sobota, 30 kwietnia 2011

Czy patriotyzm jest pop?


Mam wrażenie, że już kiedyś o tym opowiadałem, ale ponieważ jest ku temu dobra okazja, opowiem raz jeszcze. Otóż pamiętam, jak swego czasu, jeszcze na początku lat 90. prowadziłem kurs językowy, na który przychodziła głównie młodzież licealna. Młodzież jak to młodzież. Nic szczególnego, ani w jedną, ani w drugą stronę, choć przyznam, że dziś, z perspektywy czasu, mam wrażenie, że oni akurat byli lepsi. I było też tak, że zgodnie z przyjętą metodyką uczenia, lubiłem od czasu do czasu puszczać tym dzieciom piosenki. I znów, piosenki, jak to piosenki – nic szczególnego, z tym zastrzeżeniem, że trzeba było zadbać o to, by tekst był przejrzysty i językowo w miarę poprawny. To co zaobserwowałem, to to, że młodzież, która była mi powierzona – w większości bardzo zdecydowani miłośnicy współczesnej muzyki rockowej – za każdym razem, kiedy akurat nie śpiewał Kurt Cobein lub Eddie Veder, demonstracyjnie dawała mi – i sobie nawzajem – do zrozumienia, że taką muzykę, to oni mają w pogardzie. Jak ta demonstracja wyglądała w praktyce? Otóż ja na przykład puszczałem im Beatlesów, Rolling Stonesów, czy Boba Dylana, albo nawet coś współczesnego, tyle że bardziej alternatywnego, a oni natychmiast zaczynali klaskać i szyderczo się kołysać, tak jak to się dzieje na jakichś lokalnych festynach. Pamiętam nawet, jak oni któregoś dnia zaczęli się głupio kołysać przy Lidii Lunch. Po co? Normalnie. Żeby zademonstrować, że oni świetnie wiedzą, że to co akurat leci, to pop. W odróżnieniu od wyższej sztuki, a więc Nirvany i Pearl Jam.
To zachowanie stało się tak obsesyjne, że w pewnym momencie w ogóle przestałem im puszczać piosenki, uznając, że to kompletnie nie ma sensu. Gdyby jeszcze ich muzyka w ogóle nie interesowała, to można by było na coś liczyć. Jest piosenka, jest tekst, trzeba go zrozumieć i coś tam z nim zrobić. Natomiast większość z nich stanowili autentyczni fani. Gdyby im dać do wypełnienia jakąś w tym temacie ankietę, oni by prawdopodobnie odpowiedzieliby, że muzyka jest ich pasją. Oni muzyki słuchają, na muzyce się znają, przy muzyce odrabiają lekcje, noszą wciąż ze sobą te odtwarzacze, jak jest jakiś koncert, to oszczędzają pieniądze i rzucają wszystko, żeby w nim wziąć udział… tyle że pod warunkiem, że to nie będzie pop. Pop, czyli co? Pop, czyli wszystko, z wyjątkiem tego, co oni akurat lubią słuchać, a więc Kurt Cobein i Eddie Veder.
Wspomniałem sobie tamte czasy przy okazji ślubu księcia Williama i Kate Middleton, a raczej może nie samego ślubu, lecz reakcji, jakie ów ślub – i cała jego oprawa – wywołał wśród gwiazd naszego życia publicznego. O co poszło? Otóż – o ile się zdążyłem zorientować – rozpoczęło się wszystko wczoraj, kiedy to Józef Oleksy w programie Kropka nad i oświadczył, że jego całe to zamieszanie nie interesuje i on, gdyby nawet został zaproszony, to jeśli by pojechał, to niechętnie. Dziś z samego rana dotarła do mnie informacja, że Aleksander Kwaśniewski nie ma żalu do brytyjskiej królowej, że go nie zaprosiła na ślub swojego wnuka, bo gdyby na przykład za mąż wychodziła jego Ola, to on Królowej też by nie zapraszał. A później już tylko miałem okazję obserwować, jak pogarda dla tego wydarzenia i wszystkiego co ono symbolizuje, nie obejmuje już tylko środowisk post-komunistycznych, lecz przekracza wszystkie możliwe bariery polityczne, kulturowe i cywilizacyjne. Już nie jest tak, że jest sobie jakiś młody komuch Kalita i kiedy widzi gdziekolwiek ślad monarchii, czy w ogóle porządku choćby minimalnie opartego na tradycji, czuje wyłącznie pełne wstrętu rozbawienie, i rozgląda się za naganem. Okazuje się bowiem, że akurat jeśli idzie o królewski ślub, nasza społeczno-polityczna śmietanka ma poglądy identyczne. Oni są wszyscy bardzo kulturowo zaawansowali i popu nie lubią. Popu, czyli czego? No, wszystkiego, o czym na przykład wspomina prasa kolorowa.
Kto mi wypełnia moje emocje, kiedy piszę ten tekst i się oburzam – bo istotnie się oburzam – że właśnie to wydarzenie, wydarzenie, które jak chyba żadne inne symbolizuje wielkość świata, który nieuchronnie odchodzi w niebyt, jest w stanie wywoływać w niektórych umysłach wyłącznie pogardę i szyderstwo? Jak zwykle w takich chwilach, myślę o tak zwanych „naszych”. Dziś otóż właśnie, razem z komunistami Oleksym, Kalitą i Kwaśniewskim i jakimś niedorobionym pajacem z Platformy Orzechowskim, w sprawie ślubu postanowili zabrać głos dwaj politycy Prawa i Sprawiedliwości, Hofman i Czarnecki. No i wpasowali się w to towarzystwo idealnie. Oto bowiem Wielka Brytania na te kilka absolutnie wyjątkowych dni pokazuje światu piękno i przepych być może najbardziej autentycznego w historii świata obyczaju, a więc czegoś co nazywamy historią i dziedzictwem, i w dodatku robi to z taką pieczołowitością i jednocześnie pogardą dla tak zwanego postępu, ci wszyscy ludzie, czekający na to wydarzenie dzień i noc w namiotach, obleczeni w narodowe flagi, przez te kilka dni, jakby zupełnie zapominają o tym, co ich w gruncie rzeczy zdeprawowało i pozbawiło moralnej i kulturowej bazy, a tych dwóch durniów opowiada nam o tym, co właśnie przeczytali w jakiejś niemieckiej kolorowej prasie, i jakie ta wiedza wzbudziła w nich refleksje.
Ja oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę z tego, co się wokół mnie dzieje i jak fatalnie zmienia się świat. Ja patrzę na te królewskie uroczystości, słyszę potężne dźwięki ‘Jeruzalem’i naturalnie oprócz tego kościoła, tych powozów, tych żołnierzy, tych flag, widzę tego Beckhama z żoną, tych dwóch pedałów, z których jeden udaje męża, a drugi żonę, widzę tę dziwną kobietę odstawiającą tam biskupa, ten tak zwany anglikanizm… widzę wszystko, co świadczy jednak nie o podłości świata, który odchodzi, ale o podłości świata, który najwidoczniej zarówno Hofmanowi jak i Czarneckiemu świetnie pasuje. Ale ja też doskonale wiem, skąd się ten cały rytuał wziął. Wiem, jak bardzo za nim się ciągnie zbrodnia i okrucieństwo czasów minionych. Ja to wszystko wiem. Natomiast, kiedy widzę Davida Beckhama w cylindrze, to wiem, że ktoś – albo może coś – kazał mu ten cylinder założyć. Że on w żadnym wypadku nie mógł sobie pozwolić na to, by pojawić się tam w stroju jaki uznali za stosowne nasi gwiazdorzy, gdy im wręczano jakieś Telekamery, czy jak się ta smutna impreza nazywa. Kiedy widzę Eltona Johna z tym drugim pedałem, wiem oczywiście, że nie jest dobrze, ale zauważam też i fakt, że on tam nie przyszedł w różowym staniku i damskich majtkach, lecz w cylindrze. Bo inaczej by go tam nie wpuścili. Bo tam się odbywał poważny, tradycyjny rytuał, a nie nowoczesna bibka.
Mnie nie obchodzi ani Oleksy, ani Kwaśniewski, ani Kalita, ani też to coś z Platformy Obywatelskiej, co nagle odnalazło swoją być może jedyną szansę na medialny debiut. To są wszystko spadkobiercy tych, którzy w chwili wybuchu Rewolucji Październikowej uznali, że przede wszystkim należy zamordować całą rodzinę carską, bo to jest przesąd i bzdura, a poza tym diabli wiedzą, co oni w przyszłości jeszcze wymyślą. Oni, kiedy słyszą słowa ‘monarchia’, ‘król’, ‘królowa’, ‘książe’ myślą tylko o jednym – żeby z tym całym tałatajstwem zrobić prawdziwie bolszewicki porządek. Natomiast, przyznaję, że jestem autentycznie wstrząśnięty tym, co zaprezentowali posłowie Hofman i Czarnecki. Stan umysłu jaki udało im się zaprezentować, świadczy bowiem o dwóch rzeczach, z których tak naprawdę nie wiadomo, która jest bardziej tragiczna. Otóż przede wszystkim oni pokazali, że są zwyczajnie emocjonalnie prymitywni. Oglądać to co się w tych dniach dzieje w Wielkiej Brytanii i umieć w sobie odnaleźć tylko tę jedną refleksję, że to jest jakiś pop-show, świadczy o tym, że oni nie mają pojęcia o niczym. To że oni nie są w stanie w tym wydarzeniu i całej jego oprawie dostrzec znaku czasów minionych jednocześnie, i nadchodzących, świadczy o tym, że oni są całkowicie obok.
Ale jest w tym coś jeszcze równie porażającego. Jeśli oni widzą to wydarzenie wyłącznie w takiej formie, w jakiej im je pokazała prasa kolorowa, to znaczy, że oni mentalnie są właśnie po tamtej stronie. Hofman i Czarnecki tak naprawdę są wychowankami kolorowej prasy dla kobiet. Oni są dokładnie jak tamte moje dzieci sprzed lat, które śmiały się z Beatlesów, bo to pop. Ja się już nie zdziwię, jeśli któryś z nich nagle dojdzie do wniosku, że całe to gadanie o Smoleńsku to obciach, bo ta szachownica, to błoto, te koła sterczące ku niebu to okropny kicz, natomiast prawdziwa sztuka to na przykład Paweł Huelle albo Gaba Kulka. A więc, jak idzie o naszą walkę, ich możemy z niej ostatecznie i na dobre wyłączyć. Bo oni nie mają najmniejszego pojęcia, o co w niej chodzi. Podobnie jak nie mają pojęcia, o co chodzi w ogóle. To są zwyczajni uzurpatorzy.
Nie mogliśmy wczoraj oglądać transmisji z Londynu, bo to i pani Toyahowa była w szkole, dzieci podobnie, a ja musiałem – jak zwykle zostawiłem ten paskudny obowiązek na sam koniec – wypełniać PIT-y. Wszystko jednak nagraliśmy i kto akurat mógł, wchodził na tę chwilę przed telewizor, żeby zobaczyć co się tam dzieje. I to co widzieliśmy, było absolutnie nie z tego świata. Dosłownie nie z tego świata. Świadomość, że wszystko co widzimy – nawet nie zapominając o Beckhamie i tych dwóch, a kto wie, czy nie więcej, pedałach – odtwarza tak bardzo dokładnie minione wieki i tysiąclecia, była autentycznie porażająca. Jest coś w Anglii takiego, że każdy kto się w niej zakocha, nie jest w stanie tej miłości utracić nawet jeśli każdego dnia widzi, jak bardzo Anglicy i to ich państwo gnije. Nie ma tu miejsca i czasu, by opisywać ten fenomen, ale kto wie, ten wie. Anglia jest wielka właśnie przez to, że mimo wszystko, wbrew wszystkiemu, jest w stanie świętować w ten sposób, z szacunkiem dla tego rytuału, coś takiego jak ślub księcia i jakiejś dziewczyny. Że w tym całym szaleństwie nowego, wspaniałego świata, jakie Anglię ogarnęło, oni wciąż mają choćby tę swoją flagę, umieszczaną – i z sukcesem sprzedawaną – na parasolach, skarpetkach, rajstopach, majtkach, kapeluszach i długopisach. I tego funta. Grubego, ciężkiego i błyszczącego swoją mocą.
I tak to jakoś się stało, że my wszyscy to piękno przeżywamy. Najmłodsza Toyahówna uwielbia Anglię w sposób histeryczny, a wczorajszy ślub oglądała w stanie pełnego uniesienia. Nie dlatego, że ją zachwyca historia tej miłości, lub dlatego, że ona sama by chciała być żoną Williama, lub choćby Harrego. Nie dlatego też, że ona w ogóle lubi takie okazje i jej się bardzo podobały te stroje, te kapelusze, te limuzyny i to wszystko, co w swoich kolorowych gazetach znaleźli posłowie Hofman i Czarnecki. Ona jest od niech tysiące razy mądrzejsza. Ona oglądała te uroczystości z zapartym tchem, bo świetnie wie, że to jest świat, który własnie przy takich okazjach – być może już jednych z ostatnich – daje choćby pozorne, ale jednak poczucie porządku. A jej, w odróżnieniu od tych dwóch dziwaków, na nim jeszcze zależy.
I na to przychodzi poseł Hofman z tym swoim idiotycznym komentarzem na temat tego, co go brzydzi i czego on już ma dość, a zaraz po nim europoseł Czarnecki z jeszcze głupszym komentarzem na temat tego, co on by zrobił, gdyby jego akurat na ten ślub zaprosili. A mnie się przypominają tamci moi uczniowie sprzed lat, którzy słuchali Beatlesów i jedyne co z tego rozumieli, to to, że to jest jakieś disco polo. Niestety dziś jest akurat nawet gorzej. Bo przede wszystkim tamto były dzieci, które miały jeszcze mnóstwo okazji, żeby się z tego otępienia wywinąć. No a poza tym zarówno Pearl Jam jak i Nirvana, to jednak było coś. Dziś mamy takiego Hoffmana i Czarneckiego i jestem pewien, że oni ani nie słuchają Nirvany, ani Pearl Jamu, ani Beatlesów. Ich interesuje tylko polityczna kariera, która polega na tym, żeby znaleźć najbardziej dogodny punkt startowy, a jak idzie o tak zwaną kulturę, to wiedzą tylko tyle że wszystko co nie jest z tupolewem w tle, to pop. Przynajmniej na dziś. Bo jutro, jak wiemy, może być różnie.
Oczywiście piszę co muszę i co czuję, ale to wszystko byłoby tylko pustą wściekłością, gdybym nie powiedział jeszcze czegoś więcej. Otóż proszę zwrócić uwagę na fakt, o którym już wspomniałem wcześniej. Szydzenie z tego ślubu jest powszechne i całkowicie ponadpartyjne. Jedyna różnica, jaką widać między takim na przykład Kalitą, a Hofmanem jest taka, że Kalita rżąc, rży jednocześnie z Kaczyńskiego, a Hoffman, kiedy rży – rży z TVN-u. Ale poza tym, oni wszyscy stoją tu w pełnym zgody chórze, którym dyryguje nowa światowa kultura. Niektórzy może pamiętają naszą niedawna dyskusję na temat tego co powinna, a czego nie powinna w swoim życiu robić córka zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta, Marta Kaczyńska. Pisałem wtedy, że jest czymś bardzo bolesnym i przykrym, że zaczadzeni tą dzisiejszą niby-demokracją, a wcześniej całymi dziesięcioleciami ruskiego komunizmu, nie jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości, że jakiś niezbadany porządek rzeczy na tym świecie niektórych z nas predestynuje do wielkości bardziej niż innych. Że właśnie choćby taka Marta Kaczyńska, zaledwie – a może i aż – przez to, że była Jego córką, zasługuje na wszelkie możliwe honory. I pisałem też, że jest czymś tym bardziej przykrym, że również wśród nas pojawiają się głosy kwestionujące tę wielkość, jeśli za nią ma stać tylko pochodzenie. Dziś jestem bardziej pewien niż kiedykolwiek wcześniej, że akurat posłowie Hofman i Czarnecki należą do tych, co są głęboko przekonani, że taka Marta Kaczyńska ma albo siedzieć w domu i bawić córeczki, albo – jeśli ma jakieś ambicje – udzielać się w kolorowej prasie. I tyle. Nic więcej. Dlaczego? Bo poważne sprawy są zarezerwowane dla poważnych ludzi. Choćby takich jak oni.
Naturalnie, zdaję sobie sprawę z tego, że dzieci mają swoje fobie. W dodatku jeszcze bardzo lubią wpadać w nastroje radykalne i ostateczne. Jednak myślę, że jeśli którykolwiek z tych klaunów czyta tego bloga, dobrze będzie jeśli się dowie, że wspomniana już moja najmłodsza córka właśnie skończyła 18 lat i tej jesieni szykowała się do swoich pierwszych wyborów. Właśnie mi powiedziała, że ona to pieprzy. Ma w dupie. Nie idzie na żadne wybory. Nie będzie głosować na bandę jakiś durniów, których umysł nie sięga ani milimetra wyżej od tego, co im przekaże najbardziej żałosny pop. A ja tu ją akurat świetnie rozumiem.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Jak zostałem faszystą

