niedziela, 31 maja 2015

Ruch umarł, niech żyje ruch, czyli kto kogo rucha

Ledwo co Andrzej Duda został Prezydentem Rzeczypospolitej, a już zaczęły się rozmowy na temat tego, co dalej, i jak widać aż nazbyt jasno i wyraźnie, jesień musi przynieść przetasowania, jakich dotychczas nie mieliśmy raczej okazji oglądać. „Newsweek” publikuje sondaż, wedle którego Prawo i Sprawiedliwość niesione na fali sukcesu Dudy uzyskuje poparcie w wysokości 36 procent, Platforma Obywatelska spada na procent20, natomiast między nimi pojawia się nagle Paweł Kukiz ze swoim tak zwanym „obywatelskim” projektem. Zjawia się ów Kukiz – co dziwne, akurat w momencie, gdy od czasu ogłoszenia wyników wyborów pies z kulawą nogą go nie widział żywego ni martwego – a my stajemy na baczność i zaczynamy spekulować, jak to będzie fantastycznie, kiedy to PiS wraz z – póki co, nawet formalnie nie zdefiniowanymi – ludźmi Kukiza obejmie w Polsce władzę.
Przepraszam bardzo, ale gdyby nawet przyjąć, że ja ostatnio oszalałem i uznałem, że Paweł Kukiz to w istocie rzeczy jest najbardziej odpowiedni partner do naprawiania Polski z upadku, do którego nas doprowadzili ludzie Platformy, nie bardzo jestem w stanie sobie wyobrazić, jak owa „Drużyna Pierścienia” miałaby wyglądać. Proszę bowiem spojrzeć, jak – gdyby przyjąć, że rzeczywiście cokolwiek z „projektu Kukiz” wyjdzie – można przewidywać dalszy rozwój wypadków. Otóż, kiedy już Kukiz wróci z wypoczynku, przełamie swoją jak się zdaje całkowicie naturalną gnuśność, zamieści na swoim blogu przynajmniej jeden komentarz i zabierze się za prowadzenie kolejnej kampanii, będzie musiał się zabrać za budowanie w całej Polsce tak zwanych struktur. A musimy pamiętać, że struktury to nie tylko pieniądze, ale i ludzie, a tych ludzi powinno się zgłosić naprawdę niemało. Do tej roboty więc będzie musiał Paweł Kukiz wynająć sobie osobę obrotną, ambitną, odpowiednio zdolną, która się tym wszystkim zajmie, ale ponieważ rozumiem, że on już kogoś takiego ma, zakładam też, że owe struktury powstają i już zaczynają przyjmować członków. Nie wykluczam nawet, że to z tego powodu, że był bardzo zajęty, Paweł Kukiz nie miał czasu, by się stawić przedwczoraj w pałacu w Wilanowie. Z tych wszystkich osób, które zadeklarowały swoją obywatelską, bo przecież nie broń Panie Boże partyjną aktywność, trzeba będzie stworzyć w każdym okręgu listy kandydatów do parlamentu – listy, jak rozumiem, naprawdę mocne – i je następnie zarejestrować.
A ja się zastanawiam, kogo Kukiz znajdzie na tyle dobrego i zdolnego do poprowadzenia odpowiedniej kampanii, kto ostatecznie pozwoli mu zdobyć tyle dużo głosów, by ostatecznie przekroczyć ów pięcioprocentowy próg i wejść do parlamentu? No ale też chciałbym wiedzieć, kto się ostatecznie znajdzie na tych listach. Jak znam życie, powstaną te struktury, zaczną się zgłaszać ludzie, każdy będzie chciał otrzymać jak najlepsze miejsce na liście… i kto się tam znajdzie? Ja naprawdę nie chcę być dziś złośliwy, ale nie mogę się powstrzymać: Kuba Wojewódzki? Kulomiot Majewski?
Ja pamiętam, jak odbywał się nabór do nowopowstałego Ruchu Palikota, pierwszego tak zwanego „antysystemowego” projektu w nowej Rzeczypospolitej… wróć! Drugiego, tak naprawdę, bo pierwszym, jak pamiętamy, była Polska Partia Przyjaciół Piwa, tyle że wtedy, o ile dobrze sobie przypominam, próg wyborczy był bardzo niski, lub w ogóle go nie było. A zatem, startując z pozycji kogoś, kto wreszcie zrobi porządek z dyktaturą Kościoła w Polsce, pod niezwykle nośnym hasłem powszechnej apostazji, Palikot zebrał w każdym miejscu kraju najbardziej znanych antyklerykałów, homoseksualistów, lesbijki, transwestytów, czy wreszcie zwykłych starych esbeków, a ci którzy albo byli znani z telewizji, albo mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by sobie kupić pierwsze miejsca na liście, stworzyli dziś już nieistniejący klub. No ale wtedy też z jednej strony był ten Palikot ze swoimi pieniędzmi i sponsorami z pieniędzmi jeszcze większymi, z drugiej owa antykościelna dzicz, a więc przynajmniej na dobry początek, jakoś się im udało.
Dziś po nich zostało już tylko smutne wspomnienie, ale ja chciałbym przede wszystkim wiedzieć, jacy ludzie zgłoszą się do Pawła Kukiza z prośbą, by on ich umieścił na czołowych miejscach list wyborczych, ilu ich tam będzie, no a przede wszystkim, co oni zaoferują, by on spojrzał na nich przychylnym okiem. Co to będą za ludzie? Co ich będzie łączyło poza przekonaniem, że największym złem jest tak zwana „partiokracja” i że tylko JOW-y mogą zaprowadzić w Polsce prawdziwą władzę ludu? Czy to będą osoby wierzące, czy wręcz przeciwnie? Czy to będą polscy patrioci, czy tacy, dla których Polska jest zaledwie pustym dźwiękiem? Czym dla nich okaże się być Smoleńsk i wszystko to, co się z nim wiąże? No i, co wcale nie najmniej ważne, czy znajdzie się tam jakiś znany gej w rodzaju pisarza Witkowskiego? Przepraszam bardzo, ale czemu nie? W końcu każdy głos się liczy, a Wojewódzki z Witkowskim są w stanie nazbierać ich odpowiednio dużo. A jeśli do tego dojdzie sam Zbigniew Hołdys? On, jestem pewien, też nie ma nic przeciwko JOW-om no i nienawidzi tego partyjnictwa. Zwłaszcza ostatnio.
To są te moje myśli, jakimi troszkę żyję w ostatnich dniach. Ja wiem, że one mogą robić nieco wrażenie niepoważne, ale proszę nie dać się zwieść – dziś nie ma czasu na żarty. Jak mówię, nadchodzi wiatr.

Wszystkim, którzy ostatnio kupili moje książki dziękuję i gratuluje dobrego wyboru, a przy okazji zachęcam pozostałych do odwiedzania sklepu pod adresem www.coryllus.pl. Wszystko czego potrzebujecie, jest tam i tylko tam.

sobota, 30 maja 2015

Kto się boi o Andrzeja Dudę?

Wbrew temu, co z całą pewnością uważa wielu czytelników tego bloga, w tym nawet ci najbardziej życzliwie do niego nastawieni, ja wcale nie sądzę, że w tym co głoszę, mam z całą pewnością jakąkolwiek rację. Oczywiście – i moim zdaniem, jest to jak najbardziej naturalnie – jestem do swoich ocen serdecznie przywiązany i wierzę, że mój nos mnie nie zawodzi, ale tak naprawdę, zawsze pozostawiam sobie tę furtkę w postaci zdania: „Diabli wiedzą, jak to jest”. Dalej jednak jestem już jak najbardziej sobą.
Mogę się więc oczywiście mylić, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że zwycięstwo, jakie właśnie odniósł Andrzej Duda, i które, jak wszystko na to wskazuje, prowadzi nas do następnego, być może jeszcze większego i jeszcze bardziej spektakularnego, nie jest wyłącznie, a może i nawet nie przede wszystkim, wynikiem tego, że Pan Bóg łaskawym okiem spojrzał na naszą pobożność, że System, widząc naszą nieustępliwość i determinację, uznał, że tym razem jest wobec nas bezradny, czy nawet tego, że Jarosław Kaczyński wskazał kandydata, który stanowi jakość w skali światowej i historycznej. Moim zdaniem – i znów podkreślam, że biorę tu pod uwagę jakiś źle o mnie świadczący błąd – to, co sprawiło, że Duda wygrał i że jego zwycięstwo niesie Polskę ku lepszym czasom, to fakt, że przede wszystkim rządy Platformy Obywatelskiej i samego Bronisława Komorowskiego okazały się tak dramatycznie beznadziejne, że nawet gangi uznały, że tak dalej być nie może, no ale też i to, że zupełnie niezależnie od naszych polskich spraw, na świecie dochodzi do przetasowań, w ramach których ktoś taki jak Donald Tusk, Ewa Kopacz, czy państwo Komorowscy nie dostają nawet roli statysty.
Oczywiście, to prawda, że Andrzej Duda i jego rodzina są absolutnie niezwykli i że owa niezwykłość urzekła wielu Polaków, że nasze modlitwy były miłe Panu, czy że wreszcie wielu z nas nagle się autentycznie przebudziło i poczuło, że tak naprawdę nie ma się czego bać, niemniej jednak powtarzam – gdyby System na to nie pozwolił, Duda dziś by wracał do Brukseli.
A zatem, uważam też, że to co się dziś dzieje, stanowi wynik swego rodzaju umowy między Narodem a Systemem. Umowy wymuszonej, w dużym stopniu przez nas nieuświadomionej, ale jednak umowy. Dlatego też chciałbym bardzo wyraźnie powiedzieć tym wszystkim, którzy lubią tu przychodzić i mają z tego powodu odpowiednią satysfakcję, że ja sobie nie życzę wysłuchiwać owych, dla mnie nudnych do przysłowiowego porzygania, uwag na temat tego, jak to teraz Duda powinien uważać, żeby go źli ludzie nie zabili. Albo, że teraz dopiero zobaczymy, jak wygląda prawdziwa nienawiść. Czy że wreszcie po twarzach dziennikarzy TVN-u widać wyraźnie, jak oni są nieszczęśliwi, że ich faworyt przegrał, no ale my mamy swój dzień triumfu. Ale też nie życzę sobie słuchać Grzegorza Brauna, jak przyjmując pozycję zwycięzcy ogłasza jesienną publikację aneksu do ustawy o WSI i jego sympatyków skandujących słowo "strzelnica".
Otóż nic z tego. Moje zdanie jest takie, że Dudzie nic nie grozi, a rewolucji nie będzie, choćby z tego względu, że w bardzo znacznej mierze Duda jest prezydentem tych, którzy ostatnie o czym marzą, to rewolucja. Będzie lepiej i uczciwiej, źli ludzie być może poniosą karę, ale nikt nie będzie do nikogo strzelał. Oni mają inne rzeczy na głowie, natomiast Dudy dziś nie chce zabić nawet najgłupszy sympatyk Platformy Obywatelskiej i wróg Antoniego Macierewicza, z tego prostego powodu, że w głębi serca wie, że Duda to jest też jego prezydent. I to prezydent najlepszy. Świetny prezydent i fajny facet. Co do Służb natomiast, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Służby doskonale wiedzą, że Duda jest dziś nietykalny, bo takie właśnie jest życzenie Systemu. W tej rozgrywce nawet samo WSI wie, że ma siedzieć cicho i czekać na gwizdek. Duda jest wartością wspólną. Nie po to dano po łbie Komorowskiemu, by teraz wprowadzać chaos w świecie, który ma swoje plany i to plany znacznie większe od tego, co się dzieje w jakiejś Polsce.
Jak już pisałem tu na blogu, ja bardzo źle odebrałem ów przedziwny łańcuszek, jaki otrzymywałem od przyjaciół w wieczór wyborczy, w którym informowano mnie, że władza chce sfałszować wynik wyborów, więc trzeba się modlić, podczas gdy to, że Bronisław Komorowski z małżonką są na wylocie od dłuższego już czasu, wiedział każdy w miarę przytomny obserwator. Podobnie teraz, wystarczy rzucić okiem choćby w telewizor, i to wcale niekoniecznie ozdobiony twarzą Katarzyny Hejke, by wiedzieć, że dziś Polska to jest tylko Duda i nikt więcej. Ale też, co ciekawsze, że nikomu to nie przeszkadza, być może z wyjątkiem Pawła Kukiza, który, co by o nim nie mówić, prawdopodobnie jest jednak na tyle przytomny, by czuć, że ten jeden jedyny raz, kiedy mógł coś zrobić ze swoim parszywym życiem, zwyczajnie przekombinował.

