wtorek, 30 czerwca 2015

Jarosław Kaczyński, człowiek ze złotą tarczą

Niniejszy tekst został napisany dla „Warszawskiej Gazety”, trochę jako kompilacja starych myśli i nowych refleksji. Nie miałbym jednak spokojnego sumienia, gdybym go tu dziś nie powtórzył. W końcu to wszystko po to, by było słychać.

Od kilku dni już chyba nikt z nas nie ma wątpliwości, że powrót Prawa i Sprawiedliwości do władzy staje się ciałem, a powrót ów jest tak spektakularny i tak jednoznaczny, że to co się już niedługo stanie, musi spowodować zmianę ogarniającą przestrzeń znacznie szerszą, niż ta związana z samą polityką. Jeśli się wsłuchać w towarzyszące owej rewolucji komentarze, nie można nie zauważyć, że każdy kolejny dzień przynosi zmianę przede wszystkim w nastrojach społecznych, które zawsze w mniejszym lub większym stopniu były wynikiem manipulacji na poziomie kultury popularnej. A skoro tak, to musimy też dojść do wniosku, że nie miną te trzy, czy cztery miesiące, a po owej nienawiści, którą tak dobrze mieliśmy okazję poznać, nie zostanie mokra plama. I jeśli to ma być jedyna korzyść z tego, że Andrzej Duda został prezydentem – ja to biorę z pełnym dobrodziejstwem inwentarza.
I jeżeli ktoś sobie w tym momencie myśli, że ja zwariowałem i nagle w tej powyborczej gorączce uwierzyłem, że prezydent Duda wyciągnie złotą różdżkę i zlikwiduje owo straszne pragnienie śmierci, jakim wielu z nich żyje od tylu lat, to zapewniam, że nie. Tego że oni wciąż będą chodzić wokół nas i dyszeć swoją nienawiścią już nikt nigdy nie zmieni. To co się z nimi stało przez ostatnie lata, spowodowało u wielu z nich tak straszne zmiany w umysłach, i zostanie z nimi aż do śmierci. Mnie chodzi tylko o to, że ten wiatr, który już wieje i wiać nie przestanie, zmieni się wystarczająco dużo, by oficjalnie wytyczany kierunek, a przez to, ogólna społeczna atmosfera, się zmieniły.
Od czasu gdy Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie i uruchomił proces ostatecznego gnicia Platformy Obywatelskiej, dość uważnie obserwuję to, co się dzieje w mediach i nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie ma żadnego porównania między tym, z czym mieliśmy do czynienia w czasie, gdy Prawo i Sprawiedliwość przejmowało władzę w roku 2005, a tym, co się dzieje dzisiaj. I daję słowo, że wcale najbardziej wymownym przykładem owej różnicy nie jest to, że reżimowe telewizje w minioną sobotę praktycznie nie pokazały konwencji Platformy Obywatelskiej, wybierając Prawo i Sprawiedliwość. Każdy bowiem dzień, od rana do wieczora, to w najgorszym wypadku traktowanie Prawa i Sprawiedliwości, jako oficjalnie akceptowanego, równego innym, politycznego bytu.
I ja zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko z jakiegoś powodu może się nagle zmienić, ale póki co, widzę, że sprawy idą w bardzo dobrym kierunku i nawet jeśli niektórzy z nich wciąż traktują, czy to samego Jarosława Kaczyńskiego, czy jego najbliższych przyjaciół, jak wrogów, to wiele wskazuje na to, że pewien typ szczucia odchodzi do historii. Tak jakby rzeczywiście oni nagle sobie uświadomili, że teoria „to już dalej nie działa”, nie była teorią, lecz żywym faktem.
Ja do dziś pamiętam przemówienie Jarosława Kaczyńskiego wygłoszone w pamiętnym roku 2010 na zjeździe Solidarności w Gdańsku. Pamiętam, jakim ono było wówczas wydarzeniem – wydarzeniem nawet z punktu widzenia tych, dla których on zawsze był niczym więcej, jak tylko bełkoczącym durniem – pamiętam, jak stanął Jarosław Kaczyński przed Solidarnością i wygłosił mowę, która, jeśli wziąć pod uwagę tamte niezwykłe okoliczności, była mową historyczną. To co nam w niej przekazał, to przede wszystkim to, że jest nadal przywódcą, że jest przywódcą największym, i że wobec całego tego kłamstwa, które nas oblepia, wobec tej całej agresji, on nie zamierza się poddawać, nie zamierza ustępować, a walcząc, nie zamierza ani o milimetr zmniejszać swoich aspiracji i ograniczać żądań. Było czymś niezwykle znamiennym, że mówiąc o walce, Jarosław Kaczyński nawiązał do początku strajku w Stoczni i do pierwszych decyzji, dotyczących tego, jak daleko można pójść. I że przenosząc to pytanie – jak daleko można pójść – do dni, których byliśmy świadkami, tak mocno i zdecydowanie odpowiedział, że najdalej. Że nie wolno się bać, nie wolno tracić wiary, nie wolno ustępować nawet w rzeczach pozornie nieistotnych. Że trzeba być odważnym.
W kontekście, w jakim tamto przemówienie było wygłaszane, w tamtej naszej pełnej rozpaczy sytuacji po 10 kwietnia, w tej naszej niepewności co do przyszłości, jego słowa musiały zabrzmieć tak jak zabrzmiały. A dla tych, dla których były przeznaczone, może jeszcze bardziej, niż do zebranych na zjeździe delegatów i do nas, z całą pewnością były dewastujące. I oni to z całą pewnością poczuli. I, jak się dziś okazuje, nie miało najmniejszego znaczenia, jak bardzo cały System starał się tamto wystąpienie przykryć tworzeniem sztucznych legend, jak bezczelnie i bez cienia wstydu atakował nas tamtą kłamliwą propagandą. Bo wiadomo było, że dopóki on żyje, nic też nie zmieni faktu, że on jest i że walczy i nie planuje jakichkolwiek ustępstw. I oni to już świetnie wiedzieli.
Ale ja pamiętam, jak wyglądała tamta wówczas reakcja zarówno mediów, jak i całej kultury pop, której jak zwykle znakomitym wyrazicielem był głos opinii publicznej. Właśnie dlatego myślę sobie, że rozumiem, co czuli wszyscy oni, i to nawet nie wtedy, gdy Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu na Zjeździe zapowiadał, że nie dość że nie ustąpi, to w dodatku nie ustąpi nawet o cal, że odwaga to wartość bezcenna, a tchórzostwo i utrata nadziei, to grzech, ale już potem, podczas przymówienia Krzywonos, kiedy tak bardzo wyraźnie widać było jego niewzruszoną, czasem lekko rozbawioną, a czasem tylko pobłażliwie obojętną, twarz. Oni musieli się wtedy sfajdać ze strachu, a najgorszym wypadku po prostu wściec. Gdy nagle się okazało, że to na co oni czekali od pierwszej chwili, kiedy zwycięstwo Komorowskiego w wyborach prezydenckich stało się oczywiste, nie nadeszło i już nie nadejdzie. Że Jarosław Kaczyński ani się nie załamał, ani nawet szczególnie nie osłabł. Że te wszystkie plotki o tym, że jego pozycja w PiS-ie już nie jest taka jak była, i że on nawet planuje jesienią wycofać się z polityki, to tylko puste marzenia. Myślę że wiem, co oni wtedy poczuli. Aż dziś jeszcze czuję ten smród.
Jestem pewien, że to co dziś obserwujemy zarówno w mediach jak i na ulicy, w zestawieniu z tamtymi nastrojami i z tamtą agresją skierowaną przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu z jednej strony, a Solidarności, jako tej wielkiej siły, która go w tamtych dniach nie opuściła ani na moment, stanowi kompletnie nową jakość. A zastanówmy się, jaki był wówczas realny sens, by wyciągać tę nieszczęsna tramwajarkę i nabijać jej liczbę lajków na Facebooku, poza tym, by wdeptać w ziemię projekt reprezentowany przez Jarosława Kaczyńskiego? Przecież ta fala nienawiści nie miałaby jakiegokolwiek uzasadnionego uzasadnienia, nawet gdyby ona faktycznie była tym, za kogo się podaje, i nawet gdyby każde jej słowo odnośnie Jarosława Kaczyńskiego było prawdziwe i uzasadnione. No bo jakiż to powód, żeby z dnia na dzień stać się aż taką legendą? Że co? Że ona trzydzieści lat wcześniej rozpoczęła strajk miejskiej komunikacji, a po latach wdarła się dzielnie na trybunę i powiedziała Kaczyńskiemu, że jest idiotą i uzurpatorem? A cóż to za wyczyn?
Minęły od tamtego wydarzenia lata i dziś przede wszystkim oczywiście widzimy, że doprowadzenie Jarosława Kaczyńskiego do psychicznej i ludzkiej ruiny, się nie udało. Mieli wszystko. Mieli prezydenta, rząd, służby, media, wymiar sprawiedliwości, opinię publiczną, popkulturę – wszystko. A jego nie złamali. Wręcz przeciwnie. Wystarczy dziś na niego popatrzeć, by widzieć to co tam zwyczajnie jest. To przekonanie, że odwaga to cnota, a rezygnacja to obciach. Ale ja widzę dziś coś jeszcze. Coraz bardziej bowiem powszechne przekonanie, że to on wówczas miał rację i dzięki tej racji pozwolił nam doczekać dnia, kiedy głoszenie tej prawdy nie jest ani jakąś szczególną ekstrawagancją, ani nawet zwykłą kontrowersją. Dziś jest tak, że powiedzieć, że Andrzej Duda to znakomity prezydent, Beata Szydło fantastyczny kandydat na premiera, a Jarosław Kaczyński to wielki polityk, może każdy, a słowa te nie wywołają nawet wzruszenia ramion. Najwyżej ktoś z tej bezradnej złości napakuje żyletek do kiełbasy i rozrzuci ją na osiedlu, by zamęczyć na śmierć niewinne zwierzęta, no ale to już jest czysta patologia.

Jutro wyjeżdżam na niemal tygodniowy wypoczynek do siebie na wieś. Obiecuję oczywiście pisać, ale ile i kiedy, nie umiem przewidzieć. W końcu to są te jedyne tak naprawdę dni. Moje książki, jak zawsze, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Czy Bracia się biorą za Smoleńsk?


Ponieważ ostatnio liczba tematów bieżących mocno nas przytłacza, felieton z ostatniego wydania „Warszawskiej Gazety” musiał poczekać aż do dziś. Tym bardziej szczerze zachęcam.

W najświeższym numerze „W Sieci” mamy rozmowę z, jak go redakcja przedstawia na samej okładce, „wysokim rangą oficerem wywiadu”, której cały sens i wartość sprowadza się do tezy, że Smoleńsk był zbrodnią zaplanowaną. To jest okładka. Dalej natomiast jest duże, kolorowe zdjęcie owego oficera, jego nazwisko, no i długi na siedem bitych stron wywiad. I jeśli ktoś myśli, że ja mam zamiar szydzić z Redakcji i tego Wrońskiego, bo takie nazwisko nosi dziś już emerytowany agent, jest w dużym błędzie. Wprawdzie całej tej rozmowy nie przeczytałem, bo jak mówię, ona jest dla mnie dużo za długa, ale przyznaję, że przynajmniej to, co się znalazło na jej samym początku, robi na mnie ogromne wrażenie. Na tyle duże, że nie mam nawet pewności, czy faktycznie potrzebuję wiedzieć więcej.
Otóż ów Wroński, wspominając sobotnie przedpołudnie 10 kwietnia 2010 roku, mówi tak: „Usłyszałem, że doszło do katastrofy. Natychmiast przykleiłem się do telewizora. Po kilku chwilach okazało się, że najprawdopodobniej wszyscy zginęli. […] Chwyciłem za telefon. Byłem przekonany, że za moment pojadę do pracy.[…] Ale nikt ze znajomych nie odbierał. Pojechałem do Agencji. Okazało się, że nikogo tam nie ma. Po paru godzinach wreszcie ktoś do mnie zadzwonił […] ‘O co ci chodzi, po co się dobijasz?[…] Masz wolny dzień, ładna pogoda, idź na spacer’. […] Zadzwonił do mnie kolega z ABW zdziwiony, że u nich właściwie nic się nie dzieje. Później usłyszałem […], że jedyną grupą postawioną na nogi w ABW była grupa realizacyjna, która spieszyła zabezpieczać BBN. […] W poniedziałek z kolegą, z którym razem jeździliśmy do pracy, włożyliśmy czarne krawaty. Ktoś powiedział mi na korytarzu, żebym się nie wygłupiał i nie robił demonstracji politycznych, bo przecież to nie mój prezydent zginął”.
Dalej, jak mówię, czytać nie miałem ochoty, a poza tym, z tego co udało mi się zauważyć, rozumiem, że tam nie ma nic, czego bym albo nie wiedział, albo się nie domyślał. Owo świadectwo, którego najistotniejsze fragmenty przytoczyłem – zakładając oczywiście, że to wszystko jest prawda – uzupełnia moją wiedzę na temat Smoleńska w sposób absolutnie rozstrzygający, w dodatku, temu, co się wówczas stało, nadając wymiar wręcz apokaliptyczny. Obraz pogrożonych w weekendowej gnuśności służb, z jednym jedynym wyjątkiem tych, których zadaniem jest przejęcie Kancelarii Prezydenta, oraz zabezpieczenie dokumentów w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, ściska za gardło i obezwładnia.
Powtarzam. Jeśli prawdą jest co ów Wroński opowiada, mamy sytuację zupełnie nową, a przy tym zupełnie nową perspektywę. Bo nie jest tak, że jakiś ważny oficer wywiadu pięć lat temu był świadkiem zbrodni, a dziś wyłącznie z dobrego serca przychodzi do red. Pyzy z tygodnika „W Sieci” i zaczyna mu się zwierzać. O nie! Jestem pewien, że tacy naiwni, by w to uwierzyć, to my tu nie jesteśmy.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Wszystkie, to znaczy, bez „Siedmiokilogramowego liścia”, który się akurat sprzedał. Mam jeszcze parę egzemplarzy u siebie, więc, jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl.

niedziela, 28 czerwca 2015

Dlaczego Polacy nie kupują tęczowego faszyzmu?

