poniedziałek, 30 czerwca 2014

Komu czułki nie podpowiedziały, temu serce wymodliło

W ciągu minionego weekendu – pomijając oczywiście zwycięstwo Kostaryki nad tymi nadętymi bucami z Grecji – dwie rzeczy zrobiły na mnie wrażenie naprawdę silne. Pierwsza z nich to wypowiedź Waldemara Kuczyńskiego dla Mazurka, pod znaczącym bardzo tytułem „Moje czułki to wyczuły”, w której to ów dziwny człowiek bardzo szczerze przyznał, że on się wyleczy ze swojej obsesji na punkcie Jarosława Kaczyńskiego dopiero wówczas, gdy rzeczony Kaczyński wreszcie zechce uprzejmie opuścić ten padół. Kuczyński oczywiście we wspomnianym wywiadzie wypowiada inne, wcale nie mniej interesujące rzeczy, jednak przez swoją otwartość i pewną szczególną poetyckość, sięgającą niemal Krainy Grzybów, ta deklaracja otrzymuje u mnie pierwszeństwo.
Drugi raz ostatnio, jak poczułem ów wyjątkowy dreszcz emocji, to po wypowiedzi znanego nam już dość dobrze dominikanina, ojca Pawła Gużyńskiego, który w momencie gdy mogło się wydawać, że on już wszystkie zajmowane przez siebie pokłady opętania wyczerpał, ni stąd ni z owąd pokazał, że tam granic nie ma i równie szczerze, jak wcześniej Waldemar Kuczyński, zaproponował, by w Polsce uruchomić specjalistyczne punkty świadczące usługi aborcyjne, które będą prowadzone przez ludzi, dla których aborcja jest w pełni akceptowalnym zjawiskiem cywilizacyjnym, z myślą o kobietach w potrzebie silniejszej, niż jakiekolwiek dylematy moralne.
Jak mówię, zarówno postawa Waldemara Kuczyńskiego, jak i ojca Gużyńskiego zrobiły na mnie wrażenie szczególne, a ja mam wrażenie, że za tym nie stoi już tylko fakt, że i jeden i drugi prezentują ów rodzaj zdziczenia, który zawsze wywołuje u ludzi żyjących spokojnie i bez potrzeby szczególnych ekscesów, pewną konsternację, ale obie wypowiedzi mają w sobie coś, co je łączy nie tylko emocjonalnie, ale jak najbardziej praktycznie. Otóż odnoszę wrażenie, że zarówno Kuczyński, szantażując diabli wiedzą kogo, czy to jakiegoś kolejnego Cybę, czy może tylko służby polskiego państwa, że on nie przestanie szaleć, dopóki w okupowanej przez siebie przestrzeni będzie musiał znosić oddech Jarosława Kaczyńskiego, jak i ojciec Gużyński, również szantażując diabli wiedzą kogo, że Polska będzie niszczeć w owej tępej i beznadziejnej nienawiści między zwolennikami i przeciwnikami aborcji, dopóki nie zakreślimy odpowiednich stref wpływu i nie odgrodzimy ich od siebie wysokim płotem, przez który jedni nie będą musieli patrzeć, jak się morduje niewinne dzieci, a drudzy nie będą musieli słuchać tego irytującego brzęczenia modlitw, walczą o coś znacznie więcej, niż tylko tak zwany „ekran”. A zatem, mam wrażenie, że to co sprawia, że z jednej strony Kuczyński, a z drugiej Gużyński, tak nas sobą absorbują, to fakt, że oni obaj, jeden i drugi, zupełnie niezależnie od siebie, proponują rozwiązanie wręcz rewolucyjne, a mianowicie usankcjonowanie morderstwa dla tak zwanego dobra wspólnego. Zdaniem Gużyńskiego i Kuczyńskiego, nasza polska nienawiść, którą oni widzą, obserwują i nad nią, jako ludzie z natury dobrzy i łagodni, obaj się szalenie użalają, wymaga ofiar i oni aby ową nienawiść zaspokoić i w ten sposób przysłużyć się pokojowi społecznemu, gotowi są złożyć pewną ofiarę. Oczywiście nie chodzi o to, że jeden, czy drugi wyjdą na miasto, obleją się benzyną i podpalą. Takie gesty to oni zostawiają dla jakichś nieopanowanych desperatów. Kuczyński i Gużyński to są poważni intelektualiści, a więc rozwiązania jakie proponują, muszą być przede wszystkim skuteczne. A zatem plan jest taki: najpierw trzeba zabić Jarosława Kaczyńskiego, a zaraz po nim pewną, miejmy nadzieję że jak najmniejszą, grupę nienarodzonych dzieci. Nie należy przy tym zapominać o takiej oto możliwości, że śmierć Kaczyńskiego pozwoli osobom najbardziej dotkniętym przez tę nienawiść na tyle odetchnąć, że nawet już mordowanie dzieci może się okazać zbędne. I to byśmy mogli potraktować, jako pewien bonus.
Tak czy inaczej, czy to ze względu na niewątpliwy szok, jaki te dwa zdarzenia wywołają, czy na zwykłe opadnięcie emocji, jest szansa, że w naszej kochanej ojczyźnie wreszcie zapanuje spokój. W końcu ona na te swoje 25 urodziny z pewnością na coś od nas zasłużyła.

W księgarni prowadzonej przez Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia dwie pierwsze moje książki, wydane jeszcze pod nazwą „Toyah”. Ze względu na fakt, że to jest już koniec nakładu, a cena jest wyjątkowo atrakcyjna, serdecznie polecam. Jak ktoś nie ma, to dla siebie i znajomych, a jak ktoś ma, to na prezent. To będzie bardzo dobry prezent. Proszę również o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Przed nami miesiące kluczowe. Dziękuję.

niedziela, 29 czerwca 2014

Poproszę jedną piklowaną... kurwa... rzodkiewkę

Zgodnie z wcześniejszymi naszymi podejrzeniami, sprawa „taśm Wprostu” powoli przestaje nas zajmować, na rzecz choćby czy to zębów Luisa Suareza, czy umazanych krwią włosów łonowych w jakimś argentyńskim przedstawieniu. Ja tymczasem chciałbym już sprawę zamknąć swoim najświeższym felietonem dla „Warszawskiej Gazety”, który wprawdzie nie wnosi zbyt wiele do naszej dotychczasowej wiedzy, natomiast, mam wrażenie, że przynajmniej zwraca uwagę i mocno podkreśla to, co z tej „afery” jest dla nas najważniejsze i co jednak w ten czy inny sposób pozostanie. Zapraszam do refleksji:

W swoim poprzednim felietonie, pisanym tuż po ujawnieniu pierwszych taśm, na którym „kurwują” Belka z Sienkiewiczem i Nowak z tym drugim, skoncentrowałem się nie tyle na tym, co tam tym dziwnym ludziom wypełza z ich czarnych ust, ale na samej organizacji całego przedsięwzięcia i jego celach. Już jednak na drugi dzień po tym, jak ów tekst wysłałem do Redakcji, pojawiły się kolejne fragmenty rozmów, kolejni ich autorzy i kolejne słowa, a ja nagle odnoszę wrażenie, że dziś sytuacja nie sprowadza się już ani do tego, kto gada, ani o czym gada, ani oczywiście tym bardziej, kto to wszystko uruchomił i po co, ale wyłącznie do kwestii – być może jedynej w tym wszystkim realnej – jak gada. Tak to właśnie widzę: sposób, w jaki oni rozmawiają, dziś dla mnie stanowi jedyną w tym wszystkim naprawdę realną, a zatem interesującą kwestię.
O ile w pierwszym numerze „Wprostu” mieliśmy tego Belkę, Sienkiewicza, czy Nowaka, a więc twarze i nazwiska jednak z pierwszych stron gazet, dziś przy stoliku restauracji „Sowa i Przyjaciele” zasiadają ludzie, o których ja przynajmniej dotychczas nie słyszałem. Jacyś byli politycy, dziś biznesmeni, a może kiedyś drobni biznesmeni, a dziś politycy, czasem ani jedni, ani drudzy, jakiś kelner, który, jak się okazuje, jest tam osobą jedną z najważniejszych, i oni wszyscy związani są ze sobą i z innymi siecią tak nieprawdopodobnie ścisłych powiązań, że my z tego wszystkiego nie jesteśmy w stanie zrozumieć już nic, poza jednym – tymi „kurwami”.
Proponuję, byśmy przeprowadzili następujący eksperyment: otwórzmy sobie najnowszy numer tygodnika „Wprost” i zacznijmy czytać po kolei te rozmowy – dokładnie, linijka po linijce. Jestem pewien, że dla większości z nas, już po pierwszych trzydziestu minutach, z tego co tam jest, nie pozostanie w głowie nic, jak tylko owe „kurwy”. O czymkolwiek by oni nie rozmawiali, jakichkolwiek by interesów nie załatwiali, na samym końcu zostaje tylko to niewyobrażalne wręcz chamstwo. I nie oszukujmy się: to nie jest tak, że kiedy mężczyźni rozmawiają, to rozmawiają właśnie w ten sposób (znam bardzo wielu mężczyzn, którzy tak nie rozmawiają); nie jest też tak, że w ten sposób rozmawiają menele i margines (znam meneli i ludzi z marginesu, którzy przy Belce i Sienkiewiczu sprawiają wrażenie lordów). Tak rozmawiają ludzie, którzy albo zostali w ten sposób wychowani, czyli ci, którzy słowo „kurwa” poznali jeszcze zanim poznali słowo „mama”, oraz mafia, dla której ten język jest wyłącznie rodzajem kodu, który pozwala im się rozpoznawać. Przychodzi jeden do drugiego i mówi: „Cześć, kurwa”, na co drugi odpowiada: „Kurwa, cześć” i te słowa są jak hasło i odzew.
Jeśli chodzi o tych miłośników piklowanych rzodkiewek, myślę, że oni ze swoimi żonami, rodzicami i dziećmi tak nie rozmawiają. Najwyżej ich leją w pysk. Żeby rozładować napięcie ciężkiego tygodnia.

I to tyle. Jeśli wśród czytelników tego tekstu są osoby jakoś tam religijne, mam dziś prośbę wyjątkową. Proszę o modlitwę w intencji dzieci z domu dziecka Villa Infantil Federico Ozanam w Chilca w Peru. I to tyle na dziś.

sobota, 28 czerwca 2014

Bogdan Zdrojewski zwariował ze strachu, czy z czystej nieuwagi?