Niezmiennie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić ostatnie egzemplarze pierwszego zbioru felietonów z tego bloga pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Jak nigdy wcześniej czuję, jak bardzo to wszystko, co tam napisałem jest dla nas dziś ważne.

piątek, 29 maja 2015

Jarosław Kaczyński, czyli triumf na najdłuższym z dystansów

Myślę, że gdyby każdego z nas zapytać, jakie było największe osiągnięcie Jarosława Kaczyńskiego w jego dotychczasowej politycznej karierze, odpowiedzi mogłoby być kilka, i każda z nich miałaby pełne uzasadnienie. Ktoś mógłby mianowicie odpowiedzieć, że to, co mu się udało najbardziej, to zdobycie pozycji jedynego naprawdę liczącego się polityka antysystemowego, utrzymanie jej i zachowanie przy tym życia i wewnętrznej uczciwości; kto inny pewnie uznałby jednak, że największym sukcesem jego i jego partii było zdobycie władzy w roku 2005 i w miarę skuteczne bronienie jej przez całe dwa lata przed atakami Systemu; jeszcze ktoś powie, że oczywiście największym politycznym osiągnięciem Jarosława Kaczyńskiego było zwycięstwo jego brata Lecha w wyborach prezydenckich w tym samym roku.
Ale jest oczywiście prawdopodobne, że znajdą się i tacy, którzy powiedzą, że z tym zachowaniem życia to przede wszystkim przesada, no a poza tym, cóż to za sukces, nie dać się zabić? Podobnie, nie można mówić o sukcesie rządów, które przez dwa lata nie były w stanie choćby na moment złapać oddechu i zwyczajnie porządzić, a potem najzwyczajniej w świecie władzę oddały. Może się zdarzyć nawet, że powie nam ktoś, że i Lech Kaczyński jakimś szczególnym sukcesem też nie był, bo jakimż to sukcesem może być prezydent, którego świat tak znienawidzi, że go w końcu z zimną krwią zamorduje? Zdaniem tych komentatorów, największy sukces Jarosława Kaczyńskie dopiero przed nim, podczas jesiennych wyborów, kiedy on będzie miał szansę wywalczyć wynik, który mu da rządy samodzielne i skuteczne na długie lata. I, powiem uczciwie, że ja jestem nawet skłonny się z tą opinia zgodzić, zwłaszcza, że naprawdę wierzę w to, że ta jesień będzie przełomowa i dla nas i dla politycznego projektu Jarosława Kaczyńskiego. I że przed nami zwycięstwo, jakiego nawet nie zaliczył, symbolicznie już u nas traktowany premier Węgier, Viktor Orban.
Byłbym skłonny przyjąć tę ocenę jako swoją, gdyby nie fakt, że, moim zdaniem, największy swój polityczny, ale i osobisty sukces, Jarosław Kaczyński ma już za sobą, a jest nim Andrzej Duda i jego spektakularne zwycięstwo w minionych wyborach. Nie będę tu uzasadniał tego, co oczywiste. Wszyscy bowiem wiemy, że Duda jest naprawdę politycznym produktem najwyższej klasy, ale że gdyby nie Jarosław Kaczyński go nie wskazał, on by sobie owym produktem mógł być do końca świata i jeszcze dłużej, no ale też i wreszcie, że gdyby nie partyjne środki, czy to w postaci pieniędzy, czy ludzi, jakimi zarządza Jarosław Kaczyński właśnie, a które on zdecydował się tak hojną ręką przeznaczyć na tę kampanię, Duda prezydentem by nie został. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na coś, co oczywiście zostało zauważone, ale moim zdaniem nie doczekało się poważnych komentarzy. Oto w chwili, gdy Andrzej Duda był – nieoficjalnie jeszcze bardzo, ale już wystarczająco mocno – nowym prezydentem Rzeczypospolitej, Jarosław Kaczyński był na Jasnej Górze, gdzie samotnie, z dala od kamer i oczu reporterów, się modlił o to zwycięstwo. I je wymodlił. To, że on tam w tym czasie był, i że był właśnie tam i nigdzie indziej, nie w swoim pustym mieszkaniu, nie w swoim pustym kościele, nie na grobie swojego zamordowanego przez złych ludzi brata, ale na Jasnej Górze, uważam za gest, którego symboliki dotychczas nie udało się opisać. To że on w tę niedzielę modlił się na Jasnej Górze, dla mnie osobiście, jest właśnie niczym innym jak ogłoszeniem największego politycznego triumfu i w pewnym sensie podsumowaniem całego, tak bardzo trudnego i pełnego bólu życia. Posumowaniem nie byle jakim.
Dlatego, kiedy słyszę, jak niektórzy z nas zastanawiają się, jak to teraz Andrzej Duda Jarosława Kaczyńskiego kawałek po kawałku będzie pozbawiał tego, co dla niego było zawsze najważniejsze, czyli władzy i popularności, czuję już nawet nie złość, ale zwykłe zmęczenie. Co trzeba bowiem mieć, żeby interesować się polityką i tak bardzo nic z niej nie rozumieć?

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowanie moich książek. Tam wciąż są ostatnie już egzemplarze pierwszego zbioru tych felietonów, zatytułowanego „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Zachęcam gorąco.

czwartek, 28 maja 2015

Marek Migalski - człowiek z przetrąconym mózgiem

Ponieważ tygodnika „Do Rzeczy” nie biorę do ręki, i jedyna koncesja, jaką na jego rzecz uczyniłem, była związana z wywiadem, jakiego wiele miesięcy temu udzielił tym opryszkom mój kumpel i dobrodziej Marek Czachor, o tym, że Marek Migalski napisał powieść nie miałem pojęcia, dopóki mi o tym nie powiedział Coryllus, który, tak już na marginesie, również tej szmaty nie czyta, za to ma więcej znajomych ode mnie. Stało się jednak tak, że jeszcze przedwczoraj zadzwonił do mnie bardzo poruszony i poinformował o owym zdarzeniu, że oto Marek Mgalski napisał powieść i mam natychmiast pędzić do „Żabki” i sobie kupić najnowsze „Do Rzeczy”, bo tam właśnie leci jej pierwszy rozdział. Z powodów nieistotnych, tygodnik ów kupiłem dopiero wczoraj po południu i przyznaję, że jestem autentycznie wstrząśnięty. Otóż okazuje się, że Marek Migalski, a więc człowiek, którego miałem okazję poznać osobiście, który wie, kim jestem na tyle, że gdybyśmy się zobaczyli na ulicy, to on by z rozmysłem odwrócił ode mnie głowę, i którego – przyznaje to bez bicia – przez dłuższy czas miałem za człowieka bardzo inteligentnego i sympatycznego, jak się okazuje, popadł w najzwyklejsze i dosłowne obłąkanie.
Jego najnowsza powieść, którą najwyraźniej Paweł Lisicki planuje przez najbliższe tygodnie drukować w swoim tygodniku, to jest coś tak wstrząsającego, i to nawet nie w wymiarze literackim, ale czysto ludzkim, że ja przyznaję, że zamiast tego, wolę już historię o tych dwojgu narkomanach, którzy upiekli swoje niemowle w piekarniku, bo uznali, że poczęli Diabła.
Jeśli spróbujemy się zastanowić, po co Migalski napisał tę powieść, a może nawet bardziej, po co Lisicki ją dziś publikuje, odpowiedź jest prosta. Chodzi o to, by tym, wszystkim, którzy jakimś cudem jeszcze sięgają po kolejne numery „Do Rzeczy” powiedzieć, że ten cały PiS z jego Kaczorami i tym ich wypierdkiem Andrzejem Dudą, to kupa gówna, a dowodem na to jest to, że Jarosław Kaczyński przed laty obiecał Migalskiemu, że zgłosi jego kandydaturę w wyborach Prezydenta RP, a tymczasem zgłosił wspomnianego Dudę. Efekt jednak jest taki, że każdy, kto wytrzyma pierwszy akapit tego czegoś i zaryzykuje dalszą lekturę, musi uznać, że, jak już wspomniałem wcześniej, Migalski zwyczajnie zwariował. Od tej samotności, tych dziwek, tych pieniędzy wydanych na kolejną parę stringów i owej ciężkiej porażki, na którą sobie tak pracowicie zasłużył.
Powieść Migalskiego, z tego co Lisicki dotychczas nam pokazał, robi wrażenie obłąkania tak intensywnego i tak gęstego, że ja zwyczajnie nie mam sposobu, by je opisać. Pozwolę sobie więc na cytat. Jeden. Tytułem wprowadzenia powiem może tylko, że Powieść Migalskiego to tak zwane „political fiction”, gdzie głównym bohaterem jest wprawdzie sam Marek Migalski, natomiast cała reszta – jak rozumiem ze względów procesowych – to niejaki Misiek, prezes Gęsiorowski, Zbyszek Zero, Kura, posłanka Iza Klotz z Chorzowa, poseł Bolesław Blecha z Rybnika i tak dalej w tej właśnie poetyce. W warstwę estetycznej, od pierwszego zadnia mamy do czynienia głównie z „kurwami”, „chujkami”, „megachujami”,„dupami”, czy „jebanymi staruchami”, natomiast gdy chodzi o samą już treść, to podium należy się jednoznacznie następującemu fragmentowi (zapewniam, że nic – ani tu, ani wcześniej, ani też już do końca – nie zmyślam):
No, ale wtedy pojawiła się w jego życiu Kasia – studentka trzeciego roku. Przepiękna dziewczyna o oczach jak ruski węgiel. Córka działacza Solidarności.
– To wspaniale, że jesteś taki odważny. Nikt inny nie wykrzyczał im tego w twarz – powiedziała mu kiedyś nad ranem, przytulając się do Marka. – Tak bardzo Cię kocham. Właśnie za to, jaki jesteś – dodała i zrobiła mu najlepszego loda od początku ich znajomości”.
Jak mówię, Lisicki drukuje Migalskiego, żeby napuścić czytelników na PiS, i co do tego nie ma wątpliwości. Skąd taki plan, tego to ja już niestety powiedzieć nie mogę, bo ani nie mam pewności, ani nie chce zadzierać z mafią z Dombasu. Jedną rzecz jednak mogę potwierdzić: Kiedy Migalski cytuje tę swoją studentkę, która mu robiła „loda”, on naprawdę piszę „Cię” z dużej litery.

Nie wiem, czy książka Migalskiego ukaże się na rynku, czy już się może ukazała na przykład w wydawnictwie „Czarne”, czy też jej los został ograniczony wyłącznie do tygodnika „Do Rzeczy”, natomiast wiem na pewno, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do nabycia wszystkie moje książki, sygnowane zarówno jeszcze imieniem „Toyah”, jak i pełnym już imieniem i nazwiskiem. Szczerze i uczciwie zachęcam.

środa, 27 maja 2015

Paweł Kukiz, czyli jak się nadziać na własny łokieć

Wybory wreszcie się skończyły, a ja, pomijając oczywistą radość i satysfakcję z faktu, że Andrzej Duda tak pięknie usunął z naszego kosmitę, zanotowałem dwie bardzo istotne dla mnie fakty. Pierwszy z nich to ten, że, jak widać wyraźnie, sprzyja nam zarówno ziemia, jak i niebo, a skoro tak, to przyszłość widzę bardzo kolorowo. Drugi natomiast to ten, że problem Pawła Kukiza dla nas zdechł w sposób całkowicie naturalny i jednoznaczny, a najlepszym dowodem na to były wyniki badań, z których się dowiedzieliśmy, że ów rzekomo strasznie patriotycznie pobudzony elektorat, to niemal w połowie zawiedzeni wyborcy Palikota i Platformy, a cała reszta to ci, dla których Duda, to mniejsze zło. A skoro tak, to chyba nie muszę tłumaczyć, czym dla mnie dziś jest Kukiz.
Jest jednak jeszcze coś, co mi kazało uznać, że z tego Kukiza nie dość, że nie będzie dla nas żadnego pożytku, to jeszcze nie będzie żadnego pożytku dla nikogo. Otóż, jak pewnie część z nas zdążyła zauważyć, niedoszły prezydent Kukiz założył w Salonie24 kolejne – obok dotychczasowego PKukiz – konto, sygnowane tym razem już pełnym imieniem i nazwiskiem, nie wiadomo po jaką cholerę zamieścił na nim pięć notek, pod którymi otrzymał ponad tysiąc komentarzy i na które odpowiedział zaledwie jeden raz, blogerowi Amsternowi, a co szczególnie zabawne, zrobił to nie sam, lecz paluszkiem swojego asystenta, w taki oto sposób:
Paweł jest na zasłużonym urlopie, proszę wierzyć, że będzie odpowiadał. Ci co znają go np: z facebooka, wiedzą to doskonale. Sam odpowiada. Musi odpocząć i nauczyć się serwisu. Cierpliwości”.
Ponieważ, jak już wcześniej zaznaczyłem, Paweł Kukiz na salonie24 urzęduje od dawna, i to w dodatku, z tego co osobiście miałem okazję zauważyć, radzi sobie z tą podobno niezwykle skomplikowaną materią bardzo dobrze, muszę założyć, że powyższy komentarz to najzwyklejszy na świecie kant, na który jeśli ktokolwiek może dać się nabrać, to jego adresat, czyli bloger Amstern. A skoro tak, to ja z tego wyciągam następującą sekwencję wniosków:

1. Paweł Kukiz to klasyczny figurant;
2. Projekt „Kukiz” to zwykła prowokacja, która nie wypaliła i z której nic już nigdy nie będzie;
3. Sam Kukiz, jeśli on faktycznie bierze jakikolwiek udział w tej hucpie, jest typem tak dramatycznie gnuśnym, że nawet jeśli do jesieni z tego czegoś coś się faktycznie jeszcze wykluje, to coś w wyborach do parlamentu nie przekroczy progu wyborczego.

A w tej sytuacji wszystko wskazuje na to, że jedyną partią, jaka zaliczy owe przepisowe 5 procent poza PiS-em będą Balcerowicz z Petru, i to też jedynie po to, by kiedy świat zacznie nam wymyślać, że Kaczory z Dudą zaprowadziły w Polsce dyktaturę, miał jeden argument mniej.

