny ofiarnik żartu miał już dosyć wszystkiego, nie dojadł kotletów i wybiegł wśród głośnego śmiechu oficerów. Może był i nieco markotny na przyjaciela, ale wszakże wielkiej doznali przyjemności, przekonawszy się, jak to oficerowie pruscy uważają Kubeczaka.

Orędownik, 18.03.1875.: Telegramy doniosły, że Ojciec św. mianował kardynałem ks. Arcybiskupa Ledóchowskiego.

Gazeta Toruńska, 24.04.1875.: Chełmno. Cośmy przewidywali, spełniło się – mamy Kubeczaka w naszej dyecezyi, a jest nim (…) ks. lic. Gołębiewski. Nieszczęsny – dobijał się sławy już w Zamartem i innych miejscowościach, sam siebie zwał sławnym licencyatem Gołębiewskim (…), ale ta sława jego pewnie nie dość jeszcze głośną mu była, począł przeto spinać się po laury na spadzistej drodze walki kulturnej. (…) Zeszłej soboty wieczorem przyjechał do Chełmna i zamieszkał w hotelu Rzymskim. Dnia następnego, w niedzielę, poszedł do kościoła gimnazyalnego na nabożeństwo (…) i usiadł między uczniami. Lecz już tu w kościele odbijały się o uszy jego niemiłe głosy: „Kubeczak! Kubeczak!” (…) Po nabożeństwie dziatwa gimnazyalna wychodząc z kościoła, otoczyła ks. Gołębiowskiego, pytając się nawzajem ciekawie, czy to ten jest Kubeczak z Płużnicy? Z wrzaskiem odprowadzili go malcy aż do hotelu Rzymskiego. (…) Następnego poniedziałku widziano Gołębiowskiego na wózku dosyć maleńkim jadącego w jedną szkapkę do Płużnicy. Słyszano tedy ze wszech stron głosy: „Kubeczak! Kubeczak!” Pan landrat chełmiński, zdaje się nie jechał z nim do Płużnicy. Tam niemiłe czekało go przyjęcie. Parafianie wyczekiwali, iżali nie jedzie „proboszcz”. Jak tam sobie z nim postąpili, nie wiem. Furman, który go zawiózł, mówi, że lud bardzo rozjątrzony, i że na niego nawet chciał się rzucić za to, że woził z sobą odstępcę.

Gazeta Warszawska, 3.05.1875.: Przed wydziałem kryminalnym sądu appellacyjnego poznańskiego toczyła się w dniu 3-im b. m. sprawa przeciw ks. dziekanowi Rzeźniewskiemu z Jarocina, o rzucenie ekskomuniki na ks. Kubeczaka. Sąd śremski skazał ks. Rzeźniewskiego za to na 200 talarów grzywien lub 3 miesięczne więzienie, czem król. prokuratorya nie będąc zadowolona, wnosiła o 1 i 1/4 roku więzienia, podała appellację. Sąd appellacyjny skazał tedy księdza Rzeźniewskiego na 18 miesięcy więzienia i poniesienie kosztów procesu; król. prokuratorya wnosiła tylko o 15 miesięcy więzienia. Ponieważ na termin nie stawił się ani ks. Rzeźniewski, ani żaden obrońca, przeto zapadł wyrok zaocznie.

Przegląd Lwowski, 1.08.1875.: Jedna z najpiękniejszych kart w dziejach bieżącego prześladowania niewątpliwie należeć będzie do ks. dziekana Rzeźniewskiego. Zacny ten kapłan, ścigany listami gończemi, skazany zaocznie na ośmnaście miesięcy więzienia, nadzwyczajną zabiegliwością i roztropnością uchodzi zawsze cało i bezpiecznie z zasadzek wciąż stawianych, aby go wolności pozbawić, a bez względu na niebezpieczeństwo, o ile się tylko da, służy swym owieczkom, i nawet razporaz, w wielkie święta nabożeństwo im odprawia. Jak przed rokiem dzielne i czynne postępowanie ks. Rzeźniewskiego wobec intruza Kubeczaka stało się wzorem dla innych dziekanów, jak w podobnych radzić okolicznościach, tak odtąd jego misyonarska gorliwość jest przykładem dla wszystkich duszpasterzy.

Katolik, 16.09.1875.: Z pola walki rządu z Kościołem: We więzieniu trzymano dotąd 87 księży, między temi 29 dziekanów. Większa połowa z nich została z Księstwa wypędzoną. Bardzo wielu ucierpiało w więzieniu na zdrowiu. Stary ks. dziekan Theinert dostał kilka razy krwiotoku , sam nie chciał się prosić o zwolnienie, sam sąd musiał go zwolnić. Dziekani Wiesner, Krępeć wyszli chorzy, dziekan Danielski tak zreumatyzmowany, że trzeba go było we watę zawijać; ks. dziekan Tafelski do wód nie dojechał, raził go paraliż w drodze, i trzeba go było w osobnym wagonie sprowadzić do domu. Księdza dziekana Rzeźniewskiego trzymano przez dłuższy czas nad smrodliwym apartamentem, że brak mu było powietrza do oddychania. Dzienniki urzędowe pełne są listów gończych, które ścigają księży, razem ze złodziejami i zbrodniarzami. Obecnie jest 32 parafii bez pasterza, w 21 parafiach nie odbyło się nabożeństwo podczas Bożego Narodzenia, Wielkiej Nocy, Zielonych Świątek i Bożego Ciała. Ludzie chowają się tam sami i kamieniami oznaczają groby, aby je później za nastaniem lepszych czasów kazać poświęcić.

Dziennik Poznański, 4.02.1876.: Telegram z Berlina: „Ks. arcybiskup – kardynał hr. Ledóchowski, dziś z rana o 6 godzinie z więzienia [w Ostrowie] wypuszczony, udał się w towarzystwie landrata Dallwitza i dwóch wyższych urzędników policyjnych koleją w kierunku Wrocławia; otrzymawszy ostrzeżenie, że w razie, gdyby udał się do Szląska, Wielkiego Księstwa Poznańskiego, obwodów frankfurtskiego i kwidzyńskiego, internowanym będzie w Torgawie.”

