niedziela, 31 maja 2020

Czy Sylwester Latkowski zostanie wiceprezydentem Sopotu?


      Wczoraj opublikowałem tu notkę, zatytułowaną, jak mi się wydawało, nadzwyczaj jednoznacznie „Gdy Zatoka Sztuki trafia na wykop.pl”, w jednym jedynym celu. Chodziło mi mianowicie o to, by pokazać jak od dawna zapowiadany film Sylwestra Latkowskiego o pedofilii w tak zwanym „celebryckim” środowisku, w ostatecznym rozrachunku pozostaje wyłącznie jeszcze jednym oszustwem, mającym na celu, z jednej strony, podtrzymanie odpowiednich politycznych emocji na poziomie bieżącej polityki, z drugiej natomiast, zabezpieczenie samemu Latkowskiemu pozycji pierwszego tropiciela wszelkiego zepsucia po wszystkich możliwych stronach sceny. 
       Nie chcę oczywiście przez to sugerować, że środowisko, które Latkowski robił wrażenie, że opisuje, w ogóle nie istnieje, a przynajmniej prowadzi się znacznie bardziej po bożemu niż by się nam wydawało. Wręcz przeciwnie, w moim przekonaniu, wszystko to, co Latkowski nakręcił a TVP zaprezentowała, to zaledwie bardzo drobny ułamek owego zepsucia, które mam nadzieję w ostateczności całe to straszne towarzystwo doprowadzi do samego centrum piekła.
       Opublikowałem zatem wspomnianą notkę i z paru stron otrzymałem bardzo uprzejme i pełne troski napomnienia, że film, który zalinkowałem to prowokacja, którego celem było pokazanie, jak bardzo łatwo jest stworzyć przekaz, który pozornie pokazując prawdę, tak naprawdę ma na calu rzucić oszczerstwo na ludzi Bogu ducha winnych, w tym wypadku Kubę Wojewódzkiego. Wydawało mi się, że choćby sam tytuł owego tekstu wystarczająco jasno pokazał, że ja to wszystko bardzo dobrze wiem, no ale wygląda na to, że on był wciąż zbyt enigmatyczny. A zatem chciałbym dziś przede wszystkim powtórzyć, że ja się tego od samego początku domyślałem, a zwróciłem na ów film uwagę w tym jedynie celu, by na jego tle pokazać nędzę produkcji Latkowskiego. Ale nie tylko na to. Problem moim zdaniem znacznie większy polega na tym, że z jakiegoś kompletnie nieznanego powodu jesteśmy robieni w przysłowiowego konia. I to robieni w sposób tak fantastycznie bezczelny, że ową bezczelność naprawdę wyraźnie widać dopiero wtedy, kiedy porównamy produkcję Latkowskiego z produkcji owej parodią.
       Mamy więc prowokację tego jakiegoś Tykwy, nakręconą prawdopodobnie na zlecenie jego kumpli z branży, i co widzimy? To przede wszystkim mianowicie, że oni byli w stanie zaledwie w parę dni stworzyć coś, co oczywiście pozostaje parodią, natomiast pod każdym innym względem, zarówno realizacyjnym jak i informacyjnym, przewyższa produkcję Latkowskiego o niebo. Co tam mianowicie mamy? Otóż, pomijając typowe dla tego typu gatunku zagrywki, mające widzowi poprawiać nastrój, które niemal w całości wypełniają film Latkowskiego, mamy tam wręcz na widelcu jednego bohatera, jego nazwisko, wizerunek, zeznania świadków oraz jednoznaczne oskarżenie, czyli wszystko to, czym tego typu film powinien mieć. I aby to w sposób przekonujący osiągnąć, nie trzeba było przez godzinę pokazywać robionych dronem zdjęć plaży w Sopocie i relacjonować wypowiedzi owego Sopotu prezydenta,  ale wystarczyło równe 6 minut plus cztery sekundy i kilka prostych i jednoznacznych słów. Nawet gdy celem jest jedynie zwykłe kłamstwo i obrona Kuby Wojewódzkiego. A że mamy do czynienia z kłamstwem, to widać na pierwszy rzut oka, choćby przez to, że Latkowski – co za ironia! – tak naprawdę w swoim filmie bezpośrednio nie oskarżył nikogo, a tym bardziej Wojewódzkiego. A więc owa obrona tak naprawdę jest wzięta z przysłowiowej dupy.
       Wszyscy pamiętamy słynne ujęcie sprzed lat, gdy oficerowie służb specjalnych próbują Latkowskiemu odebrać laptop, w którym, jak rozumiem, on miał zapisane zeznania Witolda Gadowskiego na temat powiązań rządu Platformy Obywatelskiej oraz PSL-u z kalabryjską mafią. Ja zawsze zastanawiałem się, jak to było możliwe, że państwo wysyła swoje służby by odebrały Latkowskiemu laptop, a on ów laptop przytula sprytnie do serca i w ten sposób służby muszą się ze wstydem wycofać, bo Latkowski ów laptop przytulił zbyt mocno.
       Ktoś powie, że my się tu rozdrabniamy bez sensu, podczas gdy są sprawy znacznie poważniejsze, a wśród nich na pierwsze miejsce wysuwa się kwestia reelekcji Andrzeja Dudy. Na to ja mam odpowiedź bardzo zdecydowaną: Otóż to nie są żarty i to tym bardziej, że faktycznie stoimy wobec wspomnianych wyborów. Nie może bowiem być tak, że do zadań związanych z budowaniem polskiego sukcesu wynajmowani są zwykli oszuści. Mało tego. Nie może być tak, że kandydaci do budowania polskiego sukcesu są werbowani przez bandę jeszcze większych oszustów, którzy ów sukces tak naprawdę mają w głębokim lekceważeniu.
        Przed nami przyszłość Polski. Jeśli ją przegramy, niech Bóg ma nad nami zmiłowanie. Ja wiem bardzo dobrze, że roboty jest masa, ludzi zwyczajnie nie ma, a nawet jeśli są, to ich jest zbyt mało by ich wyłapać, są jednak rzeczy, które można załatwić jednym ruchem. Choćby wyrzucić na zbity pysk tych wszystkich, którzy uważają, że przyszłość Polski należy powierzać ludziom takim jak Sylwester Latkowski.
         No i jeszcze coś. Trzeba koniecznie kupić prezesowi Kaczyńskiemu telewizor, ewentualnie – jeśli go ma i używa – zachęcić go, by choć na chwilę przestał oglądać rodeo i przełączył się na TVP.



sobota, 30 maja 2020

Gdy Zatoka Sztuki trafia na wykop.pl



       Jak pewnie wciąż pamiętają stali czytelnicy tego bloga, w czasach dziś już dawno zamierzchłych, w przestrzeni internetowej funkcjonowało – i to z pewnymi sukcesami – trio Coryllus, Toyah, Kamiuszek. Dziś z owego projektu tak naprawdę został już tylko Coryllus ze swoim wydawnictwem oraz z parunastoma komentatorami na portalu „Szkoła Nawigatorów”. Gdy chodzi natomiast o mnie i Kamiuszka, to coś tam oczywiście skrobiemy, natomiast trzeba przyznać, że utrzymujemy pewien, niestety dość rzadki, kontakt, podczas którego wymieniamy się różnymi refleksjami i tak nam mija nasze wspólne, jak i jak najbardziej również osobne życie.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że mój drogi kumpel Kamiuszek przysłał mi wczoraj wiadomość o następującej treści: „Wisi to od trzech dni i cisza”, a do owej wiadomości dołączył link do pewnego zamieszczonego na Youtubie filmu. Ja oczywiście ów film tu za chwilę umieszczę, zanim jednak to nastąpi, wrócę do swojego najnowszego felietonu dla „Warszawskiej Gazety” – bardzo źle swoją drogą przyjętego przez red. Bachurskiego – w którym zasugerowałem, że całe owo zamieszanie, którego w ostatnich dniach byliśmy świadkami, a którego przyczyną był kolejny film Sylwestra Latkowskiego na temat pedofilii, to zwykły humbug, którego zarówno cel jak i autorstwo – bo przecież wiemy, że Latkowski to jest zaledwie figurant – stanowią całkowitą tajemnicę, a emocje, które ono w nas biednych obserwatorach wywołało, to coś co już za chwilę przeminie z przysłowiowym wiatrem.
       Zdenerwował się na mnie red. Bachurski w przekonaniu, że przede wszystkim gdy chodzi o Sylwestra Latkowskiego, niezależnie od tego, co on ma za paznokciami, to prawdziwy bohater, który ryzykując życiem postanowił stanąć na przeciw pedofilskiej mafii, i z tego choćby względu powinien być przeze mnie oszczędzony. Drugą ofiarą mojego felietonu miał rzekomo paść prezydent Sopotu Karnowski, który zdaniem Bachurskiego, mimo swoich ściśle określonych politycznych koligacji, znalazł w sobie tę uczciwość, by stanąć wobec wspomnianej mafii okoniem.
       W swojej mailowej wymianie postawiłem się swojemu było nie było Naczelnemu postawić okoniem, tłumacząc mu możliwie jak najdelikatniej, że w tym co mu się zdaje, jest zwyczajnie naiwny i jakoś się nam w sumie ostatecznie nam dogadało. I proszę sobie wyobrazić, że w tym własnie momencie dostaję od mojego kolegi Kamiuszka wiadomość z linkiem, który mnie prowadzi do czegoś, co moim zdaniem świadczy o tym, że red. Bachurski moich najnowszych refleksji w pierwszym momencie zwyczajnie nie docenił.
       Czy to znaczy, że od dziś powinniśmy sądzić, że wszystko to, co zobaczyliśmy w filmie Latkowskiego, to bezczelne kłamstwo? Otóż nic podobnego, a tak naprawdę jest wręcz odwrotnie. To co tam oglądamy, to dramatyczne niedopowiedzenie. Z nieznanego mi powodu, to co postanowił zrobić, Latkowski zaledwie zaczął, a ledwie co zaczął, to zakończył. Zupełnie jakby z jednej strony chciał się nam zaprezentować jako nieustraszony rycerz ukrytej prawdy, a z drugiej panicznie się bał, że w każdej chwili może tak dostać w łeb, że z tego rycerstwa nie pozostanie nawet wspomnienie i trzeba będzie już tylko się tłumaczyć z jakichś zaszłości.
      A zatem, tak zresztą jak wspomniałem we wspomnianym felietonie, to co pokazuje nam Latkowski to skoro już nie cała prawda, to przynajmniej droga do niej. I kiedy to piszę, muszę wspomnieć o wiadomości, którą otrzymałem od Kamiuszka oraz przesłanego linku, który nas prowadzi do czegoś, co zarówno pod względem realizacyjnym jak i czysto informacyjnym przewyższa produkcję TVP o głowę, jeśli nie o dwie, czy trzy. Film, o którym Kamiuszek mi pisze, że wisi na Youtubie od trzech dni i pies z kulawą nogą się na jego temat nie zająknie, to jest coś, co z jednej strony zarówno Latkowskiego jak i jego sponsorów odstawia na bocznicę, a z drugiej pokazuje w sposób absolutnie bezlitosny to, czego mieliśmy tak naprawdę nie wiedzieć, pomijając jakieś niewinne tak naprawdę plotki.
        Popatrzmy więc na to co póki co można oglądać na Youtubie i zobaczmy jak bardzo to jest ważniejsze od tego całego zamieszania z filmem Latkowskiego i tych wszystkich w gruncie rzeczy tanich grepsów wałkowanych w koło tu i tam. No i powtórzmy słowa Kamiuszka: „Wisi to od trzech dni i cisza”. A jeśli komuś przy tej okazji zrobi się smutno, to obiecuję, że osobiście pozostaję w pełni solidarny.





piątek, 29 maja 2020

Czy prezydent Karnowski zetnie wreszcie swoje wesołe loki?