Sejm przyjął ustawę liberalizującą ustawę o in vitro, a Jan Pospieszalski skomentował ten ruch, sugerując, że „mamy do czynienia ze standardem państwa upadłego”. A ja się zastanawiam, jak trzeba być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim, by wyskakiwać z tego typu diagnozami w stosunku do Polski dzień po tym, jak Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych przegłosował pełnię praw małżeńskich dla osób homoseksualnych i cały dosłownie tak zwany „cywilizowany” świat czuje się w obowiązku wznosić sztandary w kolorach tęczy? Jak trzeba być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim, by wyskakiwać z tego typu diagnozami w czasie gdy – jak donosi zawsze gotowa „Gazeta Wyborcza” – „Rząd Norwegii zaproponował, by dzieciom już w wieku 7 lat wolno było, przy wsparciu rodziców, zmienić płeć prawną. Według ministra zdrowia Benta Hoie obecne przepisy w tym zakresie ‘nie zmieniły się od prawie 60 lat’ i są dziś nie do przyjęcia. Rząd proponuje też, by osoby w wieku 16 lat mogły decydować, czy są płci męskiej, czy żeńskiej. Decyzję podejmowałyby według własnego uznania, a nie na podstawie diagnozy medycznej. Prawna zmiana płci mogłaby zostać cofnięta, gdyby ktoś, kto się na nią zdecydował, doszedł później do wniosku, że popełnił błąd.
- To jest historyczna propozycja, o zmianie płci nie będzie już decydować służba zdrowia, lecz osoby indywidualne - powiedział Hoie. Rządowy plan będzie teraz przedmiotem debaty ekspertów, zanim ewentualne projekty ustaw trafią do parlamentu.
Proponuje się, by rodzice dzieci w wieku od 7 do 16 lat mogli występować z wnioskami o prawną zmianę płci, z wszelkimi konsekwencjami - od numeru ubezpieczenia społecznego po dane w paszporcie. Każdy, kto ukończył 16 lat, mógłby złożyć taki wniosek samodzielnie. Natomiast fizyczna, operacyjna zmiana płci jest w Norwegii dozwolona u osób, które ukończyły 18 lat”?
Jak trzeba wreszcie być ślepym, zacietrzewionym, albo zwyczajnie głupim – a proszę mi uwierzyć, że Pospieszalski jest tu tylko pretekstem – by wyskakiwać z tego typu diagnozami w czasie, gdy w Wielkiej Brytanii klonuje się ludzi, aborcja jest dozwolona do 24 tygodnia życia, za noszenie medalika na szyi można wylecieć z pracy, a w Belgii lada chwila, w majestacie prawa, zostanie zamordowana młoda dziewczyna tylko dlatego, że jest jej bardzo ciężko żyć?
Czy my naprawdę musimy uderzać w tak wysokie tony tylko dlatego, że grupa jakichś wyrzutków, po których już za parę miesięcy nawet smród nie zostanie, postanowiła pójść z „duchem czasu” i w ten sposób pokazać światu, że my też jesteśmy odpowiednio zepsuci? Ta smutna zbieranina, pozbawiona już choćby podstawowego instynktu samozachowawczego, występująca, jako Sejm RP, uchwala tego antykonstytucyjnego bękarta, który już za parę miesięcy zostanie przez Naród unieważniony, a my wołamy o ratunek, bo w Polska to państwo upadłe?
Świat zszedł na drogę, która – zapowiedziana już bardzo dawno temu – najpewniej jest drogą ostateczną. My tu mimo to wciąż sobie jakoś żyjemy i staramy się dawać świadectwo. I to naprawdę niezależnie od tego, czy głosowaliśmy w maju na Dudę czy Komorowskiego. Na tej czarnej europejskiej scenie jesteśmy już jednym z ostatnich narodów, ale i państw, gdzie ich lepkie ręce nie sięgają. A więc naprawdę nie ma potrzeby, by się tu jakoś szczególnie nadymać. To upada świat, a jeśli my słyszymy ten łomot, to nie dajmy sobie wmówić, że to się dzieje za naszymi oknami, bo to jeszcze nie dziś, ani nawet za rok.

Kończy się nakład „Elementarza” i „Biustonosza”, a więc bardzo proszę się śpieszyć. U siebie mam jeszcze kilka egzemplarzy „Liścia”, więc, jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl. Reszta pod stałym adresem naszej księgarni www.coryllus.pl.


sobota, 27 czerwca 2015

Czemu Wojciechowi Młynarskiemu jego wściekłe wnuczki schowały dowód?

Jest bardzo możliwe, że już tu o tym wspominałem, ale na wszelki wypadek powtórzę. Otóż w ostatnich dniach miałem okazję kilka dobrych razy oglądać flagowy program stacji TVN24 „Szkło Kontaktowe” i to nie dość, że oglądać, to oglądać go z prawdziwą satysfakcją. Skąd owa satysfakcja? Otóż stąd przede wszystkim, że kiedy tak sobie siedzę przed telewizorem i słyszę, jak oni wszyscy, poczynając od Grzegorza Miecugowa, a kończąc na Marku Przybyliku, w sposób najbardziej okrutny szydzą z Platformy Obywatelskiej, mam też tę świadomość – wspieraną zresztą nieustannie przez rozpaczliwe telefony stałych fanów owej audycji, wznoszących w stronę redaktorów pełne rozpaczy wezwania do opamiętania się – że tam, po drugiej stronie siedzą właśnie oni, ci wszyscy biedni, wyciśnięci ze swojej nienawiści do samego smutnego końca, wykorzystani przez bezlitosny System ludzie, i z tego wszystkiego, co się dzieje, nie rozumieją nic. Dokładnie nic. Zero. A to jest dla mnie świadomość bardzo przyjemna.
Oglądam więc to „Szkło Kontaktowe”, patrzę, jak oni po kolei znęcają się nad kolejnymi politykami Platformy Obywatelskiej, i oto nagle widzę zapowiedź: w trzeciej części Szkła będziemy słuchać Wojciecha Młynarskiego, i myślę sobie, że no tak. To w końcu musiało nastąpić i tym razem oni wyżej, niż im wolno już nie podskoczą. Przyjdzie Młynarski, wyrecytuje swój najnowszy wiersz o tym, że Andrzej Duda to „ten co cieszy się, że ze strachu przed nim drżysz” i będzie pozamiatane. Atmosfera zrobi się tak szampańska, żen PiS-owi od tego w jednej chwili elektorat spadnie o połowę, a prezydent-elekt Duda dostanie takich nerwów, że tego swojego cholernego 6 sierpnia zwyczajnie nie doczeka.
I oto pojawia się Wojciech Młynarski i proszę sobie wyobrazić, że pierwsze co widzimy, to to, że on fizycznie jest w takim stanie, że już samo pokazywanie go publicznie robi wrażenie sabotażu… i, moim zdaniem, niczym innym jak sabotażem zwyczajnie jest. Siada więc przed nami Wojciech Młynarski i zaczyna czytać ten swój wiersz i oczywiście od pierwszej linijki nie ma sposobu, by zrozumieć, co takiego on nam chce powiedzieć. Dzięki temu, że mam w telewizorze funkcję pozwalającą na zatrzymywanie programu, cofanie, oraz ponowne odtwarzanie wybranego fragmentu, po kilku próbach udało mi się zrozumieć przynajmniej podstawową myśl przedstawioną przez Poetę. Otóż, mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że „wściekłe wnuczki” pogoniły jakichś tam „dziadków” i od tej chwili szykują nam one prawdziwy Armagedon. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że po tych ośmiu latach, od czasu gdy pod hasłem „schowaj babci dowód”, władzę w Polsce przejęła Platforma Obywatelska, wszyscyśmy się trochę w latach posunęli, przy czym niektórzy z nas bardziej dramatycznie, niż można było tego oczekiwać, i ów dowcip z dowodem dla niektórych z nich musiał stracić swój podstawowy urok, jednak widok Wojciecha Młynarskiego załamującego ręce nad tym, że ludzi mimo że starych, schorowanych, a niekiedy już stojących nad grobem, to jednak posiadających swoją wrażliwość, traktuje się jak śmieci, musi robić wrażenie. Dla mnie jednak, w tym co się stało podczas wspomnianej prezentacji, ważniejsze było coś zupełnie innego. Otóż wbrew moim graniczącym wręcz z pewnością podejrzeniom, prowadzący program Grzegorz Miecugow z Markiem Przybylikiem, zamiast wybuchnąć perlistym śmiechem i życzyć starszemu panu tak samo znakomitej formy przez następne długie lata, ni stąd niż owąd zaczęli dyskutować na temat moralnej kondycji owych „wnuczków” i nagle, ni w pięć ni w dziesięć, Przybylik zakomunikował, że jego wnuczki są akurat bardzo miłe i sympatyczne, ale „każdy ma wnuczki na własną miarę”. On to powiedział jasno i wyraźnie, zdecydowanie wyraźniej, niż wcześniej mówił Młynarski, Miecugow ową prawdę odpowiednio potwierdził i panowie bardzo szybko przeszli do następnego tematu, biednego Młynarskiego zostawiając samego z tą jego straszną obsesją, swoją drogą nabytą oczywiście przez te wszystkie lata spędzone w towarzystwie „Szkła Kontaktowego”, tego samego, które go dziś tak fatalnie wystawiło na publiczne szyderstwo.
Ja znam doskonale nastroje, jakie panują na tym blogu, a więc przy okazji również ową nieznośną wręcz kokieterię sprowadzającą się do notorycznego mnie zapewniania, że inni może tak, ale oni akurat nawet nie za bardzo wiedzą, kto to taki ten Miecugow i co to takiego to jakieś „szkło”. Ponieważ jednak wiem, że za tym stoi właśnie czysta kokieteria, nie będę tłumaczył, o kim dziś rozmawiamy. Powiem tylko, że i Miecugow i to jego „szkiełko”, to od ponad dziesięciu już lat – dzień w dzień, niedziela czy święto, deszcz czy pogoda, zima czy lato – pierwszy głos TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. A zatem, skoro najwidoczniej dano nam zaobserwować moment, w którym On właśnie postanowił samemu Wojciechowi Młynarskiemu pokazać jego prawdziwe miejsce, to znaczy, ze my powinniśmy być skupieni szczególnie mocno.
Swoją drogą, można się zastanawiać, czy przypadkiem Dobry Bóg nie zabrał od nas prof. Władysława Bartoszewskiego jeszcze zanim to wszystko ruszyło pełna parą, bo się nad nim zwyczajnie ulitował. Ja nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak by on to znosił, gdyby dziś oglądał siebie przy różnych okazjach w tym cholernym „Szkle Kontaktowym” i po głowie chodziłoby mu już tylko to jedno tylko pytanie: „Jak oni mogą?”

Przypominam, że nakład „Siedmiokilogramowego liścia” jest już wyczerpany, a jeśli ktoś się spóźnił, to mam jeszcze parę egzemplarzy u siebie. Proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Z tego co słyszę, w księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl są też już ostatnie egzemplarze „Elementarza” i „Biustonosza”. Dodruk nie jest planowany. Serdecznie zachęcam.

piątek, 26 czerwca 2015

Nasi biorą wszystko, a ja się boję otworzyć oczy

Gdy chodzi o wczorajszą nominację dla Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, nie można ode mnie oczekiwać choćby i cienia obiektywizmu. I od razu muszę tu zastrzec, że nie mówię tego, jako ktoś od kogo w ogóle nie można wymagać obiektywizmu, gdy na scenie pojawiają się tacy giganci intelektu, jak poseł Szejnfeld, były premier Marcinkiewicz, czy posłanka Pomaska. W ich wypadku, mimo że moja opinia na ich temat pozostaje bardzo stabilna, gdyby ktoś mnie poprosił, bym skomentował którąś z ich wypowiedzi, czy zachowań, myślę, że potrafiłbym być przynajmniej merytoryczny. Gdy chodzi o Kidawę-Błońską, wystarczy, że ona się pojawi na horyzoncie, a mnie w jednej chwili ogarnia zawziętość, jaką znamy chyba już tylko z telefonów do „Szkła Kontaktowego”.
Skąd u mnie ów brak tolerancji na osobę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej? Otóż wszystko się zaczęło jeszcze w maju roku 2010, kiedy ona udzieliła wywiadu Robertowi Mazurkowi i komentując irytujące bardzo z jej punktu widzenia przedłużanie się żałoby po Smoleńsku, powiedziała co następuje: „Składanie wieńców w miesiąc po katastrofie przed budynkiem było dla mnie czymś ciężkim do zniesienia. […] Ja sama chodziłam na msze, pogrzeby, rozumiem żałobę, ale składanie tam wieńców było czymś dziwnym”. A gdyby ktoś chciał łaskawie wytłumaczyć Kidawę, że jej chodziło wyłącznie o swego rodzaju polityczna demonstrację, a nie samą żałobę, ona natychmiast śpieszy z wyjaśnieniem, że od czasu, gdy jej mama zmarła, ona żałobę w sercu nosi do dziś, ale na czarno ubierała się „nie dłużej niż przez tydzień”. A więc sprawa jest zupełnie jasna. To co dla Kidawy jest tak naprawdę dziwactwem nie do zniesienia, to jest dłuższe niż tydzień zachowywanie żałoby, a domyślać się możemy, że skoro tam – co by nie mówić – była matka, a tu zaledwie grupa kompletnie obcych osób, to nawet ten tydzień wygląda na przesadę.
Ja pamiętałem tamtą wypowiedz Kidawy-Błońskiej tak dobrze przez tyle już lat, do tego wręcz stopnia, że kiedy wczoraj na tym blogu komentator Bendix zamieścił link do tamtej rozmowy z Mazurkiem – swoją drogą polecam, i to nie koniecznie nawet ze względu na cytowaną wypowiedź: http://www.rp.pl/artykul/483410.html?p=1 – żeby nam przypomnieć, z jakim to rodzajem zidiocenia mamy do czynienia, ja nawet nie musiałem do tego wracać. Wszystko mi przez te pięć już ponad lat siedziało w głowie.
A zatem mamy nowego marszałka Sejmu i wygląda na to, że, przy wszystkich zastrzeżeniach, głównie natury politycznej, nikt się zbytnio tym awansem nie przejmuje. Jacek Żakowski wręcz wyraził opinię, że Kidawa-Błońska to dla nas, pisowskiej tłuszczy, kandydat niezwykle trudny do kontestowania, bo jest to osoba tak miła, mądra i lubiana przez wszystkich, że jest praktycznie nietykalna. Ja oczywiście mógłbym tu napisać jakiś ostry komentarz, który przez zawarty w nim poziom agresji zostałby przez Administrację potraktowany z najwyższą surowością, i powiem szczerze, że byłem już nawet temu bardzo bliski, jednak ostatecznie zdecydowałem się ograniczyć do polecenia tamtej rozmowy sprzed pięciu lat. Dlaczego?
Otóż mam wrażenie, że faktycznie nie ma się co rzucać. Kidawa-Błońska z jakiegoś kompletnie dla mnie tajemniczego powodu rzeczywiście pozostaje nie do ruszenia. A zrozumiałem to, kiedy również wczoraj, na równolegle do wpolityce.pl prowadzonego portalu wgospodarce.pl, trafiłem na tekst zatytułowany „Mądrość i wiedza ekonomiczna Małgorzaty Kidawy-Błońskiej PRZECZYTAJ 6 CYTATÓW”, którego zamierzeniem był skompromitowanie Kidawy-Błońskiej przy pomocy sześciu najbardziej ją ośmieszających ją wypowiedzi. Oto jedna z nich, oznaczona numerem 5:
Dziennikarze często mnie pytają, jak to jest być prawnuczką prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego oraz premiera Władysława Grabskiego. Dużo o nich w dzieciństwie słyszałam, ale bardziej w kontekście tego, komu pomogli, co zrobili dobrego dla Polski. Pradziadek Wojciechowski był bardzo skromny, uczynny. Często mawiał: ‘Jeśli jesteś wykształcony, zadowolony ze swojego życia, to twoim obowiązkiem jest zajmowanie się tymi, którzy tego nie potrafią, musisz wziąć za nich odpowiedzialność’”.
Zarządzany przez braci Karnowskich portal podaje nam w ramach kolejnej rundy ściśle prawicowego kabaretu tę wypowiedź i oczekuje, że większość z nas wybuchnie szyderczym rechotem, że jaka ta Kidawa głupia. A ja już tylko sobie myślę, że oni chyba sobie jednak dobrze kalkulują. Jest bowiem bardzo prawdopodobne, że faktycznie większość z nas owym rechotem wybuchnie. Dlaczego? A czy to ważne? W końcu nie chodzi o to, by mieć rację, ale by się głośniej śmiać. Przećwiczyliśmy tę prawdę przez minione pięć lat znakomicie. Teraz, skoro przejmujemy władze, wystarczy, że będziemy powtarzać to, czego się nauczyliśmy od lepszych. No i koniecznie musimy zostawić te dwie czarne kreski biegnące przez twarz Beaty Szydło na jej „szydłobusie”.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, jedyną księgarnię w Polsce naprawdę wartą zainteresowania. Jeśli jednak komuś zależeć będzie na mojej książce o siedmiokilogramowym liściu, informuję, że nakład niestety się właśnie wyczerpał. Mam jeszcze parę egzemplarzy w domu, więc proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

