poniedziałek, 30 czerwca 2008

Co jadła Magdalena Środa w czasach zarazy? Czym się żywi teraz?

Mój świetny kolega z Salonu, e-ciemniak, pracowicie wygrzebał w najbardziej czarnych kieszeniach Wirtualnej Polski, felieton Magdaleny Środy - profesora Uniwersytetu Warszawskiego, etyka, filozofa, publicystki, feministki, byłej Pełnomocnik Rządu ds. Równego statusu Kobiet i Mężczyzn.
Dlaczego warto się zajmować felietonem Magdaleny Środy? Dlaczego w ogóle warto zajmować się osobą Magdaleny Środy? Dlatego mianowicie, że historia społeczeństw nie składa się wyłącznie z gestów wielkich i postaci jasnych, ale również z tego wszystkiego, co się działo i dzieje na najniższym kręgu Stworzenia. Ignorując pleśń i ciemność, nie będziemy mogli docenić i zachwycić się światłem i tym, co ono odsłania.
Więc trzeba widzieć Magdalenę (jakież to paradoksalnie piękne imię!) Środę, pamiętać o jej istnieniu i uczyć dzieci, by wystrzegali się niektórych miejsc.
O cóż poszło? Pani profesor, etyk i filozof postanowiła napisać felieton wyszydzający moralne i filozoficzne dylematy tych z nas, którzy wreszcie, po wielu, wielu latach mogą oficjalnie, bez ataku różnej maści manipulatorów, przyjrzeć się i zobaczyć, czym była zdrada w czasach represji.
Szyderstwo pani Środy jest o tyle ciekawe, że nie niesie z sobą żadnego przekazu merytorycznego. Z jej felietonu można się domyśleć, że pani Środa bardzo lubi Adama Michnika, nienawidzi Bronisława Wildsteina, chyba lubi Wałęsę i nie ma najprawdopodobniej żadnego stosunku do Lesława Maleszki. Każde zdanie jej tekstu wypełnione jest wyłącznie retoryką, bez jednej myśli rozpoczętej i porządnie zakończonej, zwykłe plucie.
Jedyny konkret, jaki Środa podaje, czyli informacja, że w czasach komuny ludzie jedli wyłącznie smalec, akurat jest fałszywy. Ale ponieważ jest to jedyny element jej tekstu, do którego można się jakoś odnieść, to właśnie chciałem troszkę o tym.
Lata osiemdziesiąte, mój okres młodzieńczy i kawalerski spędziłem sam w tym sensie, że moi Rodzice zmarli i musiałem zadbać o siebie na każdym poziomie. Magdalena Środa pamięta, że w sklepach był tylko smalec, ja pamiętam, że jak człowiek się postarał to i mógł kupić nawet kawałek cielęciny. W końcu po coś te kartki były.
Któregoś dnia dowiedziałem się, że w bufecie regionalnego ośrodka Telewizji Polskiej można bez kartek kupić szynkę i polędwicę. Oczywiście przy wejściu jest portiernia, w portierni siedzi portier, który ma obowiązek patrzeć, kto wchodzi do budynku. Chodziło więc o to, żeby wchodzić do środka krokiem szybkim i pewnym i walić prosto do bufetu. I liczyć oczywiście na to, że portier, czy strażnik, nie zareaguje.
Czasem oczywiście nasz marsz do polędwicy był przerywany wrzaskiem: "Dzieeee?", no i wtedy trzeba było wrócić do domu i spróbować innym razem. Na ogół jednak wszystko szło gładko i człowiek miał poczucie zwycięstwa.
Czy spotkałem w bufecie Telewizji Polskiej kiedykolwiek Leszka Maleszkę? Nie. No ale on mieszkał w Krakowie i myślę, że, jeśli się zaopatrywał poza sklepem na Szewskiej, czy w okolicy, to raczej u siebie w zakładzie pracy. A w telewizji nie pracował. No może dorywczo.
Więc, jak mówię, jeśli się postarało, jeść było co, przynajmniej na poziomie podstawowym. A biorąc pod uwagę, że dziś w sklepach mięsnych najczęściej i tak króluje wołowina i wieprzowina, to przy komunistycznej cielęcinie, nie ma się znowu tak czym zachwycać.
Dlaczego piszę o jedzeniu? Dlatego oczywiście, że o jedzeniu napisała Magdalena Środa. Napisała o smalcu i o tym, że kuchenka mikrofalowa nie może służyć do podgrzewania smalcu. Napisała to po to, żeby... no właśnie nie wiadomo, po co. Na pewno po to, żeby zgnoić Wildsteina. Czy po to jednak, żeby udowodnić, że to co mówi Liliana Sonik i inni świadkowie tamtych dni to nieprawda? Że nasi emigranci nie złożyli się na mikrofalę dla Maleszki? Że Maleszka nie przywiózł do Polski z Paryża kuchenki mikrofalowej?
Chyba nie. Wprawdzie pisze profesor i etyk Środa, że smalec do mikrofali nie wchodzi, no ale tylko chyba z sugestią, że Maleszka nie miał żadnej korzyści z pomocy kolegów, nie musiał czuć wdzięczności, no i w związku z tym mógł kablować bez wyrzutów sumienia.
Czy taki jest sens felietonu Magdaleny Środy? Szczerze powiem, że nie wiem.
Podobnie jak nie wiem, czym się żywiła w latach komuny pani profesor? Czy jadła tylko smalec, czy jeszcze coś? Czy jeśli musiała coś ugotować, upiec, czy usmażyć, to pracowała sama, czy ktoś jej stawiał talerz pod nos? Czy znała kogoś, kto ma mikrofalówkę, czy sądziła, że mikrofalówka to taki sam rarytas, jak helikopter? Nie wiem.
A może pani etyk i filozof Magdalena Środa korzystała z tej samej stołówki, co agent Maleszka, a teraz się złości i kłamie? Myślę, że nie. Myślę, że pani Środa to porządna, uczciwa, skromna osoba, której w międzyczasie tylko troszkę się poprzestawiało w głowie.
Mam natomiast pewne przypuszczenia. Pani Magdalena Środa prawdopodobnie miała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych podobny społeczny status do tego ministra z rządu Tuska, Derdziuka, o którym Kazik napisał swoją wielką piosenkę. Mieszkała w akademiku, raz na tydzień, w weekend, jechała do domu, z domu przywoziła ser, jajka, kiełbasę i tak sobie żyła.
O świecie wiedziała tyle, że w mieście bieda i podobno w sklepach nic nie ma i ta świadomość napełniała ją dumą, bo ona miała. Wiedziała też oczywiście, że jak ktoś je smalec, lub - jak sama pisze - "szmalec", to nawet w piecu nie ma co palić, bo wystarczy kromka chleba, a jak nie ma soli, to i bez soli można.
A mikrofalówka faktycznie była dla niej równie egzotycznym dobrem - no i tak samo zbędnym - jak wspomniany już helikopter.
I tak jej zostało do dziś. Jedyne co nowe, to to zbydlęcenie. No ale to już jest sprawa absolutnie poza, że tak powiem, klasowa.

sobota, 28 czerwca 2008

Jak mówić do komucha, czyli o potrzebie kulturalnej debaty

Wczoraj w telewizji, komunistyczny poseł Wenderlich wreszcie osiągnął to, czego próbował przez całe lata, a co z jakiegoś powodu mu się nie udawało. Wyprowadził swojego rozmówcę z równowagi. Ta jego seria porażek była dla mnie o tyle zadziwiająca, że, ile razy osobiście widziałem Wenderlicha w akcji, myślałem sobie niezmiennie, że ja bym raczej nie wytrzymał.
Może bym nie zaczął wrzeszczeć na Wenderlicha, ani tym bardziej nie zrzuciłbym go z tefauenowskiego krzesełka, ale spróbowałbym powiedzieć mu coś tak złośliwie pozamerytorycznego, że to raczej on by się zdenerwował. Musiałbym oczywiście wcześniej, wiedząc, że czeka mnie rozmowa z tą wyjątkową osobą, coś przygotować, ale bym przygotował.
Niestety, marszałek Romaszewski, jak przystało na osobę poważną i znającą swój honor, nie tracił czasu na przygotowania do rozmowy z Wenderlichem, nie silił się na wymyślanie ripost, ale po prostu zareagował sercem. Zdążył tylko złagodzić swe emocje przez dodanie słówka "kochany" i zamiast "komunistyczna szujo" krzyknął do Wenderlicha "kochany komuchu".
I to go zgubiło.
Dziś w Salonie odezwał się ktoś podpisujący się Chevalier_des_Arts i wykpił Romaszewskiego. Wbrew pozorom, nie za to, że Romaszewski nie rzucił tekstem otwartym, ani też za to, że dodał tego "kochanego", ale za to, że powiedział do Wenderlicha "komuchu", czym obniżył poziom dyskursu.
Z tego, co udało mi się dostrzec w pisarstwie Chevaliera_des_Arts, jest on przedstawicielem tej części społeczeństwa, która o polityce i społeczeństwie wie tyle, że Kaczyńscy to oszołomy, Kościół to banda złodziei i pedofilów, Michnik to człowiek z klasą, a cała reszta jego filozofii jest dokładnym odbiciem tej skromnej wiedzy, którą ktoś przed laty wlał do głowy naszemu publicyście.
Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która różni Chevaliera_des_Arts od reszty tej otumanionej masy konsumentów. On umie napisać gramatycznie poprawne zdanie i bardzo lubi te swoją umiejętność eksploatować.
No i eksploatuje. W żaden specjalny sposób; trochę w takim kabaretowym stylu wymyśla óżne możliwe epitety z użyciem przymiotnika kochany. I można by było nad tym jego wpisem przejść do porządku dziennego, bo żartów na tym poziomie satyry i tak mamy na co dzień po uszy w esemesach do Szkła Kontaktowego, gdyby nie to, że ogólna postawa Chevaliera_des_Arts symbolizuje coś większego.
Chodzi mianowicie o to, że widzimy dwie osoby, takie jak Wenderlich i Romaszewski. W pewnym momencie, Wenderlich, drogą najbardziej tępej insynuacji, w sposób absolutnie nadzwyczajnie intelektualnie zbrodniczy, wyprowadza Romaszewskiego z równowagi, a na to nasi niedzielni intelektualiści marszczą swoje, i tak już sterane latami próżnego wysiłku, czoła i mruczą pod nosem: Cóż to za brak elegancji!
Widzą i słyszą Wenderlicha - nie po raz pierwszy raz w życiu zresztą - i ich poczucie estetyki pozostaje absolutnie nieporuszone. Dopiero Romaszewski - człowiek, zły, głupi, zakłamany - zmusza ich do zabrania głosu. Głosu w obronie jakości debaty.
Co za pokręcone dusze!
W latach osiemdziesiątych i jeszcze wcześniej, zarówno ja, jak i moi znajomi, jeśli tylko była okazja, o ludziach takich jak Wenderlich, nie mówiliśmy inaczej, jak "komunistyczne psy". To była jedyna możliwa forma debaty i o ile człowiek nie natknął się na jakiegoś starego ubowca w kolejce po banany, albo bobofruty dla wnuczka, to problem nie istniał. Każdy wiedział o co chodzi i nikt się takim określeniom nie dziwił.
Oczywiście nie było też tak, że wszyscy biegaliśmy po mieście i krzyczeliśmy, że komuchy to czarna hołota. Wprawdzie nie było wielkich szans na to, że będzie akurat obok przechodził obecny poseł Wenderlich i nas zapuszkuje, ale istniała znaczna obawa, że jakiś posła Wenderlicha kolega z SB usłyszy i nas zamorduje. Bo czemu nie.
Więc dziś, jeśli ktokolwiek reaguje na słowa senatora Romaszewskiego z oburzeniem, udowadnia tym tylko to, że, pewnie należy do grupy tych śliniących się z nienawiści obywateli, którzy tylko po to, żeby podleczyć swoje kompleksy gotowi są do najbardziej pospolitego kłamstwa. Takiego choćby jak wmawiany przede wszystkim sobie news, że prezydent Kaczyński nie powiedział: dobry był także nasz bramkarz Artur Boruc bardzo, lecz przekręcił nazwisko naszej piłkarskiej gwiazdy na Artur Borubar.
Albo - inna też opcja - że jest po prostu kulturowo i mentalnie związany z tego typu bohaterami naszej najnowszej historii, jak choćby Zenon Płatek, czy ten - ostatnio sławny - szef SB z Karkowa Jan Bill.
A jak to jest z panem, Kochany Kawalerze?
PS: Ciekawe. Próbuję nazwisko posła Wenderlicha w tagach napisać z dużej litery, a tu mi system zmienia na małą. Ten system to musi być jakiś zoologiczny antykomunista.

środa, 25 czerwca 2008

Lezą chłopcy z tamtych lat, lezą chłopcy...