Czas, 16 i 20.02.1876.: Kraków. W dniu dzisiejszym przybył do naszego miasta Kardynał – Prymas – Arcybiskup hr. Mieczysław halka Ledóchowski i powitany został na dworcu kolei przez całe duchowieństwo, na którego czele biskup Amatajski X. Gałecki, jako administrator tutejszej dyecezyi, oraz przez tłumy obywateli, którzy go powitali rzewnie i gorąco, a w imieniu których prezydent miasta Dr Zyblikiewicz przemówił. (…) Z dworca X. Kardynał odjechał do kościoła archiprezbiteryalnego Panny Maryi. (…) [Tam] wysłuchał klęczący przed wielkim ołtarzem krótkiego nabożeństwa z wystawieniem Przenajświętszego Sakramentu. (…) [Następnie] przyjął śniadanie u X. Biskupa Gałeckiego, poczem dopiero udał się do pałacu księżnej Cecylii z Zamoyskich Lubomirskiej, gdzie zapowiedział swoją kilkudniową gościnę. (…)
Na wieść o przybyciu Arcypasterza zgromadzili się wydaleni z Wielkopolski księża do Krakowa i otrzymali audyencye. (…) X. Kardynał każdego z osobna wypytywał, jakie koleje przechodził od początku prześladowania i gdzie się teraz znajduje. Wydalonych księży zebrało się dziewięciu: dziekan Rzeźniewski, Falkenberg, Kruczka, Rezler, Wendland, Kociałkowski, Powałowski, Krakowski i Drewo. X. Kardynał dawał każdemu udzielał rady i udzielał pociechy i otuchy do mężnego znoszenia wszelkich przeciwieństw w walce „cywilizacyjną” zwanej. (…) Potem przemówił w imieniu duchowieństwa poznańskiego X. dziekan Rzeźniewski, oświadczając wierność księży z obu dyecezyi ku swemu Pasterzowi i smutek z osierocenia przez odłączenie go od owieczek. Rozczulony do łez X. Kardynał-Prymas przemówił jeszcze kilka słów, a zgromadzeni uklęknąwszy, otrzymali błogosławieństwo do dalszej walki i wytrwania.

Przegląd Lwowski, 15.05.1876.: Liczba osieroconych [w Wielkopolsce] parafij niezmiernie ostatniemi czasy urosła; śmierć tej wiosny przerzedziła szeregi duchowieństwa, przez co wiele nowych miejscowości znalazło się znów w wyjątkowo trudnem położeniu. (…) Wszakże żadna śmierć do tyla zasmucić nas nie może, co nowe upadki i odstępstwa, które zrzadka wprawdzie, ale kilkakrotnie się wśród nas ponawiają. Dotąd jeden tylko był Kubeczak między nami, o Kicka za granicą księztwa rząd postarać się musiał, teraz do nich zaliczyć należy ks. Drążkowskiego w Lutomiu i ks. Kolanego w Murzynnie, którzy obaj wyrzekli się posłuszeństwa władzy dyecezalnej i za porozumieniem z cywilną administracyą objęli rządy dwóch nieszczęśliwych parafij. Zapewne korzystną stroną podobnych prób, że się kąkol i plewy od dobrego oddzielają ziarna, a rząd niewiele zyskuje podobnemi zdobyczami; niemniej zgorszenie jest wielkie i bieda niemała dla tylu dusz nawiedzonych najemnikiem, który i własną duszę za marny grosz zaprzedaje. Trudno opisać udręczenia biednych mieszkańców Książa, Kamionny; ten sam los czeka dziś parafian w Lutomiu i Murzynnie. Oby podobną okazać potrafili stałość! W Książu Kubeczak zaledwie dwóch sobie umiał pozyskać adherentów. Sprofanowany kościół pustkami stoi, a intruz zrażony niepowodzeniem, podobno zamyśla opuścić tak wytrwale przeciwną mu okolicę. (…)
Ks. dziekan Rzeźniewski zaocznie został sądzony, a pozew żądający złożenia parafialnej władzy, przybito do drzwi opustoszałej w Jarocinie plebanii.

Katolik, 14.09.1876.: Ks. wikary Bąk, który przed emanacyą ustaw majowych miał posadę w Książu, przed Kubeczakiem, został za to, że nie odprawiał funkcyi kapłańskich w kościele gdzie Kubeczak odprawia, tylko w domach prywatnych, wydalony z W. Księstwa Poznańskiego. Jak słyszemy, ma być zamknięty do fortecy Torgau w Saksonii.

Przegląd Katolicki, 26.10.1876.: Posener Zeitung, dziennik urzędowy Wielkiego Księstwa Poznańskiego, zamieszcza następujące ogłoszenie, które z niemieckiego tekstu w tłumaczeniu podajemy: „Wakujące probostwo. Z powodu śmierci proboszcza Barwickiego, posada katolickiego proboszcza w tutejszem okręgu obecnie wakuje. Roczny dochód wynosi 2.300 marek. Stosownie do przepisów ustawy z 20 maja 1874 r. § 13, wzywam niniejszem wszystkich kandydatów, posiadających legalne kwalifikacje do zajęcia tej posady, ażeby złożyli mi swoje świadectwa osobiście, albo listownie przed 1 października. Witaszyce, 12 sierpnia 1876 r. Kollator C. von Voss, Podpółkownik.”
Takie ogłoszenie niepotrzebuje objaśnień: odpowiedzieć na nie mogą tylko tacy ludzie jak Kick, Kubeczak i im podobni.

Goniec Wielkopolski, 18.08.1877.: Pierwszy zjazd rządowych proboszczów odbył się w Kościanie pod przewodnictwem sławetnego p. Brenka; obecnemi byli: p. Brenk jako przewodniczący, p. Gutzmer, p. Lizak, Würtz, Kubeczak, Kolany, Czerwiński, Nowacki, Rymarowicz. Wszyscy ubrani byli po cywilnemu w cylindrach i w obciągłych spodniach, krótkich surdutach, aż do niepoznania. (…) Probostwo przez cały czas obstawione było tajną i widomą policyą.

