wtorek, 21 listopada 2017

Antoni Macierewicz, czyli czy te oczy mogą kłamać?

      Muszę się przyznać do czegoś, o czym tu wcześniej ani nie wspominałem, ani wspominać nie chciałem, z różnych względow. Przede wszystkim nigdy nie miałem wrażenia, że sprawa jest na tyle pilna, by się nią zajmować, no a poza tym zawsze istniały powody, by ją traktować jako zbyt delikatną politycznie, by się specjalnie popisywać swoimi przemyśleniami, a tym bardziej składać jakieś deklaracje. Ponieważ jednak nadszedł moim zdaniem odpowiedni czas, chciałbym powiedzieć, że gdy chodzi o Antoniego Macierewicza, mój do niego stosunek oscylował niemal wyłącznie między bardzo silną niechęcią połączoną z kompletnym brakiem zaufania, a rozbawieniem wynikającym z jego zawsze tak spektakularnych popisów w politycznej debacie.
     Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że tego typu słowa na tym blogu mogą wywołać pewną konsternację, od razu powiem, dlaczego Antoniego Macierewicza, z bardzo krótkimi przerwami, niemal zawsze źle tolerowałem. I wbrew temu, co się może niektórym z nas wydawać, wcale nie chodzi o jego pojedyncze wypowiedzi, czy zachowania, bo tu on akurat zawsze starał się robić wrażenie bardzo dobre. Ja Macierewicza nie lubię głównie ze względu na historię, jaką on za sobą ciągnie przez całe lata 90, a więc przez ową dziwną dekadę, kiedy naprawde szło w Polsce na ostro. Z jednej strony mieliśmy połączone siły Systemu próbujące nas przydusić do ziemi, z drugiej Jarosława Kaczyńskiego, starającego się, najczęściej całkowicie samotnie, odnaleźć się w tej wojnie, a na tym tle kręcił się Antoni Macierewicz, polityk w końcu nie z ostatniego rzędu, realizujac swój zawsze niezwykle cwany plan wyzwolenia Polski spod postsowieckiej okupacji, z którym wszedł nawet w lata 2000. Gdyby ktoś nie pamiętał, proszę spojrzeć, jak wyglądała jego polityczna kariera po tym, jak upadł rząd Olszewskiego, wedle doniesień Wikipedii:
     „19 lipca 1992 został usunięty z ZChN, tworząc m.in. wraz z Mariuszem Maraskiem i Piotrem Walerychem małą partię pod nazwą Akcja Polska, która weszła w czerwcu 1993 w skład Ruchu dla Rzeczypospolitej Jana Olszewskiego. W wybprach parlamentarnych w tym samym roku bez powodzenia ubiegał się o reelekcję z listy Koalicji dla Rzeczypospolitej w krakowskim (otrzymał 11 586 głosów).
       W listopadzie 1993 reaktywował Akcję Polską. W 1995 wstąpił do Ruchu Odbudowy Polski, a w 1996 został wiceprzewodniczącym rady naczelnej tej partii. W wyborach parlamentarnych w 1997  z listy ROP wszedł do Sejmu III kadencji, uzyskując 15 221 głosów. Po rozłamie w tej partii, tuż po wyborach został prezesem założonej przez siebie partii Ruch Katolicko-Narodowy. W latach 1996–1997 współdziałał w opracowaniu Obywatelskiego Projektu Konstytucji. W 2001 został liczbą 24 900 głosów wybrany do Sejmu z listy Ligi Polskich Rodzin w okręgu warszawskim, której klub opuścił po kilku miesiącach na skutek konfliktu z Romanem Giertychem. W IV kadencji od 2004 do 2005 był członkiem sejmowej komisji śledczej ds. prywatyzacji PKN Orlen.
      W wyborach samorządowych w 2002 kandydował na stanowisko prezydenta Warszawy. Kampanię zakończył w pierwszej turze, z poparciem 5849 wyborców (1,09%), zajmując 8. miejsce na czternastu kandydatów. Współtworzył wówczas koalicję Razem Polsce, zrzeszającą niewielkie konserwatywno-narodowe ugrupowania prawicy, która zaprzestała działalności po porażce w tych wyborach. Od maja do lipca 2004 reprezentował Polskę w Parlamencie Europejskim.
      Wraz z Janem Olszewskim i Gabrielem Janowskim i z poparciem Anny Walentynowicz przed wyborami parlamentarnymi w 2005 stworzył federacyjną partię Ruch Patriotyczny, która w wyborach do Sejmu nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 1,05% głosów”.
      Czy wszyscy widzą to co ja widzę? Proszę mi zatem powiedzieć, jakie zasługi dla wolnej Polski, poza zwykłym pyskowaniem i robieniem wrażenia, miał Antoni Macierewicz przez te wszystkie lata, kiedy się wszystko rozstrzygało? Mam nadzieje, że nie zaliczymy do nich tego jednego procenta głosów przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu w wyborach samorządowych w 2002 roku, ani nawet kolejnego procenta dla oczywiście bardzo patriotycznego ruchu w wyborach do Sejmu w roku 2005, tym razem przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. Przepraszam bardzo, ale kim byłby dziś Antoni Macierewicz, gdyby nie to, że po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, w roku 2006 Jarosław Kaczyński nie podjął decyzji, że najwyższy czas zlikwidować Wojskowe Służby Informacyjne i z sobie znanych powodów uznał, że nikt nie zrobi tego lepiej od Macierewicza?
     A zatem wiemy już, jakie mam zarzuty do Antoniego Macierewicza. Według mnie, politykiem jest on wyjątkowo marnym, a przede wszystkim niesamodzielnym, tyle że przez jakieś nie do końca przez nas poznane cechy charakteru, czy temperamentu, został wykorzystany przez Jarosława Kaczyńskiego, który jak wiemy kieruje się przede wszystkim zimną kalkulacją, a nie emocjami, do realizowania pewnych zadań dla Polski, no i je lepiej lub gorzej realizuje… do niedawna. Otóż, jak wszyscy zauważyliśmy, w ostatnich miesiącach obecność Antoniego Macierewicza w publicznej przestrzeni nie jest związana z jego osiągnięciami w badaniu przyczyn i przebiegu Katastrofy Smoleńskiej, co – zechciejmy sobie łaskawie przypomnieć – w pewnym momencie było przedstawiane, niemal jako jego znak firmowy, lecz kompletnie bezsensowny spór z prezydentem Dudą o jednego z jego zaufanych generałów. Nie będę tu wyjaśniał konkretnie, w czym rzecz – kto chce, może sobie łatwo doczytać w innych miejscach – natomiast chciałbym zwrócić uwage na fakt, że awantura z Prezydentem jest naprawdę jednym z niewielu tematów, które dostarczają paliwa tym wszystkim, którzy nie liczą już dziś na nic, jak tylko na to, że Jarosław Kaczyński umrze i pusci ten cały bałagan samopas.
      Ktoś powie, że to Duda jest zdrajcą, a nie Macierewicz, to Duda ma żonę Żydówkę i epizod w Unii Demokratycznej, a Antoni Macierewicz to wielki polski patriota. A ja się tu kłócić nie będę i powiem, że może i taka jest prawda: Duda to Żyd, a Macierewicz to polski bohater. Tyle że, przepraszam bardzo, ale co z tego, jeśli Andrzej Duda jest dziś legalnie urzędująceym prezydentem, w dodatku cieszącym się najwyższą popularnością wśród najbardziej patriotycznie zorientowanej części społeczeństwa i, póki co, gwarantującym kolejne zwycięstwa Dobrej Zmiany, a Macierewicz tak czy inaczej pozostaje wyłącznie jednym z ministrów w rządzie Beaty Szydło, którego w każdej chwili można zastąpić kimkolwiek, bez absolutnie żadnej szkody dla dalszych losów kraju? Że co? Że Macierewicz się obrazi i założy kolejny ruch o kolejnej bardzo fantazyjnie brzmiącej nazwie i w następnych wyborach dostanie swoje tradycyjne 1,09 %? A cóż to komukolwiek szkodzi?
      A zatem, ja od Macierewicza dziś oczekuję tylko jednego. Niech się na chwilę chociaż oderwie od szykowania swojej kandydatury na – wreszcie! – przyszłego lidera polskiej prawicy, bo on jest tak słaby, że z nim wygra nawet Patryk Jaki, a kto wie, czy nawet nie Dominik Tarczyński.
      Kończę ten tekst i już czuję swąd wściekłości, jakiej ten blog dotychczas nie zaznał. W tej sytuacji, myślę, że nic nie zaszkodzi, jak do tego wszystkiego dorzucę jeszcze jedną refleksję odnośnie wrażenia, jakie Antoni Macierewicz robi na swoich sympatykach podczas swoich medialnych występów. Otóż moja świętej pamięci ciocia Marysia któregoś dnia, widząc w telewizji Donalda Tuska, powiedziała: „Popatrz na niego. Stawia te oczy jak złodziej”. Otóż moim zdaniem Antoni Macierewicz stawia oczy jak złodziej. Od zawsze i nigdy inaczej. Nawet wtedy, gdy informował Wałęsę, że wie, że ten wie, że on wie. I wcale nie chodzi mi o tę mityczną nienawiść. Wcale nie. W oczach Macierewicza nie ma śladu nienawiści. Tam jest sama miłość. I to jest drugi powód, dla którego mu nie ufam.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Naprawdę trudno znaleźć coś choćby podobnego.



poniedziałek, 20 listopada 2017

O karze za ludobójstwo

Znów jesteśmy nieco spóźnieni, ale, jak to mówią, co ma wisieć, nie utonie, a więc dziś przedstawiam swój ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że mocny jak należy.

       Pomijając fakt, że jest coś dziwnego w tym, że materiały ani w żaden sposób tajne, ani nawet nie pochodzące z tak powszechnie ostatnio ujawnianych podsłuchów, wychodzą na wierzch dopiero po wielu latach, warto zwrócić uwagę na fakt, że oto media ujawniły fragment posiedzenia tak zwanej Komisji Millera, badającej Smoleńską Katastrofę, fragment prawdziwie wstrzasający. To bowiem co słyszymy wskazuje na fakt, że swego czasu bardzo medialnie eksploatowany wątek rzekomej obecności generała Błasika w kokpicie tupolewa, był od początku do końca prowokacją mającą na celu zrzucenie winy za katastrofę bezpośrednio na Generała, a pośrednio oczywiście na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego polecenia ten zobowiązany był wykonywać. Chodzi o to, że podczas posiedzenia Komisji przewodniczący Miller zarządził, by mimo oczywistego braku dowodów, a nawet podejrzeń, wspólnie i jednogłośnie przekazać do wiadomości publicznej informację, że wedle ustaleń Komisji, generał Błasik tuż przed katastrofą wtargnął do kokpitu.
     Owa informacja, już sama w sobie, robi na każdym nieuprzedzonym obserwatorze wrażenie, to natomiast, co mnie tu interesuje szczególnie, to dwie kwestie, na które, jak się zdaje, mało kto zwrócił uwagę. Otóż przede wszystkim nie mogłem nie zauważyć, że w momencie, gdy sam przewodniczący Miller dość niezgrabnie, zapewne czująć, że bierze udział w ciężkim przekręcie, proponuje, by nie ogłaszać jednoznacznie, że w kabinie znajdował się generał Błasik, ale osoba „spoza załogi”, ewentualnie „Pan Generał dowódca Sił Powietrznych”, jednak bez nazwisk, do rozmowy wtrąca się któryś z pozostałych członków Komisji i mówi co następuje: „Jeżeli  można, ja bym wolał jednak, żeby to było już w tym opisie, bo po co, po co potem dowiązywać ten wątek kryminalny w innym miejscu? […] Czemu tu pisać, że osoba spoza załogi? Jeśli tu w opisie napiszemy, że jest to Dowódca Sił Powietrznych, to te klocki bardziej będą pasowały do siebie”.
      Rzecz w tym, że chciałbym bardzo się dowiedzieć, kto wygłosił te słowa. Kto przede wszystkim, w ów wyjątkowo parszywy sposób wrzucił tu ten „wątek kryminalny”, no i kto to taki wpadł na pomysł, że tu tak naprawdę chodzi tylko o to, by „te klocki pasowały so siebie”. Chciałbym bardzo poznać twarz i nazwisko tego tak wybitnie gorliwego człowieka. A to z jednego i tylko jednego powodu, który się zresztą wiąże z drugim interesującym mnie bardzo elementem tej sprawy.
      Otóż, jak już wspomniałem, zapis owej narady nie był ani utajniony, ani też szczególnie chroniony. Wszystko też tam brzmi bardzo wyraźnie, nie słychać jakichkolwiek cięć. Wszystko więc wskazuje na to, że oni tam sobie rozmawiali w pełnym przekonaniu, że nie ma takiej siły, która mogłaby spuścić na nich jakąkolwiek karę. To zatem ich poczucie bezkarności, bardzo mnie moblizuje do tego, by z nich wszystkich wyciągnąć tego jednego specjalistę od „kryminalnych wątków” i „klocków” i mu osobiście wyrwać serce z gardła.