czwartek, 25 czerwca 2015

Pokaż kotku co masz w środku, czyli dobry film wczoraj widziałem

Byliśmy wczoraj z moim synem w kinie. Wyświetlany w naszej galerii, którą mamy tuż pod nosem, film był produkcji amerykańskiej, moim zdaniem, był absolutnie i wyjątkowo znakomity, a nosił tytuł „San Andreas”. Gdybym miał jednym zdaniem określić, co to takiego, powiedziałbym, że katastroficzny James Bond. W jakim sensie katastroficzny? W takim otóż, że jego tematem było największe w historii świata trzęsienie ziemi, niszczące w całości Kalifornię i okolice. Skąd ten Bond? A stąd mianowicie, że konwencja tego filmu jest taka, że jeśli ktoś spada w płonącym samochodzie w tysiącmetrową przepaść, to w ciągu kilku minut się otrzepuje, wyciera krew z policzka, wspina się po tych skałach na samą górę, a kiedy już jest niemal na miejscu, to w tym momencie nadchodzi powódź, która go zalewa na jakieś dziesięć minut, po czym on ostatkiem sił wypływa na powierzchnię, łapie powietrze, wsiada do przypadkowo zaparkowanego tuż obok samolotu i leci, by ratować uwięzionych w najniebezpieczniejszej jaskini na świecie przyjaciół, a to wszystko pozostaje całkowicie naturalne i nikt z publiczności nie pyta, dlaczego.
Czy jest zatem coś, czym film „San Andreas” się różni od innych filmów katastroficznych i innych Bondów? Owszem. Pomijając fabułę, która jest znacznie bogatsza od tego, z czym mamy do czynienia tam, to przede wszystkim to, że ów film ma dziesięć razy więcej niż normalnie suspensów – powiedziałbym, że cały jest jednym wielkim suspensem – że efekty specjalne są na poziomie takim, jakiego osobiście dotychczas oglądać nie miałem okazji, no i że przez to jest tak wciągający, że jeśli się nam tylko uda wczuć w ową konwencję i nie ulec podszeptom ułomnego rozumu, seans mija jak jedna chwila.
Ale jest jeszcze coś, co różni ten akurat film od pozostałych tego typu superprodukcji. To mianowicie, że o ile w tamtych przypadkach, przynajmniej w pierwszych dniach, kina są zapełnione, tu na naszej sali byliśmy tylko my plus trzy inne osoby. Oczywiście, ja mam na to pewną odpowiedź. Przede wszystkim jest bardzo prawdopodobne, że ten akurat film był bardzo słabo rozreklamowany, a jeśli już, to wyłącznie jako przykład najgorszego absolutnie kiczu. Ja sobie jestem w stanie na przykład wyobrazić recenzję w „Gazecie Wyborczej”, a należy wspomnieć, że Katowice to miasto, które powinno otrzymać od Agory specjalny medal za szczególne zasługi na rzecz wspierania tego projektu, gdzie oni ten film wyszydzają, jako przykład czegoś jednoznacznie najgorszego. Poza tym, biorąc pod uwagę, że tam jedynym w miarę rozpoznawalnym aktorem jest Paul Giamatti, można zrozumieć, że tu u nas w mieście większość wybiera jednak Cezarego Pazurę.
Ale jest jeszcze coś, co zresztą tak naprawdę chciałbym uczynić podstawowym tematem tej skromnej bardzo dzisiejszej notki. Otóż, jak większość z nas wie, jeśli chcemy pójść do kina sami, musimy na te przyjemność wydać ponad dwadzieścia złotych, nie licząc kukurydzy i coca-coli. Jeśli idziemy całą rodziną, to wszystko musimy pomnożyć przez dwa, trzy, cztery, czy pięć. Siadamy w na ogół kompletnie pustej sali i przez pół godziny zasmradzamy salę owym popcornem i oglądamy reklamy, których jedynym zadaniem jest zapewne pokryć koszta seansu. Chciałbym więc w tym miejscu zaapelować do czytelników tego bloga, którzy najczęściej mają ode mnie znacznie większą wiedzę na każdy możliwy temat, może ktoś wie, co stoi na przeszkodzie, by ceny biletów obniżyć to 10 złotych, a nawet do 7, czy 8, zapełniać regularnie do ostatniego miejsca każdy seans, jednocześnie oczywiście kasując reklamodawców jak dotychczas? Przecież to z czym mamy do czynienia, to dla właścicieli tych kin czyste samobójstwo. A ja wiem od osób zaufanych, że to co nas spotkało wczoraj, to standard. Są bowiem filmy, które nie rejestrują jakiejkolwiek publiczności. Są seanse, które się nie odbywają, bo nie znalazła się choćby jedna osoba, chętna wydać te 22 złote. Są kina, gdzie – pomijając jakieś już największe super przeboje – salę może zapełnić już tylko jakaś nowa polska komedia typu „Lejdis”, czy „Pokaż kotku co masz w środku”. Zasada obowiązująca w tych wszystkich multikinach i multipleksach jest taka, że wystarczy jeden sprzedany bilet, by seans się odbył. Oczywiście z tymi wszystkim reklamami. Przepraszam bardzo, ale czy to nie jest przypadkiem chore?
Prowadzę tego bloga już od siedmiu lat i wreszcie udało mi się napisać coś, co można nazwać dziennikarstwem interwencyjnym. Prawie jak Uwaga TVN. Jestem bardzo z siebie zadowolony.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl, natomiast gdy chodzi o „Liścia”, którego nakład się właśnie wyczerpał, mam jeszcze parę egzemplarzy u siebie, więc proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

środa, 24 czerwca 2015

Koka i melonik (na odejście marszałka Sikorskiego)

Wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem dwóch zdarzeń i obu niezwykle radosnych. Pierwsze z nich to sposób, w jaki, korzystając z najwidoczniej już kompletnej utraty instynktu zachowawczego przez polityków Platformy Obywatelskiej, władzę w Sejmie przejął znany nam skądinąd poseł Wenderlich, a drugie, to ostateczny upadek Radosława Sikorskiego. Mimo że obie okazje traktuje, jako powód do świętowania, muszę przyznać, że ze względu na pewne istotne zaszłości, sprawa Sikorskiego jest dziś dla mnie zupełnie podstawowa. Satysfakcja jaką dziś czuję, to jest coś, dla czego w pewnych momentach mojego życia byłem gotów poświęcić naprawdę wiele. Chciałbym więc uczcić ten dzień przez przypomnienie pewnego starego już bardzo tekstu, jeszcze z roku 2011, a dotyczącego wydarzeń jeszcze starszych, bo sprzed Katastrofy. Rzućmy proszę okiem i zadumajmy się nad ludzkimi losami.


Chciałem dziś przypomnieć, trochę na zachętę, a trochę po to, byśmy po raz kolejny wbili sobie do głowy prawdę o tym, z kim mamy tak naprawdę do czynienia, pewną scenę sprzed lat. To nie jest tamten tekst. Tamten tekst nawet nie był o Sikorskim, ale o Leszku Kołakowskim i o kłamstwie. To jest tylko tamta historia i zupełnie nowe refleksje. Proszę posłuchać.
Otóż jeszcze w grudniu 2008 roku, premier Tusk i prezydent Kaczyński mieli w Brukseli wspólną konferencję prasową. Nie pamiętam już w tej chwili, z jakiej okazji ta konferencja była zorganizowana, jakie ją poprzedzały wydarzenia i jakie wydarzenia po niej nastąpiły, ale to akurat nie ma dla nas większego znaczenia. To co się liczy, to z całą pewnością fakt, że oficjalnie autoryzowana atmosfera zbudowana wokół prezydentury Lecha Kaczyńskiego i samej jego osoby, stawała się pomału wystarczająco gęsta, by stopniowo otwierać już tę drogę, która ostatecznie miała doprowadzić do tego, co się ostatecznie nam zdarzyło prawie półtora roku później w Smoleńsku.
A zatem było tak, że kiedy Prezydent odpowiadał na jedno z pytań, siedzący obok niego Donald Tusk w najlepsze sobie gawędził z siedzącym z kolei obok niego ministrem Sikorskim. Było tak, że nasi politycy siedzieli przy stole, na publiczności siedzieli polscy i zagraniczni dziennikarze, telewizja transmitowała tę konferencję na całą Polskę, ludzie patrzyli, Prezydent odpowiadał na pytanie, a Sikorski tymczasem rozśmieszał z boku Tuska, ten wybuchał chichotem, i w odpowiedzi rozbawiał Sikorskiego. W pewnym momencie, Prezydent nie wytrzymał i PUBLICZNIE upomniał Premiera, żeby nie gadał.
Tu mała dygresja. Jestem nauczycielem i zachowanie, jakiego nam nie oszczędzili Sikorski z Tuskiem, miałem okazję obserwować wielokrotnie. Kiedy gadają małe dzieci, jakoś można to znieść. Kiedy już jednak gadają licealiści, nawet jeśli starają się robić to cicho, ich niskie głosy tak wibrują, że jest to po prostu nie do wytrzymania. Te głosy buczą, dudnią, chrypią i są zwyczajnie irytujące. Przeszkadzają. Kiedy gadał Tusk z Sikorskim, nie wiadomo było, co oni do siebie mówią, bo mówili cicho. Ale cały czas widać było ich rozbawione twarze i słychać było to niskie mruczenie, które wibrowało w ten sposób, że Prezydent w końcu przerwał i powiedział panom, żeby nie gadali. Nie umiem sobie przypomnieć, jak brzmiały jego słowa, ale on im po prostu powiedział, żeby nie gadali.
Tusk się zamknął, Sikorski zresztą podobnie, i tylko warto było widzieć minę Tuska, jego twarz, jego oczy, jak nagle – pozostawiony bez opieki swych medialnych i wizerunkowych doradców – kompletnie zbaraniał, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. I oto nagle, po krótkiej chwili, kiedy Lech Kaczyński udzielał odpowiedzi na jedno z pytań, Radosław Sikorski, ponownie nachylił się do Premiera i zaczął znów mu coś gadać do ucha. Tusk się roześmiał...
A ja się zacząłem zastanawiać nad następującą kwestią. Sikorski na sto procent musiał zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli on jeszcze raz zrobi taki numer, Prezydent może się autentycznie zdenerwować. Nie mogę uwierzyć, żeby on – a nawet i premier Tusk – po prostu nie mogli się opanować i gadać musieli. Oni oczywiście potrafią wiele, ale nie przesadzajmy – ten chłopak z książki Hanny Ożogowskiej, który cierpiał na „goniosłowomatyzm”, to żart i fikcja. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że to ani nie był żart, ani fikcja, tylko fragment autentycznych doświadczeń Ożogowskiej z dziećmi, które przewinęły się przez jej życie, u osób dorosłych tego typu zachowania mają miejsce wyłącznie w sytuacjach, kiedy ktoś jest bardzo pijany, albo – jak to się mówi w pewnych środowiskach – „urajany”. Tę możliwość, przy całej swojej elastyczności, gdy idzie osobę Sikorskiego, z góry odrzucam. Nie tym razem i nie w tym miejscu.
Jestem więc prawie pewien, że, jeśli po tym już pierwszym upomnieniu, Sikorski zdecydował ponownie się popisać, musiał to zrobić celowo. On musiał bezwzględnie wiedzieć, że to co on robi, może Lecha Kaczyńskiego wyprowadzić z równowagi. Nie wiem naturalnie, na co liczył dokładnie. Czy na to, że Prezydent po raz kolejny powie, żeby ci dwaj przestali gadać, a oni się zamkną i za chwilę spróbują raz jeszcze, czy może podniesie na nich głos i powie coś w rodzaju, że on sobie nie życzy, czy może – i to by było oczywiście najlepsze – wstanie i zacznie wrzeszczeć. Wiem natomiast, że on musiał mieć na oku coś bardzo szczególnego.
Ale mogło też być inaczej. Może być tak, że Sikorski zawsze świetnie wiedział, że Lech Kaczyński jest człowiekiem kulturalnym, eleganckim i poukładanym, i nie ma takiej możliwości, żeby stracił w jakiejkolwiek sytuacji nerwy tak, by go to mogło skompromitować. Mógł więc – jeśli jest tak jak przypuszczam – spodziewać się, że Prezydent – przez swoją delikatność – po raz drugi nic im już nie powie, tylko będzie w sobie to oburzenie przetrawiał, ukrywał je, robił dobrą minę do tej czarnej gry, i na przykład z tego wzruszenia dostanie zawału serca. I weźmie, i tak bardzo spektakularnie wykituje. I dlatego się na tę grę zdecydował.
Ktoś powie, że przesadzam. Że cokolwiek sobie myślimy o Radosławie Sikorskim, to nie jest tak, że on jest człowiekiem aż tak zepsutym. No, może i tak jest. Może i to racja. To znaczy, nie chcę tu powiedzieć, że biorę pod uwagę taką możliwość, że on jednak nie jest zepsuty, bo – moim zdaniem – jest zepsuty, jak ruska maszynka do golenia. Ja biorę natomiast pod uwagę, że on faktycznie mógł się nawciągać i go poniosło. I jeśli przyjmiemy tę opcję, to już mu właściwie mogę dać spokój. Jeśli okaże się, że tak to właśnie było, że tych dwóch tam jednak się upaliło, z tym że najwidoczniej Sikorski bardziej, to ja im nawet jestem w stanie za ten wybryk podziękować. Bo on by właściwie mógł nam pomoc znaleźć odpowiedź na wszystkie nurtujące nas pytania, które dziś – niemal trzy lata później – dręczą nas, jak nigdy wcześniej. A w końcu, o cóż innego chodzi, jak o to, by umieć zrozumieć coś, czego zrozumieć się pozornie nie da?
A zatem może być tak, że oni są ludźmi uzależnionymi od kokainy, czy innego świństwa, i to uzależnieni bardzo mocno. Wszyscy. I Sikorski, i Tusk i Kopacz i Graś i Nowak i cała ta banda. To by była jakaś odpowiedź. Ale, jak mówię – prawdziwej pewności wciąż nie mam.
Niedawno, w programie Moniki Olejnik Radek Sikorski skarżył się, że internauci brzydko o nim piszą, co niszczy jego reputację i go doprowadza do szewskiej pasji. Mam więc do niego jedno pytanie – proszę mi powiedzieć, co Pan wybiera? Crack, czy zwykłą podłość? Bo jestem przekonany, że nawet Pan, jeśli przypomni sobie tamto zachowanie, będzie musiał przyznać, że nie dał Pan nam – zwykłym, skromnym obywatelom, wylewającym swoje żale w Internecie – zbyt dużego wyboru.

