środa, 20 września 2017

Czy Rolling Stonesi mają coś do ukrycia?

      Proszę sobie wyobrazić, że właśnie dostałem wiadomośc od naszego kumpla Tomka Bereźnickiego, w której informuje mnie on, że przyszło mu wziąć udział w koncercie Rolling Stonesów. Przyznaje bez bicia, że jeszcze parę dni temu nie miałem bladego pojęcia, że tych czterech staruszków jeszcze się produkuje na scenie, natomiast tak się cudownie zdarzyło, że dokładnie w tym samym dniu, co Tomek wysłał mi maila z informacją o swojej przygodzie, znalazłem na Youtubie zapis całego koncertu wspomnianych Rolling Stonesów z Dusseldorfu czy Hamburga, więc byłem mniej wiecej na bieżąco.
      W swoim mailu Tomek pisze coś dla mnie absolutnie niezwykłego, a co ja muszę tu zacytować słowo w słowo: „Teraz bardziej to zrozumiałem, dlaczego oni nie łapiąc się teoretycznie nawet do pierwszej setki zespołów i tak są najlepsi”. Jak mowię, wprawdzie nie na żywo, ale jakoś tam obejrzałem ten występ na Youtubie i potwierdzam. Od nich wszyscy są lepsi, a oni i tak rządzą. Jak to się stało? Być może się dowiemy, kiedy ktoregoś dnia oni będą grali swój kolejny koncert, każdy z nich w jednej chwili umrze i rozlegnie się głos. Jego głos.
      Proszę sobie może poczytać mój tekst na ich temat zamieszczony w ksiące „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”.


      Pisałem już o tym w innym miejscu, ale powtórzę. Otóż ja bardzo źle znoszę sytuację, kiedy któryś z bardziej, słusznie, czy mniej słusznie, uznanych muzyków, lekceważąco wypowiada się na temat zespołu Led Zeppelin. Oczywiście, nikt pewnie tu nie przebije Pete’a Townshenda, głównie ze względu na to, że ja nie bardzo umiem sobie wyobrazić, jakim prawem ktoś taki jak Townshend może się wypowiadać lekceważąco o kimkolwiek, poza być może swoim kumplem z zespołu Rogerem Daltreyem, ale też przez ów szczególny rodzaj obślizgłości, z jaką on swoje opinie na dowolny temat ma zwyczaj przekazywać. Niedawno jednak trafiłem na Keitha Richardsa, i to, przyznam, mi wystarczy, żeby to, co wcześniej chciałem pisać o Rolling Stonesach nieco przearanżować.
     Co zatem takiego mówi nam Richards na temat zespołu Led Zeppelin?  On wprawdzie nie jest aż tak desperacko bezpośredni jak Townshend, ale, owszem, też robi wrażenie. Poproszony mianowicie o opinię, mówi, że dla niego Led Zeppelin, to przede wszystkim Jimmy Page, który jest fantastycznym gitarzystą, później przez dwie minuty gada o Page’u, by na koniec znów się głupkowato uśmiechnąć i powtórzyć, że Led Zeppelin to Page, i tylko Page.
      W tej sytuacji, ja bym chciał powiedzieć, co to takiego ci Rolling Stonesi. I tu spróbuję temat ująć trochę w podobny sposób, w jaki sprawę Led Zeppelin ujął Keith Richards, a więc nie skupiając się na tym, w jaki sposób Rolling Stonesi stanowią jedno z najważniejszych zjawisk w muzyce rock’n’rollowej, ale w jaki sposób Rolling Stonesi są, jeśli nie wyłącznie, to przede wszystkim, produktem. Produktem pierwszej klasy, ale produktem. Takim samym produktem, jak produktem jest na przykład Superman, Spider-Man, czy słynne piosenkarskie duo John Lennon i Yoko Ono.
      Myślę, że wystarczy spojrzeć na jakiekolwiek zdjęcie zespołu, szczególnie z ostatniego (sic!) okresu ich aktywności, czyli już po odejściu Billa Wymana, by wiedzieć, co mam na myśli. Tam nie ma jednej zmarszczki na ich twarzach, jednego błysku w oczach, jednego kosmyka włosów na ich głowach, który jest autentyczny. To co widzimy, to efekt – już chyba jednak ostateczny – 50 lat pracy najwybitniejszych na świecie stylistów i specjalistów od wizerunku. A co dla nas ciekawsze, również to, co zespół robi od dziesiątek już lat na poziomie muzycznym, to też wynik dokładnie tej samej pracy.
      Oczywiście nie będę się wygłupiał i negował fakt oczywisty, a więc choćby to, że jeden z ostatnich koncertów zespołu, a więc ich debiut w Glastobury jest jednocześnie jednym z ich najlepszych, jaki zdarzyło mi się oglądać, jednak nie oszukujmy się. Jeśli spojrzeć na nich i słuchać tych piosenek bez tych wszystkich emocji, zupełnie na zimno, i to nawet bez szczególnej złośliwości, to przecież to, co widzimy, jest autentycznie śmiechu warte. Przecież oni nie są już nawet w stanie się przestać choćby na moment wygłupiać. Trzech starych dziadów pozujących na steranych życiem czarnych bluesmanów, plus ten czwarty, zachowujący się, jakby go ktoś czterdzieści cztery lata temu nakręcił, i od tego czasu tylko wymieniał baterie. I to ma być sztuka?
     Ktoś z całą pewnością powie teraz, że tak; że to właśnie jest sztuka. Że i to ich granie i te ich piosenki i ta wieczna energia to sztuka najczystsza, i nie mająca sobie równej. Zastanówmy się więc, jak to z tymi Rolling Stonesami było przez te wszystkie lata? Jak wygląda ów bilans po 50 latach? Popatrzmy więc przez chwilę, już może nie na Beatlesów, bo to by było zagranie bardzo nieczyste, ale na Hendrixa, który też przecież nie wszedł do historii dzięki fantastycznym piosenkom. Otóż on grał praktycznie tylko przez trzy lata, wydał cztery płyty i na koncertach grał wciąż te same dziesięć piosenek, z których – jako osobne, godne zapamiętania – można pamiętać „Voodoo Chile”, „Crosstown Traffic”, „Purple Haze”, „Who Knows”, „Machine Gun”, i te parę bluesów, które wciąż zmieniały tytuły. Powtarzam: dziesięć piosenek, trzy lata i koniec.
     Rolling Stonesi wkraczają właśnie w swoją szóstą dekadę, i z tym samym do porzygania szpanem, co pięćdziesiąt lat temu, raz na parę lat ruszają w kolejną stadionową  trasę i tłuką te same dziesięć przebojów, doskonale wiedząc, że całej reszty równie dobrze mogłoby nie być. A już zwłaszcza tych dwóch numerów Richardsa właśnie, które musimy obowiązkowo wysłuchać, kiedy Jagger za kulisami poddawany jest transfuzji. A, żeby nikt nie zapomniał, że oto mamy prawdziwą historię rocka, to na trzeci bis, zawsze nam przywalą „Satisfaction”. Gdyby ktoś nie pamiętał – z roku 1965.
      I w tej oto sytuacji, poproszony o opinię na temat zespołu Led Zeppelin, Keith Richards – ani szczególnie wybitny gitarzysta, taki sobie kompozytor, żaden wokalista, ale za to jedna z najsłynniejszych masek współczesnej kultury pop – nagle potrzebuje się robić strasznie przebiegły i coś tam plecie na temat tego, że Jimi Page to wybitny gitarzysta, natomiast Led Zeppelin… sami wiecie. Jeszcze tego brakowało, żeby i na Page’a postanowił ponarzekać!
      Nie ma żadnej wątpliwości co do tego, że Rolling Stonesi mają swoje miejsce w historii tej muzyki i nikt im go nie odbierze. Te paręnaście piosenek, które oni wyprodukowali przez te 50 lat to jest kanon rock’n’rolla. Faktem jest, że nawet dziś jeszcze, każde kolejne pojawienie się tych ludzi na scenie tworzy naprawdę poważną jakość, natomiast inną sprawą jest to, że przyznając im to co do nich należy, nie powinniśmy zatracać proporcji. A już na pewno nie wypada, by taki Keith Richards przychodził i próbował opisywać zespół Led Zeppelin z pozycji nauczyciela, bo nawet jeśli uznamy, że muzycznie on i jego koledzy zasłużyli sobie na specjalne prawa, to zawsze pozostaje sprawa Briana Jonesa, i z tego ani on, ani żaden z nich się nie wytłumaczy. A już zwłaszcza, gdy po przeciwnej stronie będą mieli Page’a, Planta i John Paul Jonesa, którzy, kiedy zmarł Bonham mieli w sobie na tyle artystycznej i ludzkiej powagi, by machnąć na ten cały biznes ręką i nie robić z siebie wystawy.

Moja książka o muzyce jest do kupienia tu. Polecam serdecznie.