Być może niektórzy wciąż jeszcze pamiętają nazwisko Adam Słomka.
Adam Słomka był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej, i wszelkich możliwych KPN-u przybudówek, jeszcze jako młody chłopak, w latach 80-tych. Demonstrował, ganiał się z esbekami, szedł siedzieć, wychodził z więzienia, głodował, znów szedł siedzieć, później znów demonstrował.
Zwykły, prosty życiorys bojownika o wolną Polskę.
Kiedy nastał pierwszy wolny parlament, Adam Słomka został posłem i tak już był sobie tym posłem przez całe lata dziewięćdziesiąte.
W roku 1992, razem z Lechem Wałęsą, komunistami, PSL-em, Unią Demokratyczną, czy jak się tam Geremek z kolegami wtedy nazywali, obalając rząd Jana Olszewskiego, zabił Adam Słomka w Polsce demokrację.
Dlaczego Adam Słomka wówczas zdradził? Bezpośrednim powodem było to, że jego szef, Leszek Moczulski, znalazł się na liście Macierewicza, obok Lecha Wałęsy i paru innych ważnych agentów.
Zdrada KPN-u była szczególnie ohydna, bo to właśnie na KPN stawiał przede wszystkim Jan Olszewski, szukając wsparcia dla swojego rządu. Wbrew Jarosławowi Kaczyńskiemu i wbrew wielu przeciwnikom tej koncepcji, ludziom o wiele potężniejszym, niż Leszek Moczulski i jego patriotyczna drużyna.
Od roku 1992 upłynęło wiele lat. KPN praktycznie przestał istnieć, Leszek Moczulski został oficjalnie potwierdzonym agentem, a Adam Słomka jest niby przewodniczącym niby KPN-u i tak się snuje po Katowicach i okolicach. Parę razy chciał zostać prezydentem, ostatnio całe miasto obwiesił ręcznie zrobionym rysunkiem swojej głowy w czapeczce z orzełkiem, bo chciał być senatorem.
Kiedy przed kilkoma miesiącami sąd w Katowicach skazywał zomowców z Wujka po raz pierwszy, Adam Słomka stał przed budynkiem sądu w grupie paru wiecznych działaczy KPN-u, śpiewając piosenki patriotyczne i opowiadając, jak to kiedyś uciekał esbekom.
Niedawno widziałem go dwukrotnie, raz podczas spotkania z Antonim Macierewiczem, drugi raz na spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim.
Kiedy zobaczyłem go w tłumie na spotkaniu z Macierewiczem, zapytałem Macierewicza, jak myśli, dlaczego tacy ludzie, jak Słomka, albo dziś Wojciech Wierzejski, potrafią zachować się tak podle.
Antoni Macierewicz odpowiedział krótko: dla władzy i pieniędzy.
Może tak, może nie. Może to nie są pieniądze, może to przede wszystkim brak potrzebnej w polityce mądrości i przenikliwości, w połączeniu ze zwykłą bufonadą. Ale może i faktycznie, tylko władza i pieniądze.
Faktem jest, że parę miesięcy później, Adam Słomka przyszedł na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim, a ja się zastanawiałem, po co on tam lezie? Czy chce się czegoś dowiedzieć, czy może tylko pokazać; a może liczy, że ktoś go nagle wyłowi z tłumu i zatrudni jako jakiegoś asystenta, albo kogoś podobnego?
No i zastanawiałem się, jak mu nie wstyd?
Przypomniał mi się ten Słomka, gdy dziś w Salonie, zauważyłem kolejnego niedobitka z wojny, która mogła być wygrana, ale została przegrana właśnie przez jego butę, nieroztropność, brak wyobraźni. Mam tu na myśli wspomnianego już Wojciecha Wierzejskiego.
Kiedyś moja kuzynka z Białej Podlaski opowiadała mi, że były poseł Wierzejski, kiedy jeszcze chodził do szkoły, był bardzo wybitnym uczniem, bardzo, bardzo wybitnym. I ja w to wierzę. Ale tym bardziej, teraz się zastanawiam, jak mógł ten zdolny człowiek doprowadzić się do tego stanu?
Z kolei wczoraj chyba, ze swoim wpisem, wyskoczył tu Krzysztof Bosak.
I dalej się zastanawiam, czemu oni tu lezą? Po co się pokazują publicznie, na co liczą? I jak im nie wstyd?
Ludzie, którzy są przecież inteligentni, często bardzo elokwentni, czasem chyba nawet politycznie zdolni, no i przede wszystkim wielokrotnie bardzo odważni.
A jednocześnie ludzie, którzy stracili wielokrotnie swoją szansę nie dlatego, że ktoś przeciw nim uknuł jakąś intrygę, albo postanowił ich zniszczyć, albo po prostu ich oszukał.
Nie. Stracili swą szansę nawet nie przez wierność jakimś zasadom.
To wszystko są ludzie, którzy sami, bez najmniejszego przymusu, najpierw zdradzili, a później wyrzucili się poza główny nurt polityki. Istnieli, byli ważni, byli wpływowi i nagle popełnili polityczne samobójstwo.
To jest tak, jakbym ja, na przykład, otrzymał ofertę wspaniałej, dobrze płatnej, lekkiej, wygodnej, uczciwej pracy. Pracy na wiele lat, w świetnym towarzystwie, z możliwością awansu - i odrzuciłbym tę propozycję, dochodząc do przekonania, że ja to po prostu załatwię sam i to dużo lepiej.
A oni tak właśnie postąpili. A teraz przychodza, bo chyba chcą pogadać. Tego, przyznaję, jednak nie rozumiem.
I dopóki tego nie zrozumiem, to obecność tu, w Salonie zarówno Krzysztofa Bosaka, jak i Wojciecha Wierzejskiego będę traktować, jak powietrze.
PS:
Już w czasie dyskusji nad tym wpisem, poszukałem i znalazłem piękny stenogram wystąpienia Słomki w Sejmie w tę czerwcową noc. Wpisałem go w komentarze, ale teraz przyszło mi do głowy, że jest to wystąpienie tak ważne, że warto je tu też upamiętnić. Voila!
"W trakcie rozmów wtorkowych o poszerzeniu koalicji rządowej - zaproszono właśnie Konfederację do tych rozmów - minister spraw wewnętrznych poprosił członka władz najwyższych KPN [...] i na osobności poinformował go, iż przywódca Konfederacji jest agentem Słuzby Bezpieczeństwa [...]
Chcę również poinformować, że dzisiaj udostępniono mi oraz posłowi Michałowi Janiszewskiemu wszystkie te dokumenty, które miały rzekomo świadczyć o współpracy Leszka Moczulskiego ze Służbą Bezpieczeństwa - 600 stron maszynopisu i rękopisu - [...] i chcę powiedzieć, iż nie ma tam niczego, co by w najmniejszym stopniu dawało podstawę do stwierdzenia, że Leszek Moczulski był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Panowie z rządu, mieliście pełną świadomość tego faktu i jest rzeczą obrzydliwą moralnie, iż podejmowaliście [...] próby wyłączenia przewodniczącego KPN z życia politycznego [...] że robiliście rzeczy nie tylko politycznie obrzydliwe, ale moralnie niegodziwe. I z tych powodów, mimo że przecież reprezentujecie centroprawicę, formację nam zbliżoną... Tak, taka jest prawda. [...] Jeszcze dzisiaj, do godziny 20 czułem na pewno większą przyjaźń do was, niźli do tamtej strony sali, ale po tym, co zobaczyłem... Ale po tym, co zobaczyłem, muszę powiedzieć, iż komuniści w stanie wojennym nie posuwali się do tak obrzydliwych metod, do jakich się tutaj posunięto".

Szymon Majewski Show, zaraz po Trzech kumplach

Telewizja państwa Walterów, TVN, najpierw zleciła, potem nakręciła, a teraz pokazała film o...
No właśnie, o czym? Nie do końca jest to jasne. Gdyby zapytać mnie, to pewnie bym powiedział, że o śmierci, o zbrodni, o pamięci i o niemożności dotarcia do prawdy. Dlaczego niemożności? Dlatego, że przez wiele, wiele lat, ci, którzy za tę pamięć odpowiadali i mogli tu coś pomóc, postanowili nie pomagać.
Widzę głupkowato roześmiane usta Krzysztofa Kozłowskiego i pokazuję palcem choćby na niego.
Jednak, pewnie gdyby skierować to pytanie albo Mariusza Waltera, albo jego syna, albo - ja wiem? - tego Pieczyńskiego, czy jak mu tam, to pewnie by nam powiedzieli, że to film o trudnych czasach, a może po prostu o trzech kolegach. Cholera wie, co by powiedzieli.
Wczoraj mieliśmy okazję słuchać refleksji dwóch wybitnych dziennikarzy z michnikowej gazety i oni mówili coś takiego, że to film o wybitnym erudycie, oczytanym geniuszu, o postaci tragicznej na miarę Dostojewskiego... tak jakoś.
Nieważne. Bez względu na to, o czym, w zamierzeniu właścicieli TVN-u, film Trzech kumpli miał być i jaka tajemnicza myśl stała za jego produkcją i ostateczną emisją, fakt jest taki, że zarówno ja, jak i pewnie wielu z Was, drapiemy się po naszych bezradnych głowach i nie umiemy absolutnie znaleźć na to pytanie sensownej i logicznej odpowiedzi.
Ktoś wczoraj tu w Salonie zasugerował, że ta szara, propagandowa plazma poczuła ruch sumienia i tak im jakoś wyszło. Ktoś inny natychmiast zareagował na tę naiwność słowami szyderstwa.
No, ale jeśli to nie sumienie, to co?
Telewizja TVN wykłada pieniądze na produkcję, w której w sposób absolutnie jednoznaczny sypie sobie na biurka, kamery, lustra, te niebieskie plansze, te wypucowane twarze popiół, z jednoznacznym przekazem: patrzcie państwo, jacy jesteśmy dziwni.
Fakty jednak są takie, że film został nakręcony i pokazany i jest już teraz zupełnie obiektywnie i bezdyskusyjnie wydarzeniem. Wydarzeniem, które prawdopodobnie będzie miało swoje konsekwencje.
Więc trzeba ten fakt jakoś skomentować, no a przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie: dlaczego TVN postanowił wykonać ten ruch?
Obawiam się, że ostateczna odpowiedź jest jednocześnie straszliwie prosta, a w tej prostocie związana z motywacjami tak pokrętnymi i bezlitośnie bezdusznymi, że aż strach o tym myśleć.
O co chodzi? Dziś, tu w moim blogu, napisałem o tzw. liście do Agaty, jaki Gazeta Wyborcza postanowiła wyprodukować, żeby pokazać, jak to redaktorzy Czuchnowski, Wroński i Stasiński płaczą nad losem 14-latki, którą parę dni wcześniej zaciągnęli pod nóż abortera.
W komentarzach pod tym moim wpisem, pojawiła się nagle obawa, że co to będzie, jak któregoś dnia red. Miecugow ni stąd ni z owąd zacznie cytować wiersze Herberta, żeby udowodnić jakieś swoje chore tezy?
Bo taka opcja jest absolutnie prawdopodobna. Bo czemu nie? Bo a cóż to za problem?
W filmie Trzech kumpli, co chwilę pojawia się pytanie, dlaczego. Pytanie skierowane do Maleszki, ale przede wszystkim do esbeków. Maleszka wykręca się ciągle frazą: "Doskonałe pytanie", natomiast esbecy robią wrażenie po prostu rozbawionych, a sugestia jest jednoznaczna i właśnie taka, jak zasugerowana wyżej: czemu nie?
Normalnie, człowiek chodzi do roboty, ma swoją pracę do wykonania, pieniądze do wzięcia i tyle. Tu mamy fizykę, a tu matematykę. Jak można jedno i drugie mieszać? Po co zadawać głupie pytania?
Jeszcze wcześniej, tę piękną w swym wykonaniu filozofię, przedstawiła Ewa Kopacz w rozmowie z innym, też zwykłym jedynie wykonawcą, red. Rymanowskim: człowiek zamyka drzwi swojego gabinetu, a pytania zostają na zewnątrz.
Najlepszą jednak odpowiedź na moje, i być może Wasze, rozterki, udzielił sam TVN, podczas emisji filmu, akurat w czasie jednej z tzw. przerw na reklamę. Najpierw zobaczyliśmy gwiazdę stacji, Szymona Majewskiego, potem tych jego tandetnych przebierańców, udających Dodę, czy Palikota, a potem padło to wielkie, kluczowe zdanie:
"Szymon Majewski Show zaraz po Trzech kumplach".
Właśnie tak.