O ile się nie mylę, w mojej dotychczasowej karierze publicystycznej, chociaż różnego rodzaju zarzutów pod moim adresem było co nie miara, akurat z oskarżeniem o antysemityzm się nie spotkałem. Również, o ile pamiętam, nawet w moim długim już dość życiu, nie zdarzyło mi się, by ktoś mnie wytargał za uszy z powodu mojej niechęci do Żydów. Czy stało się tak dlatego, że ja Żydów bardzo lubię i daję temu nieustanny wyraz? A może dlatego, że ja tematu tak zwanego żydostwa w ogóle nie poruszam i tym samym nie daję nikomu okazji do ataków? Chyba jednak nie chodzi tu ani o jedno, ani o drugie. A mimo to, fakt pozostaje faktem. Wygląda na to, że do grona żydożerców nie zostałem póki co, przynajmniej oficjalnie, przyjęty. Jest natomiast szansa, że zostanę faszystą.
Czemu więc akurat dziś postanowiłem poruszyć ów intrygujący temat faszyzmu i antysemityzmu? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na postać Stefana Bratkowskiego. Czy dlatego że uważam go za Żyda? A może dlatego że podejrzewam go o antysemityzm? Otóż nie. Ja ani nie wiem, czy Bratkowski to Żyd, ani też nie biorę pod uwagę, że z niego jest jakiś paskudny antysemita, natomiast mam podejrzenie – całkowicie irracjonalne naturalnie – że po tym co dziś chcę powiedzieć, jest szansa, że zostanę wreszcie sam zidentyfikowany jako osoba ogarnięta fobią antyżydowską. Dlaczego? No przecież mówię – z powodów całkowicie irracjonalnych. No ale wiem, że mimo to, pewne rzeczy powiedzieć należy.
Otóż Stefana Bratkowskiego nie lubiłem nigdy. Nawet w czasach, kiedy w pewnych środowiskach funkcjonował jako ktoś, kto z komunistami trzyma się na dystans i kogo komuniści też nie darzą jakimś szczególnym zaufaniem. Za co więc nie lubię Bratkowskiego? Oczywiście, na pierwszym miejscu za jego wygląd. Jedni nie lubią ludzi, którzy wyglądają jak Piotr Semka, inni ludzi którzy wyglądają jak Jarosław Kaczyński, inni nie mogą patrzeć na taką powiedzmy Justynę Pochanke, a ja po prostu nie lubię ludzi, którzy wyglądają jak Stefan Bratkowski. Oczywiście, mam też wiele innych powodów, żeby Bratkowskiego nie lubić – z jego wyglądem nie mających już nic wspólnego – a zatem jestem pewien, że gdyby Bratkowski nie wyglądał jak Bratkowski, ale jak na przykład inny Stefan, tyle że Niesiołowski, też bym go nie lubił, tyle że we mnie nie odzywałby się mój wyssany z mlekiem matki antysemityzm, lecz zaledwie, również w tym samym mniej więcej stopniu wysysana, pogarda dla „szpiclów, katów i tchórzy, oni wygrają”. Jednak, jak mówię, na pierwszym miejscu, jeśli idzie o ludzi takich jak Bratkowski, Kuczyński, czy Lityński determinuje mnie to jak oni się na mnie patrzą. Pojawia się w telewizji Bratkowski i zaczyna coś opowiadać. Ja natychmiast zaczynam się irytować, a jeśli ktoś mnie spyta, w czym problem, to najuczciwiej jednak będzie z mojej strony powiedzieć, że nie mogę patrzeć na ten nos i te oczka i słuchać tego skrzekotu. Natomiast to, że ten skrzekot tylko potwierdza słuszność moich emocji, to już sprawa drugorzędna. Nie zmienia to jednak faktu, że dziś jednak będzie o skrzekocie.
Występ Stefana Bratkowskiego u Piaseckiego w programie ‘Piaskiem po oczach’ oglądałem. I to, muszę przyznać, wbrew radom mojej żony, która w pierwszej chwili, gdy go tylko zobaczyła, zawołała do mnie – oczywiście! – „po cholerę go słuchasz?” Ponieważ jednak cała ta aura – czy, jak to mówią artyści, forma – jaką ludzie typu Stefana Bratkowskiego wokół siebie wytwarzają, uniemożliwiła mi skuteczne wsłuchiwanie się w wypowiadane przez nich słowa, ograniczałem się jedynie do zanotowania tematu wypowiedzi, a więc „faszystowskich źródeł publicznej działalności Jarosława Kaczyńskiego” i już tylko patrzenia. Owszem, bardzo intensywnego, niemniej jednak już tylko patrzenia. Dopiero parę dni temu dowiedziałem się, że Stefan Bratkowski, przedstawiając swoje poglądy na odradzanie się w Polsce hitlerowskiego faszyzmu, kiedy ja nieroztropnie poświęcałem się kontemplowaniu tego nosa i tych oczu, wspomniał i o mnie. A dokładnie o moim artykule zamieszczonym w Warszawskiej Gazecie, zatytułowanym: ‘Rewolucja w końcu nadejdzie’. Obejrzałem więc uważnie rozmowę z Bratkowskim dostępną na youtubie i potwierdzam. To prawda. Bratkowski, dowodząc słuszności swojej tezy co do tego, że Prawo i Sprawiedliwość to partia faszystowska, a Jarosław Kaczyński to drugi Adolf, powołał się też i na mnie, a dokładniej, na mój tekst.
I wszystko właściwie pozostałoby bez większych konsekwencji, gdyby w tym wszystkim jednak nie znalazł się jeden mały problem. Otóż Bratkowski sugeruje, że tekst o mojej nadziei na rewolucję, nie jest mojego autorstwa, ale został napisany i zamieszczony w Warszawskiej Gazecie przez jakichś niezidentyfikowanych pachołków Kaczyńskiego. Dowodem na to ma być to, że on – podobnie zresztą jak pozostałe artykuły w Warszawskiej Gazecie – jest niepodpisany. Brak tego podpisu, zdaniem Bratkowskiego, dowodzi zresztą jeszcze czegoś. Że Prawo i Sprawiedliwość, szczując społeczeństwo przeciwko Polskiemu Państwu, i wzywając do rozlewu krwi, działa z ukrycia, a więc w sposób jednoznaczny już na samym początku ustawia się poza porządkiem prawnym. I choćby z tego powodu, służby specjalne powinny wziąć się za Kaczyńskiego i jego ludzi z całą surowością prawa i niezwłocznie. On o tym braku podpisu mówił zresztą tak, jakby stanowił on wręcz jego obsesję. Nie ma podpisu – idzie faszyzm. A podpisu nie ma! Nigdzie! Wszędzie pełno niepodpisanej, najbardziej krwawej pisowskiej agitacji! Będą nas wieszać, a przyjdzie im to o tyle łatwiej, że jak wiemy, my wszyscy się zawsze i wszędzie podpisujemy.
I oto pojawia się wspomniany problem. Otóż podpis jest. Artykuł, jaki napisałem dla Warszawskiej Gazety, a który Bratkowskiego tak przestraszył, jest oczywiście podpisany. I to nawet nie jako ‘toyah’, ale moim pełnym białoruskim nazwiskiem. Najpierw w zapowiedzi na pierwszej stronie stoi jak byk „Krzysztof Osiejuk”, a później już przy faktycznym tekście powtórzone jest całe moje imię i nazwisko. Co więcej, o ile się orientuję, wszystkie pozostałe teksty, jakie w tym, ale też we wszystkich innych wydaniach Warszawskiej Gazety są publikowane – moje i nie moje – są nieodmiennie podpisywane. Albo imieniem i nazwiskiem autora, albo powszechnie znanym blogerskim nickiem. A zatem, kiedy Stefan Bratkowski mówi, że PiS wykorzystuje Warszawską Gazetę do nielegalnej i zakamuflowanej działalności antypaństwowej, jak najbardziej świadomie kłamie. Czemu myślę, że robi to świadomie? Otóż tytuł mojego tekstu przytoczył Bratkowski dosłownie, a więc nie jest tak, że jemu gdzieś ktoś coś powiedział, a on tylko powtarza plotki. On musiał ten tekst osobiście znaleźć, również osobiście przeczytać, a co więcej z całą pewnością musiał widzieć to imię i nazwisko – Krzysztof Osiejuk. Nie ma takiej możliwości, żeby on tego nazwiska nie zauważył. Choćby z czystej ciekawości musiał je zobaczyć. A dziś przyłazi do telewizji i łże jak pies.
Czemu on to robi? Otóż uważam, że za tym stoją dwie przyczyny. Pierwsza ma – ciekawe, że akurat Bratkowski, wróg faszyzmu, tego nie wie – pochodzenie faszystowsko-bolszewickie. Chodzi o to, że jeśli chce się przeprowadzić polityczną akcję eksterminacyjną, czy to w celu fizycznej eliminacji wroga, czy zaledwie jego politycznej neutralizacji, należy przy użyciu usłużnych mediów rozgłosić, że wróg szykuje agresję, a więc wszelkie działania przeciwko niemu stanowić będą jedynie obronę. Ten rodzaj bezczelnego kłamstwa oczywiście istniał już wcześniej, i to niekoniecznie w polityce, ale choćby w środowiskach przestępczych, czy nawet w bardziej prymitywnych relacjach ogólnoludzkich. Na przykład, kiedy mnie ostatnio wyrzucano z pracy, ktoś najpierw – podając się za mojego ucznia – wysłał do moich szefów e-mail, informujący o tym, że ja na prowadzonych przeze mnie lekcjach zachowuję się „w bardzo dziwny sposób”, i w ten sposób dalej można było sprawy prowadzić już prosto. Natomiast faktem jest, że faszyzm i komunizm tę metodę wykorzystały w oficjalnej działalności państwowej. Na tym poziomie jednak istnieje coś, co nadaje tej metodzie pewien rys – owszem, perwersyjnej – ale jednak uczciwości. Kiedy na przykład towarzysze jeszcze w latach późnego PRL-u rozpowiadali na lewo i prawo, że Solidarność będzie ich wieszać, oni nie do końca kłamali. W dużym stopniu, oni w to kłamstwo autentycznie uwierzyli. Najpierw naturalnie je stworzyli, ale w pewnym momencie zaczęli się nim tak nakręcać, że po chwili nie wiedzieli już, czy to jest fakt, czy plotka.
Jak idzie o Bratkowskiego, osobiście uważam, że on świetnie wie, że teksty w Warszawskiej Gazecie są podpisane. On nawet prawdopodobnie wie, że Warszawska Gazeta nie publikuje artykułów nadsyłanych przez Prawo i Sprawiedliwość, lecz przez całkowicie zwykłych ludzi, których łączy tylko to, że źle znoszą obecną władzę. On to wie, ale kłamie z wyrachowywaniem i w pełnym przekonaniu o tym, że to kłamstwo służy sprawie. Z nim tutaj jest trochę tak, jak ze wspomnianym przeze mnie niedawno Sławomirem Nowakiem, który – co ciekawe, też w rozmowie z Piaseckim – powiedział, że Jarosław Kaczyński nie pojechał 18 kwietnia do Krakowa, bo mu się nie chciało. I powtarzał to kłamstwo dalej, mimo nawet tego, że Piasecki wyraźnie mu zwrócił uwagę na fakt, że nieobecność Kaczyńskiego na Wawelu była spowodowana nie jego lenistwem, lecz chorobą mamy. Nowak, moim zdaniem, też świetnie wiedział, że pani Kaczyńska była w szpitalu, i to z tego powodu Jarosław Kaczyński w ostatniej chwili wyjazd do Krakowa musiał odwołać, ale kłamał, bo uznał, że tak trzeba. Czemu? Żeby rozpuścić pogłoskę, że Jarosław Kaczyński tak naprawdę ma w nosie swojego zmarłego brata, ale chodzi mu wyłącznie o władzę. I w tym momencie nie mamy już do czynienia tylko z faszystowsko-bolszewickim propagandowym terrorem, gdzie, jak mówię, niekiedy ów ideologiczny obłęd zaczyna tworzyć fakty. Tu dochodzimy do pewnego bardzo szczególnego przekonania, że kłamać można, bo tylko frajer nie kłamie, jeśli jest interes do zrobienia, albo że normalny człowiek nie może się nazywać Osiejuk, a jeśli tak się nazywa, to musi być prowokatorem. Najlepiej faszystowskim.
Czy ja zatem sugeruję, że Sławomir Nowak, to nie jest zwykły skurwysyn, tylko coś więcej? Ależ skąd! Ja nie mam najmniejszych podstaw, żeby mieć przekonanie, że on jest jakoś wyjątkowo skomplikowany. Owszem, biorę to pod uwagę, bo to by mi wiele wyjaśniało – no a przede wszystkim, z całą pewnością porządkowałoby moje emocje – ale żeby się tej myśli jakoś szczególnie czepiać – to w żadnym wypadku. Zresztą, jak idzie o Stefana Bratkowskiego, też nie mam pewności i też biorę pod uwagę, że on pozostaje zagadką. Mimo tego jak wygląda i jak się zachowuje, może się okazać, że czegoś jednak wciąż o nim nie wiem… Ale poza tym – diabli go wiedzą. Może się nawet okazać na przykład, że on jest takim samym kanciarzem jak wielu jego kumpli, tyle że jego skomplikowane peerelowskie losy zniekształciły mu twarz i całą sylwetkę do tego stopnia, że się upodobnił – tak jak czasami pies się upodabnia do właściciela – do tych, którzy go to tu to tam ze sobą prowadzili. Bez względu jednak, co takim Nowakiem i Bratkowskim kręci, nie zmienia to faktu, że ich nie lubię. I tak już zostanie. Najwyżej będę musiał się jeszcze trochę pozastanawiać, i w końcu coś tam sobie wymyślę.
No i wreszcie, już na sam koniec, jest jeszcze coś, co musi zostać powiedziane. Ktoś mi bowiem może zarzucić, że to co ja wyprawiam w tym tekście, to absolutna przesada. Że mi można było wybaczyć wiele, ale tym razem mnie poniosło. Z tymi Żydami i w ogóle. Biorę to pod uwagę, a mimo to, jakoś nie czuje specjalnych wyrzutów sumienia. Bo choćbym się dziś stoczył maksymalnie, jeszcze pozostało mi bardzo daleko do stanu, gdzie z czystego wyrachowania, prawdziwego polskiego patriotę, człowieka dobrego i oddanego ludziom i Polsce, kogoś kto całe swoje życie poświecił Ojczyźnie – i to w dodatku w czasie, kiedy dotknęło go nieszczęście nie do opisania – porównuje się do Hitlera. I w dodatku robi się to nie po to, żeby mu dokuczyć, ale żeby go zabić. Ot tak.
PS. Z tym zabijaniem, panie Bratkowski, niech się Pan tak nie podnieca. To była przenośnia.