Nie wiem doprawdy, który to już raz okazuje się, że wystarczy, że się temat urodzi i zacznie raczkować, niemal w jednej chwili widać, że on już żyje własnym życiem i nie ma sposobu, by go potraktować, jak ów smutny autobus, który swoje zrobił i może zostać sprasowany. Niemal tydzień czekałem na odpowiednią okazję, by zająć się tym gazem, którym Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji, niemal jak owi kosmici z filmu Shayamalana o znakach, najwidoczniej karmi swoje sługi, a tu nagle trafiłem na dość już stary, bo sprzed dwóch niemal miesięcy, wywiad Mazurka z wówczas jeszcze ministrem kultury, a dziś europarlamentarzystą, Zdrojewskim w „Rzeczpospolitej”. Czemu Zdrojewski? Otóż on się, owszem, pojawił w moim wczorajszym tekście, jako bardzo dobry dowód na to, że Platforma Obywatelska to nie jest zwykła partia polityczna, ale projekt w pewnym sensie religijny, w dodatku religijny na poziomie, który znamy, czy to doniesień medialnych, czy nawet z dokumentalnych filmów poświęconych temu, że gdzieś tam w Południowej Ameryce tysiąc osób zgodziło się umrzeć, by już za chwilę odrodzić się w innej kosmicznej przestrzeni, a wszystko tylko dlatego, że ktoś im coś tam naopowiadał, a oni mu uwierzyli. Pamiętamy Zdrojewskiego jeszcze sprzed lat i mam wrażenie, że dla wielu z nas on był takim skromnym, w miarę porządnym, lokalnym politykiem, którego życie rzuciło akurat w objęcia Platformy Obywatelskiej, ale on tak naprawdę, jako porządny urzędnik, mógłby dobrze służyć każdemu. Pamiętamy, jak Zdrojewski miał zostać ministrem obrony narodowej, ale Tusk, widocznie uważając go za jakiegoś przybłędę, dał mu tę kulturę, no a on, grzecznie oczywiście, tę ofertę przyjął i próbował coś tam na swój określony sposób robić.
Ale pamiętamy Zdrojewskiego z jeszcze jednego wystąpienia, kiedy to podczas mszy za zmarłego w Smoleńsku swojego wiceministra Tomasza Merty przemawiał w kościele i autentycznie płakał, przepraszając za każde straszne słowo i każdy jeszcze straszniejszy czyn swoich politycznych przyjaciół, które doprowadziły do tej katastrofy i tej śmierci. Widzieliśmy beczącego Zdrojewskiego i jestem pewien, że wielu z nas zwyczajnie mu kibicowało, by jego następnym krokiem było już tylko demonstracyjne opuszczenie tego miejsca, które niesie tylko kłamstwo, cierpienie i śmierć.
I oto po latach mamy ów wywiad z Mazurkiem, a ja powiem szczerze, że czegoś takiego nie widziałem w życiu. Część z nas wie mniej więcej, jak te mazurkowe wywiady wyglądają. Pomijając rozmowy z takimi ludźmi jak Żuławski, czy Dwurnik, którzy Mazurkowi najwyraźniej czymś tam płacą, one są robione w taki sposób, by człowiek, którego on przepytuje, na koniec dostał cholery i wyrzucił go za drzwi, lub sam wyszedł, trzaskając drzwiami. Jest to wszystko oczywiście tylko pewną konwencją, no ale dzięki niej, te rozmowy potrafią być niekiedy dość ciekawe, a czasem i nawet pouczające.
Jak mówię, wywiad ze Zdrojewskim jest na tym tle czymś podwójnie szczególnym. Przede wszystkim, ja sobie nie przypominam bym kiedykolwiek miał okazję widzieć kogoś, kto od początku do końca, w najbardziej bezczelny i bezwstydny sposób kłamie, a z drugiej, właśnie z powodu tych kłamstw i ich intensywności, traktowany przez rozmówcę jak szmata, nawet się nie zarumienił ze wstydu. W rozmowie tej Mazurek robi to co zawsze, czyli wytyka Zdrojewskiemu najpierw kolejne krętactwa, potem już kłamstwa, a na końcu już, jak mówię, kłamstwa bezczelne i bezwstydne, Zdrojewski natomiast patrzy na niego tymi swoimi baranimi oczami i z uśmiechem mówi: „Ale pan jest dla mnie niedobry”. W końcu jest tak, że powstaje rozmowa w pewnym sensie najgorsza ze wszystkich dotychczasowych rozmów Mazurka, bo tam nie ma nic, tylko te kłamstwa, ich natychmiastowe prostowanie, kłamstwa kolejne, kolejny atak Mazurka i nowe kłamstwo, i nowy atak. Tam już, jak mówię, nie ma nic więcej; żadnej rozmowy, żadnego nowego tematu, żadnych emocji – tylko te kłamstwa. Wygląda na to, że nawet jeśli Mazurek na początku miał jakiś plan, by sobie ze Zdrojewskim, jak człowiek z człowiekiem, pogadać i mu tam trochę podokuczać, to Zdrojewski mu to zwyczajnie uniemożliwił.
Przypomina Zdrojewskiemu Mazurek, jak to ten obiecywał, że w Warszawie w ciągu trzech lat powstanie muzeum Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego. „I jest bliskie finału", odpowiada Zdrojewski. „Minęło sześć lat i muzeum ani widu, ani słychu”. „Jest odwrotnie”, mówi Zdrojewski. „Odwrotnie to by było, gdyby stało”, mówi Mazurek. „Stoi”, odpowiada Zdrojewski. Okazuje się, że nie stoi.
Dalej. Przypomina Zdrojewskiemu Mazurek, jak jesienią 2008 roku zapowiadał przykrycie Trasy Łazienkowskiej i otwarcie Muzeum Historii Polski. „Trasy nie przykryto, muzeum nie ma”, mówi Mazurek. „Nieprawda, znowu się pan myli”. „Tak?” pyta Mazurek. „To jedźmy do tego muzeum, chętnie kupię panu bilet”. „Minister kultury nie zajmuje się przykrywaniem Trasy Łazienkowskiej”, odpowiada wesoło Zdrojewski. „Muzeum Historii Żydów Polskich ma obsuwę”. „Przecież MHŻP stoi, mogę pana tam zaprosić!” krzyczy Zdrojewski, na co Mazurek informuje: „Stoi pusty budynek, w którym kiedyś będzie wystawa”.
Co więc się udało? Remont Arkad Kubickiego i Pałacu Pod Blachą, Muzeum Polskiego Malarstwa w Sukiennicach, Donald Tusk wbił łopatę pod Muzeum II Wojny Światowej, gdzie „jesteśmy w fazie głębokiego wykopu”.
A więc tylko remonty, mówi Mazurek, zmienia temat i pyta Zdrojewskiego o TVP. „Proszę wymienić jakiegoś członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, który należałby do Platformy Obywatelskiej. Choćby jednego!” woła Zdrojewski. Mazurek wymienia po kolei. „A czemu pan nie wspomina o członkach PiS w Krajowej Radzie?” „Bo ich nie ma”, mówi Mazurek. „Nieprawda, są!” krzyczy Zdrojewski. Okazuje się, że nie ma, na co Zdrojewski ze spokojem: „Pomyliłem się, chodziło mi o radę nadzorczą TVP, której członkiem jest prof. Wojciech Roszkowski”. „Jeden na siedmiu”, odpowiada Mazurek. „A zna pan jakiegoś członka Platformy w zarządzie TVP?” ripostuje Zdrojewski. „Braun”, mówi Mazurek. „Nie ja go tam delegowałem i nie może pan stwierdzić, że Platforma Obywatelska ma jakąkolwiek przewagę w mediach publicznych”.
I tak dalej do samego końca. Daję słowo, że tam nie ma praktycznie nic więcej, tylko ta rozmowa idioty:
- Dwa i dwa to pięć.
- Nie, proszę pana. Cztery.
- No dobra, może i cztery, ale trzy i trzy to z pewnością dwa.
- Nie. Sześć.
- Niech pan sobie myśli, co chce, ale ja mówię, że dwa.
- Ma pan trzy jabłka, a ja panu do tego daje jeszcze trzy, to ile będzie tych jabłek?
- Sześć. A więc tak jak mówiłem.
- Nie. Mówił pan dwa.
- Widocznie się pomyliłem. Nie wiem tylko, czemu pan się uparł, żeby rozmawiać ze mną o fizyce.
- Dodawanie to matematyka.
- Chyba wręcz przeciwnie.


A ja się już tylko zastanawiam, jak bardzo oni są nawet nie zdesperowani, ale zwyczajnie zatruci tą siarką, że stracili choćby podstawowy już wstyd. Przecież, cokolwiek by o Zdrojewskim nie powiedzieć, to jednak on musi mieć jakieś swoje życie, rodzinę, dzieci, wolny czas, który stara się spędzać tak jak każdy z nas. No dobra. Ktoś z nas powie to, co już było mówione wielokrotnie, a mianowicie to, że on, podobnie ja cała reszta uczestników tego czarnego projektu, ma znacznie więcej do stracenia, niż ktokolwiek z nas, i ja jestem to w stanie zrozumieć. Natomiast nie rozumiem, dlaczego on nie chce nam wysłać choćby jednego sygnału, że on tak naprawdę przez te kłamstwa prosi o ratunek. Dlaczego on, kiedy już udało mu się zostać tym europosłem i zapewnił sobie, jak to przyznał w swojej książce Migalski, jakiś milion złotych oszczędności w ciągu czterech lat, plus solidną emeryturę, nie wydusił z siebie choć jednego słowa prawdy, ale nadal – i robi to do dziś – nurza się w tym kłamstwie. Boi się, że go zabiją? Bez przesady.
Jest jednak coś, co, jak sądzę, i ich usprawiedliwia i przy okazji nam daje okazję do tego, byśmy się mogli nieco uspokoić. Otóż tam może chodzić już tylko o ten Smoleńsk. Może być tak, że ich wszystkich trzyma już tylko Smoleńsk. Każdy z nich, który spróbuje choćby drgnąć, naraża się na to, że zostanie odstrzelony, jako pierwszy. Dlaczego? Dlatego że tam był i dlatego, że nic nie powiedział. A to wystarczy, żeby się zwyczajnie bać. Innego wytłumaczenia nie mam, a to wystarczy mi, żeby się zastanawiać, czy to wszystko nie jest znacznie, znacznie prostsze. Tak bym wolał zdecydowanie bardziej. Jak zwykle, wszystko się sprowadza do tego, by nam było łatwiej żyć.

Przypominam, że w księgarni Coryllusa są do kupienia najróżniejsze, w każdym wypadku wybitnie interesujące, książki. W tym wszystkie, które dotychczas napisałem i wydałem, w liczbie pięć. Zachęcam szczerze i uczciwie. Jednocześnie, bardzo prosze o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerm konta. Dziękuję.

piątek, 27 czerwca 2014

Dlaczego poseł John Godson klęczy pod odwróconym krzyżem?

Dzisiejszy tekst, z przyczyn ode mnie zależnych tylko częściowo, musiał na swoją kolej nieco poczekać, jednak tak jak to bywa dziwnie często, okazuje się, że zwłoka ta, spowodowana przede wszystkim natłokiem innych, bardziej doraźnie istotnych tematów, wyszła sprawie tylko na dobre. Bo oto, czymże byłyby moje rozważania na temat owego opętania, jakie staje się udziałem każdego kolejnego polityka, próbującego robić karierę w Platformie Obywatelskiej, gdyby nie niedawny gest posła Godsona i jego związane z owym gestem oświadczenie?
Zacznijmy jednak od początku. Otóż praktycznie od pierwszej chwili, kiedy zacząłem obserwować to co się dzieje z ludźmi, którzy wszystkie swoje emocje i nadzieje oddali Platformie Obywatelskiej, wrażenie na mnie zrobiło to, jak sam fakt udziału w tym przedsięwzięciu, choćby w roli zwykłego sympatyka, sprowadza każdego z nich do pozycji zwierzęcia, i to w dodatku zwierzęcia reprezentującego swój gatunek w sposób wręcz symboliczny. Oczywiście zdaję sobie świetnie sprawę z tego, co z człowieka potrafi uczynić polityka. Wiem też bardzo dobrze, kim się może stać człowiek w momencie, gdy wejdzie w system korporacyjnych, czy choćby quasi-korporacyjnych, uzależnień. Nikt mi też nie musi pokazywać kolejnych polityków Prawa i Sprawiedliwości w przeróżnych kontekstach i oczekiwać, że ja się na te rewelacje zmieszam. Ja akurat nie muszę się tu niczego wstydzić, bo kim – lub czym – są niektórzy z nich, wiem nie od wczoraj, ani nawet od zeszłego roku, i tej wiedzy nigdy nie ukrywałem.
Rzecz polega na tym, że przy wszystkich powyższych zastrzeżeniach, Platforma Obywatelska i środowiska na przeróżne sposoby z nią powiązane, stanowią modelowy wręcz przykład opętania, opętania w stanie czystym, wręcz akademickim. Platforma Obywatelska – ja wiem, że to może zabrzmieć trochę zbyt melodramatycznie – to byt, którego wystarczy dotknąć palcem, by ten palec w jednej chwili nam zgnił i odpadł. Platforma Obywatelska to coś znacznie bardziej ponurego, niż wszystko, co się pojawiło w polskiej polityce ostatnio minionych lat. Moim zdaniem, nawet tak zwany Ruch Palikota, nawet Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, nawet PSL, przy Platformie Obywatelskiej jest zaledwie mało istotną kpiną. Każdy z nich może zasługiwać dla swoich szczególnych i wyłącznych powodów na ogień piekielny, jest jednak coś, co ich wobec tego, czym jest Platforma Obywatelska, usprawiedliwia. Tam bowiem przynajmniej nie ma śladu owego opętania. Tam może być zdrada, ciemne interesy, kłamstwo, nawet zbrodnia – jednak nie czuje się tam swądu tej siarki.
Kiedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, by zająć się tym tematem, myślałem, że będę pisał o ludziach takich jak ministrowie Arabski, Biernacki, czy Sienkiewicz, za których w swoim czasie poświadczali ludzie najbardziej ideowi, czyści i porządni. Ileż to razy słyszeliśmy, że no owszem, tacy Nowak, Kopacz, Tusk, czy Graś, to faktycznie ruska swołocz, ale ci tutaj to już jest naprawdę nowa jakość. Wszyscy pamiętamy Bogdana Zdrojewskiego, jak beczał na pogrzebie Tomasza Merty, przepraszał za swoje i swoich kumpli z rządu podłości, no i pamiętamy też, jak my sami wtedy sobie myśleliśmy, że no, no, ten Zdrojewski to jednak nie byle kto. I co z tego zostało dziś?
Więc oto był temat, który mnie autentycznie fascynował: jak mogło dojść do tego, że Tomasz Arabski, a więc ktoś, o kim, kiedy zostawał ministrem w rządzie Donalda Tuska, Robert Mazurek, człowiek, o którym można wiele, ale o pewnym tu jednak autorytecie, wypowiadał się wyłącznie z zachwytem, w ciągu zaledwie paru tygodni spędzonych w tym towarzystwie potrafił osiągnąć poziom, nie powiem nawet, że Donalda Tuska, ale czegoś znacznie, znacznie niżej. W jaki sposób działa ta trucizna?
Niedawno czytałem wypowiedź Jana Rokity na temat ministra Sienkiewicza i tu mieliśmy dokładnie to samo. Rokita mówi, że on Sienkiewicza zna od lat, to jest jego bliski kumpel, człowiek porządny, wręcz zacny, i on, Rokita, jest wręcz zaszokowany, widząc, do czego Sienkiewicza doprowadziło obcowanie z tym środowiskiem. A i ja sam patrzę w ekran telewizora i na ekranie tym widzę moją, jak by nie było koleżankę, Asię Kluzik-Rostkowską, jak siedzi wśród tej całej bandy wampirów i nawet się nie zarumieni ze wstydu, i czuję się naprawdę bardzo szczególnie. Dziś też czytam wywiad z posłem Mężydło, a więc człowiekiem, któremu swego czasu wspomniany wcześniej Rokita chciał budować łuk triumfalny… i widzę, jak ta plazma nawet nie drgnie.
To jest bowiem coś tak od początku do końca złego, że nawet gdyby mi któryś z nich jakimś cudem zasugerował, że jeśli zacznę pisać teksty wspierające Platformę Obywatelską, wtedy oni za to umorzą wszystkie moje długi i zapewnią spokojną starość, powiedziałbym im, wzorem bohaterów tak zwanych „taśm Wprostu”, żeby sp…dalali. Dlaczego? Bo życie mi jeszcze miłe. Zwłaszcza to wieczne.
Chciałem więc pisać trochę o tym Sienkiewiczu, trochę o Arabskim, a trochę też i o Rokicie i tym nieszczęsnym Mężydle, ale pojawił się poseł Godson, i złożył oświadczenie, że on podniósł rękę za rządem Donalda Tuska, bo jest przekonany, że Tusk to jest też wybór samego Jezusa Chrystusa, w którego Godson wierzy i którego pragnie naśladować. Nie będę się tu wgłębiał ani w dalszą część wywodów Godsona, ani nawet w choćby bardzo pobieżne objaśnianie, kim ów Godson tak naprawdę jest. Chodzi bowiem tylko o ten jeden moment, kiedy on najpierw głosuje za wotum zaufania dla rządu Donalda Tuska, a następnie, pytany, czemu to zrobił, odpowiada, że on ten gest sobie wymodlił przed Krzyżem.
Bardzo przepraszam posła Godsona, ale oczywiście wierząc w to, że on jest bardzo szczerym chrześcijaninem i porządnym człowiekiem, jestem też głęboko przekonany, że krzyż, o którym on wspomina, był odwrócony do góry nogami, tyle że jemu na chwilę przed tym, jak on się zabrał za modlitwę, któryś z jego kumpli z Platformy prysnął czymś do nosa i Godson uznał, że ten z rogami to Jezus. I ja w tym momencie już mam tylko dwie refleksje. Pierwsza, związana z samym Godsonem, jest taka, że Diabeł musi być z niego wyjątkowo dumny, a druga, już bardziej uniwersalna, że to jest wręcz niewiarygodne, jak my sami jesteśmy gotowi, by go – nie Godsona, ale tego, któremu on służy – w tej czarnej robocie wręcz wyręczać. I to prawdopodobnie właśnie po to Tenktórynieprzepuszczażadnejokazji dał nam Donalda Tuska i ten jego dziwny, a jednocześnie jakże fascynujący projekt. Żeby nam było łatwiej.