wtorek, 24 czerwca 2008

Redaktor Kasia myje ręce w bardzo czerwonej wodzie

Przyznaję ze wstydem, że dopiero dziś wpadła mi w ręce Gazeta Wyborcza z minionej soboty. Wpadła mi w ręce, bo chciałem popatrzeć sobie, jak wygląda coś, co w dzisiejszej Rzepie prof. Paweł Wieczorkiewicz nazwał reinkarnacją Walki Młodych z roku 1968.
Popatrzyłem, ale krótko, bo nagle w biuletynie Adama Michnika znalazłem tekst zatytułowany List do Agaty, podpisany przez Kasię. No i to jakoś odwróciło moją uwagę od tekstów chłopaków z Wyborczej, a przynajmniej od tych tekstów i tych chłopaków, którzy mnie oryginalnie w to szare miejsce przyciągnęły.
Wrażenie było oczywiście absolutnie nokautujące. Przez ostatnie kilka lat, jedyny kontakt, jaki z Gazetą Wyborczą miałem, sprowadzał się do znalezienia w Internecie tego śmiesznego rysunku, który macie tu obok prawej stronie.
Nokautujące... i dalej brak mi słów. Po prostu nokautujące.
Mógłbym może zaryzykować pewną refleksję na temat Jarosława Kurskiego, ale nie wypada mi wtrącać się w rodzinne sprawy państwa Kurskich, zwłaszcza, że, jak tu już kiedyś wspomniałem, znam ten ból.
Więc teraz już wracam do listu redaktora Kasi.
Dziwna sprawa, bo zupełnie niedawno, jak schodziłem do sklepu na dół po ogórki na obiad, podeszła do mnie młoda kobieta o imieniu Zosia i dała mi liścik, z prośbą, żebym go opublikował tu w Salonie.
Powiedziała, że jest to list, który napisała do Agaty, ale nie wie, jak go rozpowszechnić, a ja akurat przechodziłem, więc pomyślała, że może spróbuje przeze mnie.
Niniejszym publikuję list Zosi do Agaty, zwłaszcza, że mam wrażenie, że coś tu nie gra. List, który ja dostałem jest prawie identyczny, jak ten napisany przez redaktora Kasię.
Powiem szczerze, że nie za bardzo rozumiem.
Przeczytajcie. Z fragmentów różniących się od listu Kasi zdjąłem kursywę.
Agato, mam Ci tak wiele do powiedzenia, choć wcale Cię nie znam.
Żyję na tym świecie ponaddwukrotnie dłużej niż Ty i trudno mi uwierzyć w ogrom podłości, jaki Cię spotkał.
To, co ostatnio przeżyłaś, powoduje, że ogromnie mi wstyd za tych wszystkich "dorosłych", z którymi miałaś do czynienia. Dziewczyno, miałaś i masz prawo do
posiadania dziecka, do bycia matką, do miłości. Masz prawo do najprostszego ludzkiego odruchu. Prawo do ochrony swojego dziecka.
Ciąża to bardzo piękny stan, nawet gdy jest niechciana. Nie bez powodu tradycja używa nazwy “stan błogosławiony”. W tak młodym wieku powinnaś otrzymać troskliwą opiekę, pomoc i mieć zapewnioną dyskrecję, bez względu na Twoją decyzję. Myślę, że to, co Cię spotkało, to łamanie praw człowieka, bo nawet jeśli jesteś jeszcze faktycznie dzieckiem to w sposób oczywisty jesteś człowiekiem. Atak grup proaborcyjnych, radykalnych, bezwzględnych feministek, no i media. A przecież w tak trudnej chwili powinnaś być przede wszystkim ze swoim nienarodzonym dzieckiem, a z zewnątrz otrzymać jedynie dodatkowe wsparcie. To, co Ci zrobili, to jest normalne świństwo. Nie powinno Cię to spotkać. Przykro mi ogromnie, że zostałaś potraktowana jak element walki światopoglądowej, jak przedmiot sporu, że w tym wszystkim zapomniano, że jesteś czternastoletnim człowiekiem, dziewczyną, która czuje, myśli, przeżywa. Boi się, złości, ma swoje plany i uczucia, swoje lęki i pragnienia, ma wątpliwości, ale jednocześnie wystarczająco dużo serca, by dokonywać nawet tak trudnych i dorosłych wyborów. Że zamiast pomocy i wsparcia podcięto Ci nogi, zaciągnięto do gabinetu aborcyjnego i to wielkie Twoje nieszczęście wystawiono na widok publiczny.
Agato, jesteś młoda, przejdziesz przez to. Życzę Ci, żebyś była silna, żeby nosić głowę wysoko i bez wstydu patrzeć wszystkim w oczy. Byś zachowała wrażliwość, dalej
poznawała świat z młodzieńczą ciekawością. A jednocześnie pamiętała, że źli ludzie, jeśli wygrają, to tylko na krótko. Życzę Ci prawdziwych przyjaciół i, dopóki jesteś młoda, jak najwięcej dni wypełnionych dobrą, ale odpowiedzialną zabawą. Odpowiedzialności uczymy się z wiekiem. Każdy z nas był młody, nie wiedział, nie wierzył, każdy musiał dotknąć i doświadczyć na własnej skórze. Każdy poniósł jakieś konsekwencje, mniej lub bardziej dotkliwe. Niektórzy mieli więcej szczęścia, inni mniej. Naprawdę nieliczni mieli więcej rozumu.
Agato, kimkolwiek jesteś, chcę całą swoją sympatię, doświadczenie i siłę przekazać Ci w tym liście.
Zośka
Ciekawa sprawa, ale wygląda mi na to, że redaktor Kasia dopuścił się dużego nadużycia.
Kończąc już, teraz, już absolutnie i strasznie poważnie, chciałem zacytować jeden fragment jeszcze raz, tym razem autorstwa redaktora Kasi:
Życzę Ci prawdziwych przyjaciół i dobrej, beztroskiej zabawy, bo to prawo młodości.
Gdyby któraś z młodych dziewcząt, potencjalnych następczyń Agaty, miała jakiekolwiek wątpliwości, a nie daj Boże lęki, specjaliści od mokrej roboty z Gazety, mają dla niej jakże ważną informację: Zabawa ma być i ma być beztroska!!!
W tej sytuacji, ja też mam coś dla nich: Spalcie się w piekle!

poniedziałek, 23 czerwca 2008

O szpiclach, katach, tchórzach - czyli honor urzędnika

Minister Ewa Kopacz oświadczyła właśnie, że ona osobiście, jeśli idzie o sprawę 14-latki z Lublina i jej zamordowanego przed urodzeniem dziecka, czuje się świetnie, bo postąpiła zgodnie z przepisami, jak porządny urzędnik.
Ponieważ tę wiadomość z lubością podają dzisiejsze media, domyślam się, że ten akt samozadowolenia pani minister jest związany z zarzutami skierowanymi przeciwko tej wybitnej kobiecie przez środowiska katolickie, a wynikających z tego, że jeśli ktoś się czuje związany z nauką Kościoła, nie powinien raczej brać udziału w morderstwie, a już szczególnie w morderstwie bezbronnego dziecka.
Pani minister Kopacz uznała, że skoro ona jest urzędnikiem państwowym, ministrem w rządzie, osobą odpowiedzialną za egzekucję przepisów konstytucyjnych, to jeśli te przepisy każą mordować, to ona powinna wykazać się tu odpowiednią dyscypliną. Toteż się wykazała.
Dla pani minister Ewy Kopacz, osoby pobożnej i - jak mówią - głęboko religijnej, sprawa jest prosta. Więc dla niej, jej decyzja urzędnika i ministra, jest decyzją prostą i głęboko słuszną. Trudno: jej serce, jej sumienie.
Z mojego jednak punktu widzenia, to, co się stało, z bardzo dużym udziałem pani minister, jest wyjątkowo brudne i nieprzyzwoite. Tak jak brudne i nieprzyzwoite jest zasłanianie się przez panią Kopacz swoim statusem urzędniczym.
Przypominam. Zachęceni przez cywilizacyjną, kulturową, a przy okazji – co ważne – państwową, promocję seksu i seksualnych zachowań, Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i Agata zaszła w ciążę. Matka Agaty zażyczyła sobie aborcji, dziewczynka – według różnych relacji – albo się zgodziła chętnie, albo nie zgodziła, albo nie wiedziała, co zrobić. W efekcie, do akcji wkroczyły środowiska pro-aborcyjne i wspólnie z jej mamą, ostatecznie Agatę namówiły do zabójstwa dziecka.
I wtedy przyszła pani minister Ewa Kopacz i, jako odpowiedzialny i solidny urzędnik, pokazała dziewczynce drogę do osoby, która chętnie podejmie się wykonania mokrej roboty.
Gdyby dziś, minister Kopacz powiedziała, że nie ma mowy o jakimkolwiek dziecku, bo to jest tylko płód, albo, że może to i dziecko, ale przy osobistej życiowej wygodzie Agaty i jej mamy (ojciec dziecka , zdaje się, już od samego początku został ze sprawy wyłączony), jako osoba ludzka, mniej wartościowe, to dałbym jej spokój. Tak jak zupełnie nie mam nic do powiedzenia tym najróżniejszym paniom i panom strzelającym dziś korkami od szampana, że zacytuję red. Mazurka.
Oni mnie nie obchodzą. Natomiast pani minister Ewie Kopacz mam do powiedzenia tyle, że w moim odczuciu, swoim gestem urzędnika państwowego dołączyła do tych, o których pisał Herbert: “Oni wygrają”.
I jeszcze jedno. Ja, na jej miejscu, z tego zwycięstwa tak bardzo bym się nie cieszył.

niedziela, 22 czerwca 2008

Prawy czerwcowy, czyli jutro poniedziałek

W styczniu 1993 roku, została wydana przez Editions Spotkania, legendarna już dziś książka Jacka Kurskiego i Piotra Semki Lewy czerwcowy.
Książka ta stała się ważna z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że zawierała wywiady z pięcioma, wówczas jednymi z najbardziej liczących się postaci prawej sceny politycznej
Drugi natomiast powód to ten, że książkę, dokument o skali absolutnie porażającej, nie wydała jakaś drobna, nic nie znacząca firma wydawnicza, lecz Editions Spotkania.
Najlepszy dowód na to, że wydanie Lewego czerwcowego było wydarzeniem historycznym, to to, że do dziś informacje przedstawione w książce stanowią bardzo poważne źródło wiedzy historycznej, a sam tytuł książki w ciągu następnych lat zaczął funkcjonować w domenie popularnej, jako hasło i jako symbol jednocześnie.
Oczywiście, jak każda książka historyczna, i Lewy czerwcowy nie znajduje się poza debatą i poza krytyką. Można naturalnie wytykać autorom brak dociekliwości, manipulacje, a bohaterom książki nawet zwykłe kłamstwa.
Nie zmienia to faktu, że przez 15 lat od dnia wydania książka Semki i Kurskiego jest pozycją ważną i nie dającą się zlekceważyć.
Nie da się jej również, a może przede wszystkim, zlekceważyć dziś, w przeddzień wydania słynnej już książki panów Cenckiewicza i Gontarczyka o Lechu Wałęsie.
Niestety, wbrew najbardziej podstawowemu zdrowemu rozsądkowi, przemilczanie Lewego czerwcowego stało się w tych dniach niemal epidemią. Przemilczanie zarówno bezpośrednie, czyli zwykłe udawanie, że takiej książki nigdy nie było, jak i przemilczanie pośrednie, w tym sensie, że wiele argumentów, i to tych najmocniejszych, na rzecz obrony Lecha Wałęsy, powstaje jak gdyby absolutnie w oderwaniu od spraw dawno już wyjaśnionych.
Jak ten proceder wygląda? Otóż już w moim poprzednim wpisie, niestety widocznym na głównej stronie Salonu bardzo krótko, opisywałem tył okładki Lewego czerwcowego. Tu pozwolę sobie zacytować tę informację raz jeszcze
Z tyłu okładki jest zdjęcie uśmiechniętych Jacka Kurskiego i Piotra Semki z banerem głoszącym “Wałęsa-Tak” i podpis:
To zdjęcie wykonano w dniu I Tury Wyborów Prezydenckich 25 XI 1990 r. Na Lecha Wałęsę głosowali też wszyscy bohaterowie naszej książki. Tamte nadzieje znalazły swój kres 4 VI 1992 roku w dniu obalenia rządu Jana Olszewskiego.
Lewy czerwcowy stanowi spektakularny punkt zwrotny, ale metamorfoza Lecha Wałęsy zaczęła się wcześniej. Odkrycie tej tajemnicy pozwoli zrozumieć historię ostatnich trzech lat.
Co możemy dowiedzieć się z tego krótkiego opisu? To, mianowicie przede wszystkim, że Jacek Kurski i Piotr Semka, wydając swoją pracę, nie byli zatrudnieni przez Jarosława Kaczyńskiego, żeby usprawiedliwić jego rzekomo tajemnicze zerwanie z ich wielkim przyjacielem i protektorem, Lechem Wałęsą. Celem ich, co jest rzeczą absolutnie oczywistą, było wystąpienie w imieniu milionów wyborców przez Lecha Wałęsę zdradzonych.
A dla nich, dla tych wszystkich, którzy na Lecha Wałęsę głosowali nie jest problemem, czy Wałęsa był kiedyś jakimś Bolkiem, czy nie, czy współpracował, czy nie, czy bohaterem był zawsze, czy tylko przez jakiś czas.
To co się dla nich liczy, to to, czy jako Prezydent Polski zdradził.
I o tym jest książka Lewy czerwcowy i to jest też troska tych, którzy dziś mają wielką nadzieję, że tym razem kłamstwo przegra i książka IPN-u się jutro ukaże.
Tymczasem od kilku dni, zarówno zwykli 'kibice', jak i bardziej wybitni specjaliści, z uporem lepszej sprawy machają nam przed oczami tym absolutnie kuriozalnym argumentem o tym, że Jarosław Kaczyński kiedyś Lecha bardzo lubił i wiernie mu służył, a teraz, zawiedziony i rozgoryczony, z Lechem walczy.
Nawet tu w Salonie, raz po raz, wyskakuje jakiś wykształcony komentator i mówi: “Czy nie zwrócili państwo uwagi, jakie to dziwne, że ci, co kiedyś Wałęsę kochali, teraz go tak niszczą?”
Machają tym argumentem, jakby nagle, w swojej głębokiej przenikliwości, odkryli ten niezwykły paradoks i uznali, że jak zwrócą na niego uwagę opinii publicznej, to opinia publiczna złapię się za swoje głowy i krzyknie w oburzeniu: “A to huncwot!!!”
A jutro, zamiast udać się do księgarni po książkę Cenckiewicza i Gontarczyka, opinia publiczna uda się do kiosku z gazetami i kupi Gazetę Wyborczą, lub Dziennik, albo włączy TVN24, żeby sprawdzić, co tam nowego w polityce.
Nic z tego, moje kłamczuszki. Bóg istnieje!