Zapraszam oczywiście wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Napięcie okołowyborcze zaczyna nas z pewnością powoli opuszczać, więc cóż przyjemniejszego na nadchodzące słoneczne dni, niż dobra książka na chłodny wieczór.

wtorek, 26 maja 2015

W co zmienił się wosk, czyli jeszcze o zwycięstwie

Ponieważ po opublikowaniu wczorajszej notki, dostałem dość dużo próśb o przypomnienie swojego tekstu z listopada zeszłego roku, w którym zapowiedziałem zwycięstwo Andrzeja Dudy, ilustrując go słynnym już zdjęciem śpiącej pary prezydenckiej, z prawdziwą satysfakcją spełniam te oczekiwania. Jest jednak jeszcze jeden powód, i to powód kluczowy, dla którego tamten tekst dziś przypominam. Otóż wówczas moja dziurawa pamięć pomyliła kilka bardzo istotnych faktów, bez czego owe refleksje byłyby znacznie bardziej poruszające. A więc dziś wypada mi tamtą notkę odpowiednio naprawić. Zapraszam:

Prawo i Sprawiedliwość – a tak naprawdę, jak się należy domyślać, Jarosław Kaczyński – ogłosiło, że kandydatem zjednoczonej prawicy na prezydenta w przyszłorocznych wyborach będzie Andrzej Duda… no i, jak można było mieć pewność, podniósł się odpowiedni rwetes. Co za nim stoi? Jakie zmartwienia? Jakie dylematy? Otóż jeden i tylko jeden. Wedle powszechnej opinii bowiem Duda przeciwko Komorowskiemu nie ma szans. Kto inny może tak – on nie. Ja oczywiście wiem, co za tego typu reakcją stoi i do pewnego stopnia ją rozumiem, niemniej jednak chciałbym tu dorzucić swoje trzy grosze, a podejrzewam, że owe grosiki mogą niektórych z nas wybić z owego – dla mnie oczywistego – ogłupienia.
Ponieważ od roku już 2010, a więc czwarty już, jak by nie liczyć, rok, prezydentem RP jest Bronisław Komorowski, większość z nas uznała, że cokolwiek by o tym dziwnym człowieku nie mówić, to jest jednak ktoś. Zdrajca, zaprzaniec, ruski agent, głupek, mąż swojej żony – a mimo to, jednak ktoś, i to na tyle ktoś, że choćby wyniki badań opinii publicznej wskazują na to, że my Polacy Komorowskiego lubimy i szanujemy i że w całym kraju nie ma instytucji, której byśmy bardziej ufali, niż jemu i tej kobiecie. A ja to podejście uważam z jednej strony za w sposób oczywisty błędne, a z drugiej dowód tego, jak tak wielu z nas dało się najzwyczajniej w świecie otumanić. Otóż rzecz polega na tym, że Bronisław Komorowski, jeśli choć na krótką chwilę zapomnimy o naszych kompleksach, to jest ktoś absolutnie najgorszy. Komorowski, jeśli spojrzeć na niego bez owych kompleksów, wynikających przede wszystkim że świadomości, że, jak by nie patrzeć, to jest jednak prezydent, a poza tym prezydent, który wedle wszelkich danych jest przez nas szanowany i lubiany, pokaże nam się on, jako kompletne i absolutne dno. Jeśli spojrzymy na Komorowskiego bez tej okropnej iluzji, zobaczymy, że od niego lepszy jest każdy, i to nie mówię o każdym, choćby najgłupszym polityku Prawa i Sprawiedliwości, ale również o Sikorskim, Tusku, Halickim, Nowaku, Palikocie, ale też o takich tuzach polskiej polityki, jak Ryszard Kalisz, Włodzimierz Czarzasty, czy Leszek Miller. Oni wszyscy od Komorowskiego są lepsi pod każdym względem. I co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Tu nie ma ani żartów, ani przesady. Jako prezydent, w mniejszym stopniu od Bronisława Komorowskiego, kompromitowałby nas Włodzimierz Czarzasty.
Ktoś mi pewnie na to powie, że owszem, ja mogę sobie tak gadać, niemniej, to on akurat, a nie kto inny, cztery lata temu został prezydentem, i to on dziś, a nie kto inny, jest jakoś tam przez naród co najmniej tolerowany. Owszem, zgoda, tyle że ja bym bardzo chciał przypomnieć tym, którzy lubią rzeczy zapominać, jak to się stało, że to właśnie on został tym prezydentem. Zanim jeszcze doszło do katastrofy w Smoleńsku i zginął prezydent Kaczyński, trzeba się było przygotowywać do nowych wyborów. Prawo i Sprawiedliwość, jak wiemy, liczyło na drugą kadencję Lecha Kaczyńskiego, natomiast Platforma Obywatelska najpierw ogłosiła, że ich naturalny kandydat, a więc Donald Tusk z udziału w tej konkurencji rezygnuje, a następnie zorganizowała tak zwane „prawybory”, gdzie do walki stanęli Komorowski i Sikorski. Dla każdego w miarę przytomnego obserwatora pierwszą rzeczą bez dyskusji było to, że Lech wygra zarówno z jednym, jak i z drugim, ale też i to, że jeśli jego kontrkandydatem zostanie Komorowski, zwycięstwo to będzie przygniatające, niewykluczone, że już po pierwszej turze. No i nagle wyszło na to, że Sikorski tę rywalizację przegrał, a Platforma Obywatelska przeciwko znienawidzonemu prezydentowi wystawi Komorowskiego.
Od tamtego czasu pojawiło się wiele teorii na temat tego, dlaczego oni postanowili do tej walki – przypomnijmy, że walki o wyjątkowo dużym dla nich znaczeniu – delegować kogoś takiego, jak Komorowski. Prof. Zyta Gilowska na przykład zasugerowała swego czasu, że to jest zagadka, której my przez bardzo długi jeszcze czas, nie rozwiążemy. No ale ponieważ póki co porozmyślać chyba nam jeszcze wolno, w ramach tego rozmyślania proponuję odpowiedź z mojego punktu widzenia jedyną sensowną. Otóż dla Systemu jedynym prezydentem na nadchodzące już wkrótce dramatycznie nowe czasy był właśnie ktoś taki jak Komorowski, człowiek, który oczywiście bez odpowiedniej pomocy żadnych wyborów wygrać nie byłby w stanie, a z drugiej strony ktoś, kto, kiedy już tym prezydentem zostanie, będzie całkowicie posłuszny, wręcz bezwolny. Czy tu jeszcze może nie chodziło o ów symboliczny już tylko gest pokazania nam, ludziom, którzy już wkrótce mieli się pogrążyć w owym posmoleńskim bólu, że jesteśmy nikim – tego nie wiemy, ale oczywiście wszystko jest możliwe.
Nastał więc kwiecień, biedny Jarosław Kaczyński stanął do owej beznadziejnej, jak się okazało, walki, minęła aż nazbyt pamiętna kampania, został ów Bronisław Komorowski prezydentem i dziś mamy to co mamy. Z jednej strony, świadomość kompletnego upadku, a z drugiej ów lęk, że być może my tak naprawdę czegoś nie wiemy i możliwe, że to jednak jest ktoś naprawdę wybitny. Otóż nie. Jest faktem, którego żadne moce ziemskie, czy choćby i piekielne nie są w stanie podważyć, że prezydent Komorowski jest najgorszy w tym sensie, że każdy jest od niego lepszy. A już na pewno Andrzej Duda.
I o Dudzie dziś chciałem pisać. Otóż biorąc pod uwagę, że Bronisław Komorowski jest prezydentem Systemu, a nie Polaków, prezydentem nie wybranym w powszechnych wyborach przez Naród, ale nominowanym przez System, w obliczu zbliżających się w przyszłym roku wyborów musimy pogodzić się z tym, że jeśli System uzna, że trzeba Komorowskiego zachować na tym stanowisku, on prezydentem będzie przez kolejne pięć lat. I nikt z nas nic w tej sprawie nie zrobi. Koniec. Kropka. I nie zmieni tego żadna, choćby najbardziej fantastyczna kontrkandydatura. Gdybyśmy nawet nagle spośród siebie wyłonili kogoś o przymiotach i talentach Ronalda Reagana i Margaret Thatcher i o twarzy George’a Clooney’a, jeśli życzenie Systemu będzie inne, on tych wyborów nie wygra. Wygra je Bronisław Komorowski.
I oto Prawo i Sprawiedliwość wystawia do tej walki Andrzeja Dudę i wszyscy wybuchają perlistym śmiechem. Przepraszam bardzo, ale z jakiego to powodu? W czyją to stronę ów śmiech jest skierowany? Czy naprawdę w stronę Dudy? A niby z jakiego powodu? Powiedzieliśmy już sobie, że, obiektywnie rzecz biorąc, od Komorowskiego lepszy jest każdy, a więc oczywiście też Duda. Tu jednak mamy coś więcej: Duda, obiektywnie rzecz biorąc, jest lepszy od wielu, wielu innych chętnych do tego, by kandydować w tych wyborach, a już na pewno od prof. Nowaka, który tu i ówdzie był aż nazbyt poważnie proponowany do tej roboty. Z tego co wiem, Duda wygląda nienajgorzej, jest bardzo elokwentny, inteligentny, jak się zdaje stosunkowo uczciwy, politycznie bardzo kompetentny, krótko mówiąc prezentuje się jako ktoś, przy kim wielu kandydatów w normalnej demokratycznej walce nie miałoby szans. A my tu mówimy o Bronisławie Komorowskim? Przepraszam bardzo, ale w jaki sposób Komorowski jest w stanie wygrać z Dudą, jeśli przyjmiemy, że te wybory, podobnie jak poprzedzająca je kampania, będą uczciwe? Ktoś powie, że nie będą. Ktoś powie, że propaganda Systemu Dudę rozbije w proch. No i zgoda. Ja to bardzo poważnie biorę pod uwagę, tyle, że kogo nie rozbije? Nowaka? A czemu niby Nowak byłby się jej w stanie oprzeć, skoro w lipcu roku 2010 oni pokazali, co są w stanie zrobić z samym Jarosławem Kaczyńskim?
Sprawa polega na tym, że przede wszystkim – podkreślam, z tego co o nim wiem – Duda jest dobry. Po prostu. To nie jest George Clooney, nie jest to też Ronald Reagan, czy Margaret Thatcher, ale jest dobry. Przede wszystkim jednak, jak już wcześniej się umówiliśmy, na Komorowskiego dobry jest każdy, tyle że nam nie jest potrzebny każdy, ale ktoś przynajmniej na te smutne czasy – adekwatny. Jeśli System uzna, że dość już tych oszustw, Duda wygra i to wygra być może w pierwszej turze. Jeśli nie, nie wygra ani Jarosław Kaczyński, ani nikt, kogo sobie wymyślimy. Jedno powinniśmy pamiętać: by nie dać się aż tak zaczarować. Trzymajmy się rzeczywistości. Spójrzmy na to zdjęcie i pamiętajmy – to nie oni są naszym przeciwnikiem. To są eksponaty z ruskiego gabinetu figur woskowych. Wystarczy, że temperatura wzrośnie choćby o jedną kreskę, oni się roztopią i nie zostanie z nich nawet kupka kupy. I to wcale nie dlatego, że wosk nie zamienia się w gówno.

Wszystkich jak zwykle zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. Tym razem śpiących smoków nie będzie, natomiast zamiast tego mam coś znacznie przyjemniejszego:


poniedziałek, 25 maja 2015

O prezydencie z tarczą i amuletem i o nas, zlęknionych niewolnikach

O tym, że Andrzej Duda idzie do ostatecznego sukcesu, my tu u nas w domu, wiedzieliśmy wczoraj mniej więcej od wczesnych godzin popołudniowych, a ja – co przypomnę z nieskromna satysfakcją – zapowiadałem to zwycięstwo na tym blogu jeszcze w listopadzie. Mijał więc ów ponury niedzielny dzień, moje dzieci nie opuszczały tego nieszczęsnego Twittera nawet na moment, przekazując mi odpowiednie informacje, a ja z każdą chwilą byłem już tylko spokojniejszy. No i nagle okazało się, że ponieważ w którymś z lokali wyborczych zmarła jedna kobieta, przez to na pierwsze wyniki sondażowe będziemy musieli dodatkowe półtorej godziny, i w tym momencie najpierw Jarosław Gowin „zaćwierkał” coś o siłach Mordoru, a ja sam zacząłem otrzymywać esemesy z bardzo szczególnym „łańcuszkiem” wzywającym do modlitwy, bo władza próbuje sfałszować wybory. Próbowałem z moimi przerażonymi przyjaciółmi dyskutować i tłumaczyć im, że sprawa jest już zamknięta, Duda wygrał, Komorowski odchodzi – wszystko na nic. Niemal co minutę, mój telefon odbierał kolejne esemesy z wezwaniem do modlitwy, bo „oni chcą nas pozbawić zwycięstwa”.
Dziś Andrzej Duda, nasz wymodlony prezydent, rozdaje ponownie kawę, a ja sobie myślę, że nadszedł nowy czas, z którym przynajmniej ja będę się musiał solidnie zmierzyć, a, co więcej, uważam, że mam do tego wszelkie prawa. Otóż kiedy Jarosław Kaczyński wskazał Andrzeja Dudę jako kandydata na prezydenta, ja akurat, jak już przypomniałem wyżej, byłem niemal jedynym człowiekiem poza samym pewnie samym Dudą, który wierzył w to, że on tę kampanię wygra. Jeśli ktoś chce, niech sobie przejrzy ten blog i znajdzie odpowiedni tekst.
To ja również jednak od niemal już trzech lat zwracałem uwagę na to, że wszystko wskazuje na to, że dochodzimy do momentu, kiedy władza w Polsce zostanie zmieniona i to nie wyłącznie, ani nawet przede wszystkim, dzięki woli społeczeństwa, ale koncesji, jaką na rzecz owego społeczeństwa uczynił System. Pisałem o tym – o jednym i o drugim – przez całe długie miesiące, dowodząc, że przed nami czas dramatycznych zmian na poziomie, którego nikt z nas nie dość, że nie jest w stanie kontrolować, to jeszcze nawet nie potrafi ogarnąć swoją myślą. I dziś wszyscy zobaczyliśmy jak na dłoni, jak to się robi w przysłowiowym Chicago.
A dziś widzę, jak wielu z nas i jak bardzo, nie zrozumiało z tego co się stało dosłownie nic. W tej sytuacji chciałem dziś złożyć pewną deklarację: czekam jeszcze na jesienne zwycięstwo PiS-u, a potem obiecuję, że nie będę miał litości, bo jestem przekonany, że tak naprawdę, to co było od zawsze naszym największym wrogiem, to my sami, nasz strach i nasza gnuśność.

Oczywiście księgarnia Coryllusa wciąż stoi otworem, a w niej ostatnie egzemplarze pierwszego zbioru tych felietonów „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, gdzie jak na dłoni mamy obraz tego, jak się hartowała owa nienawiść, która dziś nas tak strasznie oplotła. Szczerze polecam. To jest szczególnie dziś lektura obowiązkowa: http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-siedmiokilogramowym-lisciu-i-inne-historie

niedziela, 24 maja 2015

Johnny Cash (73) - Jordi Savall (27)

Mamy drugi dzień ciszy, a z nim usta zamknięte na kłódkę. Poczytajmy więc sobie kolejny rozdział z mojej książki o zespołach i słuchajmy muzyki.