Przypominam, że w księgarni Gabriela pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia wszystkie moje książki. Szczerze zachęcam. I równie szczerze proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tego się nie utrzymamy.

czwartek, 26 czerwca 2014

Ile można dostać za utratę dowodu?

Kiedy jeszcze Rafał Ziemkiewicz funkcjonował w powszechnej świadomości, jako patron polskiej prawicy, a nie warszawski dżoler, napisałem tekst, w którym opowiedziałem o tym, jak to w mojej najbliższej okolicy, a więc w czymś co gdzieniegdzie określane jest mianem kwartału, wyrosło, jak grzyby po deszczu, 12 banków. Chwilę po tym, wspomniany Ziemkiewicz, w felietonie zamieszczonym w wówczas jeszcze „naszym” „Uważam Rze”, poskarżył się, jak to w jego okolicy powstała cała kupa banków, a on je policzył i wyszło mu ich… no nie wiem, czy akurat 12, ale kilkanaście.
Pamiętam tamto zdarzenie z czystej próżności, bo kiedy się jest skromnym blogerem, jest czymś oczywiście bardzo przyjemnym zobaczyć, jak to się człowiek staje źródłem inspiracji dla wszelkiej maści mainstreamowych publicystów, i to bez najmniejszego wstydu i opanowania z ich strony, natomiast problem banków i tego, czym one się stały w naszym świecie, absorbuje mnie już zupełnie niezależnie od tego, co się na zmianę rodzi i zdycha w głowie kogoś takiego jak Rafał Ziemkiewicz.
A zatem, wróćmy może do początku. Któregoś dnia przyszło mi do głowy, by policzyć wszystkie banki, jakie w ciągu minionych kilku lat powstały w mojej okolicy i wyszła mi liczba 12. Mamy więc te banki, a oprócz nich jedną restaurację, jeden gówniany salon gier z dwoma automatami, punkt sprzedaży kebabów, trzy sklepy ze starą odzieżą, jeden prywatny, ledwo już żywy, sklep spożywczy, dwie „Żabki”, jeden sklep papierniczy, jeden lombard, jeden punkt bukmaherski, jeden kościół, jedno więzienie i szewca, który chyba od kilku lat nie żyje. To wszystko. Reszta to już te banki.
Tak się składa, że mam znajomego, który od wielu lat pracuje na różnych, średnio eksponowanych stanowiskach w przeróżnych bankach. I proszę sobie oto wyobrazić, że podczas niedawnego spotkania, powiedział mi on, że najgorszą rzeczą, jaką możemy zrobić, to korzystać z dowodu osobistego. Jeśli mamy choć trochę instynktu samozachowawczego, pierwsze co powinniśmy zrobić, to schować dowód osobisty głęboko do szuflady i nie wyciągać go stamtąd pod żadnym absolutnie pozorem. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że jeśli go zaczniemy ze sobą nosić, może się zdarzyć, że go zgubimy, a jeśli go zgubimy, to może się oczywiście też zdarzyć, że znajdzie go ktoś na tyle zdesperowany, że pójdzie z nim do jednego ze wspomnianych wyżej banków, potem, jeśli trzeba będzie, do następnego, a następnie do kolejnego, i w końcu, przy którejś tam próbie, weźmie na niego kredyt, który my będziemy musieli spłacać. I nie będzie takiej siły na niebie czy na ziemi, która nas przed tym długiem uratuje.
W czym rzecz? Otóż te biedne dziewczyny, zajmujące się podstawową działalnością wszystkich banków, a więc sprzedawaniem kredytów, staną na głowie, by udzielić go każdemu, który o niego poprosi, nawet jeśli jest to niski brunet z wąsem legitymujący się dowodem ze zdjęciem przedstawiającym wysokiego blondyna z błękitnym spojrzeniem, bo ów kredyt daje jej dodatkowe sześćset złotych do pensji, a więc coś, co dla niej akurat może oznaczać życie. A jeśli z tego zrobi się afera, ona oczywiście straci pracę, tylko po to, by za chwilę – bez najmniejszego problemu, bo takich obrotnych dziewczyn poszukuje każdy bank – znaleźć sobie nową, natomiast właściciel dowodu z tego kredytu się nie wygrzebie, choćby się za nim wstawił sam papież Franciszek. Tak to podobno wygląda.
Opowiada mi mój znajomy, że od pewnego czasu żarłoczność banków stała się tak uderzająca, że można podejrzewać, że już niedługo ich właściciele opracują system, który będzie zmuszał ludzi do zakładania kont, brania kredytów, czy kupowania kart w sposób bezpośredni – nie drogą reklamy, czy ulicznego nagabywania, ale wręcz fizycznie. Ja oczywiście nie wiem, jak to będzie dokładnie wyglądało, ale mogę oczywiście sobie pewne rozwiązania wyobrażać. Może się więc na przykład okazać, że robiąc dowolne zakupy, choćby i za gotówkę, każdy z nas otrzyma kartę kredytową, którą będzie musiał płacić przynajmniej raz na rok, pod groźbą jakiejś tam sankcji. Może też być tak, że nie trzeba będzie akurat nic kupować, natomiast sama karta będzie musiała być corocznie odnawiana za drobną opłatą. Ale też może się stać tak, że nic z tą kartą nie trzeba będzie robić, wystarczy tylko mieć świadomość, że tam jest do wiecznej i natychmiastowej dyspozycji parę tysięcy złotych.
A może ów plan wygląda zupełnie inaczej, może oni już nam szykują coś takiego, czego nasza wyobraźnia na razie nie jest w stanie przewidzieć? Może i tak. Możliwości z pewnością jest wiele. Jedno jest jednak pewne: to wszystko idzie w tym kierunku, że banki albo zbankrutują i zamienią się w kupę gruzu, albo znajdą sposób na to, by dalej kwitnąć, a ów sposób musi się wiązać z jakimś rodzajem wymuszenia. Czy możemy się przed tym jakoś bronić. Oczywiście, jak już wspomniałem wcześniej, musimy pilnować dowodu osobistego. Myślę jednak, że niedługo może dojść do jakiejś liberalizacji systemu, w związku z czym będziemy musieli zacząć pilnować również wszelkich innych dokumentów, na których jest nasze nazwisko i adres, choćby rachunków za gaz, mieszkanie, czy energię elektryczną. Jakiś czas temu mojej młodszej córce kupowałem telefon i w celu potwierdzenia czegoś tam, musiałem w tym punkcie przedstawić jakikolwiek tego typu rachunek. Chodzi mi o to, że niedługo ów rachunek może się stać jedynym wymaganym dokumentem. A jeszcze za jakiś czas nie trzeba będzie mieć już nic. Wrócimy do domu z pracy, a w skrzynce na listy znajdziemy list, w którym będzie napisane: „Gratulujemy! Właśnie zostałeś naszym stutysięcznym klientem. Z tej okazji otrzymujesz od nas kredyt w wysokości 50 tysięcy złotych. Dzięki nowemu przyjaznemu dla klienta systemowi, nie musisz robić nic. Umowa została już przez Ciebie podpisana elektronicznie, a organizacją spłaty kredytu, jako Twój bank, zajmiemy się już osobiście. Mamy też dla Ciebie mega-niespodziankę. Szczegóły znajdziesz w SMS-ie, który właśnie został do Ciebie wysłany”.
Piiiiip!

Jeśli ktoś jest tu po raz pierwszy i mu się spodobało, informuje, że w sklepie pod adresem www.coryllus.pl można kupić wszystkie moje książki, w tym pierwszy wybór felietonów z tego bloga pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. To już jest końcówka wydania. Cena jest wyjątkowo atrakcyjna, a dodruku nie będzie. Również pozwalam sobie przypomnieć, że ten blog jest dla mnie bardzo waznym źródłem utrzymania. Jeśli więc komuś się powyższy tekst spodobał, bardzo proszę o wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.





środa, 25 czerwca 2014

Czy Luis Suarez to kosmita?

Pisałem tu już parę razy o sporcie i wydaje mi się – przynajmniej taka była moja intencja – że przede wszystkim po to, by zwrócić uwagę na coś, czego wydają się nie widzieć ani najbardziej oddani kibice sportowi, ani nawet tak zwani sportowi specjaliści, a mianowicie na to, że sport zawodowy, a więc ten, którym się pasjonujemy na co dzień w telewizji, czy osobiście na stadionach, stanowi ten rodzaj ludzkiego wysiłku, którego my tak naprawdę nie jesteśmy nawet objąć ani naszym rozumem, ani nawet naszą wyobraźnią. Weźmy takich kierowców Formuły 1. Niedawno miałem okazję oglądać film o słynnym austriackim kierowcy Nicki Laudzie, film dość nowy, a więc wykorzystujący już niemal wszystkie techniczne możliwości, jakie niesie współczesne kino, by pokazać to, co pokazać trzeba w sposób maksymalnie realistyczny. Mamy tam więc odtworzony ów słynny wyścig w ulewnym deszczu w Japonii, z którego Lauda się zresztą zwyczajnie ze strachu wycofał, podczas gdy reszta oczywiście jechała dalej. I oto nagle uświadamiamy sobie, że oni pędzą po tym torze, w tym strasznym deszczu, który jest tak gęsty, że tam nie widać już nic, tymi odkrytymi oczywiście samochodami, gdzie nie ma mowy o żadnych wycieraczkach, a więc całkowicie na ślepo, okrążenie za okrążeniem… no i jadą… i najczęściej dojeżdżają. I nie wiem, jak inni, ale ja sobie wtedy pomyślałem, że to jest coś, czego normalny człowiek nie jest w stanie zrobić. Ludzi, którzy potrafią manewrować samochodem z prędkością 300 kilometrów na godzinę, kiedy ulewny deszcz przesłania im drogę w stopniu idealnym, jest kilkunastu, ewentualnie kilkudziesięciu na świecie. I to jest koniec. Reszta stara się osiągać sukcesy na innym polu.
Popatrzmy na skoczków w dal. Oni skaczą te swoje dziewięć metrów i my oczywiście się tym emocjonujemy, bo ten skoczył 10 centymetrów mniej, a ten 20 więcej, i w pewnym momencie te dziewięć metrów staje się dla nas czymś zupełnie abstrakcyjnym, zaledwie liczbą, którą można dowolnie zmieniać i dowolnie sobie wyobrażać. A proszę, spróbujmy sobie owe dziewięć metrów przedstawić nie na ekranie telewizora, czy w artykule w gazecie, ale realnie. Przecież to jest odległość dla normalnego człowieka zwyczajnie nieosiągalna. Więcej: ona jest nieosiągalna dla żadnego człowieka, z wyjątkiem tych paru osób na świecie. Rzecz bowiem w tym, że człowiek nie jest w stanie skoczyć na odległość dziewięciu metrów.
Wszyscy strasznie się denerwujemy, że Agnieszka Radwańska wciąż jest tylko czwartą, czy piątą tenisistką na świecie i mimo, że nam tak na tym zależy, ona nie chce być pierwsza. Na świecie jest, o ile mi wiadomo jakieś 5, czy 6 miliardów ludzi, z czego załóżmy, że 3 miliardy to kobiety, i z tych 3 miliardów kobiet, Agnieszka Radwańska należy do pięciu najlepszych tenisistek. Nie wiem, ile jest na świecie kobiet, które grywają w tenisa, ile z tych kobiet gra w tenisa stale, a ile z nich ma ambicję traktować ten sport wyczynowo. Agnieszka Radwańska należy do pięciu najlepszych. Co trzeba mieć w głowie, żeby być jednym z najlepszych tenisistów na świecie? Co trzeba umieć, żeby pokonać niemal wszystkich pozostałych? My oczywiście się nad tym nie zastanawiamy. Dla nas najważniejsze jest, dlaczego on dziś przegrała i czy to może nie przez to, że się za mało stara.
I tak mógłbym opowiadać o szachistach, bilardzistach, skoczkach wzwyż, sprinterach, koszykarzach, czy golfistach. Ci z nich, o których udaje nam się niekiedy słyszeć, należą do gatunku, z którym my mamy tyle tylko wspólnego, że wyglądamy mniej więcej podobnie. Pod każdym innym względem, również, jak podejrzewam, mentalnym, oni są dla nas jak kosmici. Więcej: o tym, by robić to, co potrafi robić kierowca Kubica, golfista Tiger Woods, biegacz Usain Bolt, czy piłkarz Suarez żaden kosmita nawet nie ma co marzyć. Dlaczego? Bo ten rodzaj wyczynu jest unikalny w sposób uniwersalny i bezwzględny.
A my tymczasem patrzymy na to jak oni grają, biegają, skaczą, rzucają, czy dźwigają ciężary i mam wrażenie, że zbyt często zachowujemy się tak, jakbyśmy sądzili, że właściwie każdy z nas też by tak mógł, tyle że ponieważ jesteśmy nauczycielami, inżynierami, czy lekarzami i zajęci swoją robotą, nie mamy czasu na to by poćwiczyć i im wszystkim pokazać, jak to należy robić.
Ja wiem, że już w tej chwili każdy prawdziwi ekspert od sportu zacznie się na mnie pieklić, żebym się zamknął, bo nie mam o sporcie pojęcia, ja jednak wciąż będę to powtarzał: o tym, czym jest wyczynowy sport, tak naprawdę pojęcia nie ma nikt z nas, a ja postępuję o tyle rozsądnie, że nie dość, że się do tego przyznaję, to jeszcze przedstawiam faktyczne powody, dla których owego pojęcia mieć nigdy nie będziemy.
Od wczoraj cały świat piłkarski kipi z oburzenia na wspomnianego wcześniej przez mnie Luisa Suareza, który, jak mieliśmy okazję oglądać w telewizji wczoraj, ugryzł pewnego Włocha w ramię i prawdopodobnie przez ten gest pomógł swojej drużynie awansować do kolejnej rundy mistrzostw, a sobie załatwił karę, którą z pewnością odczuje. Wszyscy są tym, co on zrobił, jak mówię, oburzeni, ja natomiast mam tu tylko dwie refleksje, i żadna z nich nie wiąże się z jakąkolwiek niechęcią do wielkiego piłkarza Suareza. Pierwsza z nich to taka, że ja kompletnie nie rozumiem, jak można się zgadzać na to, że piłkarze mogą się prać po pyskach, walić łokciami po grdykach, kopać po kostkach, łamać jeden drugiemu nogi, i to często nie przez przypadek, czy w tak zwanym ferworze walki, ale z najczystszą premedytacją, niekiedy w autentycznej nienawiści do przeciwnika, a jednocześnie mówić, że gryzienie to już przesada.
Druga dotyczy już samego zawodnika. Co my w ogóle wiemy na temat tego, co się dzieje w głowie kogoś takiego jak Luis Suarez, podczas jednego z najważniejszych meczów jego życia, który on musi wygrać, a zostało mu jeszcze tylko 10 minut? Otóż na ten temat ani nic nie wiemy, ani wiedzieć nie będziemy, bo Suarez, przy całym szacunku, nie jest człowiekiem, ale kosmitą, a to co się dzieje w jego głowie nie przekłada się na to, co nam się może wydawać, ale choćby na owe 250 tysięcy funtów, jakie on zarabia tygodniowo w samym Liverpoolu. Dlaczego tak ciężko jest o tym pamiętać?
Ugryzł wczoraj Suarez tego Chielliniego, a ja jestem pewien, że Chiellini, jeśli w tej chwili czuje do kogoś żal, to wyłącznie do siebie i swoich kolegów z drużyny o to, że na ostanie 10 minut dali się w tak prymitywny sposób wyprowadzić z równowagi. Bo on, sam będąc wybitnym, jednym z najwybitniejszych piłkarzy na świecie, wie, podobnie jak Suarez, że na tym poziomie liczy się tylko zwycięstwo i nic więcej, a jeśli jednak to „coś więcej” zaczyna mieć znaczenie, to tylko o tyle, o ile ono im owego zwycięstwa nie odbierze. A ten ślad zębów na ramieniu? Bardzo przepraszam, ale to jest, pardon my French, gówno. Niech się cieszy, że nie leży dziś w szpitalu z otwartym złamaniem kości uda.
Pamiętam mecz tenisowy między Djokovicem a chyba Federerem, kiedy to mieliśmy finał, decydujący set, Federer przy własnym secie prowadził 5:3 i w pewnym momencie, Djokovic, nagle, kompletnie bez sensu, w geście jakiegoś idiotycznego triumfu, uniósł w górę ramiona i zaczął się kłaniać publiczności. Od tego momentu Federer nie wygrał żadnej piłki i przegrał cały mecz. Później rozmawiałem z człowiekiem, który na wyczynowym sporcie naprawdę się zna i on mi powiedział, że na tym poziomie siły są tak wyrównane, że liczy się tylko koncentracja, i tak naprawdę jedynym zadaniem zawodnika jest swojego przeciwnika zdekoncentrować, a więc na przykład zrobić coś, co sprawi, że ten choć na moment przestanie zacznie myśleć o czymś innym, niż o meczu. W tym wypadku, chodziło o to, by Federer choć na ułamek chwili zaczął się zastanawiać, czemu ten idiota się tak cieszy. A ja już dziś wiem, że gdyby w tenisie tak się dało zrobić, niewykluczone, że Djokovic podbiegłby do Federera i go ugryzł w ramię. Gdyby tylko tak można było bez większego ryzyka, lub z ryzykiem opłacalnym, zrobić, on by to zrobił. Mimo że jest osobiście miłym człowiekiem, a Federer, to jego dobry kumpel.
Ktoś mnie być może teraz spyta, po co w takim razie się tym sportem emocjonować, no a przede wszystkim, jak, skoro to wszystko się dzieje na tak dla nas niepojętym poziomie. Na to już odpowiedzi nie mam. Mogę tylko powiedzieć, jak ja to robię. Ja oglądam te mecze i zachwycam się z jednej strony tym kunsztem, tym wysiłkiem, tym poświęceniem, a z drugiej wzruszam się jak jasna cholera, kiedy widzę, jak jedni się cieszą, a drudzy płaczą. I powiem szczerze, że czym jestem starszy, tym bardziej jest mi obojętne kto jest po tej stronie, a kto po tamtej. Wystarczą mi te łzy.
A już na koniec, proszę sobie obejrzeć ten klip. On, moim zdaniem, pokazuje dokładnie to, co chciałem powiedzieć, a więc ten kosmos. Lepiej nie mozna.