środa, 27 kwietnia 2011

Nie w imieniu zdradzonych o świcie

Przy okazji Świąt Zmartwychwstania, które właśnie nam minęły, bardzo się zintensyfikowały zarzuty co do dramatycznego deficytu miłości i przebaczenia na tym blogu. Pierwszym powodem tego ataku stały się wypowiedziane przez mnie jeszcze tydzień wcześniej pod adresem ludzi niszczących polską edukację, ale powtórzone tu w niedzielny wieczór słowa: „Niech zdychają!” Jak wielu z nas wie, jestem osobą nie znoszącą wszelkich uwag krytycznych pod swoim adresem, a może jeszcze bardziej niechętną do wycofywania się z wcześniej zajętych pozycji, jednak tym razem – możliwe, że tak na mnie zadziałała świąteczna atmosfera – się nad sobą i swoim grzechem zadumałem. Inna sprawa, że trudno się jest nie zadumać, jeśli przychodzą do nas ludzie w sposób oczywisty pobożni i nas napominają autentycznymi przecież słowami Jezusa o tych, którzy „nie wiedzą co czynią”, czy jeszcze bardziej – „miłowaniu nieprzyjaciół swoich”.
Zadumałem się więc nad swoim postępowaniem w kontekście Ewangelii, i muszę swoich pobożnych przyjaciół zmartwić. Otóż ich napomnienia poszły na marne. Dlaczego? Oczywiście jest bardzo możliwe, że to wszystko przez zatwardziałość serca mojego i przez nienawiść, która zjadła mą duszę do tego stopnia, że bez niej żyć już nie potrafię. Mam jednak wrażenie, że mój przypadek jest nieco bardziej skomplikowany. Otóż ja jestem bardzo mocno przekonany, że ludzie, którzy tak chętnie używają pod moim adresem owych ewangelicznych argumentów są przede wszystkim osobiście nieuczciwi jak jasna cholera, a po drugie – zakładając oczywiście, że używają tych cytatów w dobrej wierze – są zwyczajnie głupi.
Dlaczego są nieuczciwi? Z mojej bardzo rzetelnej obserwacji wynika, że osoby, które w dyskusji politycznej powołują się na słowa czy to Jezusa, czy Papieża, czy księdza Popiełuszki – można by wymieniać – czy w ogóle na wartości chrześcijańskie, to najczęściej tacy szczególni miłośnicy chrześcijaństwa, którzy choćb do kościoła zachodzą jedynie dwa razy do roku – a więc na Pasterkę i na święcenie jajek. A i to w najlepszym dla nich przypadku. Z moich bardzo dokładnych obserwacji mogę wnioskować, że jeśli ktoś zaczyna podejrzanie dużo mówić na temat jezusowej miłości, to najprawdopodobniej wyłącznie po to, żeby zamknąć usta tym, którzy mu przeszkadzają w robieniu interesów. Tak się bowiem dziwnie składa, że osoby prawdziwie pobożne są do tego stopnia świadome własnego grzechu, że doskonale wiedzą, jak aż nazbyt często nie jest łatwo naśladować Jezusa. Więcej – jak często nie ma wręcz sposobu, by Jezusa do końca zrozumieć. Z mojego doświadczenia wiem, że najwięcej cytują Ewangelię ludzie występni, lub Świadkowie Jehowy – co zresztą nie tak rzadko na jedno akurat wychodzi.
A zatem jest mi bardzo trudno się pochylić nad napomnieniami płynącymi ze strony ludzi, których podejrzewam o to, że sami nie wierzą w to co mówią. Ludzi, którzy „osobiście mają wielu wspaniałych przyjaciół księży, ale jak widzą co się dzieje w ich kościele, to by cały ten interes zdelegalizowali”, albo ludzi, którzy „osobiście uważają, że aborcja jest złem, natomiast niekiedy doprawdy nie ma innego wyjścia”, czy wreszcie ludzi, dla których „wiara jest bardzo ważną częścią ich życia, natomiast do kościoła chodzą tylko wtedy, kiedy tam jest pusto i czuć zapach kadzidła”. Nie umiem ani się skupić, ani tym bardziej przyjąć słów, które do mnie kierują, i to nawet wtedy, gdy towarzyszą im zapewnienia o modlitwie, jaką codziennie za mnie do Boga zgłaszają. Bo im nie wierzę. Bo uważam, że mnie okłamują.
Ale jest też i ten drugi powód, dla którego ich napomnienia przelatują nad moją głową jak wiosenny deszcz. Otóż ja jestem chrześcijaninem, zawsze bardzo dokładnie starałem się słuchać tego co Jezus do mnie mówił, i w życiu by mi nie przyszło uważać, że historia Jego życia, śmierci i zmartwychwstania, to love story w wydaniu wenezuelskim. Jest dla mnie oczywiste, że nawet jeśli będziemy patrzyli na Jezusa w wersji, w jakiej Go nam pokazał Zeffirelli w swoim ‘Jezusie z Nazaretu’, to też nie możemy nie widzieć, że przed sobą mamy Króla, a nie Księżnę Dianę, i to w specjalnym wydaniu dla afrykańskich dzieci. Ja oczywiście rozumiem, ze dla wielu osób, które uważają Jezusa za mit i bzdurę, a Ewangelię znają wyłącznie z omówień w poradniku dla europejskiego inteligenta, myśl o tym, by terroryzować chrześcijan przy pomocy jakichś bajek o słodkiej miłości i przebaczeniu może być kusząca. Natomiast każdy kto zna Jego życie i Jego słowa takimi jakie one są, wie świetnie, że tam żartów nie ma. Tam wszystko jest jak najbardziej poważne. Że życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa to jest rzecz dokładnie tak poruszająca i na serio, jak poruszający i na serio był film Mela Gibsona. I że prawdopodobnie też właśnie dlatego ci wszyscy najwięksi specjaliści od głoszenia Jego miłości, swego czasu tak bardzo ten film znienawidzili.
W moim najgłębszym przekonaniu, ci którzy uważają, że dla Jezusa ów wstrząsający krzyk Psalmisty, otoczonego przez wrogów, szydzących z niego i bezczelnie obnoszących się ze swoją bezkarnością, proszącego Boga o sprawiedliwość, świadczy tylko o jego braku miłości i wiary, są zwyczajnie głupi. A jeszcze głupsi od nich są ci, którzy uznali, że kiedy źli ludzie „otwierają przeciw mnie swe usta, wołają: ‘Ha, ha, ha, widzieliśmy na własne oczy!’”, to ja mam, zgodnie z nauką Jezusa, położyć uszy po sobie, uśmiechnąć się tępo i powiedzieć „Jezus cię kocha, przyjacielu”. Natomiast już nie głupi, ale zwyczajnie niebezpieczni są ci, którzy słysząc, jak ci sami co wcześniej „zastawili sieć na moje kroki i zgnębili moje życie” dziś przychodzą i z bezczelnym uśmiechem każą mi sobie wybaczać, bo przecież oni nie wiedzą co czynią, przyłączają się właśnie do nich i wspierają ich w ich podłości.
W czasie wiecznej już debaty na temat legalizacji i delegalizacji kary śmierci, ktoś powiedział, że brak kary śmierci prowadzi do tego, że człowiek, który za swoją zbrodnie zostaje skazany powiedzmy na sto lat więzienia, zostaje tym samym już do końca życia wyłączony spod wszelkiej odpowiedzialności. Że, jeśli jemu nie grozi śmierć, nie grozi już mu nic. Oczywiście, pozostaje cały czas pod obserwacją i ci, którzy go pilnują, mają też oko na to, by nikomu nie zrobił nic złego, ale on jeśli tylko znajdzie chęci i sposobność, może dokonać najgorszych, najstraszniejszych czynów, a i tak ujdzie mu to na sucho. Dlaczego? Bo państwo skutecznie wobec niego pozbawiło się tej broni, jaka jest kara. Uważam że w pewien szczególny sposób powtarza się ten paradoks w momencie gdy uznamy, że Jezus bezwarunkowo zobowiązał nas do cierpliwego przebaczania swoim oprawcom. Bo jeśli ci właśnie oprawcy ujrzą tu swoją bezkarność, to już nic im nie przeszkodzi stać przed nami i powtarzać: „Ha, ha, ha, widzieliśmy na własne oczy!”, a następnie szyderczo dodawać: „Jeśli jesteś prawdziwym chrześcijaninem, rozluźnij, proszę, tę zaciśniętą w złości pięść”.
Oczywiście, to co wyżej napisałem, nie miałoby najmniejszego sensu, gdybyśmy w tej naszej bezradności mogli liczyć choćby od czasu do czasu na to, że doznamy bożej sprawiedliwości w wydaniu choćby soft. Ale, jak wiemy, Pan Bóg, choć oczywiście sprawiedliwy, aż tak rychliwy nie bywa. Wiedział o tym świetnie przed tysiącami lat Psalmista. I właśnie dlatego wznosił do Boga te swoje wieczne, pełne niespełnienia prośby. Pewnie najczęściej na próżno. Ale przynajmniej nikt mu nie przychodził i nie tłumaczył, że skoro jest taki pobożny, to ma natychmiast swoim wrogom wybaczyć i przestać złorzeczyć.
Parę dni temu, w ramach rekolekcji, jakie System urządził sobie w związku ze zbliżającą się uroczystością beatyfikacji Ojca Świętego, w telewizji TVN24 doszło do spotkania pewnego księdza, z dwoma dziennikarzami, Tomaszem Wołkiem i Cezarym Michalskim. W pewnym momencie prowadząca program Anita Werner zwróciła się do obecnego w studio księdza z następującym pytaniem: „Jak ksiądz myśli, gdyby dziś Jan Pawel II usłyszał jak Jarosław Kaczyński mówi, że śląskość to ukryta opcja niemiecka, co by powiedział?” My oczywiście znamy już wszystkie ich krętactwa, znamy ich oczy, ich twarze i ich języki. Nic nas nie zaskoczy. Pamiętamy ich oburzenie na ojca Rydzyka, że śmiał obrazić dziś już nieżyjącą Marię Kaczyńską, nazywając ją czarownicą, i przy okazji na wówczas jeszcze żyjącego Lecha Kaczyńskiego, że jej przed tą podłą agresją nie bronił. Dziś też niemal codziennie słuchamy słów tych samych co wtedy ludzi, nie mogących dojść do siebie z jeszcze większego oburzenia na Kazimierza Świtonia, który miał czelność obrazić pamięć Lecha Kaczyńskiego, ale też przy okazji i na paru senatorów z PiS-u, ze nie dali świadectwa wobec tego aktu agresji, ale też i na Jarosława Kaczyńskiego, że nie broni dobrego imienia swojego rzekomo tak bardzo ukochanego brata. Znamy ich słowa ich oczy i ich gesty.
Ale ja też znam naprawdę nie tak mało ludzi bardzo pobożnych, bardzo oddanych Kościołowi, ludzi, których religijność odcisnęła na ich twarzach piętno autentycznej świętości, którzy nie potrafią spędzić jednego dnia bez rozkochiwania się we wręcz obsesyjnej niechęci do Jarosława Kaczyńskiego. Czy oni modlą się o jego śmierć? Nie sądzę. O śmierć dla Jarosława Kaczyńskiego modlą się tylko ci, którzy znają tylko tę jedną modlitwę. Czy oni może mu złorzeczą? Chyba nie. Oni takich rzeczy nie robią, bo są dobrymi katolikami i bardzo poważnie traktują jezusowe przykazanie miłości. Najwyżej od czasu do czasu tylko odetchną z ulgą i podziękują Panu Bogu za to że jest dobry i sprawiedliwy. No i że tak skutecznie ich nauczył kochać. To oni też, niemal codziennie mnie napominają, powtarzając jak mantrę tych parę swoich ulubionych cytatów z Ewangelii. Znam tych ludzi świetnie, wielu z nich z osobistych spotkań. Ale również całkiem pośrednio, choćby z kazań pasterskich, jakie od czasu do czasu do mnie kierują.
Uważam, że wszyscy oni grzeszą. I to nie w taki sposób, że nienawidzą ludzi, których ja kocham. Nawet nie dlatego, że nienawidzą mnie. Ja im jestem w stanie wybaczyć nawet to, że czyhają na zgubę moją i mojej rodziny, że cieszą się gdy nam się źle układa i gdy cierpimy. Natomiast będę ich przeklinał i im złorzeczył za to, że – nawet jeśli nie wiedzą co czynią – że gorszą Polskę. Że – nawet jeśli tylko przez swoje lenistwo i głupotę – sprowadzają nieszczęście na mój kraj i demoralizują ludzi, którzy obok mnie mieszkają. A już zwłaszcza, gdy patrzą mi prosto w oczy i z szyderczym uśmiechem opowiadają mi o Jezusie. Będę nimi gardził – nawet jeśli oni z tego nic nie zrozumieją – ponieważ tak zostałem uformowany. By gardzić tymi, co wracają wieczorem i warczą jak psy. Co krążą po mieście i włóczą się, szukając żeru. I skowyczą, gdy się nie nasycą. Nawet wtedy, gdy to oni akurat wygrają. Zwłaszcza wtedy.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Upadek na ryj z prędkością Luxtorpedy