Jutro książka, czyli jak prowizorycznie zbudować historyczne kłamstwo

Może nie do końca zgodnie z moimi prognozami, ale, owszem, weekend przed publikacją pierwszej oficjalnej biografii Wielmożnego Pana Prezydenta Lecha Wałęsy przebiega zgodnie z planem. Front obrony dobrego imienia Lecha Wałęsy zwarł szeregi i na wyżynach swojego szczególnego intelektu robi, co może, żeby ten Czarny Poniedziałek choć troszeczkę poszarzał.
Wczoraj w telewizji TVN24 odbyła się dyskusja, której temat jest absolutnie niemożliwy do ustalenia. Dlaczego? No bo o czym rozmawiamy? Czy Wałęsa był agentem, czy nie? Nieważne. Czy, jako prezydent, skradł dokumenty, czy nie. Nieważne. Czy je zniszczył? Nieważne. Czy dokumenty przedstawione przez IPN są prawdziwe, czy nie? Bez znaczenia.
Przyczyna tego stanu pomieszania jest prosta. Biorąc pod uwagę siłe informacji, jakie dochodzą do nas na temat zawartości książki panów Cenckiewicza i Gontarczyka, musimy dojść do wniosku, że jedyna uczciwa dyskusja, jaka musiałaby się obecnie w Polsce odbyć, to co w tej sytuacji zrobić z Lechem Wałęsą.
Ponieważ jednak oczywiście ze względu na aktualny układ interesów, sprawy nie można potraktować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, to wyżej wspomniane zjednoczone siły obrony Lecha Wałęsy muszą wymyślać tematy dyskusji, których jedynym celem nie jest wyjaśnianie czegokolwiek, lecz jedynie zaciemnianie faktycznego stanu rzeczy.
Pierwszą osobą, która w sposób bezwstydnie jednoznaczny przedstawiła strategię i faktyczny sens działań, z którymi wczoraj i dziś mamy do czynienia, był oczywiście Robert Krasowski we wczorajszym Dzienniku (Tak na marginesie, ciekawa postać ten pan Robert. Może kiedyś się dowiemy o nim czegoś więcej).
Napisał mianowicie redaktor Krasowski, że w dyskusji na temat Wałęsy nie ma znaczenia, czy Wałęsa współpracował, czy nie, bo “nie o prawdę historyczną tu chodzi”. O co więc chodzi? O to mianowicie, kto wygra, Kaczyńscy czy reszta świata?
Moim zdaniem, stanowisko wyrażone tak pięknie przez Roberta Krasowskiego nadawałoby się idealnie do jakiejś psychologicznej dysertacji. Chociaż na psychologii znam się mało, to wiem, że w ludzkich zachowaniach istnieje zjawisko przerzucania na drugą osobę swoich wyobrażeń i kompleksów. W tym wypadku polegałoby to na tym, że ponieważ red. Krasowski nie chce dyskutować o Wałęsie, bo wie, że nie ma w tej dyskusji szans i musi przegrać, uważa, że prawda tu nie ma znaczenia.
Mało tego. Ponieważ wie, że myśleć w ten sposób to wstyd, więc sugeruje, że to obóz przeciwny ma interes w tym, żeby prawdę od siebie odsuwać.
We wspomnianej dyskusji w TVN-ie, widać było to rozumowanie w sposób absolutnie plastyczny. I nawet nie chodzi mi tu o początkowy występ Normana Davisa, który wobec jednego prostego pytania o charakterze minimalnie polemicznym wpadł w taką panikę, że jego wypowiedź stała się praktycznie niezrozumiała. Mam tu na myśli przede wszystkim to, co wyprawiał w dyskusji Jarosław Kurski.
To właśnie on zademonstrował, jak w działaniu praktycznym ma wyglądać zasada wyrażona przez Roberta Krasowskiego: “Nie o prawdę historyczną tu chodzi”.
W pewnym momencie, prof. Andrzej Nowak z Krakowa przypomniał słowa Lecha Wałęsy sprzed lat, którymi to słowami Wałęsa usprawiedliwiał odwołanie ze stanowiska szefa gdańskiego UOP-u Adama Hodysza: “Temu kto raz zdradził, nie można zaufać”.
Gdyby ktoś nie wiedział, krótkie wyjaśnienie. Chodziło o to, że Adam Hodysz, będąc wysokim funkcjonariuszem SB w latach pierwszej Solidarności i w stanie wojennym, zaryzykował całą swoją karierę, wolność, a może i życie, by wspierać ówczesną antyreżimową opozycję. Został zdekonspirowany i skazany na długoletnie więzienie. Po roku 1989, za swoje zasługi dla wolnej Polski, został szefem gdańskiej delegatury UOP-u. Po obaleniu rządu Olszewskiego, na żądanie Wałęsy, wbrew protestom całej gdańskiej opozycji (z niechlubnym wyjątkiem Donalda Tuska), został wyrzucony z pracy.
Więc Lech Wałęsa wyjaśnił. Hodysz, spiskując przeciwko komunistycznej SB, okazał się zdrajcą i w ten sposób splamił swój honor.
No i proszę teraz zgadnąć, jak wygląda dalszy ciąg debaty na temat Lecha Wałęsy, komunistycznej niewoli, na temat współpracy, oporu? Czy rzeczony już Jarosław Kurski pociągnie wątek, znajdzie jakieś usprawiedliwienie dla prezydenta Wałęsy, zarzuci może Nowakowi kłamstwo? Nic z tego. Bo, jak już w swoich dyrektywach na bieżący weekend powiedział red. Krasowski, “Nie o prawdę historyczną tu chodzi”.
Ale nie jest też tak, że Jarosław Kurski zmienia jedynie temat. On zmienia temat i jednocześnie atakuje. A atakuje jak? Normalnie. Tak by prawdę historyczną zlekceważyć i już tylko kłamać. Kłamać bezczelnie, jak to mówią starzy Polacy, w żywe oczy.
Mówi vice-naczelny Wyborczej, że obecne ataki Kaczyńskich są funta kłaków warte, bo wszyscy wiedzą, że Kaczyńscy zaczęli Wałęsy nie lubić od momentu, jak Wałęsa “w sposób wyjątkowo dla nich upokarzający” wyrzucił ich z Kancelarii.
Dlaczego mówię, że Jarosław Kurski kłamie w żywe oczy? Dlatego, że absolutnie nie wierzę, żeby on akurat nie znał prawdy. Przeróżne medialne bajki są dobre dla młodych wyborców, ale Kurski jest starym wygą i wie, jak się sprawy miały.
Zaglądamy choćby do wikipedii. Zarówno Lech Kaczyński, jak i Jarosław Kaczyński “odeszli po konflikcie z Lechem Wałęsą”. Zaglądamy do najróżniejszych książek wydanych w latach 90-ych i informacja jest jedna: Kaczyńscy odeszli po konflikcie z Wałęsą i z Wachowskim. Czytamy wspomnienia samego Jarosława Kaczyńskiego – zanim ostatecznie odszedł od Wałęsy, składał dwukrotnie dymisję, a po moskiewskim puczu i po jednoznacznym wsparciu przez Wałęsę Janajewa, Kaczyński z Wałęsą praktycznie nie rozmawiali.
Ale przecież Jarosław Kurski mógł nic nie czytać i nic nie pamiętać. Wystarczyłoby, żeby wziął do ręki słynną książkę Lewy czerwcowy napisaną przez swego brata. Na pewno ją gdzieś ma w domu. Z tyłu okładki jest zdjęcie Jacka Kurskiego i Piotra Semki z banerem głoszącym “Wałęsa-Tak” i podpis:
To zdjęcie wykonano w dniu I Tury Wyborów Prezydenckich 25 XI 1990 r. Na Lecha Wałęsę głosowali też wszyscy bohaterowie naszej książki. Tamte nadzieje znalazły swój kres 4 VI 1992 roku w dniu obalenia rządu Jana Olszewskiego.
“Lewy czerwcowy” stanowi spektakularny punkt zwrotny, ale metamorfoza Lecha Wałęsy zaczęła się wcześniej. Odkrycie tej tajemnicy pozwoli zrozumieć historię ostatnich trzech lat.
Więc wystarczyło, żeby Jarosław Kurski przeczytał tylko tę notkę. Nic więcej. Przynajmniej nie przychodził by teraz do studia z błyskiem w oku i pozą odkrywcy i nie krzyczałby, że, patrzcie państwo, kiedyś lubił, a teraz nie lubi!
Ale przecież on to czytał. On wszystko wie. Tu jednak nie chodzi o "ustalenie historycznej prawdy".
To jest literatura. Ale przecież mamy swoją pamięć. Ja osobiście, o czym już tu w Salonie wspominałem, na początku roku 1991 pytałem Jarosława Kaczyńskiego, czy rzeczywiście jest problem z Prezydentem i usłyszałem od niego, że “jest jeszcze gorzej, niż się wydaje”.
Ja miałem tę okazję rozmawiać z prezesem Kaczyńskim, ale przecież człowiek nie jest głuchy i ślepy. To, co się dzieje, było widać, z każdym dniem coraz wyraźniej. Porozumienie Centrum było, jak na ówczesną sytuację, wielką partią. Działacze Porozumienia mówili głośno i wyraźnie, co się dzieje. A ten koszmarny Gang Of Four, czyli Wałęsa, Wachowski, Drzycimski i Cybula nie pozwalali nawet na moment zapomnieć o swoim istnieniu i o tym, jak jest fatalnie.
I każdy, nawet minimalnie uważny obserwator, wiedział, że w tym wszystkim, jak na ostrzu noża, Lech i Jarosław Kaczyński walczą o przetrwanie, nie dla siebie, ale dla Porozumienia Centrum. I tak naprawdę walczą nie z Wałęsą, bo ten już wówczas był tylko marionetką z rakietką do ping ponga, lecz z Wachowskim, który akurat doskonale wiedział, o co toczy się walka. I teraz, po latach, Jarosław Kurski siada przed tefauenowską kamerą i bez mrugnięcia okiem sugeruje, że Kaczyńscy siedzieli przy Wałęsie, zakochani w swoim panu, w nadziei, że on – ich pan i twórca – wraz ze swoim przybocznym pozwolą im jak najdłużej rozkoszować się władzą. Jednak w końcu Wałęsa nie wytrzymał, tupnął nogą, i oni, rozgoryczeni i zapłakani, uciekli i tak ich trzyma do dzisiaj. Co za wyjątkowa bezczelność!
Ale wiemy na szczęście, o co chodzi. Nie o prawdę historyczną tu chodzi. Nie o prawdę w ogóle. Nie o przyzwoitość i sprawiedliwość. Tu walka toczy się o coś dalece ważniejszego. O władzę. Władzę bezwzględną i brutalną.
I wiemy też na szczęście, że tym razem oni przegrają. Widać wyraźnie, jak się już boją.
Tak się bali dotychczas tylko raz. Jak Lech Wałęsa wygrał wybory prezydenckie.
Wówczas to on paradoksalnie im pomógł. Dziś może ich najwyżej zaprosić na swoje imieniny.