Gdy idzie o muzykę tak zwaną „poważną”, znam się na niej w stopniu bardzo ograniczonym, i przyznam, że nie bardzo lubię. To znaczy, niekiedy słucham jakichś wybranych kawałków – ostatnio kwartety Szostakowicza – natomiast nie powiedziałbym, by generalnie słuchanie jej sprawiało mi szczególną przyjemność. Co gorsza, tak się jakoś składa, że z im bardziej uznanym kompozytorem mam do czynienia, tym mniej jestem w stanie słuchać tej akurat muzyki. A więc ani Mozart, ani Beethoven, ani Haydn, ani jakiś Schubert, czy Chopin nie inspirują mnie w jakimkolwiek wymiarze.
Bach. Okay. Bacha czasem słuchać lubię, tyle że niedawno spotkały mnie dwie rzeczy, które bardzo mnie zaniepokoiły. Otóż, jak wiemy, Bach to barok, a nie trzeba być bardzo starannym obserwatorem muzycznego rynku, by zauważyć, że cały ów biznes opanowany jest przez barok właśnie. Wystarczy wejść do jakiejkolwiek księgarni handlującej płytami z muzyką poważną, by zobaczyć, że tam najwięcej i w najbardziej atrakcyjnej ofercie jest właśnie baroku, ewentualnie muzyki jeszcze dawniejszej. Wystarczy wejść do takiego sklepu, by zostać wręcz przyduszonym tymi pięknymi okładkami, na których widać piękne kobiety z dawnymi instrumentami w dłoniach, no i być może jeszcze posłuchać jak ta muzyka się sączy ze sklepowych głośników. Wystarczy wreszcie rozejrzeć się po aktualnej ofercie festiwalowej, by stwierdzić, że festiwale gromadzące jakakolwiek publiczność, to są niemal wyłącznie festiwale muzyki dawnej.
Jaki stąd wniosek? Otóż wniosek może być tylko jeden: barok i w ogóle muzyka dawna to najbardziej prymitywny pop. Jeśli tego jest tak dużo, to znaczy, że na to jest zapotrzebowanie; a jeśli to zapotrzebowanie jest tak jednoznaczne – sytuacja robi się dość głupia. Szczególnie dla kogoś takiego jak ja, kto na pytanie: „Czy lubisz słuchać muzyki poważnej?”, gotów jest odpowiedzieć: „Powiedzmy Bacha, czy jakichś jeszcze starszych kompozytorów”.
A zatem to był pierwszy moment, kiedy się zorientowałem, że z tym moim Bachem sprawa jest podejrzana. Drugi przyszedł bardzo niedawno. Otóż ja uczę dzieci pewnych wybitnych muzyków, i czasem po lekcji lubię sobie z mamą tych dzieci porozmawiać właśnie o sytuacji na rynku. I oto któregoś dnia, podczas krótkiej pogawędki, powiedziała mi ona, że na muzycznych uczelniach istnieje coś takiego, że jeśli jest jakiś muzyk, który nie rokuje większych nadziei, to mu się mówi, żeby się załapał na barok, to może sobie jakoś tam da radę. No i stamtąd już doszliśmy do rozmowy na temat tych wszystkich artystów, typu L’Arppegiata, Christina Pluhar, Philippe Jaroussky, czy wreszcie ich pierwszy i najważniejszy boss – Jordi Savall.
Mówiłem jej, że ja owszem, bardzo lubię sobie posłuchać tego typu muzyki, natomiast kiedy widzę to opakowanie, jestem co do tego wszystkiego pełen najgorszych podejrzeń. A ona na to mi odpowiadała, że też czasem lubi sobie czegoś takiego posłuchać, ale z zawodowego punktu widzenia, to jest zbyt tanie, by się tym zajmować bardziej na powaznie. Normalny, zwykły pop, do tego jeszcze specjalnie przykrojony pod najmniej wybredne gusta. A ten Savall to tego wszystkiego bezpośredni symbol.
A ja sobie myślę, że ona musi mieć rację. Zatrzymajmy się przy tym Savallu. Spójrzmy na niego choćby przez chwilę, kiedy on jest w pracy. Popatrzmy na ten jego szalik, te buty, ten szpan, tę zamyśloną pozę. I pomyślmy o tych wszystkich inteligenckich domach, gdzie w naczelnym miejscu salonu znajduje się ten wypasiony, high endowy sprzęt, a obok leżą te płyty: Maria Peszek, Pat Metheny, no i oczywiście wszystkie po kolei płyty L’Arpeggiaty. No i dobra. Niech będzie, że jeszcze najnowsze trójpłytowe wydanie „Out of the Cool” Milesa.
Ktoś pewnie teraz mi powie, że skoro ja skreślam Bacha i całą muzykę dawną, a wcześniej już wykazałem kompletny brak zainteresowania klasykami, romantykami i całą resztą tej nadętej bandy, to co mi zostaje? Otóż nie wiem, co zostaje. Może nic, a może ja się po prostu na tej muzyce – zgodnie z tym zresztą, co napisałem wcześniej – nie znam i już do końca świata będę tylko słuchał „Jesus Love Never Failed Me Yet” Gavina Bryarsa, z Tomem Waitsem i tym biednym dziadem na wokalach? Może. Daję słowo, że nie mam nic przeciwko temu.

Oczywiście, wciąż nie wychodzimy z księgarni Coryllusa, gdzie jest do kupienia moja książka o muzyce. http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Zapraszam serdecznie. A teraz słuchajmy Johnnego Casha. Savall to pozer większy nawet od Daniela Olbrychskiego.


sobota, 23 maja 2015

Van Morrison - człowiek z zastawioną duszą

Ponieważ, jak zawsze, kazali nam się zamknąć, nie pozostaje nic innego, ja sobie posłuchać piosenek. Ale zanim się zasłuchamy, proponuję jeden z rozdziałów swojej książki o muzyce. Van Morrison. Tylko i aż.


Robert Johnson urodził się w roku 1911, a zmarł w 1938. Oczywiście może się bardzo łatwo okazać, że te relacje wyglądają nieco inaczej, zwłaszcza jak idzie o rok urodzenia, kiedy to pies z kulawą nogą się faktem urodzin tego czarnucha nie przejął, ale mniej więcej tak to wyglądało. On się najpierw urodził, a po niespełna 30 latach wziął i umarł. Ktoś, kto go znał jeszcze zanim on został najwybitniejszym gitarzystą w historii bluesa i okolic, stwierdził po latach, że kiedy go spotkał po raz pierwszy, Johnson, owszem, bardzo dobrze grał na harmonijce, natomiast gitarzystą był „żałośnie złym”. No i niemal z dnia na dzień okazało się, ze ta ocena jest już nieaktualna. Niemal z dnia na dzień wyszło na to, że nie ma nigdzie nikogo, kto grałby na gitarze równie znakomicie, jak on.
Oczywiście znamy wszyscy, często jeszcze z czasów, kiedy rodzice czytali nam bajki, ów schemat, wedle którego żyje sobie gdzieś człowiek, pozbawiony jakichkolwiek talentów, gdy oto któregoś dnia spotyka Diabła, a ten za jego duszę daje mu wszystko to, czego mu najbardziej w życiu brakowało. Następnie człowiek ów przez ileś tam lat sobie tego czegoś poużywa, no a później umiera i bajka się kończy. Znamy tę historię, w dodatku we wszystkich możliwych konfiguracjach, a jeśli ktoś nam powie, że, owszem, ona jest niezła, ale w żaden sposób nie ma przełożenia na nasze życie codzienne, nawet nie mamy jak zaprotestować. A ja uważam, że życie i śmierć Roberta Johnsona jest tu argumentem wręcz fantastycznym.
Nie wiem, czy jest wielu artystów –obojętnie, czy to muzyków, pisarzy, czy malarzy – których sława byłaby tak bardzo, jak to ma miejsce w wypadku Roberta Johnsona, wypełniona legendą właśnie o tym, jak to on któregoś dnia spotkał na rozstaju dróg Szatana, ten mu obiecał, że za jego duszę sprawi, że on zostanie największym gitarzystą w historii, i Johnson tę ofertę przyjął. Możliwe, że to tu to tam, zwłaszcza oczywiście jak idzie o talenty wyjątkowe, ów cyrograf się pojawia, jednak jak idzie o Johnsona, nie ma takiej jego biografii, nie ma na jego temat pojedynczej notki, nie ma jednego wspomnienia, gdzie o tym rozstaju dróg by nie wspomniano. Robert Johnson w powszechnej pamięci pozostaje już zawsze kimś, kto sprzedał duszę Diabłu.
Eric Clapton wspominał kiedyś, że miał w swoim życiu okres, że kiedy spotykał człowieka, który nie wiedział, kim był Robert Johnson, on nie był w stanie dalej kontynuować znajomości; Keith Richards przyznał, że kiedy po raz pierwszy usłyszał Johnsona, zapytał, kto gra na tej drugiej gitarze; Robert Plant powiedział, że „wszyscy zawdzięczamy Johnsonowi nasze istnienie”, Jimi Page dyskretnie tematu Johnsona unikał, ale wystarczy posłuchać któregokolwiek utworu Led Zeppelin, by wiedzieć, w czym rzecz.
Robert Johnson przez te kilka lat, kiedy używał swojego przedziwnego talentu, nagrał 29 piosenek, i na tym zakończył. Dziś, wydawana wciąż od nowa, płyta z ową kolekcją uważana jest powszechnie za jeden z największych albumów w historii muzyki popularnej, a tamta, tak stara jak sama muzyka, legenda żyje w najlepsze. Któregoś dnia pewien, w najlepszym wypadku przeciętny, bluesowy muzyk i śpiewak spotkał Szatana i oddał mu swoją duszę, w zamian za co otrzymał ów niezwykły talent. A ja piszę te refleksje, i słucham, akurat nie Johnsona, ale Van Morrisona, i myślę o nim właśnie – o Van Morrisonie. Oto jego występ z grudnia 2008 roku gdzieś w Niemczech i wiadomość zupełnie porażająca: Van Morrison jest większy nie tylko od Roberta Johnsona, ale od wszystkiego, co kiedykolwiek było – od Jamesa Browna, od John Lee Hookera, od Led Zeppelin, od Hendrixa, Dylana… od wszystkich. Ten właśnie koncert pokazuje to bardzo jasno. A ja sobie myślę, że tu się dopiero musiało dziać.
A pomyśleć, że kiedyś, przed wielu, wielu laty, wszystko się sprowadzało do czegoś, co się nazywało Them i, owszem, miało tę swoją „Glorię”, ale poza tym, naprawdę niewiele więcej. Zaglądam do biografii Van Morrisona i czytam, jak to jego mama była Świadkiem Jehowy, a on jako dziecko regularnie chadzał z nią do tej ich Sali Królestwa na zebrania, i myślę, że to pewnie stąd polska wikipedia klasyfikuje jego muzykę, jako „rock chrześcijański”…
Ale ja już nie o tym. Nie o muzyce, która, jak już to zostało wspomniane – bez względu na to, czy stanowi rock chrześcijański, czy jakikolwiek inny – robi wrażenie szczególne. Otóż czytamy dalej, że w roku 2009 kobieta, którą on zatrudniał jako szefa 14 ze swoich firm, niejaka Gigi Lee, urodziła dziecko i na oficjalnej stronie artysty ogłosiła, co następuje: „Gigi i Van Morrison pragną ogłosić narodziny ich pierwszego syna, Vana, który przyszedł na świat 28 grudnia 2009 roku i jest podobny do swojego taty, jak dwie krople wody”. Morrison, który już wtedy był szczęśliwie żonaty z byłą modelką i lokalną celebrytką Michelle Rocca, w jednej chwili oświadczył, że informacja ta stanowi poważne nadużycie, a on tej Lee w życiu nawet nie widział.
Minął rok, i w styczniu 2011 roku dziecko umarło z powodu, jak to określono, komplikacji spowodowanych cukrzycą. Mniej więcej w tym samym czasie Lee zapadła na nowotwór gardła, i zamarła w październiku tego samego roku.
A skoro już jesteśmy przy plotkach, to zobaczmy też, co się działo po drugiej stronie prywatnego życia Van Morrisona. Otóż jego żona, Michelle Rocca, przez cały 2007 rok ścigała po sądach swojego byłego kochanka, Cathala Ryana, syna założyciela linii lotniczych Ryanair, za jakieś minione krzywdy, i wszystko się nagle skończyło w grudniu tego samego roku samobójczą śmiercią Cathala, jak głosi wieść, z powodu kłopotów finansowych.
Przyznaję, że ów plotkarski ton, który zdominował tę część naszych historii, jak by nie patrzeć, o zespołach przecież głównie, samego mnie trochę martwi. W końcu tu ani przez chwilę o to akurat nie chodziło. A jednak mamy te czarne rozdroża. I te nieprawdopodobne wręcz talenty. I te zobowiązania. No i znów ten pop. Jak zawsze. Wprost do jakiegoś horroru z Keanu Reevesem w roli głównej. Prawda?

Gdy chodzi o samą książkę, ona nosi bardzo, jak się okazuje, mylący tytuł „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” i jest do nabycia za jedyne 25 złotych tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Polecam.
A teraz już tylko słuchamy.


piątek, 22 maja 2015

O niszczeniu nadziei i pożytecznych durniach

Powiem szczerze, że kiedy pisałem poniższy felieton w miniony wtorek, nawet w najsłodszych snach nie spodziewałem się, że moje prognozy się aż tak sprawdzą. Wiedziałem bowiem, że Duda Komorowskiego podczas debaty rozłoży na łopatki, wiedziałem, że powszechnie sączona opinia będzie taka, że Komorowski Dudę „zmasakrował”, jednak nie spodziewałem się, że Duda będzie aż tak lepszy i że oficjalnie podawana wyniki tego starcia będą dla niego aż tak złe. Tyle dobrego, że, jak się zdaje, po zeszłotygodniowym szaleństwie, znaczna część naszych się opamiętała i owej propagandzie nie uległa. Stoimy więc mimo wszystko stoimy na jednej nodze, z podniesioną głową… gotowi do skoku.

