Kiedy myślę o Jerzym Stuhrze, aktorze, za każdym razem wraca do mnie ów skurwysyn – skurwysyn absolutnie modelowy, ze znakomitego filmu Feliksa Falka „Wodzirej”. Nie wiem, jakie intencje miał Falk zatrudniając do tej roli własnie Stuhra, podobnie jak nie wiem, czy, żeby odtworzyć ową rolę, Jerzy Stuhr musiał się jakoś szczególnie męczyć. Wiem jednak, ze to obślizgłe skurwysyństwo Danielaka aktor Stuhr zagrał w sposób perfekcyjny. Idealny. Ja nie umiem sobie wyobrazić lepszej gry aktorskiej, niż to co w tamtym filmie zaprezentował Jerzy Stuhr. I od tamtego czasu uważam Stuhra za aktora wielkiego.
Niestety, tamto zdarzenie niesie ze sobą taki skutek, że kiedykolwiek od tamtego czasu patrzę na Jerzego Stuhra, słucham jak mówi, widzę jak się uśmiecha – widzę natychmiast Danielaka. Znam osoby, które znają Stuhra i oni mi mówią, że to jest bardzo miły człowiek. Że Stuhr jest absolutnie okay. Że jest zdecydowanie sympatyczniejszą osobą od innego przeciętnego polskiego aktora. Pewnie tak jest. Tego nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że dla mnie Stuhr to przede wszystkim Danielak.
Nasz kolega Coryllus opublikował dziś na swoim blogu w Nowym Ekranie tekst w pewnym sensie o Jerzym Stuhrze. Tekst, którego, nie wiedzieć czemu, administracja Ekranu nie uznała za stosowne umieścić na swojej pierwszej stronie. Tekst Coryllusa jest o Stuhrze w kontekście włoskiego filmu o Janie Pawle II, którego premiera zaplanowana jest na dwa tygodnie przed Beatyfikacją. Jerzy Stuhr gra w tym filmie rzecznika prasowego Papieża, a ponieważ – jak głosi wieść – film jest lewicową karykaturą i szyderstwem, chodzi mi po głowie myśl, że reżyser filmy może mieć o aktorskiej wybitności Stuhra zdanie podobne do mojego. Nie wiem. Nic nie wiem. W dodatku nawet filmu nie widziałem. Przeczytałem natomiast tekst Coryllusa. A ponieważ Ekran mu ten tekst bezceremonialnie wyrzucił, niech znajdzie miejsce tu u nas. Zapraszam.
Na szczególną uwagę filmowców zasłużyło dwóch jedynie papieży. Pierwszy z nich to Pius XII, który ratując Żydów w Rzymie zyskał sobie miano antysemity i faszysty, a drugi to Jan Paweł II. O papieżu z Polski nakręcono bardzo dużo filmów, wszystkie – zgodnie z dominującą w polskim kinie poetyką – bardzo gówniane. Najgorszy był ten film Zanussiego sprzed lat, w którym wszystkie sceny kręcone były z ręki przez amatorów bez szkoły, bo reżyser uznał, że da to efekt artystyczny. A może się po prostu spieszył, nie wiem.
Tak się składa dziwnie, że prócz beneficjentów komunistycznej Polski takich jak Zanussi filmy o papieżach kręcą głownie reżyserzy o poglądach lewicowych. I sam już nie wiem co gorsze. Taki na przykład Costa Gavras zrobił kłamliwy film o Piusie XII, Zanussi słaby film o Janie Pawle II, a o tych filmach co się nazywają „Karol, który został papieżem” i „Papież który został Karolem” to nie chce mi się nawet pisać. Wszystkie te filmy nakręcone zostały w czystych bardzo intencjach, już to w celu uświetnienia osoby papieża, już to w celu zaprezentowania maluczkim nauk ojca świętego, a także jego wojennych przygód. Filmy wobec papieży krytyczne miały zaś przeorać świadomość wiernych i księży oraz skłonić ich do refleksji nad kondycją kościoła współczesnego, nad wyzwaniami jakie ten kościół musi podjąć dziś, nad prezerwatywami, in vitro, związkami partnerskimi i tym podobnymi frapującymi lewicowych reżyserów kwestiami. Nie powstawały te filmy na zlecenie Moskwy, reżyserom nie przyświecał żaden podejrzany cel – na przykład szantaż, nie szydzili z Kościoła z małpią złośliwością. Oni chcieli tylko samego dobra, chcieli by kościół był lepszy i to w dodatku lepszy dzięki nim.