wtorek, 19 września 2017

Posłuchaj, to do Ciebie

      Przyszła pora by zamknąć naszą akcję pod tytułem „Złotówka dla Toyahuja”, a wraz nią, konieczność przedstawienia podstawowych informacji wraz z komentarzem, które powinny zainteresować przede wszystkim samych uczestników akcji, ale, jak sądzę, również naszych drogich hejterów. Otóż przez te trzy dni na podany przeze mnie numer konta wpłynęło 125 złotówek, trzy osoby przysłały maile z informacją, że się przyłączają do akcji, jednak z różnych powodów przelewu zrobić nie są w stanie, no i warto jeszcze wspomnieć o 16 złotówkach przekazanych przez Paypala, głównie przez czytelników z zagranicy.  Tym samym, na potrzeby parafii prowadzonej przez naszego sprawdzonego przyjaciela, księdza Rafała Krakowiaka, przekazuję 141 złotówek z prośbą o modlitwę za mnie i za ludzi, którzy tu ze mną są.
      Nie wiem dlaczego, choć domyślam się, że powody nie są w żaden sposób dla nas interesujące, bardzo znaczna część czytelników tego bloga, o których wiem, że tu są, lub nawet znam osobiście, w naszej akcji nie wzięła udziału. Są wśród nich osoby, które przesłały mi pieniądze tydzień wcześniej, w odpowiedzi na moją prośbę o wsparcie, a tu widocznie uznały, że się nie będą wygłupiać, ale jest też szereg osób mi bliskich, o których wiem, że ten blog czytają i lubią, ale ponieważ nie czują się częścią tak zwanej „społeczności internetowej”, konsekwentnie trzymają się z dala od wszelkich internetowych akcji. To jest parędziesiąt osób, znanych mi zarówno z twarzy, jak i z nazwiska, w stosunku do wielu z nich czuje nieopisaną wdzięczność i dziś o nich tu pamiętam. Wiem, że oni się nie dorzucili do tacy, ale z pewnością mają szereg innych sposóbów, by godnie wydać swoje pieniądze.
      Nie umiem powiedzieć, czy jest więc nas 300, czy mniej, czy więcej, ale z czystym sumieniem informuję, że to jest mniej więcej ta liczba i że jeśli trzeba będzie, to powalczymy i w cieniu.
      Bardzo wszystkim dziękuję i obiecuję, że póki mi życia i rozumu starczy będę robił to, co robię dotychczas, ku naszemu wspólnemu wzruszeniu. Bo, powiedzmy sobie, co tak naprawdę mamy, poza owym wzruszeniem? No co?
      Już na sam prawie koniec chciałbym dorzucić jeszcze jeden, moim zdaniem, zupełnie kluczowy komentarz. Może otóż ktoś powiedzieć, że tych 141 czytelników to ja mogę sobie wsadzić w nos. Nic bardziej mylnego. Niech którykolwiek z tych mądrali pokaże mi kogokolwiek na tym rynku kogoś, kto przedstawi 141 osób, którzy na wezwanie: „Proszę o złotówkę”, zadadzą sobie ten trud, by wejść na stronę swojego banku i wykonać ten przelew. Który z nich jest w stanie to po to sięgnąć? Pisarz Twardoch? Aktor Linda? Dziennkarz Wolski? Artysta Pietrzak?
      No właśnie, Pietrzak. Nie oglądałem jego występu na festiwalu w Opolu, bo zwyczajnie zasłuchałem się w muzykę, której akurat słuchałem tu u siebie i o wszystkim zapomniałem. Jak jednak słyszę od znajomych, doszło do pełnej, kompletnej i tragicznie żenującej kompromitacji. Ja nie chcę się znęcać nad osobą, jak by nie było już starszą, niemniej mam propozycję: niech Jan Pietrzak ogłosi w Interencie zbiórkę z jakiegokolwiek powodu, nie związanego z budową łuku triumfalnego nad Warszawą i wtedy dopiero się naprawdę policzymy. Rzecz bowiem w tym, że nie ma znaczenia ilosć, lecz jakość. I z tą refleksją zostawiam czytelników tego bloga. Jutro wracamy do tego co od niemal już 10 lat tu przeżywamy. Do naszych smutków i radości.
     Wcześniej użyłem słowa „prawie”. Owo „prawie” to – choć powinno się ich tu znaleźć znacznie więcej – zaledwie dwa komentarze. Pierwszy został załączony do przelewu:
Kiedyś źle Pana oceniłem. Przepraszam. Pan mnie zbanował. Nic to. Zawsze Pana czytam, podziwiam i propaguję”.
     No i jeszcze jeden, zamieszczony w komentatrzu na blogu:
„No teraz to żeś mnie pan zdenerwował. Przyjechałem właśnie do domu po 27 godz tournee za kierownicą, zaparzyłem herbatę, usiadłem na podłodze przed laptopem, a tu taki numer! Nie byłoby nic w tym złego, tylko nie pamiętam loginu do konta, a sięgnięcie po niego wymaga ruszenie kufra z podłogi, bo login leży na szafce 3m dalej. I tu jest problem. Ale niech tam, raz się żyje.
Przepraszam za głupi komentarz, ale po ponad dobie bez snu trudno napisać coś sensownego”.
    Bardzo dziękuję. Nawet gdybym miał to pisać już tylko dla Was dwóch, będę pisał.



Książki, jak zawsze są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam z całego serca.

poniedziałek, 18 września 2017

300?

      Dziś mamy kolejny, i tym razem już ostatni dzień naszej akcji „Złotówka na Toyahuja”, której, nawet jeśli nie jedynym, to zdecydowanie podstawowym, celem było ustalenie choćby w skromnym bardzo przybliżeniu, ile nas tu tak naprawdę jest i jaka jest tej obecności jakość. Wyniki oraz komentarz przedstawię jutro, dzis natomiast uwaqżam, że jest moment nie gorszy od każdego innego, by przedstawić tu pewną analizę, którą przeprowadziłem już jakiś czas temu, a dziś mam ochotę się nią podzielić. Otóż musimy sobie powiedzieć szczerze, że ten blog jest zjawiskiem całkowicie niszowym, w tym sensie, że osób, które o nim słyszało jest jeszcze mniej, niż tych, którzy mają w pamięci nazwisko… dajmy na to piosenkarki Poli Rise, a więc kobiety, z którą niedawno rozmowę przeprowadził portal onet.pl i która, jak sama opowiada, podarowała swoją płytę samej Bjork. A należy pamiętać, że ja tu nie rozbijam żadnych murów. W końcu sam jestem autorem, który swoje książki podarował Andrzejowi Dudzie i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a wspomniany Onet już osiem lat temu podarował mi wypasiony laptop, czyż nie?
       Do czego jednak zmierzam? Otóż chodzi o to, że, jakkolwiek byśmy byli w swoje wybory zaangażowani, jakkolwiek byśmy nie byli do nich przywiązani i jakkolwiek byśmy tego miejsca nie traktowali, jako coś sobie nadzwyczaj bliskiego, musimy się pogodzić z faktem, że nas jest nie więcej jak 300 osób. Każdy pożeracz kultury popularnej wie, że to jest liczba nie byle jaka, jednak nie oszukujmy się – to są zaledwie trzy setki i więcej póki co nie będzie.
      Kiedy ja to zauważyłem po raz pierwszy? Otóż stało się to w roku 2008, kiedy to wspomniany Onet ogłosił kolejną edycję konkursu na polityczny blog roku, a ja go wygrałem, uzyskując trzysta mniej więcej głosów. I choć wysyłanie tych esemesów to była bardzo poważna akcja – kto tam był, to wie – wszystko się zatrzymało na tych paru setkach czytelników, dalej ani rusz i do widzenia z państwem. A jeśli ktoś myśli, że dziś, po tych wszystkich latach, jest znacznie lepiej, jest w poważnym błędzie. Te 300 osób to liczba stała i, jak się domyślam, póki co nie do ruszenia, a cała ewentualna reszta, to już wyłącznie czysty przypadek, czyli mniej więcej to, co jest udziałem tak zwanego mainstreamu, czyli chocby wspomnianej Poli Rise.
      Opowiem, jak wygląda sytuacja na przykładzie, który jest mi szczególnie bliski. Otóż, jak stali czytelnicy tego bloga, świetnie wiedzą, ja od roku 1990 jestem partyjnie związany z wszelkimi projektami firmowanymi przez Jarosława Kaczyńskiego, poczynając od Porozumienia Centrum, a kończąc na Prawie i Sprawiedliwości. Wprawdzie od pewnego czasu nie płacę już składek, uznając, że choćby wszystkie te książki, które przekazałem nieodpłatnie swojej partii, żeby ona sobie nimi handlowała, w pełni pokrywają moje wobec niej zobowązania, a mimo nawet pewnym gróźb, oni wciąż mnie nie skreślają i, jak się domyślam, mają swoje powody. A zatem jestem wciąż legalnym członkiem Prawa i Sprawiedlwiości i jako ten, od czasu do czasu, jeśli tylko czas mi pozwoli, biorę udział w organizowanych w Kościele Garnizonowym tuż za moim oknem, nieprzerwanie miesiąc w miesiąc od 7 lat, smoleńskich mszach. Proszę sobie wyobrazić, że z osób, które tam regularnie spotykam, a wszystko to lokalni członkowie partii, rozpoznaje mnie co najwyżej jedna. Z ludzi, którzy tam regularnie przychodzą, a jest to jakieś 100 osób, zaledwie jeden człowiek, czyli ten kto te msze zamawia, wie że ja prowadzę tego bloga i wydaję książki. Nie żeby on się jakoś tym przejmował, ale przynajmniej wie. Dla całej reszty jestem kimś, kto nawet nie jest człowiekiem z tak zwanej „branży”.
      Ale mam jeszcze jedną historię. Pewnie nikt z nas tego nie zauważył, ale właśnie dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie został Wojciech Poczachowski. Co to takiego ów Instytut Polski, pojęcia nie mam, natomiast, owszem, wiem, kim jest Poczachowski. Otóż jest to człowiek z wzcześniej wspomnianej „branży”, a przy okazji mój wieloletni kumpel. Zanim został mianowany na stanowisko owego dyrektora w Düsseldorfie, prowadził Poczachowski audycję w Radio Katowice, w której przeprowadzał rozmowy z gwiazdami bieżącej polityki. Szedłem sobie parę tygodni temu tu niedaleko i spotkałem Poczachowskiego. Pogadalismy chwilę, poplotkowaliśmy, w końcu Poczachowski pyta, co u mnie i co porabiam, a ja mu mówię, że prowadzę popularnego bloga i piszę książki. I proszę sobie wyobrazić, że Poczachowski nie miał o tym wszystkim bladego pojęcia. Tak go jednak owa wiadomośc poruszyła, że uznał, że „musi koniecznie” do mnie niedługo zadzwonić i zaprosić mnie do jednej z najbliższych audycji. Dziś Poczachowski jest już nagle w Düsseldorfie, a ja sobie myślę, że całe jego szczęście, że nie zdążył zrobić że mną tego wywiadu, bo wówczas o owym Düsseldorfie mógłby sobie tylko pomarzyć. Ale nawet i to nie. Ja jestem pewien, że nawet gdyby on na chwilę stracił kontrolę nad sytuacją i chciał do mnie zadzwonić, oni by mu bardzo porządnie wytłumaczyli, dlaczego nie powinien tego robić. I on by nie zadzwonił, a przynajmniej nie w sprawie wywiadu. Tak to już bowiem jest, że wszelkie hierarchie są już od dawna bardzo starannie poukładane, a o tym, kto trzyma kluczyk do najważniejszej szuflady, wie tylko parę osób.
      Ktoś powie, że to wszystko są wiadomosci bardzo niedobre, a ja od razu pragnę każdego zapewnić, że nic bardziej błędnego. Sytuacja na rynku bowiem jest dzis taka, że popularne stwierdzenie Andy’ego Warhola o tym, że każdy ma swoje piętnaście minut było oczywiście jak najbardziej słuszne, tyle że dziś realizuje się w zasadzie, że każdy ma swoje 15 minut, a każda kolejna sekunda, w każdym kolejnym przypadku, jest najczęściej jedynie złudzeniem, które w każdej chwili może prysnąć. A zatem, czy mamy do czynienia ze wspomnianymi wcześniej Wojciechem Poczachowskim i piosenkarką Polą Rise, czy politykiem Borysem Budką, czy nawet aktorem Karolakiem, to wszystko jest typowo piaszczysty grunt, gdzie jedyne pragnienie ogranicza się do tego, by jakoś przeżyć i nie odpaść. A jeśli są jakieś wyjątki, to je można –  w każdej zresztą dziedzinie – policzyć na palcach.
      A zatem w ostatecznym rozrachunku, nie liczy się ilość, lecz jakość. A jeśli o to chodzi, to ja nie mam najmniejszego powodu do narzekania. Minione 10 lat, w tym może zwłaszcza ostatnich pare tygodni, pokazały mi najlepiej jak tylko było można, że nie mam się ani czego bać, ani czego żałować. Jak to się pięknie mówi na prerii – góra stoi.
      A dziś, podobnie ja wczoraj, chciałbym wzmocnić ten dzisiejszy tekst czymś sprzed lat, a mianowicie notką z lutego 2009 roku pod jakże tajemniczym tytułem „300”.
     
