środa, 29 lutego 2012

Gdy polactwo stało się trendy

Jak już tu kiedyś pisałem, pani Toyahowa tego bloga praktycznie nie czyta. Nie dlatego, że to o czym ja piszę, jej nie interesuje, choć, kto wie? Może czasem chodzić i o to też. Jej problem z tym blogiem jednak jest przede wszystkim taki, że te teksty są za długie, a ona nie ma serca, żeby się skupiać na jednym długim tekście, o ile to nie jest jakaś książka, najchętniej z historią Polski w tle. A zatem, gdybym miał prowadzić jakieś badania nad uczestnictwem Toyahowej w tak zwanej blogosferze, to jestem pewien, że okazałoby się, że ona znacznie częściej na przykład zagląda na stronę coryllus.pl, niż tu.
Jest jednak typ blogów, które ona odwiedza nagminnie. Mam na myśli tak zwane blogi kulinarne. Z tego co słyszę, ich jest bardzo dużo, a ich autorki – bo to są głównie dziewczyny – z reguły dzielą się z czytelnikami przepisami na przeróżne ciasteczka, desery, torciki i takie tam. Często przepisy te są ozdabiane zdjęciami, niekiedy bardzo pięknie podanymi, i wówczas, oprócz samej radości z czytania, jest też na czym zawiesić oko.
Niedawno poinformowała mnie Toyahowa o zdarzeniu, które przeleciało jak meteoryt przez nasze media i ostatecznie się rozproszyło w codziennym zgiełku. Otóż autorka jednego z owych ciasteczkowych blogów, niejaka Iwusia, zamieściła u siebie swój przepis na coś, co się popularnie nazywa „ptasie mleczko” i natychmiast otrzymała pismo od prawnika reprezentującego firmę „Wedel”, w którym właściciele „Wedla” żądają od niej, by – ponieważ „ptasie mleczko” to nie jest zwyczajna, popularna nazwa, lecz znak towarowy – obok tego swojego „ptasiego mleczka” umieściła znak ®. Dla większego efektu pozwolę sobie zacytować tu fragment pisma, jakie „Wedel” wysłał do owej Iwusi:
Wobec powyższego, w imieniu Lotte Wedel, zwracam się do Państwa z prośbą o uszanowanie praw mojego Mocodawcy i niezwłoczne zamieszczenie przy przepisach kulinarnych umieszczonych na Państwa stronie i posługujących się znakiem ‘PTASIE MLECZKO®’ notki o następującej treści: ‘Oznaczenie słowne ‘PTASIE MLECZKO ®’ stanowi zarejestrowany znak towarowy chroniony na rzecz Lotte Wedel sp. z o.o.’ oraz symbolu ® przy nazwie PTASIE MLECZKO lub, alternatywnie, niezwłoczne usunięcie przepisów kulinarnych posługujących się znakiem towarowym ‘PTASIE MLECZKO®’ z Państwa strony.
Reakcja autorki bloga była szybka i oddająca firmie Lotte Wedel wszelką satysfakcję. Ona się tak przestraszyła tym listem, że w jednej chwili, najpierw oznaczyła nazwę „ptasie mleczko” znakiem ®, następnie przepis na to swoje ptasie mleczko usunęła z bloga, a w końcu usunęła z niego wszystkie pozostałe przepisy.
Jak czytam dziś w Internecie, wszystko skończyło się dobrze. Kiedy strona z przepisami zniknęła, w Sieci podniosła się lekka wrzawa, i ostatecznie właściciele Lotte Wedel wycofali się ze swoich pretensji, przyznali, że ich poniosło, no i wszystko zakończyli odpowiednimi przeprosinami. A ja nie wiem, jaki jest dalszy los bloga tej jakiejś Iwusi i jej przepisów. Kiedy piszę ten tekst, próbuję tam zajrzeć, ale wygląda na to, że poza imieniem Iwusia, tam jest kompletnie pusto i że po przepisach nie pozostał nawet ślad. A zatem, mogę się domyślić, że kiedy ona dostała to pismo, jej strach był tak wielki, że ona nawet nie zachowała zawartości tego bloga, a teraz jest jej trudno to wszystko co tam było, odpowiednio odtworzyć. No ale nie wiem. W sumie, i tak nie moja to sprawa. Ja słodyczy raczej nie jem.