sobota, 21 czerwca 2008

Imieniny Pana Prezydenta, czyli śluzem po ekranie

Znamy wszyscy taką sytuację. Albo z doświadczenia, albo ze złych snów. Budzimy się rano, krzątamy się, idziemy do szkoły, albo do pracy, albo siedzimy w domu i zajmujemy się codziennymi sprawami i nagle, tak w okolicach późnego popołudnia, łapiemy się w przerażeniu za głowę i już wiemy dlaczego żona, siostra, mąż, mama, są cały dzień poirytowani.
Zapomnieliśmy o imieninach, urodzinach, o rocznicy ślubu.
Mam wrażenie, że dzisiejszego ranka stan ten przyżył cały naród. Najgorsze, że nie po raz pierwszy. Obudziliśmy się w ten piękny sobotni poranek, zabraliśmy się za nasze weekendowe sprawy, a tu nagle wiadomość: Lech Wałęsa ma imieniny!
Jezus Maria! Znowu nie pamiętaliśmy.
I tak każdego roku. Gdyby nie czujni dziennikarze i służby prasowe Pana Prezydenta, mogłoby się to nasze zapominalstwo skończyć jakąś zbiorową tragedią.
Jednak, jak mówię, na posterunku od samego rana czuwają ci, którzy wiedzą, że bez nich nic by nie ruszyło, czyli dziennikarze.
W telewizji TVN24 wystąpiła dziś artystka estradowa i ostatnio gwiazda mediów niejaka Agnieszka Chylińska. Stacja zaprosiła pannę Chylińską właśnie z okazji imienin Pana Prezydenta. Domyślam się, że chodziło o to, żeby poparcie dla Lecha Wałęsy zademonstrować jako zjawisko ogólnospołeczne i ogólnokulturowe. Żeby pokazac, że to nie tylko Jan Lityński, czy arcybiskup Gocłowski są dziś z panem Lechem, ale że nawet przedstawiciele młodzieży i całej popularnej kultury są przy swoim idolu.
No i przy okazji popytała ją o najróżniejsze ważne rzeczy, oczywiście spoza, tematyki estradowej.
Wiem, że nawet tu w Salonie, gdzie ludzie są oczytani i doskonale zorientowani w sytuacji kulturowo-cywilizacyjnej kraju, może ktoś nie wiedzieć, kim jest panna Chylińska, więc pozwolę sobie przedstawić.
Przed kilku laty w mieście, w którym mieszkam odbywał się koncert amerykańskiego artysty rockowego o nazwisku Henry Rollins. Dla pewnych środowisk ikona na miarę Beatlesów.
Oczywiście najpierw, jako tak zwany support występował lokalny zespól, a po nim, jeszcze przed pojawieniem się Rollins Band, na scenę wszedł zespół muzyczny O.N.A. z Agnieszką Chylińską, żeby odebrać nagrodę złotej, czy jakiejś tam płyty.
Nagroda została wręczona i głos zabrała panna Chylińska. Powiedziała tak:
Yeah, kurwa, ale dzień! Powieszę sobie tę płytę na kafelkach w łazience i jak się będę kąpać, to będę pryskała na nią śluzem!
W tym momencie połowa publiczności wstała i zaczęła wychodzić z sali. Po kolei, ludzie wstawali i wychodzili. Agnieszka Chylińska mówiła dalej, a ludzie opuszczali swoje miejsca i wychodzili, żeby wrócić dopiero wtedy, gdy panna Chylińska sobie pójdzie.
W końcu poszła, ludzie wrócili, po chwili na scenę wszedł Henry Rollins z zespołem i wszystko dalej toczyło się zgodnie z planem.
Jak to się stało, że ludzie wyszli? Nie wiem. Było to dobrych kilka lat temu, więc może też ludzkie umysły były bardziej wrażliwe. Może też reakcja ta wiązała się z tym, że był to koncert Rollinsa, więc i publiczność była specyficzna. Faktem jest, że publiczność przeprowadziła ten przepiękny akt sprzeciwu i wyszła.
Wyszła też ostatecznie Agnieszka Chylińska. Dokąd poszła? Dziś już wiemy. Do TVN-u.
Z tego, co miałem okazję zobaczyć, nie zmieniła się bardzo. Jest oczywiście dużo starsza, no ale z gwiazdami tak jest, że wiek ich raczej nie zmienia. Wystarczy popatrzeć na Kubę Wojewódzkiego, albo na Jerzego Owsiaka, żeby wiedzieć, że oni nawet za czterdzieści lat będą wjeżdżać na scenę w wózkach inwalidzkich i dalej będą wyglądać i mówić dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy mieli lat 19.
Więc panna Chylińska, w charakterytyczej dla siebie konwencji, udzieliła porannego wywiadu w TVN24 i powiedziała, że nie lubi Kaczyńskich, bo są fałszywi.
Oczywiście mówiła jeszcze coś, ale raz, że, pochłonięty obserwacją szczególnej ekspresji Agnieszki Chylińskiej, nie bardzo potrafiłem się skupić, a dwa, że... no nie, nie będzie drugiego powodu – wszystko przez tę ekpresję.
Ponieważ byłem ciekawy, dlaczego poważna stacja, jaką jest TVN wynajmuje kogoś takiego, jak Agnieszka Chylińska do komentowania wydarzeń politycznych, podowiadywałem się wśród znajomych i dowiedziałem się, że panna Chylińska od niedawna jest szykowana na gwiazdę TVN-u. Ma ona mianowicie, obok Kuby Wojewódzkiego i jakiejś aktorki oceniać utalentowanych ludzi w nowym programie pt. Mam talent.
Idea programu polega na tym, że najróżniejsi ludzie, którzy mają jakikolwiek szczególny talent będą przychodzić do programu TVN i prezentować swoje umiejętności.
Oglądałem fragmenty oryginalnego programu na youtubie i powiem szczerze, że byłem pod wielkim wrażeniem. Niektóre występy były autentycznie porażające. Wśród osób oceniających była żona Ozziego Osbourna, Sharon, miła, dystyngowana, bardzo inteligentna pani, a obok niej dwoje innych, równie poważnych ludzi.
Domyślam się, że Agnieszka Chylińska stanowi, według właścicieli TVN, naszą polską odpowiedź na Sharon Osbourn. Powodzenia.
Ja jednak chciałbym przede wszystkim wiedzieć, na kogo, albo na co odpowiedź stanowi panna Chylińska komentująca sytuację polityczną w Polsce.
Tu, przyznaję, jestem bezradny.
Na miejscu Lecha Wałęsy i jego przyjaciól byłbym jednak załamany. Bardziej nawet niż książką panów Cenckiewicza i Gontarczyka.

piątek, 20 czerwca 2008

Szybcy i wściekli na politycznych salonach

Dziś i wczoraj w Salonie świetny wpis pana Krzysztofa Kłopotowskiego o Andrzeju Celińskim..
Oczywiście, Andrzej Celiński dla tych, którzy mają go okazję obserwować od początku, jest już postacią symboliczną. I to postacią symboliczną w nieustannym rozwoju. Zawsze był taki jak dziś, tyle że obecnie jest pełniejszy, dojrzalszy i coraz bardziej, że tak powiem, pomnikowy.
Zatem słowa, które pan Kłopotowski cytuje, o tym “rzyganiu” i o “małych pokracznych ludziach” wciąż odzwierciedlają ten sam stan umysłu, co przed wielu, wielu laty, gdy ukuł pan Andrzej hasło o “spoconych ludziach goniących za władzą”. Tyle że dziś, na jakże wyższym poziomie wykwintności.
Jak wspomniałem, Andrzej Celiński jest postacią symboliczną. Co więc symbolizuje? Otóż jest on tylko lepszym przedstawicielem pewnego gatunku polityków, czasem dziennikarzy, którzy, z jakiegoś niejasnego powodu, są tak nieprawdopodobnie nafaszerowani złością, nieustanną, chorą złością, że jak zaczynają mówić, a retorycznie są często bardzo dobrze przygotowani, natychmiast robią kolosalne wrażenie.
Znamy ich na ogół bardzo dobrze. Wśród polityków są to Władysław Frasyniuk, Stefan Niesiołowski, być może, retorycznie troszkę słabszy, Lech Wałęsa; wśród dziennikarzy choćby Tomasz Wołek, czy Jacek Żakowski.
Zawsze się zastanawiałem, czemu oni tacy są. Dlaczego, kiedy chcą powiedzieć, że ktoś kłamie, to mówią, że kłamie jak pies, brudny do tego. Kiedy chcą powiedzieć, że ktoś się myli, to mówią, że ten ktoś to chory na mózg półgłówek. Kiedy chcą powiedzieć, że kogoś nie lubią, to od razu dodają, że ten ktoś jest pokraczny, no i spocony.
Dlaczego, jak grupa obywateli dokona innego wyboru, niż któryś z nich, to oni nie powiedzą, że ci ludzie są na przykład głupi. Natomiast błyskawicznie sklasyfikują ich, jako bydło.
Albo śmieci.
Podpowiada mi jeden z moich oczytanych znajomych, że w ten sposób pisał Lenin. Ze to jest język pierwszej, wielkiej, poważnej rewolucji.
No ale dlaczego Lenin tak pisał? Czyżby to był obowiązujący styl, przenoszony na obecne czasy przez uzdolnionych uczniów tego męża? A może był to wewnętrzny, psychiczny problem samego Lenina? No i też psychiczny problem Celińskiego, Frasyniuka, Wołka i innych?
Pewną odpowiedź na to pytanie daje Jarosław Kaczyński, który, jeszcze przed wielu laty, w swojej książce Czas na zmiany tak oto scharakteryzował Andrzeja Celińskiego:
Facet jest trochę po czterdziestce, ale wrzody żołądka od nadmiernych ambicji, to on ma od zawsze. Dziwne, jak on te swoje nie zaspokojone ambicje jeszcze przeżywa.
Całkowicie chorobliwy przypadek. Jego zachowanie i charakter powodują, że irytuje nawet najbliższe otoczenie. To jest człowiek, który wie, że minęły już 4 lata od wyborów. Tylu ludzi "wskoczyło", zabłysnęło, objęło stanowiska, czasem straciło, czasem zyskało. Byli i 'bezczelni profani' jak Bielecki, co nawet premierami zdołali zostać. A on nic. Jestem przekonany, że Bielecki budzi się z krzykiem z tego powodu. Tu zabiegał, tam zabiegał i nic. Książkę wydał, fabrykę do Płocka sprowadził, i nic. Ogłosił nową teorię polityki głoszącą, że tylko on jest prawdziwym politykiem, i nic. Nawet marnym marszałkiem Senatu go koledzy nie zrobili. Ba, nawet nie wysunęli. Absolutna niesprawiedliwość pod każdym względem. A przecież to jest człowiek na swój sposób inteligentny i gdyby nie miał takiego charakteru, to przy jego bardzo bliskich swego czasu związkach z Geremkiem, mógł zajść daleko. Miał cenna w swoim środowisku cechę: tolerował katowanie go przez Geremka.
Czasem, kiedy do mnie przychodzili, a nie były to żadne towarzyskie wizyty, tylko posiedzenia Sekretariatu KKW, które często odbywały się u mnie w domu, Geremek go wręcz maltretował. Ile tylko można. Nigdy nie wiedziałem, o co chodzi. Wyżywał się na Cylinderze, jak się go wtedy nazywało. Wstyd mi było na to patrzeć. Zupełnie nie wiedziałem, co robić. To było takie intensywne, złośliwe pomiatanie. Złośliwe bicie faceta, który to zresztą spokojnie znosił.
Oczywiście, ani Jarosław Kaczyński, ani ja tym bardziej, nie jesteśmy psychiatrami, więc trudno wyrokować. Niemniej wydaje mi się, że wyjaśnienie przyczyn takiego, a nie innego pokręcenia emocjonalnego może leżeć właśnie w kompleksach.
Kto wie, czy nie jest tak, że człowiek ma ambicje, które go przerastają, ale przez to, że wciąż przebywa w tym samym, skażonym środowisku, niespełniony, niezadowolony, zaszczuty – w końcu już tylko potrafi zgrzytać?
A polityka i takie odpowiedzialne i prestiżowe rejony, jak dziennikarstwo, mogą, bardziej niż inne środowiska, produkować po prostu wariatów.
Idę sobie ulicą i widzę jakiegoś biednego, roztrzęsionego człowieka, który macha rękami i klnie. Klnie potwornie, klnie strasznie. I widać, że nie jest piany. Jest po prostu tylko tak okropnie wściekły, że to machanie rękami i przekleństwa wydają się być ostatnim środkiem ekspresji, jaki mu pozostał.
Co mu się przydarzyło w życiu? Kto i jak go zawiódł? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że on już nie wytrzymuje.
I tak, niewykluczone, jest z Andrzejem Celińskim. Pamiętajmy, że lata mijają. Od czasu, gdy Jarosław Kaczyński przedstawił swoje refleksje, minęło już ponad dziesięć lat, a z panem Celińskim wcale się nie zrobiło lepiej. Wtedy jeszcze kimś tam był, mimo wszystko. Wstąpi do komunistów, bo myślał, że może tam się jakoś uleży. I nic.
A teraz to już tylko TVN24 go czasem zaprosi. Jak Jana Tomaszewskiego, czy Henryka Pająka.
A pod tefauenem, jak wiemy, jest już tylko skalne dno.

czwartek, 19 czerwca 2008

Oczy Jarosława Kaczyńskiego, czyli próba apologii

Pisałem tu kiedyś o wydarzeniu, które bardzo mną poruszyło w dawnych jeszcze latach, kiedy wydawało mi się, że to Wałęsa, ze swoim charakterem, odwagą i pozycją, uratuje Polskę.
Poszedłem z moim malutkim synkiem na wiec przedwyborczy przewodniczącego Wałęsy, podszedłem bardzo, bardzo blisko, pod samą scenę i zobaczyłem twarz nieruchomą, sztywną i te oczy - oczy puste, niewidzące i nieobecne.
Słyszałem wciąż ten sam głos, słyszałem te same, pełne emocji i prawdziwego sensu słowa i jednocześnie widziałem oczy, bez żadnego wyrazu i bez najmniejszego uczucia.
I to był dla mnie szok. Bo nagle zobaczyłem nie człowieka, lecz maszynę. I wystraszyłem się, bo pomyślałem po raz pierwszy, że to jest nie do końca ten człowiek.
Dziś miałem okazję być na otwartym spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim. Potworny tłum, ścisk, pełno reporterów awśród tego wszystkiego premier Kaczyński. Cały czas na stojąco, uśmiechnięty, wręcz wesoły.
W pewnym momencie poproszono go, by usiadł, ale nie chciał i dalej stał z tym swoim, psującym się, mikrofonem w ręku i odpowiadał na pytania.
Ponieważ nie było sposobu, żeby choćby jeden procent obecnych zdążył powiedziec, co im leży na sercu, po pewnym czasie ludzie zaczęli mówić bez mikrofon, bez ładu i składu, z różnych stron sali.
Kaczyński odpowiadał na każdą uwagę, jaką usłyszał z sali. Jego wciąż uważny wzrok nieustannie krążył po zebranych i w pewnym momencie pomyślałem, zę on po prostu widzi wszystkich.
Po zakończeniu spotkania, został otoczony przez tłum osób, które chciały o coś spytać, ale nie zdążyły, albo przyszły po autograf, albo chciały zrobić zdjęcie, albo może jedynie postać bliżej i posłuchać rozmów. Bo nawet z daleka widać było, że tam jest po prsotu wesoło.
A Jarosław Kaczyński rozmawiał. Rozdawał autografy i nieustannie zerozmawiał dosłownie z każdym, kto rozmawiać chciał. Odpowiadał na każde pytanie, widział każdego, słuchał każdego i nikomu nie dał ani na moment odczuć, że może już wystarczy.
Śmiał się z żartów, sam żartował. Ale – powtarzam raz jeszcze – jego oczy nie utraciły ani na moment wyrazu.
Trwała ta scena może 20 minut, a może pół godziny, Kaczyński stał, rozmawiał, podpisywał karteczki a ja sobie myślałem.
Jak to jest, że w takiej presji, w takim zgiełku, w takim chaosie, otoczony ludźmi najróżniejszymi – bo nie oszukujmy się, wśród nas była też ta część naszych współbraci, o których możemy śmiało powiedzieć, że są troszkę bardziej dziwni, niż Ty i ja – Jarosław Kaczyński ani na moment nie okazał ani zmęczenia, ani zniecierpliwienia, ani jego oczy nie odbiegły gdzieś w dal?
Myślałem sobie, co to jest? Czy to wieloletni trening, czy zimna kalkulacja, czy może coś jeszcze innego?
Czy może jest tak, że kiedy kiedyś jeszcze premier Kaczyński mówił, że on woli być prezesem, niż premierem, bo wówczas może być częściej wśród ludzi, to nie kłamał, ani nie kokietował.
Ale to też nie jest odpowiedź. Można ludzi lubić. Można być gwiazdą towarzystwa, jednak przychodzi ten moment, kiedy człowiek w sposób zupełnie naturalny musi się wyłączyć. Może dalej mówić, może nadal pracować, może wykonywać swoje zwykłe rutynowe czynności na zasadzie odruchu, czy przyzwyczajenia. Przyjdzie jednak ten moment, kiedy wszystkiego jest po prostu za dużo. I wtedy już tylko pozostaną oczy.
Jarosława Kaczyńskiego oczy nie zdradziły. Przepraszam raz, owszem. Podszedł jakiś chłopak z książką i prośbą o autograf. W tym samym momencie zgromadzeni ludzie zaczęli śpiewać hymn. Kaczyński stanął bez ruchu, a chłopak, pewnie jeszcze z rozpędu, zaczął podsuwać mu książkę. Cała scena trwała ułamek sekundy, ale wystarczyło to, by dojrzeć oczy Kaczyńskiego. Nie złe, nie zirytowane. Oczy, które mówiły jedynie "Za chwilę".
Więc myślę sobie, że były premier Jarosław Kaczyński musi być po prostu miłym, dobrym człowiekiem. Ale musi być coś jeszcze. On musi mieć jeszcze coś więcej.
Kto chce, może się nad tym fenomenem zastanowić.
Kto nie chce, może się po prostu na mnie rzucić i mnie zagryźć.
Zapraszam.