Serdecznie zachęcam do odwiedzania strony www.coryllus.pl, gdzie można kupić cała kupę fantastycznych wręcz książek, w tym pięć moich, w tym dwa pierwsze „toyahy” po wyjątkowej cenie. Już niedługo powinien się ukazać nowy numer Kwartalnika, a w nim absolutnie odkrywczy mój tekst o soli. I ani słowa więcej. Prawie. Jak zwykle prosze wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziś, to jest praktycznie jedyne nasze źródło utrzymania.

wtorek, 24 czerwca 2014

Jest gorzej: Oni nie są głupi. To są psychopaci.

Przez chwilę zamiar miałem taki, by dziś, zamiast tradycyjnej notki, wstawić tu tylko poniższy film, zachęcić do refleksji i ewentualnie, jeśli komuś przyjdzie do głowy coś mądrego – komentowania. Ponieważ jednak, jak widzę, od wczoraj, a więc, od kiedy mi syn mój pokazał to coś, sprawa nabrała pewnego rozpędu, a w związku z tym siłą rzeczy pojawiły się jakieś tam obce komentarze, uznałem, że zrobię tak, że ów film faktycznie tu wkleję, poproszę wszystkich, by go sobie obejrzeli, a kiedy już wszyscy złapiemy pierwszy, czy może trzeci oddech, podzielę się z nimi swoimi refleksjami. A zatem proszę spojrzeć; to jest zaledwie parę minut:



Pamiętam, jak kiedy byłem jeszcze dzieckiem, w katowickiej Hali Parkowej, dziś wykorzystywanej przez niejakiego Mazgaja na pomieszczenia dla supermarketu Alma, znajdowało się kino, no i myśmy tam wtedy, jako że bilety były tanie, regularnie chodzili. Pewnego dnia wyświetlano tam jeden z moich do dziś ulubionych filmów, western Petera Fondy, z nim w roli głównej, pod tytułem „The Hired Hand”, czyli po polsku „Wynajęty człowiek”, no i ja – ponieważ na to akurat chodziłem przy każdej okazji – poszedłem i wtedy. Jest w „Wynajętym człowieku” scena, kiedy źli ludzie, chcąc zabrać mu konia, zabijają pewnego sympatycznego chłopaka, ów chłopak cały zakrwawiony i zapłakany, dusi się tą śmiercią, by jeszcze na sam koniec wydusić z siebie słowo „Mamo”. Okropna jest ta scena, z jednej strony bardzo wzruszająca, makabrycznie realistyczna, a z drugiej, być może ze względu na sam charakter filmu, niemal poetycka. No i stało się tak – a ja to pamiętam do dziś – że kiedy ten chłopak krztusi się tą krwią, próbuje coś powiedzieć, no i w końcu pada to ledwo zrozumiałe słowo „Mamo”, ktoś z sali krzyczy: „Ale się najeboł!”, a więc w tłumaczeniu ze śląskiego na polski: „Ale się nawalił!”
Pamiętam to zdarzenie do dziś, trochę oczywiście przez to, że film „Wynajęty człowiek” to, jak już wspomniałem, jeden z moich ulubionych filmów, no a scena ta jest naprawdę wstrząsająca, ale przede wszystkich może dlatego, że ja do dziś nie potrafię się nadziwić, że są wśród nas ludzie, którzy autentycznie, wcale nie dla zademonstrowania jakiejś niby-siły, ale naprawdę szczerze i bez śladu ironii, wykazują kompletny brak tak zwanej empatii. Chodzi mi o ludzi, którzy widząc ludzkie nieszczęście, wzruszają ramionami i mówią: „A co mnie to obchodzi? Niech spierdala!” Ludzi, którzy kiedy słyszą historię o tych dwóch chłopcach, którzy przychodzą do lokalnego spożywczaka, kładą na ladę dwa złote czterdzieści groszy i proszą o kilogram ziemniaków i dwa jajka, wybuchają śmiechem. Mówię o ludziach, którzy, słuchając naszej opowieści o tym, jak potrafi być ciężko, gdy z jednej strony wiesz, że musi być jakieś wyjście, tylko że akurat nie jesteś w stanie znaleźć odpowiednich drzwi, bo albo jesteś już tym szukaniem zmęczony, albo już ci głowa pęka od tak zwanych „dobrych rad”, mówią: „Możesz powtórzyć, bo nie słuchałem?” Mam tu na myśli oczywiście też ludzi, którzy na słowo „Smoleńsk” zaczynają rechotać i wymyślać kolejne bon moty na temat tych z nas, którzy już nie żyją, i nie ma ludzkiej siły, by ich zmusić do choć chwili refleksji. Ja wiem, że lekarze mają na tego typu mentalność swoje nazwy, faktem jest jednak to, że ja się wciąż nie mogę się przestać dziwić.
No i mamy ten film, wyprodukowany na zamówienie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Proszę zwrócić uwagę, że człowiek – to z pewnością był konkretny człowiek – który napisał scenariusz tego filmu, miał kilka zdecydowanie lepszych sposobów przedstawienia problemu. On mógł ów autobus od początku pokazać, jako jakiegoś jeźdźca apokalipsy, który mimo że cały rozklekotany i ledwo żywy zabija te dzieci; mógł na końcu zamiast tego motylka wrzucić jakiegoś złego trolla, który naciska ten guzik „stop”; mógł też, zamiast tego okropnego babska na końcu i tej prasy, wrzucić jakieś zwykłe cmentarzysko z setkami podobnych, starych autobusów, które zostały wycofane z dróg; mógł wreszcie choćby nie dawać na koniec tego idiotycznego „nie miej litości!”. Tymczasem, mamy co mamy.
Z tego co czytam, powszechny odbiór tego filmu jest taki, że jego autor i samo ministerstwo, jako zleceniodawca, to banda głupków. Otóż moim zdaniem tak nie jest. To wcale nie chodzi o to, że oni są wszyscy głupi. Problem w tym, że oni są chorzy. Moim zdaniem to nie jest banda głupców – to jest banda psychopatów. To są dokładnie tacy sami psychopaci, jak tamten ktoś sprzed lat, który w katowickiej Hali Parkowej wrzasnął: „Ale się najeboł!”.
To są wreszcie ludzie tacy jak oni wszyscy, a więc ci ministrowie, prezesi, biznesmeni, których rozmowy ostatnio publikuje tygodnik „Wprost” – ludzie których jedyną refleksją na wszystko co spotykają na swojej drodze, jest rechot połączony ze słowem „kurwa”. Mam wrażenie, że w natłoku tych wszystkich informacji, zgubiła się nam ostatnio być może najważniejsza z nich. Otóż dysponenci tych taśm i animatorzy ich publikacji zadecydowali, by nie ujawniać tego, co tam mówiono na temat „osób zmarłych”. A my oczywiście doskonale wiemy, że to wcale nie chodzi o to, co minister Sikorski, biznesmen Krawiec, czy podejrzany Nowak mówili na temat swoich zmarłych rodziców, dziadków, rodzeństwa, czy nawet Wojciecha Jaruzelskiego. Tu musiało chodzić o ich opinie na temat Sławomira Skrzypka, Anny Walentynowicz, Lecha Kaczyńskiego, czy oczywiście – może tu najbardziej – Przemysława Gosiewskiego. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że redakcja „Wprost” nie publikuje tej części rozmów właśnie ze względu na ten punkt programu. A co tam się wyprawia, tego się już pewnie nie dowiemy, natomiast jestem pewien, że gdyby wyciekł choćby fragment tych akurat refleksji, siła uderzenia byłaby tak wielka, że żadna „kurwa” w wykonaniu biznesmena Krawca, ani żaden przekręt żony ministra Nowaka, nie miałaby tu najmniejszych szans. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że widzę, jak Sieć zareagowała na wyprodukowany przez MSWiA film o smutnym autobusie. Stąd, że ja, rozumiejąc poziom politycznych kontrowersji, wiem akurat, że nie ma takiej siły, która normalnie żyjących i myślących ludzi, zmusiłaby do tego, by na widok ludzkich strzępów, wołali… no właśnie, wołali co? Cóż oni mogli sobie tam opowiadać? Jak mówię, tego nie wiemy, natomiast możemy się tego domyślić. A już z pewnością nie sądzę, żeby była jakakolwiek przesada w założeniu, że każde ich słowo może być idealnie wręcz symbolizowane przez ów końcowy napis powyższego filmu: „Nie miej litości!”
Na sam koniec, jeszcze jedna refleksja, która z tematem tej notki nie ma niemal nic wspólnego, ale nie mogę się powstrzymać. Dziś robiłem zakupy w lokalnym supermarkecie i na półce z gazetami zobaczyłem najnowsze wydanie „Newsweeka”, gdzie Lis rozmawia ze wspomnianym wcześniej Nowakiem. Proszę sobie wyobrazić, że wziąłem to do ręki, przeczytałem niemal w całości i uderzyły mnie dwa fragmenty. Pierwszy to ten, gdzie Nowak, pytany o najpiękniejszy moment swojej politycznej kariery, odpowiada, że jest to dzień, w którym po wygranych wyborach 2007 roku Platforma przejmowała władzę, a on widział „trzęsącego się jak galareta” Błaszczaka. Tego widoku, i tej satysfakcji, jak sam mówi, nikt mu do końca życia nie odbierze. Drugi moment to ten, gdy Lis pyta go o to, jak na jego polityczny upadek reagują jego dzieci. Odpowiada Nowak z dumą, że jego córka go pociesza i mówi mu, nie martw się tato, wszystko będzie dobrze, i na to – jak jakiś Filip z konopi – wyskakuje Lis i pyta go, czy w ten sposób on musiał pocieszać swoje dziecko… no i w tym momencie Nowak, jak się domyślamy, zaczyna beczeć.
Bardzo to ciekawe. Bardzo. Moim zdaniem ciekawe do tego stopnia, że osobiście, gdybym był nieco młodszy i bardziej naiwny, byłbym skłonny nawet uznać, że tak naprawdę każdy film musi się skończyć happy endem, gdyby nie jedno wspomnienie. Otóż, kiedy chodziłem jeszcze do mojej słynnej męskiej podstawówki, miałem kolegę Zbyszka, który był największym i całkowicie bezlitosnym bandytą. Do dziś pamiętam, jak któregoś dnia cała klasa została wezwana do gabinetu higienistki, gdzie miano nam pobrać krew z palca. I proszę sobie wyobrazić, że mój kolega Zbyszek, kiedy zobaczył tę kropelkę krwi na swoim palcu, zemdlał. Autentycznie i zwyczajnie zemdlał. Padł na ziemię i trzeba go było zbierać. Pamiętam to niemal tak dobrze, jak tamten okrzyk w Hali Parkowej na filmie „Wynajęty człowiek”. Tak samo dobrze, jak już do końca życia będę pamiętał owe wykrzywione tępym szyderstwem twarze wpatrujące się w to błoto.