Przyjaciel, 17.06.1880.: Proboszczów rządowych jest w archidyecezyi gnieźnieńsko - poznańskiej dziesięciu. Są to: Brenk (Kościan), Czerwiński (Sieraków), Gutzmer (Grodzisk), Kick (Kamionna), Kolany (Murzynno), Kubeczak (Książ), Lizak (Skrzetusz), Nowak (Oborniki), Rymarowicz (Chrzypsko) i Suszczyński (Mogilno). Za jedenastego może rząd uważać jeszcze księdza Drążkowskiego w Lutomiu, chociaż, jak swego czasu donoszono, stanowisko jego kościelne jako „administratora” tej parafii, wskutek wyjątkowych okoliczności przez władzę kościoła zostało uprawnione.
Dyecezya chełmińska, szczęśliwie posiadająca biskupa swego w miejscu, ma tylko jednego proboszcza rządowego w Płużnicy, Gołębiewskiego.

Przegląd Katolicki, 31.03.1881.: O pogrzebie rządowego proboszcza, ks. Nowackiego w Obornikach, który się odbył d. 7 marca, pisze "Kuryer Pozn.": Przy eksportacji zwłok powiedział mowę niemiecką proboszcz rządowy Gutzmer z Grodziska, przy pogrzebie zaś przemówił po polsku proboszcz rządowy Lizak ze Skrzetusza; kondukt prowadził proboszcz rządowy z Kościana pan Brenk. Nadto obecnymi byli proboszczowie rządowi: Kick z Kamionny, Kolany z Murzynna, Kubeczak z Książa, Rymarowicz z Chrzypska – w ogóle 7. Krzyż przed konduktem niósł protestant; do niesienia świec i innej posługi użyto protestantów i żydów za pewną opłatą. Za trumną postępowali landrat i wszyscy urzędnicy – podobno z rozkazu. (…) Z katolików nikogo nie było na tym pogrzebie. Proboszczowie rządowi, tak w mowach pogrzebowych, jako też przy innych okazjach, mieli wyrażać gotowość naprawienia krzywdy, jaką wyrządzili Kościołowi.

Gazeta Warszawska, 28.01.1882.: Zawiadujący probostwem w miasteczku Książu, Kubeczak, syn okolicznego chłopa polskiego, przyjąwszy beneficyum z rąk rządowych, zmienił swoje nazwisko na „Kubetschak”.

Goniec Wielkopolski, 20.06.1882.: [Jak] opisuje Posener Bassgeige (…): „Dnia 15go bm. toczyła się przed sądem ziemiańskim w Śremie sprawa przeciwko p. K. dziedziczce z W. za szczególniejszego rodzaju obrazę p. proboszcza rządowego, Kubeczaka. Obżałowanej zarzucano, że pantomimami i giestami szyderczemi wyśmiewała pana Kubeczaka, a mianowicie, że na niego wytknęła cały język, ile go tylko z ust wydobyć mogła. Kolegium sądowe skazało obżałowaną na 20 tal. kary pieniężnej, lub 6 dni wieży.”

Z mowy posła ks. dr Stablewskiego, wygłoszonej w parlamencie niemieckim, 25.04.1883.:
Zwracam uwagę panów, na położenie parafii obdarzonych proboszczami rządowymi. Parafianie ci znajdują się w najgorszych warunkach. Gardzą oni zupełnie słusznie intruzami, a duchowieństwo sąsiednie nie może tu być pomocą, gdyż w takim razie pociągnęłyby sądy księży przed kratki. Ci panowie proboszczowie rządowi denuncyują nadto, jak Kubeczak w Książu, niosących pomoc wiernym. (…) Biedni katolicy muszą setkami, jak to z jednej parafii liczbami skonstatowano, umierać bez Sakramentów św.
Co się tyczy religijnego wychowania w parafiach, w których mamy proboszczów rządowych, to pozwolę sobie zwrócić uwagę na to, że np. w Włościejewkach, filii kościoła w Książu, żył 20-letni młodzieniec, który już dwa razy do poboru wojskowego stawał, a który dotychczas nie uczęszczał na naukę przygotowawczą do spowiedzi i komunii św. (…) Pomiędzy 555 parafiami naszej archidyecezyi mamy obecnie 165 parafij z 270000 dusz bez proboszczy; między temi 131 z 165000 dusz nie mających żadnego kapłana. Jeśli nad temi osieroconemi parafiami – w których, jak we wspomnianych Włościejewkach, według spisu 186 ludzi w ostatnich latach napróżno pragnęło w godzinę śmierci przyjąć Sakramenta św. – kapłan [z innej parafii] się zlituje, to argusowe oko policyi szpieguje natychmiast za tym księdzem, jak i to się we Włościejewkach zdarzyło. Z tego powodu był przed mniej więcej rokiem termin w Śremie. (…) Najstraszliwszemu przestępcy, którego prowadzą na rusztowanie, mordercy, nie odmawia się w godzinę śmierci pociech religijnych, dodaje mu się kapłana, który go przygotowuje na smierć i pociesza go w ostatniej godzinie. Ci z wiernych poddanych J.K.M. z których wielu pierś swą nadstawiało na polach bitwy, zniewoleni są w samotnej izdebce na łożu śmiertelnem napróżno wołać o kapłana i pociechę religijną. Z tego porównania widzicie, dokąd prowadzą ustawy majowe, jak nieusprawiedliwione są owe przepisy karne, które katolików gorzej traktują, jak zbrodniarzy. Liczba 186 ludzi, zmarłych w małej parafii bez sakramentów św. w godzinę śmierci, niechaj posłuży za miarę tych tysięcy, którzy także zmarli bez sakramentów św., niechaj posłuży za miarę boleści i bólu żyjących. A smutna ta liczba niech będzie wyrytą na pomniku, jaki dzieje kiedyś postawią z napisem: Ofiary wolności sumienia podczas walki kulturnej w Prusach.