      No i dziś przyszło mi zamykać kolejną setkę. Wpadło mi jednak właśnie do głowy pewne skojarzenie, które sprawia, że te 300 wpisów nabiera szczególnego, bardzo symbolicznego znaczenia. Myślę o komiksie Franka Millera i inspirowanym nim filmie o tym niezwykłym tytule. Nie znam się kompletnie na komiksach. Jedyny fragment tej dziedziny sztuki jaki znam dość dobrze to „Przygody Koziołka Matołka” i trochę też coś, co się kiedyś czytało, a co się nazywało „Tytus, Romek i Atomek”. Poza tym jestem tu niemal kompletnie bezradny. Mam natomiast w domu młodego Toyaha, który mi każe ze sobą chodzić do kina, a więc pewnego razu obejrzałem ekranizację kultowego – jak się dowiaduję – komiksu o Spartanach i ich beznadziejnej walce z Persami.
      Bardzo mi się ten film podobał. Mamy go w domu na DVD i od czasu do czasu sobie rzucimy okiem. Dziś jednak chciałem nie o filmie, ani nie o komiksie, ale o tych 300 tekstach, które, jeśli się tylko na spokojnie zastanowić, mają bardzo zbliżoną moc do tej, jaką dysponowało tych 300 Spartan. Jeśli się tylko spokojnie zastanowić, to – myślę sobie – te moje słowa, bez względu na to jak bardzo zaangażowane, jak pełne emocji i prawdziwej wiary, są niczym w porównaniu z tym, co stoi naprzeciwko i przeciwko czemu one faktycznie są skierowane. I wcale nie chodzi mi tu o moich kolegów hejterów, którzy też tu prowadzą swoją prywatną wojnę. Akurat oni, że się tak nieskromnie wyrażę, mnie nie martwią. Uważam – jeszcze mniej skromnie – że oni akurat, nawet gdyby się nagle zgromadzili wszyscy razem, mnie nie przestraszą. Więc to nie z nimi walczę. Naprzeciwko bowiem mam nie paru, podobnie jak ja, amatorskich publicystów, lecz całą organizację, której faktycznego kształtu, pochodzenia, ani składu do końca nikt z nas nie zna, ale która na swoje usługi zgromadziła setki wybitnych polityków, wielkich autorytetów, znakomitych dziennikarzy, profesjonalnych doradców, cały powszechny system edukacji, potężny biznes, grupy wydawnicze, ogromną część kultury popularnej, a przede wszystkim najbardziej sprawne kanały medialne, pomagające dzień i noc komunikować się z demokratycznym społeczeństwem. A to już jest przeciwnik potężny.
      Dlaczego więc wciąż piszę i skąd mam wciąż tyle wiary w to, że warto? Stąd mianowicie, że mam szczere przekonanie, iż te 300 tekstów, to nie są same tylko teksty. Za tą liczba kryją się ludzie, w moim najgłębszym przekonaniu, prawdziwie wielcy i tak niezłomni, że z nimi się w ostatecznym rozrachunku wyłącznie wygrywa. Parę z moich niedawnych wpisów poświęciłem właśnie takim ludziom. Jeszcze wcześniej pozwoliłem sobie, najlepiej jak umiałem, oddać mój szacunek Annie Walentynowicz. Dziękowałem tu państwu Gwiazdom i każdemu z tych wszystkich walczących z dala od głównego nurtu bohaterom, o których akurat sobie pomyślałem.
       W którymś z najnowszych komentarzy, które uprzejmie zostawiane są na moim blogu, ktoś napisał, że siły, które się przeciwko nam sprzymierzyły, okazały się jednak zbyt słabe „w kościach”, żeby pokonać to co mamy najlepszego. Nie zniszczyły na przykład Antoniego Macierewicza. I to jest fakt. Jednak nie cała. Bo nie zniszczyły nie tylko Macierewicza. Nie zniszczyły również Lecha i Jarosława Kaczyńskich, nie zniszczyły Anny Walentynowicz, nie zniszczyły Gwiazdów, nie zniszczyły Krzysztofa Wyszkowskiego. Nie zniszczyły też – o czym mogliśmy się z satysfakcją niedawno przekonać – Kornela Morawieckiego. Nie zniszczyły wielu z tej przecież nielicznej garstki, która okazała się silniejsza od czasów w których przyszło im wszystkim żyć i walczyć. Nie zniszczyła wreszcie tych wszystkich z nas, którzy się solidarnie wspieramy, nawet dziś. Tutaj. Właśnie dzięki nim warto jest pisać i dlatego też łatwo jest wierzyć, że to nie jest już takie ciężkie zadanie.
      Powiedzmy więc, że tak jak tych tekstów jest już – razem z dzisiejszym – 300, można nawet przyjąć, że w ogóle wszystkich nas też jest 300. Zgoda więc. Niech zatem będzie tylko 300. Ale za to, jakież piękne jest to poczucie, że kiedy nam powiedzą: „Nasze strzały przysłonią wam słońce”, to my z radością i dumą odkrzykniemy: „Więc będziemy walczyć w cieniu!”



Przypominam, że akcja "Złotówka dla Toyahuja" trwa dziś tylko do godziny 14, bo tylko te wplaty zostaną jeszcze dziś zaksięgowane. Oczywiście pozostaje jeszcze paypal i adres toyah@toyah.pl i to już do samego wieczora. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki.

niedziela, 17 września 2017

Czy Maryla Rodowicz zostanie dyrektorem do spraw rozrywki w TVP?

           Jak część z nas może zauważyła, państwowa propaganda, nie dość, że od paru dni zamęcza nas festiwalem piosenki w Opolu, to jeszcze każe nam wierzyć, że oto właśnie dzięki owemu wydarzeniu, odzyskaliśmy wreszcie ową kulturę, która kiedyś przynosiła nam tyle radości, czy choćby zwykłego poczucia satysfakcji. Na pierwszy ogień poszła oczywiście Maryla Rodowicz z ukradzionymi  biednemu Laskowskiemu „Kolorowymi jarmarkami” i, na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dzieje się coś niedobrego, na Twitterze oczywiście głos zabrał minister Patryk Jaki i ogłosił co następuje: „Na złość wszystkim, Opole2017 jest naprawdę świetne. W amfiteatrze rewelacyjna atmosfera. Hejt 3RP jak zwykle pomaga”. W tym samym czasie, niesławny „Sok z buraka” przypuścił bezkompromisowy atak na Marylę Rodowicz sugerując, że skoro piosenkarka właśnie postanowiła obchodzić swoje 50-lecie na pisowskiej imprezie, to powinna się już szykować do stulecia w burdelu.
      Proszę zwrócić uwagę na to, do czegośmy przez ostatnie lata doszli. Oto mamy kolejny tak zwany „Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu”, organizowany nieprzerwanie, Gomułka, Kiszczak, czy Tusk,  każdego lata od roku 1963, na estradzie, jak niemal rok w rok od 50 lat, pląsa Maryla Rodowicz, no i, tak jak to się działo przez wszystkie te lata, z jednej strony, zalewa ją fala bezprzykładnego uwielbienia, a z drugiej równie bezprzykładnego szyderstwa, tyle że nagle się okazuje, że hejterzy i wielbiciele, nie mrugnąwszy nagle okiem, zamienili się miejscami.
     A co z nami, zwykłymi obserwatorami tego, co się dzieje to tu to tam? Otóż my mamy swoje myśli, swoje wspomnienia i swoje refleksje dotyczące tego, jak krętymi scieżkami kroczy zwykłe ludzkie obłąkanie.  
       Kiedy piszę te refleksje przypomina mi się tekst, który napisałem jeszcze 6 lat temu, kiedy to z jednej strony żałowałem tego, co nam prawdopodobnie bezpowrotnie minęło, a z drugiej strony po ciuchu liczyłem na to, że jednak może stanie się cud. No i proszę sobie wyobrazić, że cud się stał, tyle że niestety w formie parodii. Jak zawsze. Rzućmy więc proszę okiem na tamte dawne myśli.

