Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka orkiestra świątecznej pomocy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka orkiestra świątecznej pomocy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 stycznia 2011

Don Paddington: Jeszcze raz o mgle. Tej drugiej

Nie mam pewności, czy dobrze oceniam sytuację, czy tylko mi się tak zdaje, ale mam wrażenie, że – przynajmniej w porównaniu z zeszłym rokiem – tak zwaną Orkiestrę zaczęto nakręcać stosunkowo wcześnie. Doszło wręcz do tego, że główna gwiazda programu pojawiła się na scenie jako pierwsza. Jeszcze zanim zapalono światła, zanim rozległy się pierwsze dźwięki, nawet jeszcze przed pojawieniem się pierwszych widzów, przylazł on i rozpoczął swoją gadkę. O co poszło? Jak już napisałem w poprzedniej notce, najwyraźniej czas ucieka, a wraz z tą ucieczką, rozbrzmiał apel: wszystkie ręce na pokład. A zatem skoro tak – to na nas też już czas. Oto bardzo piękne świadectwo naszego księdza. Świadectwo, które już nam odpowiednio zajaśniało przed rokiem, ale ponieważ nigdy dość słów prawdy, przypominam je i dziś. Dziś, gdy one mówią więcej niż kiedykolwiek wcześniej. A zatem, gdy oni będą robić swój rytualny harmider, Ksiądz nam coś opowie. Posłuchajmy.


Jerzy Owsiak kojarzy mi się nieodmiennie z jednym wydarzeniem, które w sposób decydujący wpłynęło na sposób, w jaki go postrzegam. Otóż w czasie wielkiej powodzi 1997 roku, w parafii w której pracowałem, zorganizowaliśmy zbiórkę artykułów pierwszej potrzeby dla powodzian. Z Kurii otrzymaliśmy adres jednej z parafii pod Opolem i postanowiliśmy ciężarówką mojego znajomego zawieźć zebrane dary do potrzebujących. I wtedy pojawił się pewien problem. Nie mogliśmy w żaden sposób skontaktować się z tamtejszym proboszczem, a jazda w ciemno nam się nie uśmiechała. Nasi kurialiści zapewniali jednak, że nie ma się czym przejmować – adres został przesłany z Kurii opolskiej i nawet jeśli przyjedziemy niezapowiedziani, zostaniemy przywitani serdecznie. Oczywiście, to czy doznamy tam jakichś serdeczności, czy też nie, nie było moim zmartwieniem. Problemem była tylko i wyłącznie kwestia dojazdu. Chcieliśmy wiedzieć, czy przy wciąż wysokim poziomie wody w Odrze, zalanych bądź podmytych drogach i zagrożonych mostach, w ogóle jest możliwe do owych powodzian dotrzeć.
Tak czy inaczej pojechaliśmy, i po licznych przygodach i jeszcze liczniejszych objazdach, dotarliśmy na miejsce. Owa wieś wyglądała strasznie. To niesamowite, co rozszalała woda może nawyczyniać. Do dzisiaj śnią mi się niektóre widoki. Podjechaliśmy pod widoczny już z daleka kościół. Stała tam grupka ludzi, od której na nasz widok odłączył się jakiś mężczyzna, energicznie otworzył drzwi naszej ciężarówki i zaczął na nas wrzeszczeć. Prawdę powiedziawszy, rzucał najgorszym mięsem, przy czym najbardziej dobitnie brzmiało słowo „wypierdalać!”. Ponieważ nosił na sobie kapłańską koszulę, domyśliłem się, że jest to ów miejscowy proboszcz, który według poznańskich kurialistów, miał nas bardzo serdecznie przywitać. No i przywitał…