Jak zwykle zachęcam do zaglądania na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż jeszcze można kupić moje dwie pierwsze książki po wyjątkowo atrakcyjnej cenie. I bardzo, bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Kończy sie miesiąc, a my jesteśmy maksymalnie do tyłu.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Niech się odpieprzą od meneli!

Nie dam głowy, że odbyło się to dokładnie tak, jak opisuję, a szperać po Internecie, zwłaszcza gdy idzie o ten poziom zdarzeń, zwyczajnie mi się nie chce, sens owego zdarzenia jednak z pewnością odtwarzam wiernie. Otóż na drugi dzień po ujawnieniu przez tygodnik „Wprost” rozmów prowadzonych przez ministra Sienkiewicza z prezesem Belką, Monika Olejnik zaprosiła do studia TVN tego drugiego i w pewnym momencie doszło do takiej mniej więcej wymiany:
O: Jak można używać tak wulgarnego języka?
B: Rozumiem, że kiedy pani sobie rozmawia prywatnie ze znajomymi, to rozmawiacie inaczej?
O: No tak, tyle że nas nikt nie podsłuchuje.
B: A skąd ta pewność, he, he?
Wbrew pozorom jednak nie chodzi mi wcale ani o ów końcowy fragment wystąpienia prezesa Belki, ani nawet o jego akurat słowa, ale o to, że Monika Olejnik w całej praktycznie rozciągłości potwierdziła, że owa karczmarność stylu i języka, jaką ci ludzie prezentują i która dziś robi na nas takie wrażenie, jest w tym środowisku czymś całkowicie naturalnym. Wygląda na to, że oni, rozmawiając ze sobą prywatnie, „kurwują”, „chujują” i „pierdolą” w sposób całkowicie naturalny, i to naturalny do tego stopnia, że nawet już tego nie zauważają. A ja nagle dochodzę do wniosku, i muszę powiedzieć, że traktuję to jako pewne ważne dla mnie odkrycie, że jeśli mijamy na ulicy jakiegoś durnia w bejsolówce i jego wystrojoną dziwkę z tatuażem na tyłku, a oni, rozmawiając ze sobą, właściwie nie używają innych słów, niż „kurwa”, to nie mamy wcale do czynienia – jak nam się to dotychczas wydawało – z kulturowym czy cywilizacyjnym upadkiem, ale z czymś, co możemy nazwać środowiskowym rytuałem, a może nawet kodem, który pozwala tym ludziom rozpoznawać się w obcym i anonimowym tłumie. Oczywiście, jest też możliwe, że ten chłopak, czy jego koleżanka, mówią tak jak mówią ponieważ w ten sposób rozmawiali ich rodzice i znajomi rodziców, a później ich koledzy w szkole i na podwórku, i dziś już inaczej nie potrafią, ale ja jednak biorę pod uwagę możliwość, że język jakiego oni używają stanowi zaledwie ów pewien kod, który pozwala im się skutecznie rozpoznawać w sytuacjach, gdzie wygląd czy środowiskowy kontekst nie wystarczy. Moim zdaniem, może chodzić o to, że kiedy ona mu się podoba i on nie wie, jak zacząć rozmowę, to wystarczy, że rzuci: „Cześć, kurwa, zrobisz mi laskę?”, by ona sobie pomyślała, że z niego jest fajny i wesoły gość i w ten sposób będzie bardziej otwarta.
Uważam, że bardzo podobnie wygląda sytuacja, z którą mamy do czynienia w ostatnich dniach. Jest oczywiście prawdopodobne, że prezes Orlenu, prezes NBP, czy polscy ministrowie spraw wewnętrznych i zagranicznych znaleźli się na poziomie, który dzięki mediom mamy okazję obserwować z bliska, dlatego, że to jest poziom, jaki oni wynieśli z domu. Biorę pod uwagę taką możliwość, że kiedy Radek Sikorski, będąc jeszcze dzieckiem rozlał mleko, czy potłukł kubek, jego mama lała go w pysk i krzyczała” „Patrz, kurwa, coś narobił”, no i to mu zostało. Jednak nie sądzę, żeby to tak wyglądało. Moim zdaniem, Radek Sikorski – podobnie zresztą, jak Paweł Graś, czy ten jakiś Krawiec – miał bardzo kochających rodziców, dobry dom, gdzie wszyscy byli dla siebie życzliwi i uprzejmi, co więcej również później on potrafił budować zdania bez nieustannego powtarzania słowa „kurwa”. Powiem więcej: jestem pewien, że kiedy on dziś rozmawia ze swoimi dziećmi, czy żoną, tego języka nie używa, i nie musi się przy tym jakoś szczególnie wysilać. Co innego, gdy dochodzi do rozmów, że tak powiem, biznesowych.
I tu do chodzę do sedna moich dzisiejszych refleksji. Moim zdaniem, to, że oni wszyscy, czyli Rostowski, Graś, Sienkiewicz, Belka, Krawiec, Sikorski, a ze słów Moniki Olejnik wynika, że ona też, no i też zwykła logika każe wierzyć, że cała reszta tego towarzystwa, rozmawiają w ten szczególny sposób, nie jest zdeterminowane ani ich osobistą kulturą, chamstwem, które odziedziczyli, czy zwykłym zbydlęceniem, do którego doprowadziła ich praca w tej dziwnej korporacji pod nazwą Platforma Obywatelska, ale pewnym właśnie wewnętrznym kodem, którego oni muszą przestrzegać, jeśli tylko liczą na to, że będą traktowani jako element systemu.
Spotyka się Sikorski z tym Krawcem, Krawiec mówi: „Witam, panie ministrze”, na co Sikorski odpowiada: „Dzień dobry, bardzo się cieszę, że pana widzę”… i w tym momencie wiadomo już, że panowie sobie nie pogadają. Jeden na drugiego patrzy i już tylko myśli, co jest do cholery? Co on kombinuje? Co innego jednak mamy, gdy Krawiec wchodzi do tej knajpy i od wejścia rzuca: „Cześć, kurwa”, na co Sikorski natychmiast odpowiada: „Kurwa, cześć” i od razu atmosfera się robi niemal rodzinna.
Ponieważ zauważyłem, że wbrew moim wstępnym intencjom, tekst ten zrobił się trochę kabaretowy, chciałbym powiedzieć parę słów, które mogą nam nieco popsuć nastrój, jednak bez nich się nie obejdzie. Otóż pojawiły się tu i ówdzie opinie, że język, jakiego podczas zarejestrowanych przez Służby rozmów używają politycy, to język meneli i ulicznej hołoty. Chciałem więc publicznie przeciwko tej opinii zaprotestować. Menele w ten sposób nie rozmawiają. Jak już jakiś czas temu na tym blogu pisałem, mam kolegę Krzysia, który jest menelem w klasycznym znaczeniu tego słowa i który udzielił mi nawet osobistej autoryzacji na używanie w stosunku do niego tego słowa – menel. Ponieważ Krzysio jest moim kolegą, moimi kolegami są też jego koledzy. Daję najszczersze słowo honoru, że ja nigdy w życiu nie słyszałem, żeby czy to on, czy to którykolwiek z jego zmenelowanych kumpli, kiedykolwiek użył słowa „kurwa”. Powiem więcej, ja nie słyszałem, żeby którykolwiek z nich użył kiedykolwiek słowa „dupa”, czy nawet „cholera”. Nigdy. Ani razu. A przyznać trzeba, że oni nie mają lekkiego życia. Weźmy Krzysia. Od czasu gdy o nim pisałem po raz ostatni, on stracił już jedną nogę i stopę drugiej, i jeździ na wózku. Dodatkowo jeszcze strasznie się zaniedbał i nie dość, że wygląda naprawdę tak źle, jak nigdy dotąd, to okropnie cuchnie i powiem uczciwie, że się na moich oczach rozkłada. Dziś, kiedy krążyłem między Urzędem Skarbowym a szkołą, w której pracuje moja żona, wpadłem na niego, a on mnie spytał, czy nie mam jakichś krótkich spodni, tyle że takich żeby pasowały na niego, bo ty Krzysiu jesteś trochę gruby. I proszę sobie wyobrazić, że on użył dokładnie tych słów: „Bo ty, Krzysiu jesteś trochę gruby”. Ani jednej „kurwy”, ani jednego „chuja”. Tylko tyle: „Bo ty, Krzysiu, jesteś trochę gruby”. No a ja oczywiście poszedłem do domu i coś tam dla niego znalazłem, zaniosłem mu, ale i też, proszę sobie wyobrazić, kiedy mu je dawałem, nie powiedziałem: „Masz tu, kurwa, spodnie”. Dlaczego? To chyba jasne. My, aby się odnaleźć i rozpoznać w tym świecie, używamy zupełnie innego kodu. No ale to z kolei jest najwidoczniej świat, do którego ani Donald Tusk, ani jego znajomi nie mają dostępu. I proponuję, żebyśmy zostali w tym przekonaniu, spokojnie czekając aż nadejdzie ten wiatr.

Bardzo wszystkich proszę o zaglądanie na stronę www.coryllus.pl gdzie można kupić wszystkie moje książki, a wśród nich dwa pierwsze „toyahy” po wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Dziękuję.
Przy okazji proszę o stałe wspieranie tego bloga. Wciąż jesteśmy jakieś 3 tysiący w plecy i powiem szczerze, ze jest to sytuacja nie do wytrzymania. Bez Was się nie podniesiemy. Dziękuję.