      Im dłużej człowiek obraca się w dzisiejszym, nowoczesnym świecie, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że – tak jak to w popularnych dowcipach informowało Radio Erewań – lepiej już było. I to wcale niekoniecznie musi dotyczyć perspektywy osób reprezentujących pokolenie zstępujące, takich jak choćby autor tych słów, ale nawet ludzi znacznie młodszych, których dzieciństwo czy młodość przypadły na końcówkę PRL-u. Wiadomo oczywiście, że im kto starszy, tym większą ma skłonność do wspominania lat minionych, z pominięciem wszystkiego, co było w nich bolesne, czy choćby zaledwie niemiłe. Mam jednak wrażenie, że dzisiejsza Polska i w ogóle świat – oferując nam to co są w stanie zaoferować – tę tęsknotę wyłącznie wzmacniają. Nawet jeśli ma ona dotyczyć zaledwie końcówki lat 80-tych.
       Osobiście mam naprawdę dużo powodów, by lata przed rokiem 1990 wspominać z autentyczną sympatią. I zgadzam się, że częśćtych wspomnień  jest bardzo subiektywna, wynikająca z tego, że wszystko mi się już w mojej starej głowie wyrównuje, a przez to oczywiście zawsze narażona na wyśmianie. Ale też nie mam żadnych wątpliwości, że znaczna ich część, to coś naprawdę mocnego i wcale nie tak łatwego do zbicia w uczciwej dyskusji. Weźmy choćby kwestię czasu wolnego, a więc czasu, który można poświęcić na wszystko, czego człowiek sobie zażyczy. Jestem pewien, że każdy z nas, kto tamte czasy pamięta, przyzna bez dyskusji, że za PRL-u tego czasu było znacznie, ale to znacznie więcej. Pamiętam, jak ja i inni moi koledzy, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, mieliśmy niekiedy w szkole okazję, czy to do narysowania, czy opisania na kartce w zeszycie, czy wreszcie do opowiedzenia własnymi słowami, jak to sobie wyobrażamy świat w roku 2000. I wspominam dziś, że w tych relacjach przede wszystkim zawsze wracała myśl, że w przyszłości nie będzie samochodów, pociągów, ani nawet samolotów, a zamiast tego ludzie będą podróżować takimi małymi rakietami. Ale również mieliśmy wtedy niemal pewność, że ponieważ pracę za ludzi przejmą maszyny, wówczas jeszcze zwane robotami – wtedy jeszcze o komputerach nie było nam nic wiadomo – przeciętny człowiek będzie pracował trzy, a maksymalnie cztery dni w tygodniu. Dziś, jak widzimy, cała ta prognoza wzięła w łeb, choćby z tego względu, że o rakietach w ogóle nie ma mowy, pociągi jeżdżą jeszcze wolniej niż wtedy, samochody stoją w korkach i poruszają się z prędkością od 0 do 15 km. na godzinę, a my pracujemy tak dużo i tak ciężko, jak nigdy dotąd. Do tego stopnia dużo i ciężko, że kiedy wreszcie przychodzi ten błogi moment bezczynności, to nie jesteśmy nawet w stanie myśleć, a co dopiero spędzać czas. Najwyżej w którymś z supermarketów.
      Ktoś powie, że to jest demagogia, bo w komunie, przez ów nieustanny brak wszystkiego, zaczynając od kolorowych pism, a kończąc na Internecie, człowiek nudził się jak pies, i już tylko wył o to, by wyjechać choć na chwilę za granicę i poczuć ową świadomość, jak miło może upływać czas. Tyle że jest to oczywista nieprawda. Jeśli idzie o mnie choćby, to jeszcze jako dziecko, czy już młody człowiek, oczywiście nie miałem żadnego powodu, żeby siedzieć do trzeciej nad ranem i zajmować się rozrywkami – o ile oczywiście nie pojechałem do swojego kolegi Karola do Bytomia, żeby z nim pić, gadać i słuchać muzyki – ale jakoś nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narzekał na to, że jest mi nudno. A z pewnością nie robiłem tego częściej, niż zdarza mi się to dziś. Za to właśnie dziś rozmawiam ze swoim synem, który znów, po raz kolejny, zasnął po południu, wyrzucam mu tę dramatyczną stratę czasu, a on na to mi tłumaczy, że jego wszyscy znajomi śpią po południu. Dlaczego? Bo zwyczajnie tkwią w ciągłym niedospaniu. I o to właśnie tu chodzi. Ja chodzę spać po północy, bo szkoda mi wieczoru, a przy okazji życia, a oni śpią, ile razy chce im się spać.
      Gdy idzie o spędzanie czasu bowiem, życie w PRL-u, w porównaniu z tym, co mamy dziś, było zwyczajnie fascynujące i pełne różnorakich uciech, do których jakimś cudem nie był potrzebny ani telefon komórkowy, ani youtube, ani nawet pub w piątkowy wieczór. Ale, kiedy myślę o PRL-u, być może jeszcze mocniej, niż tę niezwykłą wręcz możliwość najpełniejszego spędzania wolnego czasu, odczuwam fakt, że ludzie którzy mnie otaczali, podobnie jak ludzie, których znalem wyłącznie z telewizji, czy z radia, w swojej większości robili intelektualnie znacznie lepsze wrażenie, niż to ma miejsce dziś. Oczywiście, i wtedy i dziś, pewien typ obywateli – na obu wymienionych poziomach – mógłby zostać określony zawsze i wyłącznie tym samym epitetem, czyli „dureń”, lub „agent”, no ale przecież nie mamy też żadnego powodu, by utrzymywać, że wtedy było pod tym względem gorzej. I durniów i agentów zawsze można było grabić jak jesienne liście. Czy wspomnimy tamtą panią z kasy biletowej na dworcu kolejowym w Radomiu, czy niejakiego Ubermana z Dziennika Telewizyjnego i zestawimy ich z kultowym już Andrzejem z Działdowa, czy Maciejem Knapikiem z TVN24, różnicy wielkiej nie znajdziemy, natomiast wystarczy porównać choćby Wojciecha Młynarskiego z tamtych czasów z Wojciechem Młynarskim dziś, by wiedzieć, co się z nami wszystkimi przez te wszystkie lata podziało.
       Myślę zresztą, że Wojciech Młynarski akurat jest tu w istocie świetnym przykładem. I to ze względu na to kim był wtedy i kim jest dziś, jako człowiek i artysta, ale również – a może przede wszystkim – ze względu na to, co się stało z tymi wszystkim, którzy kiedyś go cenili, a jego piosenki traktowali jak swój głos, a i dziś go cenią i uważają za jakiś tam autorytet. Aby móc bardziej dokładnie przekazać, o co mi chodzi, pozwolę sobie tu przypomnieć tekst piosenki Młynarskiego właśnie, zatytułowanej „Ballada o wronach”. Proszę posłuchać:

W berżeretkach, balladach, canzonach
Bardzo rzadko jest mowa o wronach,
A ja mam taki gust wypaczony,
Że lubię wrony...

Los im dolę zgotował nielekką:
Cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie-
- a ja je lubię...

Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje,
Żadna wrona przez chwilę nie kryje,
Że dlatego na zimę zostają,
Że źle fruwają...

Ale wrona, czy młoda, czy stara,
Się do tego dorabiać nie stara
Manifestów ni ideologii -
i to ją zdobi...

Gdy rozdziawią dziób, wiedzą dokładnie,
Że ich głosy brzmią raczej nieładnie,
Lecz nie wstydzą się i nie tłumaczą,
Że brzydko kraczą...

I myśl w głowach nie świta im dzika,
By krakaniem udawać słowika,
By krakaniem nieść sobie pociechę -
i to jest w dechę!

Żadna wrona się także nie łudzi,
Że postawi ktoś stracha na ludzi,
Co na wrony i we dnie, i nocą
Czyhają z procą...

Wrony fruną z godnością nad rżyskiem,
Jakby dobrze im było z tym wszystkim,
I w tym właśnie zaznacza się wronia
Autoironia.

Nie udają słodyczy nieszczerze,
Mężnie trwają w swym szwarc-charakterze,
Nie składają w komorę zasobną,
Jak więcej dziobną,

Wiedzą, że, mimo wszystkie przemiany
Nie wyrosną na rżysku banany,
Nie zamienią się w kawior pędraki,
Bo układ taki...

       Przypominam sobie dziś ten tekst, czytam go po raz kolejny, i zastanawiam się, czy Młynarski byłby w stanie go napisać dziś. I czy gdyby jakimś cudem był to w stanie zrobić, to czy ułożyłby go tak, by to przesłanie brzmiało właśnie w taki sposób, w jaki brzmiało wtedy. Ale zastanawiam się nad czymś jeszcze. Czy gdyby dziś Wojciech Młynarski napisał ten tekst właśnie tak, zawierając w nim dokładnie tę myśl, która go zdobiła wówczas, czy nad nim zachwycaliby się autorzy „Szkła Kontaktowego”, tak jak się dziś zachwycają nad wierszami Młynarskiego o tym, że Jarosław Kaczyński to bałwan i drobny dyktator. Ale też zastanawiam się jeszcze nad czymś. Czy tym tekstem i tą piosenką, gdyby ją w ogóle byli w stanie zrozumieć i polubić, zachwycaliby się ci wszyscy, którzy, tak jak ja i moi znajomi z młodości wtedy, tworzą dziś tak zwaną młodą miejską inteligencję, I we wszystkich tych wypadkach, mam na to odpowiedź jedną – nie. Ani bowiem Wojciech Młynarski nie napisałby dziś takiej piosenki – bo raz, że by zrobić tego nie potrafił, a dwa, że by nie chciał – ani w Szkle Kontaktowym by jej nie wyemitowali, ze względu choćby na fragment o „mężnym trwaniu w swym szwarc-charakterze”, zwłaszcza w sytuacji, gdy prokuratura postanowiła jednak się zabrać za Antoniego Macierewicza na poważnie, ani też ci wszyscy, którzy uchodzą za koneserów sztuki wysokiej i ambitnej, by jej nie mieli ochoty słuchać, bo nawet gdyby zrozumieli jej przesłanie – a może zwłaszcza wtedy – wiedzieliby, że to nie jest to, na co czekali.
       Proszę spojrzeć uważnie na wspomniany przeze mnie tekst Wojciecha Młynarskiego z lat, kiedy on i jego słuchacze, byli jeszcze istotami rozumnymi. Proszę się w niego wsłuchać. Proszę spróbować się zastanowić, o czym on jest. I co on nam próbował powiedzieć wtedy, kiedy podobno nie byliśmy ludźmi wolnymi. I proszę wreszcie zauważyć, jak wiele się od tamtego czasu w Polsce musiało zmienić, by wszystko to, co wówczas, dla samego Młynarskiego i dla nas, stanowiło prawdziwą wartość, nagle stało się niepotrzebnym balastem. Bo tamte czasy, cokolwiek by o nich mówić, dawały nam wystarczająco dużo wolności – i to wolności prawdziwej – byśmy potrafili znaleźć w sobie wewnętrzną siłę, a na zewnątrz czas do tego, by myśleć, myśleć i myśleć. I to właśnie ta siła i ten czas pozwoliły nam zachować w sobie to człowieczeństwo, które następnie dało nam moc, by wszystko co wówczas było złe i fałszywe, odrzucić i stworzyć sobie szansę na lepsze. I niestety tę szansę zmarnowaliśmy. Jak najgorsze łachudry. Wstyd!

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i przypominam, że tylko do jutra do godziny 14 trwa akcja pod nazwą „Złotówka dla Toyahuja”. Szczegóły w notce sprzed paru dni.


sobota, 16 września 2017

O niemieckiej kulturze i pięciu pieczątkach

Moja akcja, ogłoszona w czwartkowej notce, a zatytułowana prosto i w punkt „Złotówka na Toyahuja” trwa i ma się nad wyraz dobrze. Pozostały nam jeszcze trzy dni, bym we wtorek mógł ogłosić wyniki i zebrane pieniądze przekazać do parafii w Kiekrzu. Tych, którzy mają na ten blog oko szczególne, zapewniam, że wszystko, co zostanie wysłane po godzinie 14 w poniedziałek, wydam na papierosy i alkohol, a jak się trafi to i może narkotyki. Póki co, zapraszam do czytania mojego ostatniego felietonu w „Warszawskiej Gazecie”.    


