Ponieważ ostatnio telewizji nie oglądam wręcz odruchowo, myślę, że musiałem to przeczytać w Internecie. Monika Olejnik rozmawia z kimś – nie pamiętam zarówno z kim, jak i czy dla Radia Zet, czy dla TVN24 – z politycznych sfer, kiedy to w pewnym momencie, wspominając nazwisko prokuratora Engelkinga, rzuca – wręcz w zamyśleniu, kompletnie bez szczególnych intencji, jakby stwierdzała powszechnie znany fakt – że prokurator Engelking to ciemna postać rządów Prawa i Sprawiedliwości. Nie mam oczywiście pewności, czy tam padło akurat słowo „ciemna”, czy może jakieś inne, w każdym razie myśl była jedna: prokurator Engelking to pisowska wpadka i to nie jest opinia, lecz fakt. Co sprawia, że Engelking to wpadka? Co sprawia, że ta wpadka wciąż tak mocno brzmi po latach? Oczywiście owa słynna konferencja multimedialna, podczas to której została przedstawiona wizyta ministra Kaczmarka w hotelu Mariott. Dlaczego ta konferencja stanowiła wpadkę? Tego akurat Monika Olejnik już nie wyjaśniła, ale jestem przekonany, że wyłącznie dlatego, że jakoś głupio tłumaczyć rzeczy oczywiste i powszechnie znane.
Od wspomnianej konferencji minęło już kilka dobrych lat i wszystko nagle stało się tak stare, że nawet jeden z ważniejszych bohaterów tamtych wydarzeń zdążył się powiesić, inny został zamordowany, a po wielu innych ślad zaginął. Ja jednak pamiętam ją dosyć dobrze i pamiętam też moją, na to co nam prokurator pokazał, reakcję. Pamiętam przedstawiającego sprawę Engelkinga, pamiętam te filmy, tego snującego się po hotelowym korytarzu Kaczmarka i pamiętam to napięcie, jakie zwykle nas ogarnia, kiedy wiemy – tym razem już na pewno – że sprawiedliwości wreszcie stanie się zadość, a prawo zatryumfuje. Pamiętam też więc znakomicie, że kiedy prokurator Engelking, zdaniem Moniki Olejnik, dożywotnio się kompromitując, zapisywał dzieje polskiego niepodległego wymiaru sprawiedliwości najbardziej czarnymi zgłoskami, nawet przez moment zdarzenia nie potoczyły się tak, że, czy to on sam, czy ktokolwiek z jego asystentów, nagle wyciągnął pistolet i sobie przestrzelił policzek. Może o czymś zapomniałem – w końcu coś na rzeczy musiało być, skoro taka Monika Olejnik do dziś nie może się po tym, co tam zobaczyła otrząsnąć. Może Engelking rzeczywiście w pewnym momencie wyjął pistolet, wsadził go sobie w usta, i zrobił sobie gustowny tunel w policzku. Tak mogło się zdarzyć. Natomiast stanowczo nie przypominam sobie, by już za chwilę okazało się, że i ten tunel, i ten pistolet i ten strzał, to była taka tylko demonstracja obliczona na to, że ktoś to zobaczy i się przejmie. Nie pamiętam też, by prokurator Engelking opowiadał, że on w ten sposób chciał zademonstrować swój protest przeciwko szkalowaniu dobrego imienia ministra Ziobry, no i wreszcie nie pamiętam, żeby Ziobro po tym wydarzeniu wystąpił publicznie i oświadczył, że on się z Engelkingiem zgadza co do joty. No i nie pamiętam też, by prezydent Kaczyński wezwał obu do siebie i powiedział im, że jest okay i obaj mają działać.
Pamiętam natomiast cos innego. Pamiętam bardzo dobrze, że po tej konferencji pod adresem Prawa i Sprawiedliwości, rządu i samego Premiera, skierowany został tak niesłychanie agresywny atak, że jego ostatecznym rezultatem była dymisja rządu, rozpisanie nowych wyborów i odsunięcie Prawa i Sprawiedliwości od władzy. Atak oczywiście był w znacznym stopniu polityczny, jako że treść konferencji Engelkinga kompromitowała właściwie całą ówczesną polityczną i gospodarczą elitę, i owa elita natychmiast stworzyła koalicję, natomiast, jak się zdaje, główny atak poszedł jednak na poziomie mediów. To przede wszystkim media wzięły na siebie obowiązek zniszczenia prokuratora Engelkinga, całego szefostwa Ministerstwa Sprawiedliwości, no i w efekcie rządu. To właśnie dziennikarze pokazali, co znaczy społeczna kontrola nad władzą.
A ja się dziś zastanawiam, co by było, gdyby wtedy prokurator Engelking najpierw pokazał ten film, potem wygłosił płomienną mowę w obronie prawa i sprawiedliwości, następnie wyprowadził dziennikarzy z sali i wreszcie przestrzelił sobie ten policzek? Co by było gdyby się okazało, że on sobie tak naprawdę nic nie przestrzelił? Natomiast cała ta akcja, to była zwykła bujda na użytek publiczności, że to niby PiS jest tak zdesperowany walką o czystość życia publicznego, że jego poszczególni funkcjonariusze powoli zaczynają działać jak kamikadze. Że niby, kiedy na szali jest honor, nie liczy się ani zdrowie ani życie. Co by było, gdyby po tym co się stało, Jarosław Kaczyński nie powiedziałby nic, bo akurat bawił z kotem na wakacjach w Juracie, natomiast Lech Kaczyński wezwałby do siebie obu panów i powiedział, że mają dalej działać dla dobra Ojczyzny?
Rozwiązań jest oczywiście cała masa. Natomiast jedno można przyjąć ze stuprocentową pewnością. Oczywiście media obu durniów by tak zniszczyły, że nie zostałaby z nich mokra plama, natomiast System znalazłby sposób, by Lecha Kaczyńskiego i Jarosława Kaczynskiego w jednej chwili, i dożywotnio pozbawić stanowisk. Pozostaje jeszcze głos opinii publicznej. Jak by zareagowała opinia publiczna? Czy tak jak dzisiaj, wzruszyłaby ramionami i powiedziała, że ona się polityką nie interesuje, czy może wpadłaby w czystą, niczym nieskrępowaną furię? Tego nie wiem. Jak na dziś, z opinią publiczną wielkiego kontaktu nie mam. Jedynym praktycznie jej przedstawicielem jest mój dobry kolega Michał Dębiński. Michał, może Ty mi powiesz, co byś wtedy napisał na swoim blogu? Że Polska to jest co? I że jaki dla niej ratunek?
Przypominam wszystkim, że książka z wczesnymi felietonami z tego bloga jest do nabycia w księgarni u Coryllusa i w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo”. Niezmiennie też proszę wszystkich, których na to stać, by wspierali ten blog pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.