niedziela, 31 grudnia 2017

Dreszyn, albo miłość, miłość w Zakopanem

Każdy kto czyta blog mojego kolegi, partnera i wydawcy, Gabriela Maciejewskiego, miał zapewne okazję czytać też jego trzy ostatnie teksty i przy tym dojść do wniosku, że Maciejewski to, co bardzo prawdopoodbne, obecnie najwybitniejszy pisarz na świecie. Dla mnie oczywiście, jako dla jego kumpla, autora i partnera, ów fakt stanowi powód do nadzwyczajnej satysfakcji, jednak również, a kto wie, czy nie przede wszystkim, bardzo poważne zmartwienie. Otóż ja autentycznie zaczynam mieć wątpliwości, czy w ogóle istnieje dla mnie jakikolwiek sens, by poza uczeniem języka angielskiego – w czym z całą pewnością od Maciejewskiego, a nie tylko od niego, jestem znacznie lepszy – zajmować się jeszcze pisarstwem. Ponieważ biorę pod uwage, że możemy mieć tu do czynienia jedynie z przelotnym kryzysem, stoję w pozycji wyprostowanej, jednak na wszelki wypadek nie wrzucam dziś nic nowego, lecz zamiast tego przypominam swój stary, bo jeszcze z 2011 roku, tekst o – cokolwiek by to miało znaczyć – „dreszynie”. Może dzięki temu wspomnieniu nasze wspólne nastroje, gdy chodzi o rok 2018, gdzie szczęśliwie, zamiast Janiaka i Malinowskiej, będziemy mieli Sławomira i Rodowicz będą nieco lepsze.




       Parę dni temu, zainspirowany estetyczną ofertą magazynu ‘Viva’, przedstawiłem nieco bardzo ponurych refleksji na temat zbliżenia polsko-ukraińskiego, jakie mogliśmy w ciągu minionych trzech lat zaobserwować w naszym kraju. Przede wszystkim poszło o okładkę najnowszej ‘Vivy’, przedstawiającą pewnego Janiaka i jego żonę Malinowską, ozdobionych dwójką małych dzieci i tytułem „Karolina Malinowska & Olivier Janiak – Prawdziwe życie najmodniejszej polskiej pary”. To że sama okładka robi właściwie wrażenie wystarczające, nie podlega dyskusji, jednak całość efektu została skutecznie dopełniona przez zamieszczony wewnątrz numeru fotoreportaż z imprezy, jaką środowisko zorganizowało owemu Janiakowi z okazji 10 urodzin jego telewizyjnego programu. To właśnie po obejrzeniu tych zdjęć można było poczuć ten dawny wiatr ze wschodu.
      Ponieważ wspomniane wydanie magazynu ‘Viva’ wciąż jest u nas w domu przekładane z miejsca na miejsce – nie wyłączając łazienki – nie dało się uniknąć tego, byśmy w sposób jak najbardziej naturalny zapoznali się z większą częścią jego zawartości. Zdaję sobie sprawę, że kierując uwagę czytelnika w stronę prasy kolorowej, ryzykuję być może nawet utratę czci, niemniej mam nadzieję, że kiedy już dokładnie wyjaśnię pobudki, jakimi się tu kieruję, może nie będzie aż tak źle. A mogę z czystym sumieniem wszystkich zapewnić, że myśli, jakie mi w tym momencie chodzą po głowie, nie są ani kolorowe, ani tym bardziej błyszczące kredą.
       Otóż, z powodów o których już wspomniałem, stało się tak, że zajrzałem do głównego artykułu najnowszego wydania ‘Vivy’ i już dokładniej zapoznałem się z tym, co to za ludzie ten Janiak i Malinowska. Głównie przez przedstawione tam zdjęcia, ale też w związku z fragmentami ich wypowiedzi. Najpierw zdjęcia. Na pierwszym z nich, widzimy Malinowską – ni stąd ni z owąd w okularach – z uwodzicielsko zadartą nóżką i opartą o dziecięcy wózek. Na kolejnym, zrobionym w łazience tych państwa, widzimy opartą o umywalkę i rozkraczoną Malinowską w czymś, co z dołu wygląda jak majtki. Obok niej, w prysznicu stoi Janiak, tyle że ani w majtkach ani rozkraczony, natomiast w pełnym stroju wyjściowym. Jeśli ktoś myśli, że żartuję, to zapewniam, że ani trochę. Ona wskakuje na umywalkę, natomiast on jest zamknięty w prysznicu w butach kowbojkach i w całej reszcie. Na zdjęciu następnym, Janiak leży rozwalony, w wyjściowym garniturze na sofie, podczas gdy rozkraczona Malinowska na niego włazi i zrywa mu z kołnierza muszkę. I tak dalej.
      Ja oczywiście orientuję się trochę, co to znaczy „sesja dla Vivy”. Przychodzi do gwiazdy banda tzw. stylistów, o dokładnie tej samej estetycznej wrażliwości, co sama gwiazda i na mniej więcej tym samym poziomie intelektualnym, ustawia ją tak, by z ich punktu widzenia wyglądała pięknie, a następnie robi serię zdjęć i już. Tu jednak, mam wrażenie, została przekroczona pewna granica. Na każdym z tych zdjęć, zarówno Malinowska jak i Janiak, wyglądają jak kurwy z ruskiej rozkładówki. Na domiar złego, i on i ona szczerzą się w tych swoich pozach w towarzystwie małych dzieci. Zdjęcie Malinowskiej z wózkiem jest tu autentycznie bulwersujące. Te okulary, te szpilki, to powłóczyste spojrzenie prosto w obiektyw, ten tyłek na wierzchu, ta dłoń na biodrze, ta zadarta noga, no i wreszcie ten dziecięcy wózek. Daję słowo, że ja tu nie widzę innego sensownego przekazu, jak tylko ten: Bierz mnie na tym wózku. A zatem jest ostro. Bardzo ostro.
      I teraz oto robi się naprawdę ciekawie, bo Malinowska zaczyna mówić: „Tylko nie lukruj. My nie jesteśmy ciasteczkiem z kremem, tylko parą najzwyklejszą pod słońcem. Żyjemy tak jak inni. Nie żadni fashion people”. I dalej: „Niedawno urodził im się drugi syn – Christian. Starszy, Fryderyk, niebawem skończy dwa lata. A oni? Są coraz bardziej, bo świadomie, zakochani. Już nie tylko w sobie, ale też w zwykłym życiu, jakie wiodą, w domu, jaki stworzyli, w rodzinie, której dali fundamenty”. I dalej: „Ona raczej zamknięta, dużo mysli, mniej mówi. Najbardziej lubi zamknąć się wieczorem z książką – ulubioną ‘Mistrz i Malgorzata’ mogłaby czytać na okrągło – lub obejrzeć ulubiony serial ‘Na wspólnej’”. On natomiast „jest staroświecki. Odpowiedzialnie podchodzi do miłości, małżeństwa i rodziny. Zwłaszcza teraz, gdy są dzieci”. „Jak żyje na co dzień taka top para? Przecież to niemożliwe, by obywali się bez ekstrawagancji. A jednak. Nie mają willi z basenem. ‘Wystarcza nam mieszkanie na Pradze. Praga jest trochę jak łódzkie Bałuty, czyli zawsze jak w domu, śmieje się Karolina”. No i wreszcie są zakupy: „Ona lubi na co dzień ubrania z odzysku. Z second-handów. Raczej ‘dreszyn’ niż ‘fashion’. Nie jest rozrzutna”.
      I tu nadchodzi bardzo dobry moment, żeby zabrać się za prawdziwy temat tych refleksji. Do tego jednak musimy wyobrazić sobie coś bardzo szczególnego. Jest sobotni ranek. Janiak się budzi, przygotowuje Malinowskiej śniadanie, ona z kolei prasuje mu koszulę i schodzi na dół. A przy stole siedzą już Piotrek, Dziamdziak i Sreliński – okazuje się, że Olivier, Fryderyk i Christian to czysta zmyłka – następnie Janiak zakłada swoje kowbojki i czerwoną marynarkę, ona szpile i miniówę na pupę, biorą dzieci i wózek i wyruszają na zakupy do starej szmaty, żeby Malinowska mogła sobie kupić jakiś tani „dreszyn” z odzysku. Mało tego. Należy się przygotować na dodatkowy „thrill”. Bo kiedy oni już wydadzą tych parę złotych w starej szmacie na ów „dreszyn” raczej, niż na „fashion”, pchają dalej ten wózek i… prosto do Biedronki. A tam? Co za radość! Sami znajomi! Jadwiga Staniszkis, Monika Olejnik, Donald Tusk z żoną i dziećmi. Janiak patrzy w stronę wejścia, a tam już wchodzą Justyna Steczkowska z Krzywym. A za nimi Gosia Baczyńska z Magdaleną Szejbal i wszyscy machają do niego już z daleka. Malinowska podjeżdża ze Sralińskim pod nabiał, a tu, co za niespodzianka – Agata Młynarska z Korą, która przyjechała do Warszawy na zakupy w tutejszej Biedronce. Bo tu z jakiegoś powodu jeszcze taniej niż w Krakowie. Ale zaraz! Czy to możliwe? Tak. Oto Robert Kozyra z Joanną Przetakiewicz właśnie wrócili z St. Barth’s, i też postanowili zajść do Biedronki, żeby kupić taniej śmietankę do porannej kawy. I wreszcie kasy. Można już płacić. Staje więc Janiak grzecznie w kolejce, wygrzebuje z kieszeni gotówkę, a tu przed nim Nina Terentiew, a tu za nim Maciej Zakościelny z Dianą Tadjuiiden. I jeszcze, już na sam koniec, kiedy cała nasza grupa wychodzi z zakupami, pełna satysfakcji, że znów udało się przyoszczędzić, wpadają na Jolantę Kwaśniewską, która akurat przywiązuje psa przed wejściem do swojej ulubionej Biedronki.
      I tylko Jarosława Kaczyńskiego tam nie ma. Tego idioty, który przepłaca w jakichś drogich punktach. Bo jest durniem, który ani nie potrafi liczyć, ani też nie ma szacunku do biednych, porządnych ludzi. I niech się teraz nie dziwi, że mu się w życiu nie powiodło i wszyscy się od niego odsuwają. Głupi, rozpaskudzony cymbał. Na szczęście Polacy już się na nim dobrze poznali. I niech się też w tej sytuacji nie dziwi, że ani go nigdzie nie proszą, na ładne bankiety i na bale, i że nawet „Viva” nie chce mu zrobić fajnego fotoreportażu.