Dziennik Poznański, 23.06.1883.: W Krakowie w dniu 20 b.m. po długiej i ciężkiej chorobie na cierpienia serca umarł ks. Prałat Rzeźniewski, proboszcz jarociński i dziekan nowomiejski. Zacny ten i szlachetny kapłan, ukochany od swych parafian a powszechnie szanowany w naszem społeczeństwie, rzucił z rozkazu władzy duchownej w kościele włościejewskim w r. 1874 wielką klątwę na Kubetschaka, rządowego proboszcza z Książa. W skutek tego zmuszony opuścić parafią, udał się do Krakowa, gdzie ks. biskup Dunajewski mianował go kapelanem u panien Wizytek, a ojciec św. mianował go prałatem domowym. Cześć pamięci zacnego kapłana Polaka!

Przyjaciel, 30.10.1884.: Pisze Kuryer Pozn. co następuje:
Jeden z nielicznego grona proboszczów rządowych ks. Tadeusz Czerwiński, opuści niebawem nadane sobie jednostronnie przez władze rządowe probostwo sierakowskie i przeseła nam następujące Oświadczenie:
Oświadczam niniejszem publicznie, że wszelkich nominacyą rządowego patrona nadanych mi praw na probostwo Sierakowskie z powodu nieuzyskania potwierdzenia od Zwierzchności Duchownej dobrowolnie i bezwarunkowo się zrzekłem i probostwo niebawem opuszczę. Szczera chęć pojednania się znów z Wysoką Władzą Duchowną i usunięcia z mą osobą przeszkody do nadesłania parafii Sierakowskiej legalnego dusz pasterza, dodaje mi otuchy do uskutecznienia powyższego kroku.
Sieraków, 24 października 1884.
Ks. Czerwiński.

Gazeta Warszawska, 12.04.1885.: Według najnowszych wykazów, w archidyecezyi tej [gnieźnieńskiej i poznańskiej] 485 parafij nie ma żadnéj obsługi, - obraz rzeczywiście przerażającego a niegodziwego, bo rozmyślnego opuszczenia. W całej archidyecezyi było tylko 10-u „sztatspropstów”, z tych pozostało po nawróceniu się księdza Kolanego tylko sześciu; z nich trzech prawdopodobnie wróci na drogę obowiązku; w pozostałej trójce jaśnieć będzie p. Kubeczak, który najpierwszy odważył się na przyjęcie z rąk policyi probostwa w Książu.

Gazeta Toruńska, 16.04.1885.: Ks. Kolany, niegdyś proboszcz w Kleszczewie, który następnie przyjął z rąk rządu probostwo w Wielkim Murzynnie, zrzekł się teraz tego beneficyum i udaje się do Krakowa na rekolekcye. Przesłał on dozorowi kościelnemu następujące pismo:
Wielkie Murzynno, 11 kwietnia.
Aby się znowu z Kościołem świętym pojednać, wysoką władzę kościelną przebłagać, zgorszenie dane naprawić, zrezygnowałem bezwarunkowo na probostwo Murzyńskie i Brańskie, klucze od kościoła oddałem dozorowi, probostwo opuszczam i wszystkich wiernych, a mianowicie Kujawiaków proszę o przebaczenie, bo udaję się na pokutę, aby mi Pan Bóg me ciężkie grzechy i przewinienie darować raczył.

„Oby się serce we łzy rozpływało!
Że Cię, mój Jezu, sprośnie obrażało;
Żal mi, ach żal mi, ciężkich moich złości
Dla Twej miłości.”
Ks. Kolany

Gazeta Warszawska, 14.01.1887.: Donoszą z Poznania, że tak zwani proboszcze rządowi: Kubeczak i Kick, po 10-u latach władania probostwami, zrzekli się ich wreszcie. Wszystkich takich proboszczów było w Księztwie Poznańskiem 10, z tych dwóch, Mörke i Nowacki zmarli, trzech, a mianowicie: Czerwiński, Kolany i Gutzmer poddali się władzy kościelnej, po rezygnacyi więc Kubeczaka i Kicka zostało już tylko trzech takich księży. Kubeczak i Kick nie ukorzyli się przed władzą duchowną, lecz urzędy swe złożyli w ręce rządu, który wymagał tego dla utrzymania spokoju. Byli oni gotowi i dawniej już ustąpić, kładli jednak za warunek, aby parafia wypłaciła im pewną kwotę. Nadmienić tu należy, że ks. Kubeczak był pierwszym proboszczem rządowym.

Przyjaciel, 15.03.1887.: Z Książa już się na dobre usunął Kubeczak i oddał klucze i księgi kościelne.

Gazeta Warszawska, 29.11.1888.: Głośny w czasie walki kulturnej proboszcz państwowy Kubeczak, dawniej pleban w Książu, zawarł w tych dniach związek małżeński w Poczdamie z niejaką Franciszką Kasprzycką.

Katolik, 12.01.1892.: Kubeczak, pierwszy ksiądz, który na początku kulturkampfu został proboszczem rządowym, zmarł nie nawróciwszy się w Nowejwsi pod Poczdamem. Nędznie żył, nędznie skończył. Teraz też dopiero się wydało, że starał się u rządu o zmianę swego nazwiska z Kubeczaka na „Kyffheuser”. Rząd nie przystał. Musiał tedy do śmierci nosić nazwisko, które hańbą okrył. Pastor protestancki go pochował.

Dziennik Poznański, 23.07.1902.: Z Rzymu odbieramy bolesną dla każdego Polaka wiadomość, że dawniejszy zwierzchnik naszych archidyecezyi a następnie najwyższy po namiestniku św. Piotra dostojnik w hierarchii Kościoła katolickiego, prefekt Propagandy, kardynał hr. Mieczysław Halka Ledóchowski dziś rano po dłuższej chorobie zakończył życie. Śmierć jego okrywa głęboką żałobą przedewszystkiem nasze archidyeceye, którym on jako następca św. Wojciecha i prymasów Polski przez lat wiele przewodził i za których sprawę cierpiał poniżenie, kaźń więzienną i wygnanie.

Przewodnik Katolicki, 8.01.1928.: Ś.p. X. Jan Bąk, proboszcz w Czerniejewie, umarł d. 23 grudnia, doczekawszy bardzo sędziwego wieku lat 80. Wyświęcony na kapłana w r. 1871, w przeddzień wybuchu walki kulturnej, przechodził liczne procesy, wytaczane przez władze pruskie. W Czerniejewie duszpasterzem był od r. 1883. Pogrzeb, na który zjechał także Najprz. X. Biskup Radoński z Poznania, świadczył o wielkiem poważaniu, jakim się cieszył nieboszczyk. Wieczny odpoczynek!