Właśnie dowiedzieliśmy się – nie z mediów, bo media, jak wiemy, mają inne sprawy na głowie – że od tego roku, jeśli będziemy planować wyjazd pociągiem z Katowic, gdzie mieszkamy, do naszego ukochanego Przemyśla, będziemy musieli wygospodarować dodatkowe 4 godziny na przejazd tam i z powrotem. Dlaczego? Otóż z tej prostej przyczyny, że od tego roku, te 300 km jakie dzielą Katowice od Przemyśla, pociąg obsługiwany przez ministra Grabarczyka będzie przejeżdżał już nie w pięć godzin, jak to było dotychczas, lecz w siedem. A więc ze średnią prędkością jakichś 40 km/g.
Syn mój przypomniał mi atmosferę, jaką System stworzył wokół osoby poległego w Smoleńsku śp. Przemysława Gosiewskiego, kiedy ten załatwił swoim wyborcom stację kolejową we Włoszczowej. W pewnym momencie sprawa tej stacji opanowała świadomość publiczną w Polsce do tego stopnia, że straciło znaczenie dokładnie wszystko, włącznie z tym nawet, że jak spojrzeć na tego kalekę, to można się posrać ze śmiechu. O co poszło? Oczywiście o wszystko, co akurat było pod ręką, ale, jeśli się skupić na argumentach, powiedzmy, merytorycznych, problem polegał na tym, że jeśli ten pociąg, pędzący jak przedwojenna Lukstorpeda, będzie się musiał na trasie z Katowic do Warszawy zatrzymywać w tej cholernej Włoszczowej, nie będzie już tak szybki i piękny.
I oto dziś, każdy kto chce sobie pojechać z Katowic do Przemyśla, wie, że ta podróż – podkreślam, lekko ponad 300 km. – zajmie mu ponad 7 godzin. Tym sposobem, został wyrównany rekord podróży pociągiem z Katowic do Krakowa, która dziś zajmuje ponad 2 godziny. A zatem, kierunek został wytyczony. Podobnie, jak przez ten oto gest, został zilustrowany symboliczny wymiar rządów Platformy Obywatelskiej. Nie w formie obrazu, lecz w układzie dynamicznym. A więc w ruchu. I co? Nic. Cisza.
A więc oto, jak już wspomnieliśmy, kierunek. Ale też, co pewnie jeszcze bardziej dla nas istotne, prędkość. Odwrotnie proporcjonalna do szybkości jazdy tych pociągów. Są tacy, co – przerażeni nieprawdopodobną skutecznością kłamstwa, które nas otacza – sugerują, ze to już tak musi zostać. Że to zło jest niezwyciężone. Że ono jest wieczne. Otóż nie. To jest nieprawda. Są bowiem rzeczy, których nawet jeśli przestraszy się człowiek, przede wszystkim nie zniesie natura. A więc to już jest koniec. Pędzący z prędkością przedwojennej Luxtorpedy. Radujmy się!

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Czy biskupi czytają Orwella?

Świąteczna sobota i niedziela, dzięki staraniom redakcji Rzeczpospolitej, upłynęły mi na kontemplowaniu owego świątecznego wymiaru, przez czytanie słów dwóch biskupów i jednego człowieka. Oczywiście, weekendowe wydanie Rzepy, przyniosło nam też wiele innych interesujących tekstów, ale dla mnie największe znaczenie miały wspominane trzy wypowiedzi. Mam tu na myśli rozmowy z metropolitą warszawskim kardynałem Kazimierzem Nyczem, biskupem opolskim Andrzejem Czają i gitarzystą rockowym Robertem ‘Litzą’ Friedrichem.
Najpierw poczytałem sobie refleksje kardynała Nycza, który na tym blogu zaczyna już powoli się stawać postacią wręcz kultową. Cóż mi zechciał powiedzieć Ksiądz Arcybiskup? Otóż przede wszystkim dowiedziałem się, że podobnie jak rozum bez wiary jest bardzo ubogi, tak samo jednak fatalnie ubożeje wiara bez rozumu. Czy Ksiądz poinformował mnie o tym tak sobie? Możliwe. Mam jednak wrażenie, że była w tym też pewna nauka. I to nie taka bardzo uniwersalna, ale jak najbardziej doraźna. Bo otóż, przede wszystkim, wprawdzie rozum i wiara, zdaniem Księdza, powinny się uzupełniać, i on w zyciu by nie pozwolił sobie na to, by mówić, że rozum jest lepszy do wiary, albo wiara od rozumu, natomiast jest jakoś tak, że jego warszawska diecezja na tle innych wyróżnia się pozytywnie. Posłuchajmy:
Na pewno kościół w Warszawie jest inny od kościoła w diecezjach, w których wcześniej byłem. A mam porównanie i z południa, i z północy Polski. Ale nie jest ani gorszy, ani jakiś lepszy. W Warszawie ci, którzy systematycznie chodzą do kościoła, praktykują w bardziej pogłębiony sposób. Próbują odpowiedzieć sobie na pytanie: po co, czy dlaczego wierzę. To jest charakterystyczne dla religijności archidiecezji warszawskiej. Ten kościół daje też dużo możliwości. Takich możliwości zbliżonych do ‘wojtyłowych’ klimatów, czyli związków Kościoła z nauką, kulturą, sztuką. Tych przestrzeni w Warszawie jest ogromnie dużo. Karol Wojtyła nigdy nie bał się spotkania wiary z rozumem. Doskonale wiedział, że rozum nieoświecony wiarą ma jakieś braki. Z kolei wiara niepodparta rozumem bardzo łatwo wpada w niebezpieczeństwa fideizmu, czyli bezwzględnego prymatu wiary nad rozumem”.
Ktoś oczywiście od razu pewnie będzie próbował zdezawuować słowa Księdza Biskupa, zarzucając mu typowe dla owego świętego towarzystwa krętactwo, lub w najlepszym wypadku niecnieznaczącą paplaninę, jednak gotów jestem je przyjąć z pełnym dobrodziejstwem inwentarza, i zastanowić się, co Ksiądz ma jednak na myśli, mówiąc o „warszawskiej przestrzeni, gdzie dochodzi do spotkania wiary z rozumem”. Bo, czym jest wiara bez rozumu, to ja oczywiście wiem i nieskromnie gotów jestem nawet uznać się tu za specjalistę. Natomiast mam, przyznaję, kłopot z tym rozumem. No bo załóżmy, że ów rozum, to wspomniana przez Księdza Metropolitę „nauka, kultura i sztuka”. Czy chodzi tylko o to, że w Warszawie człowiek między jedną mszą a drugą, między jedną modlitwą a drugą, może pójść na jakiś ciekawy występ teatralny, czy na koncert znakomitego artysty – co zostało skutecznie oszczędzone mieszkańcom takiego na przykład Tarnowa i okolic – czy może tu w grę wchodzi również słowo? A jeśli i słowo, to czyje? Czyje to słowo na terenie Warszawskiej Archidiecezji tak bardzo uwzniośla wiarę ludzi pobożnych? Czy może chodzi o Daniela Olbrychskiego, czy może o Zbigniewa Hołdysa, czy może o jakiegoś słynnego tancerza, lub kreatora mody, a może o jakiegoś naukowca z Uniwersytetu Warszawskiego, lub dziennikarza? Skąd warszawiacy czerpią intelektualne paliwo dla swojej pobożności? A może dla nich ma znaczenie to, że mają tak blisko do osoby prezydenta Komorowskiego i jego Małżonki? A może chodzi o przykład, jaki ludowi warszawskiemu daje ich prezydent Gronkiewicz-Waltz, osoba z całą pewnością i pobożna, kulturalna i mądra jednocześnie?
Takie to pytania męczyły moją biedną, pogrążoną w mym, jak to mi ładnie wytłumaczył Kazimierz Nycz, grzesznym fideizmie, głowę, kiedy przeszedłem do kolejnej rozmowy, tym razem już z innym biskupem, a mianowicie Andrzejem Czają z Opola. Wprawdzie biskup Czaja znacznie bardziej od kardynała Nycza skupia się na tym, jak to grupa cynicznych polityków, wykorzystując atmosferę żałoby po Smoleńsku, próbowała „kształtować nasze życie społeczne na podstawie negatywnych emocji” i w jaki sposób perfidii tych działań uległ sam nawet Kościół „dziwnie dystansując się od obrony czci Krzyża” i rezygnując z obowiązku Jego obrony, tchórzliwie twierdząc, że „Jego obrona nie jest naszą sprawą”, ale również wspomina o potrzebie łączenia wymiaru religijnego z wymiarem czysto ludzkim. I co więcej, robi to w sposób o wiele bardziej od abp. Nycza pogłębiony. Mało tego. Biskup opolski Czaja też jest bardziej od abp. Nycza demokratyczny. Dla niego rozum i wiara to jedna moc, a człowiek głupi i wierzący – podobnie jak mądry i wierzący – to w tym samym stopniu Dzieci Boże. Dla niego nikt nie jest ani gorszy, ani lepszy. Nikt nie jest wykluczony. Prawie. Wsłuchajmy się teraz w słowa biskupa opolskiego, kiedy to kończy się typowy orwellowski ‘newspeak’, i pojawia się Słowo:
Ideologizacja wiary pojawia się też tam, gdzie występuje ignorancja na poziomie depozytu wiary i nauczania Magisterium Kościoła. Kto nie ma gruntownej wiedzy, ale wyciąga swoje wnioski, podpisując słowami: Kościół tak nie naucza. Przykładem ideologizacji są niektóre wypowiedzi w ‘Rozmowach niedokończonych’, są dążenia niektórych środowisk do ogłoszenia Chrystusa królem Polski, ale również i to, co się działo pod krzyżem, zawłaszczanym przez jedną i drugą stronę konfliktu. Słowem ideologizacja powstaje wtedy, gdy nie słucha się tego, co mówi Pan, a także, co mówi lud”.
I w tym momencie zaczyna się prawdziwy ‘thrill of the moment’. Posłuchajmy. Ewa Czaczkowska, reprezentująca w tej rozmowie Rzeczpospolitą, pyta: „Lud pod krzyżem?” i na to pada odpowiedź prosta jak świeca paschalna: „Nie. Tam były skrajne postawy. Natomiast sensus fidei, czyli zmysł wiary ludu Bożego jest u nas bardzo prawidłowy. Sprawa krzyża też to pokazała”. A więc, tak to jest. Lud Pod Krzyżem nie jest prawdziwym Ludem Bożym. A już na pewno nie ten. Bo ten drugi – owszem. To właśnie dzięki niemu – temu drugiemu Ludowi Spod Krzyża – zobaczyliśmy, że „zmysł wiary ludu Bożego jest u nas bardzo prawidłowy”. A więc rozum i wiara łączą się u nas jak należy, i to z całą pewnością nie tylko w Diecezji Warszawskiej, ale choćby nawet i w Opolskiej.
A zatem w ten sposób, w tych świętych dniach, spłynęło na nas Słowo Boże, i to słowo przyniesione przez pierwszych pośredników Dobrego Boga. I ja wiem, że dla niektórych to jest już wystarczająco dużo. Ja jednak na sam już koniec postanowiłem też do tego dorzucić jeszcze coś, no właśnie nie do końca mam pewność, czy wypowiedziane przez kogoś, kto reprezentuje ten zdrowy nurt warszawskiej pobożności, o którym wspomina abp Nycz, czy zdrowy nurt pobożności ludowej, o której sile zapewnia nas bp Czaja, czy może on należy do tej części ‘ludu”, który bp Czaja podsumowuje krótkim i pełnym duszpasterskiej miłości słowem „Nie”. Mam jednak pewność, że jest to głos, który ma w sobie tak niezgłębione pokłady wiary, że zarówno abp Nycz, jak i jego pobożny kolega bp Czaja nie są w stanie w sobie ich odkryć, choćby kopali od rana do wieczora. A chocby i je jakimś cudem odnaleźli, to i tak nie potrafią ich wyrazić normalnymi słowami, choćby z tego powodu, że oprócz choroby duszy dopadła ich również choroba języka. Ciekawe. Może tam u nich ta zaraza atakuje równocześnie z dwóch stron?
Oto mówi człowiek pobożny: „Wierzymy, że Pan Bóg jest ponad całą historią świata. Jeżeli coś dopuszcza, to z ważnych powodów. Oczywiście pojawiło się pytanie ‘dlaczego?’ Każdy z nas w pewnym momencie życia pozna odpowiedź. Pamiętajmy jednak, że są tajemnice. Krzyż jest tajemnicą. Są tacy, którzy twierdzą, że kropla krwi Chrystusa wystarczyłaby, żeby zbawić ludzkość. Tymczasem był potrzebny krzyż. Chrystus krzyżem bardzo dobrze tłumaczy, co się stało w Smoleńsku. Jest solidarny z tymi, co zginęli. Spadł z nimi na ziemię.
Będziemy kończyć. Tylko jeszcze parę pytań. Czy Friedrich – autor powyższych refleksji – jest jedną z tych osob, z których tak bardzo jest dumny abp Nycz, kiedy mówi o swojej warszawskiej owczarni? I czy słowa, które wypowiedział, ów muzyk poznał dzięki abp Nyczowi i bp. Czaji, czy może wbrew ich duszpasterskiej aktywności? I wreszcie, czyż nie jest czymś cudownie pocieszającym, że Kościół – ten sam Kościół, który na piotrowej skale zbudował dla nas sam Jezus Chrystus – jest tak potężny, że nawet kiedy Jego pasterze upadną, Lud Boży będzie Go niósł na swoich ramionach. I zrobi to z taką mocą, że nie przemogą Go ani owe bramy piekielne, ani tym bardziej te zwykłe, otaczające – mniej lub bardziej byle jakie – domki naszych biskupów.