    Wbrew intensywnym zabiegom ścisle określonych środowisk politycznych po obu stronach, by sprawę ostatecznie zamknąć, a nad tym, co jeszcze pozostało, zaciągnąć parawan milczenia, kwestia stosunków polsko-niemieckich powraca ze zwielokrotnioną siłą. Za każdym też kolejnym razem wygląda na to, że tak długo, jak wspomniane środowiska będą udawały, że wszystko jest w porządku, napięcie po drugiej stronie będzie się tak kumulowało, że wszystko skończy się najzwyklejszym wybuchem.
     Co w tym jest szczególnie zastanawiąjące, to fakt, że  strona niemiecka, a więc, wydawałoby się, najbardziej zainteresowana w tym, żeby mieć wreszcie swięty spokój, nie robi nic, by owo napięcie łagodzić. Wręcz przeciwnie, co chwila po tamtej stronie pojawiają się głosy i gesty, które napięcie wyłącznie zaogniają. Oto w tych dniach, w niemieckim dzienniku Sueddeutsche Zeitung , wystąpił niejaki Heribert Prantl i zarzucił Węgrom „brak wychowania”. Ja oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że gdzie Węgry, a gdzie Polska, a tym bardziej, że akurat w relacjach z Węgrami owa słynna niemiecka bezczelność może im dawać poczucie większej swobody, niż ma to miejsce w przypadku Polski, mimo to, tym akurat razem, pojawiło się coś, co woła o komentarz, mianowicie owo „dobre wychowanie”.
      Rzecz w tym, że Niemcy akurat mają tu osiągnięcia rozpoznawane nie tylko na Węgrzech, ale wszędzie na świecie, Polski stąd w żadnym wypadku nie wyłączając. Jestem przekonany, że każdy w miarę historycznie uświadomiony Polak, czytając  wypowiedź owego Prantla, musi poczuć ów dreszcz ściśle określonych emocji. Tak zwana „niemiecka kultura”, nierozerwalnie, jak wiemy, związana z owym wspomnianym przez Prantla „dobrym wychowaniem”, to coś, z czym się musiał spotkać każdy z nas, zwłaszcza w sytuacjach, nazwijmi je granicznymi. A zatem, jeśli dziś na pierwszy front politycznej walki o przyszły kształt Europy Niemcy wysyłają kogoś takiego jak Prantl, z takim a nie innym przekazem, to znaczy, że w tym szaleństwie musi być metoda. Oni ewidentnie chcą nas zirytować. Po co? No, tego niestety poki co nie wiemy.
      Ja bym jednak chciał jeszcze przez chwilę pociągnąć wątek owego „dobrego wychowania” i wspomnieć coś, co każdy z nas może w każdej chwili obejrzeć w muzeum w Auschwitz, gdzie wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, a na nim widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień zachował się niekulturalnie i że kara została nałożona zgodnie z przepisami. Nic nie zmyślam. To jest do sprawdzenia.
      Mam więc dziś do Niemców jedno przesłanie: Uważajcie, bo igracie z ogniem. Jeśli się nie opanujecie, to tutaj już nikt nie będzie zauważał imigrantów z Afryki, czy Ukrainy. Cała nasza uwaga będzie się koncentrowała na ludziach mówiących po niemiecku.

Bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupić książki najlepsze, dla najlepszych. No dobra, mówię o najlepszym sorcie.
     

   

piątek, 15 września 2017

Za co sataniści nie lubią Donalda Trumpa?

    Ogłoszona w poprzedniej notce akcja „Złotówka na Toyahuja” trwa i się pięknie rozwija, w związku z czym, z zamknięciem zbiórki, ogłoszeniem wyników, no i oczywiście przekazaniem wszystkiego na tacę w kościele pod wezwaniem św. Michała Archanioła i Wniebowzięcia NMP  w Kiekrzu, poczekam do poniedziałku, dziś natomiast chciałbym opowiedzieć o tym, jak się zupełnie nieoczekiwanie skonfrontowałem z satanizmem w wersji pop. Nie po raz pierwszy zresztą.
   A wszystko zaczęło się od tego, że przez media przeleciała informacja, że polski zespół grający pod nazwą Decapitated tak zwany „death metal” odbywał właśnie niezwykle udaną trasę po amerykańskiej prowincji i po jednym z koncertów jego członkowie zostali aresztowani pod zarzutem zbiorowego gwałtu. Z tego co byłem w stanie zrozumieć, poszło o to, że nasi rodzimi sataniści zostali po koncercie zaczepieni przez jedną z fanek, a ponieważ ona im się spodobała, zaprosili ją do autokaru, tam najpierw ją zbiorowo zgwałcili, następnie wystawili na ulicę, ona pobiegła na policję, złożyła zawiadomienie o przestępstwie i nasze chłopaki – co dla mnie wręcz fascynujące, z samego Krosna – zostały zgarnięte, a reszta trasy została odwołana.
   Powiem szczerze, że w związku z tym, co się stało, nie czuję choćby odrobiny satysfakcji. Przede wszystkim, potrafię sobie wyobrazić, jakim ciosem musi być dla tych chłopców z Podkarpacia, a zwłaszcza dla ich lidera i założyciela, któremu rodzice dali na chrzcie Wacek, kiedy to, co oni autentycznie osiągnęli własną pracą i talentem, w jednej chwili runęło jak domek z kart, i to wyłącznie przez to, że zrobili coś, co od zawsze kompletnie bezkarnie robili i robią znacznie więksi i ważniejsi od nich. No ale stało się i dziś, jedyne na co oni mogą liczyć, to na to, że jakoś się z tego wykaraskają i może nawet uda im się owe straty obrócić na swoją korzyść. W końcu ani Mick Jagger, ani Robert Plant, ani nawet Ozzy Osbourne nie mogą się pochwalić, że za gwałt na fance zostali aresztowani i wsadzeni za kratki.
   No ale jest jeszcze coś. Otóż przez swoją wyssaną z mlekiem matki ciekawość, kiedy usłyszałem o istnieniu zespołu Decapitated, postanowiłem sprawdzić, co to takiego i powiem szczerze że oni są naprawdę bardzo dobrzy. Poświęciłem dość dużo czasu na to, by się tym czymś zainteresować i powtarzam –  na tle tego, co się dzieje na rynku, oni są naprawdę bardzo dobrzy. A dzieją się tam rzeczy niebywałe. Oto, jak się dowiaduję, każdego roku we Francji odbywa się festiwal pod nazwą Hellfest, prawdopodobnie najważniejszy festiwal promujący muzyczny satanizm, gdzie z naszych artystów mamy oczywiście Behemotha i, jak się okazuje, również Decapitated, a poza nimi cały wachlarz najróżniejszych projektów, przy których nawet Nergal robi wrażenie czegoś bardzo gustownego i wyrafinowanego.
   Nie jestem w stanie znaleźć słów, by opisać, co się dzieje na festiwalu Hellfest we francuskim Clisson, natomiast kto chce może wejść na youtube’a i sobie obejrzeć. Rzecz w tym, że trzeba dopiero zobaczyć całość, by zrozumieć, jak bardzo mamy do czynienia z klasyczną ślepą uliczką. Pomijając oczywiście ową muzyczną wirtuozerię, której się nie da zakwestionować, tam nie ma nic, co by dawało tym biedakom szanse na przeżycie. To jest tak straszna żenada, że jeden Zenek Martyniuk swoją elegancją i estetyczną głębią by ich wszystkich rozniósł w sekundę. Patrzę choćby na szwedzki zespół pod nazwą Ghost, który gra metal na poziomie wytyczonym przez swoich starszych kolegów z zespołu Europe, tyle że tu muzycy mają łby udekorowane maskami z rogami, a robiący za papieża wokalista wysyła w zebrany tłum przebrane za zakonnicę cizie z mszalnymi kielichami, które następnie poją tę bandę nieletnich półgłówków z wytatuowanymi ryjami jakimś, jak się domyślam, najtańszym winem, i jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że to jest coś tak słabego, że sam Lucyfer w końcu nie wytrzyma i za karę ześle na nich wszystkich zarazę, która ich zwyczajnie powybija w pień, a już tam na miejscu będzie im po wieczne czasy kazał czyścić te kotły z gówna.
   A przecież ów Ghost to zaledwie jedno z wielu pierwszoligowych przedsięwzięć na europejskim rynku satanistycznego popu. Przepraszam bardzo, ale muszę to powtorzyć. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli, to w konfrontacji z tym całym cyrkiem, te chłopaki z Krosna, czy – tu może już trochę mniej – Nergal, to autentyczni artyści. 
   Ale pies z nimi tańcował. Dzieci chcą tego słuchać, a nawet być przy tym gwałcone – proszę bardzo. To co natomiast uważam za naprawdę ciekawe to fakt, że – i widać to wyraźnie na zamieszczonych na youtubie filmikach – ów festiwal jest transmitowany w pełnym HD przez jeden z najbardziej uznanych kanałów kulturalnych w Europie, czyli ARTE. A zatem, jak się można domyślić, to jest propozycja, jaką ma dla nas dziś Europa. Powtarzam, ja nie mam pretensji do artystów. Oni robią co mogą, by, przy naprawdę dużej i silnej konkurencji, wypełnić tę niszę, organizowanie jednak dla ich starań aż takiej klaki budzi najgorsze podejrzenia. I nie wierzę, że za tym stoi tylko to, że oni, kiedy tylko przestaną krzyczeć „Fuck Pope”, to zaczynają ryczeć „Fuck Trump”. Tu chodzi jednak o kulturę, nie o politykę. I to jest jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy nie spuszczać z nich oka. A chłopaki z Decapitated niech bezpiecznie wracają do Kraju i uważaja na siebie. Stąpają bowiem bo terenie wąskim i ciężko skażonym.



Nasze książki niezmiennie są do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Nigdzie nie znajdziemy nic lepszego. Daję na to najszczersze słowo honoru