Wszystkim Czytelnikom składam życzenia dobrego roku 2018, a ze swojej strony zapewniam, że będę się bardzo starał, by tu było co najmniej tak jak przez minione niemal już 10 lat. Adres księgarni pozostaje oczywiście bez zmian: www.basnjakniedzwiedz.pl.

sobota, 30 grudnia 2017

O wbijaniu klina potylicą

     Wczoraj na Facebooku znalazłem link, który skierował mnie do informacji, jakoby Kornel Morawiecki udzielił właśnie wypowiedzi na wydawałoby się dawno już zamknięty temat przyjmowania uchodźców, a wypowiedź owa jest na tyle szokująca, że może doprowadzić niemal do rewolucji w tym, co wszyscy przywykliśmy określać mianem Dobrej Zmiany. Komentujący sprawę portal wpolityce.pl wprowadza odpowiednie napięcie już samym tytułem: „Kłopoty Morawieckich – po słowach Kornela Mateusz ma problem, z którego ciężko będzie wyjść”, dalej następuje lead, który tylko atmosferę zagęszcza: „Czy polski rząd rozważa powrót do polityki PO Ewy Kopacz ws. imigrantów? Czy szykowana jest zmiana stanowiska w jednej z flagowych spraw obecnego obozu władzy? Wierzę, że nie. Ale na tę chwilę tylko na wierze można się oprzeć”, no a potem to już mamy tak zwaną jazdę bez trzymanki, w postaci takiej oto analizy:
      „Byłaby to zmiana o 180 stopni i to w sprawie, która była jedną z decydujących przy wyborach z 2015 roku. Zmiana niewytłumaczalna nie tylko dla kibicujących Zjednoczonej Prawicy, ale i zdecydowanej większości Polaków. I zmiana niewybaczalna. Szef rządu przy najbliższej okazji będzie musiał się z tymi pytaniami zmierzyć. I spróbować przeciąć spekulacje, które wywołał jego ojciec. Przeciąć w jedyny możliwy sposób – radykalnie odcinając się od opinii Morawieckiego seniora. Inne wyjście z tej sytuacji trudno sobie wyobrazić. Ale nawet po takim zdecydowanym ruchu ze strony premiera, raczej zanotuje wyjdzie on z tych tarapatów osłabiony. Pojawi się bowiem rysa na spójnym wizerunku obu Morawieckich w gardłowej dziś sprawie cywilizacyjnej. Opozycja na pewno wykorzysta słowa szefa Wolnych i Solidarnych, by wbijać klin między ojca a syna oraz pokazywać, że nawet tata szefa rządu podziela stanowisko Platformy”.
       Skoro zatem wszyscy już jesteśmy odpowiednio przerażeni i, co tu dużo ukrywać, zrozpaczeni perspektywą, jaką przed nami otworzyli autorzy wpolityce.pl, przyjrzyjmy się może bliżej temu, kto tak naprawdę trzyma wspomniany klin i kto wali tym młotkiem, a do tego, jak sądzę, wystarczy nam sięgnąć do oryginalnej wypowiedzi Kornela Morawieckiego. Proszę bardzo, oto kolejny cytat:

        „Te 7 tysięcy na 40-milionowy kraj, na które zgodził się poprzedni rząd, nie powinno być problemem. Zaproponujmy im naszą kulturę. Powinniśmy z uchodźców czynić nas. Tylko powinniśmy przybyszom postawić wymagania, zmusić ich do wysiłku, sami podjąć działania, które ‘ich’ przerobią na ‘nas’”.
        Jeśli można zapytać, gdzie tu jest wspomniane nieszczęście? Chodzi o sugestię, że 7 tysięcy na 40-milionowy kraj to nie problem? Tak? Morawiecki powiedział, że 7 tysięcy na 40 milionów to nie problem, tymczasem to jest problem? Z 7 tysiącami uchodźców zmuszonych do tego, by przyjęli naszą kulturę, przestali być „nimi”, a stali się „nami” 40-milionowy kraj sobie nie poradzi? Przepraszam bardzo, ale czy ktoś tu może oszalał, czy może chodzi jednak o metodę? Przecież kiedy politycy Platformy Obywatelskiej używali argumentu, że 7 tysięcy na 40-milionowy kraj, to faktycznie nic nie znaczący drobiazg, doskonale wiedzieli, co robią. Rzecz jednak w tym, że my do ich kłamstw jesteśmy przyzwyczajeni i słysząc je możemy co najwyżej wzruszać ramionami, natomiast sytuacja, w której tak wpływowe medium jak wpolityce.pl zaczyna bić na alarm, kiedy nie dzieje się absolutnie nic, budzi, we mnie przynajmniej, jak najgorsze podejrzenia. I kiedy to oni właśnie wbijają ów klin między Mateusza Morawieckiego i jego ojca, jednocześnie drąc mordy, że to nie oni, lecz poseł Szczerba, to ja nie mam już dla nich żadnej litości.
      Jest jednak coś, co stanowi dla tej bandy durniów pewną szansę, a mianowicie to, że to w gruncie rzeczy nie są źli ludzie, lecz zwykli durnie właśnie. Jak powszechnie wiadomo, portal polityka.pl, to przede wszystkim tygodnik „W Sieci”, a ów tytuł oryginalnie miał sugerować, że oto przed nami pierwsze ogólnopolskie medium propagujące internetową wolność i to, co w nim najbardziej wartościowe, czyli niezależną myśl. Oczywiście, już chwilę później pojawiły się pieniądze, a wraz z pieniędzmi ze wspomnianej Sieci został tylko ten, swoją drogą, dziś już akurat kompletnie bezsensowny, tytuł. Ale, jak się okazuje, nie tylko to, bo wraz z nim, również wszystko to co w Internecie najgorsze, a mianowicie niewzruszone prawo do bycia idiotą. 
       Nasz drogi kumpel Lemming ma taki zwyczaj, by nazwę wpolityce.pl niezmiennie zastępować szyderczą frazą wpotylice.pl. Ciekawe, czy to jest tylko to, czy może aż to.  


Dziś już pewnie nie ma większego sensu, by się rzucać na nasze książki, ale już za dwa dni kolejny rok, a oferta przed nami wciąż szersza i nie mniej atrakcyjna. Serdecznie zachęcam: www.basnjakniedzwiedz.pl.




piątek, 29 grudnia 2017

Czy w Prądniku Czerwonym wylądowali Marsjanie?

        Głowy za to nie dam, niemniej wydaje mi się, że już nie po raz pierwszy tu na tym blogu zamierzam zwrocić uwagę na ów tak naprawdę niezwykle ponury fakt, że gdyby dziś połowa ludności świata została wymordowana czy to przez jakąś szczególnie agresywną bakterie, czy przez równie agresywnych przybyszów z kosmosu, owo wydarzenie zaprzątnęłoby naszą uwagę zaledwie na parę dni, a następnie zostałoby wyparte przez wiadomość niemal dowolną. Czemu tak? Otóż przyczyna jest prosta. Pomijając oczywiście, jakieś bardziej osobiste katastrofy, poziom naszych codziennych emocji jest determinowany od początku do końca przez przekaz medialny, a zatem jeśli media z jakiegokolwiek powodu uznają fakt anihilacji połowy mieszkańców globu za rzecz mało interesującą, choćbyśmy nie wiadomo jak próbowali się nad tym wydarzeniem zamyślić, nasze emocje i tak zostaną pożarte przez całą serię kolejnych informacji. I odwrotnie. Choćby i najmniej istotne wydarzenie, jeśli tylko media uznają, że warto temat grzać choćby i przez miesiąc, będzie w stanie poruszyć nasze serca i umysły przez cały ów czas i wszystko inne będzie musiało zostać odsunięte na dalszy plan, a my nawet się nad tym interesującym przecież zjawiskiem nie zadumamy. 
       Powiem szczerze, że nie mam najmniejszego pojęcia, jak wielu z nas zna sprawę. Osobiście obawiam się, że nie jest nas tu szczególnie dużo, no ale mogę się oczywiście mylić. Tak czy inaczej, faktem jest to, że kilkanaście dni temu w lasach pod Mińskiem Mazowieckim doszło do katastrofy odrzutowego Miga, a stało się to tak, że 28-letni, doświadczony podobno bardzo piliot, leciał sobie tym samolotem i nagle, przy prędkości ponad 300 kilometrów na godzinę, z nieznanych przyczyn stracił wysokość, walnął we wspomniane drzewa, a następnie wyczołgał się z tego co pozostało z jego kabiny, poczekał na pomoc i dziś jest już cały i zdrowy w domu. Jeśli wsłuchać się pojawiające się to tu to tam bardzo szczątkowe komunikaty, informacja jest taka, że śledztwo trwa i cały przebieg wydarzeń, podobnie jak ich przyczyna oraz niezwykłe wręcz skutki, zostana wyjaśnione i podane do publicznej wiadomości, gdy tylko nastąpi taka możliwość. To natomiast co już wiemy to przede wszystkim to, że sytuacja z jaką mieliśmy do czynienia w lesie niedaleko Mińska Mazowieckiego stanowi zagadkę, jakiej współczesny świat nie widział i prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy. Z tego co słyszę, nie ma takiej fizycznej możliwości, by pędzący ze swoją zwykłą prędkością odrzutowiec uległ tego typu katastrofie, a jego pilot wyszedł z tego wszystkiego bez większego szwanku.  Jeśli doszło do czegoś podobnego, należy traktowac sprawę, jako autentyczny i dosłownie rozumiany cud, ewentualnie… no nie wiem, może wynik ingerencji ze strony wspomnianych na początku tego felietonu kosmitów.
      A zatem nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na zapowiadane prędzej czy później zakończenie śledztwa, a i może też relację samego pilota, który prawdopodobnie ma najwiecej na ten temat do opowiedzenia, ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na coś, o czym już wcześniej wspomniałem, a mianowicie całkowitą obojętność wobec owego autentycznie historycznego wydarzenia ze strony mediów, no i w konsekwencji, ze strony publiczności. Owszem, wczoraj trafiłem na odpowiedni tekst na portalu tvn24.pl, gdzie państwo redaktorzy próbowali się zastanawiać nad tym, co się tam stało, jednak tak naprawdę cała ich uwaga skoncentrowała się na poinformowaniu nas, że taki Mig to kosztuje całe sto milionów złotych, no i że MON coś ukrywa, być może to, że mechanizm katapultowania w samolocie był zepsuty.
      A mnie dręczy i martwi dziś tylko jedno, świadomość mianowicie, że zapanowała tak straszna obojętność wobec wydarzenia jakby nie było sensacyjnego. Ja oczywiście rozumiem rząd, że nie ma ochoty iść z tym wszystkim do mediów i zaspokajać naszą chorą jak zwykle ciekawość świata. Ja jestem w stanie nawet sobie wyobrazić, w jaki to sposób media nie uznały za konieczne, by sprawą się zająć szerzej i z większym zaangażowaniem. W końcu, kto wie, co tam się dzieje? Dziwi mnie natomiast bardzo, i jednocześnie boli, że my wszyscy, podobnie czujnie, patrzymy za tym palcem, bez śladu refleksji.
       Zanim skończę, przed nami wiadomość, którą tvn24.pl akurat uznał za stosowne się nie plamić. Oto w wigilijny wieczór do jednego z mieszkań na krakowskim osiedlu o niezwykle poruszającej nazwie Prądnik Czerwony pewna młoda kobieta wezwała policję, skarżąc się na agresywnego znajomego. Kiedy policja przybyła na miejsce, widocznie pijana kobieta oświadczyła, że „tematu już nie ma”, ponieważ znajomy właśnie „wyskoczył przez okno”. Policjanci pokiwali głowami i odjechali, a co do dalszego przebiegu zdarzeń może zacytuje relację z samego Onetu: „Chwilę później oficer dyżurny otrzymał jednak zgłoszenie dotyczące tej samej ulicy. Zgłaszający poinformował, że zniszczono samochód sąsiada, bo ‘ktoś na niego spadł’. Policjanci znaleźli uszkodzony samochód, ale nie było przy nim nikogo. Policja sprawdzała w krakowskich szpitalach, ale do żadnego z nich nie trafił pacjent, który mógłby spaść z wysokości. Nad ranem, kiedy trwało ustalanie, co stało się z mężczyzną, policja otrzymała kolejne zgłoszenie o awanturze domowej z jednego z nowohuckich osiedli. Dzwonił ojciec w sprawie syna, który po powrocie do domu był agresywny i kłótliwy. Policjanci ustalili, że awanturujący się 34-latek jest osobą, która kilka godzin wcześniej wyskoczyła z czwartego piętra na Prądniku. Zawieźli go na Szpitalny Oddział Ratunkowy, gdzie okazało się, że pomimo upadku z kilkunastu metrów mężczyźnie nic nie dolega. Za zniszczenie samochodu 34-latek może odpowiadać cywilnie”.
       A ja muszę powiedzieć, że ta końcówka mnie poraziła: „Za zniszczenie samochodu 34-latek może odpowiadać cywilnie”. No, no! Już się nie mogę doczekać procesu. Ciekawe, czy relacje z jego przebiegu przebiją wiadomości na temat wyników śledztwa, jakie służby prowadzą w sprawie katastrofy wojskowego Miga.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Z tego co udało mi się zauważyć, wydaje się, że Gabriel nawet odnalazł jakąś zagubiona paczkę z Elementarzami.