niedziela, 24 kwietnia 2011

O przyjemności brania w pysk

Najpierw obiecałem, a później starałem się owej obietnicy dotrzymać, że przez przynajmniej te dwa dni świąteczne, ten blog pozwoli nam odetchnąć od codziennych złorzeczeń. Wygląda jednak na to, że – podobnie zresztą, jak w ogóle idzie o nasz stosunek do tak zwanej tradycji i najprostszego obyczaju – czymś takim jak Święta Wielkanocne przejmujemy się już tylko my. Wczoraj, jakaś paniusia w programie Drugie Śniadanie Mistrzów zakomunikowała, że ją z Polski nie wypędził stan wojenny, więc i nie wypędzi Jarosław Kaczyński, a chwilę później prowadzący program Marcin Meller zareklamował nam specjalny program internetowy, który pozwala blokować wszelkie nazwy zawierające słowa ‘Smoleńsk’, ‘katastrofa’ i ‘prawda’, i ta informacja bardzo wszystkich zgromadzonych rozbawiła. Dziś z kolei, wystarczy choćby zajrzeć na dwa główne portale internetowe, a więc Wirtualną Polskę i Onet, by zobaczyć, że tematem tego świętego dnia stało się to, co o Jarosławie Kaczyńskim powiedział pisarz Stasiuk (nie żartuję – chodzi o opinię pisarza Stasiuka), a co ochoczo zrelacjonował tygodnik ‘Wprost’. A zatem, jak widzimy, po raz kolejny potwierdziła się zapowiedź naszych biskupów co do końca żałoby. A skoro tak, cóż nam pozostaje? Walczymy. Choćby i w cieniu. Proszę posłuchać.