Tyle już lat minęło. Pisząc powyższy tekst, zapowiadałem też wydanie mojej pierwszej książki o siedmiokilogramowym liściu. Minęły cztery lata i ona już została sprzedana. Nie wiem, czy będzie dodruk, póki co jednak informuję, ze mam tu u siebie jeszcze kilka egzemplarzy, więc jeśli ktoś sobie życzy, bardzo proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

wtorek, 23 czerwca 2015

Kto się boi PiS-u i czy jest na to jakaś maść?

Przyznaję się zupełnie uczciwie, że ponownie, po wielu miesiącach, czy może i latach przerwy, ponownie oglądam telewizję TVN24. Ktoś się zapyta, czemu – skoro już uznałem za stosowne się tak pogrążyć – nie wybrałem Polsatu, czy TVP, a ja na to mam gotową od dawna odpowiedź, że to dlatego, że tamci są od TVN-u znacznie, znacznie gorsi. Tu relacja jest mniej więcej taka, jak w przypadku, gdy ja zwyczajnie – skoro już muszę – wolę słuchać Justina Biebera niż Dawida Kwiatkowskiego. Jest jeszcze gorzej. Otóż ja wolę oglądać TVN24 znacznie bardziej niż Telewizję Republika, na takiej samej zasadzie, by się już trzymać kultury popularnej, jak wspomnianego Justina Biebera przedkładam nad film o pułkowniku Kuklińskim.
A zatem włączam ten TVN i proszę sobie wyobrazić, że dziś znów oglądałem program prowadzony przez Andrzeja Morozowskiego, w którym nagle wystąpili Seweryn Blumsztajn i Piotr Semka. W pewnym momencie, widząc, że spada coraz niżej, Blumsztajn oświadczył, że on „wcale nie jest z Platformy”. A kiedy na to Semka żartobliwie wspomniał, że Blumsztajn za to zachowuje „pewną ambiwalencję”, gdy idzie o PiS, Blumsztajn w charakterystycznym dla siebie stylu wyskoczył z deklaracją, że on PiS-u „nie znosi”. Właśnie tak: „Ależ ja ich nie znoszę!”
I ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że tak naprawdę podział, jaki dziś w Polsce mamy, nie jest podziałem między zwolenników Platformy Obywatelskiej, a Prawa i Sprawiedliwości, z tego prostego powodu, że Platformy już nikt nie lubi. Dziś podział w Polsce – a przy tej okazji owa straszna, dewastująca całe społeczeństwo, nienawiść – to podział na tych, co popierają PiS i tych, co PiS-u nienawidzą. Platforma Obywatelska, a tak naprawdę i cała reszta, od wielu już lat nie ma tu żadnego znaczenia.
A zatem, kiedy my mówimy o tym, że w Polsce media są reżimowe, to jest to nieprawda. W Polsce media są absolutnie niezależne, obiektywne i antypisowskie. Dokładnie tak samo jak Seweryn Blumsztajn, człowiek, który, gdyby mu zarzucić, że on i jego „Gazeta Wyborcza” są nieobiektywni i związani z władzą, zupełnie słusznie by się oburzył. Dla niego nie ma znaczenia, czy na tak zwanej tapecie jest Platforma, SLD, Palikot, PSL, czy nawet Ryszard Petru z wynajmującymi go bankami – on wobec nich wszystkich pozostaje całkowicie neutralny. Wyjątkiem jest PiS, no ale przecież wiadomo, że PiS to faszyzm, a faszyzm to kategoria pozostająca poza doraźna polityką, bardziej nawet, niż gwałcenie małych skośnookich chłopców.
Otóż nie. Oglądałem występ Blumsztajna i zdałem sobie sprawę z tego, że po tych ośmiu już latach po raz pierwszy z taką przejrzystością mogliśmy zaobserwować, jak Blumsztajn ze swoim kumplem Morozowskim – a przy okazji całe to towarzystwo, które najwidoczniej wciąż nie zrozumiało, co się dzieje – robią z siebie idiotów. I to że oni robią z siebie idiotów widzą już wszyscy. Nawet większość z ich znajomych z pracy.
Ktoś mnie spyta, czemu, moim zdaniem, oni w takim razie jeszcze nie odebrali programu Morozowskiemu, a jego samego nie wypieprzyli stamtąd na zbity pysk. Otóż nie wiem, ale biorę pod uwagę to, że oni naprawdę bardzo uważają na to, by trzymać obiektywizm, prezentować bardzo różne opinie, od Rymanowskiego po Morozowskiego i odwrotnie, i zachowywać światowe standardy. Zawsze to lepsze niż sztubackie popisy Samuela Perejry i jego koleżanki z „Wprostu” na trasie „Szydłobusa”.

Przypominam, że nakład książki o liściu wprawdzie został już wyczerpany, jednak wciąż mam tu u siebie paręnaście egzemplarzy. Jeśli ktoś wcześniej nie zdążył, proszę o kontakt na adres toyah@toyah.pl. Z tego co słyszę, kończą się też już Elementarz, oraz Marki i dolary. Proszę się spieszyć, bo tu akurat jest tego zaledwie parę sztuk, a dodruk na razie nie jest planowany.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

O sprawiedliwość dla Generała

Chyba nie ma tygodnika w kraju, który nie przeznaczyłby jakiej części swoich łamów na regularne prowadzenie rubryki, gdzie czytelnicy mogą zapoznać się z przeglądem wydarzeń minionego tygodnia, utrzymanym w konwencji mniej lub bardziej lekkiego żartu, czy wręcz kabaretu. Takie „Szkło kontaktowe”, tyle że co tydzień, no i na papierze. Najbardziej znanymi z tego typu publicystyki żartownisiami są oczywiście Igor Zalewski i Robert Mazurek, którzy, o ile się nie mylę, debiutowali w dawnym „Wproście”, a potem przechodząc wiele różnych szczebli, skończyli w dzisiejszym „W Sieci”, jednak, jak mówię, niemal każda znana mi redakcja, ma ambicję coś tego typu utrzymywać.
Skąd ten pomysł i jednak jego sukces? Otóż wydaje mi się, że plan polega na sięgnięciu do czytelnika, który nie ma czasu czytać długich zdań i jeszcze dłuższych analiz, a ponieważ jakieś tam ambicje jednak ma, gotów jest kupować, czy to wspomniane „Wprost”, „W Sieci”, czy też „Do Rzeczy”, czy „Newsweeka”, czy „Nie”, czy też „Politykę”, że nie wspomnę o takim „Tygodniku Powszechnym”, dla tych kilku krótkich zdań, które ustawią ich emocje na kolejny tydzień.
Do dziś pamiętam, jak mój kuzyn, wybitny polski ginekolog, niestrudzony obrońca życia, pewnego razu bardzo się zdenerwował, kiedy mu doniesiono, że wspomniano o nim w tygodniku „Nie”, a następnie go zacytowano, określając to co mówił epitetem „czarne słowa”. Pamiętam jego rozgoryczenie, a moją zawiść. Ja wtedy jeszcze nawet nie myślałem o tym, by zawodowo się zajmować pisaniem, ale pamiętam, jak sobie myślałem, że ja bym też tak chciał, żeby moje słowa zacytował któryś z tych szmatławców i zrobił to na odpowiednim poziomie niechęci. Żeby któryś z nich na to co ja mówię dostał takiej cholery, by dla zademonstrowania owej niechęci znaleźć trochę miejsca. To by dopiero było osiągnięcie!
I oto nagle wczoraj otrzymałem od swoich ludzi informacje, że stare, peerelowskie ścierwo „Polityka”, nie dość, że się mną zajęło, to jeszcze, jak się mogę domyślać, zajmuje się mną regularnie. W jednym ze swoich najświeższych wydań, w owym kabaretowym przeglądzie tygodnia, zacytowało fragment mojego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, komentując go jednym mocnym zdaniem wstępu: „Dalszy ciąg mistycznych skojarzeń autora ‘Warszawskiej Gazety’”. Rozumiecie, o co chodzi? Dalszy ciąg. Mistycznych. Czy ktoś mi powie, że to takie nic? Toż to prawie już klasyk. Jestem naprawdę wzruszony. Polecam się na przyszłość. Czytajcie mnie regularnie i niech was z tej wściekłości czarna krew zaleje. Oto mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej”. Na cześć waszych bohaterów.

Tyle ostatnio się dzieje, zaczynając od internetowej działalności niejakiego Stonogi, a kończąc na spektakularnym gniciu władzy, która robiła już wrażenie wiecznej, że niemal nikt z nas nie zauważył, że jakimś cudem, Czesław Kiszczak został doprowadzony przed sąd i jego decyzją został skazany na dwa lata w zawieszeniu. Powiem szczerze, że ja, zwłaszcza ostatnio już, nie śledziłem losów tego człowieka, więc nie jestem pewien – a sprawdzać mi się zwyczajnie nie chce – za co on tak naprawdę oberwał. Czy tu chodziło o wprowadzenie stanu wojennego, czy rozstrzelanie górników z Wujka, czy o zamordowanie Grzegorza Przemyka, a może zamęczenie księdza Popiełuszki, czy wreszcie o tych kolejnych już księży, z końcówki lat 80-tych? Tego nie wiem i powiem szczerze, nie bardzo mnie to interesuje. To co wiem, i co mi tak naprawdę wystarczy, to te dwa lata w zawieszeniu.
Co takiego ów wyrok oznacza dla nas, to wiemy. Dla nas on nie oznacza nic, bo przede wszystkim mamy inne sprawy na głowie, niż los jeszcze jednego komunistycznego oprawcy, a poza tym, nie oszukujmy się, nie on jeden się kręci po okolicy. Ja na przykład ile razy idę do parku z psem, regularnie mijam grupki starszych panów wyszykowanych jak na pochód pierwszomajowy, co do których nie mam wątpliwości, że oni za uszami mają kto wie, czy nie więcej, niż Kiszczak. I co ja mam sobie myśleć? Że dobrze by było im też wlepić po dwa lata w zawieszeniu na, byśmy wszyscy mieli satysfakcję? A zatem, dla nas to co się stało, to nic. Czy w takim razie, można mieć nadzieję, że ten wyrok zrobił wrażenie na samym Kiszczaku? Nie sądzę. Oczywiście on mógł mieć nadzieję, że na jego pogrzebie ktoś ogłosi, że z niego był prawdziwy anioł, którego nawet faszystowskie prawo nie było w stanie zadrasnąć i teraz jest mu z tym wyrokiem źle. Może też być tak, że on planował wprowadzić jeszcze jeden stan wojenny, lub nawet zamordować jakiegoś księdza, czy maturzystę, a tu tymczasem się okazuje, że nic z tego, bo w takim wypadku litości nie będzie i trzeba będzie się dać zamknąć, jak swego czasu nie przymierzając towarzysz Rywin.
Jednak gdy idzie o mnie i moje zdanie na ten temat, to myślę sobie, że te dwa lata w zawieszeniu to jednak trochę za ostro. Z tego co pamiętam, dwa lata z zawieszeniu do dokładnie tyle ile żądał prokurator dla samego Mariusza Kamińskiego, który jak wiemy, nabroił znacznie bardziej niż generał Kiszczak. I nie zmienia mojej oceny fakt, że ostatecznie Kamiński dostał pełne trzy lata i to bez zawiasów. Liczy się znak i symbol. Mam więc nadzieję, że Kamiński ostatecznie pójdzie siedzieć, a sprawą Kiszczaka zajmie się jakiś europejski trybunał. W końcu, przepraszam bardzo, ale zachowujmy proporcje.

Przypominam, że mam jeszcze kilka egzemplarzy swojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Ponieważ w księgarni Coryllusa nakład się już wyczerpał, zapraszam do siebie. Proszę do mnie pisać pod adres toyah@toyah.pl.

niedziela, 21 czerwca 2015

Jednodaniowe Obiady Wojskowe, czyli fizyka górą!