Zakończenie
Gwiazdka Cieszyńska, 9.01.1875.: Urojono sobie w nowem państwie niemieckiem, że ta władza która nie jest z tego świata, ma nietylko to co jest cesarskiego oddać cesarzowi, ale stać się całkiem jego niewolnicą. Kościół ma być prostem narzędziem policyjnem państwa, a państwo bożkiem nowego świata jak za pogańskich czasów. Celem jest religja państwowa, w której wolno byłoby wierzyć tylko w to, coby się w Berlinie podobało.

czwartek, 7 listopada 2013

Don Paddington: Ks. Rzeźniewski i inni, czyli o rozłamanej i zrzuconej z ambony świecy (cz.3)

Prolog
Czas, 6.09.1874: Nowa schizma pruska, katolicyzmem państwowym przezwana, lubo chce zachować formy religijne, aby posiąść kościoły, niemniej jest bezwyznaniową i czysto polityczną. Chce ona zastąpić hierarchię duchowną, hierarchią urzędniczą. (…) Nie zapuszczając się w obliczenie strasznych następstw tej walki religijnej, do jakiej rząd pruski prowokuje lud wielkopolski, z boleścią, ale i z pociechą zapisujemy pierwszy objaw, że lud nasz (…) występuje w obronie wiary.

Aby wiernych uchronić od szkody.
Kuryer Poznański, 31.08.1874.: Odbieramy z Książa list o ważnych zajściach, jakie tam miały miejsce przedwczoraj. Wszyscy niezawodnie czytać będą to proste a pełne znaczenia opowiadanie z najgłębszem wzruszeniem, wszyscy dziękować będą Panu Bogu, że pozwolił, aby w tym pierwszym tego rodzaju wypadku władza kościelna w tak odważny, z przepisami ściśle zgodny i zacny sposób reprezentowana była:
„Książ, 29 sierpnia. Już od niejakiego czasu rozeszła się po mieście naszem wiadomość, że patron tutejszego kościoła p. Kenemann z Klenki, ofiarował prezentę na wakujące probostwo osławionemu ks. Kubeczakowi z Borku. Czujny nasz dziekan, ks. Rzeźniewski zjechał przedwczoraj, przygotował nas na to nieszczęście i objaśnił, jak sobie poczynać mamy. Wczoraj (…) ks. dziekan wezwany został przez patrona, aby intruza wprowadził. Wobec ewentualności oddania gwałtem kościoła intruzowi, przybył tu znowu dziś ks. dziekan i na probostwie oczekiwał tego co się stanie. Około 4 po południu zajechał p. Kenemann z panem Kubeczakiem, a po nim przyszli z miasta p. landrat ze Śremu z miejscowym burmistrzem. Przedstawiono ks. dziekanowi pana Kubeczaka jako proboszcza, na co ks. dziekan odpowiedział: „ich erklaere hiermit, der Herr ist nur ein Eindringling, der unter kirchliche Cenauren verfällt.” Zaprotestował też przeciw zajęciu probostwa, które p. landrat intruzowi oddał. Żądał potem p. landrat wydania książek kościelnych, a kiedy ks. dziekan odmówił, sprowadzono ślusarza, który otworzył zamek od szafy do akt kościelnych. Wyjęto tedy książki metryczne i oddano je panu Kubeczakowi. Zażądał p. landrat kluczy od kościoła; odpowiedział ks. dziekan, że odebrał klucze kościelnemu i oddał je parafianom, którzy jedynie prawo do kościoła mają, że ich przeto nie wyda. Nalegał koniecznie o wydanie, a na stanowcze oświadczenie ks. dziekana: „machen Sie mit mir, was Sie wollen – ich bin auf alle Ewentualitäten bereit, aber die Schlüssel von der Kirche bekommen Sie nicht, denn mein Gewissen erlaubt es mir nicht dieselben auszuliefern” – przywołał ślusarza. Udali się ci panowie wraz z żandarmem do drzwi kościelnych i kazali gwałtem otworzyć. Skoro świętokradztwa tego dopełnili, ks. dziekan ubrał się w komżę, wszedł do świątyni Pańskiej, udał się prosto do ołtarza i zabrał Sanctissimum w bursę. Tabernaculum zostawił otwarte, a lampę ks. Bąk [wikaryusz] zagasił. Po drodze do Włościejewek, dokąd ks. dziekan Sanctissimum odwiózł, ludzie z płaczem klękali i tak biadali, żeby to było i najtwardsze serce wzruszyło.

Wiarus, 1.09.1874.: Ks. Kubeczak, ten sam co w pismach niemieckich wyparł się polskości, otrzymał (…) od p. Kenemanna z Klenki prezentę na probostwo w Książu. Patron zarazem uwiadomił o tem ks. dziekana Rzeźniewskiego w Jarocinie z prośbą, aby wyznaczył dzień, w którym by nowego proboszcza w urzędowanie chciał wprowadzić. Ks. dziekan Rzeźniewski stanął wprawdzie w Książu, ale oświadczył radzcy ziemiańskiemu, że kluczy do kościoła nie wyda, bo ks. Kubeczak nie jest już księdzem katolickim i nie jest potwierdzony na proboszcza przez władzę duchowną. Kiedy wobec żandarmów, komisarza i burmistrza na rozkaz radzcy ziemiańskiego przywołany ślusarz kościół otworzył, ks. dziekan oświadczywszy zebranym parafianom, że wszelkie czynności kapłańskie nowo kreowanego proboszcza będą nieważne, jako wykonane przez księdza, pod klątwą kościelną zostającego, wyniósł z kościoła Sanctissimum. Miejscowy wikariusz [ks. Bąk], na przedstawienie nowego proboszcza przez radzcę ziemiańskiego oświadczył uroczyście, że przedstawionej osobistości, która zerwała z Kościołem nigdy za prawnego proboszcza nie uzna.
Ze Śremu patrol wojskowy wysłano do Książa, który aresztował kilka osób z powodu, że w niedzielę, gdy się miało odprawiać nabożeństwo, lud powynosił chorągwie i obrazy a na ks. K. plwano. Daj Boże, aby nie przyszło jeszcze do krwi rozlewu!

