Przyznam zupełnie szczerze, że minione wybory pozostawiły mnie w takim stanie, że, mimo że mija już tydzień od ogłoszenia wyników wyborów, nie dość, że nie potrafię przedstawić jakiejś, choćby pobieżnej, analizy sytuacji, to nie bardzo nawet umiem w sobie znaleźć zdolność do podjęcia choćby próby owej analizy. Wszystko co mi przychodzi do głowy, to wałkowanie w kółko jednej i tej samej myśli, że może trzeba było to wszystko zrobić inaczej, ale przede wszystkim rozmyślanie nad moim nastrojem, a tu akurat nawet nie mam pewności, czy wypada mi poświęcać powyborczy felieton czemuś tak mało ciekawemu, jak jakieś fantazje.
Jednak nie mam tu żadnego wyjścia. Mógłbym ewentualnie w ogóle nic na temat aktualnej sytuacji politycznej nie pisać, ale tu pewnie z kolei wielu czytelników tego bloga musiałoby uznać ten gest za paskudną rejteradę, a to już by było najgorzej. A zatem, będzie o nastrojach. Proszę posłuchać.
Nie wiem ani dokładnie, ani nawet w przybliżeniu, ile posłów wprowadził do Sejmu Janusz Palikot. Czy jest ich dwudziestu, piętnastu, czy może czterdziestu – nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że wiele z tych dziwadeł, które on umieścił na jedynkach swoich list wyłącznie po to, by banda pijanej szczęściem uczestnictwa w dobrym żarcie młodzieży mogła się zabawić, owszem, będzie nam przez najbliższe cztery lata posłować. A więc wiem też, że będziemy mieli w Sejmie jednego prawdziwego pedała, jednego autentycznego transwestytę, jednego byłego księdza, dwie nawiedzone feministki i jednego byłego przestępcę. No a poza tym, całą kupę lokalnych biznesmenów z pozytywnymi opiniami z IPN-u, i naturalnie – samego Mistrza.
Nie dość, że nad rozwojem powyborczej sytuacji się nie zastanawiam, to, jakby tego było mało, w ogóle wyjątkowo niestarannie go obserwuje, więc, jak już wspomniałem, nie jestem w stanie przedstawić choćby bardzo skromnej analizy tego co przed nami. Natomiast nie udało mi się nie zauważyć dwóch rzeczy. Pierwsza to taka, że Donald Tusk nie planuje na razie wprowadzać żadnych zmian w składzie rządu, a druga, że w ogóle przez najbliższe tygodnie on nie ma jakichkolwiek planów w jakimkolwiek temacie. A to by świadczyło o tym, że oryginalna, jeszcze przedwyborcza myśl prezydenta Komorowskiego, by – ze względu na kryzys – natychmiast po wyborach wszystko załatwić bez zbędnych ceregieli, jest już nieaktualna. I myślę sobie, że to z kolei świadczyć może, z jednej strony, o tym, że tam w dalszym ciągu jest tak, iż najmniejszy ruch może wszystko rozbić w pył, i nikt lepiej tego nie wie, niż sam Premier, a z drugiej, że oni są już tak bezczelni, że jeśli to się nie skończy jakimś wybuchem, to ja tracę wiarę w najbardziej podstawowy porządek wszechświata. A do tego czasu, nie zdziwi mnie nawet to, kiedy w swoim grudniowym expose za dwa miesiące, kiedy już sprawy ze Schetyną zostaną skutecznie wyjaśnione, Donald Tusk powie tylko jedno zdanie: „Kocham was jak najbardziej, a teraz wszyscy wyp…lać, bo idę grać w piłkę”, i choć po tych słowach posłowie Prawa i Sprawiedliwości zaczną buczeć, to już po chwili buczenie to zostanie skutecznie zagłuszone przez serdeczne oklaski reszty Sejmu.
W ogóle, nastrój mam taki, że nie zdziwi mnie już nigdy nic. No bo spójrzmy na wyniki wyborów do Senatu. Jakie perspektywy otwiera przed nami fakt – bardzo dogłębnie zresztą zanalizowany w poprzednim artykule – że Zbigniew Romaszewski przegrał z Markiem Borowskim, a Zuzanna Kurtyka z człowiekiem, którego nazwiska nikt nawet nie zna, ale za to którego na stanowisko senatorskie zarekomendowała Platforma Obywatelska? Ktoś powie, że nie ma się co dziwić, bo tu Kraków, tam Warszawa, a jak wiemy, są to miejsca w dużym stopniu zainfekowane. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli ostatecznie tym szaleńcom od okręgów jednomandatowych uda się wcielić swoją obsesję w życie, dopiero wtedy zobaczymy prawdziwy kosmos. No i nie zmienia to też faktu, że przed nami cztery lata pracy Sejmu, który, jeszcze zanim został zorganizowany, już pokazał swoje możliwości. W ten niezwykły zupełnie sposób, gdzie to nie parlament jest emanacją społeczeństwa, ale odwrotnie – społeczeństwo emanacją osób, które zostały wybrane.