Muszę się przyznać do pewnego wstydliwego bardzo kryzysu wiary. Otóż mimo że mamy wszyscy naprawdę mocne dowody na to, że wieje, wieje i wiać nie przestaje, w momencie gdy pojawiły się informacje, że podczas swojej sobotniej konwencji Platforma planuje zaprezentować broń autentycznie śmiercionośną, która doprowadzi do jej cudownego wręcz odrodzenia, pomyślałem sobie, że kto wie, co oni tam chowają po kieszeniach.
I oto przyszła ta sobota i okazało się nagle, że ponieważ poza konwencją Prawa i Sprawiedliwości nie ma nic, pojawia się problem, czy jest w ogóle jakikolwiek sens organizować coś jeszcze, a jeśli oni jednak nie zrezygnują, to czy ogólnopolskie media uznają, że ktokolwiek jeszcze jest gotów sobie nią zawracać głowę. No ale ostatecznie na mównicę weszła sama premier Kopacz, by wyjaśnić nam wszystkim, co oznacza skrót JOW, no a ponieważ premier to jednak premier, wypadało się już przełączyć.
Nie wiem oczywiście, jak na to, co się tam działo, zareaguje tak zwana opinia publiczna, gdy jednak chodzi o mnie, obiecuję, że już nigdy nie przyjdzie mi do głowy się obawiać, że tam cokolwiek może się jeszcze urodzić. To jest koniec ostateczny i nawet nie chodzi o to, że oni są zbyt głupi, czy że ów szok nie pozwala im działać racjonalnie – choć to oczywiście też – ale problem przede wszystkim polega na tym, że oni sami już nie wierzą w to, że warto walczyć. Oni sami doskonale sobie zdają sprawę z tego, że to już koniec i że z tego już nigdy nic nie będzie. I nawet gdyby tam nagle pojawił się jakiś czarodziej ze spełniającym życzenia dżinem, i obiecał im, że jeśli się wezmą do roboty, to nagroda będzie wielka i niczym nieograniczona, to jeśli oni się ruszą, to najwyżej na parę minut, a to z tego prostego powodu mianowicie, że tam już nie ma ducha. Nawet tego najbardziej czarnego, którego tak dobrze mieliśmy okazję przez te wszystkie lata poznać. Tam nie ma ducha, a więc też nie ma tej siły, które jest w stanie uruchomić maszynę. A skoro tak, to oni nie są w stanie się podnieść z przyczyn czysto fizycznych.
Oglądałem tę transmisję i mimo że miałem bardzo dużo okazji, by się odpowiednio zabawić, jeden moment zrobił na mnie wrażenie naprawdę duże. Otóż premier Kopacz skończyła swoje przemówienie, wróciła na miejsce... i nagle okazało się, że to już koniec i nikt ze zgromadzonych nie wie, co ma robić dalej. A zatem wszyscy stali, bili brawo, rozglądali się niepewnie dookoła, aż wreszcie na mównicę wszedł minister Trzaskowski, zawołał „Do roboty!”, i towarzystwo zaczęło się rozchodzić. I tak się skończyła ta konwencja.
Kilka lat temu na tym blogu, jeszcze zanim to wszystko zaczęło się realizować, napisałem, że to nieszczęście musi się skończyć z tego jednego powodu, że fizyka tego typu zjawiska nie zniesie. No i okazało się, że miałem rację. Im to, że będą rządzić wiecznie, wychodziło z liczb. A błąd polegał na tym, co zawsze: oni pomylili matematykę z fizyką.

Przypominam, że nakład książki o siedmiokilogramowym liściu, zawierającej wczesne felietony z tego bloga, się ostatecznie wyczerpał. Mam tu jej jednak jeszcze paręnaście egzemplarzy, a więc gdyby ktoś miał życzenie, proszę do mnie pisać na adres toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.

sobota, 20 czerwca 2015

Jak się nawalić dwoma kieliszkami wina tak, by starczyło na dwa dni?

Gdy chodzi o Daniela Olbrychskiego i jego świeżą przygodę z jazdą po pijaku, moja pierwsza i podstawowa refleksja mogłaby być taka, że każdemu się może zdarzyć, a kiedy mówię „każdemu” to chodzi mi o to, że jeśli ktoś lubi się czasem napić, a jeździ samochodem, to znajduje się w tak zwanym „targecie” i na to rady nie ma. W ten sposób zatem potraktowałbym to co się przydarzyło Olbrychskiemu – i to mimo faktu, że ów Olbrychski od paru już lat zajmuje bardzo poczesne miejsce znajduje się na mojej liście tak zwanych „all time favourites” – gdyby nie to, że zarówno on, jak i jego żona, ale przede wszystkim może reżimowe media, zamiast się dyskretnie zamknąć i pozwolić robić z siebie pośmiewisko polskiej prawicy, która nagle, w tak charakterystyczny dla siebie sposób, uznała, że ten Olbrychski spadł jej jak dar z niebios, uznali oni wszyscy za stosowne udzielić Olbrychskiemu głosu i pozwolić mu gadać, gadać i gadać.
Oczywiście, ja chętnie się przyznaję do tego, że sposób w jaki ja ową sprawę relacjonuję jest daleko subiektywny, a dla Daniela Olbrychskiego niesprawiedliwy. Jeśli bowiem wsłuchać się w jego wypowiedź, to zobaczymy i jego skruchę, i żal za grzechy, i postanowienie poprawy, i naukę dla potencjalnych kierowców próbujących jeździć pod wpływem, a nawet ostateczne przyznanie się do starczego zidiocenia. Rzecz jednak w tym, że odgrywając tę komedię, Olbrychski korzysta jednocześnie z każdej okazji, by raz, postawić problem rzekomo dziwnej nadgorliwości policji, innym razem, zwrócić uwagę na to, że nigdzie na świecie człowiekowi nie wolno kazać dmuchać, o ile nikogo na śmierć nie rozjechał, a to znów drapać się po łbie i niby to się zastanawiać, czy przypadkiem kiedyś nie było tak, że wolno było wypić więcej, a jeszcze innym przestrzegać nas wszystkich przed tym, co nas czeka, kiedy PiS wróci do władzy. I niech się nikomu nie wydaje, że jemu chodzi o to, że nie wolno będzie jeździć po pijaku.
Jak mówię, oglądałem całą rozmowę, jaką z Olbrychskimi przeprowadziła wyjątkowa zupełnie maszkara, słuchałem jak on go wręcz Olbrychskiego błaga, by powiedział ludziom, że ci policjanci byli jednak nasłani przez Dudę, i widziałem owego Olbrychskiego, jak puszcza oko do widowni, że ależ skąd, on do policji nic nie ma, on Polskę kocha, że to wszystko wina jego nieodpowiedzialności, i że jemu jest naprawdę strasznie wstyd… a jednocześnie nad tym wszystkim unosiło się wciąż to podstawowe pytanie: „A co to, k…, mają znaczyć tego typu dziwne zatrzymania? Czyżby kroił się nam jakiś faszyzm?”
Widzę więc Olbrychskiego z tym smokiem u boku, słucham, jak mi oboje opowiadają o tej jednej butelce wina, którą oni sobie w miłosnym uniesieniu sączyli na tarasie swojej wypasionej wilii, i o tym, jak nagle się okazało, że po ośmiu godzinach z tej butelki wyparowało wszystko z wyjątkiem promila na głowę, i myślę sobie, że, jeśli już naprawdę nie ma innego wyjścia, to ja już chyba faktycznie wolę oglądać na okrągło Kazimierza Marcinkiewicza, jak analizuje naszą sytuację polityczną, a nawet Janusza Palikota, który, jak się zdaje załatwił sobie właśnie kolejne pięć lat gwiazdorzenia w mediach, tym razem już jednak, jako człowiek z najdłuższą brodą na świecie.

Jak już poinformował nas wczoraj Gabriel, moja o książka o siedmiokilogramowym liściu, zawierająca wczesny wybór felietonów z tego bloga została sprzedana. Gdyby ktoś był zainteresowany, mam w domu jeszcze paręnaście egzemplarzy i można do mnie w tej sprawie pisać pod adresem toyah@toyah.pl. W księgarni Coryllusa natomiast są wciąż jeszcze ostatnie egzemplarze Elementarza i Biustonosza. Tu też wypada się pospieszyć (www.coryllus.pl).

piątek, 19 czerwca 2015

Czy w TVN24 rozdają żyletki?

Przyszło do mnie moje dziecko i poinformowało, że ostatnio media donoszą, że to tu to tam ktoś rozrzuca po okolicy kawałki kiełbasy z czy to żyletkami, czy jakimiś pinezkami, czy haczykami na ryby, z takim oto zamiarem, by ową przynętę połknął jakiś łakomy piesek i od tego zdechł w męczarniach. Proszę zwrócić uwagę na to, że ja nie napisałem, że ktoś te przynęty rozrzuca, ale że media na ten temat szeroko i bardzo chętnie informują. Zastrzeżenie to czynię oczywiście nie dlatego, by sugerować, że to jest jakaś medialna fantazja – choć z taką możliwością oczywiście liczyć się należy zawsze – ale że zdaniem mojego dziecka, media bardzo źle robią nagłaśniając tego typu zdarzenia, bo efektem tego będzie nie tyle to, że właściciele psów staną się bardziej ostrożni, ale że liczba chętnych do tego typu zabawy zacznie przyrastać w tempie geometrycznym. A ja przyznać muszę, że podzielam te obawy jak najbardziej.
Rozmawialiśmy trochę na ten temat i w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, co trzeba mieć w głowie i jakim trzeba być człowiekiem, by odnaleźć w sobie pasję do tego typu projektu. Jak bardzo trzeba mieć skołowany umysł, by czerpać przyjemność z tego, że kogoś kompletnie przypadkowego i niewinnego się w ten sposób zrani? I naprawdę je jest ważne, czy to człowieka, czy może już tylko zwierzę. Pamiętam starą dziś już historię o tak zwanym „zabójcy tylenolowym”, który swego czasu zwykłe tabletki na przeziębienie i ból głowy zainfekował cyjankiem potasu i w ten sposób zamordował kilka zupełnie przypadkowych osób, w tym pewną skromna i cicha nastolatkę. Pamiętam też tamte nasze polskie historie sprzed lat, kiedy to, jak również donosiły media, ktoś wsypywał czy to trutkę na szczury, czy potłuczone szkło do piaskownic, gdzie bawią się małe dzieci. No i wówczas już pojawiała się owa refleksja: co trzeba mieć w głowie i jakim należy być człowiekiem, by w ten sposób żyć – krzywdząc przypadkowych i często Bogu ducha winnych ludzi.
Otóż moim zdaniem – pomijając oczywiście przypadki czysto psychopatyczne – głównym powodem, dla którego ludzie pozornie niczym nie różniący się od nas, robią tego typu rzeczy jest czysta, zimna, bezinteresowna nienawiść, która w pewnym momencie zaczyna w człowieku tak wrzeć, że on zwyczajnie nie umie sobie z nią poradzić i musi kogoś albo zabić, albo – jeśli mu na to nie starcza energii – dokuczyć tak, by płakał i cierpiał. I powtarzam, to nie musi być człowiek. Wystarczy i zwierzę. Kto wie, czy nawet, przez tę swoją bezbronność, zwierzę nadaje się tu bardziej.
Skąd więc ta nienawiść? Co ją powoduje? Pytanie to niełatwe, zwłaszcza że mówimy o nienawiści bezinteresownej. Ja na przykład mógłbym w tym momencie przedstawić bardzo długą listę osób, których nienawidzę, jednak świetnie przy tym wiem, skąd ta moja nienawiść, co za nią stoi, a nawet jakie podłe myśli w związku z nią chodzą mi po głowie. Jednak nienawiść ta, przez swój ów bardzo dokładne zdefiniowany cel, nie ma żadnego wpływu na fakt, że ja generalnie zachowuję niezwykłą pogodę ducha, stały poziom optymizmu, w stosunku do osób znajomych i nieznajomych jestem niezmiennie bardzo uprzejmy i gdybym nie był taki gruby i słaby, to pewnie bym codziennie z moim psem biegał po parku, radośnie pozdrawiając przechodzących ludzi ich dzieci i zwierzęta.
Ja mam pytania dotyczące osób, które widząc mnie w owej fikcyjnej bardzo sytuacji, już zaciskają ręce z wściekłości i w pewnym momencie ich bezradność wobec tego, co się dzieje, osiąga taki rozmiar, że oni odwracają się na pięcie, w najbliższym sklepie kupują kawałek kiełbasy, wracają do domu i zaczynają kruszyć żyletki.
Otóż wydaje mi się, że w znacznej większości przypadków, przyczyną tego poziomu pełnej nienawiści do świata wściekłości jest polityka. Nie badałem przypadku wspomnianych wcześniej zabójstw tylenolem i zdaję sobie sprawę z tego, że mogło być różnie, ale ponieważ był to rok 1982, początek prezydentury Ronalda Reagana, czas świeżo po nieudanym zamachu na jego życie, nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że ów nieszczęśnik – do dziś zresztą nieznany – tak nienawidził Reagana, że postanowił swoją złość wyładować na ludziach bezbronnych i niewinnych.
Wszyscy pamiętamy przypadek niejakiego Cyby, człowieka, który tak nienawidził Prawa i Sprawiedliwości, że jedyny sposób, jak znalazł, by ukoić swoją złość, było zamordowanie jakiegoś „pisiora”. Któregokolwiek, byle „pisiora”. Kiedy dziś obserwuję, jak niektórzy moi znajomi cierpią, widząc jak zwycięstwo Andrzeja Dudy uruchomiło tę lawinę, na której końcu stoi rzeczywisty koniec Platformy Obywatelskiej i powrót do władzy PiS-u, zastanawiam się, czy nie jest tak, że to oni właśnie zadręczają na śmierć te psy. Czy nie jest tak, że za tym okrucieństwem stoją ludzie, którzy najpierw oglądają „Szkło Kontaktowe”, a potem wieczorny program TVN24, w którym bardzo przekonująco tłumaczy się im, co ich czeka i jak bardzo oni nic już na to nie mogą poradzić, i oni idą do kuchni i zaczynają kroić tę kiełbasę.
Wczoraj oglądałem trochę ten TVN i muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem. Otóż tam było wszystko. Z jednej strony oczywiście to co obserwujemy już od dawna, a więc wykańczanie Platformy, a z drugiej tworzenie odpowiedniej atmosfery wśród tych, którym się to co się dzieje nie podoba, i z czym nie potrafią sobie emocjonalnie i intelektualnie poradzić, a więc obok szyderstw z wciąż jeszcze władzy, nagle pojawiają się i Kaczyński, i Macierewicz, i służby specjalne, i pisowscy prokuratorzy, i ekspert, który dowodził, że kiedy PiS wróci do władzy, już jej nigdy nie odda, i Barbara Blida, i Zbigniew Ziobro, i Smoleńsk, i nawet owo niebywałe zupełnie kłamstwo w postaci „idź pocałuj żonę”… i ta muzyka, która mówi jedno: „nic nas już przed nimi nie uchroni”.
Przepraszam bardzo, ale brzydko się bawicie, no i najważniejsze: te biedne psy naprawdę nie głosowały na Dudę. Dajcie sobie to wreszcie powiedzieć.

