Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maastricht. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maastricht. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 czerwca 2011

Rura park w wersji turbo

(dla Strażnika)
Przy okazji poprzedniego tekstu wspomniałem o tym ledwo jednym zdaniem i to prawdopodobnie dlatego też jego moc i istota umknęły większości z nas. Myślę sobie z tą smutną ironią, że i tak dobrze, że napisałem nazwę holenderskiego miasteczka Maastricht z błędem, bo w przeciwnym wypadku musiałbym przyznać, że to co nam umknęło, a nie powinno w żadnej mierze, umknęło nam wszystkim.
Dzieje się otóż tak, że od czasu jak żona moja wróciła z Kolonii, żyjemy właściwie myślą o dwóch rzeczach. Pierwsza to taka, że nasza najmłodsza córka, z powodu marnych wyników w nauczaniu, znalazła się na granicy powtarzania klasy, a ja w związku z tym muszę chodzić do tej jej szkoły i rozmawiać z innymi nauczycielami, co – jak ci z nas, którzy wiedzą, co to jest za gatunek człowieka – jest dla mnie wyczynem właściwie ponad moje siły. I to w sensie dosłownym. Myślę, że najlepszym symbolem tego o czym tu piszę, był wczorajszy wypadek, który mi się przydarzył, gdy wsiadałem do autobusu, by udać się na rozmowę z jednym z nich, i najszpetniej na świecie rozwaliłem sobie nogę.
Druga rzecz, która nas zadręcza, to te trzy fotografie, które pani Toyahowa przywiozła z Maastricht, i którymi właściwie pewnie powinienem się tu podzielić, ale myślę sobie, że lepiej będzie ich tu nie pokazywać. To już pewnie lepiej byłoby tu wstawić zdjęcie tej nogi. Są bowiem napięcia, którym zbyt duża dosłowność wyłącznie szkodzi. Jestem pewien, że ich prawdziwa siła zapłonie dopiero wtedy, gdy uruchomimy naszą wyobraźnię. Ale zanim wrócimy do tamtego zdania, parę faktów historycznych.
Dla większości z tych, dla których nazwa Maastricht cokolwiek mówi – a w tym i autora tych refleksji – to holenderskie miasteczko oznacza miejsce jakiejś europejskiej fety sprzed lat, o bliżej niesprecyzowanym charakterze, a dla części z nich oznacza jeszcze może to, że to tam właśnie w 1992 roku został podpisany traktat tworzący Unię Europejską.
Jeśli ktoś jest trochę bardziej zainteresowany światem, wie też pewnie, że Maastricht to stolica Limburgii i prawdopodobnie najstarsze miasto w Holandii, zamieszkałe nieprzerwanie od czasów rzymskich. Ktoś też jednak może wiedzieć, że to właśnie Maastricht było pierwszym biskupstwem w Holandii i to w Maastricht, tam właśnie, odbywał swoją posługę pierwszy biskup chrześcijańskiej Holandii, św. Serwacy, patron stolarzy, jeden z tak zwanych ‘trzech zimnych ogrodników’. To tam też, w Maastricht, znajduje się przepiękna bazylika św. Serwacego, z kryptą, gdzie spoczywają zwłoki owego świętego biskupa. To tam, do Maastricht, przez niezliczone wieki, przybywali pobożni ludzie z całego świata, by modlić się na grobie Serwacego; a wśród nich Karol Wielki i Henryk III. To tam też, do św. Serwacego, w roku 1496 przybyło aż 142 000 pielgrzymów. Takie to były czasy! Taka to była Europa!
To wreszcie do Maastricht, podczas swojej pielgrzymki do Holandii w roku 1985, zawitał Jan Pawel II, by nawiedzić pozłacany relikwiarz św. Serwacego i odprawić przy nim nabożeństwo.
Nigdy nie byłem w Maastricht, natomiast była tam, jak już zostało to wspomniane wcześniej, niedawno moja żona i to od niej właśnie się dowiaduję, że jest to oczywiście miasteczko niezwykle piękne, i w tym sensie przypominające choćby nasz Przemyśl, że stanowi niezwykle duże skupisko kościołów na tak okropnie niewielkim obszarze. Żona moja miała okazję, poza wspominaną bazyliką św. Serwacego, zwiedzić trzy jeszcze kościoły w tym maleńkim, pięknym, starym chrześcijańskim miasteczku. W żadnym z nich akurat nie odbywała się msza, ale też nie czuć było ani tego wiecznego zapachu nabożeństwa, które się niedawno skończyło, ani też nie słychać było atmosfery tego, co dopiero miało się odprawić. Nic. Czysta, sterylna, nowa Europa.
W jednym z tych kościołów mieściła się miejscowa kawiarnia, w drugim księgarnia, natomiast w trzecim plac zabaw dla dzieci. Tak zwany rura park.
Wciąż słyszymy coraz to nowsze wiadomości o tym, że ktoś gdzieś kogoś zabił, pobił, oszukał, okradł, lub – dla odmiany – sprawił mu jakąś niewiarygodną przyjemność. Że tu ktoś coś wygrał, a tam znów ktoś inny coś przegrał. Że to tu to tam, stało się coś naprawdę strasznego, lub naprawdę śmiesznego. Coś bardzo dziwnego, albo coś zupełnie zwykłego. Raz na jakiś czas człowiek musi się udać do małego miasteczka na południu Holandii, czy, jeśli ktoś woli, na północy Europy, by poczuć prawdziwą miarę rzeczy.
I niech ktoś teraz zacznie się z nas śmiać, że jesteśmy ludźmi z obsesją.

To jeśli idzie o nich. Co do nas, to zmuszony jestem znów tradycyjnie apelować o wsparcie na podany obok numer konta. Jeśli tylko ktoś jest w możliwościach, no i czuje że warto, serdecznie proszę o tę uprzejmość. Bóg mi świadkiem, że gdybym nie musiał, to bym o tym nawet nie wspominał.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...