Kiedy felieton ten ukaże się w „Warszawskiej”, będziemy już w ostatnim dniu kampanii i po ostatniej z zapowiadanych wyborczych debat, a ja już dziś mogę zapowiedzieć, że jeśli podczas owej debaty Bronisław Komorowski nie zwariuje i nie zacznie mówić językami, albo zwyczajnie nie dostanie zawału serca z tego napięcia, prawicowa opinia publiczna ogłosi, że Duda niestety przegrał i że to jest już koniec. Dlaczego tak myślę? Już wyjaśniam.
Otóż, jak tylko sięgnę pamięcią, niemal wszystkie dotychczasowe debaty prezydenckie przez propagandę reżimową obsługiwane były w identyczny sposób. Jeszcze zanim się kandydaci rozeszli do domów, media związane ze sztabem popieranego przez siebie kandydata ogłaszały, że ten odniósł bezapelacyjne zwycięstwo, po czym przekaz ów wysyłany był tak długo aż cała Polska go powtarzała bez zająknięcia, i to niezależnie od tego, czy mówimy o tak zwanej Polsce „naszej”, czy Polsce „ich”. I proszę zwrócić uwagę, jak silny bywa ten atak. Nawet dziś większość z nas informację o tym, że pamiętną debatę Kaczyński - Tusk wygrał Tusk, powtarza jak mantrę. Jak on to zrobił, że ją wygrał? A bo zapytał o ceny tej marchewki, a bo zaapelował o poparcie nawet do tych, co Platformy nie lubią, a to wreszcie dzięki sprytnemu zagraniu Nowaka, który wysłał na tę imprezę wrzeszczące bojówki. I tak to działa od lat. Jedyne co trzeba, to pozbawić wrogi obóz nadziei, wiary i ducha walki.
Dokładnie to samo mamy dziś. Od minionej niedzieli, kiedy w telewizyjnym studio spotkali się Duda z Komorowskim, obóz Komorowskiego, przy aktywnym udziale mediów, ogłasza nie oglądając się na najbardziej oczywiste fakty, porażkę Dudy, a my na to, zamiast robić dokładnie to samo i głosić zwycięstwo kandydata, w najlepszym wypadku, łaskawie prosimy o zgodę na remis. Efekt jest taki, że w popularnym obiegu coraz bardziej narasta przekonanie, że jak zwykle System jest górą, że nasze nadzieje jak zwykle wzięły w łeb i że jak zawsze jedyne co nam pozostaje, to zapracowywać się na śmierć tylko po to, by raz na tydzień zajść sobie do lokalnego supermarketu i popatrzyć na to światło.
I ja bym to wszystko z chęcią znosił, gdyby nie fakt, że w tym strasznym procederze biorą udział również ci, którzy życzą Polsce jak najlepiej. Jak mówię, dziś, kiedy piszę ten felieton, mamy jeszcze dwa dni do tej debaty i związanych z nią komentarzy, ale ja już słyszę, jak z jednej strony Jarosław Gowin, z drugiej redaktor Skwieciński, a za nimi cała rzesza prawicowych internetowych komentatorów wyrażają swój zawód z tego powodu, że jednak Komorowski finiszuje jak złoto, natomiast my… no, my, jak to my. A wszystko to wbrew faktom i wbrew prostej pięknej prawdzie. Mam tylko nadzieję, że większość wyborców Andrzeja Dudy o ich istnieniu nawet nie ma pojęcia.

Mimo dni pełnych napięcia, zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie można kupić każdą z moich sześciu książek. I daję słowo, że nie umiem powiedzieć, którą bardziej polecam.

czwartek, 21 maja 2015

Prezydent wydudany!

Jak już tu wspominałem, dzieci moje swoje emocje zaangażowały w kampanię Andrzeja Dudy w takim stopniu, że aż ja, który je przecież znam aż nazbyt dobrze, poczułem niepokój. Szczególnie moja najmłodsza córka od pewnego czasu operuje na takim poziomie, że parę razy powiedziałem jej, żeby przestała, bo zwyczajnie nie warto. No ale każdy kto ma dzieci, wie, jak bywa trudno.
Parę dni temu, przyszła ona do mnie i poinformowała, że na stronie Bronisława Komorowskiego na Facebooku znalazła numer telefonu do niego, od rana do wieczora próbuje się do niego dodzwonić, ale bez efektu. Dzwoniła tam dwa dni temu, wczoraj, dziś… i oto wreszcie – sukces. Zapraszam i polecam całym sercem:


Dlaczego w Ruskiej Budzie nie ma trzepaków?

Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, od paru już lat, w każdy piątek, publikuję w „Warszawskiej Gazecie” felieton na tematy bieżące, na 444 słowa. I tym razem, już jutro, czytelnicy owego niezwykłego wręcz tygodnika będą mogli sobie poczytać odpowiednie refleksje. Ponieważ jednak wszystko ostatnio staje się tak intensywne, tak się też złożyło, że wczoraj, już pod koniec dnia, trafiłem na coś na tyle inspirującego, a jednocześnie nie zabierającego zbyt dużo miejsca, że postanowiłem szybko napisać kolejny tekst, tej samej dokładnie długości, tyle że z wyłącznym przeznaczeniem na ten blog. A zatem zapraszam. Dziś parę słów dla nas, a jutro piątek, a więc kolejny tekst od Piotra Bachurskiego. A potem już tylko cisza.

Już na sam koniec dnia, bardzo późnym wieczorem zajrzałem do Onetu i trafiłem na rozmowę z najbardziej chyba celebrowanym dziś polskim gangsterem, a obecnie świadkiem koronnym, czyli tak zwanym „Masą”. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, jak z reguły reagują osoby kulturalne i przyzwyczajone do pewnego rodzaju etykiety, kiedy ktoś nagle w debacie o stanie państwa zacznie się powoływać na głos gangsterów. Jako zagorzały jednak badacz świata opisanego w zekranizowanej przez Francisa Forda Copollę powieści Mario Puzo „Ojciec Chrzestny”, owymi pogardliwymi gestami się nie przejmuję i mówię, co mi tak naprawdę leży na sercu. Mamy więc wywiad z owym Masą i pada następujące pytanie:
W czasie rządów Lecha Kaczyńskiego doszło do likwidacji WSI. Służb, do których ‘Pruszkowa’ nawet nie chciał Pan porównywać. Mówił Pan: ‘przy nich to my byliśmy mafia trzepakowa’”.
Na co gangster Masa odpowiada:
„Cała ta esbecja, ludzie z WSI... [mają dziś wpływy] nieograniczone. Tylko dziś nie latają jako wywiad, tylko jako biznesmeni. Kliki układowe, kolesiostwa, przyjaźnie zawarte w wojsku, na szkoleniach, wyjazdach. Z pełnym dostępem do służb, CBŚ, CBA. Dziś mówimy o nich ‘szara strefa’, a w następnym dziesięcioleciu powiemy wprost: mafia. Mają haki na wszystkich. Ta cała stara esbecja, WSI, może roztoczyć przed każdym czerwony dywan do gigantycznej kariery. Haki na polityków, którzy przecież są upier... w tym gównie od karku po pięty. Czemu oni nie chcieli weryfikacji? Rozliczeń komuny? Wchodzimy już w politykę, ale przynajmniej wiem, dlaczego krzyczano o Okrągłym Stole, że to zdrajcy. […] Nie chcę z nimi zadzierać. Uwierzcie mi, żaden program świadka koronnego by mi nie pomógł. Pewnie komuś się kiedyś wszystko znudzi i powie, jak to wyglądało. Zanim go upier..., to będzie sensacja na całą Polskę. Wspomnicie moje słowa”.
Ktoś powie, że człowiek ten to ani autorytet, ani nawet ktoś, kogo my tu możemy traktować, jako osobę choćby w minimalnym stopniu wiarygodną. I ja, choć akurat mam na ten temat inne zdanie, gotów jestem na rzecz dzisiejszej dyskusji ową opcję zaakceptować. Masa to cwany bandzior, który gada, co mu akurat pasuje i nie ma co go traktować poważnie. Rzecz jednak w tym, że ja mam dziś coś zupełnie innego w głowie, niż to, co nam opowiada współpracujący z władzą były szef pruszkowskiej mafii. Mnie zastanawia bardziej to, co jest powodem tego, że trzy dni przed wyborami firma o takiej pozycji jak Onet publikuje tę rozmowę, i przychodzą mi do głowy dwa rozwiązania: jedno takie, że chodzi o skompromitowanie Dudy, jako kandydata mafii nr1, a drugie, że celem tego ataku (bo to jest oczywisty atak) jest sam pan Prezydent, a więc kandydat mafii nr 2. Tej, o której gangster Masa mówi, że pokaże swoje prawdziwe oblicze dopiero za 10 lat.
A Wy co o tym myślicie?

Przypominam, że wszystkie moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Poza tym, nawet nie warto się rozglądać.

środa, 20 maja 2015

Koniec kampanii, czyli czego się przestraszył Tomasz Lis

Jak widzimy, wiele wskazuje na to, że straszenie wyborców Andrzeja Dudy Kaczyńskim, Macierewiczem, powszechną inwigilacją, cenzurą, eksplozją czarnej nienawiści wszystkich do wszystkich, a nawet wojną z Rosją i Niemcami, straciło już choćby i potencjalną skuteczność. W tej sytuacji, propagandowy atak jest chyba raczej przekierowywany na to, że Duda naszego losu i tak nie zmieni i dotychczasowy syf pozostanie dokładnie tym samym syfem i niczym innym, więc nie ma na co liczyć i lepiej wybrać znaną nam rubaszność, niż Diabeł jeden wie, co. Nawet sam Kuba Wojewódzki, w programie od paru dni zapowiadanym, jako tajna broń sztabu prezydenta Komorowskiego, nie był w stanie się wspiąć ani trochę wyżej niż przyznanie, że jedynym praktycznie powodem, dla którego on zagłosuje na Komorowskiego jest to, że Komorowski to nie Duda. Swoją drogą, przepraszam bardzo, ale gdybym ja tu u nas w domu ogłosił, że planuję głosować na Dudę tylko dlatego, że on nie jest Komorowskim, to moja rodzina by mnie na stałe przeprowadziła do najbliższej galerii handlowej.
A zatem, wydaje się, że nie dość, że Dudy się już nikt nie boi, to w ogóle nikt już się nie boi niczego. Po tych paru miesiącach naprawdę bardzo intensywnej kampanii, zdecydowana większość z tych, którym jeszcze na czymkolwiek zależy, wie doskonale, że jeśli można czuć jakikolwiek niepokój, to ewentualnie przed kolejnymi latami okupowania Belwederu przez tych dwoje kosmitów. Mimo to jednak, jestem pewien, że zmienianie dziś kampanijnej strategii na bardziej agresywną jest absolutnie zbędne. Nawet nie szkodliwe, ale zbędne. Powiem więcej. Ja odnoszę wręcz wrażenie, że tak naprawdę najlepiej by było, gdyby Andrzej Duda wziął żonę, wyjechał na tę resztę dni gdzieś na parodniowe wakacje i pozwolił Komorowskiemu i jego ludziom w tych ich kłamstwach zwyczajnie zgnić. Ponieważ jednak prawa kampanii są, jakie są, nie ma co kombinować i trzeba walczyć do końca. Jednak, jak mówię, wygląda na to, że kwestia tych wyborów jest już od pewnego czasu rozstrzygnięta.
Dziś obejrzałem kawałek programu telewizji TVN24, która, co muszę przyznać bez bicia, stara się jak może, by nikt ich nie oskarżył, że w czymkolwiek przypominają telewizję publiczną, i trafiłem na coś absolutnie porażającego. Oto w pewnym momencie, podczas odczytywania bieżących doniesień, red. Anita Werner przerwała program i przekazała obraz do wsi o nazwie Dąbrówka Wielkopolska, gdzie, jak niemal natychmiast ogłosił żółty pasek, prezydent Komorowski „walczy o głosy wyborców”. I co ujrzeliśmy? Oto w pomieszczeniu przypominającym szkolną świetlicę grupa ubranych w regionalne stroje bardzo małych dzieci obtańcowuje jakiś układ, obok stoją ludzie w garniturach – w tym sam kandydat Komorowski – i wszyscy, nawet przez moment nie zwracając uwagi na te dzieci, sobie w najlepsze gadają. Tak to trwa minutę, dwie, trzy, cztery i w końcu transmisja zostaje przerwana i red. Werner z miną, której ja opisać nie jestem w stanie, prosi jakiegoś gogusia, żeby opowiedział o pogodzie. A ten też nie może się powstrzymać przed rzuceniem uwagi, że wprawdzie to co on powie nie będzie tak interesujące, jak to co było przed chwilą, ale słuchajmy.
Ja nie wiem, ilu ewentualnych zwolenników prezydentury Bronisława Komorowskiego oglądało to coś, a tym bardziej, ilu z nich uznało to za argument na rzecz swojego politycznego wyboru, ale muszę powiedzieć, że ja osobiście bym się z nimi nie zamienił. Bo to, do czego po wspomnianych miesiącach kampanii doszedł kandydat Komorowski, to otchłań, której ja nie jestem w stanie ogarnąć. Powiedzieć, że to jest koniec, byłoby bowiem czymś boleśnie nieadekwatnym.
Ale widziałem wczoraj coś jeszcze, a mianowicie cały zapis spotkania Andrzeja Dudy z Tomaszem Lisem w siedzibie Springera (jak ktoś ma ochotę, proszę uprzejmie: http://m.fakt.pl/polityka/politycy,11hgql). Przepraszam za to porównanie, ale to nie ja. To w komentarzu pod poprzednią notką nasz kolega Genezyp Kapen przypomniał tę postać: „Michael Corleone”. A skoro tak, to ja naprawdę apeluję do wszystkich tych z nas, którzy tak nieroztropnie zachęcają Andrzeja Dudę, by w czwartkowej debacie w TVN-ie pokazał, że nie jest maminsynkiem. Bardzo Was proszę, nie kuśmy losu, bo jeśli on posłucha naszych apeli i Komorowskiego zaatakuje na poważnie, część z nas tego nie wytrzyma i faktycznie uzna, że lepiej wybrać zgodę i porozumienie. A tego byśmy nie chcieli, prawda?