Wszystkich, którzy na ten blog przychodzą regularnie, ale też tych, którzy tu się znaleźli przypadkiem, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Szczerze polecam.

czwartek, 18 czerwca 2015

Kredyt i wojna, czyli dr Zembala przyszedł po prośbie

Obietnica była taka, że dziś będzie o haczykach, ponieważ jednak owe haczyki, jak by nie patrzeć, wiążą się z kwestiami bardziej uniwersalnymi, proszę wszystkich bardzo, byśmy się dziś akurat skupili nad naszą codziennością. Jak wiemy bowiem, premier Kopacz postanowiła podjąć próbę tak zwanej „ucieczki do przodu” i jednym zgrabnym ruchem swojej smukłej dłoni zdymisjonowała całą kupę urzędników. Na miejsce odwołanych ministrów pojawili się ich następcy i nie byłoby w tym prawdopodobnie nic godnego uwagi, gdyby wśród nich nie pojawił się niejaki Zembala, dla porządku – Marian.
Od pierwszej chwili, gdy premier Kopacz ogłosiła listę swoich nowych współpracowników, a jednocześnie osób, które mają stworzyć na tyle nową jakość w polskiej polityce, by powstrzymać tę powódź, która nieuchronnie nadchodzi, czułem, że to wszystko tak naprawdę się skupia na tej jednej jedynej osobie, czyli owym Marianie Zembali, z tą jedynie zagadką, gdzie nie wiadomo, czy to Zembala ma ratować Kopacz, czy Kopacz Zembalę.
Dziś dowiadujemy się z najbardziej okrutną przejrzystością, że gdy idzie o perspektywę ratowania rządu, nikt już nie ma najmniejszych złudzeń, natomiast, owszem, doktor Zembala zdecydowanie liczy na pomoc. Oto portal tvn24.pl podał informację (http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/co-ma-nowy-minister-zdrowia,552159.html) dotyczącą stanu majątkowego ministra zdrowia Mariana Zembali, z której dowiadujemy się, że po pierwsze, ów czarodziej, jako wybitny, a niewykluczone że jeden z najwybitniejszych kardiochirurgów-transplantologów kraju, w zeszłym roku, z tytułu wykonywania zawodu lekarza, zarobił 1 087 450,94 zł, z czego do dziś zaoszczędził 14 131,83 zł i 104 dolarów – przy czym te 104 dolary robią wrażenie szczególne. Mało tego. Okazuje się dr Zembala wziął w Polskiej Grupie Medycznej sp. z o.o. kredyt na 5 lat i jego obecne zadłużenie wynosi 1 290 184,46 zł.
Minister Marian Zembala ma również pewien majątek, a więc, tak jak oni wszyscy, domy, mieszkania, działki i samochody, natomiast ja się zastanawiam, jak wygląda życie człowieka, który zarabia przez rok ponad milion złotych, do tego miliona z hakiem dobiera kredyt w wysokości miliona z jeszcze większym hakiem, a jeśli go zapytać, czy ma jakieś oszczędności, to najpierw się drapie po głowie, a potem oświadcza, że owszem – 13 tysięcy złotych i 104 dolary. A następnie mówi, że on bardzo przeprasza, ale w tej chwili nie może dalej rozmawiać, bo właśnie został ministrem w upadającym rządzie i musi się rzucać w wir obowiązków.
Przepraszam wszystkich, którzy z jednej strony są zafascynowani nowym ministrem zdrowia, który przy jeszcze odrobinie treningu będzie wyglądał wypisz wymaluj jak zmarły dziś już prof. Religa, a premier Kopacz będzie mogła go zacząć tradycyjnie wyszydzać, a z drugiej liczą, że ta akurat nominacja przysporzy Platformie Obywatelskiej nieco punktów sondażowych. Otóż nic z tego, mili państwo. Bagaż, który właśnie ujawnił minister Zembala jest tak ciężki, że on nim już prawdopodobnie dziś albo jutro walnie o ziemię, a ten rozsypie się tak, że nie będzie co i jak zbierać. Nie ma bowiem żadnego sposobu, by, kiedy już pojawi się pytanie, na co on potrzebował wydać te niemal dwie i pół bańki i jak sobie dziś wyobraża, że funkcja ministra na cztery miesiące pozwoli mu się, jak to mówią, odkuć, ona znalazła wyjaśnienie, które usatysfakcjonuje najbardziej nawet zawziętego naiwniaka. Bo sprawa wygląda tak, że mamy do czynienia ze zobowiązaniami tak strasznymi, że nawet sam prezes Pfizera nic tu nie pomoże.

Gdyby ktoś miał ochotę na więcej naprawdę porządnych tekstów, zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można niemal jednym kliknięciem zamówić każdą moją książkę i nie tylko.

środa, 17 czerwca 2015

Allen Ravenstein, czyli niszcz gnuśność!

Oczywiście jest mi niezwykle przykro, że ostatnie dni pozostawiają ten blog w stanie niemal kompletnego rozleniwienia, jednak z pewną ulgą zauważyłem wczoraj, że przyczyną tej nędzy nie do końca jest moja osobista gnuśność, lecz z jednej strony kompletny brak wydarzeń, które mogłyby choćby w minimalnym stopniu inspirować, a z drugiej mój histeryczny wręcz upór, by nie zamieszczać tu tekstów, które inspirowane są wyłącznie poczuciem, że nawet jak nie ma o czym, to i tak trzeba coś napisać. Nędza, która nas otacza od kilku dni, jest bowiem tak dojmująca, że moim zdaniem każda najmniejsza próba wyciśnięcia z niej czegoś pożytecznego musi doprowadzić do tego, że ja osobiście najem się tylko wstydu za to, że dałem się tak fatalnie podejść.
W tej sytuacji, zachowam jeszcze przez chwilę to dość dla mnie krepujące milczenie, a jeśli ktoś ma nastrój do dobrych wzruszeń, to zapraszam do chyba dotychczas niepublikowanego tu rozdziału z mojej książki o markach, dolarach i bananach i pewnym bardzo drogim biustonoszu, pod bardzo zagadkowym tytułem Allen Ravenstein. Troszkę w ostatnio tu obecnym muzycznym nastroju. Do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. A już jutro, obiecuję, będzie bardzo mocno o nienawiści. Takiej naprawdę dużej, z haczykami w roli głównej. I tak na zmianę: miłość – nienawiść – miłość – nienawiść…


Dla kogoś dla kogo muzyka była podstawową pasją życia, czas spędzony w PRL-u z jednej strony stanowił bardzo poważne wyzwanie, a z drugiej – był nieustającym rezerwuarem najróżniejszego typu satysfakcji. No bo nie ulega wątpliwości, że pojawienie się na ekranach kinowych filmu „A Hard Day’s Night”, czy trochę później „Help”, było wydarzeniem samym w sobie – tak jak obie premiery były wydarzeniem wszędzie na świecie. Jednak oprócz tego co mieli okazję zakosztować inni, myśmy mieli coś jeszcze, a mianowicie ujrzenie Beatlesów nie tylko na zdjęciu kupionym gdzieś w tym jednym jedynym sklepie w mieście, który tym czymś handlował, ale ot tak, w ruchu, niemal na żywo.
Ja do dziś na przykład pamiętam, jak zacząłem kupować magazyn „Jazz” i tam, w części dotyczącej muzyki rockowej zobaczyłem zdjęcie Jimmy’ego Page’a, jak tak stał z tą gitarą, a te jego długie czarne włosy zakrywały mu pół twarzy, i to na takim młodym chłopcu jak ja, który dotychczas miał tylko okazję ich słuchać z jakichś pożyczonych taśm, a nie już oglądać w całej glorii, musiało robić wrażenie. A więc to choćby na przykładzie tego typu zdarzeń, można było zobaczyć owo pomieszanie wyzwań z satysfakcją w pełnym wymiarze.
Oczywiście, w sklepach nie można było kupować płyt wyprodukowanych za granicą. Muzyka była właściwie tylko polska, a jeśli pojawiało się coś stamtąd, to raczej w postaci zespołu ABBA, czy jakichś zupełnie niecodziennych wyjątków. Pamiętam na przykład jak kiedyś w sklepach, ni to z gruszki ni z pietruszki, pojawiły się płyty dwóch zespołów z Anglii: Rare Bird i Nice. Ci pierwsi znani z tego, że mieli na swoim koncie słynny przebój „Sympathy”, a drudzy, że tam na organach grał sam Keith Emerson. Oczywiście obie kupiłem.
Normalnie jednak płyty zdobywało się na giełdach płytowych , lub – gdy idzie akurat o mnie – to raz do roku w Gdańsku na Jarmarku Dominikańskim, gdzie się regularnie stawialiśmy z moją ówczesną narzeczoną. I powiem uczciwie, ciężko dziś znaleźć satysfakcję na poziomie tamtej, jaka nam towarzyszyła, ile razy udało się trafić coś naprawdę dużego. No ale to było już później.
Wbrew temu, co niektórzy z nas mogą sądzić, zdarzały się koncerty. Oczywiście każdy pewnie wie, że w pewnym momencie, jeszcze w latach 60, w Warszawie zagrali Rolling Stonesi, a również w moich Katowicach, też w tym samym mniej więcej czasie Animalsi z Erikiem Burdonem. Ani na jednym ani na drugim występie oczywiście nie byłem – bo i byłem za młody, a jeśli idzie o Rolling Stonesów, to w ogóle chyba tam poszedł głównie kwiat warszawskiej esbecji i jej dzieci. Natomiast później, jak najbardziej. Muszę się pochwalić, że byłem na koncercie Erica Claptona w Spodku, kiedy to milicja pobiła tańczących pod sceną fanów i Clapton się za to obraził, zawołał do nas „God bless you” i odwołał kolejny koncert; widziałem na żywo zespół Mungo Jerry jak śpiewali swoje „In the Summertime”; byłem w Jaworznie na UK Subs; widziałem w Spodku Suzie Quatro. A więc trochę widziałem.
Chyba jednak najważniejszym koncertowym przeżyciem był dla mnie występ zespołu Pere Ubu w Warszawie. Prawdę powiedziawszy, nie było to do końca Pere Ubu, lecz zaledwie ówczesny projekt Davida Thomasa, pod nazwą The Woodenbirds, jednak ponieważ dla mnie David Thomas to przede wszystkim Pere Ubu – dokładnie Pere Ubu z dwóch pierwszych płyt – wciąż powtarzam, że byłem w Warszawie na Pere Ubu. Gdyby ktoś nie wiedział, mówimy o amerykańskim punk rocku z połowy lat 70. Coś absolutnie unikalnego. Ich pierwsza płyta „The Modern Dance” uważana jest za bardzo poważnych ekspertów za jedną z najważniejszych płyt w historii rocka.
Był to festiwal pod nazwą „Marchewka” – jak sądzę taka quasi-polityczna aluzja do tego, że tu kij, a tu marchewka – a na festiwalu miały wystąpić dwa ważne dla mnie wówczas zespoły – Thomas z tym swoim The Woodenbirds, i taki trochę izraelski zespół pod nazwą Minimal Compact. O tym jak w oczekiwaniu na występ The Woodenbirds zmuszony byłem słuchać występu niejakiego Bogdana Mizerskiego i w pewnym momencie, na progu emocjonalnego wycieńczenia, wezwałem Mizerskiego na całą salę, żeby „spierdalał”, i o tym moim wybryku opowiedzieli nawet w radio, pisałem już w swoim „Elementarzu”. To co chciałbym opowiedzieć dziś, to moje spotkanie z Davidem Thomasem.
Do Warszawy pojechałem z płytą Pere Ubu pod tytułem „360 Degrees of Simulated Stereo” i z moją żoną. Płytę wziąłem, bo liczyłem na to, że uda mi się dostać autograf, a z żoną, wiadomo, bo z żoną. Ponieważ ona jednak była wtedy w zawansowanej ciąży, w pewnym momencie z powodu hałasu musiała wyjść, no a ja zostałem, drąc mordę na Mizerskiego i ściskając w ręku tę płytę. Problemem było to, w jaki sposób dostać się za kulisy. Szczęśliwie gdzieś w tak zwanych kuluarach spotkałem jednak moją dobrą koleżankę ze studiów, Krystynę Pakosz, która była z Warszawy i miała tam pewną towarzyską pozycję, no i okazało się, że ona zna radiowego prezentera Marka Wiernika, który z kolei zna ludzi trzymających wartę przed wejściem za kulisy, no i on mnie zaprowadził do pokoju, gdzie byli muzycy. Pamiętam ten moment do dziś. Bardzo dokładnie. Oni tam byli wszyscy, trochę porozmawialiśmy, ja powiedziałem Thomasowi, że byłem też z żoną, która też liczyła na to spotkanie, ale ponieważ jest w ostatnim miesiącu ciąży, nie wytrzymała hałasu i musiała wyjść, on mi podpisał się na płycie, a do tego jeszcze napisał tam swój adres i poprosił, bym do niego napisał.
Oczywiście napisałem, a on mi od razu odpowiedział i zapytał, czy może mój adres dać Allenowi Ravensteinowi, człowiekowi, który tam grał na syntezatorach, bo on też chce do mnie napisać. Później przyszedł list od Ravensteina – bardzo długi i pod pewnymi względami absolutnie bezcenny – w którym napisał on między innymi, że na nim wrażenie zrobiła informacja, że moja żona, aby chronić ciążę, zrezygnowała z tego występu, jeden a potem drugi, potem wreszcie trzeci, a w końcu napisał, że się ożenił i jedzie z żoną w podróż poślubną do Austrii, a po drodze planuje zahaczyć o Katowice, więc może byśmy się spotkali.
Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo z jakiegoś powodu ich nie wpuszczono do Polski, no i ostatecznie powoli ta nasza krótka znajomość się zakończyła. Później on jeszcze rozstał się z zespołem i diabli wiedzą, co dziś robi. Pozostał mi ten jego pierwszy, zupełnie niezwykły list, wspomnienia, no i muzyka. Jak ktoś chce, niech sobie posłucha pierwszej płyty Pere Ubu. Te piski, szumy, te trzaski – to techno! – to on. Allen Ravenstein. Człowiek, który zawsze się bał powiedzieć „nie” w obliczu oczywistego daru. No ale on nie studiował muzyki w Pałacu Młodzieży im. Bolesława Bieruta w Katowicach.