Na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl możemy znależć moje książki. Naprawdę szczerze polecam.

niedziela, 19 listopada 2017

Telefon do tamtego świata

      Pochowaliśmy wczoraj na cmentarzu w Przemyślu mojego teścia, a ja mam z tej okazji refleksję, moim zdaniem, zupełnie szczególną. Otóż w swoim kazaniu podczas mszy żałobnej ksiądz w pewnym momencie rzucił mniej więcej taką myśl: „Żegnamy dziś Andrzeja, ale to tylko na chwilę. Niedługo się z nim znów spotkamy i będziemy razem już na zawsze. I co do tego zgadzamy się chyba wszyscy. Nawet ci, którzy uważają, że Boga nie ma i że w ogóle nie ma nic, lubią od czasu do czasu wspomnieć o tym, że nasi zmarli gdzieś tam sobie żyją, myślą o nas, spoglądaja na nas z góry, no i że czekają na to, by się znów z nami połączyć”, a my wszyscy kiwaliśmy głowami i powtarzaliśmy sobie w duchu, że tak, to są naprawdę piękne słowa.
     I ja też słuchałem tego, co mówił ksiądz i myślałem sobie, że to w rzeczy samej są słowa bardzo piękne, głębokie i mądre. I przypomniałem sobie natychmiast pogrzeb Wisławy Szymborskiej, uroczystość całkowicie świecką, gdzie nie było ani Boga, ani nawet specjalnie zamówionego księdza, były natomiast kolejne przemówienia ludzi, którzy wciąż powtarzali, że żegnają się z Szymborską zaledwie na chwilę, a tymczasem niech ona tam gdzieś, Diabeł jeden wie gdzie, słucha swojej ukochanej Elli Fitzgerald. Tak było i ja tam byłem i przyznaję, że patrząc na ten cyrk coraz bardziej drętwiałem.
      Pochowaliśmy więc mojego teścia, wróciliśmy do Katowic i w pewnym momencie oboje uznaliśmy, że wypada teraz jak zawsze zadzwonić do niego i opowiedzieć mu o tym, jak było. Powiedzieć mu, jak było w Przemyślu, że lało, ale za to było dużo ludzi, że przyjechała nawet Jedynakowa i przywiozła jakiś pierścień Solidarności dla Mamy i że wujek Janek wszystko odpowiednio zorganizował i była ciocia Bożenka i mnie nie poznała, że ciocia Ewa bardzo ładnie wyglądała i że byli Maciek i Jacek, że przyjechała nawet Jadzia z Opola, a wujek Jurek po operacji chodzi o lasce, że Martynka była bardzo grzeczna i wszyscy byli zachwyceni, jaka ona śliczna, że Antek z Dorotą zamówili naprawdę najpiękniejszy wieniec, a Zosia się popłakała i że wujek Staszek wygłosił bardzo piękne kazanie o tym, że się pożegnaliśmy tylko na chwilę, no i że po pogrzebie poszliśmy na obiad, że był bardzo dobry rosół, zupełnie jak w domu, że ta autostrada do Katowic jest tak wygodna, że wróciliśmy do Katowic w dwie godziny i dwadzieścia minut, inna sprawa, że Krzysiek jechał 160 na godzinę, no i na samym końcu, że Liverpool wygrał z Southhampton 3:0… no i w tym momencie zrozumieliśmy, że koniec już z tymi telefonami i że nie ma dokąd dzwonić. Przynajmniej nie przez najbliższe lata.
      Siedzieliśmy tak sobie zadumani nad tym i owym, kiedy zadzwonił telefon właśnie i to był ktoś bardzo nam bliski, jeden z tych, o których podczas kazania mówił ksiądz, że nawet oni wierzą, że mimo iż nie ma nic, to jednak coś jest, i zapytał nas, jak tam na pogrzebie. A ja oczywiście opowiedziałem mu o tym, jak to mamy wielką ochotę zadzwonić do naszego taty i mu o wszystkim opowiedzieć, a tu nagle okazuje się, że ani nie ma gdzie dzwonić, ani cokolwiek opowiadać. I oto, proszę sobie wyobrazić, że ów nasz brat i przyjaciel powiedział zupełnie poważnie i szczerze, że ależ powinniśmy i tak zadzwonić, a kiedy się zgłosi automatyczna sekretarka, to mamy i tak gadać i powiedzieć wszystko, co mamy do powiedzenia, a tato nas z całą pewnością usłyszy.
     Jak? W jaki sposób? Przy pomocy jakich elektronicznych, a może kosmicznych urządzeń? Tego akurat już się nie dowiedzieliśmy.
     No a przede wszystkim nie dowiedzieliśmy się, skąd nagle pomysł, by szukać czegoś, czego nikt nie zgubił. I może to i dobrze. Jeszcze byśmy się dowiedzieli, że zdecydowana większość księży to pedofile, a Boga wymyślili pierwotni ludzie ze strachu przed piorunami.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Naprawdę warto.

     

piątek, 17 listopada 2017

A teraz, drogie dzieci, pani Rowling zrobi wam bliznę

Jutro chowamy mojego teścia, a więc jeszcze przez parę dni będę tu głównie z doskoku. Ponieważ nie chce tak zupełnie zostawić tego bloga z, że tak to określę, pustymi rękami, chciałbym przypomnieć swój dość już stary tekst, jeszcze z roku 2009, w którym przedstawiłem, moim zdaniem, bezwzględnie najbardziej solidną krytykę cyklu powieściowego o małym czarodzieju Harrym Potterze. Bardzo jestem z tego dumny.