Ktoś się być może zastanawia, jak to się stało, że Toyahowa w ogóle mi opowiedziała o tej Iwusi. Otóż było tak, że to ja zacząłem, a mianowicie najpierw opowiedziałem o tym, co się przydarzyło wspomnianemu już wcześniej, a jej dość bliskiemu, Coryllusowi. A było tak, że do Coryllusa dotarła informacja, że tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyniki sondy, jaką przeprowadził wśród zaprzyjaźnionych patriotów w temacie „Dlaczego jesteś dumny z Polski?”, i w ramach owej sondy zabrał głos Rafał Ziemkiewicz i powiedział co następuje: „Jestem dumny z sarmatyzmu, z kultury i cywilizacji, można by rzec rozproszonej, sieciowej – bez centrów i prowincji, opartej na równości zaścianków”. Dotarła do Coryllusa ta informacja, i on, swoim zwyczajem, dostał szału. Dlaczego? Przede wszystkim oczywiście dlatego, że on ma zwyczaj reagować wybuchowo na wszelkie przejawy nieprawości, no a poza tym przez to, że miał do owego wybuchu pełne prawo. Bo o co chodzi? Znów muszę coś opowiedzieć.
Otóż jakiś czas temu do Coryllusa zwrócili się przedstawiciele polskiej patriotyczno-konserwatywnej prawicy z prośbą by on im udostępnił parę swoich tekstów na temat polskiego sarmatyzmu, jako przykładu skutecznej organizacji sieciowej, bo oni planują zorganizowanie bardzo poważnej dyskusji, z udziałem tak wybitnych głów, jak choćby głowa Rafała Ziemkiewicza, i chcieliby te jego myśli w tej swojej dyskusji wykorzystać. Chodzi o myśli, nie o samego Coryllusa – on w końcu, jak by to powiedzieć, jeszcze nie całkiem dorósł, by móc debatować z komentatorami tej klasy co Ziemkiewicz – natomiast, jeśli można, teksty by się przydały. Ponieważ Coryllus, jak wiemy, jest bezpośrednim potomkiem wspomnianych sarmatów, odpowiedział patriotom, żeby się od niego odpieprzyli, a jego tekstów nawet nie próbowali ruszać, bo ich poszczuje psami. Patrioci na to wzruszyli ramionami i pierwszym efektem tego aktu obojętności na pohukiwania jakieś niedorobionego sarmaty, była właśnie wspomniana wyżej wypowiedź Ziemkiewicza, w której on wyraża swój podziw dla polskiego zaścianka, jako „można by rzec” – rozumiecie: „można by rzec” – skutecznej organizacji sieciowej.
A więc mamy do czynienia z najbardziej chamską i bezwzględną kradzieżą intelektualną. Chamską, bo dokonaną przez kogoś kto ma wszelkie możliwości – i obowiązki przy okazji – by prowadzić samodzielną publicystykę na najwyższym poziomie, a bezwzględną, bo przeprowadzoną wobec kogoś, kto nie ma absolutnie żadnych szans i możliwości by się skutecznie obronić. Ale jest tu coś jeszcze. Otóż, jak wie każdy z nas, Rafał Ziemkiewicz znaczną część swojego zawodowego i finansowego sukcesu wyniósł z publikowania tekstów bardzo agresywnie zwalczających polski sarmatyzm i polski zaścianek. Jego dwie opasłe książki „Polactwo” i „Czas wrzeszczących staruszków”, to nic innego jak jeden wielki paszkwil na ten niezwykły skarb, jakim jest tradycja polskiego sarmatyzmu. Czemu Ziemkiewicz swego czasu wywijał owym antysarmackim sztandarem? Odpowiedź jest prosta. Dlatego, ze taka była przez całe lata moda. Kiedy w latach 90-tych do życia budziło się coś, co niektórzy mieli nadzieję, że będzie wolną i niepodległą Polską, było w bardzo dobrym tonie twierdzić, że wszystko by szło jak po maśle, gdyby nie te nasze narodowe przywary. Ten polski zaścianek, ten polski sarmatyzm, i to polskie, wręcz patologiczne, awanturnictwo i pieniactwo. Czy coś się od tego czasu zmieniło. Przyznam, że nie wiem. Osobiście nic nie zauważyłem. Mógłbym sądzić, że linia została zachowana. Dziś jednak widzę, że chyba coś przeoczyłem. A podpowiada mi to wolta, jaką właśnie uczynił Ziemkiewicz, kiedy na pytanie za co kocha Polskę, odpowiada bez mrugnięcia okiem, że za wrzeszczących staruszków.