Po trzech latach funkcjonowania w polskim zyciu publicznym projektu o nazwie Platforma Obywatelska, wydaje się, że już nie ma ludzi, którzy nie wiedzieliby, że to co się dzieje stanowi najbardziej wyrazisty i jednoznaczny przykład porażki, w dodatku porażki na najwyższym poziomie kompromitacji. Wydaje się, że nawet jeśli weźmiemy do swoich badań grupę wyborców, których jedynym źródłem informacji jest telewizja TVN24 i Gazeta Wyborcza – efekt będzie identyczny, a mianowicie deklarowana świadomość, że to z czym mamy do czynienia od trzech i pół roku, to czysta porażka. Oczywiście, musimy przy tym brać pod uwagę, że ta reguła ma – jak niemal każda – swoje wyjątki, a więc, że gdzieś, w najbardziej egzotycznych kieszeniach współczesnej Polski są ludzie, którzy zarówno premiera Donalda Tuska, jak i reprezentowaną przez niego partię uparcie uwielbiają. Sam na przykład znam pewna młodą osobę, która twierdzi – i chyba robi to bez żadnej ironii – że kiedy widzi, lub choćby tylko słyszy Donalda Tuska, to ogarnia ją wręcz boski spokój. No ale, zgódźmy się, że to jest przypadek ekstremalny.
Problem się zaczyna dopiero wówczas, gdy okaże się, że znaczna część z osob bardzo niezadowolonych z polityki naszego rządu, z pracy jego ministrów i ze skutków, jakie ta praca przynosi, są jednocześnie głęboko przekonani, że to wszystko jest wyłączna winą Prawa i Sprawiedliwości i osobiście Jarosława Kaczyńskiego. Mało tego. Problem się pojawia, gdy się okazuje, że znaczna część z tych osob uważa, że dziś władzę w Polsce sprawuje właśnie PiS z Kaczyńskim, natomiast Tusk i jego ludzie, to zaledwie stłamszona grupa opozycjonistów. Ktoś powie, że ja sobie tu urządzam kpiny. Wcale nie. Jestem przekonany, ze gdyby największe ośrodki badania opinii publicznej zechciały przeprowadzić badanie na temat świadomości Polaków odnośnie tego, kto dziś w Kraju trzyma władzę, bardzo znaczny procent – nie wiem, czy 20, czy może nawet 30 – odpowiedziałoby, że PiS. Powiem więcej. Z moich – dość pobieżnych, przyznaję – obserwacji wynika, że są w Polsce ludzie, którzy uważają, że Jarosław Kaczyński jest dziś i premierem i prezydentem.
Z czego to szaleństwo wynika? Otóż niewątpliwie, jest ono skutkiem celowo prowadzonej polityki informacyjnej, której celem jest nie informowanie, lecz doprowadzenie jak największej grupy społecznej do stanu kompletnego zidiocenia i utrzymanie ich w tym stanie przez możliwie długi czas. Jakiś czas temu wspominałem na swoim blogu sytuację z pociągu, którą opowiedziały mi moje dzieci. Otóż jechały sobie one w przedziale z dwiema paniami, bardzo zaangażowanymi w komentowanie naszej ‘posmoleńskiej’ sytuacji. I w pewnym momencie jedna z nich zaczęła bardzo się oburzać na „tego Arabskiego”, który podobno „przygotował całą tę wizytę i w ten sposób doprowadził do katastrofy”. I na to druga pani powiedziała coś mniej więcej takiego: „Ale czego się pani dziwi? Takich to miał współpracowników ten Kaczor”.
Ja tu opowiadam o zwykłych ludziach. Weźmy jednak niedawny program Tomasza Sekielskiego „Czarno na białym”, czy jakoś tak. Sekielski poświecił go w całości omówieniu kilku głośnych przypadków, kiedy to polskie państwo zrujnowało interesy najbardziej energicznych i biznesowo utalentowanych ludzi. Każdy z tych przypadków stanowił wręcz modelowy przykład choroby, która toczy od dziesięcioleci nasze państwo i z którą to chorobą dotychczas chęć skutecznej walki ogłosił Jarosław Kaczyński. Mówimy tu o chorobie nie ograniczającej się do paru niekompetentnych urzędników, nie do kilku niefortunnych decyzji i nieszczęśliwych pomyłek, ale o prawdziwej zarazie, która opanowała same szczyty władzy. Tymczasem sposób w jaki telewizja TVN24 przedstawiła problem, w efekcie umożliwił jeden przekaz: wszystkiemu winni są urzędnicy, których za tymi ich biurkami posadził PiS, a Platforma Obywatelska, razem z serdecznie zaangażowanym w sprawę Januszem Palikotem, niestety, mimo naprawdę dobrych chęci, nie dała rady ich usunąć.
Oczywiście, wszyscy ci, którzy potrafią słuchać przekazywanych im informacji ze zrozumieniem, a obraz który do nich dochodzi rozpoznawać bez większych uprzedzeń, doskonale mogli się zorientować, choćby z nie tak przecież głęboko ukrytych znaków, kto tu jest naprawdę zły. Ale bądźmy uczciwi. Telewizja to nie jest wynalazek dla ludzi myślących. A zatem, musimy przyjąć niemal jako pewnik, że ze wspomnianej audycji Tomasza Sekielskiego, znaczna część widzów zrozumiała znów tylko jedno: Jaka to szkoda, że wciąż rządzi ten PiS. Nie ma co gadać. Dopóki Kaczyński będzie premierem, z tego kraju nic nie będzie. Czy to jest ich wina. Oczywiście, trochę tak, ale nie przede wszystkim. Po drugiej stronie tego planu stoją bowiem prawdziwi zawodowcy.
Co się stało, że ogarnęły mnie dziś tego rodzaju refleksje? Otóż właśnie odebrałem dwie kolejne, ściśle ze sobą powiązane, informacje. Pierwsza z nich to taka, że jakiś warszawski sąd wydał wyrok, zgodnie z którym niejaki Alan Szwejkowski ma otrzymać od władz miasta 15,5 tys. złotych w ramach odszkodowania za poniesione krzywdy. O jakie krzywdy chodzi? Otóż krótko mówiąc, ów Alan kilka lat temu był uczniem jednego z warszawskich liceów i decyzją nauczycielki otrzymał obniżoną ocenę z przedmiotu. Ponieważ Alan uznał, że on akurat zasłużył na ocenę wyższą, zorganizował szkolny bunt przeciwko nauczycielowi. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób ten protest przebiegał, jednak efekt jego był taki, że nauczycielka postanowiła odejść ze szkoły. W reakcji na ten przerzucony protest, większość zbuntowanej młodzieży zreflektowała się, nauczycielkę przeprosiła, z pretensji się wycofała i na placu boju pozostał sam Alan, który – jak sam później twierdził – został następnie ze strony poddany takiej presji, że nie mogąc się już spokojnie uczyć, musiał zmienić szkołę. No i wtedy ktoś mu doradził, żeby podał swoją byłą szkolę do sądu, co on uczynił, i jak się dziś okazuje – w pełni skutecznie. Władze miasta – jako tzw. organ prowadzący – mają mu za jego bolesne krzywdy zalecić te 15 kawałków.
I to jest news pierwszy. Drugi natomiast jest taki, że Katarzyna Hall, minister edukacji w rządzie Donalda Tuska, poproszona przez Monikę Olejnik o komentarz w tej sprawie, powiedziała najpierw co następuje: „Tryumf edukacji obywatelskiej, uważam”, a następnie, dociskana przez rozdziawioną i porażoną tym przypadkiem opętania dziennikarkę, wyjaśniła już bardziej dokładnie swoją pozycję: „To jest porażka szkoły, jeżeli nie umiano normalnie w szkole tego rozwiązać. […] Jeżeli nauczycielka mu coś głupio wyjaśniała, to jest jej problem”.
Czemu ja się tym tak przejmuję? Otóż, jak niektórzy wiedzą, sam jestem nauczycielem, i robotę tę znam dość dobrze. Wiem więc też, że szkoła to jest takie miejsce, gdzie konflikt między nauczycielem i uczniem jest wręcz naturalny. Na ogół sytuacja jest do opanowania, a więc uczniowie mają się uczyć i w ogóle starać, nauczyciele mają tę naukę i starania oceniać, a uczniowie – mimo że są często z tych ocen niezadowoleni – jakoś je przyjmują, i złorzecząc pod nosem brną dalej. Zdarza się też niestety tak – szczególnie w ostatnich latach – że pewien typ ucznia, jak to określa minister Hall, „obywatelsko wyedukowanego” postanawia szkole pokazać, że dotychczasowy system jest niesprawiedliwy i że ten stan można próbować zmienić. Najczęściej jego postawa sprowadza się do tego, ze on się z nauczycielem kłóci, nasyła na nauczyciela swoich – równie jak on – świadomych swoich praw rodziców, a niekiedy ze swoimi pretensjami udaje się do Dyrekcji, czy niekiedy nawet do Kuratorium. O co najczęściej chodzi? Zawsze o to samo. A więc o ocenę z przedmiotu, lub ze sprawowania. Czasem o jakąś karę dyscyplinującą. Tak czy inaczej, chodzi niezmiennie o to, że szkoła dla dziecka okazała się niedobra i niesprawiedliwa. Że kogoś kto jest mądry, grzeczny i zdolny nie doceniła.
Jak na ten typ postępowania reaguje szkoła? Najczęściej niestety wpada w panikę. I to od poziomu samego nauczyciela a kończąc na Dyrekcji. Dlaczego tak się dzieje? Z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że naprzeciwko siebie ma osobnika, czy grupę osob absolutnie wyjątkowo zdeterminowanych – a więc już na samym początku znacznie od szkoły silniejszych – a poza tym z tej przyczyny, że szkoła zawsze nastawiona jest przede wszystkim na jedno, czyli na tak zwany święty spokój. Kto na tej sytuacji cierpi najbardziej? Oczywiście nauczyciel, który nagle znajduje się w kleszczach między obrażonym uczniem, jego wściekłym ojcem, a dyrektorem, który wciąż powtarza tylko jedno: „A nie można mu było jednak dać tej piątki?” I dobrze jest, gdy na tym się wszystko kończy. Zawsze można w końcu wymusić tę zmianę oceny i wszystko załagodzić. Gorzej, jeśli konflikt już osiąga poziom taki, że po jednej stronie jest szkoła, a po drugiej Kuratorium, czy wręcz sąd. Dlaczego gorzej? Otóż powód jest prosty. Dlatego, że szkoła wtedy już nie ma żadnych szans. Bo na swoją obronę ma tylko coś, co się nazywa Tradycją, Obyczajem, czy Prawem, a z drugiej strony poddana jest atakowi ze strony ludzi – właśnie tak, ludzi – dla których szkoła jako taka zawsze była wrogiem i utrapieniem, a sam nauczyciel wyłącznie durniem, którego należy tępić. Kogo mam na mysli, mrowiąc o ludziach? Wszystkich, a więc urzędników, sędziów, dziennikarzy, polityków i tak zwaną opinię publiczną.
I oto w tej sytuacji, kiedy można by się było spodziewać, że ktoś, kto reprezentuje właśnie szkołę, a więc i jej dyrekcję i nauczycieli, ale przecież też i uczniów, którzy jednak na coś z jej strony liczyli i nadal liczą, a więc minister edukacji, w sytuacji tak ciężkiego konfliktu, stanie po stronie tej właśnie szkoły, okazuje się, że ten właśnie minister nagle przyłącza się do tego chóru zakompleksionych baranów, i cieszy się, że oto państwo pokazało swojej szkole, że jest zbędna i nic nie warta i niech spieprza.
A to akurat już jest problem. Bo oto, mimo że myśmy od dawna wiedzieli, że polskie państwo, pod władzą Platformy Obywatelskiej powoli staje się żałosna fikcją, i że każde pojedyncze działanie tego rządu zmierza do jednego – żeby to państwo sprowadzić do pozycji nikomu niepotrzebnego śmiecia, dzieje się jakoś tak, że kiedy minister rządu, i to w dodatku – wszystko, proszę zwrócić uwagę, piszemy z dużej litery – Minister Edukacji Narodowej zupełnie oficjalnie oświadcza, że nauczyciele to durnie, a więc uczniowie mogą sobie z nimi robić co im się podoba, to sytuacja robi się niezwykle szczególna. Edukacja, a więc w pewnym sensie podstawa wszystkiego co stanowi o naszej przyszłości, w oczach naszego państwa zostaje przez to państwo wykpiona i wdeptana w ziemię. Nie wiem. Może przemawia przeze mnie i całe moje nauczycielskie doświadczenie, wszystkie te lata, z jednej strony przemęczone, choć z drugiej tak bardzo szczęśliwe, może w tym co piszę dźwięczy jakiś paskudny kompleks, ale kiedy Minister Edukacji Narodowej, w konflikcie między nauczycielem, który, jak wszystko wskazuje, nie miał na sercu nic nagannego, a uczniem, który zwyczajnie – jeszcze jeden z tysiąca uczniów każdego dnia, który był niezadowolony z oceny, ale za to miał poczucie, że żyje w nowych czasach, gdzie wszyscy mają równe prawa – się obraził na nauczyciela, staje po stronie ucznia, a przeciwko zaszczutemu w gruncie rzeczy nauczycielowi, to ja mam poczucie, że upadku państwa nie można było wyrazić lepiej.
I wreszcie coś, z pewnego punktu widzenia, najważniejszego, a więc to, co zostaje na drugim końcu tego nieszczęścia. Społeczeństwo. Jest bowiem tak, że rząd Platformy Obywatelskiej, w sposób jednoznaczny i jak najbardziej bezczelnie oczywisty, w każdym swoim działaniu występuje przeciwko obywatelowi. Nie ma gestu, nie ma słowa, nie ma nawet najdrobniejszego projektu, który w ten czy inny sposobu nie byłby skierowany przeciwko obywatelowi. Dosłownie wszystko, co oni robią jest robione przeciwko nam. I oto, mamy biednych nauczycieli. Oszalałych z tej bezsensownej pracy, a jednocześnie jakimś niezrozumiałym zupełnie odruchem trzymającym się tego poczucia, że chyba tu jednak chodzi o coś więcej, niż codzienne przyjście do pracy i odbębnienie kolejnego dnia w szkole. Nauczycieli durnych pewnie niejednokrotnie bardziej niż ci, których oni uczą, ale starających się za ten psi grosz robić, co do nich należy. Nauczycieli zaczynających i kończących dzień, z jednej strony w nadziei, że może tym razem coś się z tego gówna uda wykroić, a z drugiej w obawie, że i dziś nie dadzą rady. Nauczycieli wreszcie, wciąż próbujących znaleźć drogę wyjścia z tego splątania, a jednocześnie skonfrontowanych z tak zwanym nowym pokoleniem, świadomym swoich praw i nie znającym sprzeciwu. I na to wszystko przychodzi nasza władza i mówi nauczycielom, żeby się zamknęli, bo ich czas już dawno minął. I kiedy to wszystko jest tak bardzo oczywiste i tak bardzo jednoznaczne i tak bardzo wręcz krzyczy prosząc o uwagę, nie ma takiej siły, która by kazała tym własnie biednym nauczycielom zrozumieć, że to nie Kaczyński za tym wszystkim stoi. Chce się wyć.
Patrzę dziś na tą przedziwną – naprawdę nie umiem znaleźć innego słowa, by ją określić – kobietę i tracę dech w piersiach. Katarzyna Hall. Kobieta, która najdoskonalej jak tylko było można stała się symbolem tego raka, który od trzech już ponad lat niszczy naszą Polskę. I myślę sobie, że za wiele trzeba będzie odpowiedzieć. Oczywiście, przede wszystkim za smoleńską zbrodnię. To po pierwsze. Ale za to, co oni zrobili z polską szkołą, za to, jak oni okazali dla tej szkoły swój szacunek i zrozumienie, za to, jak oni zrobili wszystko, żeby tę szkołę ośmieszyć i zdeptać, niech zdychają dokładnie tak samo, jak tamci. I niech tu nie będzie przebaczenia.

Tekst jednocześnie do czytania w Warszawskiej Gazecie. Polecam.

piątek, 22 kwietnia 2011

Don Paddington: Słowo na Dzień Zmartwychwstania

SŁOWNIK PODRĘCZNY.
(Podstawowe pojęcia dotyczące Słowa Bożego,
które jest żywe, skuteczne i ostrzejsze niż miecz obosieczny!)




APOKATASTAZA: (gr. apokatastasis: przywrócenie jedności pierwotnej, odnowienie) w teologii chrześcijańskiej pogląd, że czas próby nie kończy się z chwilą śmierci i dlatego zbawienie osiągną również ci ludzie, którzy zmarli bez pojednania z Bogiem (a nawet złe duchy), bo Bóg będzie im dawał szansę nawrócenia także i w wieczności. Tym samym nie można mówić o potępieniu jakiejkolwiek rozumnej istoty (anioła bądź człowieka): piekło – o ile istnieje – będzie puste.
Kościół Katolicki odrzuca teorię apokatastazy, choć w przeszłości nie brakowało, a i dzisiaj nie brakuje myślicieli katolickich opowiadających się za tym poglądem (wg. nich: 1. zapełnione piekło – tzn. kara wieczna - jest nie do pogodzenia z Miłością Boga; 2. nie można ludzi zmuszać do czynienia dobra, strasząc ich potępieniem).
Poza dość subtelnymi spekulacjami teologów na temat apokatastazy, można też mówić o wulgarnym rozumieniu wyżej przedstawionego pomysłu. Owo rozumienie sprowadza się do marzenia o życiu, w którym człowiek nie musi przejmować się konsekwencjami (zwłaszcza wiecznymi konsekwencjami) swoich czynów. Marzenie to jest kwintesencją polskiego przysłowia “Hulaj dusza – piekła nie ma!”, które w powyższym kontekście można zinterpretować w sposób następujący: „Piekło to mało ważny pryszcz. Bo nawet jeśli piekło istnieje, to jest nam ono niestraszne, ponieważ zawsze będzie puste. Na dobrą więc sprawę, człowiek może robić to na co ma ochotę (także wtedy jeśli jest to sprzeczne z wolą Bożą), a opowieści o diable i piekle należy między bajki włożyć. Krótko mówiąc: Bawmy się zgodnie ze swymi preferencjami i nie przejmujmy się!”.
Zobacz: Ateizm; Bóg, pkt 4; Cierniem ziemia porośnięta;

ATEIZM: Negacja Boga, rozumiana albo jako zaprzeczenie Boga, albo jako odrzucenie wiary religijnej. Efektem ateizmu jest bezbożność (gr. atheos: bezbożny). Zazwyczaj wskazuje się na dwa rodzaje ateizmu: ateizm teoretyczny, oraz ateizm praktyczny.
Ateizm teoretyczny, odrzucający wiarę w istnienie Boga jako niezgodną z rozumem i nauką (naukowym przyrodoznawstwem), jest zjawiskiem stosunkowo rzadkim i w jakiejś mierze dziwnym, postrzeganym dzisiaj coraz częściej jako skutek bezkrytycznego optymizmu poznawczego, charakterystycznego przede wszystkim dla XIX-wiecznego pozytywizmu.
Znacznie powszechniejszy jest ateizm praktyczny, który nie tyle jest stanowiskiem światopoglądowym, co raczej pewną postawą życiową. Polega ona na tym, że człowiek, bez względu na to czy wierzy w Boga, czy też odrzuca Jego istnienie, żyje tak jakby Boga nie było.
Przyczyny tego rodzaju ateizmu mogą być różne i w Przypowieści o siewcy Chrystus na niektóre z nich zwraca uwagę. Droga żyje jakby Boga nie było, ponieważ Bóg (jeśli jest!) nie jest kimś na kogo warto zwracać uwagę (zwłaszcza jeśli jest tyranem i oszustem). Miejsce skaliste żyje jakby Boga nie było, ponieważ Bóg zbyt poważnie podchodzi do swoich Słów i wymaga rzeczy, które są ponad siły przeciętnego człowieka. Cierniem ziemia porośnięta żyje jakby Boga nie było, ponieważ w życiu jest takie tempo „że ani załadować, ani wyładować nie ma kiedy”, a poza tym – „bądźmy pragmatyczni i powiedzmy sobie szczerze” – w załatwieniu tych wszystkich spraw, którymi trzeba się zająć, Bóg i wierność Jego Słowu mogą tylko przeszkadzać.
Trudno powiedzieć, na ile owi ludzie myślą o konsekwencjach swoich postaw. Można przypuszczać, że mają nadzieję, iż „jakoś to będzie”.
Zobacz: Apokatastaza; Cierniem ziemia porośnięta; Droga; Miejsce skaliste.