      
      Robię gołąbki dla mojej rodziny i chodzą mi po głowie różne myśli. Oto gotuje się druga kapusta, a ja siadłem na chwilę, żeby chociaż zacząć ten dzisiejszy wpis. I przypomina mi się film, polski, zrobiony jeszcze wtedy, gdy polskie filmy dało się z przyjemnością oglądać, zatytułowany Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy. Chodzi o to, że Maklakiewicz gra człowieka, który właśnie wyszedł z więzienia, mieszka z matką staruszką, która go utrzymuje i od czasu do czasu, ponieważ go bardzo kocha, daje mu parę złotych na to, żeby on mógł się z kolegami schlać. Któregoś dnia, pod klasyczną PRL-owska budką z piwem zaczepia go dzielnicowy i pyta, czy mu nie wstyd być na utrzymaniu starej matki: I wówczas Maklakiewicz mówi tak: „Dopóki człowiek ma matkę, pozostaje dzieckiem. Gdy ją straci, dba o swoje utrzymanie. Tu wiek nie ma nic do rzeczy”. Scena ta, z punktu widzenia dzisiejszych standardów, a pewnie i wszelkich standardów, jest absolutnie horrendalna. Jeśli się nad nią zastanowić, to od czasu jak Jezus powiedział ewangelistom o niebieskich ptakach, nie było zdania równie porażającego w swoim przesłaniu. Jak by ktoś nie wiedział, to dodam tylko, że za tym akurat stoi Jan Himilsbach. Podobnie jak Maklakiewicz, pijak. I podobnie jak ja – degenerat.
       Przypomniał mi się ten cudowny polski film, a po nim, natychmiast inny, już nie polski, ale normalny – hollywoodzki. Też stary, z 1984 roku, a zatytułowany Miejsca w sercu. Sally Field gra kobietę, której mąż nagle umiera, zostawiając ją z czworgiem chyba dzieci. Dzieci jak dzieci – zwykłe. Ani bardzo grzeczne, ani bardzo niegrzeczne. Tyle że, może dlatego, że akcja filmu dzieje się jeszcze w starych bardzo czasach, nie chodzą w bejsbolówkach, ani w kapturach, ani nie mają tatuaży, ani kolczyków w nosie i w pępkach. A ona też – klasyczna wdowa, która całe życie doskonale wiedziała co ma robić, żeby rodzina funkcjonowała, ale też świetnie wiedziała, że są rzeczy, o które ona dbać nie musi, bo od tego ma męża. Pewnego razu, najstarszy syn chuligani się i wypada go ukarać. Niestety Field nie wie, jak, a przede wszystkim, jakie kary, się wyznacza i wymierza,. Więc zwraca się do tego niegrzecznego, najstarszego syna z kluczowym pytaniem: „Co by zrobił ojciec?” I wtedy ten chłopak najpierw się zastanawia i szczerze odpowiada, że o ile on dobrze pamięta to by mu wlepił pięć (a może dziesięć – tym razem ja nie pamiętam) pasów na tyłek. No i je zbiera, praktycznie wymuszając je na biednej matce.
      Co mi strzeliło do głowy, żeby opowiadać filmy? Część tej zagadki została już wyjaśniona. Ale oczywiście, powodów jest więcej i z pewnością ważniejszych. Pierwszy jest taki, że obiecałem napisać, dlaczego podoba mi się książka A.A. Milne o Kubusiu Puchatku, i dlaczego nie podoba mi się cykl książek o Harrym Potterze. A żeby cokolwiek napisać, należy to pisanie jakoś zacząć. A zatem, proszę potraktować to co wyżej jako wstęp. Jest jednak i inny powód takiego a nie innego wstępu. Chciałem najlepiej jak umiem pokazać, co mnie przyciąga, jeśli idzie o sztukę, taką jak film, czy literatura, a więc jeśli idzie o wykreowaną opowieść, lub obraz. Chodzi bowiem zawsze tylko o to, żeby to przede wszystkim było coś tak prostego, że aż zwalającego z nóg. A poza tym, żeby to było opowiedziane w taki sposób, że słuchając tej opowieści, człowiek zapomina że oddycha. A to jest zadanie nie do wykonania przez byle kogo. Tego się nie da zrobić tak, że ktoś w ramach pijackiej, albo po-pijackiej przygody, przeżyje coś, co wyda mu się zabawne i uzna, że to on w takim razie napisze na ten temat całą książkę, albo nakręci o tym cały film. Dodatkowo, nie może być tak, że ktoś, zastanawiając się nad własnym życiem, wpadnie na pomysł, że właściwie, skoro nie udało mu się dostać na medycynę, czy zatrudnić w banku, można by zostać artystą i od tego czasu zaczyna się wyłącznie zajmować szukaniem odpowiednich kontaktów. Krótko mówiąc, jeśli chce się malować obrazy, pisać książki, układać piosenki, kręcić wielkie filmy, czy grać piękne melodie na instrumencie i liczyć na to, że się to sprzeda, trzeba być jednym ze stu tysięcy, a nie jednym z dziesięciu.
      Albo trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. A to miejsce i czas, wcale nie muszą być wybrane bardzo uczciwie. Nie wiem na pewno, czy to co opowiada o sobie ani Rowling jest prawdą, ale oficjalna wersja jest taka, że ona kiedyś nabazgrała parę słów w knajpie na chusteczce do nosa i jej wyszedł Harry Potter. Z tym świstkiem bibułki poszła do któregoś wydawcy i w ten sposób stała się najsłynniejszą i najbogatszą autorką książek dla dzieci na świecie. I to jest pierwszy powód, dla którego twierdzę, że całą tą histerią związaną z Potterem stoi zwykłe oszustwo. Przypadki się zdarzają, ale nie w taki sposób. Talenty również spadają na nas z nieba, ale nie ot tak sobie. Najlepszym dowodem na to, że cudów nie ma, a wszystko jest bardzo starannie planowane, jest choćby kompletnie zapomniany i zlekceważony talent człowieka o imieniu Schmaletz, o którym kiedyś tu wspomniałem. Nawet Al Cooper i Mike Bloomfield, kiedy nagrywali z Dylanem Highway 61 Revisited, byli wielkimi gitarzystami już wcześniej, a Cooper na tyle wybitnym i zdeterminowanym muzykiem, że nawet mógł sobie pozwolić na to, by grać nagle na organach.
      Ale wracajmy do Pottera. Jego wyjątkowa bylejakość opiera się nie na jednym filarze – czyli na bylejakości talentu jego autorki – lecz na trzech bardzo mocnych podstawach. Jeden, to wspomniany już styl pisarski. Ta książka napisana jest w taki sposób, że każdy przeciętny copywriter w każdym przeciętnym wydawnictwie umie tak pisać. Tam nie ma jednego zdania, które wskazywałoby na to, że ona potrafi więcej, niż ktokolwiek inny, będący w tym zawodzie. Co więcej, skoro już pojawił się ten copywriter, cała narracja i cała fabuła tej ksiązki prowadzona jest tak, jakby pisała ją nie jedna osoba, lecz kilka. Efekt jest taki, że Harry widzi lustro, nagle z lustra wychodzi potwór, ale kiedy już go ma zabić, Harry wypowiada zaklęcie i w tym momencie zamienia się w sowę i wylatuje przez okno. Tymczasem okazuje się, że sowa, w którą on się zamienił nie umie latać, bo kiedy wypowiadał zaklęcie, coś mu się pomyliło i przez tą swoją pomyłkę sprowadził Valdemorta i zmienił go w sowę i teraz Harry jest Valdemortem … i tak to się ciągnie. Dokładnie na zasadzie telenoweli. Albo jeszcze gorzej: Kiedyś grałem na komputerze Atari w taką grę, gdzie trzeba było wybierać jedną z dróg. Idziesz albo do lasu, albo na polanę? Wybierasz las. W tej sytuacji rozpalasz ognisko, czy zbierasz grzyby? Zbierasz grzyby. Skoro zbierasz grzyby – znajdujesz złotą monetę, czy pięknego grzyba? Znajdujesz monetę… I w ten sposób do usranego końca. Oto fabuła Harrego Pottera. Nie istnieje żaden logiczny i przemyślany plan, lecz wyłącznie seria epizodów, z których każdy wynika z poprzedniego i które można ciągnąć w nieskończoność, do czasu jak ktoś nie powie: „Panowie, kończmy” i wtedy wszyscy giną, albo się żenią, albo ulatują w kosmos.
      Obrońcy Harrego Pottera twierdzą, że to wszystko jest nieważne, bo to jest książka dla dzieci i liczy się przygoda i przesłanie. A przesłaniem jest przyjaźń, wierność, miłość, więc dzieci – czytelnicy tej książki – mają wszystko co trzeba, żeby się przez nią stać lepszymi i mądrzejszymi ludźmi. A to, że świat przedstawiony w książce, to świat czarów i czarodziei, tylko wzmacnia dziecięcą wyobraźnię i też przez to czyni ich lepszymi. Tyle że to nieprawda. W przygodach Harrego Pottera nie ma ani miłości, ani przyjaźni, ani wierności, ani nawet zdrady. Jedyne co tam jest to kompletny chaos i przypadek, który jest wynikiem tego że w tamtym świecie hula nieustanna magia, gdzie wszyscy rzucają na siebie zaklęcia i wszyscy wszystkich chcą zniszczyć, lub uratować. Każdy w każdym momencie może stać się dobry, albo zły, zależnie albo od fantazji osoby, która aktualnie pisze kolejny rozdział, albo od potrzeb scenariuszowych. Dodatkowo jeszcze, ta magia, która trzyma w kleszczach jakikolwiek sensowny kształt tej opowieści, i która się nigdy nie kończy, bo wszyscy są magikami równie wybitnymi jak i kompletnie nieudanymi, nie jest magią prawdziwą, a więc magią na widok której moglibyśmy sobie pomyśleć, że oto jest coś o czym nigdy wcześniej nawet nie pomyśleliśmy, ale magią w takiej postaci, jak ją mógłby sobie wyobrazić każdy głupek. A więc lustra, z których coś wyłazi, albo stoły, które zaczynają chodzić, albo samochód, który fruwa. I to ma rozbudzać wyobraźnię dzieci? Dziękuję bardzo. Wolę „Lethal Weapon IV”. Przynajmniej tam ktoś jest lepszy, lub silniejszy, lub mądrzejszy i nie jestem wystawiony na rozwiązania takie, jakie są w Potterze, gdzie nawet największy czarodziej świata, czyli Dumbledore co drugi dzień jest głupi, niesprawiedliwy, albo kompletnie nieprzytomny, a jedyne co potrafi naprawdę, to robić magiczne sztuczki prosto z programu David Coppperfield Show.
      No i jest jeszcze jeden aspekt tej ksiązki, czy serii książek, który sprawia, że ona stała się tak popularna i która uczyniła z Rowling gwiazdę. Chodzi mi o ten podstawowy, a zarazem jedyny pomysł na ten projekt. W normalnych bajkach było zawsze tak, że istniał świat realny i świat czarodziejski. Przygoda polegała na tym, że niekiedy świat czarodziejski przenikał do świata naszego i z tego się coś tam ciekawego rodziło. Tu, jak się zdaje, po raz pierwszy zostało zaproponowane takie rozwiązanie, że to wszystko jest naszym światem, z tą różnica, że – jak się okazuje – niektórzy z naszych sąsiadów i znajomych to czarodzieje. I oni są od nas lepsi, więksi, szlachetniejsi, jakby wybrani. Oni są elitą. Okazuje się, że istnieje może i tu, za rogiem, świat równoległy, gdzie niektórzy z nas spędzają czas wtedy, kiedy ich nie widzimy. Oczywiście, przygody Harrego Pottera nie mogły pokazać tamtego świata w sposób zbyt egzotyczny, raz że autorzy tej ksiązki ani by tego dobrze zrobić nie potrafili, ani im by się nie chciało, a przede wszystkim dlatego, że ci czarodzieje muszą być tacy jak my, bo inaczej dziecięcy czytelnik nic by z tego co tam się dzieje nie zrozumiał. A więc oni ściągają na lekcjach, na święta mają choinkę, jedzą jajecznicę, i oczywiście jeżdżą pociągiem z przedziałami. Mimo to jednak, tylko pozornie sa tacy jak my, ponieważ kiedy ich zobaczymy na tle zwykłych ludzi, czyli tzw. mugoli, którzy są po prostu nicnieznaczącym robactwem, zobaczymy, że między nami a nimi jest cały kosmos. Oni są wybrani.
      I to jest własnie aksjologia powieści Rowling. Jeśli chcesz się wydostać ze świata mugoli, musisz stać się czarodziejem. A do tego nie potrzebujesz ani inaczej się ubierać, jeść tego czego nie lubisz, więcej się uczyć, mieć mniej wad, czy słabości, być ładnym, czy przystojnym, Wystarczy że się zdeklarujesz, że chcesz do nich przystąpić. A więc zostać czarodziejem. Ciekawa sprawa w Kamieniu filozoficznym Dumbledore mówi w pewnym momencie tak: „Scars can come in useful.I have one myself above my left knee which is a perfect map of the London Underground”, co po polsku brzmi tak: “Blizny mogą się przydać. Sam mam jedną nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra”. O co chodzi z tym metrem i z tymi bliznami. Co ta głupkowata z pozoru informacja może powiedzieć dziecku, które jedyne co z tego wszystkiego wie, to to, ze chciałoby zostać czarodziejem, jak Harry Potter? Dokładnie nic. Fakt jest jednak taki, że dla światowej masonerii, londyńskie metro stanowi symbol ich zwycięstwa i władzy. Plan londyńskiego metra dokładnie bowiem odzwierciedla układ kabały, a więc jednego z podstawowych dla masońskiej symboliki znaku http://www.johncoulthart.com/pantechnicon/kabbalah.html. A to, że o tej „koincydencji” w swojej piosence „Station to Station” nie do końca popowy piosenkarz David Bowie śpiewa "Here are we, one magical movement from Kether to Malkuth", wcale nie trywializuje problemu, lecz wręcz przeciwnie.
       Pomijając ogólne wrażenie, wynikające z całego szeregu śladów, tropów i okoliczności, jest to jedyny dla mnie całkowicie jednoznaczny dowód, że Harry Potter ma ukryte inspiracje masońskie. I nawet jeśli w kolejce do komentowania tego wpisu stoi już cała masa osób, które gotowe są mi zarzucać obsesje i brak powagi, ja mam wciąż jedno pytanie: Po ciężką cholerę Dumbledore w powieści Rowling ma tę bliznę? Tak sobie? To taki żart? Taki kaprys? To jest nic nie znacząca zabawa? Dziękuję bardzo, ale ja się w kabałę bawić nie mam ochoty. Szczególnie gdy ona jest mi wrzucana podstępnie. A ja jeszcze wiem coś więcej. Że w tej „wspaniałej” książce jest ich prawdopodobnie dużo więcej, tyle że proszę ode mnie nie wymagać za wiele. Na tym akurat się nie znam i nawet nie mam odpowiednich ambicji. Zwłaszcza że celem tego wpisu tak naprawdę nie jest szukanie satanistycznych inspiracji dla literackich osiągnięć J.K. Rowling, lecz wykazanie, że to jest po prostu nędzna literatura, od której każdego roku na świcie powstaje cały szereg mądrzejszych i lepiej napisanych książek. Choćby takich jak cykl opowieści Johna Bellairsa o Louisie Barnavelcie, o której jednak pies z kulawą nogą nie słyszał, bo w jej sprawie w księgarniach na całym świecie nie rozdawano czapek i różdżek. I jeszcze wyrażenie zdziwienia, że ludzie z pozoru inteligentni, wrażliwi i myślący, bez mrugnięcia okiem przyjęli aż tak nachalną manipulację.
       Ktoś może zapytać, dlaczego, skoro za sukcesem Harrego Pottera stały aż tak wielkie wpływy, czemu w efekcie powstało coś tak taniego i płytkiego? Przyznam się że nie wiem. Są jednak na to dwa wyjaśnienia. Jedno to takie, że oni są mocni wyłącznie w starciu z tak nędznym przeciwnikiem, co by akurat było dość pocieszające. Drugie jest znacznie smutniejsze. Oni wiedzą, że przy takim przeciwniku, mogą działać nawet na ćwierć gwizdka. A i tak, to co chcą – skutecznie osiągną.
       Harry Potter. Kiedyś będziemy się tego wstydzić.

Zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.


czwartek, 16 listopada 2017

Pomidor

       Jak już wspomniałem wczoraj, zmarł mój teść i owo odejście wiąże się z tyloma refleksjami, że przyjdzie czas, kiedy je tu po kolei wszystkie przedstawię. Dziś jednak nie bardzo mam siłę, ani też ochotę, do tego, by komentować bieżące wydarzenia.Natomiast z prawdziwą przyjemnością chciałbym zacytować podaną przez portal tvn24.pl informację o następującej treści:
       „Po dwóch latach rządów PiS 37 procent badanych w sondażu Kantar Public uważa, że nastąpiła zmiana na gorsze, a 36 procent - że na lepsze. 27 procent badanych nie ma zdania na ten temat. 47 procent ankietowanych jest zdania, że od objęcia władzy przez PiS, w Polsce zaszły duże zmiany, 6 procent uznało, że żadnych zmian nie ma. Z sondażu przygotowanego na dwulecie rządów PiS wynika, że 28 procent Polaków ocenia, iż Platforma Obywatelska rządziłaby gorzej od PiS, 27 procent jest zdania, że tak samo, a 18 procent, że lepiej. 27 procent badanych nie umie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Zmiany, które zaszły w kraju od przejęcia władzy przez PiS, jako duże ocenia 47 procent badanych, 31 procent uważa, że są one małe, a 6 procent wskazało w sondażu odpowiedź ‘żadne’. 16 procent nie wybrało jakiejkolwiek z odpowiedzi. Zdaniem 37 procent ankietowanych nastąpiła zmiana na gorsze; według 36 procent - na lepsze, 27 procent badanych nie ma zdania na ten temat”.
        Przepraszam, ale na to wszystko, ja mam tylko jeden komentarz: „Pomidor”.
        A jeśli ktoś potrzebuje wyjaśnienia, to wyjaśnienia z wczesniej przedstawionych powodów nie będzie, natomiast zachęcam do refleksji.


Nasze książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam gorąco.

środa, 15 listopada 2017

Tym razem bez tytułu

       Wczoraj, po paru miesiącach walki, zmarł mój teść. Odszedł nie cierpiąc, świadomy, że to już koniec, radosny na spotkanie po latach swojej ukochanej żony.
       A ja chciałbym dziś podziękować wspaniałym lekarzom z Oddziałów Neurochirurgii oraz Rehabilitacji Neurologicznej Szpitala Klinicznego w Katowicach – Ligocie za profesjonalną opiekę, za ich wysiłek, za dobrą cierpliwosć i stałą uprzejmość. Dziękuję paniom pielegniarkom i pielęgniarzom zarówno w Klinice, jak i w ośrodku Beta-Med w Chorzowie, wszystkim niezwykle sympatycznym, grzecznym i ofiarnym, za wszystko co zrobili, by te ostatnie dni były dla naszego taty i dziadka naprawdę dobre. Dziękuję też fantastycznym rehabiltantom zarówno z Oddziału Rehabilitacji Neurologicznej, jak i w Beta-Medzie. Na koniec też chciałbym podziękować ratownikom medycznym, z którymi w tym czasie miałem okazję się spotkać parokrotnie i którzy zawsze byli dla nas uprzejmi, profesjonalni i bardzo pomocni.

      Do zobaczenia, Tato. Mam nadzieję, że pozwolą Ci tam oglądać mecze Twojego Górnika Zabrze, no a przede wszystkim  Premier League.

wtorek, 14 listopada 2017

Arena idei, czyli wrestling dla lepszego sortu

       Przyznam, że niemal owo wydarzenie przegapiłem, ale, owszem, udało mi się kątem oka dojrzeć, że doszło do zapowiadanej od paru dni wielkiej debaty TVN-u , zatytułowanej z charakterystycznym dla tych ludzi wdziękiem, „Arena Idei”, podczas której na wyeksplowatowany już niemal do porzygania temat nienawiści, która rzekomo rozdarła Polskę na pół, przed zgromadzoną publicznością, oraz pod czujnym okiem red. Kolendy-Zaleskiej, dyskutowali ksiądz Boniecki, oraz profesorowie Łętowska, Bralczyk i Zybertowicz. Jak mówię, choć odpowiednio wcześniej wiedziałem o szykowaniu owego przekrętu, z czasem o nim zapomniałem i tylko zupełnym przypadkiem udało mi się obejrzeć niewielki jego fragment. Może zanim przejdę do rzeczy, wyjaśnię może, czemu wspominając o owej „rozdzierającej Polskę na pół nienawiści” użyłem słowa „rzekoma”. Otóż rzecz w tym, że, choć oczywiście ów podział istnieje i w pewnych swoich formach, jak choćby zabójstwo Marka Rosiaka, czy samobójstwo Piotra Szczęsnego, przybiera postać prawdziwie upiorną, ma znaczenie, tylko dla nas, natomiast dla ogromnej większości społeczeństwa stanowi coś tak egzotycznego, że gdyby im kazać sprawę komentować, oni nie wiedzieliby nawet, o co dokładnie chodzi. I dotyczy to nawet tych osób, które w codziennych plotkach lubią rzucić to tu to tam, że „Kaczyński to stary pedał”, albo że „Tusk to rudy złodziej”, jednak nawet im w głowie przeżywać jakąkolwiek nienawiść do kogokolwiek, poza oczywiście nielubianym sąsiadem, czy szefem w pracy. A zatem, jeśli dziś TVN organizuje wspomnianą debatę, podczas której wszyscy jej uczestnicy udają, jak to oni strasznie przeżywają fakt, że społeczeństwo jest tak okropnie podzielone, to robi to wyłącznie po to, by przedłużyć obu stronom, a sobie przede wszystkim,  alibi na dalsze lata wykorzystywania tego, jako argumentu w walce o władze i pieniądze.
     A zatem mieliśmy wczoraj ową niby debatę zorganizowaną wokół tego niby problemu, gdzie każdy znakomicie znał swoją rolę i robił wszystko, by nie doszło do niekontrolowanego wybuchu. I pewnie wszystko to nie byłoby warte komentarza, gdyby nie obecni na publiczności tak zwani „ludzie kultury”, z których rozpoznałem pisarzy Stasiuka i Chwina, a wysłuchałem Chwina. Otóż w pewnym momencie Chwin zwrócił się do Zybertowicza z pytaniem, czy on akceptuje pojęcie „gorszego sortu” jako część swojego słownika. I proszę sobie wyobrazić, że uzyskawszy tak doskonałą pozycję do tego, by zarówno Chwina, jak i całe to towarzystwo, zwyczajnie rozpędzić na cztery wiatry, mówiąc, że ależ tak, podobnie jak wy od dziesięcioleci traktujecie mnie, jako gorszy sort, tak samo i ja was uważam za sort jednoznacznie gorszy, Zybertowicz najpierw zaczął się zarzekać, że on osobiście korzystaniu w debacie z takich określeń się sprzeciwia i sam ich unika, a następnie zaczął temu durniowi tłumaczyć, że kiedy  Jarosław Kaczyński mówił o „gorszym sorcie” jemu tak naprawdę chodziło o coś zupełnie innego, czym oczywiście natychmiast sprowokował wrzaski pozostałych uczestników spotkania, oraz szydercze buczenie i śmiech ze strony publiczności i już po chwili musiał się grzecznie zamknąć.
      Mamy za sobą już niemal 30 lat owego mordobicia, gdzie wszyscy o wszystkich powiedzieli już niemal wszystko, zaczynając od pamiętnego „ciemnogrodu”, przez „moherowe berety”, czy „Januszów z Rzeszowa”, po wreszcie obsrywające za pieniądze z 500+ nadmorskie plaże rodziny z 500+ z jednej strony, czy „komuchów”, „zdrajców Ojczyzny”, „Żydów” i „sługusów Sorosa” z drugiej i nagle się okazuje, że pisarz Chwin ma problem z „gorszym sortem”? Czemu to zatem nagle dla Zybertowicza, wybitnego socjologa, okazało się takie trudne, by wytłumaczyć tej durnej pale, że gdy dochodzi miedzy ludźmi do poważnych sporów, jest rzeczą zupełnie naturalną, że w pewnym momencie jedni zaczynają uważać tych drugich, w tym, czy innym punkcie, za gorszych, głupszych, a niekiedy nawet podlejszych i że wówczas zaczynają nimi gardzić?
      A tu Zybertowicz miał zadanie szczególnie łatwe, ze względu właśnie na osobę Chwina. To bowiem nie kto inny jak Chwin przecież, o czym miałem okazję pisać przed wielu laty tu na tym blogu, wziął udział w zorganizowanej przez media zabawie pod tytułem, „Czy Polska jest sexy?” i przedstawił następujący opis Polaków: „Naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści”. Przepraszam bardzo, ale on chyba ludzi, o których nam z takim talentem opisuje, nie uważał za równy sobie sort. A, proszę zwrocić uwagę, Chwin nie gardzi nami za to nawet, że jesteśmy faszystami i chcemy zniszczyć demokrację, ani nawet za to, że kochamy Polskę w nieładny sposób, lecz wyłącznie za nasz „buracki” wygląd i charakter i niechęć do aferzystów. Za to więc, co on nazwywa „polskością”. Ile więc kosztowało to Zybertowicza, żeby zamiast się przed Chwinem bez sensu usprawiedliwiać, rzucić mu prosto w twarz: „Jasne, że uważam pana za gorszy sort. Człowiek, który z taką wyższością wypowiada się o ludziach, wśród których żyje, tylko za to, że ubierają się w lumpeksach i instynktownie nie lubią złodziei, nie zasługuje na nic lepszego”. A potem może jeszcze zwróciłbym się do Letowskiej z prośbą, by może doprecyzowała kwestię owych „peryferii”, o których wspomniała w wywiadzie dla „Wyborczej”, mówiąc: „I musimy zdecydować, czy chcemy być wschodnimi peryferiami Zachodu, czy zachodnimi Wschodu”.
      Ktoś powie, że może Zybertowicz akurat tamtej wypowiedzi Chwina nie znał, tyle że to nie ma najmniejszego znaczenia. Nawet gdyby on nie miał bladego pojęcia, kto to taki ten Chwin, powinien przede wszystkim mieć rozeznanie w zasługach, jaką choćby ci, którzy zaprosili go do udziału w tej debacie, mają gdy chodzi o zbudowanie wokół znacznej części Bogu ducha winnej części społeczeństwa atmosfery getta i morderczej wręcz pogardy, no a przede wszystkim miał znaleźć w sobie tę uczciwość, by Chwinowi powiedzieć, co myśli o nim i o takich jak on. A przewidując, że może być trudno, miał ze sobą wziąć do studia ów słynny tekst „Newsweeka” o głupich, brzydkich i zdziczałych Polakach z 500 +, rozwalających się jak robactwo na plaży we Władysławowie i poczytać im fragmenty.
      No ale nie wziął i nie przeczytał, a ja myślę, że to może i dobrze, bo jeszcze by się okazało, że ksiądz Adam Boniecki ze sobą z kolei zabrał kilka ulubionych egzemplarzy „Gazety Polskiej”, czy „W Sieci” i Zybertowicza trzeba by było stamtąd wynieść, jak wierzga i przeprasza, ze to przecież nie on, tylko Sakiewicz z Pawlickim.