Na koniec może jeszcze piosenka, o której wspomniałem w mojej książce o podwójnym nokaucie, też do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Tu Internet ma zdecydowana przewagę nad książką:

wtorek, 16 czerwca 2015

Wróż Maciej wchodzi na rynek kultury wysokiej

Powiem zupełnie szczerze, że nie mam najmniejszego pojęcia, kim jest Jakub Lubelski. Gdyby ktoś podszedł do mnie i rzucił hasło „Jakub Lubelski”, ja bym w najlepszym wypadku powiedział, że to może jakiś prokurator, o którym w pewnym momencie wspominano przy okazji jednej z licznych afer Platformy Obywatelskiej. Wiem natomiast, co to takiego Teologia Polityczna. Otóż Teologia Polityczna to jest coś, co nasza prawica postanowiła wypuścić, jako odpowiedź na Krytykę Polityczną, a tym samym stworzyć alternatywę dla znanej nam zbyt dobrze agresji czystego satanizmu, tyle że nie występującego w postaci muzycznych projektów Adama Darskiego, lecz oferty czysto intelektualnej, lub robiącej takie wrażenie. Czy na temat Teologii Politycznej mam do powiedzenia coś więcej? No, nie bardzo, natomiast dzięki temu, że owa nazwa jakoś w mojej świadomości zagościła, mój stosunek do nich od pewnego czasu oscyluje na poziomie tego, czym jest dla mnie radio RMF, czy portal naszamlawa.pl, a więc coś, co jeśli się do mnie zwróci z jakakolwiek propozycją biznesową, to ja jestem jak najbardziej gotowy.
I oto wczoraj właśnie dowiedziałem się, że nieznany mi kompletnie człowiek nazwiskiem Jakub Lubelski napisał książkę i bardzo chciałby ją wydać, tyle że nie ma na to pieniędzy, a w związku z tym zwraca się do mnie z prośbą, bym mu wpłacił na konto 50 złotych, a on – kiedy ta książka się wreszcie wydrukuje i trafi do EMPiK-ów – mi załatwi, bym dostał jej darmowy egzemplarz. Jeśli natomiast wyślę Lubelskiemu 1000 złotych, a książka się ukaże, to nie dość, że ja tę książkę otrzymam za tak zwane friko, to jeszcze z moim nazwiskiem zamieszczonym tam drukiem. Do tego, bym uczynił odpowiedni przelew, poza samą Teologią Polityczną, która informuje o samym wydarzeniu, jako najpewniej patron całego przedsięwzięcia, namawiają mnie sam mistrz Antoni Libera, a obok niego niejaka prof. Maria Wyka, zapewniając, że wciąż jeszcze niewydana z powodu braku funduszy książka Lubelskiego to jest prawdziwy hit.
Ja wiem, że dla niektórych z nas to już się robi męczące, ale muszę o tym wspomnieć. Dotychczas wydałem 6 książek. Gdy chodzi o pieniądze, pomysł polegał na tym, że drukarnia to drukuje, wydawca to wydaje, ludzie to kupują, koszta się zwracają, a dalej ja już z tego żyję. Proste? Proste. Jak mówię, dotychczas wydałem sześć książek, kolejna się ukaże we wrześniu i nigdy nie przyszło nam do głowy, by kogokolwiek prosić o organizowanie na ten projekt publicznej zbiórki. Nawet wtedy, gdy było naprawdę ciężko i żyliśmy w znacznym stopniu z prowadzenia tego bloga, nie odważyłbym się apelować o to, by czytelnicy składali się na moje kolejne projekty. Ja za każdym razem wiedziałem, że to wszystko sprowadza się do tego, bym ja to co napisałem, sprzedawał, a kiedy już z owej sprzedaży koszta wydania zostaną zwrócone, zbierać na kolejną. Ale było coś jeszcze: gdyby nie gwarancja, że my to sprzedamy, Maciejewscy by mi ich nie wydali nawet gdybym im pieniądze na nią przyniósł w zębach.
Tymczasem nagle widzę ową Teologię Polityczną, a obok Antoniego Liberę z jakąś, jak się domyślam, słynną panią profesor, no i tego Lubelskiego. Kto to taki? Otóż podobno tak wybitny autor, że w pewnym momencie swojej kariery nie dość że był nominowany do Nagrody Kościelskich, to jeszcze otrzymywał stypendium Ministra Kultury, a dziś mnie prosi, bym przez to, że on jest tak wybitnym autorem, z tego co sam przez miniony miesiąc sprzedałem, dorzucił mu na jego zbiór esejów, zatytułowanych „Ssanie”. A tu już nawet sam tytuł „zasługuje na uwagę, ponieważ wiąże się on bezpośrednio z programem krytycznym autora, który zawsze nawiązuje wnikliwy dialog ze swoim pisarskim partnerem, szanując go, nie pozostaje tylko ‘sprawozdawcą’ dzieła”. A co się stanie, jeśli mu poskąpię? Ależ to oczywiste. Jego dzieło nie ujrzy światła dziennego i wszyscy na tym stracimy.
Ponieważ mam świadomość, że część z nas nie wie, jak to wszystko działa, opowiem wszystko pokrótce. Moją ostatnią książkę „Palimy licho” zaczęliśmy sprzedawać w listopadzie zeszłego roku i już w styczniu roku bieżącego byłem w stanie pokryć koszta jej wydania. Nigdy nie prosiliśmy o to, by nam ktoś na jej wydanie dał jakieś pieniądze, tym bardziej nie organizowaliśmy w związku z moimi ambicjami publicznej składki. Nie musieliśmy. Ci co nam ją wydrukowali, wiedzieli, że swoje pieniądze dostaną i to dostaną na pewno. No i je dostali. Na początku stycznia, po niespełna dwóch miesiącach. Dlaczego? Bo „Palimy licho” to dobra książka i czytelnicy o tym wiedzą. A wiedzą nie dlatego, że im o tym powiedział Antoni Libera, czy jakaś pani z uniwersytetu, ale dlatego, że jeśli coś jest dobre, to ludzie, jak mówię, się prędzej czy później i tak o tym dowiedzą.
I nagle się pojawia ta Teologia Polityczna i zaczyna się zachowywać, jak nie przymierzając jakiś wróż Maciej. A ja sobie myślę, że tak właśnie działa ów system, i to niezależnie od tego, czy chodzi o literaturę, film, piosenkę, czy w ogóle o tak zwaną „sztukę”. Z jednej strony mamy te wszystkie kanały dystrybucji różnego rodzaju treści, a z drugiej bandę cwaniaków bez grama talentu, którzy uznali, że jeśli się tylko odpowiednio upokorzą, to świat stanie przed nimi otworem. Świetny pomysł, jednak ja nie skorzystam. Nie chcę i nie muszę.

Już wczoraj informowałem czytelników tego bloga, że Bogdan Zalewski z Radia RMF zamieścił na swoim blogu wywiad, jaki przeprowadził ze mną w zeszły czwartek. Chyba wszystko jest na swoim miejscu. Gdyby ktoś to przegapił, polecam: http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/bogdan-zalewski/blogi/news-ekstremalnosc,nId,1835069

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Philthy Animal vs. Kylie Minogue czyli raz jeszcze podwójny nokaut

Ponieważ zmorzył mnie upał, a do tego wpadłem w stan, gdzie jedynym momentem, kiedy nie chce mi się spać, to dwie godziny między godziną 21 a 23, wczoraj już nic nie dałem rady napisać, a zamiast tego, zagrałem tu nam wszystkim jedną bardzo ładną piosenkę i pokazałem pewnego Kanadyjczyka z jego jedną magiczną sztuczką. I oczywiście niemal natychmiast przyszedł nasz kolega Gajek, który uważa, że aby potrafić ładnie śpiewać i w dodatku jeszcze mieć co śpiewać, trzeba być czarnym, mieszkać w Afryce, lub na Jamajce, a jeśli już los nas rzucił do Londynu, lub Nowego Jorku należy się posługiwać tak zwanym pigeon English. Przyszedł więc mój kolega Gajek i zagrał nam piosenkę zespołu z Ghany o nazwie MzVee pod tytułem – a jakże! – ReVeeLation. Rozmiemy, o co chodzi, prawda? Ponieważ grupa nosi nazwę MzVee, to jeśli słowo „revelation” napiszemy przez dwa „e”, będziemy mieli taką zabawną grę słowną i będzie git.
Co to za piosenka? Ja wprawdzie nie widziałem ani jednej sekundy tegorocznego festiwalu w Opolu, a recenzje, jakie na temat tego, do czego tam doszło, były mocno niekonkretne, natomiast gdybym miał stawiać na swoja intuicję, to obstawiałabym, że tam – oczywiście z zachowaniem proporcji – było mniej więcej coś takiego, jak ten zespół z Ghany. Czy ktoś może potwierdzić?





Tak czy inaczej, problem znacznie wykracza poza to, jak jesteśmy wrażliwi i jak owa wrażliwość przekłada się na nasze gusta. Chodzi o to mianowicie, że ja od lat zauważam owo okropnie dla mnie irytujące zjawisko, polegające na tym, że ludzie rzekomo pasjonujący się muzyką, jako muzyką, tak naprawdę pasjonują się nią w tym wyłącznie zakresie, w jakim ona realizuje ich aktualne upodobania. Niedawno tu na blogach – o ile sobie przypominam, przy okazji koncertu Paula McCartneya w Warszawie, pojawiła się dyskusja, gdzie jedni mówili, że ten McCartney to nie byle co, bo za nim stoją Beatlesi, a Beatlesi – wiadomo, a na to przychodzili inni, którzy udowadniali, że właśnie nie wiadomo, bo tak Ringo Starr w życiu nie potrafiłby zagrać na perkusji tak jak perkusista z zespołu Def Leppard, czy jakiegoś innego Motley Crue, po nich pojawili się ci bardziej ambitni, którzy dowodzili, że Motley Crue to komercja, bo tak naprawdę dobrzy są tylko Celtic Frost, no a na końcu ci najbardziej oświeceni, z wydętymi minami tłumaczyli, że wszystko to pop, i w rzeczywistości poza Patem Methenym nie ma nic. No, może jedynie Savall i jego boski instrument. Mój kumpel Tomek Gajek uważa, że jedyna sztuka jest w Afryce, a reszta to gówno.
Podstawowy mój zamiar, jaki mną kierował przy pisaniu książki „Rock and roll, czyli podwójny nokaut” było pokazanie tej dla mnie oczywistej i w gruncie rzeczy bardzo prostej prawdy, że to, czego my akurat dziś lubimy słuchać, jest oczywiście ważne, jednak tylko dla nas i to dla nas w tym jednym bardzo szczególnym momencie. Jeśli bowiem będziemy próbować w jakiś cudowny sposób zsubiektywizować te dźwięki, to wyjdzie nam, że nawet my sami nie umiemy powiedzieć, dlaczego wybieramy to, a nie coś kompletnie innego. Proszę popatrzeć na mnie. Ja wczoraj zagrałem piosenkę Davida Graya, która wprawdzie bardzo mi się podoba, natomiast gdybym miał tu puścić dziś coś, czego słucham w tych dniach z prawdziwym wzruszeniem, to bym zapewne stracił natychmiast połowę czytelników. Ale jestem też pewien, że kiedy już mi przejdzie ten mrok, zacznę, tak jak moja najmłodsza córka, słuchać czegoś zupełnie innego, nawet może Justina Timberlake’a, albo Christiny Aguilery. Dlaczego? Bo ja bardzo muzykę lubię, nie umiem bez niej żyć i nie potrafię się nadziwić, jak wiele jej rodzajów jest wszędzie dookoła i jak niezwykle zdolni bywają ludzie, którzy ją tworzą.
Gdy chodzi o tytuł tej książki, oryginalny plan był taki, by ją nazwać: „Philthy Animal vs. Kylie Minogue, czyli podwójny nokaut” i żeby owo zestawienie w żaden sposób nie sugerowała, że ja mam zamiar z kogokolwiek szydzić. Wręcz przeciwnie. Sugestia miała być taka, ze to oni oboje nokautują, czy, jak to lubią mówić moje dzieci, rozwalają. Każdy na swojej scenie. Niestety, Gabriel uznał, że przekaz będzie niezrozumiały, a więc dla potencjalnych czytelników zniechęcający, no i owa moim zdaniem kapitalna myśl przeszła do rozdziału wstępnego. Przypomnę go tu dziś, wraz z zachętą, by każdy kto uważa, że muzyka to jego konik, ją sobie kupił i znalazł czas na odpowiednie refleksje. Oto odpowiedni link: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut .
A jeśli ktoś się mnie zapyta, czemu ja tak jakoś ostatnio przygasłem, czy to faktycznie tylko przez ten upał i zbliżające się nieuchronnie moje 60 urodziny, to powiem, że owszem, to jest na pewno powód główny, no ale tak naprawdę zastanówmy się, o czym my tu dziś mamy rozmawiać? O tym, że Kopacz podczas wizyty u papieża Franciszka była rozczochrana i nawet jej do głowy nie przyszło, by czymś te kudły przykryć? A może mam się śmiać z Michała Kamińskiego i na dziesiątki sposobów miętosić przezwisko „Misiek”? A może zastanawiać się, czy poseł Zych zostanie nowym marszałkiem Sejmu? Przepraszam, ale może nie dziś, jeśli wolno.