Po chwili jednak okazało się, że zaszło przykre nieporozumienie, a jego przyczyną okazał się być sam Jerzy Owsiak. Otóż owa podopolska wioska w czasie powodzi została praktycznie odcięta od świata, i bardzo szybko zaczęło ludziom brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań, leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by w tej trudnej sytuacji ratować co się da i pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo choroby mieli najtrudniej. To był naprawdę dzielny ksiądz, choć, jak widzimy, trochę choleryczny.
Kiedy woda trochę opadła, pojawiła się możliwość wspomożenia tej wsi transportami podobnymi do naszego. Jako jedne z pierwszych pojawiły się bodajże trzy ciężarówki od Jerzego Owsiaka. To znaczy pojawiły się kilka kilometrów od celu, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze… i się zatrzymały. Tymczasem, kiedy proboszcz dowiedział się, że wspomniane ciężarówki jadą właśnie do niego, zwołał ludzi do wyładunku, czeka, a tu nic – ani widu, ani słychu. Ciężarówki jak stały za Odrą, tak stoją. Zepsuły się? Nie wiadomo. Ludzie czekali najpierw całą noc, potem cały dzień. W końcu proboszcz, jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na drugi brzeg. I tam oto grzecznie mu wyjaśniono, że ponieważ pan Owsiak życzy sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa telewizyjna, musi uzbroić się w cierpliwość, bo tak się niefortunnie złożyło, że owa ekipa najwcześniej może przyjechać jutro, a kto wie, czy nie dopiero za dwa dni.
Proboszcz oczywiście zasugerował, by machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo potrzebują pomocy. Wtedy to jeden z członków owego transportu, w obecności księdza, zadzwonił z komórki do Owsiaka, przedstawił sytuację i spytał co robić. Po chwili rozłączył się i powiedział, że szefowi bardzo jednak na telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie te parę dni jeszcze poczekać.
Proboszcz na takie dictum zdenerwował się okrutnie, nawkładał tym ludziom – z Jerzym Owsiakiem na czele – od bezdusznych chamów, i kazał im, jak już zostało wspomniane, „wypierdalać”. Przy okazji też zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek wjedzie do jego wsi, to on i jego parafianie własnoręcznie te ciężarówki, wraz z tym co się na nich znajduje, spalą. No i to właśnie następnego dnia, tak się złożyło, że do owej wioski wjechała nasza ciężarówka, a ksiądz proboszcz – biorąc nas za ludzi z ekipy Jerzego Owsiaka – zareagował jak zareagował.
Wydarzenie to przypomina mi się zawsze wtedy, gdy widzę Jerzego Owsiaka, lub gdy ktoś zastanawia się, co z nim jest nie tak, skoro właściwie wszystko wydaje się być super. I przychodzą mi wtedy na myśl słowa Chrystusa: „Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” (Mt 6,2-4)
I na koniec zdanie prawosławnego teologa, diakona Andrieja Kurajewa*: „Zło może podejmować nawet pożyteczne działania, nie zmieniając swojej własnej natury. Na przykład czyniąc to w taki sposób, że pomagając ludziom pod jednym względem, pod innym względem będzie się umacniało ich sojusz ze złem w innych dziedzinach życia – choćby przez rozpalanie próżności ofiarodawców”.