Opowiedziałem więc tę historię pani Toyahowej, a ona, jak to ona, wzruszyła ramionami i powiedziała, że przecież to jest zupełnie normalne. Po jaką cholerę oni swego czasu uruchomili te wszystkie blogi? Wyłącznie po to, by mieć darmowy rezerwuar tematów i myśli. Przecież to jest oczywiste. Od czasu jak są blogi, ani Ziemkiewicz, ani jego kumple nie muszą spędzić już ani jednej minuty nad zastanawianiem się, co by tu napisać i na jaki temat. Wszystko mają podane jak na tacy. I kto im podskoczy? No i wtedy mi opowiedziała historię owej Iwusi, jej czekoladek i jej upadku.
A ja już się tylko zastanawiam nad jednym. Kiedy Coryllus opisał swoją przygodę z Ziemkiewiczem, nagle pojawił się pod tym jego tekstem komentarz kogoś, kto się zarejestrował w Salonie specjalnie z tej okazji, i podpisał jako Hefalump. W komentarzu tym ów strejndżer wyraził zdziwienie, że ktoś taki jak Coryllus w ogóle istnieje. Że on nigdy wcześniej nie miał okazji natknąć się na ten nick, na ten blog i te idiotyczne teksty. Hmmm… I myślę sobie teraz, że głupio bardzo postąpiła pani Iwusia, likwidując swoje przepisy. Ona otrzymawszy to pismo od „Wedla” miała zmrużyć w teatralnym geście oczy i zapytać: „Wedel? A to ciekawe! Ptasie mleczko? A to nie ja to wymyśliłam? Bardzo dziwne”.

Serdecznie zachęcam do finansowego wspierania tego bloga. Numer konta jest tuż obok, a ja obiecuję, że będę się starał tak jak dotychczas. No i oczywiście przypominam o książce. Może ktoś jeszcze nie ma. A naprawdę warto. Dziękuję.

wtorek, 28 lutego 2012

Don Paddington: O zabawce w cwanych rękach (dla wszystkich solidarnych)

W 1801 roku, zawitał do Warszawy hrabia de Lille. Skromny ów arystokrata okazał się być hrabią Prowansji, czyli Ludwikiem Stanisławem Ksawerym de Bourbon, bratem ściętego przez jakobinów króla Francji, Ludwika XVI. Zanim, jako Ludwik XVIII, zasiadł na tronie swoich przodków, od 1791 roku musiał tułać się po różnych krajach Europy, szukając schronienia najpierw przed Republiką Francuską, a później napoleońskim Cesarstwem. Ówczesne europejskie monarchie popierały Ludwika i jego pretensje do władzy nad Francją, choć wobec rosnącej potęgi Napoleona, to poparcie było coraz słabsze. Grunt zaczął palić się pod stopami hrabiego de Lille, gdy 9 lutego 1801 roku, w Luneville, tryumfujący Bonaparte zmusił Austrię do podpisania pokoju. Idąc za przykładem Austriaków, wszystkie państwa tworzące tzw. II koalicję antyfrancuską, wycofały się z wojny z Francją, a car Paweł zaczął nawet myśleć o sojuszu z Napoleonem. Napisałem „wszystkie państwa”? To oczywiście błąd. W stanie wojny z Francją pozostała niezłomna i od tej chwili całkowicie osamotniona Anglia.Tak czy inaczej, na kontynencie panowało formalne francusko-europejskie „kochajmy się”, i stąd – skoro nie dało rady przedostać się na wyspy brytyjskie – przyszłemu królowi Francji nie pozostało nic innego, jak tylko z obecną przy nim rodziną i świtą opuścić (pieszo!) do tej pory stosunkowo przyjazną, kurlandzką Mitawę (wtedy pod panowaniem rosyjskim) i schronić się pod opiekuńcze skrzydła Prusaków. I właśnie dlatego, w marcu 1801 roku, hrabia de Lille, po krótkim pobycie w Kłajpedzie pojawił się w Warszawie, gdzie zamieszkał na ponad 3 lata.