Niekończąca się opowieść o Bolku i Mietku, czyli będzie się działo

Jerzy Owsiak, albo wymyślił, albo gdzieś podsłyszał taką frazę: “Będzie się działo!”
Ja oczywiście czuję zakłopotanie, że przyszło mi na starość cytować kogoś takiego, jak Owsiak właśnie, no ale stało się... no a poza tym, faktycznie dzieje się.
Czekałem na te dni od roku 1992, nie wiedząc czy dożyję, ani też, czy ktokolwiek dożyje, no ale wreszcie, jak mówię, stało się no i dzieję się, a i tak przed nami może najciekawsze.
Minęło szesnaście lat od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy, że Lech Wałęsa współpracował z komunistyczną policją, a jeszcze dłużej od czasu, gdy tę smutną prawdę zaczęliśmy podejrzewać. Słowo Bolek stało się przez wszystkie te lata symbolem i hasłem, i co ciekawe – symbolem i hasłem perfekcyjnie ludowym.
Jest to tym bardziej godne zauważenia, że rzadko kiedy zdarza się tak, by naprzeciwko całego aparatu cenzury, fałszu, zakłamania i ogłupiania stanęła czysta, prosta, ludowa wrażliwość i żeby to ona wygrała.
Oczywiście, wspomniany aparat nie stał się tym samym bezrobotny, wręcz przeciwnie, pracuje na zwielokrotnionych obrotach, a przekonać się możemy o tym w każdej chwili tych ważnych dni. Czy to zakładając do telewizora, czy patrząc na pierwsze strony dzienników, czy choćby czytając niektóre wpisy i komentarze tu w Salonie.
Sytuacja obecna jest jednak radykalnie inna niż ta, z którą mieliśmy do czynienia przez minione lata. Po raz pierwszy mianowicie prawda zabrzmiała w pełni oficjalnie, i to na tyle oficjalnie, że bardzo trudno będzie teraz komukolwiek potraktować głos IPN-u, a tym samym głos całej oszukiwanej dotychczas części społeczeństwa tak, jak przez tyle lat traktowano głos tego właśnie społeczeństwa. Czyli jako nic nieznaczące pomruki.
Przyszedł czas, żeby opowiedzieć raz jeszcze – nie o latach siedemdziesiątych, bo to jest nic – lecz o początkach lat dziewięćdziesiątych, o okresie tuż przed wygraną Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich. Czas na to, by znów, tym razem już w bardzo publicznej domenie ponownie zabrzmiały te historie.
Dziś tylko jedna, pochodząca z książki Kim pan jest, panie Wachowski autorstwa między innymi Ingi Rosińskiej (sic!). Oto relacja sąsiadki Mieczysława Wachowskiego; relacja, która tym, co wiedzieć nie chcą i tak nic nie powie, jednak relacja znamienna i dla ludzi o otwartych umysłach porażająca.
Jakby ktoś nie pamiętał, Wachowski w czasach pierwszej solidarności był kierowcą Wałęsy. Po wprowadzeniu stanu wojennego, po internowaniach i po ostatecznym rozbiciu sierpniowej opozycji, Wachowski wyjechał za granicę i zniknął. Wrócił do kraju trzy dni po tym, jak Wałęsa oświadczył, że będzie ubiegał się o prezydenturę. Posłuchajcie:
Mietek o Wałęsie nie mówi i nie mówił dobrze. Znajoma wiedziała, że był blisko Wałęsy i spytała go, czy będzie głosował na Lecha. A on: “Co? Na tego głupola? Ja wam zaraz pokażę książkę, na kogo trzeba głosować”.
Następnego dnia poprosił sąsiada, żeby go zawiózł samochodem do Wałęsy. Kiedy wrócił, oświadczył, że już zaklepał sobie posadę sekretarza przy Wałęsie i robi mu kampanię. Kilka dni się z tego śmialiśmy, aż któregoś dnia zobaczyłam go w telewizji obok Wałęsy.
Więc tak to się zaczęło. Cała reszta, to już tylko pasmo ciekawych i bardzo ciekawych zdarzeń.
Będzie się działo.

środa, 18 czerwca 2008

Demokracja we władzy ciemności

Właściwie, wobec dzisiejszej, a może jeszcze wczorajszej, śmierci tego niewinnego dziecka, traci sens pisanie nawet o Lechu Wałęsie, a co dopiero o innych codziennych potyczkach.
Niestety nowe czasy przyzwyczaiły nas do tak przeróżnych barbarzyństw, że nic tu nie zmieni ani jakakolwiek powszechna demonstracja, ani pojedynczy nawet gest.
Jedyne, co można zrobić, to uczcić to smutne wydarzenie, pisząc o zjawisku, które stanowi początek i jednocześnie koniec tego samego sznura, czyli o demokracji, jednak demokracji szczególnej, bo demokracji we władzy ciemności.
Dziś Rzepa, po raz już któryś, relacjonuje rozpaczliwe ruchy wokół sytuacji w Europie po irlandzkim referendum. Już sam tytuł artykułu wieści ciekawą przyszłość: Czy Irlandię można wyrzucić z Unii.
Chodzi o to, że niejaki Martin Schultz – niemiecki socjalista – zaproponował, że jeśli Irlandia okaże się jedynym państwem, które nie ratyfikuje traktatu, trzeba będzie być może Irlandię z Europy pogonić.
Wprawdzie nie zostaliśmy poinstruowani, co zrobić, jeśli będą te państwa dwa, ale za to odezwał się inny prawdziwy, znowu jednak niemiecki, Europejczyk, który powiedział, że może nie będziemy Irlandii wyrzucać, ale niech Irlandczycy coś zaproponują.
Wprawdzie nikt nie powiedział, że jeśłi w następnych wyborach w Polsce motłoch wybierze PiS, to niech motłoch zaproponuje co z tym fantem zrobić, ale żeby nie było tak, że to tylko Niemcy popadli w histerię, odezwał się jeden Czech i powiedział, że trzeba zmienić zasady. Mianowicie, demokracja powinna funkcjonować dalej, owszem, tyle, że troszkę zmodyfikowana.
I teraz jest tak, że ja się na Europie znam mało. To znaczy wiem, gdzie leży jaki kraj i pamiętam, że jeszcze niedawno były niemieckie marki, francuskie franki i włoskie liry, natomiast nie wiem, co Europa kombinuje.
Z tego, co dotychczas usłyszałem, wnioskuję, że plan był taki, że najważniejsze kwestie uchwalamy wspólnie, bo jesteśmy jednością i chcemy dawać przykład. Jeśli ktoś natomiast będzie miał inne zdanie, niż wszyscy inni, to się będziemy zastanawiać tak długo, aż wymyślimy, żeby było lepiej.
Ja oczywiście spodziewałem się, że ten głupkowaty pomysł jest tylko strzałem na wiwat i nawet nie narobi większego huku. Co ciekawsze jednak, wiedziałem też, że wszystko będzie dobrze, dopóki i ja i oni i każdy będziemy demokratycznie chcieli tak, jak chcą ci, którzy o tym, co należy chcieć, decydują. W momencie, jak ktoś zechce inaczej, to dostanie po uszach. Bo demokracja, jak wiemy, jest okay, pod warunkiem, że pozwala decydować tym, którzy wiedzą lepiej.
W telewizji niedawno widziałem posła Niesiołowskiego, który się pieklił, że nie może być tak, żeby paręset tysięcy ludzi decydowało o losach Europy. Ja oczywiście się z nim zgadzam, tylko pragnąłbym się dowiedzieć, kto to taki i z jakiego powodu na samym początku wymyślił system, w którym paręset tysięcy będzie decydowało?
Więc kto to wymyślił, nie wiem, bo aż tak głęboko w ciemność moja głowa nie sięga. Natomiast wiem, po co. Po to mianowicie, żeby można było tym alibi o nazwie demokracja całej wystawionej do wiatru Europie machać pod nosem.
Demokracja jest oczywiście jakimś tam rozwiązaniem, nawet jeśli wynikającym z chwilowego kaprysu historii, i nawet jeśli wolelibyśmy coś bardziej absolutnego, a przez to bardziej oświeconego, niż rządy tłumu, czy (w rzeczywistości rządy bezwzględnych manipulatorów), to akurat to nie my jesteśmy tymi, którzy demokracją gardzą.
W rzeczywistości, to są ci, którzy kiedyś wpadli na pomysł, że najlepszy będzie system, w którym przy pomocy najróżniejszych technik najpierw ogłupi się społeczeństwa, a potem pozwoli im się rządzić zgodnie z wolą ich przedstawicieli – oczywiście przedstawicieli starannie wyselekcjonowanych.
Kiedy od czasu do czasu okazuje się, że ci dziwni inżynierowie jak zwykle za bardzo się przejęli swoimi możliwościami i, jak wiele razy wcześniej, nie docenili siły ludzkiego ducha, to my wszyscy musimy z zażenowaniem obserwować, jak w efekcie tej swojej chorej kalkulacji ci wszyscy panowie i panie raz po raz wybuchają gniewem, bo demokracja im nie działa.
Tak jest oczywiście na całym świecie, że przedstawiciele tej – w ich własnej opinii – mądrzejszej i bardziej światłej części społeczeństwa, męczą siebie i innych nieustannym i notorycznym zawodzeniem skierowanym na pozostałą część grupy, w której przyszło im żyć. I wciąż bezwstydnie krzyczą: “Daliśmy wam tę demokrację, a wy jesteście tacy niewdzięczni”.
Ten dziwaczny stan mamy też, owszem, i w Polsce od początku tzw. władzy ludowej, a potem solidarnościowej i wreszcie post-ludowej by skończyć na post-solidarnościowej.
Wygrał Wałęsa – naród głupi; wygrał AWS – naród nie zasługuje; wygrał PiS – naród odrzucił demokrację; wygrał Kaczyński – coś chyba z tą demokracją trzeba zrobić. Dlaczego? No jak to dlaczego? Bo naturalnie decyzję tłumu zagrażają demokracji.
No i żyjemy w tym pseudodemokratycznym chaosie, gdzie demokracja jest piękna i zła i głupia i niebezpieczna i upragniona i jedyna i najgorsza. A jej jedyny stały, niezmienny i potężny efekt to ten, że raz do roku, a jak trzeba, to i kilka razy do roku, można wypuścić na ulicę bandę poprzebieranych onaninistów, a jak komu przyjdzie ochota, to zabić w majestacie prawa jakieś dziecko.

wtorek, 17 czerwca 2008

Zamknięcie oczu nie zlikwiduje świata; nie zlikwiduje też choćby jednej prostej prawdy