Jak wspomniałem wcześniej, premier Tusk już zapowiedział, że on nie ma czasu na jakieś nikomu niepotrzebne ruchy na poziomie organizacyjnym, i będzie robił to, na co mu przyjdzie ochota. Natomiast, jak idzie o tak zwaną relację władza - społeczeństwo, to na ile znam możliwości tej ekipy, efekt tego wszystkiego będzie taki, że między rządem a społeczeństwem zostanie wzniesiony autentyczny mur, przed którym ustawią się wyselekcjonowani dziennikarze i jeśli ktoś będzie chciał się czegoś dowiedzieć, to właśnie tam będzie mógł uzyskać informacje z pierwszej ręki.
Co do kwestii natomiast igrzysk, to ich już będą dostarczać Palikot ze swoimi ludźmi. I w ten sposób, zostanie uruchomiony kolejny etap najnowszej polskiej historii. Tradycyjny podział na rząd i opozycję, ze względu na wycofanie się władzy z przestrzeni publicznej, zostanie zastąpiony przez nieustanny konflikt między opozycją, a tą szczególną delegaturą Systemu, jaką właśnie stał się parlamentarny klub o nazwie Ruch Palikota, co w swoim podstawowym wymiarze będzie wyglądało tak, że w TVN24 naprzeciwko siebie będą siedzieli, z jednej strony to dziwadło z męskim zarostem i doczepionym biustem, z drugiej, poseł Ludwik Dorn, a między nimi Justyna Pochanke i wszyscy będą debatować na temat możliwości refundacji przez NFZ operacji zmiany płci. W tym samym czasie, w TVP Info, Janusz Palikot z posłem Kamińskim będą rozmawiać o pedofilii wśród księży, natomiast Polsat przedstawi nam debatę między posłankami Wandą Nowicką a Beatą Kempą na temat aborcji w stadium inkubatorowym. A na koniec, wszystkie z tych stacji przedstawią najnowszy sondaż OBOP-u, z którego będzie wynikać, że poparcie dla rządu wzrosło do 76 procent.
Czy ja sobie stroję żarty? W żadnym wypadku. Właśnie w momencie kiedy piszę ten tekst, córka mnie informuje, że w TVN-ie występuje kobieta o imieniu Lalka i tłumaczy zbaraniałym widzom tajemnice duszy transseksualnej, a jak idzie o kwestię krzyża – każdy już zdążył zobaczyć wszystko co zobaczyć miał, więc moje słowa są mało tu potrzebne.
Ale, skoro już wpadliśmy tak głęboko, to muszę powiedzieć coś jeszcze. Z mojego punktu widzenia, w tych wyborach stało się też coś niezwykle istotnego z punktu widzenia polskiego Kościoła. Kościoła nie takiego, jaki znamy, ale tego Kościoła, który dał się nam poznać bardzo niedawno. Otóż do Sejmu wszedł po raz pierwszy autentyczny ksiądz. Wprawdzie ksiądz były, ale jak najbardziej autentyczny. I o tym księdzu dziś też dużo myślę. Uważam bowiem, że to on, w sposób zupełnie szatański, stał się symbolem owego tchórzostwa i zgnuśnienia, które znaczna część biskupów i księży z takim zaangażowaniem zechciała nam zademonstrować. I to on właśnie, w ten błazeński sposób, okazał tym wszystkim księżom i biskupom swój szacunek dla ich postawy w dniach, kiedy Lud Boży jej tak bardzo od nich oczekiwał. Inna sprawa, że niedokładnie tej i niedokładnie w ten sposób wyrażonej. Będzie więc ów szczególny ksiądz przez najbliższe cztery lata zapełniał nasze oczy łzami, a serca gniewem, i tylko ci, dla których on tak naprawdę tu się zjawił, będą patrzyli na to widowisko, nic nie mówiąc, nic nie rozumiejąc i nawet nic nie czując.
No dobra. Niech będzie, że mówić będą. Już nawet zaczęli. Zdaje się, że ustami kardynała Dziwisza nakrzyczeli na nas, że jesteśmy za mało pobożni. Niestety, jak zwykle bez wchodzenia w szczegóły. A więc trudno powiedzieć, czy chodzi o to, że Platforma dostała za mało, czy że Prawo i Sprawiedliwość za dużo. Bo że poszło o Palikota, nie śmiem nawet podejrzewać.
Gdyby ktoś miał ochotę poczytać sobie więcej tego typu złośliwości, i w lepszych niż internetowych warunkach, zapraszam do kupowania mojej książki, która jest do kliknięcie tuż obok. Poza tym, będę wdzięczny za wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.