czwartek, 14 września 2017

O pewnej złotówce na Toyahuja

      Jak części z nas wiadomo, prowadzę ten blog od roku 2008, raz z większą, raz z mniejszą intensywnością, niemniej zawsze oscylując wokół 300 tekstów rocznie. Od dziewięciu lat, niemal każdy dzień przynosi tu kolejną notkę i dziś, po tych wszystkich latach, muszę z nieopisaną radością stwierdzić, że nie stało się nic, bym miał stracić wiarę w sens tego, co robię. Szczególnie ostatnie dni utwierdziły mnie w przekonaniu, że, mimo iż tak wiele przez te wszystkie lata się zmieniło, ten blog dla wielu pozostaje dokładnie tym samym czym był na początku. I to jest wiadomość, jak mówię, prawdziwie radosna.
       Dwa razy zdarzyło się, że zmuszony byłem potraktować to miejsce zarobkowo. Raz, w roku 2010, kiedy kampania nienawiści wobec Prawa i Sprawiedliwości doprowadziła do tego, że straciłem pracę i aby przeżyć musiałem się ratować wsparciem Czytelników, no i drugi raz, ostatnio, w związku z bardzo doraźnym kryzysem, którego nie byłem w stanie pokonać samodzielnie. Za jednym i drugim razem, z pełnym sukcesem.
      Wczoraj na tym blogu pojawił się nieznany mi komentator, wedle wszelkich danych, reprezentujący najbardziej bezkomromisową część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, który najpierw przez cały dzień zasypywał mnie wszelkiego typu szyderstwami, by mnie wreszcie z satysfakcją poinformować, że dla mnie dobre czasy się wreszcie skończyły. I to jest dla mnie wiadomość prawdziwie szokująca. Otóż ja byłem szczerze, i w moim rozumieniu jak najbardziej słusznie, przekonany, że dzięki tej naprawdę uczciwej i pełnej oddania pracy, mój czas się wreszcie zaczął, tymczasem ustami jednego z przedstawicieli nowej władzy zostałem poinformowany, że jest wręcz odwrotnie. To, co ja przeżywałem przez minione lata, to nic, przy tym, co mnie czeka teraz, za rządów Dobrej Zmiany.
      Nie będę tu wchodził głębiej w szczegóły, jednak gotów jestem się częściowo z tą opinią zgodzić, na tyle choćby, by przyznać, że rozumiem jej sens. Jest bowiem tak, że kiedy wszyscy byliśmy w ten czy inny sposób przyduszeni totalitarnymi – właśnie tak, totalitarnymi! – rządami kolalicji PO – PSL, dla wielu z nas tak zwane „prawicowe blogi” stanowiły swego rodzaju… przepraszam za to określenie, ale jednak swego rodzaju „archipelagi wolności”. No i też wielu z nas przychodziło tu choćby po to, by odetchnąć świeżym powietrzem. Dziś, kiedy wiele wskazuje na to, że owo tak bardzo wyczekiwane zwycięstwo, utuli nas do swojego serca na zawsze i najwyraźniej nie ma takiej siły która by była to w stanie powstrzymać, można odnieść wrażenie, że powoli stajemy się niepotrzebni.
      I proszę nie myśleć, że ja ów upływ czasu poczułem dopiero teraz. Pamiętam, jak 10 kwietnia zeszłego roku siedzieliśmy z Coryllusem na Targach Wydawców Katolickich pod Zamkiem – dotychczas, obok Targów Książki Historycznej, z finansowego punktu widzenia, najlepszych – na zewnątrz świętowano zwycięstwo prawdy i nadziei, a myśmy czuli, że tym razem się przez to, co się stało nie przebijemy i że każdy kolejny rok może się okazać już tylko gorszy.
       Wczoraj Coryllus na swoim blogu ogłosił, że Klinika Języka tej jesieni nie weźmie udziału ani w targach w Katowicach, ani w Krakowie, ani we Wrocławiu, ani także w Warszawie. A ja muszę przyznać, że od pewnego czasu sam się zastanawiałem, czy w ogóle powinienem jechać w tym roku do Warszawy. Czy to ma w ogóle sens. Otóż obawiam się, że doszliśmy do ściany. System, w sojuszu ze zwykłym ludzkim pragnieniem komfortu, zwyciężył.
      Zeszły tydzień minął mi na autentycznych emocjach związanych z myślą, czy uda mi się jeszcze trochę pociągnąć… i, jak już wspomniałem, okazało się, że przez te dziewięć lat, przynajmniej gdy chodzi o ten blog, nie zmieniło się nic. Z drugiej strony, atak jest zdecydowanie bardziej stanowczy niż dotychczas. I nawet niekoniecznie mam tu na myśli wspomnianego na początku komentatora, który właśnie ogłosił mój koniec. Proszę sobie wyobrazić, że wśród licznych zeszłotygodniowych przelewów otrzymałem też jeden, w wysokości 1 złotego, wysłany przez niejakiego Marka Andrzeja Pawlaka z ulicy Chrobrego w Katowicach, zatytułowany: „Złotówka na flaszkę dla Toyahuja”.
      Nie mam pojęcia, kim jest ten Pawlak, niemniej mam bardzo poważne podejrzenie, że on dwa lata temu, podobnie jak ja, głosował na Andrzeja Dudę i na Prawo i Sprawiedliwość, a dziś wszystkich, którzy uważają ministra Jakiego, czy minister Kempę za szkodników, a Wiadomości TVP za parodię dawnego „Dziennika telewizyjnego”,  postanowił wytępić. A mi, proszę sobie wyobrazić, kiedy widziałem tę demonstrację, przyszedł do głowy pomysł na pewien projekt. Otóż kompletnie nie mam pojęcia, ile osób czyta mój blog i czerpie z niego pozytywną satysfakcję. Wiem, że to jest jakieś od 2 do 3 tysięcy odsłon dziennie, ale kim są osoby, które owe odsłony generują, ale przede wszystkim może, ile ich jest, nie mam pojęcia. Czy większość z nich to ci, którzy życzą mi nic ponad to bym zdechł w nędzy, czy może są to ludzie, którzy przychodzą tu od lat i wciąż widzą sens, by tu przychodzić, a może są to jacyś zupełnie przypadkowi internauci, którzy mają to wszystko w nosie? Wpadłem więc na następujący pomysł. Proszę mianowicie wszystkich tych, którzy czują się przyjaźnie związani z moim blogiem o przelanie na moje konto jednej złotówki, a w tytule przelewu napisanie dwóch czy trzech słów komentarza, a ja w ten sposób się dowiem, ilu z nas pozostaje tu naprawdę zaangażowanych i w ten sposób się wreszcie policzymy. No a potem napiszę na ten temat osobną notkę, gdzie omówię wynik tej operacji, i oczywiście, niezależnie od tego, czy to będzie osób 50, czy 200, czy więcej, wynik podam natychmiast do publicznej wiadomości, a zebrane pieniądze przekażę na potrzeby parafii prowadzonej przez sprawdzonego przyjaciela tego bloga księdza Rafała Krakowiaka z Poznania, z prośbą by się za nas wszystkich pomodlił.
     Trochę się oczywiście boję, że mój pomysł się nie spodoba i zostanie po nim jedynie kac, no ale postanowiłem zaryzykować. Bardzo proszę o poświęcenie tego czasu.
      Oto numer konta: 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591 i stanowcza prośba: chodzi o złotówkę i ani grosza więcej. Może być też oczywiście ów grosz, dwa, czy trzy, a nawet słynne 12, jednak nie więcej niż złotówka. Tym razem chodzi głównie o statystykę. No i wiedzę. A od jutra lecimy dalej.


Ksiażki są oczywiście do kupienia na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.  

środa, 13 września 2017

Siedem nowych kawałków na nowy tydzień

       No i znów ani się obejrzeliśmy, jak minął kolejny tydzień i nadeszła nasza pora na kolejny zestaw krótkich komentarzy, jakie od dłuższego już czasu publikuję w „Polsce Niepodległej”. Dziś w kioskach pojawił się nowy numer tego naprawdę ciekawego tygodnika, a u nas tekst sprzed tygodnia. Zapraszam. 

Miniony tydzień upłynął nam pod znakiem rozpamiętywania straty, jaką nie tylko dla światowego środowiska dziennikarskiego, a w ogóle dla dziejów Stworzenia, była śmierć redaktora stacji TVN24, Grzegorza Miecugowa. Podczas uroczystości pogrzebowych, głos zabrała jeszcze jedna gwiazda owej dziwnej telewizji, Katarzyna Kolenda-Zaleska i powiedziała co następuje: „To właśnie Grzesiu był gwarantem bezpieczeństwa. Wiedział, jak wybawić człowieka z kłopotu, jakie pytanie zadać. Przypomnieć jak się nazywa prezydent Polski, gdy w głowie pojawiała się czarna dziura".  Najprościej byłoby zażartować, że od dziś zatem nie pozostaje nam nic innego, jak wołać na redaktor Zaleską „Czarna Dziura”, no ale ponieważ my tu mamy ambicje większe, niż zachwycanie się prostymi bon motami, czytelnikom należy się powazny komentarz. Otóż to co tu autentycznie zachwyca, to fakt, że umiera jeden z głównych architektów III RP, i okazuje się, że owa III RP nie jest w stanie powiedzieć o nim nic więcej jak to, że zawsze pamiętał, jak ma na nazwisko aktualny prezydent RP.

***

A może jest tak, że ponieważ o Grzegorzu Miecugowie nie da się powiedzieć nic, co by go w tym nienajlepszym dla niego momencie choć minimalnie awansowało, tak jak zawsze nie pozostało nic innego, jak prosić o pomoc Kościół? Jak się dowiadujemy dwóch wybitnych kapłanów, księża Luter i Sowa odprawiło za duszę zmarłego Mszę Swiętą, prosząc Dobrego Boga, by go przyjął do Swojego Królestwa. Biorąc pod uwagę fakt, że w czasie, gdy jeszcze miał się całkiem dobrze, red. Miecugow oświadczył publicznie, że jego zdaniem człowiek po śmierci rozpływa się w pamięci kosmosu, a jeśli się w cokolwiek zamienia się, to choćby i w krzesło, i tak oto nasz świat trwa, to trzeba jednak przyznać, że coś się jednak stało. Nawet koleżanka Miecugowa, Monika Olejnik, gdy przyszła na nią pora, zawołała: „Do zobaczenia po drugiej stronie. Warto wierzyć” i się pobeczała. Ksiądz Sowa musiał być z niej bardzo zadowolony.

***

Ktoś mi zarzuci, że ja tu sobie stroję żarty, podczas gdy, jak by nie było, stoimy wobec majestatu śmierci. A ja na to mam jedną odpowiedź. Otóż nie ma takiego żartu, który przebiłby cyrk, jaki na okazję owego smutnego zdarzenia zorganizowali koledzy i przyjaciele Grzegorza Miecugowa, w tym jego wieloletni biznesowy partner Tomasz Sianecki. Ten, najwidoczeniej uznawszy, że nadszedł ten właśnie  moment, oswiadczył, że on i Miecugow się przez te wszystkie lata zwyczajnie nie znosili, a to, że im przyszło współnie budować ową kulturę nienawiści w postaci „Szkła Kontaktowego”, to była decyzja tak zwanej „góry”. Ależ krzywe są linie, po których pisze diabeł!

***

No dobrze. Dość już tego znęcania się nad , było nie było, kimś, który już przynajmniej wie, jak jest. Popatrzmy na tych, co nie dość, że nie wiedzą, to uważają, że tak jest wręcz fantastycznie. Jak nas poinformowały media, we włoskiej miejscowości Rimini, czterech Murzynów brutalnie zgwałciło polską turystkę, a jej chłopaka pobiło do nieprzytomności. Korzystając z wręcz fantastycznej okazji do tego, by sobie nabić politycznych punktów, sprawę skomentował minister Patryk Jaki i trzeba przyznać, że się nie oszczędzał. Najpierw oświadczył, że dla tych „zwyrodnialców” jedyna sprawiedliwa kara, to kara śmierci, a nastepnie doprecyzował, że chodzi o śmierć wzmocnioną wcześniej serią wymyślnych tortur. W tej sytuacji my tu dla pana ministra mamy już tylko jedną radę. Ponieważ, jak wszyscy, z nim na czele, wiemy doskonale, że na to, by tych Murzynów sprowadzić do Polski i ich tu osądzić nie ma najmniejszych szans, niech może pan minister pokaże swoim ewentualnym wyborcom, jaki z niego szeryf, torturując i obcinając łby naszym lokalnym „bestiom”. W końcu ma ich tu do dyspozycji kilku, włącznie z tymi spędzającymi jesień swojego życia w tak zwanym Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym.