czwartek, 28 grudnia 2017

Exodus, czyli z wizytą na grobie Boba Marleya

      Wspomniałem o tym we wczorajszej notce, jednak z silnym postanowieniem, by się tym razem może już nie powtarzać, jednak minął kolejny dzień, a ja wciąż myślę o tym 22-letnim kierowcy z Kobyłki, który w wigilijną noc zabił powracające z Pasterki kobiety. Otóż, jak się okazuje, choć ów chłopak w tę świętą noc, jak Pan Bóg przykazał, nie wypił ani kropelki, to, owszem, był upalony jak zawsze, a ja sobie myślę, że gdyby on jednak wcześniej się napił, to albo by się czuł na tyle źle, że by do samochodu nie wsiadać, albo by jakoś sobie w krytycznej sytuacji jakoś jednak poradził. Niestety, on się jak zawsze zaćpał, a to przede wszystkim, w jego najgłębszym przekonaniu nie stanowiło najmniejszej przeszkody do tego, by prowadzić, ale też, co najgorsze, w najmniejszym stopniu nie obniżyło jego zwykłego przekonania, że zachowuje pełną kontrolę. Dlaczego? A to dlatego, że wódka, o czym wie każdy pijak, odbiera rozum, podczas gdy marihuana traktowana jest przez tych, co się nią regularnie bawią, jako niemal edukacyjna zabawka.
       W swoim życiu niejednokrotnie zdarzyło mi się zarówno zachlać, jak i ućpać i choć to drugie traktuję zaledwie jako pewien incydent, myślę, że moja wiedza co do obu kwestii jest dość solidna. Gdy chodzi o to, co się z nami dzieje po alkoholu, większośc z nas pewnie żadnych lekcji nie potrzebuje, natomiast w kwestii marihuany, chciałbym poinformować, że tu sprawa przedstawia się o tyle gorzej, że do momentu, gdy już wsiądziemy w ten samochód i zabijemy powracające z Pasterki trzy Bogu ducha winne kobiety, nawet nam przez mysl nie przejdzie, że, cholera, chyba przesadziliśmy. Wręcz przeciwnie: im więcej i bardziej, tym lepiej i bardziej pewnie. Zgoda, można zauważyć pewne problemy z koncentracją, czy poczuciem czasu, ale nie ma najmniejszych powodów do niepokoju, zwłaszcza że nie ma mowy ani o kacu, ani o głodzie, ani nawet o owej ponurej melancholii. Przerwać można zawsze, tyle że po co? Zresztą oni sami wciąż powtarzają, żeby się od nich odpieprzyć, bo wodka jest znacznie gorsza. I owszem. Do czasu.
     No i tu by mi pewnie wypadało nawiązać bardzo sprytnie do dyskusji na temat legalizacji tak zwanej leczniczej marihuany, jaka z koszmarną wręcz regularnością jest nam prezentowana przez polityków i media, ponieważ jednak ja od zawsze bardzo starannie unikam nurzania się w tak zwanych oczywistościach, pozwolę sobie przypomnieć fragment pewnej starej już dość notki o pewnym Danielu i jego męczeństwie. Fragment naprawdę niewielki. Powinno wystarczyć.

       Jak informuje internetowe wydanie telewizji tvn24, pewna Magda i jej kolega Mariusz, z, jak to relacjonuje brytyjska policja, „niewyobrażalnym okrucieństwem”, zakatowali pozostającego pod ich opieką czteroletniego Daniela, głodząc go do granic wytrzymałości, a kiedy już błagał o zmiłowanie, karmiąc go solą (tak, tak!), systematycznie podtapiając w wannie, wreszcie bijąc go tak, że ostatecznie od tego pobicia zmarł.
      Jak dalej informuje portal tvn24.pl, Magda, Polka przebywająca w Anglii na emigracji, była „uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu”. I to jest coś, co – przepraszam bardzo wszystkich, którzy liczyli na to, że się dowiedzą czegoś wiecej na temat tak zwanego mięsa – wypełni dalszą część tej notki. Rzecz bowiem w tym, że ja przede wszystkim nie bardzo wiem, jak to jest możliwe, że owa Magda i Mariusz mieszkali sobie w tym Coventry, ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”, natomiast Mariusz był czysty. Że niby jak oni sobie organizowali życie? Magda ćpała i chlała, a Mariusz tylko wpadał od czasu do czasu do domu w przerwach od pracy w fabryce i przytrzymywał głowę tego dziecka, gdy Magda sama była na to zbyt słaba?
      Poza tym, co to znaczy, że ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”? Sam – mimo że na widok flaszki porządnego singla oczy mi jak najbardziej błyszczą – ani nie chleję, ani tym bardziej nie ćpam, niemniej jednak, ponieważ mam już swoje 58 niemal lat, wiem, czym jest marihuana. Otóż, jeśli ktoś jest, jak to formułuje portal tvn24.pl, „uzależniony od marihuany”, wszystko inne ma głęboko w nosie. Marihuana wypełnia jego życie od początku do końca. Dla kogoś, kto pali trawę, alkohol, a tym bardziej jakaś głupia amfetamina, to jest zabawa dla durniów. Marihuana załatwia wszystko. A jak ktoś mi nie wierzy, niech się skontaktuje z Kamilem Sipowiczem, jego tak zwaną partnerką Korą i ich psem, to otrzymają pełną i fachową relację. Oni nie chleją, nie biorą w żyłę, nie żrą żadnych tabletek, u nich wreszcie się po domu nie walają puste flaszki. Oni zwyczajnie się upalają. I więcej im nie trzeba.
      A zatem, jestem absolutnie przekonany, że informacja podana przez redaktorów internetowego wydania tvn24, jakoby owa Magda była uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu była pustą paplaniną. Ona od rana do wieczora była zwyczajnie zaćpana, a, co dla mnie oczywiste, ów Mariusz podobnie. I to właśnie w ten sposób, będąc w stanie kompletnego obłąkania, oni to dziecko krok po kroku doprowadzili do śmierci.
      […] I proszę mnie nie podejrzewać o to, że ja komuś tak wybitnemu, jak Kamil Sipowicz, który z marihuaną jest za pan brat od 40 lat, zarzucam, że on wraz z piosenkarką Korą Ostrowską mordują małe, bezbronne dzieci. Oczywiście że nie. Sipowicz to człowiek o wybitnie łagodnym usposobieniu. On tylko płynie. Ewentualnie, od czasu do czasu się wyrzyga i płynie dalej. Ci, co z nim rozmawiają w różnego rodzaju mediach – podobnie. To wszystko są dzieci Boba Marleya. A więc mamy tu jedynie „love, peace and harmony”.

Zapraszam wszystkich do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie sa do kupienia moje książki. Polecam serdecznie i szczerze.



środa, 27 grudnia 2017

Jak w tym roku Lejb Fogelman spędzał Wigilię Bożego Narodzenia

     Minęły Święta Bożego Narodzenia, do końca roku został już niecały tydzień, a ja sobie myślę, że rok 2018, z punktu widzenia dalszych losów tego bloga, stoi pod tak zwanym dużym znakiem zapytania. I wcale nie mam na myśli tego, że mi może zabraknąć czy to tematów, czy serca, by owe tematy w miarę zgrabnie omawiać, ale że to ci z nas, którzy tu od niemal dziesięciu lat przychodzą – tak, tak, w marcu minie nam wspomniane 10 lat –  zwyczajnie stracą sercę, by każdego dnia sprawdzać, cóż ja takiego mam do powiedzenia w sytuacji, gdy doprawdy nie ma o czym gadać. A daję słowo, że nie jest łatwo. Mijający rok, gdy chodzi o liczbę zamieszczonych tu notek, jest zdecydowanie rekordowy, sięgając niemal 350 tekstów, a ja chyba nigdy jeszcze nie czułem takiego napięcia, jakie wywołuje konieczność pogodzenia tego, co mi każdego dnia chodzi po głowie, z tym co będzie na tyle świeże i oryginalne, by zainteresować Czytelnika, w dodatku jeszcze przy tej cholernej potrzebie trzymania poziomu. 10 lat, tysiące tekstów, siłą rzeczy wciąż kręcących się wokół tych samych tematów, a wszystko w sytuacji, gdy materia, jak już wcześniej wspomniałem, wcale zadania nie ułatwia, szepcząc nam do ucha: „Nie ma o czym gadać”.

     Minęły te Święta i przyznam, że ja sam, mimo że naprawdę starałem się nie zwracać uwagi na to, co się dzeje poza moim najbliższym otoczeniem, kilka razy autentycznie oniemiałem, jak choćby wtedy, gdy przeczytałem o tym 22-letnim kierowcy, który zabił trzy wracające z Pasterki kobiety, będąc przy tym absolutnie trzeźwy… tyle tylko, że nieco „upalony”. No ale nie jestem pewien, czy w obliczu takiej, jak najbardziej podwójnej, tragedii, wypada wracać do tematu „leczniczej marihuany”.  No i cóż można w ogóle na ten temat powiedzieć, czego nie powiedział nikt wcześniej? Albo owa sensacyjna jak jasna cholera wiadomość zza oceanu, z podpisem samego Donalda Trumpa, że oto uzyskaliśmy, tym razem już ostateczny, dowód nie tylko na istnienie obcych cywilizacji, ale też i na to, że one krążą tu wśród nas. Czy warto mi się zatem brać za ten temat i przypominać wszystkim to, co ci i tak świetnie pamiętają, że Pan Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, a następnie tak umiłował świat, że Syna Swego dał, aby ten, kto w Niego wierzy nie umarł, lecz miał życie wieczne? O tym mam pisać?