niedziela, 22 czerwca 2014

O wyższości naszych zabawek nad zabawkami z Krainy Grzybów


Nie umiem sobie w tej chwili przypomnieć, gdzie i kto mi o tym opowiedział, ale podobno w czasach głębokiego PRL-u, tak jak dziś informatycy, czy tak zwane złote rączki, największym wzięciem na Zachodzie cieszyli się polscy projektanci i producenci zabawek. Wiadomość jest taka, że dowolny człowiek, który w Polsce zajmował się produkcją zabawek, jeśli mu się udało wyjechać do Francji, Szwecji, Niemiec, czy Wielkiej Brytanii, natychmiast otrzymywał pracę w branży zabawkarskiej, a to z tego prostego względu, że posiadał coś, o czym ludzie zajmujący się tym tematem na Zachodzie nawet nie mogli marzyć: a mianowicie kosmiczną wręcz wyobraźnię. Oni, w odróżnieniu od swoich kolegów z Austrii, Szwajcarii, czy Norwegii, potrafili stworzyć coś z niczego i to w dodatku na takim poziomie zawodowstwa, by to coś fascynowało dzieci w tamtych krajach w sposób dotychczas im nieznany i niekiedy wręcz z ich punktu widzenia niewyobrażalny.
Nie wiem, ilu z nas to wciąż pamięta, ale w pewnym momencie PRL zdegenerował się do tego stopnia, że sklepy z zabawkami praktycznie zniknęły. Kiedy się to stało, dziś już nie pamiętam, ale sądzę, że mogły to być już lata 80. Kiedy w roku 1987 urodziła się nam Hanka, zabawki nie istniały. Pamiętam, że w lokalnym, zaprzyjaźnionym kiosku Ruchu w pewnym momencie pojawiły się chińskie pluszaki, które nasza pani kioskarka sprzedawała całkowicie nieoficjalnie i zapewne nielegalnie, a które myśmy oczywiście kupowali, tak by nasze dziecko mogło się nimi bawić. Pamiętam też, jak parę lat wcześniej, do Polski przyjechał któryś z dość wówczas popularnych zespołów reprezentujących tak zwaną „nową falę” – może to był Clan of Xymox, a może ktoś inny – i w wywiadzie dla pisma „Non Stop” lider zespołu, na pytanie, co go najbardziej u nas zaskoczyło, odpowiedział, że to, iż w Polsce nie ma sklepów z zabawkami. Wojciech Mann, który był wówczas redaktorem tego magazynu, bardzo się z tego dziwnego Holendra śmiał, że on jest taki głupi, zdziecinniały i płytki, ale fakt był faktem – w Polsce sklepów z zabawkami literalnie wręcz nie było. Zero. Null. Zilch.
Była natomiast owa wspomniana wcześniej wyobraźnia. Wyobraźnia zresztą wcale nie nowa i wcale nie taka bardzo dla nas fascynująca. Myśmy ją znali bardzo dobrze, świetnie ją potrafili na co dzień wykorzystywać i w najmniejszym stopniu nie traktowaliśmy jej, jako czegoś szczególnie fascynującego.
Otóż ja wciąż, do dziś i już pewnie do końca życia, będę pamiętał coś, co nazywaliśmy „widoczkami”, a co stanowiło – obok paru jeszcze równie interesujących zabaw – bardzo ważny element naszego szczenięctwa. Co to były te „widoczki”? Otóż „widoczek” to był kawałek szkła – szkła jakiegokolwiek, mogło to być nawet denko od butelki – który stanowił dla nas ekran, na którym wyświetlane były możliwie najbardziej kolorowe elementy. Procedura była taka, że najpierw rozgrzebywaliśmy ziemię na podwórku, umieszczaliśmy w niej jakiś kolorowy kwiatek, kawałek kolorowego szkła, jakiś kolorowy kamyk, strzęp jakichś koniecznie kolorowych nici, następnie przykrywaliśmy to wszystko wspomnianym wcześniej kawałkiem szkła, wszystko zasypywaliśmy z powrotem ziemią, by po pewnym czasie tam wrócić, rozgrzebać tę ziemię i patrzeć, jak spod tego szkła stopniowo zaczynają się nam wyłaniać te kolory.
Ja oczywiście bardzo nie chciałbym tu brzmieć zbyt melodramatycznie, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że ani najnowszy model telewizora Sony, ani pierwszej klasy komputer nie jest w stanie zapewnić tego rodzaju kolorów, a przy okazji tego rodzaju wrażeń i wzruszeń, co tamte „widoczki”.
Ktoś się zapyta, co mi strzeliło do głowy zajmować się tego typu głupstwami, kiedy mamy z jednej strony te mistrzostwa i naprawdę niezwykłą porcję odpowiednio inspirujących wrażeń, a z drugiej, Sikorskiego z Rostowskim dyskutujących na temat Polski, jako Murzyna współczesnego świata. Otóż nie bardzo wiem, jak mogę na to pytanie odpowiedzieć. Z tematami jest już tak, że one strzelają do głowy w sposób całkowicie niezorganizowany, a ja tylko mogę zapewnić, że mimo to, jakimś cudem, wciąż udaje mi się zachować przekonanie, że tak jak jest – jest dobrze. I że wciąż mam wrażenie, że polski przemysł zabawkarski – choćby i funkcjonując wyłącznie w podziemiu – kwitnie.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania sklepu naszego kolegi Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl, gdzie możemy kupić – niewykluczone, że już przez naprawdę niedługi bardzo czas – moje książki, w tym dwa pierwsze „toyahy” po naprawdę bardzo atrakcyjnej cenie. Przy okazji, bardzo chciałbym podziękować mojemu kumplowi Edwardowi za to, że przy okazji 28 lat naszego małżeństwa ufundował mi i mojej żonie uroczystą kolację.

A już na sam koniec, dzięki uprzejmości mojego kolejnego kumpla Orjana i z dedykacją dla wszystkich przyjaciół tego bloga, widoczek:


sobota, 21 czerwca 2014

Jak nie umrzeć w Krainie Grzybów

Dziś już nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, czy pierwszy dzień lata na datę naszego ślubu wybraliśmy sobie specjalnie, czy tu większą rolę odegrał jakiś szczęśliwy przypadek, jednak faktem jest, że pobraliśmy się 21 czerwca. Mogło więc być różnie, ale powtórzę – że w tamtym czasie, no i przez wiele, wiele lat kolejnych, ja zawsze bardzo przestrzegałem zwyczaju, by w każdy pierwszy dzień zimy, wiosny, jesieni, no i oczywiście lata, kupować mojej dziewczynie, a później już żonie, kwiaty.
Nie pamiętam też już, kiedy przyszedł ów czas, ale sądzę, że to już były lata dwutysięczne, że stopniowo zacząłem zapominać o tych kolejnych porach roku, do tego stopnia, że w końcu został nam tylko ów pierwszy dzień lata, no i rocznica naszego ślubu. Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że faktycznie, z jakiegoś nie do końca przeze mnie rozpoznanego powodu, dopiero ostatnie 10 czy 15 lat sprawiły, że zacząłem zapominać o ważnych dla mnie daty, a więc i daty imienin osób bliskich, ich urodzin, a nawet – a może przede wszystkim – swoich własnych świąt.
W zeszłym roku po raz pierwszy od roku 1984 zapomniałem o rocznicy śmierci moich rodziców. I to zapomniałem z bardzo dużym poślizgiem – takim niemal miesięcznym. Minął ten smutny marzec, zaczął się kwiecień i chyba gdzieś tak dopiero w połowie miesiąca złapałem się za głowę i jęknąłem: „O Boże! Marzec”.
Dziś też po raz pierwszy w życiu zapomniałem o naszej rocznicy. I nie jest tak, że zapomniałem, że 21 czerwca braliśmy ślub, nie jest też tak, że ja zapomniałem, że dziś jest 21 czerwca… no dobra, o tym może nie pamiętałem, ale na pewno wiedziałem, że jesteśmy mocno w drugiej połowie miesiąca, tyle że ta wiedza była dla mnie ważna z paru innych powodów, niż z tego, że 21 czerwca pani Toyahowa zgodziła się zostać moją żoną.
Wstaliśmy dziś rano, nastawiliśmy poranną kawę, wymieniliśmy pierwsze poranne refleksje, no i w tym momencie żona moja powiedziała „Happy anniversary”, no a ja zdałem sobie sprawę z tego, że pierwszy raz w życiu zapomniałem o naszej rocznicy. Całe szczęście, że ona po pierwsze jest osobą naprawdę wyrozumiałą, no a poza tym doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co życie z nami potrafi robić, więc, jak to mówią, upiekło mi się. A mimo to wciąż siedzę smutny jak nie wiem co i myślę o tym wszystkim po raz już nie wiem który.
Niedawno pisałem o człowieku, który zapewne pochłoniętym tym wszystkim, co jemu z kolei dzisiejszy świat zaoferował, nie dość że zapomniał zawieźć swoja córeczkę do przedszkola, to zostawił ja w upale, w zamkniętym samochodzie i pozwolił umrzeć w tej strasznej samotności. Starałem się go zrozumieć, współczułem mu w pewien sposób nawet bardziej niż temu dziecku, i wciąż zadawałem sobie pytanie, co się stało, że on zapomniał. A odpowiedź przychodziła mi do głowy tylko jedna: pożarło go życie. On zapomniał, bo ona, jako stały element tego życia, element w dodatku całkowicie bezproblemowy, wtopiła mu się w to straszne tło, i w pewnym momencie on zwyczajnie jej tam już nie znalazł. A dziś nagle zaczynam sobie myśleć o tych datach.
Mam dziś oto bardzo silne podejrzenie, że o ile kiedyś, jeszcze może przed dziesięciu, czy piętnastu laty, liczyliśmy czas według pewnych bardzo tradycyjnych punktów orientacyjnych, takich jak właśnie imieniny, urodziny, święta, rocznice śmierci czy ślubu, pamiętaliśmy że czwartek przynosi to, a wrzesień tamto, że za rok będziemy mieli taką uroczystość, za dwa lata inną, a za dwa tygodnie jedziemy na wakacje, teraz jesteśmy skazani wyłącznie na zegar i kalendarz w naszych komputerach, czy telefonach komórkowych, które w dodatku nie informują nas ani o rocznicach, ani o rodzinnych uroczystościach, ale wyłącznie o terminach. Spójrzmy na nas i ów 21 czerwca. Od kilku już lat moje życie – moje, bo żona z myślenia o rachunkach jest zwolniona – skoncentrowane jest nie na dacie 21 czerwca, ale na czerwcu i ewentualnie na 21 dniu każdego miesiąca. Każdy dowolny miesiąc, z mojego punktu widzenia, nie jest miesiącem obfitującym w rodzinne okazje, czy rodzinne obowiązki, lecz wyłącznie w terminy: 1, 5, 11, 15 – to są dni, które wyłącznie kojarzą się czy to z terminami spłaty kolejnej raty kredytu, czy składki na ZUS, czy jakieś kary, czy opłaty za energię lub gaz. Podobnie miesiące: moja uwaga jest skoncentrowana nie na tym, czym czerwiec jest dla mnie i mojej żony, ale na tym, czy minął zaledwie miesiąc, czy może już dwa od czasu, gdy trzeba było coś tam zapłacić, ewentualnie coś tam zrobić, a z różnych powodów nie zdążyłem. Ja, widząc, że już jest dwudziesty dzień czerwca wiedziałem tylko tyle, że do końca miesiąca zostało już tylko 10 dni, podobnie 10 dni minęło od 10 czerwca, i diabli wiedzą, co te dni nam przyniosą. Data 21 czerwca w tym całym nieszczęściu w pewnym momencie zwyczajnie dla mnie przestała istnieć. I tyle dobrego, że moja żona to rozumie. Ona pamiętała, ale znów – tyle w tym dobrego, że mnie z kolei udało się w tym wszystkim jej akurat tymi innymi datami za bardzo nie obciążać.
I myślę, że to nie jest tylko mój problem. Mam bardzo silne przekonanie, że dla wielu z nas przez te wszystkie lata okazje zostały wyparte przez terminy, i stało się to czymś tak dramatycznie intensywnym, że nawet z tym swoim wieśniackim wręcz przekonaniem, że ostatecznie wszystko się jakoś ułoży, nie potrafię się uśmiechnąć. Wygląda na to, że, w ten czy inny sposób, jest już po nas. Jedyna praktyczna nadzieja na wyrwanie się z tego kierata, to ogarnięcie tego, co się ogarnąć da, natomiast jak chodzi o to, czego ogarnąć się nie da, to już tylko możemy liczyć na boże zmiłowanie. No i zapewniać naszych bliskich, że ich kochamy. Wciąż i wbrew wszystkiemu.

piątek, 20 czerwca 2014

Pies zeżarł stenogram - wracamy do codziennych zajęć

Oto dotarła do nas kolejna wiadomość, która, mimo że oczywiście nie poszerza naszej wiedzy na temat bieżącej rozgrywki ani o jotę, to pozwala nam się, mniej więcej przynajmniej, zorientować, co do tak zwanego kierunku i perspektyw. Jak się okazuje, redakcja „Wprost”, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, nigdy nie posiadała, i naturalnie nie posiada w chwili obecnej, żadnych taśm, na których miano zarejestrować rozmowę Elżbiety Bieńkowskiej z Pawłem Wojtunikiem. Oczywiście – na wypadek gdyby pani, pan i może jeszcze ktoś, mieli się poczuć zbyt bezpiecznie – powyższa informacja została uzupełniona dodatkową, że taśmy oczywiście są, a Latkowski ma je jak najbardziej obiecane. W tej sytuacji wygląda na to, że w wojnie między służbami osiągnięto chwilowe zawieszenie broni, strony liżą rany, a jeśli idzie o nas, to póki co – przynajmniej do czasu, gdy nie nastąpi nowy kryzys – możemy, jak dotychczas liczyć na kolejne wybory, które naturalnie, tak jak dotychczasowe, zostaną sfałszowane, a reżim będzie ulegał dalszej degeneracji, do momentu, gdy niezależne sondaże zaczną wskazywać spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej do poziomu 5 punktów i nawet już skorumpowana Europa nie zniesie wyborczego oszustwa na tym poziomie.
Jest jeszcze coś. Otóż podczas gdy dowiedzieliśmy się, że taśm z nagraną rozmową Bieńkowskiej z Wojtunikiem Latkowski nie posiada, wcześniejsze plotki, jakoby gdzieś tam wśród tego towarzystwa kręcił się też Jan Kulczyk, zostały bardzo dyskretnie przysypane niemal orwellowskimi liśćmi zapomnienia i już niedługo nikt z nas nie będzie wiedział, czy ten Kulczyk tam w ogóle był, czy może nam się to tylko to wszystko wydawało.
Oczywiście, podobnie jak wielu z nas, ja również odczuwam pewną frustrację z tego powodu, że sprawa zostaje systematycznie wyciszana, jednak mam tu do opowiedzenia pewną historię, która, jestem pewien, pozwoli nam się poczuć nieco lepiej. Otóż proszę sobie wyobrazić, że dziś rano szedłem sobie do parku z naszym psem i nagle patrzę, a tu na ścieżce wśród drzew leży jakiś dokument, z wyraźnym napisem: „Taśmy Wprost. Ściśle tajne” i z zapisem rozmowy między, jak się wydaje, dwiema osobami. Niestety, nie jestem w stanie zidentyfikować bohaterów owej rozmowy, bo poszczególne wypowiedzi – zapewne dla zachowania pełnej dyskrecji – oznaczone są wyłącznie literkami „x” i „y”, natomiast muszę wszystkich zapewnić, że tam nie ma naprawdę nic ciekawego. Żadnych dosłownie sensacji, żadnych rewelacji, powiem szczerze, że nawet brzydkie słowo pojawia się tylko raz. Jednym słowem, nudy na pudy. Wygląda na to, że wszystko to, co mogłoby być uznane za ciekawe, zostało już przez „Wprost” ujawnione. No ale ponieważ czytelnicy tego bloga i tak, mimo moich zapewnień, zapewne chcą wiedzieć, co tam jest napisane, to proszę bardzo. Oto, jak sądzę, najciekawszy fragment:

X: A ty lubisz brać w d…?
Y: Lubię nie lubię, tyle że nie koniecznie od ciebie.
X: Ale ja mam naprawdę długiego.
Y: Wszyscy mają długiego. To nie jest argument. A poza tym, są rzeczy ważniejsze u mężczyzny. Na przykład inteligencja.
X: Ha, ha, ha! Nie rozśmieszaj mnie. Który z nich jest inteligentny?
Y: Daj już spokój. I tak jesteś dla mnie za stary.
X: Przecież mówię, że mam długiego.
Y: Dobra, wrócimy do tej rozmowy po wyborach. Teraz pogadajmy o sprawach państwowych, bo inaczej PiS wygra i będziemy mieli inne problemy, niż to, co ja lubię, a czego nie.