Moje książki, jak zawsze są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedziwedz.pl. Zapraszam gorąco.

     

poniedziałek, 13 listopada 2017

O sumieniu księży i nie tylko

Oczywiście chciałbym, żeby to już było naprawdę po raz ostatni, ale Diabeł jeden wie, jak, jeśli w ogóle, sprawa będzie dalej rozwijała, więc obiecywać niczego nie będę. Przed nami więc jeszcze parę refleksji w temacie niedawnej śmierci pod Pałacem Kultury, jakie zamieściłem w minionym tygodniu w „Warszawskiej Gazecie”. Mam nadzieję, że, mimo wszystko, każdy z nas znajdzie tam coś nowego do tego, by się zadumać.    


      Nieoczekiwanie, tematem debaty stała się sprawa pewnego Piotra Szczęsnego, który 19 października (co ciekawe, dokładnie w rocznicę zamordowania działacza Prawa i Sprawiedliwości, Marka Rosiaka) podpalił się pod Pałacem Kultury, by zaprotestować przeciwko rządom Pis-u, i zwyczajnie zmarł. O tym, że sprawa ma szerszy zakres świadczy fakt, że o ile na samym początku ów biedny człowiek był przedstawiany w mediach jako Piotr S., dziś, dzięki zaangażowaniu takich ośrodków antyrządowej propagandy, jak „Newsweek”, jego nazwisko jest już własnością publiczną, i pojawiają się nawet głosy, by w dzień, w którym Szczęsny dokonał aktu samospalenia, oraganizować kontrmiesięcznice na wzór tych znanych nam od roku 2010.
     Mieliśmy w Polsce już wcześniej tego typu dramatyczne gesty, z których najbardziej wprawdzie znanym jest sprzeciw Ryszarda Siwca wobec inwazji Związku Sowieckiego na Czechosłowację, ale oprócz tego też samospalenie się Walentego Badylaka w proteście przeciwko ukrywaniu przez komunistyczne władze prawdy o Katyniu, no i wreszcie ów straszny gest z roku 2011, kiedy to przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów podpalił się pracownik Urzędu Skarbowego wyrzucony z pracy za próbę ujawnienia korupcji w swojej firmie. Wydaje się, że perspektywa, jaka została nam dziś podarowana, pozwala nam spojrzeć na te wszystkie przypadki z pewnym dystansem. Oto mamy ludzi, osiągających poziom desperacji, który prowadzi ich do śmierci faktycznie męczeńskiej, w pierwszym wypadku za wolność Czechosłowacji, w drugim za prawdę o Katyniu, w trzecim – tu akurat ów biedny człowiek szczęśliwie przeżył – za życie rodziny, no i zwykłą sprawiedliwość. Tym razem na scenie pojawia się ów Piotr Szczęsny i oddaje życie za demokrację, Europę i, last but not least, Puszczę Białowieską, a cała Polska zrywa się na równe nogi i ogłasza nową erę.
      I gdy wydawałoby się, że sprawa jest absolutnie czysta i każde dodatkowe słowo zbędne, do dyskusji włącza się Kościół i ustami biskupa Pieronka ogłasza, że oto doszło do aktu mądrości, ujawnionej przez bohaterstwo wręcz wyjątkowe. A zatem mamy dyskusję i tu pojawia się myśl sprzed wielu już laty znanego nam księdza Tischnera o nastepującej treści: „Mnich buddyjski dokonując aktu samospalenia, decydował się na ofiarę pełną bólu. Chciał w ten sposób krzykiem swoim ogłosić, że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Nic na świecie nie boli tak jak oparzenie. Sumienie jest ostateczną instancją, która rozstrzyga, co człowiek powinien, a czego nie powinien zrobić. I gdybym zaobaczył, że taki jest głos jego sumienia, musiałbym to uznać”.
      Pojawia się owa myśl i nieoczekiwanie zaczyna stanowić argument w walce o Prawdę. Oto, jak się okazuje, każdy postępuje zgodnie z własnym sumieniem i ci będą zbawieni. Reszta, odwołująca się do jakichś przesądów i kombinująca bez sensu, balansuje na linie. I tak jak to ma miejsce już od lat, wygrywa ksiądz Tischner, ów słynny specjalista od „gówno prawdy” i jego kolejni uczniowie.


Moje książki można niezmiennie kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam goraco. 

niedziela, 12 listopada 2017

O prawie i sprawiedliwości w cieniu Krzyża

Doszło ostatecznie do procesu Murzyna, który parę miesięcy temu we włoskiej miejscowości Rimini, wspólnie z paroma innymi swoimi kolegami, brutalnie zgwałcił i poturbował pewną polską parę, i po zaledwie paru dniach rozprawy włoski sąd skazał Murzyna na 16 lat więzienia, czyli o dwa lata więcej, niż życzyła sobie prokuratura. 16 lat to czas oczywiście na tyle długi, byśmy nie mogli za bardzo przewidywać, jak się potoczy los tego szczególnego człowieka, jednak, jak podają media, plan jest taki, by po odsiedzeniu wyroku Murzyn wrócił do Konga, czyli do miejsca, skąd pewnego dnia przybył do Europy, by używać życia, i tam już pozostał.
Mimo że wbrew życzeniom Patryka Jakiego i jego wyborców, Murzyn nie został przekazany Polsce i skazany na rozczłonkowanie i powieszenie, niemniej większość z nas oczywiście odczuwa wielką satysfakcję, związaną w pierwszej kolejności z tym, że włoska policja odpowiednio szybko wytropiła owych gwałcicieli, no ale też z powodu błyskawicznie i bez zbędnych ceregieli wydanego, ale również stosunkowo surowego wyroku, patrzymy na pokazywane przez wszystkie niemal media zdjęcie sali sądowej, szukamy wzrokiem tego czarnego łba, wielu jednak z nas umyka coś, co moim zdaniem stanowi tu prawdziwy znak i symbol. Oto na ścianie, wysoko nad stołem sędziowskim, wisi wielki krzyż z Jezusem i wiemy, że choćby nie wiadomo jak bardzo Murzyn próbowałby uciekać wzrokiem, to wie, że już nie uniknie tego spojrzenia. Przez te trzy, czy cztery dni rozprawy, on będzie tam siedział i widział doskonale, przeciwko komu tak naprawdę wystąpił i w imię czyjego prawa będzie prawdopodobnie musiał zakończyć swoje nędzne życie w biedzie i upodleniu.
Spójrzmy proszę z prawdziwym zrozumieniem na to zdjęcie. To jest moc, której nie są w stanie osłabić choćby najbardziej pokrętne projekty wypluwane przez współczesny świat. Mamy te Włochy, to Rimini, ten sąd, ten Krzyż i już wiemy, o co chodziło z tymi mocami piekielnymi, które Go nie przemogą.




Jak zawsze zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

sobota, 11 listopada 2017

Borubar, człowiek z Ministerstwa Prawdy, odchodzi na zasłużoną emeryturę

     Przyznam, że nie wiem, czemu tak jest, ale mimo iż jest całe mnóstwo okazji do wspominania czegoś, co ostatecznie zapisało się w naszej najnowszej historii, jako „przemysł pogardy” – inna sprawa, że ja tu zdecydowanie bardziej wolę określenie „przemysł nienawiści” – dla mnie na pierwszym miejscu zawsze już będzie stał ów niezwykły projekt pod nazwą „Borubar”. Jak niektórzy z nas pamiętają, przez  ponad cztery lata swojej prezydentury Lech Kaczyński był dręczony na wszelkie możliwe sposoby, poczynając od zwykłych szyderstw, przez najbardziej wymyślne obelgi i kłamstwa, aż wreszcie po ostateczne rozwiązanie w Smoleńsku, ów „Borubar” jednak robi wrażenie czegoś wyjatkowo złego. Przez te wszystkie lata, podobnie zresztą jak w latach poprzednich i tych, które nastąpiły później, nie mieliśmy do czynienia z projektem tak doskonale szatańskim.
      Dzięki owemu projektowi wyatwaiano Lecha Kaczyńskiego na pośmiewisko przez wiele długich lat, a też zapewne i dziś to tu to tam on znakomicie spełnia swoje cele, a ja od samego początku wiedziałem, że jest tak naprawdę tylko jedna osoba, która mogłaby jednym krótkim gestem to zło uciszyć, a mianowicie sam Artur Boruc. Jestem głęboko przekonany, że gdyby on w odpowiednim czasie wystąpił publicznie i ogłosił, że nie ma najmniejszej wątpliwości, że Prezydent doskonale wie, jak on ma na nazwisko, że odcina się od tej nagonki i że sobie nie życzy, by go wciągać w coś tak podłego, to zło dostałoby fangę w ryj, a świat automatycznie stałby się lepszy.
      Niestety, z tego co wiem, Artur Boruc w tej sprawie zabrał głos tylko raz, na samym początku, kiedy poproszony przez któregoś z nich o komentarz odpowiedział: Jeśli na moje mecze mają przychodzić tacy kibice, wolę grać przy pustych trybunach”. Dlatego też, kiedy wczoraj Telewizja Polska urządziła wielką fetę na cześć Artura Boruca właśnie, z okazji jego ostatniego występu w reprezentacji, a przy tym wręcz stawała na głowie, by pokazać, jaki z niego prawdziwy polski patriota i katolik, to ja przepraszam bardzo, ale mnie proszę do tego nie mieszać. Dla mnie Artur Boruc póki co pozostaje cześcią owego diabelskiego przekrętu i dopóki on nie zabierze w tej sprawie głosu po raz drugi, ja sobie nawet nie życzę słyszeć jego nazwiska.
     Minęło już wiele lat i zdaję sobie sprawę z tego, że są tu osoby, które nie bardzo wiedzą, w czym rzecz. Dla nich więc – ale też i dla nas, bo czemu nie – przypominam swój stary bardzo tekst o Borubarze, człowieku z Ministerstwa Prawdy. Zapraszam.