      A może jednak trzeba się trzymać polityki? Oto proszę sobie wyobrazić, przeczytałem w Internecie, że w Wigilię Bożego Narodzenia telewizja TVN24 nadała  debatę, w której udział wzięli ojciec dominikanin Paweł Gużyński, Żyd Lejb Fogelman, pastor ewangelicki Halina Radacz plus, tu cytat, „Bogusław R. Zagórski z Instytutu ibn Chalduna” i wszyscy oni – podkreślam, w ten wieczór wigilijny –  przez bite pół godziny tłukli tym biednym durniom karmiącym się propagandą TVN24, że Polska to kraj podły i nikczemny, zwłaszcza po tej katolickiej stronie. Nie oglądałem tego oczywiście, bo w tym czasie, jak co wieczór, pochłaniałem stary dobry PRL w nowej odsłonie pod nazwą „Wiadomości TVP”. A co u nich? Proszę bardzo: najpierw Wigilia obchodzona radośnie w całej Polsce. Następnie reportaż z niszczonego wojną Bliskiego Wschodu, ze szczególnym uwzględnieniem polskiej pomocy dla tamtejszych potrzebujących. Po Bliskim Wschodzie, sympatyczna korespondencja z Laponii, skąd właśnie wyruszył w podróż po całym świecie Święty Mikołaj z prezentami, choć przy tym oczywiście słowa papieża Franciszka, żebyśmy się nie skupiali na tych prezentach, ale na czymś o wiele ważniejszym. Po Franciszku wracamy do kraju, a tu wichury i kolejne ludzkie tragedie, na szczęście rząd czuwa i pomoc wszędzie przybywa na czas. No i wiadomość dnia. Oto polscy himalaiści, jako pierwsi na świecie i w historii, będą się wspinać na K-2 zimą i to jest wydarzenie na miarę lądowania pierwszego człowieka na Księżycu. Po Himalajach, rekonstrukcja kości ramiennej u pewnego dziecka dotkniętego groźnym nowotworem, a po dziecku pieski czekające na swoje nowe rodziny w schroniskach. Po pieskach reportaż na temat polskich misjonarzy pelniących swoją służbę w najdalszych zakątkach świata, by już za chwilę usłyszeć wiadomość wybitnie radosną: oto w całej Polsce już za chwilę seria wspaniałych koncertów kolęd z udziałem Kukulskiej, Moś, Herbuta i Mietka Szcześniaka. I kolejne dziecko uleczone przez polską służbę zdrowia, tym razem z jakąś wyjątkowo paskudną odmianą padaczki. No a na koniec orędzie prezydenta Dudy i pani Agaty.

     W tym samym czasie w TVN24 Lejb Fogelman oglasza, że antysemityzm to problem polski, nie żydowski, a polskie władze powinny coś z tym zrobić, ojciec Gużyński, jak to on, żeby nie przesadzać z ta pobożnością, zwłaszcza gdy faszyzm już za progiem, no a po nich rozmowa Jerzego Stuhra z Jerzym Radziwiłowiczem o tym, że Polska i Polacy to naprawdę nic takiego, czym możnaby się chwalić.

      No dobra, to jest temat, zwłaszcza gdy chodzi o Lejba Fogelmana, który tu ostatnio był lansowany jako ktoś jeszcze gorszy i bardziej niebezpieczny od Mateusza Morawieckiego. Otóż Fogelman w towarzystwie ojca Gużyńskiego i tej pani w koloratce w telewizji TVN24 to jest coś, od czego bardziej zabawny może być już tylko Zenek Martyniuk na wspólnej scenie z Marylą Rodowicz. No ale ileż można o Lejbie? No ile?

      I z tą optymistyczną myślą pozostawiam wszystkich do następnego razu.

 

Przypominam, gdyby ktos nie paiętał, że moje książki sa do kupienia w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam z całego serca.







niedziela, 24 grudnia 2017

Święta

W tę przedziwną niedzielę, dzień zarówno Narodzenia, jak i Zmartwychwstania, wszystkim przyjaciołom tego bloga, ale też i tym, którzy tu lubią zaglądać z doskoku, składam życzenia wszystkiego dobrego, zarówno na te święte dni, jak i na każdy dzień, który przed nami. A moc niech truchleje.

sobota, 23 grudnia 2017

Kogo parzy słowo "Polska"?

Jutro Wigilia, potem Święta, a zatem zapraszam na kilkudniową przerwę. Dziś natomiast proponuję swój najnowszy felieton do „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że jako element podsumowania mijającego roku, może być.      


      Pierwszy raz o tym, że oni wstydzą się słowa „Polska”, pomyślałem, kiedy sobie uświadomiłem, że popularna telewizyjna zabawa polegająca na wyszukiwaniu ukrytych talentów, a na całym świecie znana pod nazwą „Francja ma talent”, „Ameryka ma talent”, „Hiszpania ma talent”, a nawet „Bułgaria ma talent”, u nas w Polsce przez właścicieli stacji TVN została zatytułowana „Mam talent”, bez nazwy kraju, tak, jakby oni wstydzili się przyznać, że mają cokolwiek wspólnego z Polską właśnie. Owa postawa została zresztą mocno zaakcentowana przez prowadzącego program Kubę Wojewódzkiego, gdy do pewnego bardzo utalentowanego dziecka powiedział: „Jak najszybciej spieprzaj z tego kraju”.
      Przypomniał mi się ten program, a przy okazji i tamto w sumie typowe wydarzenie, kiedy się dowiedziałem, że popularna sieć autobusowa „Polski Bus”, której biało-czerwone autokary od wielu lat stanowią część naszego krajobrazu, została przejęta przez niemieckiego przewoźnika i od przyszłego roku zostanie zastąpiona przez zielone autokary o, z naszego punktu widzenia kompletnie idiotycznej, nazwie „Flix Bus”.
    Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że ów „Polski Bus” nie był wcale tak naprawdę Polski, a to co poza samą nazwą budziło naszą szczególną sympatię, to fakt, że jego właścicielem jest szkocki nacjonalista, wielokrotnie deklarujący przywiązanie do tradycyjnych wartości, a przez to znienawidzony przez europejskie elity, Brian Souter, niemniej, powtarzam, zamiana nazwy „Polski Bus” na ten jakiś „Flix” musi budzić bardzo ponure myśli, zwłaszcza, że jakoś nie słychać, by polski rząd stawiał tu niemieckiemu przewoźnikowi jakieś wymagania w tej kwestii. A jestem przekonany, że gdyby tylko chciał, to by mógł, a tamci ani by nie pisnęli.
      Jest oczywiście jeszcze jeden argument. Jakie to ma znaczenie, czy nas będzie woził autobus o nazwie „Polski Bus”, czy „Flix Bus”, kiedy chodzi przede wszystkim o to, by było szybko, wygodnie i tanio. A ja, choć jest mi oczywiście trudno dyskutować z faktem, że najważniejsze jest to by było szybko, wygodnie, a przede wszystkim tanio, przypominam sobie los, jaki spotkał swego czasu naszą Telekomunikację Polską, którą od rządu Leszka Millera kupił Jan Kulczyk tylko po to, by ją natychmiast sprzedać Francuzom, i dziś już nie mamy Tepsy, za to mamy tani, szybki i wygodny jak jasna cholera Orange.
     Oto „Gazeta Polska Codziennie” w bardzo entuzjastycznym tonie informuje, że do Polski przyjeżdża szef amerykańskiej sieci telekomunikacyjnej UPC, jak się okazuje, osobisty przyjaciel prezydenta Trumpa, żeby podyskutować z naszą nową władzą o tym, jak by tu zaradzić na zbyt silną pozycję, jaką na polskim rynku zajmuje wspomniany właśnie Orange. I oczywiście ani słowa o tym, że może już nadszedł czas, by odzyskać od Francuzów naszą polską telekomunikację. Natomiast, owszem, słychać bardzo wyraźnie, jak ów Nowy Polski Patriotyzm aż przebiera nogami, by, jeśli odzyskać, to tylko po to, by ją natychmiast przekazać dalej, do kumpli Donalda Trumpa.

Oczywiście, gdy chodzi o książki, nic się nie zmienia i każda z nich jest stale dostępna w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Szczerze polecam. 