Bardzo małe dzieci lubią kierować się taką logiką, że kiedy czują się zawstydzone, zasłaniają oczy, wierząc, że w momencie, gdy przestają widzieć, same automatycznie stają się niewidoczne dla świata.
Logika ta, mam niekiedy wrażenie, bywa przenoszona do świata ludzi dorosłych w najróżniejszej formie, niemniej zawsze jest tak czy inaczej związane z tak zwanym zaklinaniem rzeczywistości.
Jakie formy mam tu na myśli? Najbardziej znaną z nich jest tak zwane zakrzykiwanie prawdy. Jeśli chcemy stworzyć wrażenie, że niewygodna dla nas kwestia nie istnieje, albo jest mało istotna, wzniecamy odpowiednio silny gwar medialny, licząc na to, że właściwe przesłanie zginie w ogólnym zgiełku i sprawa zostanie skutecznie załatwiona.
Innym sposobem ukrywania prawdy jest zagadywanie rzeczywistości, czyli odwracanie uwagi od sedna sprawy tak, by ci których cała akcja dotyczy, mogli się skupić na innych, mniej ważnych kwestiach i tak, by to co chcemy by pozostało niezauważone, niezauważone pozostało.
Ostatnio jednak, nie sposób nie zauważyć, że ci, którzy zawodowo trudnią się kształtowaniem świadomości społecznej, uznali, że można się skutecznie skupić nie na dźwięku, ale również na obrazie. Chodzi o to, że wspomniani już specjaliści nie tylko postanowili, że można społeczeństwu jakoś przytkać słuch, ale dodatkowo jeszcze zasłonić oczy.
Niestety, tym razem, wygląda na to, zgubiła ich albo nadmierna pewność siebie, albo zbyt rozbuchane emocje, bo w czasach post-komunistycznych, czyli w czasach, gdy cenzury nie można już stosować formalnie, a więc skutecznie, informacje można owszem zagłuszyć, niestety nie można zakazać ludziom patrzeć. A patrzeć jest o tyle łatwiej niż słuchać, ponieważ, o ile jeśli ktoś mówi, to można zacząć wrzeszczeć, natomiast trudno jest przy tym zacząć rozpylać jakąś mgłę tak, żeby nic nagle nie było widać.
Stało się więc tak, że dopóki nasi współcześni inżynierowie dusz wydawali z siebie jedynie hałaśliwe: “nenenenenenenenenenene...”, mogli liczyć na odpowiedni efekt; kiedy jednak zasłonili oczy wierząc, że w tym samym momencie my też przestaniemy cokolwiek widzieć, to zachowali się typowo i jednak śmiesznie.
Po raz pierwszy zauważyłem to komiczne zachowanie, gdy nowa cenzura nie pozwoliła na pokazanie w TVP filmu o Lechu Wałęsie Plusy dodatnie, plusy ujemne, licząc na to, że jeśli oni nie pokażą, to film przestanie istnieć. Posunięcie to, w dobie choćby Internetu, musiało być nieskuteczne.
Gdyby bowiem telewizja pokazała ten film, a następnie przez kolejny tydzień puszczała naszym głuptasom jakieś programy rozrywkowe, albo kabarety o Kaczyńskich, albo po prostu jakąś nową mydlaną operę – czyli wykonała zwykłą akcję zagłuszania – po jakimś czasie pies z kulawą nogą nie pamiętałby ani o Bolku, ani o jakichś tam innych agentach.
A tak, zamknęli ci szczególnie państwo oczy i jak małe dzieci podskoczyli z radości, uznając, że już nic nigdzie nie widać.
Dziś mija kolejny dzień, poprzedzający ostateczną publikację książki IPN-u o Lechu Wałęsie. Zarówno sam były prezydent, jak i cała jego towarzyska, polityczna, obywatelska i medialna obstawa, dochodząc do wniosku, że zagłuszanie to za mało, postanowili po raz kolejny zasłonić oczy i udawać, że świat zniknął.
W jaki sposób się to objawia? Na przykład w taki mianowicie, że Monika Olejnik zaprasza do swojego programu któregoś z zamierzchłych komunistycznych agentów, który mówi, że Wałęsa to nie Bolek, a TVN-24 tę kuriozalną informację puszcza w kółko na pasku przez 20 minut.
Albo wypuszcza się jakąś panią, która pisze list do Lecha Wałęsy z przeprosinami, a TVN-24 przez cały dzień informuje, że w IPN-ie doszło do buntu.
Do przyszłego tygodnia, czyli do publikacji książki, jeśli tak dalej pójdzie, w telewizji pojawi się 15 kolejnych pań i panów, którzy będą uroczyście deklamować, i zaświadczać, że Lech Wałęsa nie był Bolkiem. Później, pewnie w najbliższą sobotę, państwo Walterowie przedstawią trzykrotną retransmisję wręczenia Nobla przewodniczącemu Wałęsie sprzed lat.
Natomiast w niedzielę wszyscy będziemy mogli obejrzeć i wysłuchać pięciokrotną retransmisję przemówienia Przewodniczącego przed amerykańskim Kongresem, również sprzed wielu lat, w czjejś tam nadziei, że z telewizorów popłynie jakaś trująca mgła i ci, którzy mają oślepnąć, nagle faktycznie oślepną.
Chciałem tu więc zwrócić się do wszystkich tych zdziecinniałych dorosłych z przypomnieniem. To tak nie działa. Film Plusy dodatnie, plusy ujemne istnieje. Nawet jeśli niektórzy go jeszcze nie widzieli, to w końcu zobaczą. Na dodatek najprawdopodobniej w publicznej telewizji.
Istnieje również Lech Wałęsa, z całą swoją historią, ze wszystkimi przez siebie wykonanymi gestami i z każdym wypowiedzianym słowem.
Jeśli w końcu idzie o mnie, to oczywiście nie mam absolutnie żadnych dowodów na to, że Lech Wałęsa, były przewodniczący Solidarności i były prezydent Polski, był agentem o imieniu Bolek.
Natomiast to co mam, to zdrowy rozsądek i to właśnie on mi każe twierdzić, że cała przedziwna prezydentura Wałęsy, ci wszyscy dziwni ludzie u jego boku, ten cały pięcioletni idiotyzm, z którym musieliśmy się męczyć, może mieć tylko jedno wytłumaczenie.
A jeśli było inaczej, jeśli całe to gadanie o agenturalnej przeszłości Wałęsy to zwykłe plotki i pomówienia, to wszystko, cały nas świat, jest absolutnie pogrążony w chaosie, a my nie wiemy nic o niczym, nic nie jest ani pewne, ani sensowne, ani nawet prawdopodobne, ani choćby możliwe.
No i w tej nowej sytuacji, przede wszystkim, plusy mogą być dodatnie i mogą też być ujemne.
Wszędzie dookoła.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Słońce nad Peru, czyli podróż za jeden uśmiech

Wczoraj, dzięki godnej podziwu staranności Maryli, miałem okazję obejrzeć kolekcję zdjęć Premiera z Małżonką w najpiękniejszych ujęciach, najpiękniejszej wycieczki, w najpiękniejszym najprawdopodobniej okresie życia Donalda Tuska, prostego chłopaka z Pomorza.
Obejrzawszy sobie błogie oblicze Pana Premiera, czy może – jak od niedawna należy mówić – Słońca Peru, poczułem takie emocje, że pragnę króciutko podzielić się moimi wrażeniami z Salonem.
Kilka dni temu, pisząc tu o Ruskich, którzy, moim zdaniem, trafili pod samą już ścianę zasugerowałem, że “Donald Tusk, wyjeżdżając na tygodniową wycieczkę do Ameryki Południowej zachowuje się, jak ruski buc, który został dyrektorem szkoły i jeździ na wszystkie szkolne wycieczki, bo jest za darmo, a poza tym może se coś fajnego kupi”.
Dziś, po kilku dniach nowych informacji, po tych marylowych zdjęciach i przede wszystkim po tej kuriozalnej wypowiedzi Donniego o “podróży życia”, utwierdziłem się w przekonaniu, że te moje słowa – trochę może emocjonalnie przyciężkie – były jednak, jak najbardziej słuszne i sprawiedliwe.
Opowiem więc o tym dyrektorze, tak by nie było już żadnych niedomówień.
Pracowałem kiedyś w szkole, gdzie dyrektor nie był w stanie opuścić jednej wycieczki dlatego, że po pierwsze bardzo lubił podróżować, poza tym wszystko było za darmo, i wreszcie – last but not least – będąc na wycieczce, nie musiał ani uczyć, ani pilnować szkoły, czyli, krótko mówiąć, nie musiał zajmować się tym, co go męczyło i nie sprawiało najmniejszej przyjemności.
Oprócz tego, że mój dyrektor jeździł na wszystkie wycieczki, to w przypadku wyjazdów bardziej atrakcyjnych, zabierał swoją żonę, bo “Basia bardzo by chciała”, a czasem swoje dzieci “bo niech zobaczą”.
Kiedyś, w ramach jednego z europejskich programów wymiany, został zorganizowany wyjazd do Portugalii, gdzie uczniowie z naszej szkoły, wspólnie z młodzieżą z Francji i Niemiec, no i oczywiście z Portugalii, mieli brać udział w różnego rodzaju pracach. Uczniowie z Portugalii, z Niemiec i z Francji przyjechali pod kierunkiem swoich nauczycieli (w tym wypadku nauczycieli geografii); z Polski przyjechały oczywiście dzieci z geografem, no i oczywiście z dyrektorem i jego żoną.
“Bo Basia bardzo chciała”.
Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że gdy próbowaliśmy dyrektorowi delikatnie i dyskretnie tłumaczyć, że może nie wypada, że to źle wygląda, że jakoś głupio, wydawał się kompletnie nie rozumieć problemu. Był tak szczęśliwy, tak uroczysty, tak zachwycony swoją przygodą, że jedyne, na co go było stać, to szeptać: “Słuchajcie, jaka ta Portugalia piękna; jacy ci ludzie uprzejmi; słuchajcie, Basia była wniebowzięta”.
Więc teraz tak. Oczywiście widząc, co wyprawia premier polskiego rządu, przypomina mi się ten dyrektor mojej szkoły. Ale również, od dziś, ile razy będę wspominał moje stare szkolne czasy, nie poradzę nic na to, że przed oczyma będę miał zdjęcia tępo rozradowanego Donalda Tuska, które właśnie miałem okazję zobaczyć na blogu Maryli.
Bo oczywiście, tak naprawdę, nie chodzi tu tak bardzo o tego dyrektora. To jest pionek, na dodatek bardzo mało interesujący. Każdy gdzieś tam ma swojego szefa i często ten szef jest po prostu idiotą. Inna sprawa, że ciekawe, czemu z pozoru normalni ludzie, w momencie, gdy zostaną dyrekorami, tak często kompletnie tracą rozum...
Problem polega na tym, że jeśli Premier rządu zaczyna się zachowywać, jak ten przysłowiowy “ruski buc” i bez śladu wstydu kompromituje siebie i Państwo, bo raz, że sam nie umie sie powstrzymać, a poza tym “Małgosia bardzo chciała”, to mi osobiście robi się niedobrze.I nie ma znaczenia, czy wyjazd Donalda Tuska kosztuje milion, dwa miliony, czy może i nic, bo ktoś tam uznał, że można tę przygodę Polakom sfinansować. Chodzi o to, że cały świat patrzy. I widzi.
A tego przykrego faktu nie zmieni nawet fakt, że choćby Tusk z panią Małgosią został w Ameryce Południowej jeszcze kolejny tydzień (bo pogoda taka piękna), albo nawet, gdyby do mamy i taty dołączyły dzieci państwa Tusków (bo słuchajcie, tu jest jak w niebie!), najbardziej zawzięte lemingi, będą do końca świata podziwiały swojego Premiera, bo nienawidzą Kaczorów i nic więcej się nie liczy.

niedziela, 15 czerwca 2008

Trzy zdjęcia, jedno kłamstwo, jeden interes

Wspomniałem już kiedyś na moim salonowym blogu, że tu gdzie mieszkam i pracuję, jestem właściwie otoczony przez ludzi, dla których sens życia, poza pracą, jedzeniem i zakupami, sprowadza się do przeżywania swojej nienawiści do PiS-u i do braci Kaczyńskich. Są to przy tym ludzie, którzy jeśli idzie o ogólną wiedzę historyczną, polityczną i społeczną nie mają pojęcia dokładnie o niczym, z pominięciem tych faktów i nie-faktów, o których dowiedzieli się z telewizji.Wczoraj z wizytą wpadła do nas tak zwana Rodzina. Ponieważ tak się składa, że oni akurat stanowią wzorowe przedstawicielstwo tej części społeczeństwa i tego rodzaju emocji, o których wspomniałem wyżej, przy okazji wizyty dowiedziałem się dokładnie wszystkiego, co słychać w publicznej domenie, tak pomiędzy telewizją TVN 24, Gazetą Wyborczą, a onetem.pl. Tematem politycznych pogawędek przy stole, stało się głównie zdjęcie ze stadionu w Wiedniu, na którym prezydent Kaczyński wspólnie z prezydentem Austrii Heinzem Fischerem zwyczajnie demonstrują zwykłe kibolskie szaliki, z tym, że prezydent Kaczyński ma szalik obrócony tyłem i napis "Polska" wygląda, jak odbity w lustrze.Od razu zgadłem, że temat musiał dzień wcześniej chodzić w TVN-ie, i to chodzić ostro, bo inaczej ani jeden, ani drugi z naszych gości nie wiedziałby, jak się najnowsze sprawy polityczne mają i trzeba by było gadać po raz sześćdziesiąty siódmy o reklamówce Marii Kaczyńskiej, albo o nienawiści w oku Macierewicza.Kiedy wizyta dobiegła końca, wszyscy wróciliśmy do swoich zajęć, a dzieci do komputerów, no i syn mój dostarczył mi trzy zdjęcia, które znalazł w necie.Oto pierwsze z nich:



        Jak widzimy, prezydent Fischer pięknie demonstruje swój szalik, natomiast prezydent Kaczyński, lekko spóźniony, czy to do zdjęcia, czy może po prostu wolniejszy, dopiero szalik rozkłada. Teraz zdjęcie następne:



      Tu widzimy, jak prezydent Fischer wciąż w niezmienionej pozycji dzierży swój szalik, natomiast nasz prezydent prawdopodobnie właśnie rozłożył swój i zanim go pokaże w pełnej okazałości, chce jeszcze sprawdzić, czy wszystko jest okay.
Wreszcie zdjęcie trzecie:



Wszystko już jest tak jak należy. Obaj prezydenci z dumą prezentują swoje patriotyczne zaangażowanie, a reporter cyka kolejne zdjęcie.
Patrząc na powyższą sekwencję, można łatwo zgadnąć, że całe zdarzenie trwało parę sekund. Jedna krótka chwilka na meczu piłkarskim, trzy szybkie ujęcia, trzy ładne scenki, a właściwie jedna scenka z prezydentami Polski i Austrii pokazującymi do kamer swoje szaliki.
TVN-24 jednak zna swój fach, zna potrzeby swoich widzów, a widzowie TVN-24, jak też już tu kiedyś wspominałem, też doskonale wiedzą, czego mogą oczekiwać od swoich mistrzów. No i, jak się okazuje,już nie po raz pierwszy, sprawa została załatwiona szybko i skutecznie. Cywilizowana część polskich mediów, bo, jak się okazuje, nie tylko telewizja szanownych państwa Walterów, ale również inne grupy medialne, zaprezentowały raz, a później drugi raz i trzeci i dziesiąty i pięćdziesiąty czwarty, środkowe zdjęcie z całej kolekcji - i tylko środkowe - tak by każdy zainteresowany uczestnik publicznej debaty wiedział... Co wiedział? No, co wiedział? Tak! Zgadza się! Brawo! Właśnie o to chodziło. Żeby każdy odpowiedzialny wyborca wiedział, że prezydent Kaczyński jest, oczywiście, idiotą. A ci, którzy to już wiedzą, żeby, broń Boże, nie zapomnieli.
W naszej debacie, od czasu do czasu, pojawiają się takie specjalne słowa klucze i zdania zaklęcia. Jest ich kilka. Wśród nich najpopularniejsze to obsesja, czy teoria spiskowa, no i zdania takie, jak Oczywiście, jak zwykle wszystkiemu winni dziennikarze, albo Jak ci się nie podoba, to jest przecież pilot.
Więc mi się nie podoba. I owszem, mam też pilota. Myślę, że nawet mogę wywalić mój telewizor na śmietnik, albo zdemontować moją Cyfrę i zamiast tego zamówić Telewizję Trwam. Natomiast tu w Salonie, jak zobaczę gdzieś sekwencję, która mnie dotknie i zaboli, to mogę nawet specjalnie ze względu na ten ból, zamykać oczy. Obawiam się, że niestety to i tak nic by nie dało. W końcu z ludźmi się człowiek spotyka, tak czy inaczej. Często, robi to nawet z autentyczną przyjemnością. Ale oni nie zamykają oczu. No i nie używają pilotów.
Przynajmniej nie wtedy, gdy dla własnego interesu i dla własnego zdrowia, powinni go z ręki nie wypuszczać.
Więc i tak zawsze mi powiedzą, co nowego, panie, w polityce.

sobota, 14 czerwca 2008

Galopem po cmentarzu, czyli jak powinien nienawidzieć człowiek w nowych czasach

Agata Mróz, młoda polska siatkarka, zmarła po ciężkiej chorobie, już od kilku dni, świeć Panie nad Jej duszą, w grobie.
Wszystkie słowa, które można było powiedzieć, włącznie z tymi, których powiedzieć nie wypadało, zostały wypowiedziane.
Podobnie jak wszystkie gesty, również te, których zrobić nie wypadało, zostały też wykonane.
Wydawało się, że będziemy mogli się zanurzyć ponownie w naszych codziennych, zwykłych uszczypliwościach i dać się ponieść naszym powszednim kompleksom, a tu, jak Filip z Konopi wyskoczył we wczorajszej Rzepie ze swoim ciężko spóźnionym komentarzem red. Ziemkiewicz, a za nim, przebudzony z pomeczowej traumy, nasz salonowy kibol, Galopujący Major.
Samego wpisu nie czytałem, bo ani jeden wyraz tej jego spóźnionej refleksji nie był w stanie poruszyć mojej uwagi na tyle, by przeczytać kolejny, natomiast – przyznaję – przeczytałem uważnie odautorski komentarz na samym dole majorowej strony.
Oto on:
Czy to znaczy, że twoim zdaniem, twoja żona nie ma prawa odmówić orderu od Jaruzelskiego, tylko dlatego, że ty jesteś już nieboszczykiem i nie możesz powiedzieć, żeby sobie ten order wsadził?
Czy żona Terlikowskiego nie ma pola manewru w przypadku, gdy Urban by mu dał jakiś order?
I to, owszem, bardzo mnie zainspirowało. Dlaczego? Bo gdyby te słowa napisał jeden z onetowych pyskowiczów, to bym machnął ręką. Tam dzieją się rzeczy różne, a 99 procent z nich nie świadczy o niczym innym, jak tylko o wściekłości i chwilowym zapluciu.
W naszym wypadku, jednak, chodzi o coś więcej. Galopujący Major to człowiek wykształcony, trochę kulturalny, wiedzący mniej więcej co i jak, i jeśli on coś mówi, to nie dlatego, że go coś nagle pokręciło, tylko dlatego, że taki jest głos pewnej wykształconej części społeczeństwa.
Co mianowicie ta kulturalna część społeczeństwa twierdzi i co w gruncie rzeczy deklaruje? To mianowicie, że jeśli prezydent Kaczyński chce przyznać pośmiertny order zmarłej siatkarce, to może sobie ten order “wsadzić”. Jako człowiek z pewną ogładą, Galopujący Major oczywiście nie mówi, gdzie sobie może go prezydent Kaczyński wsadzić.
Dlaczego jednak ma go sobie wsadzić? Na to odpowiedź też jest prosta. Ma sobie go wsadzić, bo my go tu nie lubimy.
Więc teraz już wiem. To nie chodzi o to, że nad trumną trzeba tak, a nie inaczej. Nie chodziło o to, że pan Olszewski chciał tylko szacunku dla Zmarłej, a nie polityki.
Nie było więc też tak, że gdy zgromadzeni w kościele w Tarnowie ludzie bili brawo, to bili to brawo, żeby uczcić pamięć Agaty Mróz.
Oni bili brawo, żeby pokazać Kaczce, gdzie jej miejsce.
Galopujący Major uważa, że takie postępowanie jest bardzo moralne i bardzo w porządku, no i bardzo naturalne. No bo pisze przecież zupełnie jednoznacznie: Czy żona Terlikowskiego nie ma pola manewru w przypadku, gdyby Urban mu dał jakiś order?
Odpowiem więc tu na tę demonstrację zupełnie niewysłowionego tupetu i zdziczenia w ten sposób: Gdyby zmarła mi jakaś bliska osoba i gdyby prezydent Jerzy Urban chciał jej wręczyć pośmiertny order z jakiegokolwiek powodu, albo ponieważ była świetnym nauczycielem, albo znakomitym biotechnologiem, albo wspaniałą uczennicą, albo nawet, po prostu, wyjątkową miłym człowiekiem, to ja oczywiście bym ten medal przyjął.
Przyjąłbym nie dlatego, że Urban jest mi postacią miłą, albo obojętną. Przyjąłbym go i nie urządzałbym politycznych manifestacji nad trumną, ponieważ moje polityczne i ludzkie emocje mają się nijak do śmierci i tak zwanych ludzkich zasług.
Oczywiście Galopujący Major i jemu podobni czegoś takiego nie rozumieją z tej prostej przyczyny, że ich umysły zatrute są nienawiścią. Nienawiścią tak nieprawdopodobnie intensywną, że za nią już tylko istnieje pragnienie czyjejś śmierci.
Bóg z nimi.
Niech tylko, proszę, w chwili, gdy ich szare serca szykują się do ostatecznego skoku, nie próbują nikomu wmówić, że za tym wszystkim stoi coś choćby minimalnie innego, niż czyste pragnienie zemsty.

M. Night Shyamalan, czyli jeszcze raz o czystej, bezinteresownej nienawiści

Wczoraj, wbrew radom światłych i profesjonalnie przygotowanych specjalistów od filmu, kupiłem bilet do kina, żeby obejrzeć najnowszy film M. Night Shyamalana Zdarzenie.
Dlaczego nie posłuchałem wskazań profesjonalistów?
Dlatego mianowicie, że oglądałem wszystkie filmy Shyamalana, począwszy od pierwszego, czyli absolutnie porażającej historii Wide Awake, z polskim, “kapitalnym” oczywiście, tytułem “Dziadek i ja”, aż po dzisiejszy, i nigdy nie miałem najmniejszego powodu, żeby uznać, że Shyamalan nie jest wielkim reżyserem i mistrzem kina.
To był oczywiście powód pierwszy. Drugi powód to ten, że od czasu, jak Shyamalan nakręcił swój trzeci ważny film, czyli Niezniszczalnego, światowa krytyka, a za nią tzw. miłośnicy dobrego filmu nie przebierają w słowach, żeby wyszydzić i wykpić dorobek reżysera. Według nich, z wyjątkiem Szóstego zmysłu, filmy Shyamalana są złe, głupie i nic nie warte.
Filmów Shyamalana się przy tym nie recenzuje; nie analizuje się ich tak, jak to wypada zwykle w pracy recenzenckiej. Nie omawia się scenariusza, gry aktorów, pracy kamer, nie dyskutuje się tak bardzo podstawowych kwestii, jak napięcie i ogólna uroda dzieła. Z Shyamalana recenzenci się śmieją i powtarzają na wszelkie możliwe sposoby dwa słowa “dziwak” i “tandeciarz”.
Więc ja nie wierzę recenzentom, bo – jak mówię – dla mnie wszystkie filmy Shyamalana są bardzo piękne, bardzo dobrze zrobione i bardzo przejmujące, a poza tym trudno wierzyć komuś, kto już na pierwszy rzut oka nie analizuje, tylko pluje kliszami.
Zdarzenie okazało się kolejnym wielkim filmem Shyalamana. Jest to film o niezwykłej urodzie czysto filmowej, o pięknych zdjęciach, o pięknej muzyce, a przede wszystkim o tak nieprawdopodobnym ładunku emocji, że trudno w historii kina znaleźć wiele podobnych.
W filmie Shyalamana jest wszystko, co normalny człowiek lubiący kino może wymagać za swoje 15, czy 16 złotych. Jest wzruszenie, są emocje, jest humor, jest wreszcie tzw. suspens.
Jest w filmie Shyalamana jeszcze to coś, co w historii kina się liczyło zawsze, mianowicie te kilka scen, które są cytowane, jako rewolucyjne, jako pierwsze, jako jedyne. Gdyby recenzenci, niedzielni kibice, a przede wszystkim ci – jak zwykle najbardziej ukryci w cieniu – którzy tak naprawdę decydują o wszystkim, i którzy w gruncie rzeczy wyznaczają kierunki ludzkich emocji i ludzkiej estetyki, zaczęli myśleć samodzielnie, bez oglądania się na interesy i aktualny fashion and style, wszystko byłoby znacznie prostsze.
I ani my, zwykli miłośnicy czaru kina, nie musielibyśmy podczas projekcji wysłuchiwać szyderczych komentarzy paru aspirujących intelektualistów, ani też oni sami nie musieli by tracić czegoś, czego tracić nie warto.
Dlaczego ten wpis zaplanowałem w dziale polityczno-społecznym Salonu, a nie w kulturalnym? Dlatego mianowicie, że ten mój wpis tylko pozornie dotyczy filmu i recenzji jednego z nich.
Tak naprawdę chodzi mi o to, żeby zwrócić uwagę na zjawisko manipulacji umysłami ludzi, które sięga daleko dalej, niż naszego codziennego życia przed telewizorem.
Bo w gruncie rzeczy, jaka jest różnica między zachęcaniem ludzi do tego, by chodzili do tego sklepu, a nie tamtego, żeby kupowali to piwo, a nie tamte, żeby głosowali na tego polityka, a nie tamtego; żeby wreszcie pokochali to, a znienawidzili tamto, od tego, z czym mamy do czynienia w przypadku Shyamalana?
W ostatecznym rozrachunku, chodzi zawsze o to samo. Ktoś, kto zajmuje się wymyślaniem, coś wymyśla i zależnie od tego, czy uważa sprawę za ważną bardzo, czy ważną mniej, albo lansuje ją z większym wykorzystaniem środków, lub mniejszym. Zawsze jednak w nadziei, że gdzieś dotrze.
Jest tylko jeden problem. Ja rozumiem, dlaczego tzw cywilizowany świat znienawidził Mela Gibsona. Za tą nienawiścią stały – i do dziś stoją – potężne interesy. Więc rozumiem też, dlaczego w dniu premiery wielkiego filmu Gibsona Apocalypto mieliśmy do czynienia jedynie z kłamstwem, kłamstwem i jeszcze raz kłamstwem. Kłamstwem bezczelnym i absolutnie wyjątkowym. To rozumiem.
Shyamalan jest najzwyklejszym, z pozoru absolutnie niekotrowersyjnym reżyserem i scenarzystą. Tak naprawdę jedyne, co go różni od reszty, to to, że w większości wypadków jest wybitniejszy.
Może nie lubią go ci w Hollywood, o których opinię trzeba walczyć; może nie zadbał o odpowiednią przyjaźń ze strony tej potężnej grupy wpływów, jaką stanowią rezenzenci.
Może też powód być bardziej prosty: wszyscy widzą, że Shyamalan nie jest reżyserem pierwszym lepszym. Wiedzą dobrze, że każdy jego kolejny film jest wydarzeniem, ktorego nie sposób zlekceważyć. Jednocześnie jednak widzą z bólem, że te filmy są jakoś tam inne, jakoś tam niezależne. I nie potrafią w żaden sposób się do nich ustosunkować merytorycznie.
I to ich złości.
W tym też leżałby powód, dla którego powyższy wpis należy do sfery obyczaju, a nie tak zwanej kultury.