* Cytat z „Frondy”. Diakon Kurajew pisze tam o Apokalipsie św. Jana Apostoła. Temat mnie zainteresował, ponieważ swego czasu prowadziłem rekolekcje, których zagadnieniem była właśnie Apokalipsa z jej „błyskawicami, głosami, gromami, wielkimi trzęsieniami ziemi i krwią tryskającą aż po wędzidła koni” – i było to coś (przynajmniej dla rekolekcjonisty) wspaniałego. Kurajew, choć schizmatyk, bardzo dorzecznie - a przy tym ortodoksyjnie - sprawę przedstawia, i jak sądzę, jego przemyślenia mogą być całkiem niezłym komentarzem, do niektórych z naszych notek.

sobota, 2 sierpnia 2008

Fakty, ludzie pieniądze - czyli jak zarobić na czynieniu dobra

Mój poprzedni wpis, zgodnie zresztą z moimi obawami, wywołał całą fale wrogich komentarzy. Nie dziwi mnie to, jak mówię, z tej prostej przyczyny, że póki co, żyję, mam oczy i uszy otwarte i dość dobrze wiem, co się wokół dzieje.
Właśnie, zresztą, dokładnie to, co się dzieje, zmotywowało mnie do poruszenia tematu Jerzego Owsiaka i jego sposobu na życie.
Przyznać przy tym muszę, że sam Owsiak był tu jedynie pretekstem, bo problem jest o wiele szerszy, niż jego antykościelne i antynarodowe fobie i ewidentnie bardzo mu miły antykulturowy image. Właśnie niestety też ze względu na samego bohatera mojego wpisu i całego kontekstu, w jakim zechciał się on ustawić, problem o wiele głębszy i w gruncie rzeczy niezwykle lekceważony, zszedł na plan dalszy.
Rzecz dotyczy tak zwanej ‘działalności dobroczynnej'.
Proszę posłuchać. Jeśli przyjdzie do mnie sąsiad i poprosi, żebym mu pomógł wnieść na górę coś ciężkiego, mam dwie możliwości: zgodzić się, albo jakoś się wykręcić. Jeśli się zgodzę, mam dalej dwie możliwości: zgodzić się z radością, albo zgodzić się ze wściekłością. Uważam, że i dla mnie i dla niego i w ogóle dla całego świata, lepiej jest, jeśli przyjmę jego prośbę z radością.
Teraz tak. Jeśli widzę człowieka w potrzebie, czy to biednego, czy spragnionego, czy smutnego po prostu, mam dalej dwie możliwości: albo mu pomóc, albo go zlekceważyć. Jeśli mu pomogę, pozostają dwie możliwości: albo mu pomagam z tak zwanej dobroci serca, albo mu pomagam, bo to, że mu pomogłem, pomaga mi z kolei poczuć się lepiej, więc pomagając bliźniemu, właściwie pomagam sobie.
Uważam, że i dla mnie i dla niego i dla całego świata, lepiej jest, jeśli postąpię z czystości serca i ze zwykłego ludzkiego współczucia.
Każdego roku, gdy zbliża się czas Bożego Narodzenia, w moim kościele sprzedawane są świeczki Caritasu. Ja wiem, że mogę świeczkę kupić, albo jej nie kupić. Jeśli ją kupię, mogę ją kupić, bo fajnie jest mieć taką świeczkę, albo, bo nie wypada nie kupić, skoro wszyscy kupują, albo mogę ją kupić, bo wiem, że pieniądze, które daję, będą wykorzystane dla dobra innych. A dla mnie myśl, że komuś jest źle, podczas, gdy mi jest dobrze, jest niemiła.
Oto jest działalność dobroczynna, tak, jak ja ją sobie wyobrażam. Z jednej strony jest człowiek potrzebujący, a z drugiej człowiek, któremu zbywa.
I żeby ta działalność miała głębszy sens, nie wystarczy, że człowiek, który jest w potrzebie, swoją potrzebę będzie mógł zaspokoić. O wiele większą wartością jest to, że ktoś coś zrobił bezinteresownie dla dobra drugiego, z czystego odruchu serca, z czystej, choćby nawet nie wiadomo jak nieuświadomionej, miłości.
Więc, jak mówię, zawsze jest tak, że jest ktoś kto potrzebuje i ktoś, kto daje.
Spójrzmy jednak na taką sytuację. Jest człowiek, który znajduje się na progu rozpaczy, człowiek, który liczy dni do momentu, gdy jego życie się skończy, człowiek, który cierpi, a tak się składa, że jedynym lekarstwem na jego cierpienia są ni mniej ni więcej, tylko pieniądze. I teraz jest tak, że ja - mając trochę pieniędzy na zbyciu, przyniosę mu te pieniądze. Mogę to zrobić na dwa sposoby: mogę mu te pieniądze pożyczyć z procentem, lub bez procentu, ale mogę mu te pieniądze dać. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że będzie najlepiej, jeśli mu te pieniądze dam, choć również pożyczka bezprocentowa też tu o mnie źle nie zaświadczy.
Jedno jest pewne. Jeśli ja mu te pieniądze pożyczę, oczekując zysku, powiecie o mnie, że jestem jak bank. A każdy wie, że banki nie prowadzą działalności dobroczynnej, prawda?
Kto zatem prowadzi działalność dobroczynną? Oczywiście my wszyscy. Każdy z nas, będąc człowiekiem, może w każdej chwili swojego życia prowadzić działalność dobroczynną, pamiętając jedynie, że działalność dobroczynna, to działalność dobro czyniąca. A czym jest dobro? W tym wypadku, nie ulega wątpliwości, że dobro to z jednej strony pomoc, którą uzyskał człowiek w potrzebie, a z drugiej - i paradoksalnie ze strony o wiele ważniejszej - to ta miłość, to dobro, ten gest, który nastąpił. Stało się dobro. Świat stał się lepszy.