      W ciągu paru ostatnich dni, wśród osób komentujących na moim blogu, pojawił się kilka razy, podpisujący się różnie osobnik, którego komentarze niezmiennie zawierały absolutnie niemerytoryczne bluzgi pod adresem prezydenta Kaczyńskiego. Komentator ten nie komentował, nie polemizował, nawet nie krytykował w sposób szczególnie złośliwy. Jego komentarze stanowiły czyste obrażanie Prezydenta, przy użyciu najbardziej wulgarnego i chamskiego języka, dla samej satysfakcji obrażania. Mimo że z zasady nie usuwam jakichkolwiek komentarzy pojawiających się na moim blogu, w przypadku tego kogoś zrobiłem wyjątek. Z tego jednak co on pisał, zostało mi w pamięci jedno. O prezydencie – choć same epitety zmieniały się nieustannie –  niezmiennie mówił „Borubar”. Domyślam się, że w pewnym momencie uznał on, że to, iż Lech Kaczyński wymyślił, że piłkarz Boruc nie nazywa się Boruc, ale Borubar, jest wystarczającym powodem, żeby tępić Prezydenta na najwyższych rejestrach.
       Kiedy czytałem wpisy tego dziwnego człowieka, kasowałem je, czytałem kolejne, znów je kasowałem i znów czytałem następne, zastanawiałem się nad destrukcyjną –  destrukcyjną w naprawdę szatańskim stylu – potęgą mediów. Bo nie jest tak, że ten komentator narodził się sam z siebie. Nie jest tak, że on sobie chodził po świecie, czytał książki, wracał z pracy, oglądał telewizję i w tym czasie osiągnął opisany przez mnie stan. On został stworzony przez medialną propagandę i manipulację, która przez ponad dwa lata sączyła w jego serce i w jego duszę odpowiednio dobraną truciznę i ostatecznie zrobiła z niego idealnego robota, by, jako jeden z wielu podobnych sobie, mógł – razem ze swoim stwórcą – budować nowe czasy.
      Chciałbym dziś skupić się tylko na tym jedynym, zapamiętanym przeze mnie, elemencie zjawiska, o którym mówię, mianowicie na owym „Borubarze”. Ponieważ chcę wiedzieć, o co chodzi, zaglądam na youtube i tam znajduję jednominutowy filmik zatytułowany „Pan Prezydent o meczu z Austrią ... ‘Roker Perejro’ i Artur ‘Borubar’” http://pl.youtube.com/watch?v=gtg7Otj14rE.   
      Sprawa polega na tym, że po zremisowanym przez Polskę meczu z Austrią, dziennikarz Polsatu zwrócił się do Prezydenta z prośbą o ogólną ocenę tego, co się właśnie stało. Prezydent przez minutę opowiada o swoich wrażeniach, jego wypowiedź jest spokojna, stonowana, płynna – zwyczajna wypowiedź prezydenta Kaczyńskiego na temat meczu. Pod sam koniec swojej wypowiedzi, Prezydent mówi następujące słowa: "ALE DOBRY TEŻ BYŁ NASZ BRAKMKARZ, ARTUR BORUC, BARDZO". Ponieważ, jak mówię, jest to już koniec całej kwestii, Lech Kaczyński mówi z naturalnie opadającą intonacją, co sprawia, że końcówka zdania jest niewyraźna, a biorąc pod uwagę fakt, że dykcja Prezydenta, jak zwykle, pozostawia wiele do życzenia, z tego „bardzo” pozostaje tylko zaakcentowana pierwsza sylaba „bar...”.
       W opowiadaniu J.D.Salingera „Just Before The War With Eskimos”, brat Seleny zwraca się do Ginnie z pytaniem: "Jeet yet?" Ginnie oczywiście nie rozumie, więc brat Seleny powtarza pytanie: "Jeet lunch yet?" Ponieważ pojawił się ów lunch, Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą, tylko chce ją poczęstować kanapką z kurczaka, tyle że mówi niestarannie. Skąd Ginnie wie, że brat Seleny nie jest idiotą? Stąd, że to jest oczywiste. Gdyby był idiotą to by się zachowywał jak idiota i można by było mu ten idiotyzm udowodnić na tysiąc innych sposobów, niż czepiając się jego wymowy.
      Każdy normalnie myślący człowiek wie, że w świecie, w którym żyjemy, to co słyszymy jest przetwarzane na dziesiątki różnych sposobów. Nasz głos może być niewyraźny, ponieważ odbija się echem, albo jest zagłuszany przez hałas, albo ginie wśród innych szmerów, czy wreszcie może być niewyraźny, bo mówimy niewyraźnie. Mówimy natomiast niewyraźnie też z różnych powodów. Albo mamy wadę wymowy, albo mamy marną dykcję, albo nam się mówić wyraźnie nie chce, albo jesteśmy zmęczeni, albo akurat z jakiegoś powodu coś nam się powiedziało niewyraźnie. Jedni z nas więc mówią, inni słuchają i choć oczywiście lepiej by było, gdyby jedni mówili wyraźnie, a drudzy słuchali uważnie, to tak się często dzieje, że coś się w tej transmisji psuje.
      W tej sytuacji jednak, mamy swój rozum i doświadczenie i oczytanie i wyobraźnię, więc często potrafimy się domyślić, kto co do nas mówi, mimo, że słowa są nieczytelne. Wiemy to i tylko niektóre przesadnie ambitne dzieci, kiedy słyszą coś, co brzmi im absurdalnie, zamiast uznać, że albo źle usłyszały, albo, że ktoś coś powiedział niewyraźnie, albo wręcz się przejęzyczył, wybuchają szyderczym śmiechem i zaczynają się głupio popisywać. Ojciec mówi na przykład: „Idź juśsie myć!”, a piekielnie inteligentny pięciolatek pyta: „Juśsie? Co to znaczy juśsie? Kto to jest Juśsie? Nie znam nikogo takiego”.
      W przypadku Borubara, nie sugeruję, że doszło do kontaktu Prezydenta z jakimś głupim jeszcze, choć, jak mówię, ambitnym dzieckiem. Nie było tak, że jakiś dziesięciolatek-prymus, po meczu Polski z Austrią, obejrzał rozmowę z Prezydentem, uznał, że Prezydent zamiast Boruc, powiedział Borubar i że warto by tę wypowiedź wbić na youtube’a i pokazać całemu światu, jaki to z Lecha Kaczyńskiego palant. Takich głuptasów nie ma nawet wśród dziesięcioletnich prymusów.
       Uważam, że było inaczej. Któryś z dorosłych uczestników tego, co się powszechnie nazywa walką polityczną, bądź, być może, ktoś zatrudniony na etacie przez odpowiednią sekcję w Urzędzie Rady Ministrów, albo odpowiednią komórkę wewnątrz współpracujących z obozem rządzącym mediów, słuchając wypowiedzi Prezydenta, zwrócił uwagę na tę, słynną już dziś, sekwencję i postanowił, że to może się okazać jeszcze większym hitem, niż Irasiad, czy wieśmaki. No i tego Borubara wylansował.
       Proszę zwrócić uwagę. Prezydent w tej samej wypowiedzi faktycznie powiedział „Perreiro” zamiast „Guerreiro”. Pomylił się. Pomylił się, bo może myślał, że Roger Guerreiro nazywa się Perreiro, albo po prostu Perreiro – co akurat mnie nie dziwi – zabrzmiało mu bardziej naturalnie i się zagapił. Ale proszę, zwróćcie też uwagę, że z tego „Perreiro”, media nie zrobiły takiego cyrku, jak z Borubara. Dlaczego? Dlatego, bo Kaczyński faktycznie się pomylił, a jego pomyłka – właśnie przez to, że się zdarzyła – była naturalna. A skoro naturalna, to mało użyteczna dla akcji zniesławiającej Prezydenta. Borubar, to co innego. Borubar gwarantował sukces.
      Oczywiście, w normalnie funkcjonującym społeczeństwie, ten numer by nie przeszedł. Z tej prostej przyczyny, że normalni członkowie normalnie funkcjonującego społeczeństwa, przede wszystkim nie uwierzyliby, że ktoś, i to niekoniecznie nielubiany przez nich prezydent, ale ktokolwiek, mógłby wykazać się aż taką wyobraźnią, żeby nazwisko Boruc przekręcić na Borubar. Boruc mógłby się zmienić w Boruta, albo Goruta, ewentualnie nawet w Borysa, ale – na Boga – nie w Borubara. I nieważne też by było, czy dla przeciętnego obserwatora miałby ten ktoś przekręcić to nazwisko w tak fantazyjny sposób z tego powodu, że zawsze myślał, że to nie Boruc, tylko Borubar, czy przez to, że się przejęzyczył, czy nawet przez to, że nagle pomieszało mu się w głowie i zapomniał, a jak już sobie przypomniał, to właśnie tak jakoś bez sensu. Standardowo myślący człowiek tego „Borubara” by nawet nie usłyszał. Normalny człowiek albo nie zrozumiałby końcówki wypowiedzi Prezydenta, albo by zgadł, że Prezydent wypowiedział na końcu słowo „bardzo", tyle że niewyraźnie. A najprawdopodobniej w ogóle by się nad tym nie zastanawiał, bo i trudno analizować każdy akcent w każdej wypowiedzi każdego człowieka, który mówi albo do nas, albo obok nas to tu to tam, od rana do wieczora. No, ale kiedy się kogoś naprawdę nienawidzi i kiedy nie jest się w stanie poradzić sobie z tą nienawiścią w sposób rozumny, to wówczas dochodzi do sytuacji najbardziej kosmicznych. Wtedy, albo z wyrachowania, albo z czystego zaślepienia, człowiek – niekiedy zupełnie z pozoru zwyczajny i w innych sytuacjach bardzo rozsądny – zaczyna się zachowywać, jak kompletny wariat.
      Sam niedawno przeżyłem podobną sytuację. Tu na blogu, w którejś z moich odpowiedzi na komentarz popełniłem prosty literowy błąd, polegający na tym, że, starając się bardzo szybko reagować na napływające wciąż komentarze, zamiast „mądrość”, napisałem „mądroś” i popędziłem dalej, nie patrząc na to, co wysłałem. Na to otrzymałem od pewnego językoznawcy potwornie długi elaborat, tłumaczący mi i innym, na poziomie najbardziej zaawansowanej inteligenckiej paplaniny, w jaki sposób to, że zapomniałem wbić do słowa „mądrość” ostatniej literki świadczy o moich intelektualnych i kulturowych niedostatkach. Na to, zabrała głos pewna pani psycholog, która, w równie mądrych słowach, dorzuciła swoje trzy grosze na temat tego, jak mój stan psychiczny może wchodzić w interakcję z moją kulturowością.
      I to jest dla mnie idealny przykład na to, jak osobista niechęć może człowieka doprowadzić do zaburzeń na poziomie zupełnie podstawowego rozsądku. A to, co tu przed chwileczką opowiedziałem, byłoby pewnie nieistotne – w końcu ani ten pan od języka, ani ta pani od dusz, nie pełnią na tyle ważnych społecznie funkcji, żeby swoimi głupstwami szkodzić na szerszą skalę – gdyby nie symbolizowało czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego. Bo otóż stało się tak, że ktoś, bardzo przejęty rolą rządowego propagandzisty, postanowił, że taki Borubar może długo i skutecznie się przydawać, jako kluczyk otwierający kolejne drzwi z napisem:                       „NIENAWIŚĆ”. I w pewnym momencie okazało się, że dzięki temu zagraniu, udało się skutecznie wyhodować całe tabuny takich nasączonych tą czarną miazgą umysłów, jak ten, od którego wątku zacząłem dzisiejszy mój tekst.
    A ich się już nie da tak łatwo wyłączyć. Oni będą się żywić swoją nienawiścią – nienawiścią autentyczną, nie taką tam nienawiścią, o której ostatnio słyszeliśmy aż nazbyt często – i będą tę swoją nienawiść kultywować, doglądać jej, dbać o nią, jak o swój ogródek, a w niej sadzić bardzo czarne kwiatki, z których kiedyś wyrośnie coś, co przestraszy wszystkich.
       Ich samych też nie oszczędzi.