piątek, 22 grudnia 2017

O zwisie męskim na czas kryzysu

       Biorę pod uwagę, że to wstyd, ale o istnieniu niejakiego Marcina Matczaka po raz pierwszy w  życiu dowiedziałem się ledwo co wczoraj. Z drugiej jednak strony, jeśli wziąć pod uwagę, że owa wiedza pochodzi z telewizji TVN24, powinienem się domyślać, że ów Matczak jest zaledwie jednym z dziesiątek kompletnie anonimowych ekspertów  wynajmowanych przez ową stację do komentowania bieżącej sytuacji w kraju, tak by nieco urozmaicić dotychczasową ofertę obejmującą osobistości tak intelektualnie fascynujące jak Włodzimierz Cimoszewicz, Tomasz Nałęcz, czy Kazimierz Marcinkieiwcz. I pewnie nie miałbym jakichś szczególnych powodów, by się wspomnianym Matczakiem w ogóle zajmować, gdyby nie fragment jego wypowiedzi, który zrobił na mnie wrażenie szczególne. Oto komentując sytuację, w jakiej znalazła się Polska po uruchomieniu przeciwko niej tak zwanej – swoją drogą, chciałby widzieć tego durnia, który wymyślił tę wyjątkowo tandetną nazwę –  „procedury atomowej”, ogłosił, że jeśli polski rząd się „nie opamięta” i my nadal „będziemy postępowali tak arogancko jak postępujemy, to spowodujemy, że ci Polacy, którzy popierają Unię Europejską, przestaną ją popierać, chociażby ze względu na propagandę antyeuropejską, która jest prowadzona. I wyjdziemy z Unii Europejskiej albo nas z niej wyrzucą”.
     Mam nadzieję, że zorientowalismy się już w stanie umysłu, jaki zaprezentował ów dziwny człowiek. My postępujemy w stosunku do Unii Europejskiej z bezczelną arogancją i to może spowodować nałożenie przez nią na nas kar, a to z kolei musi doprowadzić do tego, że nawet ci z nas, którzy dotychczas popierali nasze członkowstwo, zaczną mieć wątpliwości, a to, z braku społecznego entuzjazmu dla owego projektu, skończy się wyjściem Polski z Unii. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób Matczak rozpoznaje poszczególną odpowiedzialność za ewentualny rozwój zdarzeń. Nie jest ważne, czy rację w obecnym konflikcie ma Polska, czy brukselscy urzędnicy, podobnie jak nie ma znaczenia, czy argumenty przedstawiane przez Rząd przemawiają do Polaków, czy nie, a unijna propaganda ludzi wyłącznie irytuje – liczy się tylko to, jak sprawę ocenia Bruksela. Mało tego. Jest wręcz tak, że im bardziej rację ma polski rząd i im większym społecznym poparciem się cieszy i im bardziej polityka unijna i towarzyszący jej propagandowy atak budzi niechęć Polaków, tym gorzej dla nas. Myśl stojąca za diagnozą Matczaka wydaje się sprowadzać się do zasady: „Nawet jeśli naprzeciwko siebie masz agresywnego idiotę, podporządkuj się, bo kto wie, co on zechce wymyślić”. 
     I to jest coś, o czym sobie pomyślałem, kiedy trafiłem na kolejną informację, akurat dotyczącą zupełnie innej sprawy. Oto, proszę sobie wyobrazić, że zarząd Agory wydał komunikat. Przepraszam wszystkich, ale to musi pójść w całości:
      „Zarząd Agory informuje, że 19 grudnia br. zakończyła prace specjalna komisja powołana w celu wyjaśnienia zarzutów niewłaściwego zachowania wobec pracowników lub współpracowników spółki. Przedstawiciele komisji przedstawili raport ze swoich ustaleń oraz zalecenia ‘odnośnie do dalszych działań, w tym podjęcia niezbędnych kroków prawnych’.
       Komisja zarekomendowała Zarządowi m.in. bezzwłoczne rozwiązanie stosunku pracy z jednym z pracowników. Zarząd zwrócił się do związku zawodowego w Agorze o niezwłoczne rozpatrzenie tego wniosku.
       Zarząd nie będzie podawał więcej informacji na ten temat ‘z uwagi na poszanowanie prywatności pracowników i współpracowników, których ta sprawa dotyczy’; ‘zarówno prace, jak i raport komisji objęte zostały klauzulą poufności’.
       Zarząd Agory zapowiedział specjalne szkolenia i warsztaty dla wszystkich pracowników dotyczące postępowania w podobnych przypadkach”.
       Oczywiście ci kosmici nie mają nawet na tyle odwagi, by przypomnieć, o co w tym komunikacie konkretnie chodzi, przez co ostatnia uwaga na temat „podobnych przypadków” jest tak pusta, że chyba nawet Matczak nie potrafiłby sięgnąć tego poziomu. My jednak oczywiście dobrze pamiętamy, że sprawa dotyczy jednego z redaktorów „Gazety Wyborczej”, uznanego działacza na rzecz obrony kobiet przed samczą agresją, który zgwałcił i pobił którąś ze swoich znajomych feministek. O tym, co ten bałwan zrobił w pierwszej kolejności poinformowała sama zainteresowana, następnie on sam przyznał się do winy, a kobietę przeprosił, a ci co go wyhodowali, zamiast normalnie wyrzucić go z roboty, a siebie zmusić do odrobiny refleksji, najpierw powołują specjalną tajną komisję, która przedstawia równie tajny raport, w którym zwraca się do swojego związku zawodowego o zgodę na zwolnienie z pracy jednego z pracowników, a na końcu publikują oświadczenie, którego jedyny konkret jest taki, że w firmie będą organizowane specjalne „szkolenia i warsztaty”, podczas których wszyscy pracownicy Agory będą się mogli dowiedzieć, że kobiet nie należy bić i gwałcić, nawet jeśli te są brzydkie i głupie.
      Ostatnio w Internecie stało się bardzo popularne wrzucanie zdjęć z coraz to nowszych pokazów mody męskiej, tak byśmy wszyscy mogli się wspólnie pośmiać z kierunku, w którym się udaje dzisiejszy świat. Tego jest naprawdę dużo i nie jest łatwo wybrać coś naprawdę najlepszego. Ale chyba mi się udało. Bardzo proszę. Zachęcam zarząd Agory do tego, by zrobili ten jeden krok do przodu. Mogą nawet zabrać ze sobą Matczaka.




Okres już tak bezpośrednio przedświąteczny nie zachęca do robienia internetowych zakupów, niemniej jednak, jeśli ktoś ma chwilę i już myśli o tym, co przyniosą dni kolejne, może zechce zajrzeć do naszej ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i sobie coś wybierze. Serdecznie zachęcam.

czwartek, 21 grudnia 2017

Marcin Król, czyli zobaczyć Diabła i zwariować

       Jak wiemy, wczoraj wystąpił na konferencji prasowej wiceprzewodniczący Timmermans i ogłosił, że Unia Europejska wszczęła wobec Polski procedurę, która ma nas odpowiednio zdyscyplinować na przyszłość, i jest to oczywiście wydarzenie dnia. Oglądałem przez chwilę wieczorem fragmenty tego wystąpienia, no i tam trafiłem na coś, co mnie autentycznie zainteresowało. Otóż w pewnym momencie zabrał głos dziennikarz francuskiej telewizji i zapytał Timmermansa, czy przypadkiem to, że oni po dwóch czy trzech latach demonstrowania kompletnego braku politycznej  skuteczności wobec Polski, nagle wyskakują z tymi sankcjami, ich nie kompromituje, na co Timmermans odpowiedział, że jest wolność i każdy ma prawo uważać, co chce, a zatem pan dziennikarz może tak myśleć.
     Kiedy skończyłem z Timmermansem i jego pajacowaniem, przejrzałem resztę wiadomości, jakie nam regularnie dostarcza portal tvn24 i trafiłem na coś, co zmieściło się wręcz idealnie w temacie, a przy tym ma wszelkie szanse, by się stać idiotyzmem roku, a może i dekady. Oto w audycji „Fakty po faktach” wystąpił znany jeszcze być może starszym czytelnikom profesor Marcin Król i – tu mniej odpornych czytelników zachęcam do założenia masek gazowych – powiedział co następuje:
      „Zapanowała w naszym kraju tyrania. To jest tyrania większości. Tego obawiali się ojcowie demokracji. Polska jako kraj demokratyczny po raz pierwszy wprowadziła ustrój tyranii większości. Taki stan przeczy prawom jednostki i człowieka. Tyrania większości to jest także tyrania kłamców i głupców. Ja nie chcę nikogo obrażać i nie będę mówił, kto tutaj jest głupcem, ale myślę, że prawie wszyscy, jak ich widzimy. Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u uosabiają zło, diabła”.
      Mam nadzieje, że wszyscy zrozumieliśmy myśl, która ulęgła się pod czaszką Profesora. Oto ogłasza on, że kiedy tak zwani „ojcowie demokracji” meblowali nam świat, bali się jednego – co będzie jeśli ludzie potraktują ten projekt poważnie, jeśli wszystkie zabezpieczenia gwarantujące utrzymanie kontroli nagle przestaną działać, i jeśli w efekcie ludzie zaczną gadać i robić nie to co się od nich oczekuje, ale to co im w duszy śpiewa? I oto właśnie nadszedł czas, gdy owe obawy zyskały wymiar jak najbardziej realny i okazuje się, że ta cała demokracja to jest jednak diabelska robota.
      Jak mówię, dla wielu Czytelników tego bloga ktoś taki jak Marcin Król to dziś już postać kompletnie nieznana, ja go jednak pamiętam z dawnych bardzo lat, jako niezwykle przenikliwego komentatora, który jeszcze przed wielu laty czuł pismo nosem i dawał wyraz swoim niepokojom. Zapamiętałem choćby pewną jego wypowiedź, która dziś jako żywo stanowi dowód na to, że kto jak kto, ale on wiedział. Wiedział i przestrzegał. Niestety wówczas nikt go nie chciał słuchać i mamy dziś to co mamy. Posłuchajmy więc Marcina Króla z maja 2009 roku, kiedy on, podobnie jak dziś, jako osoba bardzo kulturalna i inteligentna, nie chciał nikogo obrażać, ale miał jeszcze siłę, by dmuchać w ten gwizdek, który oto najwyraźniej właśnie połknął:  
      „Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno”.
      No i proszę! Czyż nie trzeba było wtedy zacząć działać, kiedy widać było wyraźnie, że z tą demokracją tak słodko nie będzie? I nie chodzi mi o to, by od razu strzelać, no ale choćby jakieś małe egzorcyzmy.
     Może nie będę się tu więcej popisywał, tylko normalnie, przypomnę swój tekst jeszcze wcześniejszy, bo z roku 2008. Kto wie, czy to nie tę właśnie notkę miał wówczas na myśli Marcin Król? Kto wie?