Oczywiście, świat jest tak niegodziwy, że ludzi w potrzebie, ludzi cierpiących, ludzi którym można pomóc jest zawsze więcej, niż jesteśmy w stanie naszym sercem objąć. I to jest miejsce na tzw. organizację. Pomoc można organizować.
Tu jednak, od razu muszę wrócić do mojego przykładu z bankiem. Nie wierzę, żeby ktokolwiek z Was, uznał, że jakimkolwiek pośrednikiem-dobroczyńcą będzie tu bank. Dlaczego? Przecież to oczywiste, odpowiecie. Bo bank ma w tej pomocy interes.
Kto więc może organizować pomoc, nie ryzykując podejrzenia o koniunkturalizm. Tak się składa, że tradycja udzieliła nam tej odpowiedzi bardzo precyzyjnie. Taką pomoc, pomoc szczerą i bezinteresowną, może zapewnić jedynie Kościół.
Już słyszę te głosy oburzenia i te szyderstwa na temat księży-złodziei, księży-pedofilów, księży-agentów i na temat Kościoła - pazernego, bezwzględnego, Kościoła nieludzkiego. Jeśli macie w zanadrzu jakieś historie, jakąś krzywdę, jakieś fakty, oczywiście brakuje mi słów, by tym faktom zaprzeczyć.
Nie ulega jednak wątpliwości, że cała nasza historia, cała tradycja, całe dziedzictwo, jakie nam pozostawiono, świadczy o tym jednym: nie ma dobroczynności poza Kościołem jako instytucją i Kościołem, jako pojedynczym człowiekiem. Wszystko, co poza tym, jest skażone interesem, tak jak to możemy obserwować w przypadku banku, czy w przypadku człowieka, który kupuje świeczkę Caritasu tylko dlatego, że chce mieć dobre notowania u jednego z sąsiadów.
I oto dobry moment, żeby wrócić do Jerzego Owsiaka i Jego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. O Woodstocku nie będziemy mówili, bo dla mnie Woodstock jest patologią w stanie czystym, zarówno na poziomie ludzkim, jak i na poziomie kulturowym, etycznym i artystycznym.
Dla większej czystości argumentu, przyjmijmy, że Jerzy Owsiak to dobry, bezinteresowny, serdeczny człowiek. Jak wiemy, ma on wykształcenie, pozwalające mu na robienie witraży i ma wystarczająco dużo sprytu, przebojowości, ambicji, talentu, żeby produkując te witraże odnieść sukces. Jako człowiek dobry i współczujący, żyjąc z tego, na co mu pozwala jego talent, może bez najmniejszego problemu utrzymać rodzinę, a przy okazji pomóc, czy to temu biednemu, rumuńskiemu dziecku na ulicy, czy swojemu sąsiadowi, który jest w potrzebie. Ponieważ jest wyjątkowo spokojny o swoją przyszłość, może również każdy swój gest dobroci świadczyć lekką, bardzo lekką ręką. I tak wygląda dobroć. I tak wygląda dobro.
Jerzy Owsiak ma jednak inny plan. On wymyśla sobie, że nie będzie żył z witraży, ale będzie żył z pomagania innym. Że pomaganie innym, to dużo lepszy interse niż witraże, więc pomaganie innym stanie się jego biznesem i jego interesem. Że będzie pomagał innym, a chcąc, by ta pomoc była jak najbardziej skuteczna zostanie gwiazdą. Więc będzie żył z pomagania innym i jednocześnie będzie dbał o to, by jego gwiazdorstwo nigdy nie zgasło. Żeby skuteczność jego pomocy była jak najwyższa, no i oczywiście, żeby on osobiście nie musiał się martwić o to, jak on i jego rodzina mają związać koniec końcem, będzie Jerzy Owsiak walczył o osobistą sławę, osobistą pozycję, no i wreszcie o osobiste finansowe powodzenie.
I teraz, przepraszam bardzo, jako instytucja dobro czyniąca, czym Jerzy Owsiak ze swoją Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, różni się, na przykład, od ING Banku?
A trzeba Wam wiedzieć, że ING Bank, o czym tak się składa, wiem bardzo dobrze, robi szczególnie dużo, żeby organizować pomoc dla potrzebujących na poziomie najbardziej podstawowym. Tylko że nie trzeba być osobą bardzo przenikliwą, żeby wiedzieć, że holenderscy właściciele tej instytucji finansowej nie dlatego pomagają kalekim dzieciom na przykład, bo ich serca są głębokie, jak jezioro Bajkał.
Czy ja zatem mówię, że to co robi ING Bank, to zło i że trzeba im tej ich "dobroczynnej" działalności zakazać? Oczywiście, że nie. Ale tak się składa, że nikt też nie mówi, że ING Bank, podobnie zresztą jak jakikolwiek inny bank, to składnica ludzkich serc. A jeśli na chwilę stracę przytomność i spróbuję opiewać charytatywną działalność Internationale Nederlanden Groep, mówiąc, że przecież oni robią tak dużo dobrego, to każdy - jestem pewien, że każdy - wyśmieje moją naiwność i powie mi, że przecież oni mają w tym INTERES.
Bo każdy wie, że jeśli bank się do nas uśmiecha, to dlatego, że chce być dobrym bankiem. A słowo "dobry" w przypadku banku, to nie jest to samo słowo, co "dobry" w przypadku pojedynczego człowieka.
To nie jest nawet to samo, co słowo "dobry" w przypadku Jerzego Owsiaka. Choć tu, nie do końca mam pewność.

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...