W tym miejscu wypada wyjaśnić, że Królestwo Prus nie było zaangażowane w ówczesne wojny. Owszem, Prusacy współtworzyli tzw. I koalicję antyfrancuską, ale po zawarciu z Republiką w 1795 roku separatystycznego pokoju (by bez przeszkód skonsumować III rozbiór Polski), armia, która posiadała państwo, pozostała neutralna aż do 1806 roku. I nie było w tym nic dziwnego. Dominantą polityki Prus w tamtym czasie było bowiem nie tyle użeranie się z Francuzami, co raczej osłabianie wpływów cesarza Austrii w państwach niemieckich. Podwaliny pod tę politykę położył Fryderyk Wielki (wcielając Śląsk do swojego państwa), a zwieńczył ją ostatecznym sukcesem (tj. zjednoczeniem Niemiec i koronacją Wilhelma Hohenzollerna na cesarza) Otton von Bismarck.
Można sobie wyobrazić, że Prusacy z zachwytem patrzyli na to, co się w Europie końca XVIII i początku XIX wieku działo: oto Napoleon – niech będzie, że nuworysz i uzurpator – zupełnie nie proszony, działał na korzyść państwa pruskiego waląc jak w bęben w Austrię, osłabiając Rosję i izolując zawsze skłonną do intryg Anglię. Istniało wprawdzie niebezpieczeństwo importu rewolucyjnych idei do berlińskiej monarchii, ale na początku XIX wieku widać było wyraźnie, że jakobiński żar znacznie ostygł, a Pierwszy Konsul rewolucyjną dzicz opanował i zneutralizował. A oprócz tego, wszystko wskazywało na to, że Bonaparte boi się jak ognia starcia z Prusakami i zrobi wszystko, by ci przeciwko niemu nie występowali. Stąd też, mimo pewnych pomruków niezadowolenia, które dały się posłyszeć od jawnie antyfrancuskiej królowej Luizy Pruskiej, oraz wspierającego ją ministra Karola von Hardenberga, a także od stojącej bezczynnie armii, Prusy – przynajmniej oficjalnie – były bardzo rade ze swej neutralności i za nic w świecie nie chciały z niej rezygnować.
Pamiętamy o osamotnionej Anglii? Wielkie koszty dotychczasowych wojen, oraz ich ewidentne fiasko, grożąca Wyspom – o czym Anglicy byli przekonani – francuska inwazja, tudzież problemy z katolickimi Irlandczykami sprawiły, że rządzący Anglią dżentelmeni usiłowali dać swojemu krajowi, choć moment wytchnienia. Po traktacie z Luneville, jedyną na to szansą było albo zawarcie z Francją upokarzającego pokoju, albo uwikłanie Napoleona w wojnę z królestwem Prus. Dumny Albion z góry odrzucił ewentualność pokoju z Korsykaninem, jedynym więc do przyjęcia wyjściem jawiła się Anglikom wojna Francuzów z Prusakami. Kłopot polegał na tym, że Bonaparte nie widział żadnego politycznego sensu w napaści na Prusy, a mówiąc ściśle, w owym czasie w ogóle nie miał ochoty na nikogo napadać, o ile Anglia swoją agresywną postawą nie zmusi go do tego. Prusy, podobnie: nie były zainteresowane wojną z Francją, bo niby co w tej wojnie mogłyby zyskać?
- Sławę wojenną? Już ją miały.
- Nowe terytoria? Maleńkie Prusy tak obżarły się Polską, że miały kłopot z absorpcją rozbiorowych zdobyczy. Po cóż im więc nowe terytoria, jeśli z dotychczasowymi z trudnością sobie radziły?
- To może funty szterlingi? A skąd Anglia miała je wziąć, jeśli efektem dotychczasowej wojny była pusta kasa i grożąca krajowi gospodarcza zapaść?