***

Z Patrykiem Jakim mamy jeszcze jeden problem, i to już całkowicie niezależnie od tego, jak on coś tak w gruncie rzeczy wybitnie incydentalnego, próbuje użyć do kwestii o wymiarze wręcz globalnym. Otóż sposób w jaki on, zamiast uczciwie i w spokoju realizować swoją służbę na rzecz Ojczyzny, zajmuje się głównie upiększaniem swojego wizerunku, go zwyczajnie kompromituje. Co gorsza, on się tym samym ustawia w jednym szeregu z politykami tak dramatycznie bez znaczenia, jak wspominany tu już, Dominik Tarczyński. On też, chwytając się owego nieszczęścia z plaży w Rimini jak pijak sztachety, zamieścił na Twtterze następujący apel: „Za afrykańskimi zwyrodnialcami którzy na oczach męża seryjnie zgwałcili Polkę powinniśmy wysłać ‘Łowców Cieni’, Błaszczak, dawaj ich do Polski!”, czym w jednej chwili wzbudził czarny jak noc entuzjazm najpodlejszej części Internetu. A my już tylko czekamy. Gdyby wolno mi było coś doradzić prezesowi Kaczyńskiemu, to ja bym proponował, by on jednak zrobił sobie dzień przerwy od bieżących obowiązków, wezwał tych dwóch pajaców do siebie na Nowogrodzką i przez cały dzień kazał im robić pompki. Ewentualnie jeszcze do towarzystwa mógłby doprosić Anotoniego  Macierewicza.

***

No własnie, Macierewicz. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że tu akurat nie bardzo nam wypada szydzić z ludzi, którzy swoją ciężką pracą dają nadzieję na sukces Dobrej Zmiany, no ale co mamy zrobić, jeśli oni w swoim poświęceniu tak się zapamiętali, że ani się nie obejrzymy, jak z tego sukcesu zostanie już tylko kupa kupy? Oto sam Pierwszy Minister IV RP, Antoni Macierewicz od pewnego czasu na beznadziejnej politycznej wojnie z prezydentem Andrzejem Dudą, postanowił odzyskać choćby fragment pola i zaprosił Prezydenta do debaty na temat tego, jak powinien się rozkładać podział kompetencji miedzy Prezydentem RP, a Ministerestrem Obrony Narodowej. My tu wszyscy oczywiście mamy swiadomość zasług, jakie Antoni Macierewicz ma dla Polski, jak również wynikającą z owych zasług pozycję, natomiast to, że on nagle uznał, że prezydent Andrzej Duda uzna go za partnera do jakichkolwiek publicznych debat, zakrawa na żart, i to w najlepszym dla Macierewicza wypadku. I doprawdy nic tu nie zmienia deklaracja Ministra, że on jest do dyspozycji „w wygodnym dla Prezydenta miejscu i czasie”. Powtórzę raz jeszcze: wszyscy mamy świadomość zasług Macierewicza dla Niepodległej Polski, jednak miejmy też świadomość faktu, że jako zaledwie jeden z ministrów w rządzie, najwyżej jak on może być do dyspozycji w wygodnym dla kogokolwiek miejscu i czasie, to dla swoich wyborców w Piotrkowie Trybunalskim i lepiej póki co nie będzie.

***

Kiedy wydawać by się mogło, że zeszliśmy na poziom tak niski, że pod spodem już jest chyba tylko skała, odezwał się niesmiało wspomniany na początku dzisiejszych refleksji Kościół, i to w dodatku reprezentowany przez swoich wybitnych kapłanów. Jako pierwszy z nich wywiadu „Gazecie Wyborczej udzielił dominikanin Paweł Gurzyński i oświadczył, że zanim ostatecznie zaczniemy chronic życie poczęte, powinnismy na ten temat odbyć poważna debatę. Zaraz zza Gurzyńskiego wychynął ledwo co spuszczony z łańcucha ksiądz Boniecki i poinformował świat, że on wcale nie uważa, by jakiś głupi krzyż był w stanie uczynić świat lepszym. Po Bonieckim przyszedł sam biskup Pieronek i ogłosił całym swoim autorytetem, że Jarosław Kaczyński zachowuje się jak narkoman. No i kiedy wydawało się, że oni wszyscy jednak pójdą się wreszcie pomodlić, na sam koniec wyskoczył były, ale, jak by nie było, ksiądz Jacek Międlar. A wyskoczywszy, zachęcił nas wszystkich do kibicowania jego najnowszemu projektowi w postaci książki pod  niezwykle znaczącym tytułem „Moja walka”, poświęconej, jak się domyślamy, ujawnieniu wszystkich największych grzechów Koscioła. A zatem mamy wreszcie polską odpowiedź na niesławne „Mein Kampf” jeszcz e bardzij niesławnego Adolfa Hitlera. W sumie warto by było wiedziec, kto stoi za Jackiem Międlarem, no i – co może jeszcze ciekawsze – jakiż to dziwny jest plan.


No i to tyle. A mi nie pozostaje nic innego, jak zachęcić do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.





wtorek, 12 września 2017

Czy Donald Trump kupił sobie nową płytę Tori Amos?

       Wczorajszy wieczór miałem wyjątkowo leniwy. Zakończyło się US Open, los West Hamu interesuje mnie o tyle o ile, żona rozpoczęła już rok szkolny, nasze dziecko odmówiło oglądania ze mną filmów, pozostało więc mi słuchać muzyki, gapić się w monitor i szukać inspiracji do kolejnej notki. Wszedłem więc na onet.pl i proszę sobie wyobrazić, że od razu trafiłem na pierwszą informację, potwierdzoną wielkim kolorowym zdjęciem, że piosenkarka Tori Amos wypowiedziała się dla Onetu, a to co powiedziała, może się nie spodobać politykom. Tytuł wiadomości dokładnie brzmiał następująco: „Słowa Tori Amos nie spodobałyby się nie tylko amerykańskim, ale pewnie i polskim politykom”.
      Oczywiście już w tym momencie większość z nas zapewne zachodzi w głowę, jak to jest w ogóle możliwe, by polityczne refleksje piosenkarki Amos były w stanie poruszyć serca kogokolwiek, a tym bardziej polityków. Przede wszystkim, kto w ogóle wie, kim jest Tori Amos, kogo interesuje to, co ona myśli na jakikolwiek temat, no ale też – co być może najzabawniejsze – który to amerykański polityk przeczyta wywiad, którego owa artystka udzieliła Onetowi, na tyle uważnie, by móc stwierdzić, że to co ona uważa mu się podoba, lub nie podoba?
       Wygląda jednak na to, że sam Onet całą sprawę traktuje nadzwyczaj poważnie i oddaje swojej gwieździe całą scenę, zachęcając nas w taki oto bardzo szczególny sposób do uwagi: „Kto by pomyślał, że ‘Native Invader’ to już piętnasty studyjny album Tori Amos?”, a ja na to mogę tylko pokornie odpowiedzieć, że ja akurat bym się prędzej śmierci spodziewał, niż tego, że Tori Amos wydała już 15 płyt. Ja bym nawet nie zgadł, że album „Native Invader” to trzeci album Tori. Zdziwiłbym się nawet, gdyby się okazało, że to jest jej album juz drugi. A tu proszę – piętnasty. To nawet Beatlesi czegoś podobnego nie osiagnęli, nawet Hendrix, że już nie wspomnę o Doorsach, których, owszem, sobie ostatnio intensywnie słucham. Piętnaście albumów na koncie Tori Amos to nie w kij dmuchał. No ale zobaczmy co nasza artystka ma do powiedzenia, tak by polskich i amerykańskich polityków zirytować:
     „Na tej płycie przyglądam się naturze i temu, jak dzięki swojej odporności potrafi się uzdrawiać. Stawiam też pytania dotyczące naszego udziału w niszczeniu Matki Ziemi, jak również samych siebie i naszych relacji”.
     „Gdzie się podziali wielcy myśliciele? Gdzie jest nasze sumienie? Gdzie nasze współczucie i człowieczeństwo? To wszystko pytania, które musimy sobie cały czas zadawać. To, co się dzieje w Waszyngtonie i wielu innych miejscach, w ogóle nie funkcjonuje. Jak ma funkcjonować, skoro politycy skupiają się nad tym, co mogą zyskać, otrzymać od drugiej strony, a nie na tym co jest najlepsze dla ludzi i Ziemi?
      „[Uważając seks za zło] można zniewolić całą populację. Przecież to już się w przeszłości zdarzało, bez względu na to, czy dotyczyło rządów w różnych krajach, twoim czy moim, czy Kościoła katolickiego. Ruchy prawicowe są ogromnym zagrożeniem dla wolności człowieka, bo dzielą ludzi i pary przez pryzmat ich seksualności, odbierając im jednocześnie prawo do własnej duchowości – nie dotyczy to tylko par jednopłciowych. To stary jak świat sposób zyskania przez kilku pełnej kontroli nad milionami”.
      „Wierzę, że kanclerz Merkel ma szczere intencje i jej postawa jest światełkiem w tunelu. Nawet jeśli sama uchodzi za rasowe polityczne zwierzę. Wydaje mi się, że aby być dzisiaj politykiem, trzeba mieć pewne specyficzne cechy i umiejętności. Ale dopiero ktoś, kto ma w sobie moralność, by nie stać się tym, kim przysięgał się nie stać, może naprawdę uczynić różnicę”.
      Ktoś się być może zaciekawi, skąd nagle do zajętej problemami Matki Ziemi głowy Tori Amos przyszła kanclerz Merkel. Odpowiedź na to pytanie wymaga jeszcze jednego cytatu, tym razem jednak związanego z pytaniem autora wywiadu, dziennkarza Onetu, który piosenkarkę prowadzi przez kolejne zakręty od początku do końca i bez którego zaangażowania ów wywiad nawet w połowie nie byłby tym czy jest, czyli – zapamiętajmy to nazwisko – Pawła Piotrowicza. Otóż w pewnym momencie Tori Amos stwierdza, że świat jest dziś tak zły, że istnieją już tylko pojedyncze wysepki, na których można by było się schronić, na co redaktor Pawłowicz czujnie pyta: „Czyli?”, no i w tym momencie padają dwa najważniejsze słowa wywiadu, jaki dla nas przygotował portal onet.pl: „Kanclerz Merkel”.
       Pisałem tu już niedawno parę razy o tym, jak to tak zwane „siły reakcji”, wobec agresji Prawa i Sprawiedliwości, stoją na w sposób oczywisty przegranych pozycjach i każdy kolejny dzień ich nędzny los wyłącznie przypieczętowuje. I oto dziś, zupełnie jakby chciał mi powiedzieć: „No, tak, mieliście racje, jesteśmy do dupy”, nie kto inny jak Onet, ośrodek propagandowy niemal równie potężny, a kto wie, czy nie potężniejszy, niż „Gazeta Wyborcza”, wynajmuje piosenkarkę Tori Amos jako armatnie mięso w wojnie z polskim rządem. Przepraszam bardzo, ale tu już nawet nie ma sensu wzywać psychiatrów. Tu nawet czarownik nic nie pomoże. Co ja mówię, czarownik? Nawet sam Kusy się pochoruje z rozpaczy.
      Ktoś powie, że ja się bardzo głęboko mylę, bo wbrew temu, co sugeruję, Tori Amos to świetna piosenkarka i wybitna artystka. No dobra, niech będzie. Niech będzie, że te 15 albumów, to wynik, który robi wrażenie. Tyle że co z tego? To w ogóle, wbrew temu, co się najwidoczniej wydało redaktorom Onetu, nic nie znaczy. Oni równie dobrze mogli zwrócić się o pomoc do Justina Timberlake’a. Co ja mówię do Timberalke’a?  Oni mogli nawet stworzyć komputerowy wizerunek Elvisa Presleya, który by nam zakomunikował, że poza kanclerz Merkel nie ma już nic. Tyle że co to zmienia? Kogo obchodzi to, co by nam dziś miał do powiedzenia Elvis Presley w temacie uchodźców, czy reformy sądów? A oni nam tu każą się emocjomnować słowami Tori Amos? Tori Amos???
      A więc to jest już koniec. I wbrew pozorom, nie jest to dla nas wiadomość dobra. Oglądałem wczoraj Wiadomości TVP, czuję, że jest jeszcze gorzej, niż to miało miejsce przedwczoraj i wiem, że pojutrze będzie jeszcze gorzej, niż jutro.