Od wczoraj nic się nie zmieniło. Jedyna literatura warta uwagi jest dziś do nabycia wyłącznie pod adresem www.coryllus.pl.

wtorek, 19 maja 2015

O grzesznej bezmyslności i kampanii na wietrze

Oczywiście, jestem głęboko przekonany, że Andrzej Duda przez ten ostatni tydzień kampanii poradzi z sobie znakomicie, i to wbrew wspólnym wysiłkom opłacanej propagandy sztabu Bronisława Komorowskiego i naszych bohaterów, by go na tej ostatniej prostej zwyczajnie zniszczyć. W owym przekonaniu utrzymuje mnie każdy kolejny dzień, kiedy on jeździ od miasta do miasta i niesiony falą tego entuzjazmu, zmierza prosto do zwycięstwa. Dobre myśli też mnie nie opuszczają, kiedy moje najmłodsze dziecko informuje mnie, że Dudzie dziś liczba polubień na Facebooku skoczyła o kolejne 2 tysiące. Ale jestem też w radosnym nastroju, kiedy widzę, jak sobie z tą sytuacją radzi bohater naszych serc od wczoraj, Bronisław Komorowski, który, jak słyszę, Dudę zwyczajnie pożarł.
Tym wszystkim natomiast, którzy z jednej strony ulegli owej propagandzie, która w sposób ewidentny i wyjątkowo perfidny sączona była już w trakcie debaty i przekazywała ów komunikat, że Komorowski jest lepszy, z drugiej strachowi przed potęgą okrutnej władzy, który nas dławi od wielu już lat, ale też swojemu małemu prywatnemu lękowi, by się w sytuacji rzekomo tak publicznie jednoznacznej, za bardzo nie wychylać, i ogłosili – jak choćby bloger Kuźmiuk – że w najlepszym wypadku uzyskaliśmy „remis ze wskazaniem”, chciałbym powiedzieć, że jeśli jakimś cudem im się udało nakręcić spiralę niepewności, czy wręcz strachu przed potęgą Systemu, i Komorowski to wygra, to ta porażka pójdzie na ich sumienie. Bo to oni – jeśli jakimś niefortunnym trafem do tego dojdzie – będą mogli o sobie powiedzieć, że gdy chodzi o niszczenie nadziei, wykazali się prawdziwym mistrzostwem.
Słuchałem wczoraj cały dzień doniesień medialnych na temat tej debaty, czytałem komentarze w sieci i całość zdominowały dwa rodzaje przekazu: jeden twierdził, że Komorowski Dudę rozniósł, a drugi, że ta klęska wcale nie była tak oczywista, choć faktycznie Komorowski był bardzo dobry, więc może lepiej, żeby już Duda w konfrontację z Komorowski nie wchodził, bo będzie jeszcze gorzej. Słuchałem tych głosów, czytałem te słowa i nagle zrozumiałem, że choćbyśmy byli nie wiadomo jak wierni i tą wiarą mocni, nie jesteśmy w stanie tym złym pomrukom w jakiś sposób nie ulec. Jest naprawdę niełatwo, kiedy w tak trudnym i pełnym napięcia i niepewności momencie dowiadujemy się, że nawet zdaniem ludzi nam życzliwych, przegrywamy. My tu oczywiście jesteśmy wystarczająco pewni siebie, ale zastanówmy się, jak na to zareagują ci, dla których polityka to zaledwie przystanek na ich drodze życia. Jak się zachowają ci, którzy dotychczas sądzili, że polityka to brudny biznes, w który nie warto się angażować, zobaczyli tego fantastycznego Dudę, który nie jest wcale taki straszny, zaczęli się zastanawiać… i właśnie się dowiedzieli, że wedle doniesień mediów, jak zwykle wygrywa władza?
Biorę pod uwagę, że za tym stoi dobra i szczera wola prawdziwych polskich patriotów i chodzi tylko o to, by w czwartek, skoro już musi dojść do kolejnego starcia, Duda wreszcie pokazał, że nie jest maminsynkiem, tylko prawdziwym bojownikiem, który Komorowskiego bezdyskusyjnie pokona. Otóż ja już dziś wiem, że Duda okaże się maminsynkiem i budyniem, i tę debatę przegra. Komorowski natomiast jak zwykle okaże się na tyle cwany, a my na tyle gamoniowaci, byśmy na ten cały interes machnęli ręką i zajęli się dalszą patriotyczną robotą do czasu aż wreszcie katolicka i patriotyczna Polska powstanie w osobie jakiegoś kolejnego Brauna, czy Kowalskiego, który nas doprowadzi do ostatecznego zwycięstwa. I wtedy będziemy wreszcie żyli wiecznie.
Powtarzam raz jeszcze. Jedno więcej słowo na temat tego, że kampania Dudy jest nieadekwatna, i niech was Pan Bóg Broni przed tym, żeby on przegrał. Bo za to coście zrobili spłoniecie w piekle.

Przypominam że książki kupujemy tylko na stronie www.coryllus.pl. Z tego co wiem, reszta nie istnieje.

poniedziałek, 18 maja 2015

Do moich przyjaciół tchórzy

Gdyby ktoś mnie pytał, minione targi, w sensie handlu, zysku i takich tam, były dla mnie czymś absolutnie najgorszym. Miałem już parę razy okazję być na tym nieszczęsny stadionie i to za każdym razem było doświadczenie na granicy katastrofy, no ale tak jak przez te dwa dni, jeszcze nie się nie czułem. Pomijając parę naturalnie miłych spotkań, muszę powiedzieć, że gdyby nie pojawienie się już niemal pod sam koniec Janusza Pichlaka – jeśli ktoś jest zbyt młody, niech sobie sprawdzi – z małżonką, którzy najzwyczajniej w świecie kupili wszystkie moje książki, a przy okazji okazali się być ludźmi absolutnie czarującymi i inspirującymi, musiałbym potraktować ten stadion i te targi, jako największą swoją porażkę. A więc, o targach tyle. Wystarczy.
Ponieważ całą wczorajszą debatę przesiedziałem w największym sukcesie III RP, czyli w pociągu Pendolino, wszystko co na jej temat wiedziałem, to to, co do mnie pisali patriotycznie wzmożeni znajomi. Przytoczę może tylko dwa fragmenty. Pierwszy, dłuższy: „Andrzej Duda, niestety, nie jest samodzielnym duchem przywódczym, tak to widać. Mój niezachwiany kandydat to w duszy taki krakowski prymusik. Komor, przykro mi bardzo, choć kłamie i manipuluje, wypada dobrze”. Drugi, krótki i w punkt: „Duda poległ. Strasznie poległ”. No i wtedy zadzwoniła do mnie moja młodsza córka i powiedziała tylko tyle: Komorowski wypił całą wodę. Duda nawet tej szklanki nie tknął. I ja już wiedziałem. Potem zadzwonił syn i powiedział, że w ciągu godziny Dudzie na Facebooku przybyło tysiąc nowych „polubień”. Ja wiedziałem, ona wiedziała i mam wielką nadzieję, że wiedzą też ci ludzie, którzy dzień w dzień przychodzą na spotkania z Dudą i niosą go na fali swojego entuzjazmu i mają w nosie Salon24 z jego mądrościami.
Ale kiedy też słyszę te drżące tchórzem głosy, przypomina mi się film „Lot nad kukułczym gniazdem”, a konkretnie scena, kiedy to McMurphy wypluwa tabletkę, którą kazała mu połknąć siostra Ratched, a wszyscy ci biedacy aż się kurczą z przerażenia, że co to będzie, jak ona się dowie, co on zrobił; jak on się nieroztropnie sprzeciwił władzy. Otóż tu mamy sytuację niemal identyczną. Już wszyscy byliśmy tak pewni siebie, tacy zadowoleni, tacy przekonani o tym, że Komorowskiemu nie pomogą już ani pastylki, ani zastrzyki, ani nawet czary, bo przecież pojawił się ten nasz Duda i, jak w tamtym filmie McMurphy, pokazał nam tę wolność i obiecał, że wszystko za nas załatwi… i nagle Komorowski tupnął nogą – tupnął tak jak on, dokładnie tak jak on, ani troszkę zgrabniej i mocniej – a my natychmiast stajemy na baczność i meldujemy się gotowi służyć władzy. Co za smutek! Co za żal!
Bardzo przepraszam, ale dalej już ani słowa, bo jestem w takim nastroju, że jeszcze chwila, a powiem Wam, że zwyczajnie na tego Dudę nie zasłużyliście. Najpierw to powiem, a potem Wam to udowodnię.

Książki są tak jak dotychczas w księgarni na stronie www.coryllus.pl.


sobota, 16 maja 2015

Jak nie płakać po B.B. Kingu

Zmarł B.B. King i ja mam pełną świadomość straty, jaką ponieśli w tym momencie miłośnicy bluesa na całym świecie. Nie pozostaje więc mi nic innego, jak złożyć im wyrazy szczerego współczucia. Byłbym jednak nieuczciwy, gdybym powiedział, że owe poczucie muzycznej utraty przeżywam wraz z nimi. Ja wiem, że B.B. King to był niezwykle miły i pewnie dobry człowiek, w dodatku niezwykle dla gatunku zasłużony, ale co mam robić, jeśli ja B.B. Kinga nigdy nie lubiłem? Po prostu. Jego akurat nie. To już bardziej Claptona. Nawet Nalepę. Kinga – nie. Zresztą, co będę dłużej ględził. Proszę poczytać sobie fragment z mojej książki o muzyce. O bluesie właśnie. Białym i czarnym.

Wiem oczywiście, co mówią specjaliści, a mianowicie to, że wszystko co jest, pochodzi od czarnego bluesa, a więc od tych biedaków, którzy przed stoma laty, zakuci w łańcuchy, stali gdzieś przy drodze i grzechocząc tymi łańcuchami, tworzyli sobie tło dla piosenek, które miały ich zachować w nadziei, lub ich jeszcze starszych braci i siostry, którzy z kolei na polach bawełny mruczeli sobie coś pod nosem, jednak kiedy słucham czy to Beatlesów, czy Talking Heads, czy nawet Van Morrisona, jakoś nie jestem w stanie się wczuć. Powiem więcej, ja nawet nie byłem w stanie odnaleźć tych źródeł u Hendrixa, kiedy on grał i śpiewał swoje Voodoo Chile… no może troszeczkę. Jednak, żeby od razu przyjąć za prawdę to, że wszystko to blues, to już nie bardzo.
Natomiast przyznaję, że sam blues – jak najbardziej. Pamiętam, że był nawet taki okres w moim życiu, kiedy ja słuchałem wyłącznie czarnego bluesa, i nie mam tu wcale na myśli ani John Lee Hookera, ani Muddy Watersa, ani nawet Big Bill Bronzy’ego, czy Howling Woolfa, ale tych najbardziej zapomnianych gitarzystów, niemal bez nazwisk, by już nie wspominać o twarzach. Jednak dość szybko przyszedł moment, kiedy nagle zrozumiałem, że z nimi jest trochę tak, jak dziś powiedzielibyśmy, z hip-hopem, czy punk rockiem, gdzie przez to iż każdy właściwie może to grać, 90 procent tej muzyki to coś kompletnie bez znaczenia. No bo nie oszukujmy się: mamy jakiegoś staruszka z gitarą, który się nazywa Big John Wanker, Blind Jimmy Hooch, czy J.J. Crook, z których każdy śpiewa dokładnie o tym samym, a więc o tym, że obudził się rano i poczuł, że musi się napić, jest dokładnie tak samo dobry i tak samo interesujący, jak jego kolega, no a nam już tylko pozostaje pytanie, jak długo można się tym zachwycać? A więc w pewnej chwili uznałem, że trzeba jednak sobie tych czarnych darować i zrobić w swoich zbiorach gruntowny porządek.
Mam, proszę sobie wyobrazić, kolegę, wybitnego jazzowego saksofonistę i kompozytora, który, gdy idzie o moją muzyczną edukację, ma zasługi nie do przecenienia. Otóż był czas, kiedy on mnie regularnie zapoznawał z całym najważniejszym dorobkiem czarnego awangardowego jazzu, i ja nawet nie dopuszczałem do siebie myśli, że jest coś ważniejszego w tej – i każdej zresztą muzyce – niż Archie Shepp, Albert Ayler, czy młody David Murray. W międzyczasie jednak obaj się mocno posunęliśmy w latach, no i pewnego dnia spotkałem mojego kumpla, chciałem mu coś wspomnieć o Sheppie, a on mi na to mówi, że czarny jazz to fikcja. Wszystko, co tam powstało największego, to byli biali. Czy to Mulligan, czy Bill Evans, czy Gil Evans, czy Chet Baker, czy wreszcie Dave Brubeck – oni wszyscy wyprzedzali swoich czarnych kolegów o lata świetlne. Oczywiście, i Miles, i Parker, a już zwłaszcza ci wszyscy nowojorscy i chicagowscy awangardziści potrafili robić wokół siebie odpowiednią atmosferę, do tego stopnia skutecznie, że ile razy tam się pojawił któryś z tych białych, to nam się wydawało, że to przyszedł uczeń do mistrza, tymczasem niewykluczone, że gdyby nie to, że tam zawsze był jakiś „towar”, to takiemu Bakerowi czy Mulliganowi nawet do głowy by nie przyszło, by się tam w ogóle pokazywać.
Czy tak było rzeczywiście, czy nie – co do tego pewności mieć nie mogę. Ja wiem oczywiście, że prawdopodobnie w całej historii jazzu trudno jest znaleźć coś tak znakomitego, jak trio Evansa ze Scottem LaFaro i Paulem Motianem, lub trąbkę i głos Cheta Bakera, niemniej wciąż wole myśleć, że bez czarnych – i nie mam tu na myśli tylko Coltrane’a i Milesa – to wszystko by raczej nie istniało. No ale mniejsza z tym. Rzecz w tym, że ja dziś dokładnie to samo, co czuje mój kolega muzyk odnośnie jazzu czarnego i białego, czuję, jeśli idzie o blues. Od dłuższego już czasu mam nieustające wrażenie, że dopiero kiedy słyszę bluesa w wykonaniu któregoś z białych, tak zwanych „epigonów” autentycznego czarnego bluesa, wiem, że nadszedł mój czas.
No dobrze, ja jestem zupełnie bezradny, gdy chodzi o Hookera. Nie mam słów, gdy słyszę Roberta Johnsona, Muddy Watersa, czy tych dwóch czarodziei, czyli duetu Sonny Terry i Brownie McGee. Jednak poza tym, gdy mowa jest już o całej tej reszcie, oni zaczynają mi się powoli zlewać w jedną masę bez jakiegokolwiek znaczenia. Przepraszam bardzo, ale jeśli mam słuchać B.B. Kinga, a więc prostą konfekcję, to już decydowanie wolę choćby i Claptona.
A tak naprawdę, w kwestii bluesa uważam, że nic się nie jest w stanie równać z tym granym przez białych muzyków. I naprawdę nie ma żadnego znaczenia, co oni sami powiedzą, a więc, że gdyby nie ktoś tam żyjący kiedyś w delcie Mississippi, to ich by nie było. Może i faktycznie ich by nie było, tyle że to nic nie zmienia. Oni są zwyczajnie lepsi. Weźmy na przykład wszystkie – mówię o wszystkich – albumy Ten Years After; posłuchajmy każdego – mówię o każdym – nagrania Petera Greena z Fleetwood Mac; rzućmy okiem, czy może uchem, na Canned Heat, czy choćby i Mayalla z Markiem i Almondem, grającymi wspólnie „Room To Move”, czy „California” – posłuchajmy tego wszystkiego i ja nie wierzę, żeby ktokolwiek z nas, kto zwyczajnie lubi posłuchać sobie bluesa, nie doszedł do wniosku, że prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero tutaj.
I uważam, że to jest bardzo ciekawa obserwacja. Bo, owszem, nie ma najmniejszej wątpliwości, że oni wszyscy przyszli już na gotowe; że to wszystko wymyślił i przygotował dla nich zupełnie kto inny; że, wreszcie, to tamci, starzy bluesmani znad rzeki, tak naprawdę mają pełne pojęcie, o co w tym wszystkim chodzi. To wszystko prawda. Tak się jednak dziwnie złożyło, że biali do tego dołożyli coś, czego czarni dać nie potrafili. I to coś okazało się rzeczą absolutnie kluczową, by nie powiedzieć – decydująca. I to wszystko. Idę puścić sobie Alvina Lee.