Misja ta – wydawało się, że zakończona w roku 1989 lub trochę później – nie dobiegła końca nigdy. Przekonamy się o tym 15 kwietnia w Rzymie w czasie premiery filmu mającego cechy komedii, ale i dramatu jednocześnie, który się nazywa „Habemus papam”. Jest to opowieść o papieżu, który pod koniec życia dochodzi do wniosku, że to całe papiestwo to pomyłka i należało zostać aktorem. Reżyserem tego filmu jest Nanni Moretti, o którym dziennikarze piszą – lewak. Fakt, że film będzie dystrybuowany tuż przed uroczystościami beatyfikacji Jana Pawła II to oczywiście przypadek, a jak ktoś będzie coś sugerował to mu się powie, że nie można przecież krępować wolności sztuki. Nie krępujmy więc.
W filmie jedną z kluczowych ról zagra Jerzy Stuhr, który od dłuższego już czasu daje wyraźne dowody na to, że miejsce z którego wyrastają mu nogi wcale nie znajduje się w Krakowie, ani nawet w Tyńcu. Gra tam Jerzy Stuhr papieskiego rzecznika prasowego. Który musi obserwować tę mękę swojego szefa, dochodzącego do wniosku, że kościół, Pan Bóg, Przenajświętsza Panienka i cała reszta to wszystko nic nie warte, bo on tak naprawdę chciał być aktorem. W wywiadzie, którego Jerzy Stuhr udzielił „Newsweekowi” napisane jest wyraźnie, że film jest wyrazem głębokiego humanizmu reżysera. Głębokiego humanizmu – podkreślam. Przypominam także, że Costa Gavras, który nakręcił przed laty film o Piusie XII także był humanistą. I także głębokim, bo lewicującym.
Wywiad ze Stuhrem pełen jest rozczulających i pięknych kwiatków. Jest oto pan Jerzy pewien, że film nie wywoła w Polsce skandalu, a jak wywoła no to co – nie ma się czym przejmować, bo Kościół przecież musi liczyć się z wymogami pędzącego naprzód świata. O ten skandal pyta bez przerwy przeprowadzająca wywiad Magdalena Rigamonti. Opowiada pan Jerzy tym, że – mimo iż katolikiem jest i praktykuje – nie zależy mu na opinii biskupów, a najmniej na opinii kardynała Dziwisza. Najlepsze jest jednak na koniec – pyta go ta cała Magdalena czy obserwuje kryzys kościoła w Polsce. Na co Stuhr, że tak, obserwuje. No to ona dalej; czy chodzi o prezerwatywy, związki partnerskie, itp. Nie – mówi Stuhr – mnie najbardziej przeszkadza to mieszanie się do polityki. I politycy, którzy są tak ulegli wobec kościoła. Tak to jest tam napisane i przekazuję wam to świadom, że popędzicie do kiosków i nakład tej nędznej gazeciny skoczy wyraźnie przez to do góry. Tak właśnie powiedział Jerzy Stuhr – przeszkadza mu mieszanie się Kościoła do polityki i politycy ulegli wobec Kościoła.
Nie muszą tłumaczyć czym jest dzisiaj mieszanie się Kościoła do polityki, czym będzie ono w kwietniu w Warszawie i całej Polsce, kiedy ten gniot będzie miał premierę w Rzymie, nie muszę mówić czym będzie ono w maju kiedy będą się odbywać uroczystości beatyfikacyjne, a film tego przepełnionego humanizmem skurwysyna będzie dystrybuowany w kinach całej Europy. Nie muszę także mówić, który z polityków w Polsce może być przez Stuhra uważany za uległego wobec Kościoła.
Mówi także Stuhr o tym, że lubi chodzić do kościoła we Włoszech, bo tam mało się mówi o polityce. Rozumiem, że w latach osiemdziesiątych pan Jerzy nigdy nie był na Żoliborzu, bo w tamtejszych kościołach o polityce mówiło się sporo i cena jaką przyszło za to mówienie zapłacić także była spora.
Być może aktor nie zdaje sobie z tego sprawy, może te włoskie kazania, których słucha mają jakieś narkotyczne właściwości, ale w Polsce, ci którzy nie czytają Newsweeka, a wezmą go do ręki teraz, kiedy przeczytają ten tekst, nie będą mieli cienia wątpliwości kim jest Jerzy Stuhr i do czego nawołuje. Nie będą także mieli wątpliwości jaką atmosferę buduje się w Polsce przed uroczystościami beatyfikacyjnymi i co to ma wspólnego z czasami kiedy w prasie ukazywały się teksty podpisane REM. Ludzie w Polsce mają bowiem już coraz mniej wątpliwości, i do tego, by się ich pozbyli całkiem, nie trzeba już nawet mordować księży. Naprawdę. Wystarczy jeden wywiad w poczytnym tygodniku.