     Właściwie, wobec dzisiejszej, a może jeszcze wczorajszej, śmierci tego niewinnego dziecka, traci sens pisanie nawet o Lechu Wałęsie, a co dopiero o innych codziennych potyczkach. Niestety nowe czasy przyzwyczaiły nas do tak przeróżnych barbarzyństw, że nic tu nie zmieni ani jakakolwiek powszechna demonstracja, ani pojedynczy nawet gest. Jedyne, co można zrobić, to uczcić to smutne wydarzenie, pisząc o zjawisku, które stanowi początek i jednocześnie koniec tego samego sznura, czyli o demokracji, jednak demokracji szczególnej, bo demokracji we władzy ciemności.
      Dziś „Rzeczpospolita”, po raz już któryś, relacjonuje rozpaczliwe ruchy wokół sytuacji w Europie po irlandzkim referendum. Już sam tytuł artykułu wieści ciekawą przyszłość: Czy Irlandię można wyrzucić z Unii. Chodzi o to, że niejaki Martin Schultz, niemiecki socjalista, zaproponował, że jeśli Irlandia okaże się jedynym państwem, które nie ratyfikuje traktatu, trzeba będzie być może Irlandię z Europy pogonić.
       Co prawda, nie zostaliśmy poinstruowani, co zrobić, jeśli będą te państwa dwa, ale za to odezwał się inny prawdziwy, znowu jednak niemiecki, Europejczyk, który powiedział, że może nie będziemy Irlandii wyrzucać, ale niech Irlandczycy coś zaproponują.
       I znów, wprawdzie nikt nie powiedział, że jeśli w następnych wyborach w Polsce motłoch wybierze PiS, to niech motłoch zaproponuje co z tym fantem zrobić, ale żeby nie było tak, że to tylko Niemcy popadli w histerię, odezwał się jeden Czech i powiedział, że trzeba zmienić zasady. Mianowicie, demokracja powinna funkcjonować dalej, owszem, tyle, że troszkę zmodyfikowana.
      I teraz jest tak, że ja się na Europie znam mało. To znaczy wiem, gdzie leży jaki kraj i pamiętam, że jeszcze niedawno były niemieckie marki, francuskie franki i włoskie liry, natomiast nie wiem, co Europa kombinuje. Z tego, co dotychczas usłyszałem, wnioskuję, że plan był taki, że najważniejsze kwestie uchwalamy wspólnie, bo jesteśmy jednością i chcemy dawać przykład. Jeśli ktoś natomiast będzie miał inne zdanie, niż wszyscy inni, to się będziemy zastanawiać tak długo, aż wymyślimy, żeby było lepiej. Spodziewałem się oczywiście, że ten głupkowaty pomysł jest tylko strzałem na wiwat i nawet nie narobi większego huku, co ciekawsze jednak, wiedziałem też, że wszystko będzie dobrze, dopóki i ja i oni i każdy będziemy demokratycznie chcieli tak, jak chcą ci, którzy o tym, co należy chcieć, decydują. W momencie, jak ktoś zechce inaczej, to dostanie po uszach. Bo demokracja, jak wiemy, jest okay, pod warunkiem, że pozwala decydować tym, którzy wiedzą lepiej. W telewizji niedawno widziałem posła Niesiołowskiego, który się pieklił, że nie może być tak, żeby paręset tysięcy ludzi decydowało o losach Europy. Ja oczywiście się z nim zgadzam, tylko pragnąłbym się dowiedzieć, kto to taki i z jakiego powodu na samym początku wymyślił system, w którym paręset tysięcy będzie decydowało?
Więc kto to wymyślił, nie wiem, bo aż tak głęboko w ciemność moja głowa nie sięga. Natomiast wiem, po co. Po to mianowicie, żeby można było tym alibi o nazwie demokracja całej wystawionej do wiatru Europie machać pod nosem.
       Demokracja jest oczywiście jakimś tam rozwiązaniem, nawet jeśli wynikającym z chwilowego kaprysu historii, i nawet jeśli wolelibyśmy coś bardziej absolutnego, a przez to bardziej oświeconego, niż rządy tłumu, czy (w rzeczywistości rządy bezwzględnych manipulatorów), to akurat to nie my jesteśmy tymi, którzy demokracją gardzą. W rzeczywistości, to są ci, którzy kiedyś wpadli na pomysł, że najlepszy będzie system, w którym przy pomocy najróżniejszych technik najpierw ogłupi się społeczeństwa, a potem pozwoli im się rządzić zgodnie z wolą ich przedstawicieli – oczywiście przedstawicieli starannie wyselekcjonowanych. Kiedy od czasu do czasu okazuje się, że ci dziwni inżynierowie jak zwykle za bardzo się przejęli swoimi możliwościami i, jak wiele razy wcześniej, nie docenili siły ludzkiego ducha, to my wszyscy musimy z zażenowaniem obserwować, jak w efekcie tej swojej chorej kalkulacji ci wszyscy panowie i panie raz po raz wybuchają gniewem, bo demokracja im nie działa.
      Tak jest oczywiście na całym świecie, że przedstawiciele tej – w ich własnej opinii – mądrzejszej i bardziej światłej części społeczeństwa, męczą siebie i innych nieustannym i notorycznym zawodzeniem skierowanym na pozostałą część grupy, w której przyszło im żyć. I wciąż bezwstydnie krzyczą: “Daliśmy wam tę demokrację, a wy jesteście tacy niewdzięczni”. Ten dziwaczny stan mamy też, owszem, i w Polsce od początku tzw. władzy ludowej, a potem solidarnościowej i wreszcie post-ludowej by skończyć na post-solidarnościowej. Wygrał Wałęsa – naród głupi; wygrał AWS – naród nie zasługuje; wygrał PiS – naród odrzucił demokrację; wygrał Kaczyński – coś chyba z tą demokracją trzeba zrobić. Dlaczego? No jak to dlaczego? Bo naturalnie decyzję tłumu zagrażają demokracji.
      No i żyjemy w tym pseudodemokratycznym chaosie, gdzie demokracja jest piękna i zła i głupia i niebezpieczna i upragniona i jedyna i najgorsza. A jej jedyny stały, niezmienny i potężny efekt to ten, że raz do roku, a jak trzeba, to i kilka razy do roku, można wypuścić na ulicę bandę poprzebieranych onaninistów, a jak komu przyjdzie ochota, to zabić w majestacie prawa jakieś dziecko.

Nie pamiętam już dziś, co to było za dziecko, nad którym się tak wówczas użalałem, ale obawiam się, że nie było ono ani pierwsze, ani ostatnie. Nic się tu niestety nie zmienia. Tyle tylko może, że Marcin Król zobaczył diabła. I to jest wiadomość nieco optymistyczna. Moje książki jak zawsze są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.


środa, 20 grudnia 2017

Osiem krótkich kawałków

Dziś chciałbym zaproponować kilka krótkich kawałków, jakie regularnie zamieszczam w „Polsce Niepodległej”, jednak zanim do tego przejdziemy mam sprawę nadzwyczaj poważną. Oto żona naszego kolegi, a mojego drogiego kumpla, stałego czytelnika tego bloga, jest bardzo poważnie chora. Jeśli ktoś się czuje na siłach, bardzo proszę o modlitwę o jej wyzdrowienie. W pewnym szczególnym sensie, dziś nie ma nic równie ważnego.

Trochę to faktycznie trwało, ale wygląda na to, że w końcu prezes Kaczyński znalazł sposób, by udobruchać prezydenta Dudę i ostatecznie i na dobre zabrać mu sprzed oczu Antoniego Macierewicza. Cała akcja została przeprowadzona w taki sposób, że Prawo i Sprawiedliwości zdymisjonowało cały rząd, włącznie z premier Szydło, nowym premierem uczyniło Mateusza Morawieckiego, no a w tej sytuacji trudno sobie wyobrazić, że Morawiecki zatrzyma Macierewicza jako Ministra Obrony tylko dlatego, że ten uważa, że to stanowisko należy mu się jak psu kość, zupa i buda. Podobnie też, wyglądałoby to naprawdę głupio, gdyby Macierewicz zaczął się publicznie awanturować, w sytuacji, gdy sama premier Szydło potrafiła się wznieść ponad swoje ambicje i zadeklarować lojalność wobec swojej partii. A zatem, wszystko wskazuje na to, że Macierewiczowi na razie musi wystarczyć szefowanie zespołowi do spraw Smoleńska i przynajmniej próba sformułowania spójnej opinii na temat przyczyn Katastrofy, natomiast przed Andrzejem Dudą i Mateuszem Morawieckim, a tym samym przed Dobrą Zmianą, świetlana przyszłość.

***

Kiedy wydawałoby się więc, że sprawa jest wręcz trywialnie prosta, całe zespoły bardzo poważnych komentatorów zachodzą w głowę, o co tak naprawdę chodziło z tą zmianą premiera. Po jakie licho było naprawiać coś, co działało naprawdę znakomicie i wszyscy byli najwidoczniej bardzo zadowoleni? Propozycje są najprzeróżniejsze, a wśród nich pięć, które uznałem za najbardziej zabawne: 1. Skończył się etap socjalny reformy, czas na przyspieszenie gospodarcze; 2. Morawiecki, jako człowiek o silnej pozycji za granicą, skuteczniej niż Szydło będzie nas bronił przed brukselską agresją; 3. Kaczyński woli Morawieckiego od Szydło, ponieważ na Szydło nie miał wystarczająco dużo haków, a on, jak wiemy, na każdego musi mieć haki; 4. Prezesowi bardzo imponuje to, że Morawiecki zna jezyk angielski lepiej od niego i wobec tej świadomości pozostaje bezradny; 5. Ponieważ Morawiecki jest jedynym człowiekiem, wobec którego Prezes odczuwa kompleks niższości to w związku z tym szykuje go na swojego następcę i czyniąc go premierem, pragnie go przysposobić do poważniejszych zadań; 5. Morawiecki jest człowiekiem żydowskiego lobby w londyńskim City i to Żydzi kazali Kaczyńskiemu uczynić go premierem. Z tego co nam wiadomo, ta ostatnia teoria jest szczególnie popularna w środowiskach związanych z Klubami Gazety Polskiej.

***

Ciekawe przy tym jest to, że podczas uroczystości powołania Morawieckiego na stanowisko premiera, sam prezydent Duda w swoim wystąpieniu, najjaśniej jak tylko było można, opowiedział nam, w czym rzecz, apelując do Morawieckiego, by w przyszłości, jako nowy premier dbał o to, by stosunki między ministrami a Krakowskim Przedmieściem były przynajmniej poprawne, no a przede wszystkim, żeby ten nie czekał z nominacjami do stycznia, tylko już w najbliższych dniach poinformował Prezydenta, kto się pojawi w miejsce pana Antoniego. Z pierwszych doniesień medialnych wynika, że ów apel dotarł gdzie trzeba, i kiedy to wydanie „Polski Niepodległej” trafi do kiosków, będziemy też już wiedzieć, czy Prezydent ostatecznie podpisze ustawy o sądach, czy jeszcze przyjdzie nam troche poczekać.

***

Warto przy tym zauważyć reakcję na owe wydarzenia głównego zainteresowanego, czyli jeszcze ministra, Macierewicza, które wręcz przysłowiowym rzutem na taśmę postanowił Prezydentowi dopiec tak, by ten go zapamiętał do końca życia i ogłosił oficjalnie, że pierwszemu zaufanemu generałowi Dudy, Jarosławowi Kraszewskiemu, cofa certyfikaty bezpieczeństwa, gwarantujące mu dotychczas dostęp do tajemnic krajowych, natowskich i unijnych. Pojawiają się głosy, że co by nie mówić o Antonim Macierewiczu, to z niego jest jednak prawdziwy samuraj. Może to i prawda, szczególnie gdy chodzi o coś co się powszechnie określa mianem honorowego seppuku.

***

My tu sobie dziś od samego początku rozmawiamy tak okropnie poważnie, że ktoś mógłby pomyśleć, że owa z dawna wyczekiwana rekonstrukcja rządu wpędziła nas w stan wręcz przygnębienia. Na szczęście mamy jeszcze telewizję TVN24 i jej czołową gwiazdę, samego Kazimierza „Kaza” Marcinkiewicza. Ow ciekawy człowiek poproszony o skomentowanie zmiany na stanowisku szefa rządu ogłosił co następuje: „Jarosław Kaczyński podjął decyzję parę tygodni temu, ale z myślą o sobie. To on chciał zostać premierem. Zamówił jednak bardzo szczegółowe badania, które pokazują, że on ‘dołuje’ PiS i  jeśli on zostanie premierem, notowania rządu od razu spadną”. Dziwny naprawdę człowiek z tego Kaza. Ile razy gdzieś na świecie ktoś powie coś głupiego i wszyscy zaczynają się łapać za brzuchy ze śmiechu, przychodzi on i całą zabawę diabli biorą. Pozostają tylko zaciśnięte pięści i to jedno jedyne życzenie: niech on wreszcie zniknie.

***

Wspomniałem tego nieszczęsnego Marcinkiewicza, jako jedyne remedium na nasz ponury nastrój, tymczasem to wcale nie jest tak, że poza nim nie ma już nikogo. Oto równolegle z przygotowaniami do zmiany na stanowisku premiera, odbywały się przesłuchania przed komisją do sprawy Amber Gold, naszym oczom ukazał się człowiek nazwiskiem Michał Deskur, wiceminister do spraw policji w rządzie Donalda Tuska, i szczerze jak dziecko opowiedział nam, jak to w czasie gdy Marcin Plichta okradał dziesiątki tysiący Polaków z oszczędności całego życia, on, wraz z Donaldem Tuskiem i jego ministrami, byli zajęci obstawianem wyników na Euro 2012 i nie mieli czasu na patrzenie Plichcie na ręce. Dziwna ta Platforma Obywatelska. Czy to możliwe, że jedyne co oni potrafią zrobić solidnie od początku do końca, to sprowokować jakiegoś wariata z pistoletem, by zastrzelił Bogu ducha winnego działacza PiS-u?