BÓG: Tajemnica. Autor niniejszego słownika nawet nie będzie próbował definiować tej Rzeczywistości, która tak naprawdę w ludzkim języku jest niewyrażalna. Dzięki samoobjawieniu się Boga (Biblia), oraz analizie Jego Dzieł możemy (nie oddając istoty rzeczy) powiedzieć o Nim, że Jest, jest Jeden w Trzech Osobach, jest Miłością, jest Wszechmocny, jest Wszechwiedzący, jest Wszechobecny, jest Święty (tzn. Inny), jest Wieczny, jest (…).
Osobnym problemem jest tutaj zagadnienie fałszywego obrazu Boga, który pojawia się w głowach wierzących (?) ludzi, a który z definicji nie ma nic wspólnego (albo bardzo niewiele) z tym Bogiem, o którym możemy poczytać w Piśmie Świętym, bądź o którym możemy wnioskować, oglądając Jego Dzieła. Owe zniekształcone obrazy Boga są najczęściej skutkiem albo ignorancji (ktoś czegoś nie doczytał, a tego co przeczytał nie zrozumiał), albo osobistych – najczęściej tragicznych – doświadczeń (“Jak Bóg może być Miłością, skoro nieszczęścia ciągle na mnie spadają?”).
Wśród owych fałszywych obrazów możemy m.in. wyróżnić następujące “wizje” Boga:
1. Bóg sadysta – Bóg, który nieustannie, w ramach kary zasłużonej, bądź kary niezasłużonej (?), zsyła na człowieka cierpienia i nieszczęścia i jest tym bardziej zadowolony im bardziej człowiekowi jest źle. Życie człowieka czyni piekłem na ziemi. Z racji oczywistych, kochać kogoś takiego jest trudno; należy się Go bać; jest czymś mile widzianym, jeśli człowiek w masochistycznym porywie dziękuje za doświadczane cierpienia.
2. Bóg policjant – Bóg, który nieustannie pilnuje człowieka, lecz nie po to, by go ochraniać, lecz po to by przyłapać go na gorącym uczynku, gdy ten popełni zło. Jest to Ktoś, kto tylko zakazuje (zwłaszcza zakazuje przyjemności, wiadomo: “Jeśli jest coś przyjemnego, to albo jest to grzech, albo od tego się tyje…”), nie daje człowiekowi żadnej możliwości manewru i tylko czyha, by człowiekowi wlepić mandat (tzn. ukarać człowieka). Największe marzenie takiego Boga, to zamknąć wszystkich (albo prawie wszystkich) normalnych ludzi w piekle. Niebo rezerwuje dla dziwaków i nudziarzy.
3. Bóg daleki – Bóg owszem jest, ale ludzie, świat i jego problemy nie obchodzą Go. Jest to Ktoś odznaczający się doskonałą obojętnością: tym samym nie ingeruje w bieg spraw tego świata, człowiekowi ani nie pomoże ani nie zaszkodzi, kwestie zbawienia czy potępienia ludzi, nie wchodzą w zakres Jego zainteresowań. Właściwie mogłoby Go nie być…
4. Bóg kumpel – kumpelstwo owego Boga wyraża się przede wszystkim w Jego wielkiej pobłażliwości względem człowieka. Owszem, ów Bóg jest Wielki, Święty itd., ale z jakichś powodów można Go lekceważyć, obrażać, opluwać itd. nie przejmując się konsekwencjami takiej wobec Niego postawy. Powyższy obraz Boga mógł się ukształtować wskutek wulgarnego rozumienia teorii apokatastazy, bądź też jest efektem poglądu, wyrażonego przez XIX-wiecznego niemieckiego poetę, H. Heine: “Bóg mi przebaczy – to Jego zawód.”
Zobacz: Apokatastaza;

CIERNIEM ZIEMIA POROŚNIĘTA: W Przypowieści o siewcy człowiek (grupa ludzi), o którym Pan Jezus mówi w następujący sposób: “(Ziarno) posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje ono bezowocne.”
Grupa negatywnie oceniana przez Pana Jezusa.
Należący do tej grupy widzą prawdę, którą odkrywa przed nimi Słowo. Problem polega na tym, że w mniemaniu owych ludzi, są w życiu istotniejsze (ważniejsze) sprawy, aniżeli prawda dająca wyzwolenie i – w efekcie – zbawienie. W Boga wierzą (zwłaszcza w “Boga dalekiego” lub “Boga kumpla” – Zobacz: Bóg, pkt 3 i 4), ale nie wierzą Bogu, że już dzisiaj, teraz, w tej chwili, nie zwlekając należy się nawrócić i zacząć pełnić wolę Bożą. Sądzą, że ciągle mają na to czas, a póki co należy zająć się tym, co naprawdę ważne, tzn.: rozwiązywaniem życiowych problemów (“troski doczesne”) i robieniem pieniędzy (“ułuda bogactwa”). Nie są to ludzie, którzy przez całe swoje życie, współpracując z Łaską Bożą, umacniając się świętymi Sakramentami – dążą do zbawienia. Należy wprost powiedzieć, że wiara u tych ludzi jest wątpliwa, miłość – na pokaz i dla osiągnięcia dobrego samopoczucia, nadzieja upatrywana tylko w doczesności. W takim kontekście nawrócenie jawi się im jako niedorzeczność, a pełnienie woli Boga, jako skazywanie się z góry na porażkę w tzw. wyścigu szczurów, czyli bezwzględnej rywalizacji o kasę, władzę i seks. Oczywiście nie mają nic przeciwko zbawieniu, a wulgarna wersja teorii apokatastazy, jest dla nich bardzo atrakcyjna. Najczęściej jednak “załapują się” na fuksa.
Zobacz: Apokatastaza; Ateizm; Bóg; Fuks; Hierarchia wartości; Przypowieść o siewcy;


DECYZJA:
Zobacz: Wybór fundamentalny;

DROGA: W Przypowieści o siewcy człowiek (grupa ludzi), o którym Pan Jezus mówi w następujący sposób: “Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze.”
Grupa negatywnie oceniana przez Pana Jezusa.
Źródłem takiej właśnie oceny jest fakt, że Droga choć słucha Słowa, to jednak nie rozumie Go. Ów brak zrozumienia nie bierze się stąd, że słuchający szwankuje na umyśle, bądź też stąd, że treść Słowa jest tak trudna i skomplikowana, że przeciętnie inteligentny człowiek, nie jest w stanie tej treści zrozumieć. Droga nie rozumie Słowa, ponieważ nie chce zrozumieć. Mamy więc tutaj do czynienia ze złą wolą człowieka i w tym kontekście staje się bardziej jasne, dlaczego mówiąc o tej właśnie grupie ludzi, Pan Jezus wskazywał na dużą aktywność Złego ducha. W efekcie, zła wola Drogi wsparta działaniem diabła, skutkuje odrzuceniem prawdy ukazywanej przez Słowo.
Droga to ludzie, którzy szukając usprawiedliwienia dla swej złej woli, zwracają się często przeciwko temu co Boże, widząc w Bogu (“O ile istnieje!”) i Jego wymaganiach, symbole tego co tyrańskie i oszukańcze (Zobacz: Bóg, pkt 1 i 2; Skandal, pkt 2). Droga to “twarda sztuka”: fuks jest często jedyną szansą tych ludzi.
Zobacz: Ateizm; Fuks; Przypowieść o siewcy;

DUCH ŚWIĘTY: Trzecia Osoba Trójcy Świętej. “Przekonuje świat o grzechu” (J 16,8), tzn. pomaga ludziom poznać prawdę o sobie samych. Dzięki współpracy z Duchem Świętym człowiek może dokonać wyboru fundamentalnego i wkroczyć na drogę wiodącą do zbawienia.
Zobacz: Przypowieść o siewcy; Wybór fundamentalny; Ziemia żyzna;

FUKS: wyrażenie kolokwialne oznaczające szczęście, a mówiąc ściśle: szczęśliwy (lecz bez większego, osobistego wkładu zainteresowanego) zbieg okoliczności.
Biorąc pod uwagę Boży upór zmierzający do zbawienia człowieka, można przypuszczać, że wielu ludzi fuksem osiągnie szczęście wieczne, “załapując się” na pojednanie z Bogiem i ludźmi, w godzinę swej śmierci.

Hbr 4,12: “Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca.”
Tekst ów nie pozostawia wątpliwości, że tym co stanowi o skuteczności Słowa Bożego, jest Jego zdolność do ukazywania prawdy o człowieku. I nie tyle tu chodzi o ukazanie prawdy o tzw. “człowieku w ogóle”, lecz o prawdę dotyczącą konkretnego, tu i teraz żyjącego człowieka, noszącego konkretne imię i nazwisko, żyjącego w konkretnym miejscu na ziemi, obcującego z podobnymi sobie konkretnymi ludźmi. Pozostaje tylko zapytać, co człowiek z poznaną o sobie prawdą uczyni? Przypowieść o siewcy, oraz J 8, 31-32 wyjaśniają, że człowiek może ową prawdę odrzucić (Zobacz: Droga), udawać że jej nie ma (Zobacz: Miejsce skaliste), uznać, że jest wiele spraw ważniejszych od niej (Zobacz: Cierniem ziemia porośnięta), użyć ją jako narzędzia wyzwolenia z niewoli grzechu i egoizmu (Zobacz: Ziemia żyzna).

HIERARCHIA WARTOŚCI: Uporządkowanie wartości od najważniejszej (w przypadku chrześcijanina, najwyższą wartością winien być “Bóg”, ewentualnie “zbawienie”), poprzez mniej ważne, aż do zupełnie nieistotnych. Kierowanie się w życiu hierarchią wartości polega na tym, że człowiek podejmując jakąś moralnie znaczącą decyzję, wartości niższe podporządkowuje wartościom wyższym, a te z kolei podporządkowuje wartości najwyższej.
Problem z hierarchią wartości polega na tym, że nie zawsze hierarchia deklarowana, jest tożsama z hierarchią, mającą wpływ na decyzje człowieka.
Zobacz: Cierniem ziemia porośnięta;

IZAJASZ: (ok.765 – ok. 698 przed Chr.) jeden z największych proroków Starego Testamentu. Księga jego proroctw zawiera liczne teksty zapowiadające przyjście Mesjasza (w tym teksty – tzw. Pieśni Sługi Jahwe – dotyczące cierpienia Mesjasza). Biorąc pod uwagę analizowany przez nas problem skuteczności Słowa Bożego, Izajasz jest dla nas ciekawy ze względu na następujący tekst (jak zobaczymy mający dużo wspólnego z Przypowieścią o siewcy, oraz Hbr 4,12):
“Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa.” (Iz 55, 10-11).
W związku z powyższym tekstem, rodzą się następujące pytania:
1. Jakich dzieł – w zamyśle Pana Boga – ma dokonywać w świecie Jego Słowo?
2. Jakie jest posłannictwo Słowa Bożego?
3. Co jest owym owocem, który ma się pojawić w związku z działaniem Słowa?
Nasza intuicja podpowiada nam, że w odpowiedziach na powyższe pytania powinny się znaleźć następujące sformułowania: objawienie prawdy o Bogu, nawrócenie człowieka, zachęta do czynienia dobra, ukazanie właściwej drogi, itp. W kontekście tekstów nowo-testamentalnych okazuje się jednak, że choć powyższe kwestie są bardzo istotne, to jednak najistotniejszą - co do skuteczności - właściwością Słowa Bożego, jest Jego zdolność do ukazywania prawdy o człowieku.
Zobacz: J 8,31-32; Hbr 4,12; Przypowieść o siewcy; Skuteczność Słowa Bożego;

J 8, 31-32: “Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: .”
Owo wyzwolenie dotyczy (dotyczyć może) śmierci, piekła i szatana tzn., że Słowo, które odsłania nam prawdę o nas (o tym, że jestem drogą albo miejscem skalistym albo ziemią cierniem porośniętą: tzn., że JESTEM GRZESZNIKIEM; że wskutek grzechu jesteśmy niewolnikami Złego ducha; że Bóg nas kocha; że dał nam Zbawiciela; że nie dał nam innego Zbawiciela, jak tylko Jezusa Chrystusa; że ten Jezus wyrywając nas z łap szatana, poświęcił siebie samego: umarł byśmy my mogli żyć; że umarły i złożony w grobie Jezus zmartwychwstał i pragnie w wieczności dzielić się z nami swoim zmartwychwstałym, szczęśliwym życiem;) domaga się, byśmy podjęli decyzję: z Jezusem czy bez Jezusa? Ten kto jest otwarty na prawdę, podejmie decyzję wyzwalającą.
Zobacz: Cierniem ziemia porośnięta; Droga; Kerygmat; Miejsce skaliste; Prawda; Przypowieść o siewcy; Wybór fundamentalny;

KAZNODZIEJSTWO: Sztuka oratorska, która staje się prorokowaniem (przepowiadaniem Słowa Bożego), jeśli jest dokonywana w mocy Ducha Świętego. Kaznodzieja spełnia funkcję Siewcy (w znaczeniu narzędzia Boga, który przemawia do swego Ludu), ale w odróżnieniu od Siewcy-Boga, nie jest właścicielem Ziarna-Słowa. Owa narzędność kaznodziejstwa powoduje, że choć wszyscy jesteśmy zainteresowani by było jak najwięcej, jak najlepszych kaznodziejów, to jednak skuteczność Słowa Bożego jest kategorią niezależną od jakości przepowiadania tegoż Słowa.
Zobacz: Hbr 4,12; Skuteczność Słowa Bożego;