Kuryer Poznański, 1.09.1874.: Z Książa piszą nam pod dniem 30 sierpnia: Ks. dziekan Rzeźniewski, przybywszy do Włościejewek, złożył Najświętszy Sakrament we Wielkim Ołtarzu i zgromadziwszy lud, odmówił wraz z wiernymi modlitwy expiacyjne. Dziś rano udał się do Włościejewek tutejszy wikaryusz ks. Bąk i odprawił tam nabożeństwo. Włościejewki nie mają swojego proboszcza i właśnie dziś przypada tam odpust Poświęcenia Kościoła.
Tu u nas p. Kubeczak, przenocowawszy we dworze, gdzie mu p. Kenemann mieszkanie tymczasowo urządził, udał się dziś rano do kościoła, aby odprawić jutrznią. Przed kościołem zastał tłum ludu, który nie pokazywał przyjaznego usposobienia. Dawały się słyszeć wyrazy, które p. Kubeczakowi przyjemne być nie mogły. Zamięszało go to i nie długo myśląc zrejterował ogrodami do dworu. (…) Kościelny podziękował był za służbę a organista się nie zjawił. Około godziny 10 wyszli z dworu p. Kubeczak, burmistrz i dwóch żandarmów i postępowali ulicą ku kościołowi. Po drodze odzywały się głosy oburzenia. Wołano: „to nie ksiądz – idzie jak złoczyńca między żandarmami. Nie chcemy takiego proboszcza!” Pan Kubeczak nasłuchał się wielu nieprzyjemnych rzeczy. Kobiety szczególniej oburzenie mu pokazywały. Im bliżej kościoła, tem bardziej tłum się zwiększał i wrzawa tem silniej rosła. Ktoś p. Kubeczaka kijem szturchnął, mówią, że plwano na niego. (…) Pan Kubeczak znowu tak jak rano cofnął się i bocznemi ścieżkami dostał się do dworu. Nabożeństwo świętokradzkie nie odbyło się. Wkrótce potem wyniesiono chorągwie i obrazy z kościoła i spora gromada odniosła je do Włościejewek. Między tłumem zjawił się pan landrat i starał się uspokoić wzburzone umysły.(…)
Mieszkańcy Książa (…) pokazali oburzenie i dziwować się temu niepodobna, może poszli nieco za daleko, ale w gruncie nie maja żadnego zamiaru czynnie występować. Jak wszędzie tak i tutaj rozumiemy, że nieporządkiem i gwałtami przysłużylibyśmy się tylko przeciwnikom naszym i że opór bierny najlepiej przystoi tym, którzy chcą wiernie dotrwać przy Kościele, zalecającym cierpliwość i roztropność. Do kościoła sprofanowanego nie pójdziemy, pana Kubeczaka nie przestaniemy uważać za intruza, zostaniemy wiernymi katolikami do śmierci, ale zaręczamy, że spokój u nas zakłócony nie będzie.

Gazeta Warszawska, 2.09.1874.: Wikary Kubeczak mianowany proboszczem przez kollatora Książa, został tam installowany 29 sierpnia. Dziekan Rzeźniewski z Jarocina i wikary z Książa odmówili mu wydania kluczów i ksiąg kościelnych. Kościół i szafę z księgami skutkiem tego odbito przemocą. (…) Urzędowa Posener Ztg. donosi, że wczoraj z powodu wprowadzenia nowego proboszcza przez kollatora zaszły w Książu rozruchy. Po rozpoczęciu nabożeństwa, tłum głównie złożony z kmieci, wszedł do kościoła, poprzedzany chorągwiami, krzyżami i obrazami obchodził go do koła, aby przeszkodzić nabożeństwu. Proboszcza Kubeczaka znieważano, tak, że nareszcie musiano zażądać pomocy siły zbrojnej ze Śremu.

Gazeta Toruńska, 2.09.1874.: Ks. Kubeczak w Książu. Wszystkie dzienniki poznańskie, tak polskie jak i niemieckie, zamieszczają obszerne opisy zajść jakie towarzyszyły instalacyi policyjno - administracyjnej ks. Kubeczaka na proboszcza w Książu. Korespondent śremski do Dziennika Poznańskiego tak donosi: „Dnia 29 sierpnia nastąpiła rzeczywiście instalacya policyjno - administracyjna ks. Kubeczaka jako nowego proboszcza w Książu. (…) Po tej introdukcyi, która odbyła się z wielkim taktem władz, powinność swoją czyniących, jako też z wielką godnością obecnych osób duchownych, śmiało wiarę swoją wyznających, nowy proboszcz przeniósł się na mieszkanie, nie na probostwo, lecz do dworu swego kościelnego patrona w Książu. Jak ten pierwszy akt dramatu niespodziewanego odbył się spokojnie, tak drugi, zdaje się, będzie miał smutne następstwa. Otóż d. 30 z.m. po południu o godz. 3 przybył do naszego miasta obwodowy komisarz ksiązki, żądając od radzcy ziemiańskiego pomocy wojskowej, bo w Książu mogą powstać nieporządki i zaburzenia z powodu nowego proboszcza. Jakoż zrekwirowana władza wojskowa dała natychmiast szesnastu żołnierzy ze swej szczupłej liczby wojska, która się tutaj po wyjściu załogującego batalionu na rewią pozostała. Żołnierze z nabitą bronią ostremi ładunkami wsiadłszy na przysposobione trzy ekstrapoczty, ruszyli cwałem do Książa. Poprzedził ich radzca ziemiański. Mamy wszelką nadzieję, że radzca ziemiański znaną swoją oględnością i umiarkowaniem potrafi ukoić wszelkie zbyteczne wezbrane wzburzenie, jeżeliby jakiekolwiek było w Książu, i nie dopuści pożałowania godnego krwi rozlewu.”
Powyższą korespondencyę uzupełniamy doniesieniem Posener Ztg. Pisze ona: „W Książu nastąpił wczoraj (w niedzielę) rokosz kościelny. Jak nam ztamtąd donoszą, wprowadzili w sobotę „państwowo-katolickiego” wikariusza Kubeczaka z Borku, zamianowanego proboszczem przez patrona, właściciela dóbr p. Kenemana, a potwierdzonego przez regencyą, na probostwo panowie: patron, landrat Boehm z Śremu i burmistrz miejski. Obecny dziekan i wikariusz wzbronili się zwykłym sposobem wydania kluczy i ksiąg kościelnych, z powodu czego tak szafa od akt kościelnych jak i kościół przez ślusarza musiały być otworzone. Gdy wczoraj miało się zacząć nabożeństwo niedzielne, wtargnęły do kościoła masy ludu, po większej części włościan, i wynieśli z świątyni śród przekleństw i krzyku wszystkie chorągwie, krzyże, obrazy itd., przyczem niektórzy tak dalece się zapominali, że plwali na „proboszcza” Kubeczaka. Pobiciu uszedł tylko w ten sposób, że żandarm wciąż stał przy jego boku. Wskutek tego zarekwirował komisarz obwodowy wojsko z Śremu, zkąd wczoraj po południu o godzinie 2 ekstrapocztą wyruszyło 2 podoficerów z 12 ludźmi, opatrzonymi w ostre ładunki, do Książa. Również udał się tam p. landrat w towarzystwie wszystkich żandarmów z Śremu. Podobno aresztowano kilka osób.”