***

Chociaż nie. Jest jeszcze coś, co się temu towarzystwu udało od początku do końca. Otóż im się znakomicie udał Lech Wałęsa, a konkretnie takie jego przerobienie, by ze zwykłego półgłówka powstało coś, na co nawet nie ma sposobu, by mu wymyślić adekwatną nazwę. Wszyscy tu w większym lub mniejszym stopniu znamy możliwości tego dziwnego człowieka, natomiast to, co on wygłosił w ostatnich dniach,świadczyć może już tylko o tym, że w kolejnym etapie owej transformacji, Lechu zamieni się w mydlaną bańkę, która pęknie, zniknie na zawsze, a my wszyscy uznamy, że nam się to wszystko tylko śniło. No ale powiedzmy może, o co chodzi. Oto były prezydent Lech Wałęsa udzielił wypowiedzi dla niesławnej agencji TASS i wygłosił następującą deklarację: „Moja walka doprowadziła do zjednoczenia Niemiec. Granice rozbiliśmy. Na horyzoncie globalizacja. To wszystko wymaga innych programów i struktur. Tak daleko doszliśmy w ramach technicznej modernizacji, że już nie mieścimy się w naszych krajach. Musimy rozszerzyć ekonomiczne, obronne i różne inne struktury, stworzyć z Polski i Niemiec jedno państwo: Europa”. W sumie to szkoda, że pan Bolesław aż tak już zdziwaczał. To bowiem każe podejrzewać, że to tu to tam formułowane nadzieje, że może go ktoś w jakimś egzotycznym zakątku świata zechce przygarnąć i w ten sposób zabierze nam go z oczu, spalą na panewce. Pozostaje już tylko UFO i jakieś nieznane nam obce eksperymenty medyczne.

***

W sumie jest to jednak jakaś myśl. Jeśli się tak bowiem rozejrzeć uważnie wokoło, to, choć owszem, Lech Wałęsa jest z całą pewnością postacią szczególną, z różnych kątów wynurzają się typy, które chyba jednak mogłyby, podobnie jak sam mistrz, zainteresować gości z Kosmosu. Weźmy choćby taką Agnieszkę Holland, filmowego reżysera oraz politycznego komentatora. W wypowiedzi dla wspomnianej tu już wcześniej telewizji TVN24, poproszona bardzo inteligentnie o ocenę przyczyn antyludzkich zachowań polityków Prawa i Sprawiedliwości wobec systemu sprawiedliwości w III RP, nasza gwiazda odpowiedziała: „Politykom PiS chodzi o zemstę, o satysfakcję za swoje nieszczęścia. Jednemu umarł ojciec i wydaje mu się, że to niemożliwe, że jego ojciec umarł – musiał zostać zamordowany. Drugiemu umarli brat i bratowa, jemu się wydaje, że to niemożliwe, żeby jego bliscy zginęli w katastrofie komunikacyjnej. W związku z tym oskarża cały świat, że ich zamordowano”… Przeczytałem jeszcze raz tę wypowiedź i doszedłem do wniosku, że jednak nie. Gdy chodzi o Agnieszkę Holland, to nawet oni by się nie odważyli jej dotknąć w obawie, że to coś ich zabije. Zwłaszcza że, jak już wspomniałem, oferta jest naprawdę przebogata.

Jak widzimy, moje prognozy okazały się albo nietrafione, albo przedwczesne. By się dowiedzieć szczegółów, musimy, jak nas informują, poczekać do nowego roku. Póki co, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Pewnie już na Święta nie zdążymy, ale po Świętach też jest życie, prawda?



wtorek, 19 grudnia 2017

Czym będziemy myli okna w roku 2018?

       Najstarsi czytelnicy tego bloga być może pamiętają, jak dawno, dawno temu ukazał się tu tekst, w którym instruowałem Czytelników, w jaki sposób najbardziej skutecznie myć okna. Myśl moja była taka, że szmaty należy używać wyłącznie do umycia szyb z najbardziej widocznego brudu, natomiast całą resztę należy załatwić już tylko wyłącznie przy pomocy płynu do szyb i gazety, najlepiej „Gazety Wyborczej”. I wbrew temu, co mogłoby się komuś wydawać, w żadnym wypadku nie chodziło mi o jakiąkolwiek polityczną manifestację, lecz o kwestię czysto praktyczną. Otóż po wypróbowaniu różnych tytułów, doszedłem do wniosku, że „Gazeta Wyborcza” jest tu akurat najlepsza. Dziś, z prawdziwą satysfakcją muszę przyznać, że mimo upływu lat, tu się nic nie zmieniło i w dalszym ciągu „Gazeta Wyborcza” poleruje szyby na tyle dobrze, że nie  trzeba szukać nigdzie indziej.
      A zatem kilka razy do roku myjemy okna, a ja za każdym razem przygotowania do tej czynności zaczynam od zejścia na dół do najbliższego kiosku z gazetami i kupienia owego organu. I tak też zaczął się dzień wczorajszy. Przygotowałem drabinę, wiadro z wodą, szmatę, płyn do mycia szyb, założyłem buty, zszedłem na dół… i, proszę sobie wyobrazić, że okazało się, że akurat w poniedziałek „Wyborcza” kosztuje całe 3,99 zł., a na to, jak z pewnością każdy z nas potrafi zrozumieć, tak zwany biały człowiek zgodzić się nie może, nawet gdy chodzi o Święta Bożego Narodzenia. Zwróciłem więc pani w kiosku zakupiony chwilę wcześniej papier i zapytałem, co jest najtańszego, co by się jednocześnie nadawało do mycia okien, no i tu też zachęcam wszystkich do tego, by nie traktowali tego co się stało w tym momencie, jako gestu politycznego, ale pani kioskarka dała mi „Gazetę Polską Codziennie” za jedyne 2 zł.
      Wracałem do domu powoli i wiedząc, że już za chwilę nie będę miał choćby i niewielkiej szansy, by się zorientować, co tam mniej więcej słychać, zacząłem czytać to co red. Sakiewicz zdecydował się zamieścić na okładce. I proszę sobie wyobrazić, że trafiłem z miejsca na zapowiedź tekstu Piotra Lisiewicza o tym, że „nowy język, jaki [premier Morawiecki] wprowadza do polskiej polityki, już stał się dla obozu niepodległościowego wartością dodaną”, a owa nowość polega na tym, że on ostatnio gdzieś wspomniał o tym, że wymiar sprawiedliwości III RP „w dużym stopniu” jest kontynuacją poprzedniego systemu, a w innym miejscu przytoczył opinie ekonomistów o Polsce jako „kraju skolonializowanym”. Zdaniem Lisiewicza, „takim językiem, pokazującym ciągłość między komunizmem, postkomunizmem i zacofaniem cywilizacyjnym, rzadko mówili politycy PiS-u, a gdy mówili, a gdy mówili, brzmiało to inaczej niż w ustach człowieka postrzeganego jako specjalista od gospodarki, który odniósł sukces”.
        Ostatnio pojawiły się tu i ówdzie głosy, które konsekwentnie i z rozmysłem postanowiłem lekceważyć, jakoby przekazanie Mateuszowi Morawieckiemu przez prezesa Kaczyńskiego stanowiska premiera miało sens nieco bardziej ukryty, niż by się nam to wydawało. Po wspomnianej deklaracji Piotra Lisiewicza, a tak naprawdę tych, co go zatrudniają, dochodzę do wniosku, że tu musi być coś na rzeczy. Jeśli oni ni stąd ni z owąd wyskakują z takim idiotyzmem, do tego idiotyzmem, dla każdego, kto przez minione dwa lata obserwuje polską scenę polityczną choćby i bardzo pobieżnie, wyjątkowo bezczelnym, oznacza to, że oni już się szykują do poważnego skoku. Pamiętajmy bowiem, kim jest Piotr Lisiewicz. To człowiek, który jeszcze niedawno układał dla prezydenta Dudy przezwisko „Dudaczewski”, a dziś zaczyna się prezentować, jako najbardziej pilny propagandzista Zawsze Dobrej Zmiany. A to musi oznaczać, że przed nami same ciekawe wydarzenia.
       Przepraszam bardzo, ale numer który właśnie odstawiła „Gazeta Polska” jako żywo przypomina mi coś, czym nas niedawno całkiem bardzo rozbawiła Magdalena Ogórek, skarżąc się publicznie, że w którymś ze sklepów, nie chciano, jako reżimowej dziennikarki, jej obsłużyć. Wszyscy z zapartym tchem czekamy więc a to aż Piotr Lisiewicz którejś nocy wyskoczy do najbliższego monopolowego po flaszkę żołądkowej gorzkiej, a ta biedna dziewczyna co tam się użera z miejscowymi pijakami powie mu, żeby się udał do Tesco, bo za to, że on popiera premiera Morawieckiego, ona nie chce mieć z nim nic wspólnego. To już będzie rok 2018 i z całą pewności Google ogłosi koleją listę laureatów swojej incjatywy Digital News i tym razem, zamiast Karnowskich, znajdzie się tam Tomasz Sakiewicz ze swoimi licznymi projektami. Jako pierwszy przekazuję Redaktorowi najszczersze gratulacje.

Myślę, że dziś jest ostatni dzień, kiedy w naszej księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl można bezpiecznie zamówić którąś z moich książek, tak, by ona dotarla na miejsce przed Świętami. Polecam serdecznie.  