Zbliża się kolejny weekend, do kiosków trafia kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a ja dziś dla tych z nas, którzy albo owego tygodnika nie kupują, albo kupić nie mogą, przedstawiam swój najnowszy felieton. Pierwszy w ogóle, który red. Bachurskiemu się nie spodobał, o czym on sam mnie uczciwie poinformował.

      Wszyscy chyba jesteśmy pod wrażeniem filmu Sylwestra Latkowskiego o pedofilskich praktykach, jakie przez całe osiem lat rządów tak zwanego „układu trójmiejskiego” miały miejsce w pewnym sopockim klubie. Jesteśmy pod wrażeniem tego, cośmy tam obejrzeli, nawet jeśli część z nas wszystko to wiedziała już dużo wcześniej, a nawet jeśli do samego Latkowskiego mamy najbardziej uzasadnione zastrzeżenia. To wszystko bowiem, czego po raz niechby i kolejny dowiadujemy się na temat procederu sprzedaży dzieci osobom z pozycją oraz pieniędzmi, będzie musiało na nas robić wrażenie za każdym razem jak ów temat będzie wracał; tym bardziej gdy będzie wracał całkowicie bezkarnie.
       To jednak na co ja bym chciał zwrócić uwagę, to nie zepsucie konkretnych osób i instytucji, oraz wspomnianą bezkarność jednych i drugich. Moim zdaniem bowiem to co się tam stało – a jestem głęboko przekonany, że się stało rzeczywiście, i do tego by to wiedzieć Sylwester Latkowski nie jest mi wcale potrzebny – to nie tyle wynik owego zepsucia, ale pewnej bardzo ciemnej strony ludzkiej natury i współczesnej cywilizacji, która udziela owej czerni powszechnego wsparcia.
       O co mi chodzi, już wyjaśniam na przykładzie pewnego dość już starego filmu pod tytułem „8 mm”. Rzecz polega na tym, że Nicolas Cage jest prywatnym detektywem, który zostaje wynajęty przez pewną bogatą wdowę, do zbadania historii pornograficznej taśmy, którą ta znalazła w sejfie zmarłego męża. Otóż na owej taśmie przedstawione jest coś co robi wrażenie autentycznego morderstwa i ona chce wiedzieć, czy owo morderstwo miało faktycznie miejsce, czy stanowiło wyłącznie realistyczną inscenizację. Wyrusza więc Cage w miasto, zaczynając od zwykłych seks shopów, by następnie schodzić coraz niżej w głąb owego przemysłu, z jedną ofertą: Ile trzeba zapłacić i komu nie za zwykły seks, nie za udawaną przemoc, nie za udawane tortury, nie wreszcie za udawane morderstwo, ale za morderstwo prawdziwe? A przesłanie owego filmu jest takie, że jeśli tylko pojawi się odpowiedni klient z odpowiednimi pieniędzmi, dostanie wszystko czego chce. Od momentu bowiem gdy zaistnieje rynek obsługujący ludzi uzależnionych od seksu, ten sam rynek w sposób wręcz automatyczny musi ową ofertę coraz bardziej uatrakcyjniać i nie ma ludzkiego sposobu, by w pewnym momencie przy ladzie nie pojawił się klient, który wszystko co dotychczas było na półce, przebije.
      Otóż moim zdaniem nie ma też takiego sposobu, by skoro ktoś kiedyś wpadł na pomysł projektu o nazwie „Zatoka Sztuki” i zaczął go z sukcesem realizować, którykolwiek z jego uczestników nagle zaprotestował i powiedział: „Przepraszam, ale to już jest przesada”. A zatem powtarzam – ja nie potrzebuję Latkowskiego z jego filmem, by wiedzieć, że jeśli w ofercie tego klubu była zabawa na całego, to ta zabawa musiała być powszechna i na całego. A całe oburzenie prezydenta Karnowskiego jest dla mnie jeszcze śmieszniejsze niż ta jego głupia fryzura.



czwartek, 28 maja 2020

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi do Grupy Bilderberg Michała Szczerbę?


Przepraszam wszystkich Czytelników, a zwłaszcza pana Mirka, który, jak wiem, od rana czeka z palcem nad odpowiednim klawiszem – i z myślą o którym w znacznym stopniu powstają te teksty –  ale dziś nie będzie już nic nowego. Sytuacja na scenie zrobiła się bowiem ostatnio tak przewidywalna, że jedyne co mógłbym dziś zrobić to zacytować Norwida z jego nieśmiertelnym „jak się nie nudzić na scenie tak małej, tak niemistrzowsko zrobionej” i się zamknąć. A Bóg mi świadkiem, że ostatnie dni pod tym względem do nieustanna walka, by jednak coś z tej nędzy wydusić. A więc dziś już nic nowego nie dam rady powiedzieć, natomiast na całe szczęście mam swoje stare teksty, w dodatku, jak ostatnio zauważyłem znacznie od dzisiejszych bogate w słowo, a zatem można się w tego typu kryzysowych sytuacjach skutecznie poratować.
      Ale stało się jeszcze coś, co daje mi naprawdę dużą satysfakcję. Otóż wymyśliłem sobie, że aby owe wspominki nie były wyjęte tak zupełnie bez planu, zaryzykuję i odnajdę tekst dokładnie sprzed 10 lat, a więc z 28 maja 2010 roku...  i proszę sobie wyobrazić, że on jak ulał pasuje do niedawno podanej przez reżimowe media informacji, że Rafał Trzaskowski został przez Radosława Sikorskiego wprowadzony do towarzystwa o nazwie Bilderberg. Ja oczywiście widziałem jak owe media próbują biednym, nic nie rozumiejącym z tej znaczącej przecież informacji, obywatelom tłumaczyć czym jest owa plazma i przyznaję, że trochę mi było żal, że to się tak w końcu musiało rozleżć po kościach. A tu proszę! Mamy jak znalazł. Mój tekst sprzed dokładnie 10 lat spada nam niemal prosto z nieba. Zapraszam.