Kurjer Warszawski, 3.09.1874.: Prassa niemiecka zajmuje się ciągle rzeczonym wypadkiem w Książu, śledząc na nim skuteczność nowych praw majowych (z 21go maja 1874 r.): ksiądz Kubeczak wszedł na probostwo z mocy tych właśnie praw. Jestto pierwsze obsadzenie urzędu kościelnego, w którym dawne prawo prezentacji i patronatu zamienione zostało na prawo formalnej nominacji. Sprawowanie urzędu nie idzie ks. Kubeczakowi łatwo; na nabożeństwach bywa po kilkanaście osób a i te jeszcze powodują się ciekawością jedynie.

Wiarus, 3.09.1874.: Ks. Kubeczak, jak już wiadomo, chciał zeszłej niedzieli w Książu odprawić nabożeństwo, ale lud mu w tem przeszkodził. Jak twierdzą, sołtys Siejak z Brzostowni od ołtarza go odtrącił. Sołtysa i czterech innych aresztowano. Zjechał prokurator i radzca prezydyalny z Poznania. Śledztwo się toczy.

Kuryer Poznański, 3.09.1874.: Korespondencja z Książa: Był tu prokurator p. Warmbrunn i sędzia śledczy, niestety Polak. Bardzo to boleśnie, że Polaków przeciw Polakom używają. Indagowano ludzi jednego po drugim. Pytano jednego z prowizorów czy dziekan w czasie swojej bytności w Książu lud podburzał. Na to zapytanie prowizor oświadczył: „Ksiądz dziekan przywołał nas i powiedział, że chcą tu narzucić proboszcza, który nie ma zatwierdzenia od władzy duchownej i że takie wdzierstwo klątwie podpada; że nie wolno nam chodzić na jego nabożeństwa i z rąk jego Sakramentów przyjmować. Przedkładał zaś i prosił, żebyśmy się jak najspokojniej zachowali, żadnych zgiełków nie czynili i tylko naszą nieobecnością w kościele, protestowali.”(…)
[Pan landrat i pan komisarz obwodowy] księdzu Bąkowi zakazali miewać nabożeństwo w Włościejewkach i słychać, że chcą [tamtejszy] kościół zamknąć. (…) Pan Kubeczak wprowadził się na probostwo, gdzie go żandarmi pilnują. Znalazł podobno kościelnego w osobie znanego z oziębłości katolika.

Orędownik, 3.09.1874.: Potem wszystkiem, co z Książa się dowiadujemy, trudno przypuścić, że panu Kubeczakowi na jego nowem stanowisku będzie wygodniej niż w Borku. Naszem zdaniem, człowiek, który żywi w sercu jeszcze choć odrobinkę poczucia jeżeli już nie religijnego, to poczucia honoru (…), nie narzucałby się gwałtem na przewodnika duchownego całej masie ludu, który nim gardzi i swej wzgardy dobitne daje dowody. Z naszej strony nie chcemy narzucać panu Kubeczakowi naszego przekonania – owszem, niech dalej wytkniętą sobie raz drogą postępuje, a będzie świat, będzie naród polski w jeden dowód bogatszy, że odstępstwo od wiary łączy się ze zdradą narodu.

Gazeta Toruńska, 4.09.1874.: Nowy „proboszcz” [w Książu] sprawował dziś po raz pierwszy funkcyą, błogosławiąc za pozwoleniem (?) odnośnych rodziców (?) ciało dziecka.

Wiarus, 5.09.1874.: Ks. Kubeczak rzeczywiście w Książu się trzyma i chował już dziecko, ale w asystencyi żandarma. Bez tego snać ani rusz. Za pogrzeb nie wziął zapłaty.

Czas, 6.09.1874: W wojennym pochodzie na zagładę kościoła katolickiego, rząd pruski nie zdoławszy złamać oporu hierarchii duchownej, dotarł już do wiernego ludu. Oczywiście, że i pod tym względem Wielkopolska ma pierwszeństwo nad innemi prowincyami katolickiemi Cesarstwa Niemieckiego. Wszak tutaj, prowokując zaburzenia ludu, można je wyzyskać dla ucisku narodowości polskiej. Zajścia podczas instalacyi X. Kubeczaka na probostwie w Książu świadczą, że jeśli rząd nie cofa się przed żadną ostatecznością, nie mniejszą stałość w wierze znajduje u ludu, co u biskupów i duchowieństwa. Lud stanął w obronie ołtarzy, (…) [a] odstępcę wprowadzonego przez żandarmów przywitał oznakami wzgardy. (…) Lud katolicki nie mógł bez objawów oburzenia przyjąć zaboru kościoła i wydania go w ręce świętokradzkie. (…) Próba z odstępcą Kubeczakiem nie powiodła się; lud w obronie wiary dał się porwać oburzeniu aż nadto dającemu się wytłumaczyć; czy rząd chce tę próbę rozszerzyć na kraj cały i wzniecić walkę religijną, czy znajdzie do tego dość narzędzi równie uległych a równie odważnych jak X. Kubeczak, coby chcieli pod opieką żandarmów odprawiać nabożeństwo i kryć się za zasłoną bagnetów przed wzgardą swych parafian?