KERYGMAT: Najbardziej podstawowe orędzie zbawcze (podstawowy sens zbawczy) będące treścią Dobrej Nowiny o Zbawieniu (Słowa Bożego). Na nasz użytek możemy ów kerygmat następująco sformułować: Wskutek grzechu wszyscy jesteśmy niewolnikami Złego ducha; Zły nas nienawidzi i pragnie zniszczyć naszego ducha, nasze ciała i nasze dusze; wskutek grzechu pierworodnego, oraz naszych osobistych grzechów, zasługujemy na zniszczenie; Bóg nas kocha mimo naszych grzechów, oraz mimo tego, iż zasługujemy na zniszczenie i dlatego – miłością powodowany – Bóg pragnie nas ratować; o miłości Boga świadczy to, że dał nam Zbawiciela w Osobie swego Syna; Bóg nie dał nam innego Zbawiciela, jak tylko Jezusa Chrystusa; ten to Jezus wyrywając nas z łap szatana, poświęcił siebie samego: umarł – a była to śmierć krzyżowa – byśmy my mogli żyć; umarły i złożony w grobie Jezus zmartwychwstał i pragnie w wieczności dzielić się z nami swoim zmartwychwstałym, szczęśliwym życiem; doświadczymy zbawienia (akcja ratunkowa przeprowadzona przez Jezusa będzie wobec nas skuteczna), jeśli zwiążemy się z Chrystusem.
Zasadniczą treść Słowa, “które jest żywe i skuteczne”, stanowi właśnie kerygmat. To on porusza ludzkie serca, które albo reagują sprzeciwem, albo wyborem fundamentalnym.
Zobacz: Skandal, pkt 2; Wybór fundamentalny; J 8, 31-32;

LEKKOMYŚLNOŚĆ:
Zobacz: Miejsce skaliste;

MIEJSCE SKALISTE: W Przypowieści o siewcy człowiek (grupa ludzi), o którym Pan Jezus mówi w następujący sposób: “Posiane na miejsca skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje.”
Grupa negatywnie oceniana przez Pana Jezusa.
Jak się wydaje, bardzo wielu tzw. wierzących i praktykujących, może siebie w tej grupie zobaczyć. Deklaracja: “Jestem wierzący i praktykujący” jest deklaracją ważną nie tylko z tego względu, że obserwując zanik praktyk religijnych wnioskujemy o zaniku religijności – a może nawet wiary – w ludziach. Przypowieść o siewcy wskazując na miejsce skaliste uczy nas, że może być ktoś gorliwie praktykujący (“słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje”), a przy tym wierzący powierzchownie, lub zgoła nie-wierzący. Ta powierzchowność ujawnia się w chwili, gdy deklarowanej przez tego rodzaju człowieka wierze, życie mówi twarde „Sprawdzam”. Miejsce skaliste tego rodzaju sprawdzian zazwyczaj oblewa, ponieważ nie ma w sobie męstwa, czyli tego rodzaju zdolności, dzięki której trwa przy Tym co dobre, prawdziwe i piękne nawet wówczas, gdy jest to trudne, czy wręcz niebezpieczne. Prawda o tym, że w godzinie próby może się okazać moralnym miernotą i tchórzem, jest prawdą bardzo bolesną. Dlatego też miejsce skaliste nie przyjmuje jej do wiadomości, w lekkomyślny sposób sądząc, że egzaltacją nadrobi braki w pracy nad sobą. Ludzie należący do tej grupy nie są tymi, na których można w pełni polegać, ponieważ swoje i innych życie traktują jak zabawę, stroniąc od tego co solidne, głębokie, mądre i święte. Z powyższego też wynika, że wiara i praktykowanie wiary to nie tyle wiedza teologiczna, tzw. „chodzenie do kościoła”, czy znajomość z jakimś księdzem, lecz przede wszystkim obecność w człowieku pragnienia łaski uświęcającej i mężne kierowanie się w życiu zasadami wiary.
Zobacz: Apokatastaza; Ateizm; Przypowieść o siewcy;

NAWRÓCENIE:
Zobacz: Plon

OWOC:
Zobacz: Plon;

PLON: W Przypowieści o siewcy plon wydany przez ziemię żyzną. Z kontekstu ewangelicznego wynika, że owym plonem (w Ewangelii określanym często mianem owocu) jest: 1. Nawrócenie; 2. Postępowanie zgodne z wolą Bożą (tzn. czynienie dobra i unikanie zła, oraz okazji do popełnienia zła).

POTĘPIENIE:
Zobacz: Apokatastaza;

POWIERZCHOWNY CZŁOWIEK:
Zobacz: Miejsce skaliste;

PRAWDA: Zgodność rzeczywistości z intelektem.
Ta klasyczna definicja zwraca uwagę na to, że to co jest w naszym umyśle, nie zawsze jest zgodne ze stanem faktycznym. Dzieje się tak, ponieważ mamy obiektywne trudności z oceną rzeczywistości (popełniamy omyłkę), bądź też rzeczywistość jest tak mało atrakcyjna (lub wręcz przerażająca), że nie chcemy tego przyjąć do wiadomości (okłamujemy samych siebie; fałszujemy rzeczywistość).
Najmniej atrakcyjna jest prawda o nas samych i dlatego mamy z tą prawdą tak wielkie trudności.
Prawda jest zawsze czymś zewnętrznym wobec człowieka, niezmiennym i jedynym.
Oprócz tego, Chrystus zwraca uwagę na wyzwalającą siłę prawdy, której można doświadczyć, jeśli człowiek łącznie przyjmie prawdę o sobie samym, oraz to, co o rzeczywistości mówi Bóg.
Zobacz: J 8, 31-32; Kerygmat; Przypowieść o siewcy.

PRZYPOWIEŚĆ O SIEWCY: Przypowieść Pana Jezusa o działaniu Słowa Bożego, przytaczana przez Ewangelie synoptyczne (Mt 13, 1-9; Mk 4,1-9; Łk 8, 4-8).
Św. Mateusz w 13 rozdziale swej Ewangelii, Przypowieścią o siewcy rozpoczyna przedstawienie cyklu Przypowieści o Królestwie Bożym. W wersji mateuszowej przypowieść ta brzmi następująco:
Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, niektóre ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha.
Przypowieść o siewcy jest jedną z nielicznych, do których Pan Jezus dał wyjaśnienie. Św. Mateusz tak (Mt 13, 18-23) owo wyjaśnienie zapisał:
“Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsca skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje ono bezowocne.Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.
Dzięki powyższemu wyjaśnieniu, interpretacja przypowieści wydaje się być znacznie łatwiejsza. Siewca to Bóg, ziarno to Słowo Boże, a cztery rodzaje gleby (miejsca) – droga, miejsce skaliste, cierniem ziemia porośnięta, ziemia żyzna - na które pada ziarno, to ludzie, do których Słowo jest skierowane. Wiadomo, że Bóg kieruje swoje Słowo do wszystkich ludzi, tym samym – biorąc pod uwagę treść Przypowieści o siewcy – można powiedzieć, że każdy człowiek (w zależności od tego jak potraktuje to, co Pan Bóg ma mu do powiedzenia) należy do którejś z czterech grup, symbolizowanych przez wzmiankowane cztery rodzaje gleby. Należy tutaj zauważyć, że tych, którzy tworzą trzy pierwsze grupy, Pan Jezus ocenia zdecydowanie negatywnie, ponieważ ludzie ci nie przyjmują prawdy o sobie i w efekcie nie przynoszą plonu (nie owocują).
Nasz Zbawiciel w taki sposób konstruuje tę przypowieść, by każdy człowiek mógł siebie do którejś ze wzmiankowanych grup przyporządkować. Wynika z tego, że Przypowieść o siewcy spełnia (może spełniać) rolę lustra, w którym człowiek ma możliwość zobaczenia siebie takim, jakim jest naprawdę. Ten, który zamyka oczy na prawdę (tzn. droga, miejsce skaliste, cierniem ziemia porośnięta), jest godny pożałowania, bo chociaż Słowo “skutecznie i ostrzej niż miecz obosieczny” ukazało go takim, jakim rzeczywiście jest, to jednak człowiek ów nie wykazał woli współpracy z Duchem Świętym, by dzięki temu osiągnąć wyzwolenie, o którym mówi Pan Jezus w J 8, 31-32.
Zwłaszcza Zobacz: Skuteczność Słowa Bożego;

PTAKI: W Przypowieści o siewcy zły duch, przeszkadzający człowiekowi w poznaniu i przyjęciu prawdy.
Zobacz: Droga; Przypowieść o siewcy;

SIEWCA: W Przypowieści o siewcy Bóg, ewentualnie narzędzie Boże głoszące Słowo Boga.
Zobacz: Kaznodziejstwo;

SKANDAL: 1. Dla człowieka, który wydaje plon, skandalem jest sytuacja braku wdzięczności wobec Boga, za Jego wielkie dzieła, a zwłaszcza za dzieło zbawienia. Jeśli człowiek ma świadomość, że Chrystus z miłości umarł za niego (tzn. umarł z jego powodu), to jest skandalem traktowanie Jezusa jako “obcego faceta sprzed dwóch tysięcy lat”. Skandal ów dobrze oddaje wołanie św. Franciszka z Asyżu: “Prawdziwa miłość nie jest kochana...
2. Dla niektórych ludzi skandalem jest twierdzenie, że Bóg kocha każdego człowieka. Ci, którzy prawdę o Miłości Boga uważają za skandaliczną, z jednej strony dysponują mnóstwem życiowych przykładów, które z Bożym kochaniem się kłócą (choroby, wojny, niesprawiedliwość, Oświęcim i gułag itd.), a z drugiej strony odznaczają się całkowitym brakiem zrozumienia sensu Ofiary Chrystusa.
Zobacz: Plon; Droga;

SKUTECZNOŚĆ SŁOWA BOŻEGO: Dość powszechnie pojęcie to jest rozumiane w duchu “triumfalistycznym” tzn. uważa się, że Słowu Bożemu nie można się oprzeć. Idąc tym torem rozumowania (Zobacz: Izajasz) należałoby przyjąć, że skuteczność Słowa polega na skłonieniu ludzi do nawrócenia, doprowadzeniu ich do wiary, oraz wzbudzeniu w nich nadziei i miłości (Zobacz: Plon). Nasze ludzkie doświadczenie stoi jednak w opozycji do tak rozumianej skuteczności Słowa. Zauważamy bowiem – także na przykładzie głoszenia Słowa przez Jezusa Chrystusa – że było, jest i pewnie będzie wielu ludzi, którzy mimo orędzia Bożego, które jest do nich kierowane, nie nawracają się, a ich życie jest bardzo często jednym wielkim dystansowaniem się od wiary, nadziei i miłości. Jak w takim razie rozumieć teksty Pisma Świętego, mówiące o skuteczności Słowa Bożego? Czymże jest owa skuteczność? Nowy Testament ukazując Wcielone Słowo jako “znak, któremu sprzeciwiać się będą” (Łk 2, 34) ponieważ “przyszło na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37), ową skuteczność rozumie bardzo szeroko. Słowo jest “żywe i skuteczne” nie tylko wtedy gdy doprowadza do wydania przez człowieka plonu (owocu), którym jest nawrócenie i postępowanie zgodne z wolą Bożą. Jak pouczają nas o tym Przypowieść o siewcy, Hbr 4,12, J 8, 31-32 Słowo Boże jest zawsze skuteczne, ponieważ zawsze – dzięki mocy Ducha Świętego, który “przekonuje świat o grzechu” (J 16,8) - ukazuje prawdę o konkretnym człowieku. Każdy człowiek może potraktować Słowo Boże jak lustro, w którym ogląda siebie samego takim, jakim jest naprawdę. Owa prawda najczęściej jest bolesna i nieprzyjemna, dlatego też nie wszyscy ludzie, na prawdę o sobie się godzą (Zobacz: Droga; Miejsce skaliste; Cierniem ziemia porośnięta;). Tym niemniej Słowo, odkrywając prawdę o tych ludziach, spełniło swoje zadanie, ponieważ człowiek znający prawdę, jest o krok od wyzwolenia, o którym Jezus mówił w J 8, 31-32. To czy człowiek ten krok wykona (tzn. stanie się ziemią żyzną przynoszącą plon), jest już pozostawione jego wolnej decyzji.

TROSKI DOCZESNE:
Zobacz: Cierniem ziemia porośnięta;

WYBÓR FUNDAMENTALNY: W kontekście prawdy ukazywanej przez Słowo Boże, wybór fundamentalny można rozumieć jako decyzję, poprzez którą człowiek jednoznacznie i nieodwołalnie opowiada się za Jezusem czyli – tym samym – za zbawieniem. Owo opowiedzenie się za Jezusem, wiąże się z akceptacją kerygmatu, tzn.: człowiek poznając prawdę o swej tragicznej sytuacji (“Wskutek grzechu jestem niewolnikiem w rękach szatana, który chce mnie zniszczyć cieleśnie i duchowo...”), tylko przez zwrócenie się ku Jezusowi jako Jedynemu Zbawicielowi, może być wyzwolony. Dokonanie takiego wyboru jest niemożliwe, jeśli człowiek zamyka oczy na prawdę o sobie samym, bo wówczas zamyka się na działanie Ducha Świętego.
Zobacz: J 8,31-32; Kerygmat; Przypowieść o siewcy;

ZBAWIENIE:
Zobacz: Wybór fundamentalny; Kerygmat; Apokatastaza;

ZIARNO: W Przypowieści o siewcy Słowo Boże.
Zobacz: Przypowieść o siewcy;

ZIEMIA ŻYZNA: W Przypowieści o siewcy człowiek (grupa ludzi), o którym Pan Jezus mówi w następujący sposób: “Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.
Ziemia żyzna to ludzie, którzy dokonali wyboru fundamentalnego, co zaowocowało w ich życiu nawróceniem i postępowaniem zgodnym z wolą Bożą. Jako ludzie związani z Jezusem: Wcielonym Słowem, świadomie dążą do zbawienia współpracując na co dzień z Duchem Świętym.
Zobacz: Przypowieść o siewcy; Plon; Kerygmat; Wybór fundamentalny;