       Znów ktoś powiedział, że Wałęsa to głupek, a na dodatek agent i dziwkarz i pan Bolesław nie wytrzymał. On oczywiście nie wytrzymał już dużo wcześniej, ale tym razem nie wytrzymał na dobre. A przynajmniej tak mówi. Skąd taka reakcja? Ja w Salonie przeczytałem wczoraj, że Jarosław Kaczyński uprawia seks doodbytniczy z Ludwikiem Dornem, a informacja ta została ubarwiona bardzo szczegółowymi i niemniej realistycznym opisami tego pożycia, a mimo to nie słyszałem, żeby którykolwiek z panów przy tej okazji ogłosił, że zrzeka się wszelkich dotychczas uzyskanych honorów i wyjeżdża z Kraju. Ktoś mi powie, że te plwociny na temat Dorna i Kaczora to rojenia chorego umysłu, podczas gdy pan Bolesław, nawet jeśli nie jest dziwkarzem, to z pewnością jest głupkiem i agentem. No ale przecież cała cywilizowana opinia publiczna gotowa jest zaświadczyć własnym życiem, że to wszystko są oszczercze brednie, a sam były prezydent może na to nawet dać słowo honoru. Więc o co chodzi?
      Dobrze. Wiem. To wciąż niczego nie wyjaśnia. W końcu obraza to obraza. Tu, na mnie na przykład, wciąż tabuny czerwonych pająków mówią, że jestem komunistą i mimo że to nieprawda, to ja bardzo jestem z tego powodu załamany. Ale czy ja grożę, że jak oni nie przestaną, to ja wyemigruję? Komunista zresztą to pikuś. Inni bowiem opowiadają, że ja jestem do bani nauczycielem. I też jest mi przykro, bo jakże tak! Ale nawet tu nie grożę, że w tej sytuacji się pogniewam, oddam wszystkie swoje dyplomy, ordery, puchary i cholera wie co jeszcze, zamknę się w sobie i przestanę chodzić do knajpy z moimi byłymi uczniami. Pozdrowienia!
      A więc może chodzi o to, że na Wałęsę gadają w książkach i w telewizji, a na mnie tylko w Salonie? Może i tak. Kto wie? No ale w czym Salon gorszy od mainstreamu? Przecież już dawno mądrzejsi ode mnie wyjaśnili, że w zinformatyzowanym i oplecionym medialną siecią świecie nie ma już właściwie podziału na media ważniejsze i mniej ważne. Internet w dzisiejszej dobie wygrywa wybory. Telefony komórkowe obalają rządy. Niedawno w telewizji widziałem, że prawdziwa sztuka filmowa już nie jest tworzona w Hollywoodzie, ani nawet w Nowym Jorku, nie mówiąc już o Indiach, lecz w youtubie i wspominanych już kamerkach firmy Samsung. Więc jak to jest? Jak ja tu napiszę, że Wałęsa to komunistyczny szpicel i pospolity złodziej, to pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje dopóki nie wydrukuje tego IPN albo Arcany? A niby dlaczego? Panie Prezydencie, moim zdaniem jest Pan ruskim bucem i kapusiem! Halo? Słyszy mnie Pan? Chce Pan na bilet?
      Cała Polska, od jakichś 15 lat, wie na sto procent, że Lech Wałęsa był tajnym, świadomym i bardzo chętnym do pracy współpracownikiem tajnych służb komunistycznej represji. Każdy Polak, jeśli tylko jest minimalnie zainteresowany życiem publicznym, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Lech Wałęsa, będąc wiceprezydentem u Mieczysława Wachowskiego, ukradł, a zapewne także zniszczył, całą kupę bardzo tajnych i cennych dokumentów świadczących o jego uwikłaniu we współpracę agenturalną. I nie ma tu żadnych wyjątków. Powyższy stan rzeczy jest znany każdemu, a jeśli ktoś nie chce o tym rozmawiać, albo wręcz te fakty kwestionuje, to wyłącznie ze względów politycznych i z uwagi na bieżące interesy. Nie ma ludzi w Polsce – za wyjątkiem osób kompletnie nieprzytomnych – którzy wierzą w to, że Lech Wałęsa jest autentycznym bohaterem polskiej walki o niepodległość. Ostatni tacy wymarli doszczętnie wspomniane już 15 lat temu.
      Ale jest jeszcze coś co każdy – niekoniecznie nawet zdrowo myślący – Polak doskonale wie. To mianowicie, że Lech Wałęsa jest najzwyklejszym, najbardziej przeciętnym durniem. Kiedy oglądamy Lecha Wałęsę w telewizji, czytamy jakąś jego prasową wypowiedź, albo idziemy na jakieś z nim spotkanie i słuchamy jak plecie, wiemy znakomicie, ze mamy do czynienia ze zjawiskiem w publicznej przestrzeni absolutnie wyjątkowym. I – podkreślam to raz jeszcze – wie to każdy: ja, Państwo, Monika Olejnik, a nawet Bronisław Komorowski i Donald Tusk, nie mówiąc już o Palikocie. Każdy człowiek, który ma oczy które widzą i uszy które słyszą, wie że tu nawet nie ma o czym gadać. Pozostaje czysta polityka i bezczelne kłamstwo.
      A więc w tej sytuacji, kiedy głosy wyrażające w stosunku do Lecha Wałęsy czystą pogardę nie chcą zamilknąć, Wałęsa wybucha i mówi, że on już ma dość. Ja oczywiście do pewnego stopnia go rozumiem. On wprawdzie zaprzecza wszelkim pomówieniom, twierdzi, że nie dość, że jest czysty jak złoto, to jest człowiekiem mądrym, sprytnym i bardzo przenikliwym, ale osobiście jestem przekonany, że zna swoje intelektualne i moralne ograniczenia bardzo dobrze, czuje je, męczy się z nimi i w gruncie rzeczy ich nienawidzi. I to jest sytuacja bardzo niekomfortowa. On, dzięki tej swojej historii i tym przedziwnym zakrętom losu, znalazł się tu gdzie się znalazł, z tą całą swoją sławą i nadmuchaną wielkością, z tymi doktoratami, z tymi pieniędzmi, z tą rozpoznawalnością i absolutnie nie jest w stanie sobie z tym poradzić. I gdyby jeszcze świat mu dał na chwilę odetchnąć, to może by sobie znalazł jakieś spokojne miejsce i żył jak zwykły człowiek –  owszem, kiedyś bardzo znany, a nawet przez wielu uwielbiany – ale teraz już tylko jako ten właśnie zwykły człowiek. Myślę, że można by nawet było się tak umówić, że prawo by mu dało dożywotnią absolucję.
      Tymczasem, niestety, całe bandy bezwzględnych kombinatorów, ze szczerze powiem, że nie do końca dla mnie pojętych powodów, postanowiły grać tym biednym człowiekiem tak długo aż go prawda i zwykłe, ludzkie pragnienie sprawiedliwości dopadnie i zetrze w pył. Cóż za brak litości! Cóż za wyrachowanie! I po co? Jaka będzie z tego bezpośrednia korzyść?
      Załóżmy nawet to, że Donald Tusk, razem ze swoim nowym kumplem Napieralskim zlikwidują IPN? Załóżmy nawet takie rozwiązanie, że jakimś cudem uda się doprowadzić do tego, że wprowadzi się ustawowy zakaz mówienia źle o Lechu Wałęsie. Wszędzie. W książkach, gazetach, telewizji, a nawet w rozmowach prywatnych. Załóżmy nawet, że Parlament uchwali w budżecie specjalny fundusz na rozwój prac badawczych nad historyczną wielkością Lecha Wałęsy. Mało tego – niech nawet Parlament uchwali likwidację z polskiego słownika imienia Bolesław. I co to zmieni? Prawo i Sprawiedliwość nie wygra następnych wyborów parlamentarnych? Nie żartujmy. Andrzej Olechowski zostanie przyszłym prezydentem Polski?
      Andrzej Olechowski. Oto dopiero nadchodzi ciekawy kawałek tej historii. Bo tak naprawdę tu wcale nie chodzi o Wałęsę. On już jest ostatecznie skończony. Z niego już nic nie będzie. Ta przygoda jest już dawno zamknięta. Tu nawet nie chodzi o Donalda Tuska i te wszystkie nadzieje, jakie z nim wiążą całe grupy naiwnych komentatorów w rodzaju Krzysztofa Leskiego. Powiem więcej. Tu nawet nie jest problemem Janusz Palikot i jego nieuchronnie zbliżające się przywództwo w Platformie. Skoro już zdecydowaliśmy się na tę demokrację, to nawet dziesięć stadionów dla Legii Warszawa, kolejne 15 kanałów tematycznych telewizji TVN i sześć orderów uśmiechu dla pani Bożeny, nie zmienią faktu, że do następnych wyborów pójdą wyłącznie osoby zaangażowane całym sercem. Sercem prawdziwym, a nie okrwawionym mięśniem. Tu może chodzić najwyżej o kogoś takiego jak Andrzej Olechowski.
      Kiedy Lech Wałęsa już był Bolkiem, ale jeszcze nie wszyscy sobie z tego zdawali sprawę, Olechowski przez wszystkich dobrych ludzi nazywany był nie inaczej jak TW Must. Co ciekawe, ta jego ubecka przeszłość nigdy nie wydawała się robić wrażenia ani na nim, ani na osobach z zewnątrz. Tak się jakoś zawsze składało, że Olechowski był powszechnie rozpoznawany jako były kapuś, a jedyna znana mi reakcja na tę wiedzę ograniczała się do wzruszenia ramionami. Ale co tam ubek? Przez całe długie lata Olechowski funkcjonował na peryferiach polskiego zycia politycznego i gospodarczego, zawsze w sytuacjach najbardziej podejrzanych z możliwych, i też nigdy to nikogo nie obchodziło. Doszło do tego, że Olechowski osiągnął taki stan, gdzie każdy wiedział, że ktoś taki jak Olechowski istnieje, że jest osobą niezwykle ważną i wpływową, ale przy tym wszyscyśmy się zachowywali, jakby to kim on jest, czym się zajmuje i z jakiej to w ogóle okazji jest wciąż osobą publiczną, nas w ogóle nie interesowało. Dziś już, między innymi właśnie dlatego, że żyjemy w świecie otwartym i demokratycznym, wiemy o istnieniu tworu o nazwie Bilderberg. Dla przybliżenia, cytat z Wikipedii:
Grupa Bilderberg albo Klub Bilderberg - nieformalne międzynarodowe stowarzyszenie wpływowych osób ze świata polityki, biznesu i przemysłu. Spotkania grupy odbywają się raz do roku. Podczas nich omawiane są najważniejsze w danym czasie dla świata sprawy dotyczące polityki i ekonomii. Pierwsze spotkanie tego typu miało mieć miejsce w holenderskim Hotelu de Bilderberg (stąd pochodzi nazwa grupy) w Osterbeek w maju 1954, a odbyło się z inicjatywy wpływowego polskiego polityka i emigranta Józefa Retingera, który był stałym sekretarzem grupy aż do śmierci w 1960. Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów. Tym też należy tłumaczyć brak zainteresowania mediów spotkaniami, w których uczestniczą m.in. takie osobistości jak prezes Banku Światowego James Wolfensohn, żona byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Hillary Rodham Clinton, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, żona Billa Gatesa - Melinda Gates, czy Andrzej Olechowski. Według uczestników, ze względu na nieformalny charakter, spotkania pozwalają na swobodną wymianę poglądów niezależnie od aktualnych animozji politycznych. Niejawność spotkań i ogromne wpływy posiadane przez zaproszone osoby, spowodowały, że niektórzy komentatorzy przypisują członkom Grupy Bilderberga tworzenie nieformalnego rządu światowego, a w konsekwencji zamiar wprowadzania rozwiązań ekonomiczno-politycznych sprzecznych z wolą społeczeństwa. Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku.
Grupa Bilderberg nie jest organizacją, ponieważ nie istnieje w niej coś takiego jak członkostwo i nie wybiera się żadnej rady, chociaż posiada oficjalne biuro w Lejdzie w Holandii. Domniemani uczestnicy Grupy Bilderberg z Polski to m.in.: Andrzej Olechowski - od 1994, Hanna Suchocka – 1998, Sławomir Sikora (prezes Citibanku) – 2004, Jacek Szwajcowski (prezes Polskiej Grupy Farmaceutycznej) – 2005, Aleksander Kwaśniewski - 2008"
      Dlaczego ja się postanowiłem nagle zająć tym „klubem"? Z trzech powodów. Dwa z nich są wymienione w samym tekście w Wikipedii. Pierwszy: „Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów". Drugi: „Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku”. Ci którzy czytają moje teksty z reguły są osobami myślącymi, więc ani słowa już o tym. Po co?
      Jest jednak jeszcze trzeci powód, dla którego się trochę wystraszyłem. Sam Olechowski. On ostatnio, nie wiadomo z jakiej cholernej okazji, pokazuje się publicznie dużo za często. Bardzo dużo za często. Przyłazi, gada i straszy. I ja autentycznie nie wiem, co on tu robi, a – co najgorsze – co on może. A boję się, że on akurat może więcej, niż nam się wydaje. No i wciąż się zastanawiam, czego on tu szuka. Wczoraj występował u Moniki Olejnik i ja po raz pierwszy w życiu widziałem ją w stanie takim, jaki osiągają tylko młode dziewczyny na pierwszej w życiu randce. Bardzo to było ciekawe. Na szczęście, w tym wszystkim są informacje, które każą nam się nie lękać. Nie lękać się i wierzyć, że jest coś, czego bramy piekielne nie przemogą.
      Wczoraj dotarła do nas informacja, że w Ameryce rozbił się samolot należący do człowieka nazwiskiem Irving Moore 'Bud' Feldkamp III, wielokrotnego milionera i właściciela największej w Stanach sieci klinik aborcyjnych. Samolot spadł na katolicki cmentarz, tuż przy grobie nienarodzonego dziecka. 14 znajdujących się na pokładzie osób – w tym dzieci i wnuki Feldkampa – zginęło.
      I tak to właśnie się plecie ten świat. Bohaterowie przychodzą, odchodzą, ci prawdziwi i ci zupełnie sztuczni. A świat się spokojnie i pewnie plecie. Czego sobie i Wam życzę.

Jak już wspomniałem, od publikacji tego tekstu upłynęło już 10 lat i też wiele się zmieniło. Z tego co wiem, Andrzej Olechowski wciąż pojawia się w telewizjii TVN24 i Monika Olejnik w dalszym ciągu bardzo się stara pokazać mu, że na nią akurat on może zawsze liczyć i jak się domyślam oni wspólnie apelują, by w najbliższym czasie nie organizować w Polsce jakichkolwiek wyborów.  Mało tego, do grupy Bilderberg został dokooptowany nie tylko Radek Sikorski, ale nawet ta nędza Rafał Trzaskowski. No ale jest jeszcze coś. Otóż, jak wiemy, stary Rockefeller ostatecznie już wykorkował, ale, jak się dowiaduję, wciąż jeszcze żyje Henry Kissinger. Tyle że skoro nagle mamy tu tego Trzaskowskiego i Sikorskiego, to znaczy, że on jest już na tyle nieprzytomny, że nad tym interesem przestał kompletnie panować, podczas gdy inni spieprzyli do Nowej Zelandii. A więc, krótko mówiąc, nie ma o czym gadać, przynajmniej do czasu aż tam dołączy poseł Szczerba. Obiecuję, że na tę okoliczność kupię sobie 16-letniego Lagavulina.