Zachęcam do kupowania książek w księgrani pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Ja wiem, że zwłaszcza osobom przekonanym, że bez pieczątki nic nie jest ważne, trudno będzie w to uwierzyć, ale póki co, nie ma nic lepszego. I to nie jest propaganda, lecz fakt.
     

   

poniedziałek, 11 września 2017

Przypowieść o tym, co się dzieje, gdy polskiemu patriocie zabrać zabawkę

      Wczoraj na moim blogu pojawił się kolejny z całej ostatnio serii nieznanych mi komentatorów, podpisany, jak najbardziej, „prawy”, jak rozumiem, po to, by mi wyjaśnić powody owej zastanawiającej nienawiści, z którą niemal od samego początku mamy tu do czynienia i zamieścił serię linków prowadzących do umieszczonych osiem, czy dziewięc lat temu na licznych prawicowych portalach tekstów dotyczących blogera Toyaha, czyli mnie. Nie mam pojęcia, kim są autorzy owych tekstów, nie umiem sobie kompletnie przypomnieć kontekstu tamtych emocji, powiem szczerze, że nawet nie chciało mi się ich czytać, natomiast, owszem, mam wrażenie, że chyba wreszcie zrozumiałem, skąd się bierze ten nieprzytomny wręcz atak, z jakim mamy tu ostatnio do czynienia. Chodzi o coś, co psychiatrzy nazywają zaleganiem afektu, a co sprowadza się do tego, że, mimo upływu lat, człowiek do tego stopnia przeżywa dawne emocje, że w efekcie nie pozostaje mu nic innego, jak albo samobójstwo, albo morderstwo.
     Jak mówię, nie pamiętam ani atmosfery tamtych czasów, ani tym bardziej konkretnych szczegółów, ale, jak sądzę, generalnie rzecz musi dotyczyć tego, że kiedy zacząłem publikować, już w pierwszej chwili, wielu tak zwanych „polskich patriotów” uznało mnie za swoją wielką nadzieję i szansę, no a kiedy okazało się, że ja się nie nadaję do tego, by kogokolwiek poza samym sobą reprezentować, pozostała tylko owo tak bardzo bolesne rozczarowanie. I nie wierzę, by problemem było to, że w 2009 roku przyjąłem od Onetu nagrodę za blog roku, co niektórzy mi do dziś wypominają, ani tym bardziej o awanturę pod tytułem „Afera Toyaha”, która była od początku do samego końca wynikiem wyjątko perfidnej manipulacji przeprowadzonej przez postsolidarnościową emigrację. I jedno i drugie, to zaledwie pretekst. Rzecz wyłącznie w owych zalegających w duszach tych ludzi żali.
      Korzystając więc z okazji, chciałbym przedstawić jeden z rozdziałów mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” zachęcając oczywiście do czytania reszty. Bez fałszywej skromności, pragnę zapewnić, że nie jest łatwo znaleźć coś równie dobrego.

     Mój bliski przyjaciel jeszcze z dzieciństwa, Andrzej Trojnar, opowiadał mi kiedyś pewną historię związaną z niejakimi braćmi Stokłosami. Zanim jednak powtórzę samą historię, najpierw może opowiem o samych Stokłosach.  Otóż oni mieszkali mniej więcej tam gdzie mieszkaliśmy my, a więc Andrzej i ja. Myśmy ze Stokłosami się nie zadawali z kilku powodów. Przede wszystkim oni bawili się na sąsiednim podwórku, a więc byli obcy, po drugie byli powszechnie traktowani jak ulicznicy, więc rodzice by się nam z nimi bawić i tak nie pozwolili, po trzecie oni nawet na tle innych obcych uliczników robili wrażenie podłe. Oczywiście, każdy z nas ich od czasu do czasu widział, jak się gdzieś tam snują, ale na tym nasze relacje się kończyły. A zatem, jeśli chodzi o Stokłosów, nie było dyskusji.
      Andrzej był moim kolegą w sposób dość szczególny. Z jednej strony chodziło o to, że on był aż 4 lata od nas młodszy, co go z automatu niejako ustawiało na pozycji gorszej, drugiej jednak strony, on był jednym z sześciorga dzieci, które mieszkały w naszej klatce, a więc siłą rzeczy nie można go było tak zupełnie lekceważyć. Znaczenie też miało to, że on miał największe z nas wszystkich mieszkanie, i nigdzie jak u niego nie było tyle przestrzeni, gdzie można się było bawić. Poza tym, ponieważ rodzice Andrzeja byli ludźmi bardzo zamożnymi i mieli nawet prawdziwą gosposię, bywanie u Andrzeja w domu nosiło w sobie zawsze pewną aurę wyjątkowości.
      Otóż niedawno rozmawiałem sobie z moim kumplem Andrzejem Trojnarem o psychologach i o tym, do czego psychologowie mogą być ewentualnie potrzebni, i on mi powiedział, że jego zdaniem psychologowie są potrzebni do tego, by jak ktoś kogoś zamorduje i nikt nie ma pojęcia, co było przyczyną owego szaleńczego kroku, psycholog przyjdzie, człowieka przesłucha i wszystko stanie się oczywiste. Gdy idzie o niego akurat, on zawsze sobie myślał, że gdyby on – człowiek poważny, z piękną żoną, wykształconymi dziećmi i o odpowiedniej pozycji – dziś, a więc mając te swoje ponad już 50 lat,  zamordował braci Stokłosów, tylko psycholog byłby w stanie odgadnąć o co poszło. A pójść mogło wyłącznie o jedno. Któregoś bowiem dnia, on poprosił swoich rodziców, by mu kupili jakąś zabawkę. Kiedy oni odmówili, Andrzej zaczął się awanturować, na co pani Trojnarowa powiedziała mu, żeby tak się nie zachowywał i lepiej pomyślał o braciach Stokłosach, którzy nie mają nawet skromnego ułamka tego co ma on. W tym momencie Andrzeja ogarnęła w stosunku do Stokłosów nienawiść, z którą on nie potrafi sobie poradzić do dziś. Nienawiść w stosunku do ludzi, którzy w sposób jak najbardziej oczywisty pozbawili go ukochanej zabawki. A zatem, gdyby on dziś Stokłosów zabił – to z całą pewnością przez tamten incydent. A to mógłby stwierdzić tylko psycholog.
      A więc zabawki. Zabawki były dla nas w tamtych latach kwestią podstawową i marzenie o tym, by mieć je wszystkie stanowiło treść naszego szczenięcego życia. Nie mam do końca pewności, ale wydaje mi się, że ja miałem zabawek zdecydowanie mało. I to nie dlatego, że wszystko co bym miał, musiałoby się okazać wciąż za mało, ale dlatego że ja ich faktycznie prawie nie miałem. Bardzo dużo fantastycznych zabawek, pewnie jeszcze więcej niż Andrzej Trojnar, miał mój, dziś już nieżyjący, kolega z szóstego piętra, Janusz Skowron. On miał chyba wszystko. Kolejki, plastikowe klocki, samochodziki… no dosłownie wszystko.  Jak idzie o Czesia – dziś również na tamtym świecie – i Piotrka Ładonia, oni mieli niewiele, natomiast co miał Józik Dębski, tego nie wiem, bo on był synem dozorcy i chuliganem, więc u niego raczej nie bywałem. Ale pewnie też niewiele. W końcu, pomijając Andrzeja i Janusza, cała nasza reszta raczej się szczególnie nie wybijała.
      Pamiętam że przez całe dzieciństwo moim pierwszym marzeniem było mieć enerdowską kolejkę typu TT, albo PIK, i globus. Oczywiście, zdalnie kierowany samochód, czy wóz strażacki, albo samolot z migającymi czerwonymi lampkami też były nie do pogardzenia – no bo trudno, żeby było inaczej – ale ta kolejka i globus prześladowały mnie cale moje życie. No i nie muszę wspominać, że tak mi jakoś to życie zeszło, że nigdy ani jednego ani drugiego nie dostałem. Widocznie rodzice uznali, że coś takiego to zwykła fanaberia.
     W sytuacjach więc, kiedy było naprawdę źle i smutno, można było liczyć na to, ze się pójdzie do człowieka, który mieszkał niedaleko, parę metrów dalej, pewnego Zbyszka, który miał wszystko. Ten to miał autentycznie wszystko!  Ja u niego byłem ledwie może dwa czy trzy razy, ale powiem szczerze, że czegoś takiego nie widziałem w całym moim zyciu. Ani u Andrzeja Trojnara, ani nawet u Janusza Skowrona, ani nigdzie na świecie. To co on miał w swoim pokoju przechodziło ludzkie wyobrażenie. Tam się zwyczajnie wszystko świeciło, samo jeździło, wyły syreny, dzwoniły dzwonki, po krzyżujących się torach jeździły pociągi, a światła parowozu się świeciły i dymił się dym. Gdybym dziś miał to z czymkolwiek porównać, to do głowy przychodzi mi tylko pokój zabaw Michaela Jacksona.
     Ciekawa sprawa z tym Zbyszkiem. To była zaledwie połowa lat 60-tych, i ja oczywiście wiedziałem wtedy, i tym bardziej wiem dziś, skąd to co mieli, mieli Janusz Skowron i Andrzej Trojnar. Oni byli moimi kumplami, nasi rodzice świetnie się znali, więc tu tajemnic nie było. Co do tego Zbyszka – to pytanie będzie musiało zostać w zawieszeniu. Szkoda że nie pamiętam, jak on miał na nazwisko. Dziwne w tym wszystkim jest to, że ja do dziś spotykam jego rodziców. Regularnie co tydzień. To są tacy bardzo już starsi państwo, którzy z dwójką bardzo małych dzieci siadają niedaleko nas w naszym kościele. Wyglądają zupełnie zwyczajnie. Ciekawe byłoby wiedzieć, kim jest teraz on, po tych wszystkich latach. No i jak wygląda. Mój znajomy z podwórka Zbyszek. Z podwórka nad milicyjnymi garażami.

To jest zaledwie jeden rozdział. Po resztę proszę się zwrócić do księgarni Coryllusa pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/. Już brak mi sił na powtarzanie, jak bardzo warto.