I daje słowo, że tam już nie ma nic. Dosłownie nic. Więc nie ma o czym gadać. Poza tym, nawet gdyby mnie same ABW prosiło o ujawnienie tych materiałów, i tak bym nie był w stanie tego zrobić, bo te papiery wyrzuciłem jeszcze zanim wróciłem do domu, a w dodatku mój pies – jak wiadomo, labrador – wszystko natychmiast najpierw zeżarł, a potem wydalił w postaci trawy zmieszanej z czymś nieokreślonym.
Tak więc, jak widzimy, chyba nadszedł czas, by zakończyć temat taśm i zająć się przygotowaniami do lata, wakacji i dalszej walki o przeżycie, tym razem już na poziomie znacznie bardziej nam bliskim, niż wyznaczanym przez zachowania jakichś dziwnych ludzi, których nawet za dobrze nie znamy.

No i czytajmy książki. W księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl jest ich cała masa, w tym wszystkie moje, w tym dwa pierwsze „toyahy” w niezwykle atrakcyjnej cenie. I oczywiście apel dodatkowy. Mamy naprawde ciężki kryzys. Brakuje mniej więcj 3 tysięcy złotych, żeby odetchnąć. Każdy więc gest jest wyczekiwany jak przysłowiowy dżdż (tak to brzmi po polsku?) przez przysłowiową kanię.

czwartek, 19 czerwca 2014

O redyscyplinowaniu buldogów i o tym, co dalej

Sprawy rozwijają się w takim tempie, a my jesteśmy do tego stopnia skazani na własną intuicję i podejrzenia, że cokolwiek wymyślimy dziś, już tego samego dnia wieczorem może nie mieć najmniejszego znaczenia. W poniedziałek wysłałem swój ostatni felieton do „Warszawskiej Gazety”, ukaże się on dopiero jutro, a my od wczoraj wszyscy wiemy, że czas na dyscyplinowanie sług już dawno minął. Z jakiegoś powodu cel okazuje się znacznie bardziej radykalny – oni mają zostać ostatecznie i na dobre odprawieni. Jak wiele na to wskazuje, System uznał, że Platforma Obywatelska w dotychczasowym kształcie i pod dotychczasowym przywództwem uległa takiej degeneracji, że ów stan zaczął zagrażać bezpośrednio Systemowi właśnie, i że owo zagrożenie jest tak poważne, że można nawet zaakceptować powrót Jarosława Kaczyńskiego, a więc kogoś, kto jest przynajmniej przewidywalny, do władzy.
A więc, jak mówię, mój jutrzejszy tekst dla „Warszawskiej Gazety” wymaga tego jednego uzupełnienia: tu nie ma mowy o redyscyplinowaniu; tu dokonuje się zmiana władzy. Reszta pozostaje bez zmian.

Kiedy po raz pierwszy dotarła do mnie wiadomość, że nagrano polityków Platformy Obywatelskiej, jak ci – bardzo szczerze i najwidoczniej w kompletnej nieświadomości tego, że są na celowniku – prowadzą rozmowy kompromitujące pod każdym niemal względem całą formację, zanim zdążyłem się ucieszyć, że może wreszcie, raz i ostatecznie, szlag trafi tę bandę szkodników, pojawiła się wiadomość kolejna, że mianowicie czyszczeniem tego chlewa zajmuje się tygodnik „Wprost”. A zatem, przepraszam bardzo, ale jeśli na krajowej scenie politycznej obserwuję ruchy, których animatorem jest Sylwester Latkowski, to traktuję je oczywiście poważnie, ale nie z tym rodzajem powagi, jakiej on ode mnie oczekuje. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że nie widzę możliwości, by System naczelnym redaktorem dużego tygodnika opinii czynił człowieka, który ma publiczny zarzut zabójstwa, i żeby za tym stała zwykła beztroska. Nie jest też więc możliwe, by rewelacje tygodnika „Wprost” mogły mieć dla nas na tyle znaczenie, byśmy im potrzebowali poświęcać swoje najlepsze emocje.
Popatrzmy spokojnie na to, co się stało. Przez długie miesiące niezidentyfikowane służby podsłuchują przedstawicieli reżimu, a kiedy już zbiorą w miarę pełny materiał, udają się z nim do Latkowskiego i każą mu wszystko opublikować. Czemu tam akurat, to wiemy. Ustaliliśmy wcześniej, że nie po to Latkowski tam jest, by nie było z niego żadnego pożytku. Zastanówmy się więc, po co im to wszystko? W imię jakiego pożytku? Żeby obalić rząd Platformy Obywatelskiej i pomóc Jarosławowi Kaczyńskiemu odzyskać Polskę? Nie żartujmy, proszę. A może chodzi o to, że oni w ten sposób załatwiają tylko jakieś swoje porachunki, tyle że są tak głupi, że nie wiedzą, jakie z tej prywaty mogą wyniknąć przykrości? Ja wiem, że to są ludzie źli, podli, a może i głupi, no ale żeby aż tak głupi? Nie wierzę.
A więc jaki był tego wszystkiego sens, cel i zamysł? Jakiś oczywiście był, tyle że my tego ani nie mamy możliwości się dowiedzieć, ani tak naprawdę nic nam do tego. A skoro tak, pozostaje nam tylko mieć świadomość, że z tego całego zamieszania dla nas nie wynika nic. Kto miał przez ujawnienie owych podsłuchów zostać zdyscyplinowany – zdyscyplinowany został, pozycje zajmowane przez uczestników tej gry zostały zredefiniowane, poleciał oczywiście najgłupszy z nich wszystkich, czyli Sławomir Nowak, zapewne tylko po to, by inni zobaczyli, czym grozi się zapomnieć, no a przede wszystkim, jakie to wszystko potrafi być proste i szybkie. Natomiast nam – podkreślę to jeszcze raz – nic do tego. Nawet nie wiadomo, czy nadchodzące kolejne wybory są czymś, na co warto czekać. Jeśli oni podsłuchują samego Kulczyka, ta smutna grupa dziadków, występujących jako Państwowa Komisja Wyborcza robi wrażenie dość komiczne.
A zatem, czy jest coś? Cokolwiek, co moglibyśmy uznać, jako wiadomość dla nas? Owszem, tyle że to już bardzo dokładnie określił swego czasu Poeta: „Bądź wierny. Idź.”

Zapraszam wszystkich do księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia wszystkie moje książki, plus wiele innych, równie wartych uwagi. No i z prawdziwą desperacją, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 18 czerwca 2014

Kiedy KasiaTusk wystąpi w programie "Jestem drugi"?

Jak być może część z nas zauważyła, Coryllus i ja, prowadząc te nasze blogi, nie dość że inspirujemy się wzajemnie w taki zwyczajny sposób, że on lub ja coś napiszemy, a po kilku dniach, czy tygodniach, któregoś z nas ogarną myśli, których bez owych myśli wcześniejszych po prostu by nie było, ale bywa też i tak, że owa inspiracja jest jak najbardziej bezpośrednia i błyskawiczna. To znaczy ja coś napiszę, a on na drugi dzień ten mój tekst kończy. Lub odwrotnie. Choćby niedawno, w obliczu rozpoczynających się mistrzostw w piłce nożnej, napisałem „piłkarską” notkę, którą zilustrowałem przepięknym zdjęciem postawionej przez jakieś dzieci gdzieś w Afryce prowizorycznej bramki, a Coryllus natychmiast napisał tekst o tym, jak to on, będąc jeszcze w wieku szczenięcym, z kolegami przytargali z lasu jakieś drzewo i zbudowali z niego swoją własną bramkę do gry w piłkę. A więc tak to, „dla wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego”, bywa że działa.
I oto dziś na blogu Coryllusa właśnie ukazał się tekst, plus odpowiednie linki, na temat historii rodziny Frykowskich i owej historii najnowszym rozdziale, w postaci nawrócenia Agnieszki Frykowskiej, kobiety znanej popularnie pod artystycznym imieniem Frytka. Kim była rodzina Frykowskich, wyjaśniać nie muszę; wystarczy, że przypomnę Wojtka Frykowskiego, zamordowanego przez niesławną „rodzinę” Mansona w willi Romana Polańskiego. Jeśli chodzi o Frytkę, to ona zdobyła popularność w znacznie mniej dramatycznych okolicznościach i tylko bardzo lokalnie, biorąc swego czasu udział w programie pod tytułem „Big Brother”, a później chyba coś tam śpiewając, czy występując w telewizji i kolorowych magazynach dla idiotów. I oto, jak informuje Coryllus, owa Frytka postanowiła zmienić swoje życie, poświęcając je Jezusowi i ogłosiła ten krok publicznie. I tu właśnie pojawia się pierwszy z podanych linków, gdzie widzimy tę kobietę, jak siedzi na białym fotelu, pod białą, uczepioną pod sufitem lampą i ze ściśniętym głosem opowiada o tym, jak Jezus pojawił się w jej życiu, a w rogu ekranu widnieje napis: „Jestem drugi”. Proszę popatrzeć:




Każdy z nas, kto ma w domu telewizor i od czasu do czasu korzysta z niego poza wiadomościami, czy sportem, wie, że praktycznie cała bieżąca oferta rozrywkowa sprowadza się do emisji programów powstałych na licencji projektów, które powstały już wcześniej w Ameryce, Niemczech, czy w Wielkiej Brytanii. A więc poza wspomnianym Big Brotherem, Mam Talent, Supernianią, czy jakąś Anną Marią Wesołowską, mamy też tytuły, pokazujące, jak niegrzeczne dzieci wysyłane są do nowych domów, gdzie surowi rodzice zajmą się ich wychowaniem, jak okrutny szef kuchni terroryzuje swój personel, jak kilka przypadkowych osób wydaje na zmianę kolację dla pozostałych, ci mają go wspólnie oceniać, po czym najlepsza kolacja wygrywa; mamy też program, w którym Magda Gessler odwiedza lokalne, podupadające restauracje, jakieś Warsaw Shore, nastoletnie ciąże, perfekcyjne panie domu – to wszystko są programy, których każdy dokładnie element jest powtórzony za programem wyjściowym, wszystkie nadawane są przez ogólnopolskie kanały, takie jak Polsat, TVN, czy przez polskie oddziały stacji zagranicznych, no i każdy z nich pozostaje w jakościowej relacji do oryginału, jak grupa muzyczna Kombi do, ja wiem? Muse?
I oto, jak się okazuje, program „Jestem drugi”, w którym Agnieszka Frykowska ogłosiła swoje nawrócenie jest programem dokładnie tego samego typu, tyle że pierwszym emitowanym poza głównym nurtem, jak się zdaje dziś tylko w Internecie. A nam pozostaje już tylko czekać, aż on zdobędzie taką popularność, że ITI postanowi w jego emisję zainwestować i owe świadectwa będziemy mogli oglądać w telewizji TVN.
Coryllus podaje też drugi link, gdzie możemy sobie obejrzeć fragment oryginalnej edycji programu, tym razem już pod tytułem „I Am Second”. No i tu już nie ma oczywiście ani Frytki, ani któregoś z Pazurów, ani żadnej innej polskiej gwiazdy, ale jest za to człowiek nazwiskiem Christian Hosoi, jak się okazuje były mistrz skateboardu. I tak jak mówiłem, wszystko jest identyczne, jak w wersji polskiej, to samo wnętrze, ten sam fotel, to samo oświetlenie, ta sama muzyka, ten sam sposób montażu, ten sam rodzaj wzruszeń, tyle że tam jest ten Hosoi, a tu jest nasza Frytka.
I wiecie Państwo, co jest w tym najbardziej przerażające? Otóż oglądamy tego amerykańskiego mistrza skateboardu i doświadczamy dokładnie tych samych wrażeń, co kiedy porównujemy „Britain's Got Talent”, „America's Got Talent”, a nawet „Românii au talent”, a „Mam talent” z telewizji TVN. Z jednej strony jest ten Christian, z drugiej ta Frytka i to, jak mówię, zwyczajnie przeraża. Oni nawet w nawracaniu się do Jezusa są bardziej zawodowi.
Popatrzmy na tego skateboardzistę:



A ja już tylko się zastanawiam nad jednym. Z tego co widzę, projekt „I Am Second” to przedsięwzięcie finansowane przez amerykańskich protestantów. Agnieszka Frykowska uwierzyła w Jezusa, którego pokazał jej tak zwany Kościół Reformacyjny. Próbowałem sprawdzić, co to takiego, oczywiście w Wikipedii i znalazłem tam coś takiego„Kościół Chwały – niezależny kościół protestancki działający w Polsce. Powstał w 1996 jako Kościół Chrześcijański w Warszawie grupując część członków Centrum Biblijenego „Jezus jest Panem’. Od 10 października 2003 do listopada 2013 zarejestrowany jako Chrześcijański Kościół Reformacyjny ‘Jezus Jest Panem’ przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji pod numerem 157.
Zgodnie z deklaracją na stronie internetowej, Kościół opiera się na Biblii, która jest ostatecznym źródłem i autorytetem w sprawach życia i wiary. Kościół przyjmuje apostolskie, nicejskie oraz atanazjańskie wyznania wiary. Powołuje się też na dorobek ruchów reformacyjnych, ruchu zielonoświątkowego i Nowej Reformacji Apostolskiej.
Przywódcą i przewodniczącym Rady Kościoła jest Marcin Podżorski, w skład rady wchodzą także Janusz Szarzec, pełniący funkcję pastora oraz Agnieszka Onyszczuk. Kościół ma centralę w Warszawie, oddział lokalny w Cieszynie i placówkę misyjną w Radomiu.
Chrześcijański Kościół Reformacyjny założył w maju 2004 Fundację Nadzieja dla Przyszłości, która zajmuje się dystrybucją książek, prowadzi sklep internetowy, a od 2005 wydaje Magazyn Chrześcijański ‘Cel’. Kościół jest jednym z członków Aliansu Ewangelicznego w RP”.
W tej sytuacji, to ja już naprawdę nie mam nic więcej do dodania i faktycznie już tylko czekam na nową, jesienną ramówkę TVN-u, Polsatu, czy diabli wiedzą kogo tam jeszcze… może nawet Telewizji Trwam. W końcu, skoro parę dni temu synowi słynnego pastora Billa Grahama, Franklinowi udało się wypełnić do ostatniego miejsca katowicką Katedrę Chrystusa Króla, jak mówią w Ameryce: „Sky is the limit”.