No, no! To dopiero były czasy. Dziś jednak jest już zupełnie inaczej. Artur Boruc kończy z reprezentacją, a ja zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Warto. Naprawdę warto.


piątek, 10 listopada 2017

Gdy wariaci podeszli już pod samo okno

      Obiecywałem sobie i Czytelnikom, że z Piotrem Szczęsnym już koniec, wygląda jednak na to, że tak jak Coryllus przez najbliższych kilka notek będzie się zajmował Van Goghiem, tak ja jeszcze przez pewien czas nie daruje temu biedakowi, który uznał, że nie ma lepszego sposobu, by zakończyć swoje życie, jak w bólu nie do zniesienia, złożonym na ołtarzu bieżącej polityki. Mijają kolejne dni, a tu okazuje się, że totalna opozycja uznała, że skoro wszystkie inne metody okazały się nieskuteczne, pozostaje rozwiązanie ostateczne, czyli śmierć, no i mamy tego konającego w najstraszniejszych bólach Szczęsnego,  a nad tym wszystkim to co Anglicy określają nazwą „urgent tingling” w nadziei, że może tym razem się uda.
      Portal tvn24.pl, utrzymując kurs i scieżkę wyznaczone dzień wcześniej przez biskupa Pieronka, zamieścił reportaż którego jedynym celem było przekonanie nas, że wspomniany Piotr Szczęsny, decydując się umrzeć w niewysłowionych cierpieniach w obronie pozycji Polski w Unii Europejskiej, gimnazjów, oraz stanu drzewostanu Puszczy Białowieskiej, zachował do końca całkowitą przytomność umysłu, a każdy kolejny gest, jaki wykonał przez te pół roku, które go doprowadziło do zaplanowanego końca, był w pełni przemyślany i świadomy. W zaprezentowanym przez telewizję TVN24 materiale możemy słuchać świadectw rodziny Piotra Szczęsnego, oraz jego znajomych, z których wynika jednoznacznie, że ten, decydując się na odebranie sobie życia, nawet na moment nie stracił zwykłej dla siebie przytomności umysłu, o której zaświadczają praktycznie wszyscy.
      Pojawia się wprawdzie w pewnym momencie kwestia, autoryzowana zresztą przez samego zainteresowanego, a dotycząca depresji, w związku z którą ten znajdował się pod opieką lekarzy przez minione lata, ale i to nie zmienia jednak faktu, że wedle telewizyjnego przekazu, Piotr Szczęsny w tym akurat wypadku zachował pełną świadomość. Normalnie w życiu, on faktycznie postępował mocno niestandardowo, tu jednak od początku do końca trzymał się środka. No a my otrzymujemy ten przekaz. Mieliśmy Piotra Szczęsnego, człowieka wprawdzie psychicznie niezrównoważonego, niemniej, gdy chodzi o gesty takie jak samospalenie się, w pełni przytomnego, no a dziś stoimy wobec zagadki: O co chodzi?
        Otóż bywa tak, że jest mi czasami bardzo smutno. Powiem zupełnie szczerze – a stan ów znam praktycznie od dzieciństwa – ogarnia mnie tak wielka egzystencjalna panika, że, gdyby nie to, że upijać się nie lubię, chętnie bym się upił do nieprzytomnosci. Mimo to, nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy uznać, że cierpię na depresję i w związku z tym muszę się zmobilizowac i udać się w tej sprawie do lekarza. Ja wręcz nie umiem sobie wyobrazić, co by się musiało ze mną stać, bym uznał, że warto by  było poszukać jakichś tabletek, czy tym bardziej skorzystać z medycznej pomocy. Tymczasem, jak słyszymy, Piotr Szczęsny nie tylko cierpiał na depresję, ale się z jej powodu leczył, no i wreszcie nadszedł ten jeden jedyny moment, kiedy udało mu się osiągnąć całkowity wewnętrzny spokój, oblał się benzyną i się podpalił. 
      I oto ów człowiek, tak psychicznie roztrzęsiony, że musi korzystać z opieki medycznej, podpala się w proteście przeciwko partii, która wygrała ostatnie wybory, a jego rodzina, wszyscy znajomi, a za nimi media, próbują nam wytłumaczyć, że tu, w tym akurat momencie, on był w pełni przytomny i nie ma mowy o jakichkolwiek emocjach. Ja przepraszam bardzo, ale muszę to wciąż powtarzać, bo to jest coś dla mnie kłamstwo tak bezczelne, że aż niewyobrażalne.
      Mało tego. Z tego co słyszę, fakt że Piotr Szczęsny, pozostający pod opieką lekarzy z powodu depresji, przez to, że oblał się jakims łatwopalnym materiał, a nastepnie spłonął, sprawia, że tak wybitni kapłani Kościoła Katolickiego, jak Adam Boniecki, wywołują debatę na temat moralnej niejednoznaczności czynu samobójczego, a sam Szczęsny zostaje uchonorowany przez Sejm minutą ciszy, oraz specjalnym adresem. Przepraszam bardzo, ale to jest coś tak chorego, że jedyne co mogę temu przeciwstawić to najnowszy wybryk tygodnika „Polityka”. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że oni ostatnio zamieścili tekst wyszydzający bardzo ostatnio popularne ruchy skierowane przeciwko obowiązkowym szczepieniom, teorii ewolucji, czy GMO, owe zachowania określili jako efekt katolickiej agresji wobec oświeceniowego racjonalizmu, a całość zilustrowali grafiką przedstawiająca Jarosława Kaczyńskiego  jako wampira. I to nie jest żart. Tam naprawdę jak byk stoi obrazek, gdzie w tle widzimy cmentarz, jakieś nietoperze, pająki, Frankensteina, a na pierwszym planie Jarosława Kaczyńskiego przebranego za Drakulę. Z tego co czytam, w tekście nazwisko Kaczyńskiego w ogóle się nie pojawia, podobnie jak praktycznie nie  ma zadnych odniesień do polityki, natomiast, owszem, tekst jest ilustrowany Kaczyńskim z ociekającymi krwią zębami. Jak donoszą media, w odpowiedzi na zupełnie naturalnie pojawiające się pytania o przyczyny tego rodzaju ekstrawagancji, redakcja „Polityki” odpowiedziała, że to właśnie Jarosław Kaczyński jest pierwszym symbolem owego religijnego zabononu i to stąd właśnie ów artystyczny zamysł autora grafiki.
      Przepraszam bardzo, ale muszę to powtórzyć po raz już nie wiem który. Oczywiście tego, co tak zwani „nasi” mają za uszami nie da się zedrzeć choćby i szczotką drucianą, nie ulega jednak wątpliwości, że powinnismy się zaczac modlic, by tamci, kiedy już przyjdzie ich czas, ograniczyli się wyłącznie do biegania po ulicy z kijami, bo jeśli oni się nakręcą o milimetr bardziej, to będziemy mieli prawdziwy Armagedon.


Serdecznie zapraszam wszystkich do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki.

        

czwartek, 9 listopada 2017

TVN, czyli o skutecznej hodowli samobójców

      Każdy kto czyta ten blog w miarę uważnie zwrócił zapewne uwagę na to, że za każdym razem ja tu spróbuję zaczepić czy to „Gazetę Wyborczą”, „Newsweek”, czy wreszcie telewizję TVN24, uruchamia się natychmiast gwałt, że ja zajmuję się jakims ścierwem, zamiast skupić swoją uwagę na tak zwanych mediach patriotycznych i niepokornych. Inna sprawa, że ile razy ja z kolei zaczepię owe media niepokorne, podnosi się wrzawa, że atakuję „naszych”, a tym samym staję po stronie obozu zdrady narodowej. Ostatnio owo szaleństwo przybrało wyraz na tyle karykaturalny, że niemal jednoczesnie z jednej strony zarzucono mi, że za pieniądze atakuję rząd Prawa i Sprawiedliwości, a z drugiej, że za te same pieniądze prowadzę promocję „Newsweeka”.
      W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak, z nadzieją, że oni mi zechcą za to odpowiednio zapłacić, zachęcić tu wszystkich do odwiedzania portalu tvn24.pl, gdzie wczoraj właśnie doszło do zdarzenia moim zdaniem dość wyjątkowego. Oto w pewnym momencie na wspomnianym portalu ukazał się tekst pod wiele mówiącym tytułem „PiS chce zakazu hodowli zwierząt futerkowych. Pod projektem podpis Kaczyńskiego”. Oczywiście, my tu wszyscy jesteśmy na tyle przytomni, by wiedzieć, że hodowla to nie to samo, co posiadanie, a nawet i to, że hodowla ma różne oblicza i różne cele, a zatem owa informacja już na kilometr śmierdzi tanią prowokacją, niemniej jednak my to my, a, jak wiemy, szary człowiek – w tym również ów biedak, który ostatnio w tak spektakularny sposób podpalił się pod Pałacem Kultury – to najczęściej osoba naiwna i pełna zaufania, i to niechybnie do niej właśnie adresowany jest ów przekaz.
     Ukazał się zatem ów tekst, zatytułowany w ten, a nie inny sposób, i każdy kto zdecydował się zajrzeć nieco głębiej, natychmiast zauważył, że mamy do czynienia ze zwykłym przekrętem. Ale też nie tak od razu. Otóż, zanim dojdziemy do królików i kotów, dowiadujemy się, że „projekt przewiduje m.in. rozszerzenie katalogu czynów uznanych za znęcanie się nad zwierzętami oraz podwyższenie kar za takie czyny. Wprowadzić ma też zakaz trzymania psów na łańcuchach, a w okresie przejściowym – wydłużenie łańcucha do pięciu metrów. Ma również wprowadzić określenie psa rasowego oraz kota rasowego w celu wyeliminowania pseudohodowli”.
     Jedźmy więc dalej i szukajmy zapowiedzianego w tytule artykułu Kaczyńskiego planującego założenie pętli na szyję właścicieli kotów: „Projekt zakłada również wprowadzenie powszechnego obowiązku oznakowania psów. Obecnie jest to jedynie uprawnienie właściciela. Brak tego obowiązku, jak wskazano, sprawia, że to samo zwierzę może być kilkukrotnie odławiane i ponownie wypuszczane, co może prowadzić do nadużyć. Nie ma również możliwości zidentyfikowania zwierząt porzuconych lub poszkodowanych w wypadkach drogowych, co skutkuje dodatkowym obciążeniem dla gmin. W uzasadnieniu podano, że obecnie w Polsce istnieje kilka niezależnych i niepowiązanych ze sobą baz danych zwierząt poddanych identyfikacji. Projekt zakłada utworzenie centralnej bazy danych prowadzonej przez Głównego Inspektora Weterynarii”.
      No ale co z tymi zwierzętami futerkowymi? Z tymi kotami, królikami, no i przede wszystkim tym okropnym Kaczorem? Na razie nic szczególnego: „Jednym z celów projektu jest wprowadzenie zakazu wykorzystywania zwierząt w cyrkach. W uzasadnieniu podano, że w Polsce istnieje 17 cyrków, które wykorzystują w swoich przedstawieniach zwierzęta m.in.: słonie, lwy, tygrysy, wielbłądy, foki, lamy, zebry, krokodyle i konie. Cyrki nie są w stanie zapewnić zwierzętom warunków adekwatnych do ich potrzeb, m.in. kontaktu ze stadem, możliwości izolacji, kiedy tego potrzebują, pełnowymiarowych wybiegów, stymulacji psychiczno-ruchowej, poczucia bezpieczeństwa, możliwości samodzielnego zdobywania pożywienia przez dzikie zwierzęta i dostosowania diety do indywidualnych potrzeb”.
      Wciąż jednak ani słowa o naszych kotach. No i kiedy wydawało się, że pozostaniemy w stanie owej wyczekiwanej każdego dnia nienawiści, wreszcie – jest! Jest nawiązanie do informacji podstawowej: „Kaczyński będzie wsadzał do więzienia właścicieli kotów”, a ja ją podam w wersji oryginalnej i dosłownej:
      „W projekcie proponuje się także wprowadzenie zakazu hodowli i chowu zwierząt futerkowych w celu pozyskiwania futer. ‘Chów i hodowla zwierząt w tym celu przysparza zwierzętom zbędne cierpienie, a ponadto niektóre fermy negatywnie wpływają na środowisko naturalne’ – oceniono”.
      Aha!
      I na tym moglibyśmy już zakończyć te nasze dzisiejsze refleksje, gdyby nie potreba powiedzenia czegoś jeszcze. Rzecz w tym, że w tym samym dokładnie czasie, ten sam dokładnie portal tvn24.pl zapowiada debatę, z jednej strony szczególną, z drugiej, przewidywalną jak czarna zaraza. Proszę się trzymać foteli: „Czy Polacy to jeden naród a dwa plemiona? – na to pytanie spróbują odpowiedzieć goście dyskusji ‘Arena Idei’ zgromadzeni w bibliotece Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Debata będzie transmitowana na antenie TVN24 w niedzielę 12 listopada o godz. 19:20. Gośćmi ‘Areny Idei’ będą: ks. Adam Boniecki, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Ewa Łętowska oraz prof. Andrzej Zybertowicz. Debatę poprowadzi Katarzyna Kolenda-Zaleska”.
      Niech płoną! Niech płoną.