środa, 27 maja 2020

O głupocie, której nawet koronawirus nie dał rady


        Jestem pewien, że przynajmniej bardziej uważni Czytelnicy pamiętają zdanie, którym zamknąłem swoje wczorajsze refleksje na temat oczywistego już chyba dla wszystkich obłędu, jakie w ostatnich tygodniach ogarnął najbardziej hardcorową antypisowską opozycję. Na wszelki wypadek przypomnę:
A ja sobie tak siedzę tu, piszę ten króciutki tekst i myślę sobie, że to dopiero będzie figiel, jeśli Senat jednak zaklepie sejmową uchwałę, plotki na temat powrotu Kidawy okażą się tylko plotkami, marszałek Witek ogłosi termin wyborów, a Państwowa Komisja Wyborcza przedstawi oficjalny, nowy wzór formularza do zbierania podpisów na kandydata Trzaskowskiego i wtedy już im naprawdę pozostaną tylko te maseczki Stonogi”.
      Pisząc o ewentualnym nowym wzorze formularza, jaki Państwowa Komisja Wyborcza może przedstawić choćby po to, by w ten sposób skutecznie zweryfikować termin w jakim sztab kandydata Trzaskowskiego zbierał podpisy popierające jego kandydaturę w nadchodzących nieubłaganie prezydenckich wyborach, mimo dość żartobliwego tonu, byłem jak najbardziej poważny. Widząc bowiem z jak bezczelnym poczuciem bezkarności poseł Sławomir Nitras prowadzi akcję zbierania owych podpisów zanim w ogóle wybory zostały oficjalnie ogłoszone, i zanim, co więcej, udział Rafała Trzaskowskiego w wyborach został oficjalnie potwierdzony, pomyślałem sobie, że zmiana wzoru owych kart byłaby posunięciem nie tylko zrozumiałym, co wręcz oczywistym. Kiedy natomiast wspomniałem o owym „figlu” jakim niewątpliwie musiałoby się nam wszystkim w tym momencie przedstawić to posunięcie, wyobrażałem sobie bardzo wyraźnie nadzwyczaj ponurą sytuację, w jakiej dosłownie z dnia na dzień znalazłaby się nie tylko cała prezydencka kampania Platformy Obywatelskiej, ale cały ów nieszczęsny projekt. 
       I oto, proszę sobie wyobrazić, nie minął nawet dzień, jak na czołówkach medialnych doniesień pojawiła się informacja, że Platforma Obywatelska po raz kolejny wycofuje się z wyborów i żąda przeniesienia ich na jesień. Dla odpowiedniego wzmocnienia owej informacji, najpierw głos zabrał marszałek Grodzki w pośredni, choć wystarczająco jasny sposób sugerując, że partia rezygnuje z dalszego zbierania podpisów pod kandydaturą na kandydata, Rafała Trzaskowskiego, po nim wypowiedział się sam prezydent Poznania, rzucając w stronę zaprzyjaźnionych miast hasło solidarnego bojkotu czerwcowego terminu, w którym tym razem nie chodziło już o zagrożenie koronawirusem, ale matury, w których spokojnym przebiegu politycy szkolnej młodzieży nie powinni przeszkadzać, no i wreszcie na samym końcu odezwał się mój ostatnio ulubiony redaktor Klarenbach z TVP Info i zupełnie otwartym tekstem powtórzył moją tezę, tyle że zamiast słowa „figiel” użył podobnego, czyli „jaja”. A ja sobie pomyślałem, że skoro tak, to znaczy, że już wszyscy wiedzą, co się już za chwilę stanie, a mianowicie wycofanie kandydatury Trzaskowskiego, albo ponownie na rzecz Kidawy, albo – co moim zdaniem, bardziej prawdopodobne – wielkiej i powszechnej awantury, w trakcie której wybory się oczywiście odbędą, tyle że bez udziału Platformy, a ta w powszechnym zamieszaniu zakończy w ten sposób swoją dwudziestoletnią przygodę z polityką.
       Ktoś zapyta, jak to się stało, że oni się doprowadzili do takiego upadku, a ja powiem zupełnie szczerze, że na to pewnej odpowiedzi nie mam. Wiem na przykład – i dawałem temu swego czasu wyraz na tym blogu – dlaczego System dopuścił do ich podwójnej przegranej w roku 2015. Oni bowiem w pewnym momencie osiągnęli taki poziom zepsucia, że wspomniany System uznał, że zamiast ich trzymać przez jeszcze kolejne cztery lata, znacznie bezpieczniej będzie zaryzykować, dopuścić do władzy Prawo i Sprawiedliwość, a następnie spróbować Kaczyńskiego udobruchać i wycisnąć z niego, ile się da. Tym razem, ja absolutnie nie widzę tu  jakiegokolwiek planu. Nie potrafię sobie bowiem wyobrazić, jakie jawne czy ukryte interesy mogą stać za tym, by tak zwanej „totalnej opozycji” pozbyć się ostatecznie i na dobre ze sceny. Światowe media są postawione na baczność, Komisja Europejska z niemal wszystkimi europejskimi instytucjami podobnie, wszelkie możliwe autorytety mają rozpisane kwestie na najbliższe miesiące, a tu tymczasem ma zostać ogłoszony koniec owego przedstawienia? Żeby co? Kukiz z Czarzastym założyli nowy liberalny projekt, który za trzy i pół roku odzyska Sejm? Mowy nie ma.
        A zatem, jak mówię, odpowiedzi nie mam, mimo to jednak spróbuję coś tu w tym temacie zaproponować. Otóż, jak pewnie wszyscy pamiętamy, wielokrotnie się tu wspólnie zastanawialiśmy, jak to tak naprawdę z nimi jest: czy oni są cwani, czy głupi? Czasy się zmieniały, podobnie też nasze w tej sprawie podejrzenia, a ja sobie myślę, że chyba po raz pierwszy od roku 1990 mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że wreszcie pojawiła się polityczna siła, która doprowadziła się do upadku nie przez tragiczny brak sprytu, czy działanie obcych sił, ale przez czystą niczym nieskażoną głupotę. Uważam, że tu Platforma Obywatelska i to wszystko co tam pozostało po odejściu najpierw Tuska, a następnie Schetyny, okazała się jeszcze gorsza od niesławnej Ligi Polskich Rodzin z Romanem Giertychem na czele, że już nie wspomnę o biednym, świętej pamięci Lepperze. Oni oczywiście mieli pewne ciężkie deficyty, niemniej można znaleźć wiele momentów w ich działalności, kiedy wydawało się, że oni jednak kalkulują. Tu o jakiejkolwiek kalkulacji mowy być nie może. Tu nawet nie ma mowy o zwykłych odruchach. Czasem mam wrażenie, że niezależnie od tego, czy przed sobą postawimy Borysa Budkę, Radka Sikorskiego, czy samego Leszka Balcerowicza z Moniką Olejnik i zrzucimy im na łby worki z najwyższej jakości koronawirusem, jedyne co oni zrobią, by się ratować, to zacisną zęby i starannie zakryją je maseczkami ze wspomnianym ledwie co wczoraj napisem „Jebać PiS” i tak już zostaną.



     

wtorek, 26 maja 2020

W jakich maseczkach będą chodzić w dniu wyborów obrońcy Konstytucji?


        Wczoraj, po tym jak dla zilustrowania wczorajszej notki wrzuciłem zdjęcie mocnego męskiego ramienia z wykaligrafowanym hasłem „Jebać PiS”, któryś z czytelników poinformował mnie, że artysta estradowy Nergal pokazał się niedawno z antywirusową maseczką z identycznym napisem. Ponieważ informacja ta mnie zaciekawiła, zajrzałem sobie do Internetu i okazało się, że nie tylko Nergal, ale w ogóle maseczki z tą treścią zyskały pewną popularność, handluje nimi znany nam wszystkim obywatel Stonoga, natomiast reklamą zajęło się równie znane pismo „Najwyższy Czas”. Oczywiście, od razu zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby ktoś uruchomił sprzedaż maseczek z napisem „Jebać Platformę”, tygodnik „Sieci” uruchomił by jej sprzedaż, a piosenkarz Zenek zacząłby się w niej prowadzać, no i naturalnie doszedłem do przekonania, że byśmy mieli temat i to nie byle jaki. Tak się jednak nie stało, co nie zmienia faktu, że pojawiło się kilka innych tematów i ja chciałem dziś o nich.
      Oto, jak już wszyscy wiemy, prezydent Duda z nazwisk pięciu kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego wybrał jedno i w tym momencie został oskarżony najpierw przez przewodniczącego Budkę, a następnie cały szereg innych przyjaciół Konstytucji, o jej złamanie. W tej samej niemal chwili przewodniczący Lech Wałęsa nazwał Prezydenta „skurwysynem”, a na koniec głos zabrało zacne prawnicze grono o nazwie Ordo Iuris i wszystkie dotychczasowe wypowiedzi polityków zatwierdziło swoim podpisem.
      Jednocześnie, jak donoszą dziennikarskie plotki, w środowisku Platformy Obywatelskiej pojawił się plan, by jednak kandydatem na w wyborach prezydenckich była w dalszym ciągu Kidawa Błońska i to mimo tego, że po tym jak Rafał Trzaskowski zapewnił, że po tym jak zostanie prezydentem, osobiście zakopie rozpoczęty przez jebany PiS przekop Mierzei swojego poparcia dla tej kandydatury udzielili Zieloni. Dlaczego tak? Tego biały człowiek nie zrozumie, ani zrozumieć nie chce, no a poza tym wcale nie wiadomo, czy to jest w ogóle prawda, tyle że tam się w owym towarzystwie tak kotłuje, że oni sami już nie wiedzą, czego chcą.
       No i należy pamiętać, że w dalszym ciągu – jak najbardziej zgodnie z zasadami zapisanymi w tak zwanej OTUA – poseł Sławomir Nitras nie oglądając się na nic, jeździ z Trzaskowskim po kraju i zbiera podpisy pod kandydaturą swojego wymarzonego kandydata, licząc na to, że w momencie gdy marszałek Witek ogłosi datę wyborów, będzie mógł z dumą przesłać do PKW 100 tysięcy peseli. Inna sprawa, że podczas gdy Nitras z Trzaskowskim owe podpisy zbierają, poseł PSL-u, a jednocześnie wicemarszałek Senatu Michał Kamiński publicznie ogłosił, że o wyborach w czerwcu mowy być nie może, ponieważ kadencja prezydenta Dudy upłynęła 23 maja i najbliższy możliwy termin to październik.
      A ja sobie tak siedzę tu, piszę ten króciutki tekst i myślę sobie, że to dopiero będzie figiel, jeśli Senat jednak zaklepie sejmową uchwałę, plotki na temat powrotu Kidawy okażą się tylko plotkami, marszałek Witek ogłosi termin wyborów, a Państwowa Komisja Wyborcza przedstawi oficjalny, nowy wzór formularza do zbierania podpisów na kandydata Trzaskowskiego i wtedy już im naprawdę pozostaną tylko te maseczki Stonogi.