Wszystkich czytelników tego bloga zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki, w tym niektóre w prawdziwie wyjątkowej ofercie. No i jak zawsze, tyle że tym razem może bardziej desperacko, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 17 czerwca 2014

Czy prezes Belka ma dłuższego od pastora Burpo?

Kwestia ta pojawiła się trochę w komentarzach pod moim wczorajszym tekstem i pewnie nie byłoby już do czego wracać, gdyby mój kolega Coryllus w dzisiejszej notce nie poruszył sprawy pewnego amerykańskiego pastora, jego cudem wyrwanego z objęć śmierci synka i filmu o tym, że niebo istnieje naprawdę. O co chodzi? Otóż ów wspomniany pastor nazwiskiem Todd Burpo, członek kościoła o nazwie Crossroads Wesleyan Church (nie mylić z setkami innych denominacji ze słowem „crossroads” w nazwie) ogłosił, że jego czteroletni synek, znalazłszy się w stanie śmierci klinicznej, przeszedł na tak zwaną „drugą stronę”, zobaczył Niebo, a w nim anioły, świętego Piotra, Jezusa, a nawet samego Pana Boga, odbył nawet krótką rozmowę ze swoją zmarłą przed wielu laty siostrzyczką, no i wrócił, żeby swoim świadectwem podzielić się ze światem. Relacja dziecka pastora była tak sugestywna i pod każdym względem wiarygodna, że na jej podstawie powstała najpierw książka, a następnie film, a dziś jedno i drugie z ogromnym sukcesem sprzedawane jest nawet u nas w Polsce.
Coryllus, wspominając o sprawie, miał swoje własne zamiary i zrealizował je jak zawsze zgrabnie i z pożytkiem dla nas wszystkich, natomiast jeśli ja dziś do niej nawiązuję, to jednak już z zupełnie innych powodów. Otóż, jak niektórzy pamiętają, mój wczorajszy tekst oparty by częściowo fikcyjnej, a częściowo – wbrew oczywistym pozorom – jak najbardziej autentycznej refleksji człowieka, który poruszony aferą podsłuchową nagłośnioną przez tygodnik „Wprost”, w ramach radzenia sobie z dość trudną sytuacją, postanowił wszystkie swoje emocje poświęcić kwestii alergicznych problemów Jarosława Kaczyńskiego. To co mną bardzo poruszyło, to fakt, że znaczna liczba czytelników uznała mój tekst za fikcję i żart, trochę pewnie na wszelki wypadek, by po raz kolejny nie ulec złudzeniu i nie wziąć ironii za poważne refleksje, gdy tymczasem akurat żartem była tylko narracyjna forma mojej notki. Otóż w dniach, kiedy cała Polska emocjonowała się taśmami z restauracji „Sowa i Przyjaciele”, naprawdę pojawił się człowiek, który akurat przeżywał coś zupełnie innego – to mianowicie, że ze sprzedawczynią w lokalnym sklepie mógł sobie bez przeszkód i w pełnym zrozumieniu wzajemnych emocji poszydzić z Jarosława Kaczyńskiego i jego alergii. I ja oczywiście, gdybym tylko mógł, szczerze bym go zachęcił do podzielenia się swoimi refleksjami na tym blogu, a on, gdyby tylko chciał i potrafił, je tu przedstawił, natomiast przyznaję, że bardzo zależało mi na tym, by sobie poradzić bez niego, no i sobie poradziłem.
A zatem mamy ową aferę taśmową, mamy prezesa Belkę, który debatuje z ministrem Sienkiewiczem na temat długości swojego członka… przepraszam – chuja, mamy ten nieprawdopodobny wręcz rynsztok , w którym zanurzona jest codzienność najprawdopodobniej każdego z faktycznych i potencjalnych bohaterów tego szczególnego zdarzenia, mamy wreszcie Monikę Olejnik, której wspomniany Belka wbija wręcz w twarz jej zarzuty dotyczące wspomnianego rynsztoka, pytając: „A pani rozmawia inaczej?”, w odpowiedzi słysząc: „No tak, ale mnie nikt nie podsłuchuje”, z zamykającym tę wymianę, pełnym satysfakcji „Żeby się pani nie zdziwiła”. Mamy to wszystko, a tymczasem ktoś z nas, człowiek daję słowo, że taki jak my, nie może się otrzepać ze szczęścia, że Jarosław Kaczyński ma alergię i że ten fakt jest rozpoznawany nie tylko przez niego, ale też innych członków społeczeństwa.
Ktoś się zapyta, gdzie tu miejsce dla cudu, jaki się dokonał w Crossroads Wesleyan Church. Proszę, już wyjaśniam. Oto w tych samych niemal dniach, kiedy to System, dyscyplinując swoje sługi, porządkował sprawy i otwierał kolejne zakładki, spotkałem pewną znajomą panią, która zapytała mnie, czy widziałem ów film „Niebo istnieje naprawdę”. Ponieważ wiem, że pani ta jest osobą bardzo wykształconą, inteligentną a przy okazji bardzo pobożną, odpowiedziałem jej bardzo szczerze, że nie widziałem i oglądać nie mam zamiaru, bo przede wszystkim, jako człowiek mocno podejrzliwy względem owych 30 tysięcy protestanckich denominacji w Stanach Zjednoczonych, nie sądzę, by za tą całą historią stało coś o wiele szerszego, niż najbardziej przyziemne interesy owego Todda Burpo i jego kościoła, no a poza tym ja naprawdę nie potrzebuję wzmacniać swojej wiary kolejnymi cudami, bo to co już mam, w całości mi wystarcza. I proszę sobie wyobrazić, że znajoma moja – jak mówię osoba bardzo pobożna – odpowiedziała mi, że ależ tak, oczywiście, panie Krzysieńku, całe nasze życie jest cudem, popatrzmy chociaż na minione 25 lat odzyskanej Polski, jakież to piękne, że wreszcie żyjemy w wolnym kraju, który się rozwija, czyż to nie cud, że mamy swojego prezydenta, swojego premiera, te codzienne sukcesy? Bo tak, to jest prawdziwy cud, o którym jeszcze 25 lat temu nie mogliśmy marzyć, ale który nam wyprosił u Boga nasz Jan Paweł II… I tak dalej, w ten sposób. Na koniec znajoma pani powiedziała mi, że musimy się spotkać i porozmawiać, bo ona wie, że jestem człowiekiem otwartym i myślącym, a jest tyle ciekawych rzeczy, o których można podyskutować.
Oczywiście, powiedziałem jej, że bardzo chętnie, ale oczywiście wiem, że nic z tego nie będzie. W końcu, czego ona po mnie oczekuje? Że porozmawiamy sobie o alergii prezesa, czy może tego, że przyjdę i jej opowiem o moim długim chuju, i o tym, jaki to cud w tym wieku?
Tak to bowiem jest, moi mili. Ironia się już skończyła. Od dziś wszystko już będzie jak najbardziej naprawdę. Ogłosił to nam właśnie ustami redaktora Latkowskiego – System.

Przepraszam za obcesowość, ale wobec pojawiających się podejrzeń, że ja ten blog wykorzystuję do bardzo nieczystych gier, należą się nam wszystkim wyjaśnienia. OtóŻ jest tak, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy straciłem większość lekcji i dziś jest tak, że poza pensją pani Toyahowej, dwiema lekcjami na Skypie, przedwakacyjnymi resztkami korepetycji i wsparciem ze strony czytelników bloga, nie mamy praktycznie nic. Takiego kataklizmu dotychczas nie było. Pieniądze ze sprzedaży książek są natychmiast wydawane na pokrycie bieżących rachunków i kredyty, podobnie honorarium z "Warszawskiej Gazety". Poza tym nie zostaje nic. Proszę więc o nas pamiętać i w miarę mozliwości wspomagać ten blog. Bez niego, to wszystko może walnąć z dnia na dzień. Dziękuję.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Czy alergia Prezesa obroni rząd Donalda Tuska?

Wbrew temu, co mogliby sądzić niektórzy z czytelników mojego bloga, nie jestem człowiekiem agresywnym, a nawet kłótliwym. Wręcz przeciwnie, naturę mam łagodną, a jeśli niekiedy niektóre moje poglądy robią wrażenie zbyt radyklanych, to zawsze jestem gotowy do debaty, a nawet wcale nie tak rzadko do ustępstw. Nie zamykam się też wcale w kręgu ludzi, którzy mają poglądy prawicowe, czy narodowe, ale chętnie się spotykam z komunistami, anarchistami i antyklerykałami. I oto niedawno, doceniając zapewne moją otwartą naturę, pewien mój serdeczny kolega, szczery antypisowiec i wyborca Platformy Obywatelskiej, poprosił mnie, bym mu udzielił miejsca na swoim blogu, tak by mógł on skomentować najnowsze wydarzenia związane z publikacją przez tygodnik „Wprost” taśm z rzekomymi podsłuchami. Proszę więc bardzo, wysłuchajmy głosu naszego brata – leminga.

Przyznam uczciwie, że w pierwszej chwili, informacje medialne dotyczące opublikowania przez tygodnik „Wprost” stenogramów z taśm, gdzie najważniejsi politycy Platformy Obywatelskiej dyskutują na temat polskiego państwa i różnych czyhających na nie zagrożeń, wywołały we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, zawsze wiedziałem, że sytuacja nieustannego zagrożenia, w której Polska znajduje się już od lat z powodu nieodpowiedzialnej działalności Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i innych polityków PiS-u, wymaga od Platformy Obywatelskiej nie tylko stałego zaangażowania ze strony wszystkich organów państwa, ale również, niekiedy – w obliczu zdarzeń wyjątkowych – poświęcenia tradycyjnie pojmowanej praworządności na ołtarzu wyższych interesów narodu. Dlatego zatem, choć osobiście nie wierzę w to, by mogło w Polsce dochodzić do fałszerstw wyborczych, zwłaszcza, że poparcie dla Platformy Obywatelskiej jest, jak głoszą poważne media, niezmiennie wysokie, wobec dochodzących do mnie plotek, jakoby nasz rząd, kierując się najwyższym dobrem Narodu dokonał pewnych korekt w wynikach ostatnich głosowań, pragnę oświadczyć, że postawę polskiego państwa w tej wyjątkowej sytuacji gotów jestem zrozumieć. Czy bowiem, kiedy się dowiadujemy, że na nasz kraj może już za chwilę spaść klęska, która zatrzyma nasz rozwój na dziesiątki lat, ktokolwiek może stać bezczynnie?
Z drugiej jednak strony, nie będę ukrywał, że to iż w rządzonym przez Platformę Obywatelską państwie mogło dojść do czegoś tak przerażającego, jak podsłuchiwanie najważniejszych polityków przez wydawałoby się zaprzyjaźnione służby, w wydawałoby się zaprzyjaźnionych lokalach, a następnie bezkarne publikowanie tych materiałów przez, jak można było sądzić, zaprzyjaźnione media, napełniło mnie głębokim smutkiem. Naprawdę nie spodziewałem się, że rząd, który od lat wspieram, pod kierownictwem premiera, którego bez zastrzeżeń podziwiam, mógłby wykazać się taką nieroztropnością. Weekend, który minął, był dla mnie naprawdę ciężki i przyznaję, że wielokrotnie w ciągu tych dwóch dni moje serce drżało od różnych przykrych wątpliwości.
Dziś rano jednak stało się coś, co sprawiło, że do mojego życia znów zawitała radość i znów, jak dotychczas, mogłem poczuć dumę z tego, że żyję w Polsce, gdzie Jarosław Kaczyński nie ma już wpływu na nasz los i gdzie większość moich rodaków doskonale wie, jak on sobie ten nasz los zaplanował. Oto jeszcze zanim wsiadłem do samochodu, by wyruszyć do pracy, zaszedłem do osiedlowego sklepu i jak zwykle zamieniłem parę słów ze znajomą sprzedawczynią. W pewnym momencie moja rozmówczyni kichnęła, a ja spytałem, jak to się stało, że ona się przy tej pogodzie przeziębiła. „To tylko alergia” – odpowiedziała mi znajoma pani sprzedawczyni, a ja wesoło odpowiedziałem: „O, to tak jak u prezesa”. Wtedy ona spojrzała na mnie z prawdziwym oburzeniem i krzyknęła: „Niech mnie pan tylko nie porównuje do tego Kaczora”. Wszyscy w sklepie roześmialiśmy się i zrobiła się naprawdę bardzo przyjemna, rodzinna wręcz, atmosfera. A ja nagle zrozumiałem, że żadne podsłuchy, żadne rzekome afery, żadne choćby nie wiadomo jak nieodpowiedzialne, czy głupie zachowania osób, które z dnia na dzień muszą pełnić wachtę na tym naszym wspólnym, płynącym przez wzburzone morza, statku, któremu na imię Polska, nie zachwieją naszego przekonania, że minione 25 lat, jak to pięknie powiedział prezydent Komorowski, to najlepszy okres w całej naszej historii. A ta nasza prosta, ludzka solidarność, ta piękna, odwołująca się do naszej wspaniałej tradycji lat 1980 i 1989 solidarność, której jakże wspaniałym symbolem była moja dzisiejsza poranna rozmowa ze zwykłą sprzedawczynią w zwykłym osiedlowym sklepie, niech nam daje siłę nawet w najtrudniejszych momentach, również takich, jakie przeżywamy – miejmy nadzieję, że tylko przez chwilę – dziś.

Tyle głos leminga. A ja zapraszam wszystkich do księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki, w tym dwa pierwsze „toyahy” w niezwykłej promocji. Jednocześnie w autentycznej desperacji, przypominam, że bez wsparcia czytelników tego bloga, nie damy rady. Ewentualną pomoc proszę kierować na podany obok numer konta. Dziękuję