Kuryer Poznański, 7.09.1874.: Z listu, który w tej chwili odbieramy (…) dowiadujemy się, że wczoraj we Włościejewkach ksiądz dziekan Rzeźniewski klątwę większą na ks. Michała Kubeczaka rzucił.

Orędownik, 8.09.1874.: Oprócz trzech uwięzionych od niedzieli, Józefa Siejaka z Brzóstowni, Benona Zielińskiego także z Brzóstowni i Lisa z Konarskiego, uwięziono jeszcze i innych trzech ludzi wiejskich z Zakrzewa i zdaje się z Radoszkowa – a we wtorek dwóch obywateli ksiązkich: Józefa Falkiewicza, piekarza i Dembowskiego cieślę.
Na odbytym przez siebie pogrzebie ksiądz Kubeczak przemówił do zgromadzonych, że jest takim samym księdzem jak inni etc. – pokazywał tonzurę swoją ale miał też powiedzieć, że kościół jest sprofanowanym i dla tego chwilowo nabożeństwo w nim się odprawiać nie może. Ma być wprzód poświęcony – ale przez kogo?!

Dziennik Poznański, 8.09.1874.: W kościele włościejewskim rzuconą została większa ekskomunika na księdza Kubeczaka podczas wielkiego nabożeństwa w obec dwutysięcznej blizko liczby zebranych parafian. Z ust władzy kościelnej – reprezentowanej przez księdza dziekana Rzeźniewskiego – dowiedzieli się licznie zebrani parafianie (…) jakiego pasterza dostała parafia książska, usłyszeli wypowiedziane wskazówki, jak się mają zachować w obec narzuconego proboszcza, przez Kościół wyklętego, jak sobie mają postąpić w razie, jeżeli będą potrzebowali pociechy religijnej, bądź to na łożu śmiertelnem, bądź też w razie pogrzebu, chrztu lub ślubu. Rozłamana i z ambony przez księdza dziekana zrzucona świeca woskowa zrobiła wielkie na parafianach wrażenie, którzy śród płaczu uroczyście oświadczyli, że zawsze pozostaną wierni religii rzymsko-katolickiej i żadnego przez Kościół wyklętego księdza nigdy słuchać nie będą.

Wiarus, 8.09.1874.: Ekskomunika większa rzuconą została na ks. Kubeczaka, w Włościejewkach przez ks. dziekana Rzeźniewskiego. Ks. Kubeczak tymczasem msze odprawia w Książu. Z ciekawości ludzie zaglądają do kościoła, przeważnie z obcych parafii. Kościelnym został p. Knie, organistą p. Herczyński, gospodynią na probostwie p. Amalia Flige. Proboszcz po niemiecku koresponduje, nawet z organistą i dzierżawcą. Żandarmi pilnie patrolują.

Gazeta Toruńska, 9.09.1874.: Dnia 6 bm. rzucił ks. dziekan Rzeźniewski klątwę większą na ks. Michała Kubeczaka w kościele w Włościejewkach, a to podczas wielkiego nabożeństwa wobec dwutysięcznej blisko liczby zebranych Parafian. Scena rozłamywania i rzucenia z ambony przez ks. dziekana świecy woskowej, zrobiła wielkie wrażenie na parafianach.

Orędownik, 10.09.1874.: Dowiadujemy się, że ks. dziekan Rzeźniewski w ubiegłą niedzielę w czasie nabożeństwa we Włościejewkach w imieniu delegata apostolskiego [tj. tajnego oficyała] rzucił klątwę większą na ks. Michała Kubeczaka; poczem zgasił i złamał ks. dziekan zapaloną świecę woskową. Na lud tłumnie zebrany uczynił ten akt straszny kary kościelnej, wymierzonej na kapłanie, przejmujące wrażenie. Ks. dziekan w gorących słowach prosił zebranych zanoszących się od płaczu, aby spokój i powagę zachowali; po odprawionem nabożeństwie przez ks. wikaryusza Bąka, rozeszli się wszyscy spokojnie do domu.

Czas, 12.09.1874.: W niedzielę 6 bm. dziekan X. Rzeźniewski ogłosił w kościele w Włościejewkach pod Książem exkomunikę w następującym brzmieniu:
„Ksiądz Michał Kubeczak, dotychczasowy wikaryusz w Borku wdarł się z pogwałceniem wszelkich przepisów Kościoła św. rzymsko-katolickiego na probostwo w Książu i przywłaszczył sobie jurysdykcyą kościelną, którą tylko od Biskupa pozyskać może, przez co popadł samo z siebie pod ekskomunikę papieską latae sententiae.
Przy jego niekanonicznej introdukcyi wspomniałem o cenzurach kościelnych, jakie na siebie ściąga. Niepoprawny, zamiast w skrusze serca przepraszać Boga za dane zgorszenie, z oburzającą bezczelnością dopuszcza się świętokradztw, odprawia msze i podejmuje funkcye, przysługujące tylko prawowitemu pasterzowi.
Aby wiernych uchronić od szkody, jakąby mogli ponieść na duszach swoich, gdyby pobałamuceni na jego świętokradzkie nabożeństwo chodzili i od niego Sakramentów św. żądali – powagą Wszechmocnego Boga Ojca i Syna i Ducha św., Świętych Apostołów Piotra i Pawła i wszystkich Świętych, upoważniony przez Władzę Duchowną, w imieniu delegata Apostolskiego rzucam na ks. Michała Kubeczaka wielką Klątwę Kościelną. Ogłaszam go za wykluczonego z Kościoła rzymsko-katolickiego, pozbawionego przywilejów sług Kościoła św., osądzonego z czartem na wieczne potępienie, jeżeliby w Klątwie tej bez pojednania się z Bogiem zeszedł z tego świata.”

Jutro część czwarta i ostatnia.