     

poniedziałek, 25 maja 2020

Bad vibrations positive


       Powiem zupełnie szczerze, że wcale nie jestem przekonany, czy zamieszczanie tego tekstu ma dziś jakikolwiek sens, z tego względu, że z pewnego punktu widzenia to jest dokładnie to samo, co pisanie o tym, że wczoraj była niedziela, a jutro nadejdzie kolejny wtorek. A jednak, jak widzimy wszyscy bardzo wyraźnie, przełamałem się i po raz nie wiem który, mam zamiar powiedzieć parę słów, wydawałoby się oczywistych, a jednak, jak wszyscy za chwilę zobaczymy, oczywistych nie do końca. Proszę mi jednak pozwolić bym zaczął od dość świeżego wspomnienia. Oto na Twitterze pojawił się niedawno link do tekstu z „Rzeczpospolitej”, którego autor, powołując się na wyniki jakichś badań przeprowadzonych przez socjologów z Uniwersytetu Warszawskiego, informuje otwartym zupełnie tekstem, że gdy chodzi o tak zwany polityczny hejt, wbrew powszechnym wyobrażeniom, on przychodzi głównie od osób wykształconych i z dużych miast. Wedle owych badań, jeśli spojrzeć na mapę owego hejtu, za nim stoją przede wszystkim zwolennicy dzisiejszej opozycji, a więc ludzie o których można powiedzieć naprawdę wiele, ale na pewno nie to, że są Januszami spod Rzeszowa.
       Ponieważ ów tekst wydał mi się interesujący, postanowiłem go podać dalej, no i w odpowiedzi pojawił się komentarz pewnego mojego dawnego kumpla – człowieka jak najbardziej wykształconego z dużego miasta – dziś człowieka politycznie, ale też siłą rzeczy i towarzysko, nie chcącego mieć ze mną nic wspólnego, o mniej więcej takiej treści:
        Wypierdalaj do Rosji”.
        Najpierw oczywiście na ów komunikat się ucieszyłem, widząc jak on idealnie wręcz potwierdza celność badań przeprowadzonych przez warszawskich socjologów, a następnie, w ferworze bieżących wydarzeń, o nim skutecznie zapomniałem. I oto wczoraj właśnie na tym samym Twitterze pojawiło się zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego, tym razem z zaciśniętymi zębami, plus tytuł: „Policyjna pała nauczy was mnie kochać”, a pod spodem szereg komentarzy. Pozwolę sobie ich treść zacytować:
       I tyle w temacie gnido zajebana szmato śmierdzący stary zjebany dziadu cuchnący moczem stary zjebie”;
       Pierdolisz. Pałą to ty oberwiesz po starym grzbiecie i to niedługo. Będzie bolało oj będzie bolało”;
       W dupę sę tę pałę wsadź”;
      Nienawidzę cię ty Pojebie genetyczny już dosyć tego skurwysynu już tyle złego zrobiłeś że powinieneś z tą całą PISOWSKĄ MAFIĄ skurywsynu gnić na dożywocie w pierdlu mendo zajebana”;
     Jakbym dostała od Rydzyka skurwysyna 1000000000000000 euro to i  tak na tego Kaczora pojeba nie zagłosuję
    ... i tak dalej, i tak dalej, w tej samej poetyce i na podobnym poziomie emocji.
     Przyznaję, że nazwiska autorów usunąłem, żeby ten tekst nam się lepiej ułożył,  natomiast zapewniam, że za tym słowem stoją autentyczni ludzie i autentyczne twarze. I jeśli rzucimy okiem na poszczególne profile, możemy mieć pewność, że to nie są tweety wysyłane do nas ze wspomnianej wcześniej przez mojego byłego kolegę Rosji. Ktoś jednak w tym momencie powie, że ja się niepotrzebnie tak unoszę, bo powinienem wziąć pod uwagę, że autorami owych komentarzy są ludzie, którzy nie dość że znajdują się po stronie przegranej, to jeszcze szanse na odzyskanie gruntu mają nadzwyczaj małe, i można im dać prawo do nawet przesadnego wzburzenia. W końcu kiedy Prawo i Sprawiedliwość tkwiło w ośmioletniej opozycji, a niepodzielną władzę w Polsce sprawowała Platforma Obywatelska z prezydentem Komorowskim, to można było komentarzy takich jak wyżej w Sieci znaleźć naprawdę wiele. Otóż nie. Kiedy przez osiem lat rządziła Platforma Obywatelska i owe rządy – zresztą wedle samych zapowiedzi jej liderów –  miały być wieczne, po stronie opozycyjnej, owszem, zdarzały się naprawdę ciężkie złośliwości, natomiast osobiście ani razu nie udało mi się trafić na wypowiedź w rodzaju: „Nienawidzę cię, ty pojebie genetyczny. Już dosyć tego skurwysynu. Już tyle złego zrobiłeś że powinieneś z tą całą PEOWSKĄ MAFIĄ skurywsynu gnić na dożywocie w pierdlu. Mendo zajebana”.
       Powiem coś więcej. Gdyby wówczas, w roku 2008, czy 2013, w którymkolwiek miejscu Sieci pojawił się tego typu tekst, tyle że skierowany pod adresem Donalda Tuska, ja bym naprawdę bardzo poważnie się zaczął zastanawiać, czy przypadkiem nie wpadłem w złe towarzystwo. Lub – co jeszcze bardziej prawdopodobne – uznałbym że ów komentarz to zwykła prowokacja, bo z tego co zawsze było mi wiadomo, zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości na ogół bardzo cierpliwie znoszą los swój oraz Ojczyzny i ten rodzaj szaleństwa ich zwyczajnie nie obejmuje.
       Dziś jednak, jak możemy zaobserwować osobiście, litości nie ma. Tu mamy do czynienia wyłącznie z obłędem, z którego jedyna droga prowadzi do kuchennego noża, kupionego na ruskim targu pistoletu, lub w najlepszym wypadku serii zbiorowych samobójstw.
        Po raz kolejny informuję, że nie jest dobrze.



  

niedziela, 24 maja 2020

Sjesta, czyli miłość w czasach zarazy


       Dzisiejszy tekst jest wynikiem dwóch okoliczności. Przede wszystkim oczywiście, okazało się że w momencie krytycznym nie przyszło mi nic nowego do głowy, czym mógłbym się tu skutecznie podzielić, no ale jednocześnie pomyślałem sobie, że w związku z całą serią afer pedofilskich, i to na scenach kompletnie różnych, dobrze byłoby powiedzieć coś interesującego, a gdy o to idzie, jak zawsze okazuje się, że nie ma nic lepszego jak któryś z moich starszych tekstów. W tym też momencie przyszło mi do głowy, że w owym zakłamaniu – pozwolę sobie powtórzyć, że po obu stronach sceny – być może najbardziej sensowną rzeczą będzie przypomnienie mojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie moim zdaniem wszystko to czym się dziś interesujemy zostało podane na tacy, i od tego czasu tak naprawdę nikt z nas nie ma już nic sensownego do dodania.
      Zanim jednak przejdę do rzeczy, opowiem pewną historię. Otóż rozmawiałem sobie z moją córką o o osobach homoseksualnych funkcjonujących publicznie i co chwilę, w ramach jakichś politycznych pojedynków, ujawniających swoje obsesje, i moje dziecko poinformowało mnie, że ono ma ma głęboko w nosie, kto jest gejem i jak w ramach owego gejostwa spędza swój czas, bo dla niej jest czymś zupełnie oczywistym że wśród osób heteroseksualnych jest nie wiele mniej zboczeńców niż w tamtym towarzystwie, i gdybyśmy tylko wzięli ich wszystkich pod obserwację, moglibyśmy się dowiedzieć wielu znacznie ciekawszych rzeczy niż to, że gdzieś tam ktoś woli od tyłu.
        No i oczywiście w tym samym momencie przypomniał mi się mój wcześniej wspomniany tekst na temat osoby jak najbardziej heteroseksualnej, w dodatku, jak sądzę, nie bardziej moralnie podejrzanej niż niejaki Marcin z sopockiej Zatoki Sztuki, czy jeśli już się trzymać tematu pedalstwa, kandydat Biedroń, a mianowicie niejakiego – kto go dziś jeszcze pamięta – Marcina Kydryńskiego. A wraz z tym wspomnieniem, pojawiły się kolejne refleksje co do tego, do jakiego stopnia nasze moralne oburzenie w jakiejkolwiek sprawie ma jakiekolwiek znaczenie, gdy tak naprawdę mamy już do czynienia wyłącznie bandą zboków. Czytajmy więc.