Kiedy będą Państwo czytali ten tekst, niewykluczone, że ja już będę w Warszawie na stoisku nr 354 G na Stadionie Narodowym, podpisując książki i udzielając się towarzysko. Bardzo wszystkich zapraszam, dziś i jutro, nawet jeśli tylko po to, by pogadać.


piątek, 15 maja 2015

Andrzej Duda, czyli jak wygrać w ramach Systemu

Kończy się pierwszy tydzień kampanii przed drugą turą wyborów, a ja bym chciał przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że uda się w ten sposób wyjaśnić parę rzeczy, które wyjaśnienia, jak się okazuje, wciąż wymagają.

Jak wiemy, równolegle z naszą pierwszą turą wyborów prezydenckich odbyły się wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii i, jeśli spojrzeć na oba te zdarzenia pod kątem podziału sceny politycznej, zauważymy natychmiast, że nawet przy zachowaniu różnic systemowych, ta jedna kwestia pozostaje bez zmian: tu i tam wygrywa system. I kiedy używam słowa „system”, nie mam na myśli owego Systemu, którego kształtu i natury, do końca nie znamy, a który tak ładnie opisywał Herbert, ale ten nasz malutki, oswojony system, przeciwko któremu wielu z nas protestuje, wierząc, że jeśli on się trochę posunie, każdy z nas pokaże, jakie skrywał możliwości.
W wyborach brytyjskich przygniatające zwycięstwo odniosły sprawdzone partie władzy, czyli Torysi i Labourzyści, reszcie zostawiając parę drobnych złudzeń i satysfakcję z udziału w zabawie, no a u nas oczywiście walka się rozstrzygnie między urzędującym prezydentem, a Andrzejem Dudą, a wszystkim, którzy uważają, że czas na zmiany, pozostanie liczyć na to, że już jesienią Paweł Kukiz odniesie od dawna wyczekiwane zwycięstwo i cały ten układ rozniesie w pył.
Dla nas bardziej ciekawa oczywiście jest sytuacja polska. Proszę więc zwrócić uwagę na uczestników tej potyczki. Mieliśmy 11 zawodników, z czego dwóch (przynajmniej oficjalnie) reprezentowało władzę, a dziewięciu tak zwany głos protestu. I co? I nic. Okazało się, że mimo wszystkich słów, które padły w trakcie kampanii, chociaż wśród kandydatów było parę naprawdę przekonujących osób, wszystko odbyło się tak jak zawsze. A więc do drugiej rundy przeszedł system, w osobach Andrzeja Dudy i najgorszego z nich wszystkich Bronisława Komorowskiego. Paweł Kukiz – jak wcześniej Lepper, Tymiński, Palikot, czy Korwin-Mike – odegrał napisaną dla niego rolę głosu zdeptanego ludu i na tym się ów festiwal tak zwanej demokracji zakończył.
Powtórzę raz jeszcze. Proszę zwrócić uwagę na to, że wśród kandydatów było parę osób naprawdę dobrych: Wilk, Braun, Kowalski, czy Korwin. I co z tego? Nawet Braun, który w niektórych środowiskach był traktowany jak autentyczna nadzieja Polski patriotycznej, narodowej, katolickiej, na finiszu uzyskał niewiele powyżej 120 tysięcy głosów. Czy to znaczy, że my zostaliśmy już tak stłamszeni i zniewoleni przez antypolski reżim, że nie wyobrażamy sobie życia poza tą klatką? Oczywiście, że nie. Zwycięstwo Dudy i porażka Brauna świadczy tylko o tym, że jeśli ktokolwiek z nas pragnie autentycznej zmiany, zmiany dobrej, sprawiedliwej, a przede wszystkim skutecznej, nie będzie obstawiał sąsiada z góry, choćby i najmądrzejszego i najbardziej fantastycznego człowieka, jednak takiego, któremu brakuje tak zwanego „systemowego zaczepienia”.
A zatem, mamy dziś, z jednej strony, Pawła Kukiza, po którym możliwe, że za parę miesięcy pozostanie tylko wspomnienie, z drugiej Brauna z jego strzelnicą i 120 tysiącami głosów, a z trzeciej Andrzeja Dudę z realną obietnicą zwycięstwa. Przepraszam bardzo, ale trzeba mieć naprawdę pomieszane w głowie, żeby nie umieć z tego wyciągnąć dla siebie wniosków.

Jutro jadę do Warszawy na targi. Mam nadzieję, że jeszcze coś przed wyjazdem napiszę, ale jeśli mi się nie uda, proszę mi wybaczyć. Zapraszam do odwiedzania naszego stoiska, a jeśli ktoś nie może, zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl.

środa, 13 maja 2015

Her name's Kacik. Jowita Kacik



„Treść kursu: Kurs stanowi skrócone kompendium wiedzy na temat form i technik manipulacji współczesnego świata. Szczególne rozszerzenie znajdzie tematyka związana z manipulacją w mediach, polityce oraz dyskredytacji wizerunkowej przeciwnika. Zespół realizujący: mgr Jowita Kacik” (źródło: http://akz.pwr.wroc.pl/pdf/KATALOG_2011-12_tylko_studia.pdf)

Czy Kinga Duda słucha Rity Pax?

Ponieważ telewizja TVN24, a całkiem możliwe, że sama Grupa Bilderberg, najwyraźniej postanowiła kampanię wyborczą na rzecz Andrzeja Dudy poprowadzić za nas, ujawniając, że zbieranie podpisów w sprawie JOW-ów to były tylko takie „ćwiczenia na rzecz zbadania sprawności aparatu partyjnego”, sam Bronisław Komorowski z kolei rzucił się nam na pomoc, uznając, że ponieważ tradycja międzynarodowa jest taka, że kandydaci przechadzają się po ulicach i spotykają z ludźmi, on też tak zrobi, a ja obejrzałem transmisję na żywo z tej żenady, pomyślałem sobie, że nawet jeśli jak zwykle ponarzekam sobie troszeczkę, to tym razem w temacie politycznie zupełnie neutralnym. Muszę bowiem się przyznać do pewnej, moim zdaniem dość ciężkiej, przypadłości. Otóż, mimo, że mam swoje lata, swoje doświadczenie, a przede wszystkim swoją wrażliwość, ile razy widzę zapowiedź jakiegoś nowego polskiego filmu, projektu muzycznego, czy literackiego, a w niej opinię, że tym razem mamy do czynienia z wydarzeniem absolutnie wyjątkowym, najlepszym, z prawdziwym przełomem w naszej dotychczasowej historii, niezmiennie wierzę, że może faktycznie coś jest na rzeczy. Czytam gdzieś, że właśnie na ekrany kin wchodzi film, który może, jako pierwszy, stawać do konkurencji z produkcją światową, a nawet pod pewnymi względami stanowić tu rewolucję, i natychmiast zaglądam do Internetu w poszukiwaniu odpowiedniego zwiastuna. Gdzie indziej ktoś mi mówi, że w tej całej naszej muzycznej mizerii pokazał się artysta, który nie dość że rzuca na kolana, to rzuca tak, że nigdy byśmy nie uwierzyli, że to jest produkt krajowy, a ja sobie myślę: „Cholera, a nuż to faktycznie tak jest?” Innym razem ukazuje się książka zupełnie nieznanego dotychczas autora i ktoś mi ją zachwala, sugerując, że oto właśnie nam się objawił literacki geniusz, a ja natychmiast pędzę do księgarni, biorę to do ręki, zaczynam czytać… i już na pierwszej stronie płonę ze wstydu.
Wczoraj, proszę sobie wyobrazić, przeglądałem sobie zeszłotygodniowy jeszcze magazyn „W Sieci”, tam wpadam na relację autorstwa niejakiego Arka Lercha z najnowszej płyty artystki o estradowym pseudonimie Rita Pax, a w niej takie słowa:
Rita Pax nie celebruje premiery swojego drugiego krążka ‘Old Transport Wonders’, skupiając się na wyjściu do słuchacza, koncertach i pilnowaniu całego biznesu. – W dniu premiery sprawdziłam, czy płyta jest obecna na iTunes i poszłam spać – komentuje Paulina Przybysz. Może spać spokojnie, bo to właśnie Rita Pax jest dzisiaj przyszłością i teraźniejszością polskiej muzyki popularnej”.
Dalej Lerch opisuje nędzę współczesnego popu, gdzie dobry smak „zostaje zastąpiony przez słupki sprzedaży dużych wytwórni, a dyktat kultury przesytu nie pozwala na delektowanie się dźwiękiem, sprowadzając go do tła, najlepiej coraz mniej inwazyjnego. Dlatego jedyna nadzieja w mariażu popu z alternatywą, bo to połączenie daje szansę na przetrwanie najwyższych wartości, o jakich zazwyczaj mówimy, myśląc o sztuce”.
I tu pojawia się najnowszy album owej Pauliny Przybysz i jej artystycznego wcielenia, Rity Pax, oraz omówienie kolejnych piosenek. Czego tam nie ma? „Rozbrajająco przebojowe ‘Too Much’”, „odczytany na nowo gitarowy hałas w ‘Widow’”, szklanka, która stała się „integralną częścią ‘Self Adjusting Bomb’”, „ukłon w stronę Bjork w ekwilibrystycznie rozśpiewanym ‘Bow’”, „filtr z bluesem i zapętlonym transem w piosence tytułowej”. No i wreszcie „wokalny rozmach” w dwóch kolejnych utworach.
No więc zajrzałem do youtuba, owszem, to coś tam jest, wprawdzie, z wyjątkiem owego „na nowo odczytanego gitarowego hałasu”, niekoniecznie w postaci tego, co zdaniem Lercha najlepsze, ale na tyle bogato, by zrozumieć, że mamy kolejną polską odpowiedź na opisywane tu już parokrotnie brytyjskie „sessions”, tyle że tym razem na poziomie tak bezczelnie niskim, że dotychczas chyba nawet w Polsce niespotykanym. Zanim pokażę, o co mi chodzi, wcześniej może jeszcze jeden cytat, tym razem już z samej Pauliny Przybysz:
Proces komponowania był taki, że siedziałam przy organach Rhodesa, piłam herbatę i w spokoju tworzyłam. Dopiero potem aranżowaliśmy razem z chłopakami z zespołu. Ten luz powoduje, że często wpada się na różne fajne pomysły”.
A teraz klik i trzymajmy się foteli:





Wczoraj mieliśmy tu refleksje na temat tego, czego nam Andrzej Duda załatwić nie jest w stanie, a czego ja akurat bym pragnął tak, jak, nie przymierzając, Kukiz JOW-ów, Braun niedzielnych wypraw na strzelnicę Jego Królewskiej Mości, a Bronisław Komorowski „towarzyszki życia i psa” na bezludnej wyspie. I przedstawiłem pisarza Witkowskiego wraz z moim marzeniem, by on wraz ze swoim pedalstwem zniknął mi z oczu raz na zawsze. Następnie posłuchałem tej Rity Pax, obejrzałem powyższy clip, przeczytałem jak ona opisuje swój proces twórczy i z przerażeniem zrozumiałem, że gdyby to tylko chodziło o Witkowskiego, to może jakoś dalibyśmy sobie radę. Z Przybysz i z najwyraźniej nadchodzącą falą polskiej alternatywy pod tytułem „Postcard Sessions” nie mamy szans, zwłaszcza gdy się okaże, że taka Kinga Duda tego słucha ze łzami w oczach.

Ja wiem, że dla osób postronnych może to zabrzmieć mocno nieładnie, ale fakty są nieubłagalne. Tak naprawdę dziś wszystko co prawdziwie wartościowe zebrało się w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. A jeśli ktoś mieszka w Warszawie i okolicach, zapraszam na Stadion Narodowy, gdzie w sobotę i w niedzielę na stoisku Kliniki Języka będę podpisywał swoje książki.

wtorek, 12 maja 2015

Dlaczego Andrzej Duda nie może wygrać z Michasiem Witkowskim?