poniedziałek, 18 grudnia 2017

O tym, jak zdobyliśmy główny ściek

       Oczywiście, to nie nastąpiło ani od razu, ani nawet z dnia na dzień, lecz rozwijało się stopniowo i trwało miesiącami. Zaczęło się oczywiście od Tygodnika „W Sieci” oraz portalu wpolityce.pl, potem pojawiła się Telewizja Republika, po niej wystartowało TVP Info, no a w nim najpierw redaktorzy Rachoń i Cejrowski, tuż obok nich „W tyle wizji” ze swoimi kolejnymi gwiazdami, no a kiedy niedawno Rachoń zaczął występowac na tle białoczerwonej flagi z orłem, to właściwie pojawienie się kukiełek niejakiej Barbary Pieli, a ostatnio młodego Rewińskiego, już tylko dokończyło dzieła i uznałem że, gdy chodzi o mnie, to już wystarczy i nie będzie już nawet miało znaczenia, jeśli nagle podczas Sylwestra w Zakopanem zamiast Maryli Rodowicz i Zenka Martyniuka wystąpi reaktywowane REM.
      A zatem to jest już koniec i nie oszukujmy się. To nie jest tak, że ta żenada niedługo pęknie, rozpadnie się na drobne kawałki, a jej autorzy albo się opamiętają, albo zejdą nam z oczu raz na zawsze. Wystarczy bowiem spędzić nieco czasu choćby na Twitterze, by zobaczyć, że jeśli tu istnieje jakaś mniejszość, to nie są nią w żadnym wypadku oni, lecz my. Po tamtej stronie trwa w najlepsze zabawa, a jej uczestnicy nie marzą o niczym innym jak o tym by było jak dotychczas, tyle że może jeszcze więcej i jeszcze bardziej.
      A ja sobie myślę, że to jest coś, co takich Jarosława Kurskiego, czy Mariusza Waltera musi wpychać w najczarniejszą rozpacz. Kiedyś, bardzo dawno temu, ci mądrale wpadli na pomysł, by opierając się na doświadczeniach takich medialnych potentatów, jak CNN, czy „New York Times”, stworzyć propagandowe perpetuum mobile w postaci najpierw największego ogólnopolskiego dziennika, a następnie największej prywatnej telewizji, to wszystko z każdej strony zabezpieczyć jakimiś Nagrodami Nike, fundacjami typu „Nie jesteś sam”, galeriami handlowymi i ambitną rozrywką w osobie Katarzyny Nosowskiej et consortes, a tu nagle na to wszystko przyszli Rachoń z Cejrowskim, najpierw pokazali nam sztukę Barbary Pieli, potem puścili na cały regulator Zenka Martyniuka i w ten sposób cały 25 letni wysiłek w jednej chwili szlag trafił. A ja już się nie mogę doczekać aż za dwa lata dojdzie do kolejnych wyborów i to będą pierwsze wybory w wolnej Rzeczpospolitej, gdzie frekwencja przekroczy 70 procent.
       A skoro więc zrobiło się już naprawdę ponuro, to w ramach tak zwanego dobijania, mam wiadomość najświeższą. Oto, jak doniosły wirtualnemedia.pl, „w najnowszej serii Google Digital News Initiative (DNI) wyłoniono wydawców, którzy otrzymają dofinansowanie na realizację innowacyjnych rozwiązań medialnych. 102 projekty z 26 europejskich krajów otrzymają w sumie ponad 20 mln euro. Z Polski wsparcie w łącznej kwocie 345 tysięcy euro dostaną E-kiosk, Fratria, Grupa Radiowa Agora i Polityka”. Demokratycznie, w kolejności alfaberycznej – E, F, G, P.
      Jak to leciało? „Tak dla wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego, wszyscy muszą pracować, mój maleńki kolego”.



Do Świąt jeszcze tylko tydzień i jestem pewien, że jeśli kupimy coś dziś, ewentualnie jutro, to pod choinkę zdążymy to położyć. Polecam bardzo gorąco: www.basnjakniedzwiedz.pl.



niedziela, 17 grudnia 2017

Wilhelm Szewczyk, czyli o śląskich korzeniach, dziedzictwie i przyszłości

      Ja oczywiście zdaję sobie sprawy, że każda próba poruszenia przez mnie tematu tak zwanego śląskiego nacjonalizmu, czy choćby tylko patriotyzmu, zawsze musi się skończyć tym, że z jednej strony głos zabiorą Ślązacy sympatyzujący, czy to z Ruchem Autonomii Śląska, czy z ruchami jeszcze bardziej radykalnymi, uważającymi RAŚ za twór sztuczny, a więc w gruncie rzeczy obcy, a z drugiej ci, co się uważają za Ślązaków „prawdziwych”, i jedni i drudzy po raz kolejny zasypią mnie obelgami. Czemu tak? Przyczyna jest prosta. Otóż zarówno jedni jak i drudzy potraktują każde moje słowo, jako głos bezczelnego polactwa, tyle że ci pierwsi – polactwa które nie potrafi zrozumieć Ślązaka, który nie chcę być Polakiem, a drudzy – polactwa, które nie jest w stanie zrozumieć Ślązaka, który Polakiem chce być jak najbardziej.
      Wielokrotnie zastanawiałem się, cóż to jest takiego, co, mimo wciąż deklarowanej wrogości, łączy obie grupy i za każdym razem wychodziło mi na to, że tym jednym punktem wspólnym, a przy tym, punktem decydującym, jest to, że jedni i drudzy są głęboko przekonani, że śląskość to wartość absolutna i że wszystko co prawdziwie śląskie podlega bezwzględnej ochronie. Stąd też dla każdego Ślązaka, czy to „Ślązaka prawdziwego”, czy też tylko dla „Ślązaka uzurpatora”, każda śląskość, byleby potwierdzona odpowiednimi papierami, jest czymś, czego należy bronić zębami i pazurami.
       Myślę, że nie zaszkodzi, jeśli przypomnę tu swój tekst z „Elementarza”, bardzo przewrotnie poświęcony Matce Boskiej Piekarskiej, w którym bardzo przejrzyście, jak sądzę, pokazałem, co mam na myśli, ile razy wspominam o owej szczególnej solidarności: „Prawdopodobnie jedyny przedmiot kultu religijnego w Polsce, który jest w stanie zjednoczyć ofiary zbrodni w Kopalni Wujek ze zbrodni tej autorami. Podejrzewam, że gdyby się okazało, że dowódca plutonu specjalnego strzelającego do górników mówił ze śląskim akcentem, część Ślązaków, podczas dorocznej pielgrzymki mężczyzn do Piekar Śląskich, modliłoby się o jego nawrócenie, a następnie beatyfikację. Taki Kazimierz Kutz na sto procent nosi medalik z Matką Boską Piekarską w kieszeni i codziennie Jej dziękuje za Katastrofę Smoleńską. Swoją drogą, ciekawe, czemu Ona mu nie wypali dziury w udzie. Przecież by umiała”.
      Dziś, korzystając z okazji, chciałbym się wycofać z tego dowódcy plutonu, przyznać, że tu chyba mnie poniosło i wszystkich prawdziwych Ślązaków przeprosić. Tak głęboko bowiem owo szaleństwo chyba jednak nie sięga, natomiast, co stwierdzam z prawdziwym bólem, taki Wilhelm Szewczyk mieści się tu idealnie. Gdyby ktoś nie wiedział, informuję, że jeden z głównych punktów w Katowicach, decyzją Śląskiego Wojewody, został przemianowany z Placu im. Wilhelma Szewczyka, na Plac im. Marii i Lecha Kaczyńskich, co spowodowało falę protestów, jakich miasto nie widziało chyba od czasu, gdy ktoś – nie wiadomo kto – zdecydował, że Joanna Bartel nie będzie jednak zapowiadała przystanków tramwajowych po śląsku, czy może jeszcze wcześniej, od kiedy zdecydowano o zburzeniu starego dworca. Rzecz w tym, że dla każdego Ślązaka Wilhelm Szewczyk to, podobnie jak Jerzy Zietek, świętość na miarę wspomnianej Matki Boskiej Piekarskiej, a więc coś, co nie tylko łączy, ale może przede wszystkim jest gwarantem trwałości owego ducha. A choćby myśl, by jeden z centralnych placów w mieście nazwać imieniem Marii i Lecha Kaczyńskich kosztem wybitnego śląskiego poety, pisarza i działacza społecznego Wilhelma Szewczyka, jest czymś autentycznie nie do zniesienia.
      Czytam zarówno relacje z owych protestów, jak i pełne gniewu wypowiedzi ich uczestników, oglądam zdjęcia z kolejnych demonstracji i przepraszam bardzo, ale, choć wiem, że żadne moje słowo nie sprawi, że oni się opamiętają, czuję, że sytuacja wymaga, byśmy chociaż pobieżnie rzucili okiem na to o kim dyskutujemy. Oto notka z Wikipedii. Proszę uprzejmie.
      „Po ukończeniu liceum w Rybniku przeniósł się do Katowic. Działał w Obozie Narodowo-Radykalnym. Postulował wyeliminowanie Żydów z życia kulturalnego i gospodarczego. Literaturę i prasę żydowską uznawał za jedną z najgroźniejszych broni żydowskiego państwa eksterytorialnego. Podczas II wojny światowej został wcielony do Wehrmachtu. W latach 1941–1942 znajdował się na froncie zachodnim, w Normandii i wschodnim w Rosji. W sierpniu 1941 został ranny pod Smoleńskiem. Po leczeniu w Turyngii skierowany na front do Alzacji. Jak sam twierdził, za demonstrowaną postawę pacyfistyczną oraz krytykę Hitlera miał zostać aresztowany, wydalony z oddziału, a w 1942 osadzony w więzieniu w Katowicach. Stamtąd miał zbiec do Generalnego Gubernatorstwa podczas przepustki, gdzie – jak utrzymywał – uczestniczył w tajnym nauczaniu do 1945. Będąc w wojsku niemieckim, prezentował jednak jednoznacznie propolską postawę, m.in. korespondując w tej kwestii z gauleiterem Fritzem Brachtem.
Po wojnie wrócił do Katowic i włączył się w tworzenie propagandy komunistycznej. W latach 1947–1948 był członkiem PPR, a następnie, od 1948 należał do PZPR. Redagował materiały propagandowe dla tutejszego komitetu wojewódzkiego PZPR. W 1953 był wśród grona 53 członków krakowskiego Związku Literatów Polskich, którzy poparli komunistyczne represje wobec duchowieństwa katolickiego w Polsce. Wspierał działania propagandy komunistycznej w trakcie głośnego procesu księży kurii krakowskiej. Jednym z przykładów jego propagandowego zaangażowania jest wydana w latach 60. książka ‘Z teczki wspomnień PPR’. Propagował w niej marksizm i leninizm oraz zmiany ustrojowe Polski. Żołnierzy Armii Krajowej nazwał wrogiem w cywilu, który popełnił ‘najohydniejsze zbrodnie’ na działaczach komunistycznych. Polska, według tej publikacji, kierowana była ‘nieomylną busolą mądrości doświadczonej – nauki marksizmu-leninizmu’. Od 1971 był członkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, w latach 1980–1981 członkiem jego egzekutywy. Wilhelm Szewczyk był także wielokrotnym posłem na Sejm PRL – pełnił tę funkcję aż 6 kadencji (II, III, V, VI, VII i VIII kadencja), zasiadał w Sejmie od 1957 z przerwą w latach 1965–1969 aż do roku 1980”.
      Gdy przygototwywałem się do dzisiejszego tekstu, przejrzałem sobie to, co na ten temat ukazało się ostatnio na Facebooku i wśród wielu wręcz fantastycznych deklaracji wierności owej „Małej Ojczyźnie” znalazłem też coś takiego:





      Myślę więc sobie, że skoro emocje sięgnęły poziomu „korzeni”, „dziedzictwa” i „budowy przyszłości”, nie pozostaje mi zakończyc tych refleksji inaczej, jak tylko jeszcze jedną szalenie ważną informacją. Jak podaje wciąż ta sama Wikipedia, w trakcie III kadencji Sejmu, grupa posłów z Katowic z Szewczykiem na czele z sukcesem skierowała do laski marszałkowskiej interpelację poselską z żądaniem, by i im, podobnie jak Szewczykowi, oraz dwóm innym słynnym pisarzom-posłom, Machejkowi i Czeszce, wolno było w sejmowym bufecie zaopatrywać się w alkohol i w spokoju spożywac go podczas obrad.



Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.