       Rozdano Oscary i nagrodę za najlepszy film otrzymała wspaniała brytyjska produkcja o jąkającym się królu. Dziś już więc prawdopodobnie duża część osób czytających te słowa wie, kim był Jerzy VII, Edward VIII, i mniej więcej, jak to w tuż przedwojennej Anglii się działo. Pisałem troszkę parę tygodni temu o tym filmie, ale może przede wszystkim o samej tej niezwykłej historii, na swoim blogu, jednak bez większego efektu. No bo co jednak prawdziwy pop, to prawdziwy pop. I wcale tu nie ironizuję.
      Dziś ów film jest już świetnie znany, choć pierwsze ślady tej sławy pojawiły się już jakiś czas temu, w momencie gdy trafił on do polskich kin i zrobił na wszystkich odpowiednie wrażenie. Ja na przykład przypominam sobie, jak parę tygodni temu wracałem samochodem z pewnego miasteczka w północno-zachodniej Polsce i trafiłem na odpowiednie informacje w Radiu Zet, które tamtej niedzieli grało nam cały czas i, tak jak tylko ono potrafi, przyprawiało mnie o mdłości.
      Otóż, jak wspomniałem, była to niedziela, a nadchodzący poniedziałek niósł imieniny Walentego, a więc tak zwane ‘Walentynki’. W związku z tą datą, prowadzący program dziennikarze Radia Zet dostali odpowiedniego obłędu, i postanowili wiodącym tematem dnia uczynić tak zwaną „miłosną historię króla Edwarda”. Gdyby wciąż ktoś nie wiedział, o czym mówię, krotko przedstawię sprawę. Otóż Król Edward VIII był bohaterem opisywanych w filmie wydarzeń wyłącznie jako poboczny bohater negatywny – laluś, lowelas i kompletnie durny brat Jerzego. Przy całej swojej beznadziejności został jednak na ułamek chwili królem, a to z tej prostej przyczyny, że był najstarszym synem zmarłego króla Jerzego V i tym samym naturalnym kandydatem do tronu. Problem z Edwardem był dwojakiego rodzaju. Pierwszy był taki, że został on uwiedziony przez jakąś bardzo podejrzaną Amerykankę, dwukrotnie zamężną, wciąż z jakimś swoim amerykańskim mężem, i w konsekwencji całkowicie stracił dla niej głowę. Drugi – już najbardziej istotny – to ten, że zbliżała się niemiecka agresja na Europę, a zarówno on jak i ta lala byli całkowicie pod urokiem Hitlera i jego planów dla świata. Jest cała masa spekulacji na temat tego związku, wiele z nich pozostających do dziś tylko spekulacjami, ale wśród nich pojawiają się i takie, że oboje funkcjonowali jako hitlerowscy szpiedzy, a to, że ona Edwarda w ogóle uwiodła, to też był wynik bardzo starannych wcześniejszych przygotowań z wielu stron.
      Tak czy inaczej, jak idzie o filmową historię, to co łączy tych dwoje to żadna miłość, tylko zwykła szajba – a niewykluczone, że jakaś dużo grubsza afera – która już nie tylko dla Anglii, ale i dla całej Europy, stanowi śmiertelne zagrożenie. A w momencie gdy on wreszcie zostaje skutecznie pozbawiony korony, i razem z nią zostaje przepędzony z interesu, wiemy że jest dobrze i możemy się skupić już tylko na walce o to, by Jerzy przestał się wreszcie jąkać. Tymczasem dziennikarze Radia Zet w najlepsze rozpływają się nad romantyczną przygodą pary, dla której miłość była ważniejsza od kariery, no i nad tym nieszczęśnikiem, który rzekomo tak kochał, że dla niego nawet korona strąciła wartość. I naturalnie zastanawiają się przy okazji, dlaczego to w dzisiejszych czasach polityka stała się tak brudna i bezideowa, że nawet nie można sobie wyobrazić czegoś tak pięknego i prawdziwego.
      Słuchałem tego radia i tych idiotycznych, pełnych wzruszenia lamentów nad upadkiem cywilizacji miłości, i przyszło mi nagle do głowy, że kto wie, czy dziennikarze Radia Zet nie są aż tak ciemni, żeby nie złapać tego akurat fragmentu filmowej opowieści, i wiedzą doskonale, że za tym wszystkim stała zwykła zdrada stanu, i możliwe, że bardzo brudny spisek. W końcu w ostatnich latach mieliśmy już niejednokrotnie okazję przekonać się, że dla pewnego typu ludzi, którzy często na nasze nieszczęście, kierują naszymi myślami na bardzo popularnym poziomie, nie ma nic ważniejszego, jak parę lewych dreszczy o najbardziej tandetnym francuskim wymiarze. Co tam zbrodnia? Co tam interes kraju? Co tam naród? Czym wreszcie jest prawda, a czym kłamstwo, jeśli przed nami rozciąga się tak cudna miłosna baśń? Oczywiście nie wolno nam rezygnować z proporcji, niemniej ten obłęd w pewnym sensie może nam przypomnieć choćby tę, w pewnym momencie wspominaną to tu to tam, miłosną przygodę pewnego harcerza i pewnej harcerki z tak różnych stron świata. I co nam tu ktoś będzie gadać o jakimś Dziadzi, gdy liczy się miłość? W końcu żyjemy w świecie, który już trochę trwa. I który wcale się nie zaczął w dniach, gdy Służby uprowadziły córkę marszałka Kerna, a całą Polskę zalały łzy wzruszenia. A zatem znów stajemy przed tą straszną wieścią, że to z czym mamy do czynienia, to wcale nie chwilowe zawirowania, lecz najbardziej podstawowe kwestie cywilizacyjne.
       Przed kilkoma dniami, też na swoim blogu, opisałem bardzo zabawną sytuację, jaką miałem okazję zaobserwować w porannym programie telewizji TVN, gdzie jakaś w większości kompletnie mi nieznana, zgromadzona w studio ekipa, pod kierunkiem dziennikarza Żakowskiego i telewizyjnej celebrytki Jolanty Pieńkowskiej, zachwycali się nad szerokimi możliwościami, jakie daje spragnionym prawdziwej miłości Polkom i Polakom szansa wyjazdu do Afryki, czy w jakieś równie egzotyczne miejsce, i zakosztowania seksu z, jak to wdzięcznie określiła Pieńkowska, „tubylcami”. Oczywiście, nawet gdyby Pieńkowska na myśl o przygodzie erotycznej z jakimś Arabem, nie straciła głowy i nie użyła tego zabawnego określenia, news byłby i tak. No bo jest niewątpliwym newsem informacja, że oto, zupełnie oficjalnie, w jak najbardziej publicznej przestrzeni medialnej, lansuje się zwykłe kurestwo, usprawiedliwione wyłącznie tym, że to jest kurestwo egzotyczne, i że jeśli ktoś się przy okazji zarumienia, to wyłącznie z tak zwanej chcicy.
       Opisałem tę telewizyjną historię i natychmiast przysłano mi link do informacji, podobno gdzieniegdzie już dość skutecznie obdyskutowanej, że Marcin Kydryński – celebryta, podróżnik i miłośnik jazziku ze szklaneczką piwa przed ryjem – opublikował swego czasu jakąś książkę o swoich afrykańskich przygodach, której szczęśliwie dla niego przez całe lata nikt nie czytał, aż wreszcie wpadła w jakieś bardziej uważne ręce i… się wszystko rozlało. O co poszło. Otóż, jak wiele na to wskazuje, Kydryński, zapewne z paroma kumplami, pojechał do tej Afryki i spędzał czas gapieniu się na małe dziewczynki. Jeśli ktoś myśli, że przesadzam, lub zwyczajnie fantazjuję – proszę uprzejmie. Oto relacja na gorąco:

O Afrykankach:
Czarne dziewczęta w Afryce są prawie zawsze dzikie. Jest to wynik wychowania w społeczeństwie zbudowanym na męskim przywódcy stada. Tak jak lwy, goryle, tak żyją plemiona Czarnej Afryki. Ich dziewczęta mają wpisaną genetycznie nieufność. Są płochliwe jak małe antylopy, choć urodę dziedziczą po wielkich kotach. Nie nadają się do oswojenia. Mówią innym językiem nawet wtedy, gdy używają tych samych co my słów. Najczęściej jednak nie mówią w obecności mężczyzn. Łaszą się. Albo polują, jak lwice. Takim polowaniem jest afrykańska prostytucja. Seks dla większości Afrykanek to jedyna radość życia. Używają go w sposób równie naturalny i spontaniczny jak zwierzęta. Jeśli nie pracują i nie kochają się - nuda je zabija. Często więc łączą te zajęcia. Ich prostytucja nie jest konsekwentna. Biorą pieniądze wtedy, kiedy ich potrzebują. Czasem proszą jedynie o śniadanie. Częstokroć proszą tylko o to, by je wziąć. A są nie do wyobrażenia piękne. Nie sądzę, żeby znalazł się zdrowy mężczyzna, który umie oprzeć się ich urokowi. Nie jest to bowiem wdzięk ludzki, do którego przywykliśmy, ale zwierzęcy. Te dziewczyny proszą, żeby je pokryć. Zaczynają wtedy pachnieć inaczej, nagle, jak rozkrojone owoce. Wszystko w nich gada o zbliżeniu, oczy, usta, dłonie. Wreszcie mówią wprost tak jak formułowałyby to kocie samice, gdyby potrafiły mówić. Takie dziewczyny spotkałem później w klubie Florida 2000 w Nairobi i na ulicach Mombasy i wielokrotnie w Ugandzie. Uciekły ze swoich plemion do większych miast lub urodziły się już w miastach i chcą żyć w rytmie, w jakim pulsuje ich organizm”.

O Arabkach:
Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. ‘Czarodziejki’... - powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze ręką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki. To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. Miałem w portfelu kilka banknotów. Może trzy funty. W hotelu dwudziestopięciofuntówki. Je uszczęśliwia funt, nawet dwadzieścia pięć piastrów. Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę. Tymczasem były te trzy funty, a dzieci zostało siedmioro. Dać im czy nie dać? Nie mam nic innego, one popiskują o pieniądze, a dziś Wigilia...

       Powiem szczerze, że kiedy pisze ten tekst, nie mam pojęcia, co słychać u Marcina Kydryńskiego. Czy on został wyrzucony poza swoje dotychczasowe towarzystwo? Czy może nic mu się nie stało i dalej kasuje pieniądze za swoje afrykańskie wspomnienia i reklamę Pilznera? A może pojechał znów do Afryki poszukać sobie jakichś małych dzieci, by je schrupać jak „rozkrojony owoc” i nagle trafił na jakiegoś czarnego byka, który schrupał jego i z nim już mamy święty spokój? Nie wiem tego wszystkiego i szczerze powiem, mało mnie to interesuje. To co mnie tu autentycznie zastanawia, to fakt, ze z tego co czytam wynika bardzo jednoznacznie, że pretensje do Kydryńskiego nie są o to, że on dostaje wzwodu na widok biednego czarnego dziecka i na samą myśl, by je „pokryć” oblewa go mokry pot, ani nawet o to, że on się tym swoim zbydlęceniem autentycznie chwali, lecz o to zaledwie, że on o tych dzieciach myśli jak o zwierzętach. I też nawet nie w tym kontekście, że w ten sposób wychodzi z niego zwykła zoofilia – bo przecież wiadomo, że człowiek jest wolny i może robić co chce, szczególnie jeśli idzie o seks – ale, że to jest takie rasistowskie. Podejrzewam, że gdyby Kydryński pojechał do Afryki i sobie do tyłka wpuszczał węże, a później to pięknie opisywał, cywilizowany świat nawet by jednego słowa przeciwko niemu siebie nie wypuścił. Wąż to wąż, a hobby to hobby.
      To co mnie z jednej strony bawi, a z drugiej autentycznie przeraża, to świadomość mianowicie, że gdyby Kydryński już nawet i pozostał przy tych dzieciach, tyle że nie nazywałby ich zwierzętami, podejrzewam, że to też by zostało mu darowane. Wprawdzie pedofilia jest karana, ale przecież nie z pominięciem różnic kulturowych. Czyż nie? A różnice kulturowe, to czynnik niezwykle tutaj istotny. W końcu nie ma żadnego powodu, żeby kultura chrześcijańska wpychała się ze swoimi brudnymi zapisami w piękno wolnego i różnobarwnego świata. A zatem, gdyby nie ta wpadka ze zwierzętami, myślę, że Kydryńskiemu wszystko by uszło na sucho. I to jest ów straszny, wręcz szatański obraz naszego świata. Bo najważniejsze by zawsze zwyciężała miłość. A wtedy, gdyby Marcin Kydryński tylko potrafił udowodnić, że autentycznie potrafi kochać, niewykluczone, że w nadchodzących wyborach trafiłby jakieś dobre miejsce na przykład na listach Platformy Obywatelskiej.
      Ale przecież nie koniecznie Platformy. Nie oszukujmy się. Tu nie chodzi przecież tylko o Platformę. Mówimy przecież o świecie. I jesteśmy już w tej chwili i tak wystarczająco przerażeni, by bez kolejnych obaw zauważyć, że dla takich jak on miejsce znajdzie się wszędzie. Na niego – co całkiem przecież, ale to całkiem możliwe – czekają w różnych częściach naszego życia publicznego. Ludzie znani, wygadani, ładni; dobrze ubrani politycy, artyści, dziennikarze; celebryci, umęczeni swoją codzienną służbą, z pieniędzmi, które w końcu i tak na coś muszą wydać. A gdy ktoś jest człowiekiem i światowym, i słucha dobrego jazzu, no i – last but not least –wykazuje bardzo postępowy szacunek dla kulturowej odmienności, i lubi sobie przy tym dyskretnie podupczyć, a może i coś jeszcze, to tym lepiej. W nagrodę może od razu trafić na okładkę błyszczącego kolorowego pisma, może i z piękną żoną i równie pięknymi dziećmi w pięknych wnętrzach, a Jolanta Pieńkowska zrobi z nim ładny wywiad, gdzie będzie wszystko – i przygoda, i emocje i tajemnica… no a przede wszystkim prawdziwa miłość.