Biorąc do ręki jakąkolwiek tak zwaną „książkę o zespołach”, możemy mieć pewność, że albo to będzie coś w rodzaju pracy encyklopedycznej, albo zbiór refleksji spisanych przez miłośnika tego czy owego, który lubi słuchać muzyki.
Jeśli encyklopedia, a więc historia życia i twórczości któregoś z artystów, sprawa jest prosta. Rzecz tylko w tym, gdzie jest więcej nieznanych wcześniej i bardziej pikantnych szczegółów. Jak idzie natomiast o pozycje już bardziej refleksyjne, a dotyczące jakiegoś jednego wykonawcy, lub określonego muzycznego gatunku, albo ewentualnie owej przestrzeni, którą się obserwuje gdzieś na pograniczu, między muzyką, a inną dowolną dziedziną kultury, czy w ogóle życiem, tu już mamy do czynienia najczęściej ze zwykłą tandetą, podpartą na dokrętkę przez jakiś strasznie mądry tytuł typu „Rock’n’roll a postmodernizm w sztukach plastycznych”.
Ta zresztą metoda stała się, mam wrażenie, szczególnie ostatnio, bardzo popularna. Rzecz w tym, że z jakiegoś niezbadanego przeze mnie do końca powodu, każda praca naukowa – i to już niezależnie od tematu – natychmiast awansuje o kilka poziomów, jeżeli tam z odpowiednią częstotliwością pojawi się nazwisko Raya Manzarka, czy Johna Lennona. Przychodzi jakiś docent z instytutu chemii któregoś z bardziej znanych uniwersytetów i wydaje książkę pod tytułem „Otrzymywanie cienkich warstw silseskwioksanowych na podłożach amorficznych metodą wiązki molekularnej”, a my wiemy na sto procent, że jeśli pierwsze zdanie tego dzieła będzie brzmiało: „Dlaczego Paul McCartney przechodząc przez Abbey Road, jest bez butów?”, jest duża szansa, że znajdą się chętni, by tę książkę czytać dalej, przynajmniej do momentu, aż się pojawi informacja o „Subterranean Homesck Blues” Dylana, no a poza tym – i kto wie, czy to nie jest w tym najważniejsze – większość z czytających natychmiast sobie pomyśli, że ten autor, to musi być naprawdę fajny gość.
Kiedy jeszcze sobie spokojnie studiowałem, najbardziej popularną osobą na całym wydziale, a kto wie, czy nie na uniwersytecie, był człowiek nazwiskiem Tadeusz Sławek. Kim był Sławek? Otóż był to zwykły najpierw magister, a potem doktor, wykładający literaturę angielską, ani mądrzejszy, ani głupszy od innych, ani bardziej sympatyczny, ani sympatyczny mniej, ani bardziej dowcipny, ani bardziej ponury – typowa uniwersytecka przeciętność. Jedyne, co go jednak odróżniało od reszty, to było to, że miał długie włosy, chodził przebrany za beatnika, i wciąż gadał o Lennonie i Doorsach. Poza tym pisał wiersze – podobnie jak on sam, ani lepsze, ani gorsze od tych, które pisali pewnie w tym samym czasie jego studenci i koledzy z wydziału – i te wiersze recytował w towarzystwie kontrabasu, na którym grał jego znajomy Bogdan Mizerski.
Kariera tego Sławka – kariera zresztą trwająca do dziś, już akurat w skali ogólnopolskiej – jest dla mnie czymś absolutnie niepojętym. I gdybym musiał się zdecydować na jakieś objaśnienie tego fenomenu, powiedziałbym jedno: on prawdopodobnie od samego początku, gdziekolwiek się pojawił w towarzystwie innych pracowników uniwersytetów, musiał wciąż gadać o tym Lennonie, i w ten sposób sobie odczarowywał wszelką drogę awansu. Czasem wydaje mi się, że nawet wtedy, gdy zostawał rektorem Uniwersytetu Śląskiego, w swojej aplikacji zamieścił tekst „Break On Through”, i to ostatecznie zaważyło. Oto potęga rock’n’rolla. Oto, co rock’n’roll potrafi, jeśli tylko wykazać odrobinę chytrości.
Książka, którą trzymamy w ręku, to książka o zespołach, jednak ani nie mająca ambicji faktograficznych, ani tym bardziej nie stanowiąca rozważań na tematy z muzyką nie mających wiele wspólnego, tyle że z owym nieustannym brzęczeniem w tle. Książka ta to książka, w sensie jak najbardziej ścisłym, o zespołach, przeznaczona dla tych, którzy to wszystko, co tu jest napisane, świetnie wiedzą, znakomicie znają, i może tylko chcieliby usłyszeć jeszcze jedną interpretację tych przecież oczywistości.
Książka ta to seria refleksji, których ambicją jest opisanie istotnych zjawisk muzycznych związanych z tak zwaną kulturą popularną, a w dużym stopniu skierowana też do tych, którzy są tak uzależnieni od swoich prywatnych upodobań i niechęci z jednej strony, a od zewnętrznej propagandy z drugiej, że nie są już w stanie obiektywnie ocenić tego, co miało być wybitne, a wybitnym z jakiegoś powodu nigdy się nie stało, ale też odwrotnie – tego, co na wielkość nigdy nie miało najmniejszych szans, a wielkie akurat jest, a jeśli my nie jesteśmy w stanie tego ocenić, to wyłącznie nasza wina. Nasza i tego okropnego nastawienia, gdzie wszystko traktujemy ściśle użytkowo, i nie jesteśmy w stanie zobaczyć, że za wszystkim stoi pojedynczy człowiek, z jego wielkością, ale też i małością.
Dopiero co, w Warszawie występował Paul McCartney, którego osobiście z wielu względów ani nie lubię, ani nie szanuję, ani też niezbyt chętnie słucham, ale który niewątpliwie jest jednym z największych autorów piosenek, jakiego wydała Ziemia, i takim już pozostanie. I oto czytam, jak gdzieś ktoś pisze, że Paul McCartney to gówno, choćby w porównaniu z takim Motorhead, których każda piosenka jest lepsza od całej tej beatlesowskiej nędzy.
Oto w sylwestrową noc na Times Square w Nowym Jorku występuje Justin Bieber, i w towarzystwie Carlosa Santany śpiewa „Let It Be” Beatlesów. I od razu na internetowych forach całego świata pojawiają się tabuny miłośników muzyki, a jednocześnie wrogów Justina Biebera, którzy piszą, że to prawdziwy skandal, że Bieber miał czelność śpiewać tak wspaniałą piosenkę, tak fatalnie ją fałszując. Mam nadzieje, że się rozumiemy. Oto przed nami staje Justin Bieber, jak by nie patrzeć, jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych piosenkarzy pop, i okazuje się, że on fałszuje. A banda muzycznych specjalistów i rock’n’rollowych freaków ten fałsz oczywiście świetnie słyszy!
A więc ta książka też jest trochę i pisana z uwagi na te osoby. Z nadzieją, że może, przeczytawszy to co tu stoi jak byk, zrozumie, że z muzyką jest tak jak z każdą inną dziedziną życia. Na końcu zawsze stoi człowiek i to, co on zrobił z tymi swoimi talentami, a wokół niego słyszymy wciąż ów nieznośny skowyt okrutnej propagandy. Powinniśmy umieć to usłyszeć, zrozumieć i ocenić.
No a poza tym, to jest tylko, i aż muzyka, a więc coś, co zostało nam dane od Boga. Nie od Szatana. Od Boga. Powinniśmy jej strzec, i robić wszystko, by nam jej nie odebrano.


Na koniec jeszcze jeden Gray. A czemu by nie? No czemu?





niedziela, 14 czerwca 2015

Imperium ma talent, a u nas grzeje

Ponieważ ostatnie upały mnie pokonały, dziś czuję, że nowego tekstu nie będzie. My otyli tak niestety mamy, że temperatura przekracza 30 stopni, a my natychmiast popadamy w stan otępienia. Mam tylko nadzieję, że usprawiedliwi mnie to, że od niemal miesiąca nie opuściłem ani jednego dnia, włącznie z niedzielami i świętem Bożego Ciała. W ramach rekompensaty, proponuję jedną bardzo ładną piosenkę, a jeśli ktoś woli coś bardziej wyszukanego, to popatrzmy, jak Imperium ma talent. Książki oczywiście są tam gdzie zawsze, a więc w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.



sobota, 13 czerwca 2015

III RP dostała rozwolnienia

Ostatnio miałem okazję spotkać się z jednym z czytelników tego bloga, czytelnikiem wiernym choć, z tego co wiem, nie komentującym, i przyszła mi do głowy myśl dla mnie w pewnym sensie rewolucyjna. Otóż ja, siedząc tak z owym moim znajomym w pobliskiej knajpie i dzieląc się z nim tymi czy innymi refleksjami, nagle sobie uświadomiłem, że przez te wszystkie lata, czy to przez moją osobistą aktywność, jako bezwzględnego cenzora, czy też przez zwykłą jakość samego bloga, doszło do tego, że tu się zgromadziło towarzystwo pod względem intelektualnym absolutnie najwybitniejsze. Rozmawiając z moim znajomym, nagle zdałem sobie sprawę z tego, że wielu z komentatorów, ale też zapewne jedynie milczących czytelników tego bloga, to, gdy chodzi o wiedzę, oczytanie i generalnie prezentowany przez nich czysto ludzki wymiar, ludzie absolutnie pierwszej klasy. I niemal natychmiast kolejną moją myślą było to, że towarzystwo, które się tu od lat spotyka, w sposób idealny realizuje mój oryginalny zamiar, sprowadzający się do tego, by komentarze na tym blogu wyłącznie podwyższały jego jakość. By jego faktyczny poziom tak naprawdę nie był wynikiem tych moich przemyśleń, które w istocie rzeczy są warte tyle tylko, co warte jest zwykłe, pospolite wzruszenie, ale tego wszystkiego, co do niego wniosą ludzie autentycznie doświadczeni. A zatem, jest się czym szczycić. Udało mi się zainspirować osoby naprawdę najwybitniejsze.
Czemu się tak stało? Otóż jakkolwiek bym próbował tu zachować swoją podstawową i oczywistą skromność, muszę ostatecznie dojść do wniosku, że w tej całej nędzy, jak nas otacza, jakimś przez mnie niezbadanym cudem, wielu z nich uznało, że oni mogą się poczuć naprawdę spełnieni tylko tutaj. Że z jakiegoś powodu oni dzięki temu mojemu wyrzucaniu z siebie prostych wzruszeń, doszli do przekonania, że obcują z czymś, czego nie potrafią znaleźć nigdzie indziej, i nagle się okazało, że razem tworzymy osobną, niezwykłą zupełnie wspólnotę. I oczywiście wiem, że w tej chwili powinienem zacząć wymieniać każdego z nich z osobna, jednak nie zrobię tego, bo raz, że to by zajęło zbyt dużo miejsca, a dwa, że jeszcze nie daj Boże bym kogoś pominął i byłoby mi z tym bardzo źle. Więc, powiedzmy, że oni wiedzą. Oni wiedzą.
Rozmawiałem przedwczoraj z moim znajomym i nagle uprzytomniłem sobie, że on chyba ma o mnie bardzo błędne pojęcie. Z jakiegoś niezbadanego przez mnie powodu, uznał on, że ponieważ to co ja piszę jest takie a nie inne, to ja jestem dla niego właściwym partnerem do poważnej rozmowy. Tymczasem prawda jest taka, że choć ja oczywiście jestem zawsze bardzo otwarty na głos ludzi ode mnie mądrzejszych, bardziej oczytanych, lepiej wykształconych, to w ostatecznym rozrachunku oni ode mnie nie otrzymają nic więcej, jak tylko kolejną refleksję, za którą nie stoi nic, jak tylko lekki podmuch wieczornego powietrza. A jednak, jak się okazuje, to wystarczy. Przedziwna to sprawa.
Skąd te myśli? Oczywiście przede wszystkim ze wspomnianego spotkania, oraz z tych wszystkich wrażeń, jakie ono mi dostarczyło. Ale również jednak stąd, że, zastanawiając się, o czym mam dziś pisać, przyszło mi do głowy, że to będzie jak zwykle coś tak okropnie trywialnego i w gruncie rzeczy bez najmniejszego znaczenia, że doprawdy nie sposób pojąć, w jaki sposób to coś może się w ogóle okazać dla kogokolwiek z nas interesujące. Oto proszę sobie wyobrazić, że ostatnio, po kilku latach przerwy, wróciłem do oglądania telewizji TVN24, przede wszystkim po to, by wiedzieć na bieżąco, co słychać u mojego prezydenta Andrzeja Dudy. I w pewnym momencie na ekranie pojawiła się kobieta – o ile potrafiłem ją ocenić, jeszcze dość młoda – przedstawiona jako „profesor Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego”, Ewa Marciniak, która poproszona o skomentowanie szans, jakie Platforma Obywatelska ma na wydobycie się z aktualnego sondażowego upadku zanim dojdzie do kolejnych wyborów, najpierw zrobiła bardzo mądrą minę, a następnie powiedziała, co następuje: „Jeśli Platforma pozwoli na to, by być tak zwanym chłopcem do bicia, czyli że właściwie każdy w sposób niekontrolowany i wulgarny może odnosić się do rządzącej koalicji, to opinia publiczna będzie się koncentrować wyłącznie na aferach taśmowych, czas jest stracony i niewystarczający”. Proszę sobie wyobrazić, że to jest dokładnie to, co ta uczona kobieta powiedziała, w dokładnym brzmieniu, bez jednego fałszywego wtrętu z mojej strony. Zapytana, czy skoro do wyborów zostało zaledwie kilka miesięcy, a notowania Platformy pikują w tempie bardzo niebezpiecznym, to są jeszcze jakieś szanse, że oni się z tego wygrzebią, profesor Uniwersytetu Warszawskiego odpowiedziała w ten swój charakterystyczny sposób, że, owszem, ale tylko pod warunkiem, że władza zablokuje dalszą niekontrolowaną i wulgarną krytykę rządu.
Ktoś powie, że to jest nic takiego i że oni tam u siebie mają całą kupę takich ekspertów. Otóż wydaje mi się, że tym razem jednak nie. Owa Marciniak jest od nich o tyle ciekawsza, że, powtarzając wprawdzie to, czego ją nauczyli starsi koledzy, ona jednak pokazuje, jak wygląda zawodowy i intelektualny wymiar tego co musimy uznać za „nowe”. Ja to tu to tam słyszałem, że na polskich uczelniach mamy nowe pokolenie magistrów, doktorów, docentów, czy już nawet profesorów, którzy wyprodukowani przez szkolny system III RP są dziś już tylko zwykłymi idiotami. Tak jak mamy nowe pokolenie piosenkarzy, reżyserów teatralnych i filmowych, aktorów, dziennikarzy, czy pisarzy, tak samo też mamy nowe pokolenie tak zwanych „ludzi nauki”. Muszę przyznać, że jeśli idzie o mnie, ja do nich akurat nigdy nie miałem specjalnego szacunku. Już jako bardzo młody człowiek, na informację, że ktoś jest docentem, doktorem habilitowanym, czy profesorem, reagowałem w najlepszym wypadku wzruszeniem ramion, o co na przykład mój świętej pamięci ojciec miał do mnie wieczne pretensje. Kiedy jednak słucham dziś wypowiedzi takiej Marciniak, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, patrzę przy tym na nią, widzę te oczy, te usta, te myśl, która rozlewa się na jej czole, dochodzę do wniosku, że to wszystko się dopiero zaczyna, i nie mogę się powstrzymać przed pewnym bardzo szczególnym wspomnieniem. Otóż wiele lat temu miałem uczennicę, która przychodziła do mnie na lekcje w każdy wtorek rano, jeszcze przed pracą. Do dziś pamiętam, jak któregoś dnia, ona się spóźniła kilka minut, a kiedy wreszcie przyszła, poinformowała mnie bez śladu zmieszania, że się spóźniła, bo miała „rozwolnienie”, które ją dłużej przytrzymało w ubikacji. Ja wiem, że to jest z mojej strony zagranie niezbyt czyste, ale nic na to nie poradzę. Od pierwszej chwili bowiem, jak zobaczyłem tę Marciniak, pomyślałem sobie, że ona wygląda identycznie, jak tamta moja uczennica. To była dokładnie ta sama twarz, te same oczy, wręcz ten sam głos i sposób mówienia. A kiedy ona zaczęła mówić o tych „niekontrolowanych i wulgarnych atakach na rząd koalicyjny”, to ja nagle sobie pomyślałem, że tu już nawet nie chodzi o poglądy, bo to co ją tak bardzo ogranicza, nie pozwala jej ich nawet odpowiednio sformułować. Gdyby ona bowiem na pytanie, czy jej zdaniem Platforma Obywatelska zdąży do jesieni odzyskać dawną formę, odpowiedziała, że nie umie się skupić, bo ją coś ciśnie na kiszki, właściwie nic by się nie zmieniło. Dlaczego? Bo to właśnie idzie nowe. Tak właśnie się prezentuje nowe. Po 25 latach wolności, idzie nowe.
Na sam już koniec wrócę do tego, od czego zacząłem, a więc do tego bloga i do moich szanownych komentatorów. Ja wiem, jak wybitnymi ludźmi jesteście, jak cudownie jesteście wykształceni, jak oczytani, jak wiele w sobie chowacie cennych myśli, z którymi w tym nowym wspaniałym świecie dosłownie nie macie się gdzie podziać. Jestem bardzo dumny i szczęśliwy, że przyszliście tu i uznaliście, że to tu właśnie możecie się wreszcie swobodnie poczuć. Bardzo mi miło.


Jeśli ktoś ma ochotę sobie kupić którąś z moich książek, zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Naprawdę warto.