Zapraszam wszystkich niezmiennie do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.
      

       

środa, 8 listopada 2017

Siedem kawałków na dobre samopoczucie

       Obecnie niestety zaledwie dwutygodnik „Polska Niepodległa” swój kolejny numer planuje na następny dopiero tydzień, ja jednak już dziś proponuje swoje bieżące refleksje na tematy różne. Powinno być wesoło.

Daję najświętsze słowo honoru, że bardzo się starałem, aby, przy kompletnym intelektualnym upadku polityków totalnej opozycji, zabawić czytelników „Polski Niepodległej” jakimiś super ciekawymi bonmotami w wykonaniu tak wybitnych przedstawicieli naszej sceny kulturalnej w rodzaju Daniela Olbrychskiego, czy Krystyny Jandy, wygląda jednak, że oni zamknęli się w sobie i z ich strony nie można już liczyć na zbyt wiele. Powiedziałbym wręcz, że wszystko rozwija się w kierunku przeciwnym do oczekiwanego i nasi dotychczasowi bohaterowie, jeśli już mają coś do powiedzenia, to raczej na temat tego, jak wielką wartością w ich życiu jest Pismo Święte. W tej sytuacji, wygląda na to, że nie pozostaje nam nic innego, jak przenieść za za granicę, a konkretnie do Francji, gdzie, jak donosi sam portal onet.pl, tak zwana Rada Stanu, czyli najwyższy organ sądownictwa administracyjnego we Francji, po ponad już dziesięcioletniej batalii, zdecydował, by ze znajdującego się Ploërmel w Bretanii pomnika Jana Pawła II usunąć Krzyż. Sam Papież podobno może zostać, chodzi tylko o ten Krzyż. Ciekawi są ci Francuzi. Od pewnego już czasu budzą się rano z nożem na gardle i zamiast organzować pomoc, natychmiast zaczynają prosić o więcej.

***

Jak się okazuje, sprawa jest nader interesująca i w żaden sposób nie wypełniająca jednej krótkiej refleksji. Oto, jak się dowiadujemy, całe zamieszanie miało swój początek w skardze, jaką przeciwko władzom miasta zgłosiło jedno z lokalnych stowarzyszeń masońskich, wspierane przez tak zwaną „grupę mieszkańców”, nie tyle przeciwko Papieżowi, ale wyłącznie przeciwko Krzyżowi, którzy rzekomo obraża ich poczucie wolności. W tym momencie jednak pojawia się problem. Otóż istnieje bardzo poważna obawa, że jeśli z pomnika Papieża zostanie usunęty Krzyż, zaprotestuje przede wszystkim autor całego projektu, gruziński rzeźbiarz Zurab Cereteli, z którego punktu widzenia Krzyż stanowi integralną część dzieła, i on może się nie zgodzić, by zamiast Krzyża wstawić tam na przykład futbolówkę, A w tej sytuacji Francuzi będą zmuszeni usunąć cały pomnik. Swoją drogą, skoro już pojawiła się ta piłka, należałoby rozważyć zorganizowanie protestu opartego na założeniu, że gdyby piłkę nożną pozbawić piłki, to mielibyśmy całkiem przyjemny sport.

***

Powiedzmy sobie to wreszcie zupełnie otwarcie. Owi masoni mogliby swoje chore pomysły wprowadzać w życie wyłącznie w przestrzeni wyznaczanej przez metraż tych swoich smutnych lóż, gdyby nie wsparcie ze strony lokalnych durniów, których niestety nigdy nie brakuje. I to by była refleksja bardzo ponura, gdybyśmy nie mieli w tym momencie wiadomosci naprawdę radosnej. Oto, w odpowiedzi na decyzję wspomnianej Rady Stanu, zareagował burmistrz węgierskiego miasta Tata, kierując do swojego francuskiego odpowiednika następujący adres: „Jeśli Francja, uważająca się za kraj wolności, nie chce pomnika Jana Pawła II, to my z radością znajdziemy dla niego miejsce w naszym mieście. Rzeczą skandaliczną jest, że podobne decyzje podejmowane są w XXI wieku. Francja ma wyraźny problem z chrześcijańskimi korzeniami Europy”. Pomyśleć tylko, jakie to wszystko jest proste i oczywiste. A tymczasem wychodzi na to, że i to dla niektórych z nas okazuje się za trudne.

***

Przyznaję, że trochę żartowałem z informacją, że cała nasza reakcja najpierw nabrała wody w usta, a następnie się tą wodą na śmierć udławiła. Jak się możemy latwo przekonać, część z nich żyje i kopie, jak za dwanych dobrych lat. Pod nieobecność swojego starszego kolegi, Daniela Olbrychskiego, który jeździć samochodem nie może, a chodzić prawdopodobnie nie jest w stanie, głos zabrał popularny aktor Andrzej Chyra i oświadczył co nastepuje: „Dzisiaj, w tak definiowanej polskości, od pewnego czasu myślę, że jestem z Polski. Nie mówię, że jestem Polakiem, bo mnie to w ogóle nie interesuje, w tej obecnie obowiązującej definicji”. A ja mogę tę wypowiedź skomentować tylko w jeden sposób. Otóż to był właśnie nas cel. Doprowadzić Was do takiego stanu, byście to wreszcie otwarcie przyznali: „Nie jesteśmy Polakami. Mieszkamy tu z wami i obok was, ale wciąż mamy w pamięci, że nie jesteśmy częścią wspólnoty. Gdyby nie to, że żremy i wydalamy, mogłoby nas równie dobrze nie być”. Właśnie tak. I pomyśleć tylko, że coś tak niedużego jak Chyra potrafi być aż tak wymowne.

***

Inna sprawa, że nawet ktoś taki konkurencji zbyt dużej nie ma. No bo jedni, jak już wspomnieliśmy, nie są w stanie wydać z siebie głosu, a inni są już chyba tylko zajęci walką o to, by utrzymać się na powierzchni i nie utonąć. Weźmy takiego Borysa Budkę, a więc człowieka, który swego czasu siegnął stanowiska Ministra Sprawiedliwości, a potem przez chwilę mierzył nawet w szefa całej totalnej opozycji. Kiedy wydawało się, że człowiek ów ostatecznie zszedł nam z oczu i uszu, zainteresowali się nim realizatorzy serialowego projektu propagandowego pod nazwą „Ucho Prezesa” i w jednym z odcinków zasugerowali, że rzeczony Budka ma dziki wręcz romans ze znana nam skądinąd posłanką Nowoczesnej, Kamilą Gasiuk-Pihowicz. Każdy w miarę przytomny człowiek, w tej sytuacji wzruszyłby ramionami, uznając, że przy braku pomysłów – w końcu jak długo można szydzić z tak zwanego Adriana – autorzy tego czegoś gonią w przysłowiową piętkę. Nie Budka. Ten się pobeczał i wygłosił oświadczenie następującej treści: „To co zrobiono w ostatnim odcinku ‘Ucha Prezesa’ nie mieści się już w kategoriach żartu czy kabaretu. To było żenujące. Moja tolerancja kończy się w miejscu, w którym dotyka się mojej rodziny. Dla mnie ten serial się po prostu skończył”. A my się już tylko zastanawiamy, o co tak naprawdę Budce poszło? O to, że rodzina jest zdezorientowana, czy może o to, że to była akurat Pihowicz?

***

A to drugie rozwiązanie nie jest wcale takie mało prawdopodobne. W końcu na naszej scenie politycznej nie ma wiele osób intelektualnie tak atrakcyjnych, co posłanka Pihowicz i sugerowanie posłowi Budce, że w tym akurat wypadku trafił swój na swego, z pewnością mogło mu sprawić przykrość. W końcu, jak niektórzy z nas wciąż pamiętają, mówimy o kobiecie, która swego czasu uznała, że słowo „inwokacja” ma charakter obelżywy. Tymczasem okazuje się, że nic z tego. Budka w stosunku do Pihowicz stoi znacznie niżej. Ta przynajmniej, zapytana, co sądzi o całej tej sprawie odpowiedziała, że „mnie to nie rusza. Luz. Obejrzałam ten odcinek, pośmiałam się i tyle. To kabaret, nie rzeczywistość. A aktorce, która mnie zagrała, wysłałam paczkę z pączkami. Jako wyraz podziękowania, że mnie po raz pierwszy ktoś zagrał w serialu”. W tej sytuacji, nie pozostaje nam nic innego, jak tegoroczne wyróżnienie dla głupka roku przyznać albo posłowi Budce, albo pani Budkowej, która to niewykluczone, że za tą żenadą ostatecznie stoi.

*** 

Ktoś powie, że owa rubryka zdecydowanie się stacza, skoro my tu, zamiast o poważnych rzeczch, rozmawiamy, albo o francuskich masonach, albo o Borysie Budce, jako bohaterze internetowego serialu. Otóż nie zgadzam się z tym zarzutem. Zarówno bowiem sytuacja francuska, jak i przypadek rzekomego romansu Borysa Budki i Kamili Pihowicz, świadczą dobitnie o tym, że oni faktycznie toną i znikąd nie widać ratunku. Jeśli bowiem Europa w odpowiedzi na kryzys, jaki ją ogarnął, jedyne co potrafi wymyślić, to usunięcie kolejnego Krzyża, a tu u nas z kolei nasi mądrale już tylko potrafią się gapić w serial „Ucho Prezesa”, i to wyłącznie po to, by porechotać z Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy, to znaczy, że przed Polską najjaśniejsza przyszłość. Wydaje się, że wyjątkowo celnie scharakteryzował tę sytuację marszałek Brudziński: „Te mainstreamowe ‘kozaki’ tak mają. Śmieszą ich własne ‘klozetowe’ żarty, a jak sami w ‘czapkę’ dostaną to: chlip, chlip”. Właśnie tak – chlip, chlip. Prędzej czy później.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania strony www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Naprawdę warto.