       Jak już zaznaczyłem w powyższym tekście, pisząc go nie miałem pojęcia co aktualnie porabia Marcin Kydryński. Co on porabia, nie miałem zresztą pojęcia przez kolejne 9 lat. I oto w tych dniach dowiedziałem się, że on przez cały ten czas zadawał szyku w tak zwanej Trójce, prowadząc program pod tytułem „Sjesta”. Oczywiście, z naszego punktu widzenia znacznie lepszy tytuł byłby „Sjesta w tropikach”, lub „Sjesta z tobą”, no ale niech będzie, że pewna dyskrecja obowiązuje. A zatem, pracował Kydryński w tej Trójce i właśnie z hukiem z niej odszedł w proteście przeciwko pisowskiej cenzurze. Powiedzmy więc, że mam i trzeci powód, dla którego dziś zdecydowałem się przypomnieć tamtą notkę sprzed lat: powiedzieć publicznie, że ta cenzura to rzeczywiście wielki skandal. Żeby przez dziesięć lat pary z mikrofonu nie puścić. No, no...




sobota, 23 maja 2020

Czy Rafał Trzaskowski wyprowadzi sztandar po francusku?


Skoro dotrwaliśmy do upragnionego weekendu, proponuję się dziś akurat szczególnie nie naprężać, tylko ewentualnie poczytać mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. I to powinno nam wystarczyć.

      Od dnia, kiedy władze Platformy Obywatelskiej uznały, że dalsze podtrzymywanie kandydatury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w wyborach na Prezydenta RP grozi już nie tylko kompromitacją samego kandydata, ale kryzysem, który musi doprowadzić do ostatecznego rozkładu całego projektu, i wprowadziły do gry Rafała Trzaskowskiego, uważnie obserwuję, co się na tej wesołej scenie dzieje. Szczerze przy tym przyznam, że czas ten nie wywołuje we mnie ani szczególnego napięcia, ani tym bardziej niepokoju, bo gdy chodzi o Trzaskowskiego akurat, od dawna jestem przekonany, że to jest ktoś przy kim taka Kidawa to nie tylko szczyt politycznego cwaniactwa, ale zwykłej ludzkiej inteligencji, gdzie kiedy człowiek nie musi, a sytuacja nie jest do końca bezpieczna, to się przynajmniej nie odzywa. No i faktycznie obserwując zachowania tego dziwnego człowieka, nie mam najmniejszych wątpliwości, że każdy kolejny dzień będzie go przybliżał do sytuacji, gdzie Borys Budka i jego towarzysze niedoli pożałują, że nie doszło do wyborów 10 maja.
       Oto proszę sobie wyobrazić, w ciągu zaledwie dwóch dni Rafał Trzaskowski najpierw poinformował dziennikarzy telewizji publicznej, że jak tylko zostanie wybrany prezydentem – nie zaprzysiężony, ale wybrany – zlikwiduje telewizyjną publicystykę, a ich samych każe wyrzucić z roboty na zbity pysk, następnie poskarżył się, że jemu jest ciężko wypłacać przedsiębiorcom pieniądze z tytułu tak zwanej „tarczy”, bo tych firm w Warszawie jest aż 40 tysięcy i jemu do tej roboty nie starcza już rąk, a na koniec, jakby tego było mało, ogłosił, że kiedy zostanie prezydentem, to zwiększy budżet na służbę zdrowia do 6 procent dochodu narodowego. Jeszcze nie umilkł szyderczy śmiech wokół owej serii kompromitacji, jak nas on poinformował, że gdy Polskę zaatakowała zaraza, to wbrew wcześniejszym oficjalnym informacjom Ratusza, on wcale nie wziął urlopu z powodu przemęczenia nadmiarem pracy, ale przez to, że dostał bardzo wysokiej gorączki i musiał się poddać testom, i niemal na tym samym oddechu dodał, że przystępując do kampanii będzie delegował obowiązki prezydenta Warszawy na współpracowników, a sam brał urlop, tylko wtedy gdy będzie ową kampanię prowadził, a poza tym już tylko ciężka praca.
       Szydzi więc dziś już z Trzaskowskiego cała Polska tak że te maseczki spadają z uszu tych wszystkich, którzy jeszcze są zdeterminowani by je nosić, a ja się tylko zastanawiam nad dwiema rzeczami. Pierwsza z nich to ta, w jakim stanie umysłu muszą być ludzie odpowiadający w Platformie za kierowanie polityką personalną, że w końcu uznali że z tych może dziesięciu kandydatów, jacy im jeszcze zostali, najlepszy będzie ten najgorszy? Druga i być może jeszcze ciekawsza, to zagadka dotycząca samego Trzaskowskiego: jak ktoś o takim poziomie zbałwanienia mógł zajść aż tak wysoko? Czy może  być jednak prawdą jego wyznanie, że kiedy był jeszcze „młodym, nieznanym naukowcem”, a nie poważnym politykiem, to jemu ów awans załatwiła sama Małgorzata Kidawa-Błońska?





piątek, 22 maja 2020

Dlaczego hipopotam nie trafił na pierwsze miejsce Listy Przebojów Trójki?


      Tekst ten miał się tu pojawić jeszcze wczoraj, jednak przez to do czego doprowadziła połączona akcja Seweryna Latkowskiego oraz TVP, musiałem swoje priorytety przearanżować, no i dopiero dziś zabieram głos w sprawie tak zwanej „Trójki”. Wspomniałem też wczoraj, że choć tematem notki jest afera pedofilska w Trójmieście, kwestia „trójkowej” awantury wciąż jest tu w pewien sposób obecna, i potwierdzam, że to jest fakt. To, tak naprawdę jest jedno i to samo, i to niezależnie od tego, czy chodzi o głupią listę przebojów, czy o jakieś nic nie znaczące dodatki. Wszystko to, o czym pisałem wczoraj przy okazji refleksji na temat trójmiejskiego zepsucia, doskonale odzwierciedla znacznie szerszy problem, dotyczący zepsucia powszechnego, oraz powszechnej bezkarności.
        Proszę mi tu pozwolić odnieść się do kwestii wyjątkowo osobistych, a jednocześnie takich, o których nawet jeśli nie wspominałem tu na blogu, to z całą pewnością znają je czytelnicy moich książek. Otóż miałem swego czasu okazję kolegować się ze znanym powszechnie świętej pamięci Tomkiem Beksińskim, co spowodowało też, że pewnego lata w roku 1984 spędziłem z nim upojną noc w jego mieszkaniu w Służewie nad Dolinką. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym, słuchaliśmy muzyki, piliśmy co tam było do picia, a przez te wszystkie godziny Tomek – człowiek, wbrew temu co się dziś o nim mówi, nadzwyczaj miły, bezpośredni i szczery – pokazał mi całe swoje życie. W pewnym momencie wyjął z szafki cały stos albumów gdzie przechowywał zdjęcia dziewcząt, które jako popularny dziennikarz wspomnianej wcześniej „Trójki” przepuścił przez swoje warszawskie mieszkanie. Wszystkie one, z tego co pamiętam, to były bardzo młode dziewczęta, wszystkie ciemnowłose i ubrane na czarno, no i on ich zdjęcia trzymał w tych albumach i mówił mi, że to są dziewczyny, w których „się zakochał”. Dlaczego wszystkie wyglądały tak podobnie? Otóż dlatego, że on lubi ten typ: czarne, wychudzone satanistki. Jak on je poznawał? Przez „Trójkę” oczywiście. One tam dzwoniły, a jeśli któraś z nich go zainteresowała, to on jej wysyłał kontakt, no i się z nimi już prywatnie umawiał.
       Czemu o tym dziś wspominam? Otóż chodzi mi o to, że w czasie gdy wszyscy zastanawiamy się, czy to jest w ogóle możliwe, że Marek Niedźwiedzki i ludzie z nim współpracujący przez całe lata ustawiali kolejność piosenek na prowadzonej przez siebie liście przebojów, po to tylko, by zarówno oni, jak i ich zleceniodawcy mogli na tym zarobić, ja mam odpowiedź wciąż tę samą: a, przepraszam bardzo, czemu nie? Jeśli Tomek Beksiński – człowiek naprawdę nadzwyczaj sympatyczny i pełen dobrych chęci – wykorzystywał swoją pozycję jako radiowy gwiazdor do tego, by całkowicie bezkarnie i poza wszelką kontrolą przepuszczać przez swoje łóżko dziesiątki bardzo młodych dziewcząt, jak się domyślam, często dzieci, to jaki problem miał Marek Niedźwiecki, czy ktokolwiek inny w tym towarzystwie, by traktować listę przebojów jako swój prywatny interes i sprzedawać miejsca na owej liście przebojów wedle uznania kogokolwiek, byleby tylko z pieniędzmi?
       Dziś, wobec afery związanej z tym żałosnym wyprodukowanym przez Kazika gównem, wszyscy się zastanawiamy, czy to możliwe, że tam mogło dochodzić do jakichkolwiek przekrętów. A ja w tej sytuacji mam do opowiedzenia pewną historię. Otóż swego czasu magazyn „National Geographic” ogłosił konkurs na zabawne zdjęcie z wakacji. Dziś już nie pamiętam, jaką oni zaoferowali nagrodę dla zwycięzcy, ale ona była na tyle interesująca, że myśmy wysłali zdjęcie z ZOO, na którym  moja córka przygląda się hipopotamowi, a ten ją ni stąd ni zowąd... obsikuje. Widzimy na zdjęciu hipopotama, przed nim moje dziecko, jak przestraszone ucieka przed tymi sikami, a ja myślę, że to jest ujęcie jedno na milion. Wysłałem więc to zdjęcie do „National Geographic” – zauważę tylko, że to było zdjęcie bardzo ładnie naświetlone i zupełnie dobrze skadrowane –  i nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Pierwsze miejsce wraz z główną nagrodą wygrała fotografia jakiejś kobiety, która wbiega z plaży do morza i rozchlapuje wodę. Drugie nagrodzone zdjęcie i trzecie były już akurat znacznie ciekawsze, ale ja zapamiętałem oczywiście tylko zwycięzcę. To było naprawdę bardzo dawno temu, ale do dziś pamiętam to o czym sobie wówczas pomyślałem: większość tych konkursów to zwykły przekręt i nikt z nas nie ma żadnego sposobu, by go kontrolować.
       I kiedy dziś wracam do owej dyskusji, czy piosenka Kazika uzyskała najwięcej głosów, czy może zwycięzcą okazał się zespół Deep Purple, ale w międzyczasie pojawiły się jakieś koperty, myślę sobie, że tu w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać. Tak bowiem jak mój niezapomniany kumpel Tomek Beksiński odstawiał swoje wolne numery przy okazji The Cure, Marillion, czy Camel, wyłącznie po to, by wykorzystywać jakieś biedne dzieci nie wiadomo skąd, tym bardziej nie widzę powodu, by Marek Niedźwiecki, a więc ktoś od Beksińskiego znacznie poważniejszy, bo przede wszystkim z papierami z dawnego SB, miał w głębokim poważaniu te biedne dupy, a skupiał się już tylko i wyłącznie na pieniądzach.
      Myślę zresztą, że kiedy wreszcie się za niego wezmą odpowiednie służby, dowiemy się, ile tego tak naprawdę było.