Myślę, że większość z czytelników tego bloga ma choćby minimalne pojęcie o istnieniu stworzenia nazwiskiem Witkowski. Gdyby ktoś jednak poczuł się zaskoczony, śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż Witkowski to jeden z najważniejszych współczesnych polskich pisarzy, a jednocześnie niezwykle starannie pieszczona przez media gwiazda popkultury, co ciekawe jednak, nie tyle w związku z samą twórczością, co z szokująco bezpośrednio demonstrowanym homoseksualizmem, a i to nie jedynie na poziomie prostych upodobań, lecz autentycznego wyuzdania, by nie powiedzieć brzydko – dziwkarstwa.
I od razu pragnę uspokoić wszelkich potencjalnych cenzorów. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że sam Witkowski, gdyby usłyszał, że go nazwałem „dziwką” nie dość, że by się nie oburzył, ale prawdopodobnie pogratulował mi celności oceny i odwagi. Bo to jest człowiek, który uważa, że bycie tak zwana „męską dziwką”, to w najlepszym razie, powód do chwały, a w najgorszym, jeszcze jeden sposób na to, by uczynić swoje życie wygodnym i ciekawym.
Ktoś mnie spyta, czemu ja postanowiłem dziś, kiedy wszyscy żyjemy wyborami i cieszymy się z wyniku Andrzeja Dudy, wchodzić w to piekło. Otóż powody tego są dwa. Pierwszy, gryzący mnie już zresztą od dłuższego czasu, to taki, że, jak się dowiaduję, powieści Witkowskiego – pisarza, jak to już powiedzieliśmy sobie wyżej, uznanego i szanowanego – stanowią temat zajęć na filologii polskiej na polskich uniwersytetach. Co w tym złego? To mianowicie, że owe powieści to literatura ściśle osobista, a więc, w przypadku Witkowskiego, przedstawiająca głównie homoseksualną kopulację na dworcach i w publicznych toaletach, a wśród studentów są też młode, niewinne, starające się swoją niewinność kultywować, dziewczyny, i zmuszanie ich do tego, by budziły się z krzykiem, jest czymś nieludzkim, by nie powiedzieć, że wołającym o pomstę do nieba. I proszę mi wierzyć, że ja tu ani niczego nie zmyślam, ani nie podkręcam emocji. Ja relacjonuję fakty, które mi z kolei zostały zrelacjonowane.
Ale jest jeszcze coś, co sprawia, że fakt istnienia kogoś takiego, jak pisarz Witkowski prześladuje mnie do tego stopnia, że zdecydowałem się o nim dziś pisać. Otóż ja bardzo bym chciał, by w Polsce doszło do takiej sytuacji, że Witkowski i jemu podobni znikną z publicznej przestrzeni. Chciałbym bardzo, żeby książki Witkowskiego o tym, jak on bardzo „lubi w OO” nie były wydawane, żeby nie były obowiązkową lekturą na uniwersytetach, żeby nie stanowiły części polskiego dziedzictwa kulturowego, żeby wreszcie sam Witkowski, ze wszystkim, co sobą przedstawia, przestał się pojawiać publicznie. Krótko mówiąc, żeby Polska została uwolniona od tego rodzaju patologii. I Bóg mi świadkiem, że nie chodzi o to, że ja bardzo nie lubię pedałów, ale o to, że bardzo ciężko przeżywam tak szeroko prowadzoną promocję czystego satanizmu, jak to się dzieje w przypadku Witkowskiego. Ja ją bardzo przeżywam, a jednocześnie mam pełną świadomość, że na to ani ja, ani nikt inny już nigdy nic nie poradzi. Witkowski to zaledwie początek, a tempo, z jakim to zło się rozwija jest wręcz porażające. I to już się nie zmieni.
I teraz przechodzimy do polityki i sytuacji wyborczej. Wszyscy mamy tu swoje oczekiwania, swoje nadzieje i swoje ambicje. Otóż, gdy o mnie chodzi, ja już od dawna wiem, ze na to, czego pragnę dla Polski i siebie najbardziej, liczyć nie mogę. Ja dziś głosuję na Adnrzeja Duda nie dlatego, że on mi coś obiecał, a ja mu uwierzyłem, że nikt jak on. Szczerze powiedziawszy, po tej pierwszej turze, ja już otrzymałem swoją porcję satysfakcji, choćby ujrzawszy twarz Andrzeja Wajdy w niedzielny wieczór. Choćby dowiedziawszy się, że uroczystość wręczenia Bronisławowi Komorowskiemu tytułu „człowieka roku” przez „Gazetę Wyborczą” została przełożona. Jeszcze więc tylko ten jeden dzień i ja mam wszystko, czego się mogłem spodziewać. Bo gdy chodzi o Witkowskiego z przyległościami, zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach, które tak przeżywamy, tam już niczego nie zmieni. A skoro tak, to chciałem powiedzieć, że jeśli namawiam tak bardzo do tego, by głosować na niego, to nie przez to, że to on powstrzyma ową czarną falę i sprawi, że odetchniemy. Nie. Ani Duda ani nikt inny nic już tu nie poradzą, nic nam nie dadzą.
Kierunek został wytyczony, a droga powrotna nie istnieje, bo za nami nie ma już nic i wracać nie ma do czego. Jeśli jednak głosuję na Dudę i tak bardzo się cieszę, że to on właśnie wygrywa, to tylko dlatego, że to mi daje szanse poczuć, że wciąż jeszcze walczymy i jakże naiwnie uwierzyć, że to nasze zwycięstwo sprawi, że owo zło przynajmniej na moment zadrży. Od przedwczoraj wciąż mam okazję owo skwierczenie, to tu to tam, usłyszeć. I ów dźwięk koi moje ucho. A jeśli ktoś myśli, że histeryzuję, polecam obraz:



Przypominam, że w tym tygodniu mamy targi na Stadionie Narodowym w Warszawie, mam nadzieję, że wciąż pachnącym tą porażką. Będę tam z książkami w sobotę i niedzielę. Wszystkich serdecznie zapraszam, a jeśli ktoś ma zbyt daleko, polecam księgarnię pod adresem www.coryllus.pl

poniedziałek, 11 maja 2015

Paweł Kukiz, czyli Mars napada

Proszę więc sobie wyobrazić, że jakiś czas temu moja młodsza córka bardzo późnym wieczorem polazła do parku ze swoimi znajomymi, żeby tam sobie posiedzieć i poczuć nastrój wiosny. Ja osobiście, mimo że mam już niemal 60 lat, w mój park o tej porze dotychczas się nie zapuszczałem, no ale ponieważ moje dziecko to jest taka dziewczynka, która w piątej klasie szkoły podstawowej tak rozjuszyła parę swoich nauczycielek, że po dwóch miesiącach w dzienniku miała 30 jedynek, ona naprawdę mało czego się boi. Poszli więc tam w trójkę i oto w pewnym momencie dosiadł się do nich jakiś ponury obywatel i zaczął im opowiadać o swoim życiu, w większości związanym na zmianę z pobytem w więzieniu i z działalnością przestępczą. Tak więc siedzieli oni sobie w czwórkę i gawędzili, i w pewnym momencie obywatel-przestępca wspomniał coś na temat polityki i zadeklarował, że on się polityką nie interesuje, na wybory nie idzie „bo to wszystko jedna banda”.
Wtedy to właśnie kolega córki zapytał „A Kukiz?”, na co ich nowy kumpel zareagował mniej więcej tak: „Kukiz? Mówisz mi o człowieku, który na Jarocinie rzucił się ze sceny w tłum i zleciał prosto na ryj, bo nikt go nie złapał? I to jest ktoś, kto chce być prezydentem? Stary, to ja już faktycznie wolę tego Dudka”.
Ja na Jarocinie byłem raz, tyle że bardzo przelotnie i na ten temat, poza paroma drobnymi anegdotami, mam bardzo mało do powiedzenia. Znam natomiast wczesną twórczość Kukiza i jego rosyjskiego kumpla Czerniawskiego, i choć oczywiście nie mam sposobu by wiedzieć, czy historia przyniesiona mi z parku przez moje dziecko jest prawdziwa, czy nie, jestem w stanie sobie bardzo dobrze wyobrazić scenę, kiedy to Kukiz postanawia się artystycznie rzucić w zgromadzoną publiczność… i spada w ten piach. Przepraszam bardzo, ale jak by nie patrzeć, to jest czynnik decydujący. Ja wprawdzie widziałem w necie program „Kropka nad i”, gdzie Paweł Kukiz dyskutował z Pawłem Olszewskim z Platformy i tego Olszewskiego, jak to ci durnie lubią określać, „zmasakrował”, jednak jeśli ktoś tu ma jakieś oryginalne myśli chciałbym zapewnić: Olszewski to głupek. Jego akurat „zmasakrować” potrafiłoby nawet małe dziecko. „Zmasakrować” kogoś takiego jak Olszewski naprawdę nie jest wielką sztuką. Natomiast tu mamy wymiar zupełnie szczególny. Rzucić się w tłum i spać na mordę się nie zdarza. Żeby odstawić coś takiego trzeba talentu wyjątkowego. Mniej więcej na miarę zespołu Aya R.L.
I to są moje refleksje, gdy chodzi o Pawła Kukiza. Czemu jego? Otóż wczoraj dostaliśmy szacunkowe wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich, a ja, ciesząc się oczywiście z sukcesu Andrzeja Dudy i z porażki prezydenta Komorowskiego, myślę sobie, że tak naprawdę prawdziwa moja radość sprowadza się do tego, że ów Kukiz pozostał na tych 20 procentach i to jest wszystko na co jego było kiedykolwiek stać.
Każdy kto oglądał wczorajsze wystąpienia Kukiza, miał zapewne też okazję zwrócić uwagę na wręcz rewolucyjne szaleństwo, jakim się on popisał w pierwszym po ogłoszeniu wyników wyborów wystąpieniu, tylko po to, by już chwilę później, w rozmowie z Monika Olejnik, nie oglądając się zupełnie na to, co zostawił za sobą, oświadczyć ni mniej ni więcej jak to, że jeśli idzie o współpracę z Systemem, to on stoi „jasny i gotowy”.
Obejrzałem wczoraj oba wystąpienia Pawła Kukiza i powiem szczerze, że to, co zobaczyłem, przekroczyło tak naprawdę moje najgorsze podejrzenia, gdy chodzi o tego kosmitę. A w tej sytuacji ja mam już do niego tylko jedno przesłanie, i niech mi wszyscy wybaczą ów knajacki styl, ale w końcu nie ja wymyśliłem tę okazję: Panie! To coś Pan osiągnął wczoraj, to szczyt. Dalszego ciągu nie będzie. Do końca roku, politycznie przestaniesz Pan istnieć dokładnie tak samo, jak wiele lat temu przestałeś Pan istnieć, jako artysta estradowy. I dzięki Bogu, bo kogoś takiego jak Pan, świat naszej polityki nie widział. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, już nawet Palikot budził większe zaufanie. A zatem – spieprzaj dziadu!
I to jest bardzo poważny koniec tej notki.

Jak zwykle serdecznie zachęcam do kupowania moich książek. Wszystkie są dostępne pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69.

niedziela, 10 maja 2015

Leżajszk i Kwiczajsk, czyli glory be!

No więc wiemy, co przed nami. Druga tura. Jeszcze będziemy mieli okazję sobie porozmawiać, natomiast dziś chciałbym przedstawić piątkowy felieton z „Warszawskiej Gazety”.

Kiedy nazwisko Andrzeja Dudy w kontekście prezydentury pojawiło się po raz pierwszy, reakcja była jednoznaczna. Z jednej strony szyderstwo, że do wyborów, które stanowią dla partii ostatnią szansę na polityczne przetrwanie, PiS wystawia człowieka, którego nazwisko kojarzyć się będzie tylko z pasztetem drobiowym, a wściekłość po stronie tych, którzy nie potrafili pojąć, że partia takich politycznych gigantów, jak Antoni Macierewicz, Andrzej Nowak, czy może przede wszystkim Jarosław Kaczyński, decyduje się wysyłać w ów bój człowieka o rozpoznawalności zerowej. Minęło pół roku i strach przed tym, że Andrzej Duda zmierza ku zwycięstwu już w pierwszej turze, jest tak wielki, że przed nami już chyba tylko seria rytualnych samobójstw.
By wobec tego, co musi nastąpić już w najbliższą niedzielę, uzyskać odpowiednią perspektywę, przypomnę fragment refleksji, które przedstawiłem na blogu dzień po tym, gdy Jarosław Kaczyński ogłosił kandydaturę Andrzeja Dudy. Posłuchajmy:
Oto Prawo i Sprawiedliwość wystawia do tej walki Andrzeja Dudę i wszyscy wybuchają perlistym śmiechem. Przepraszam bardzo, ale z jakiego to powodu? W czyją to stronę ów śmiech jest skierowany? Czy naprawdę w stronę Dudy? A niby z jakiego powodu? Powiedzieliśmy już sobie, że, obiektywnie rzecz biorąc, od Komorowskiego lepszy jest każdy, a więc oczywiście też Duda. Jednak Duda jest też lepszy od wielu innych chętnych do tego, by kandydować w tych wyborach. Z tego co wiem, Duda wygląda nienajgorzej, jest bardzo elokwentny, inteligentny, jak się zdaje stosunkowo uczciwy, politycznie bardzo kompetentny, krótko mówiąc prezentuje się jako ktoś, przy kim wielu kandydatów w normalnej demokratycznej walce nie miałoby szans. A my tu mówimy o Bronisławie Komorowskim? Przepraszam bardzo, ale w jaki sposób Komorowski jest w stanie wygrać z Dudą, jeśli przyjmiemy, że te wybory będą uczciwe? Ktoś powie, że nie będą. Ktoś powie, że propaganda Systemu rozbije Dudę w proch. No i zgoda. Ja to bardzo poważnie biorę pod uwagę, tyle, że kogo nie rozbije? Nowaka? A czemu niby Nowak byłby się jej w stanie oprzeć, skoro w lipcu roku 2010 oni pokazali, co są w stanie zrobić z samym Jarosławem Kaczyńskim?
Sprawa polega na tym, że przede wszystkim – podkreślam, z tego co o nim wiem – Duda jest dobry. Po prostu. To nie jest George Clooney, nie jest to też Ronald Reagan, czy Margaret Thatcher, ale jest dobry. Przede wszystkim jednak, jak już wcześniej się umówiliśmy, na Komorowskiego dobry jest każdy, tyle że nam nie jest potrzebny każdy, ale ktoś przynajmniej na te smutne czasy – adekwatny. Jeśli System uzna, że dość już tej oszustw, Duda wygra i to wygra w pierwszej nędzy. Jeśli nie, nie wygra ani Jarosław Kaczyński, ani nikt, kogo sobie wymyślimy. Jedno powinniśmy pamiętać, by nie dać się aż tak zaczarować. Trzymajmy się rzeczywistości”.
I głosujmy. Jak ktoś chce, może się wcześniej przeżegnać.

Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam jest sześć moich książek i nie umiem powiedzieć, która jest lepsza.