czwartek, 21 maja 2020

O robieniu w dupę, pojedynczo i grupowo


       Miałem dziś plan by pisać o Trójce, czyli o 3 programie Polskiego Radia, i o aferze z ową Trójką związanej, jednak niemal rzutem na taśmę Sylwester Latkowski za pośrednictwem TVP przedstawił swoją zapowiadaną od lat drugą cześć dokumentu sprzed lat o pedofilach, i wygląda na to, że – choć wcale nie znajdziemy się aż tak daleko od tematu – Trójka będzie jednak musiała poczekać do jutra. Obejrzałem ów film i gdy chodzi o całość, mam dwie refleksje. Przede wszystkim, tym razem Latkowski miał do dyspozycji nieco lepszy sprzęt, w związku z czym dźwięk tym razem był na tyle dobry, że można usłyszeć coś ponad ówczesny bulgot, no i w międzyczasie pojawiły się też drony, a więc i sam film nabrał dodatkowej atrakcyjności. Poza tym, wszystko wypadło jeszcze gorzej, bo o ile przed laty pojawiło się przynajmniej nazwisko Krzysztofa Zanussiego w charakterze podejrzanego, to dziś w najlepszym wypadku zaledwie artysty estradowego Nergala, oraz aktora Szyza i to zaledwie jako ewentualnych mimowolnych świadków.
       Gdybym powiedział, że do Sylwestra Latkowskiego mam stosunek pełen ponurego dystansu,  byłbym tu wybitnie wstrzemięźliwy. Faktem jest bowiem, że dla mnie Latkowski to ktoś, do kogo nie zdecydowałbym się zbliżyć choćby na pół metra, a to z tej obawy, że przede wszystkim tego doświadczenia bym nie przeżył, a jeśli nawet, to bym po tym kontakcie nie odkaził się nawet przy pomocy płynu, który nam dostarczył Orlen. Nie zmienia to oczywiście faktu, że bez względu na to, jakie intencje dziś Latkowskim kierują, ja nie wykluczam, że wszystko co on w swoim filmie pokazuje, to najprawdziwsza prawda. Powiem więcej – a to też jest powód, dla którego uważam jego film za kompletnie bez znaczenia – to o czym on tam opowiada, wiem i bez jego łaskawego udziału, a nawet gdybym nie wiedział, to bym realność opisanych sytuacji obstawiał w ciemno. Czemu? Odpowiedź na tego typu pytanie, mam od dawna przygotowaną: bo czemu nie?
        Jest dla mnie bowiem od czasów, gdy byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem, zupełnie oczywiste, że są na świecie ludzie z pieniędzmi i z seksualnymi obsesjami, które za te pieniądze mogą i zaspokajać i jednocześnie owe obsesje skutecznie ukrywać przed wzrokiem ciekawskich. Od czasu gdy zacząłem samodzielnie myśleć wiedziałem, że na pewnym poziomie władzy finansowej, a przez to  politycznej i towarzyskiej, dzieją się rzeczy – szczególnie w tak zwanej sferze obyczajowej – o których ludziom takim jak my nawet się nie śniło. Jedynym problemem więc jest już tylko to, czy ich wszystkich uda się kiedyś jakimś cudem normalnie albo powystrzelać, albo przynajmniej posadzić.
      A zatem, nie mam najmniejszych wątpliwości, że faktycznie od roku 2007 do 2015 – w sumie ciekawa jest owa koincydencja, prawda? – pewien cwaniak z Trójmiasta, działający na zlecenie innego cwaniaka, zbierał z ulic młodziutkie śliczne dziewczynki i rozdawał je za pieniądze wspomnianym ludziom z pieniędzmi. Nie dziwi mnie też więc, że skoro w ów proceder były zaangażowane i pieniądze i ludzie z tymi pieniędzmi, a w dodatku mówimy o latach 2007-2015 oraz o Trójmieście, to i jego uczestnicy do dziś pozostają praktycznie bezkarni. I powtarzam raz jeszcze: ani Latkowski ani TVP do tego bym to wiedział nie są mi do niczego potrzebni, zwłaszcza gdy oni wręcz stają na głowie, by robić wrażenie jakby się o tym wszystkim przed chwilą dowiedzieli.
        I pewnie bym dziś nad tym wszystkim się nawet nie zatrzymał, gdyby nie pewien szczegół. Otóż w rozmowie zorganizowanej przez telewizję już po emisji filmu, Latkowski nagle opowiedział o tym, jak to pewien telewizyjny gwiazdor ma od lat taki zwyczaj, że każe sobie organizować castingi, w których młodzi chłopcy się przed nim prężą i próbują go uwieść swoimi wdziękami, a on niezmiennie z tych trzech wybiera najmłodszego, no i następnie go wykorzystuje podczas swoich pedofilsko-homoseksualnych ekscesów. W tym momencie zebrani w studio doznali ciężkiego szoku, a prowadzący spotkanie redaktor poprosił nieśmiało, by Latkowski ujawnił nazwisko gwiazdora. Kiedy ten stanowczo poinformował, że tego zrobić nie może, redaktor zapytał, czy można przynajmniej dowiedzieć się w jakiej stacji telewizyjnej ów zboczony pedofil jest zatrudniony i wówczas, po dłuższym, przeciągającym się nieznośnie zastanowieniu, zdradził Latkowski, że chodzi oczywiście o TVN.
       A ja w tym momencie muszę ten tekst czym prędzej kończyć, zanim dostanę takiej cholery, że zacznę brzydko mówić, i pragnę tylko przypomnieć, że jeszcze w roku 2016 ten sam Sylwester Latkowski, o którym dziś tu rozmawiamy, w rozmowie na Twitterze z nikim innym jak z Karoliną Korwin Piotrowską napisał zupełnie otwartym tekstem, że on się zwrócił do dyrektora Miszczaka, by poprosił może swojego pracownika Kubę Wojewódzkiego, by ten, kiedy zaciąga do korporacyjnego kibla młodych chłopców, prosił ich najpierw o dowód tożsamości.
        O co chodzi? Otóż jak widzimy, nazwisko Kuby Wojewódzkiego w interesującym nas kontekście  znane jest powszechnie już co najmniej od czterech lat, a więc jak by nie było od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość zdążyło wygodnie zająć swoje pozycje  i nie stało się dokładnie nic. Mało tego. Okazuje się, że niemal jak jakieś ciężkie szyderstwo wraca do nas ten sam Latkowski, z tą samą informacją, tyle że dziś w formie zagadki, której zadanie w dodatku umożliwia mu zarządzana przez jak najbardziej polski rząd polska telewizja publiczna. A my wszyscy zrywamy się na równe nogi, krzyczymy „O Boże!”, by w międzyczasie dowiedzieć się, że takich jak my widzów tego wieczora przed ekranami telewizorów pojawiło się aż 3,5 mln i oni na tę wiadomość zareagowali dokładnie tak samo: "O Boże! Ciekawe, który to?"
        W kresie pandemii telewizja nieustannie wprowadza kolejne formaty, zarówno rozrywkowe, jak i edukacyjne. Rozrywka już była, a zatem czas na to, by pojawił się jakiś program o tym, jak można robić ludzi w dupę. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to jestem pewien, że Kuba Wojewódzki chętnie wyjaśni.



środa, 20 maja 2020

Rush Limbaugh: Aborcja


Wczoraj na lekcji czytaliśmy kolejny fragment z książki Rusha Limbaugh „The Way Things Ought To Be”, tym razem jego refleksje antyaborcyjne, i to co się nam trafiło zrobiło na nas takie wrażenie, że przetłumaczyłem kilka z tych zdań i zdecydowałem się je dziś tu zamieścić. Polecam. Całkowicie w oderwaniu od bieżących kontekstów i bez szczególnych intencji. Tylko przez to, że uważam ten tekst zwyczajnie za bardzo mocny. I tyle.

      Czemu radykałom walczącym o prawo wyboru tak bardzo zależy na tym, by kobiecie, która decyduje się nie przerywać ciąży, jej prawo wyboru wybić z głowy? Wyobraźmy sobie jedną z nich, jak udaje się do kliniki prowadzonej przez organizację Planned Parenthood po to by dokonać aborcji. Tuż przed wejściem zostaje zatrzymana przez aktywistów Operation Rescue, którzy informują ją, że mają przygotowane dla niej schronienie, gdzie może zamieszkać i otrzymać wszelką potrzebną opiekę. Może urodzić swoje dziecko i nawet jeśli zdecyduje się je oddać do adopcji, ono przynajmniej będzie żyło. A zatem czemu w tego typu sytuacji radykalne feministki wpadają w aż taką wściekłość? Jakie interesy są zagrożone? Po co dostawać aż takiej cholery, gdy kobieta chcąca przerwać ciążę zmienia zdanie, a rzekomą wartością jest prawo wyboru?
      Otóż pierwszym powodem owej irytacji jest to, że aborcja to paliwo napędzające ich polityczne interesy. To ona  stanowi sakrament feministycznej religii. W tym zatem tkwi definicja i faktyczny interes feminazistów, czyli radykalnych feministek, których celem jest dopilnowanie, by przeprowadzano tak dużo aborcji, jak to tylko jest możliwe. Oto główny sposób na  zachowanie władzy. Drugim z powodów, dlaczego one się aż tak denerwują, są pieniądze. Ile razy wzbudzane są jakiekolwiek publiczne kontrowersje, powinniśmy zawsze w tle szukać ewentualnych pieniędzy. Wspomniałem kiedyś, że pogoń za pieniądzem stanowi bardzo często wytłumaczenie, czemu ludzie mają takie a nie inne poglądy. Aborcja to w naszym kraju naprawdę wielki biznes. Pomyślcie tylko: 1,5 milionów aborcji rocznie, powiedzmy że każda po 300 dolarów, a to w sumie rok rocznie daje 450 milionów dolarów. Mówimy o naprawdę wielkich pieniądzach, które zarabia się na przerywaniu ciąży.
      Kiedy na początku lat 80.  Francuzi wymyślili tabletkę RU-486, przeciwko niej protestowali nie tylko przedstawiciele ruchów pro-life. Również swoje wątpliwości wyrażało wielu proaborcyjnych działaczy, często nawet występując bezpośrednio przeciwko wprowadzaniu jej do sprzedaży. Czemu? A temu mianowicie, że owa tabletka wyprowadziła aborcję, a przy tym też ogromne pieniądze, z aborcyjnych klinik i zamknęła ją w prywatnej przestrzeni ubikacji. I to wtedy dopiero, gdy działacze zorientowali się, że walka z ową francuską tabletką szkodzi ich publicznemu wizerunkowi, zdecydowali się zmienić front.