Jedyną rzeczą, którą Anglia mogła wtedy Prusom dać, i Prusaków by to zainteresowało, to zgoda na pruską hegemonię w Niemczech. Tyle tylko, że w momencie udzielenia tej zgody, Anglia znalazłaby się w stanie wojny nie tylko z Francją, lecz także z Austrią, Rosją i Skandynawami. Ostatecznie w stanie wojny z tymi krajami byłyby też Prusy. Efekt: Prusacy tracą zainteresowanie dla tej sprawy.
Wynika z tego, że Anglicy nie mieli w ręku żadnych atutów, co nie zmienia faktu, że rok 1801 był świadkiem gorączkowych zabiegów angielskiej dyplomacji, by doprowadzić do wojny prusko-francuskiej. Prusacy, dla wyżej podanych racji odmawiali, a synowie Albionu, świadomi pewnych rozdźwięków istniejących w pruskich sferach rządzących, uporczywie usiłowali skłonić króla Prus, by zgodził się narazić swoje państwo – za bezdurno, z miłości do poddanych JKM Jerzego III, ewentualnie, by spełnić kaprys królowej Luizy – na wielkie niebezpieczeństwo.
Wróćmy do hrabiego de Lille. Zacny ów człowiek, choć – jak mówią ówcześni pamiętnikarze – zewnętrznie wydawał się godzić z wyrokami losu, w rzeczywistości wykorzystywał każdą okazję, by spiskować najpierw przeciwko Republice, a później przeciwko Bonapartemu. Był w tym działaniu równie niezłomny, a czasem też równie osamotniony jak Anglia. Krótko mówiąc: Ludwik de Bourbon i Anglicy byli skazani na współpracę.
Oczywiście, w tej współpracy to Anglicy byli rozgrywającymi, a rola hrabiego de Lille ograniczała się – co widać było wyraźnie zwłaszcza w 1801 roku – do wypełniania funkcji nieoficjalnego przedstawiciela brytyjskiego rządu (albo – jeśli ktoś woli – angielskiego agenta).
Ludwik (jak się domyślamy dobrze przez Anglików poinstruowany co do ogólnej sytuacji), gdy tylko pojawił się w granicach Prus, uruchomił – korespondencyjnie – wszystkie swoje rodzinno-dynastyczno-polityczne kontakty, poprzez które mógł dotrzeć do pruskich ministrów, tudzież innych osób (królowa Luiza), mających wielki wpływ na wiecznie niezdecydowanego króla Fryderyka Wilhelma III.
Ta wielka aktywność Burbona, której cele były całkowicie zbieżne z celami angielskich dyplomatów rezydujących przy dworze Hohenzollernów, zostały oczywiście przez Berlin zauważone. Z punktu widzenia kierujących wówczas pruską polityką zagraniczną ministrów Friedricha von Heinitza i Christiana von Haugwitza, działalność hrabiego de Lille była dla państwa pruskiego niewygodna, a nawet groźna. Ci dwaj ministrowie byli architektami pruskiej neutralności i jako ludzie bardzo bystrzy, dość szybko się zorientowali, że obecność Ludwika w Prusach jest angielską prowokacją, by Prusy wytrącić z neutralności. Problem bowiem polegał na tym, że okazywana przez rząd Prus pobłażliwość dla działań Burbona, a także kojarzone z tą działalnością i zaobserwowane przez napoleońskich szpiegów ożywienie w antyfrancuskim otoczeniu królowej Luizy, mogły być zinterpretowane przez podejrzliwego Bonapartego, jako uległość Berlina wobec Londynu. Taka zaś interpretacja prowadziła do naprawdę dużych kłopotów.
By zyskać więc na czasie, pruscy ministrowie trzymali Ludwika na dystans, wyznaczywszy mu na miejsce stałego pobytu Warszawę i tylko Warszawę. Być może spodziewali się, że w znanej z pronapoleońskich sympatii byłej stolicy byłej Polski, hrabia de Lille zazna od Polaków wielu przykrości, czy nawet wręcz szykan, co skłoni go do opuszczenia Prus. Polacy jednak, zauważywszy dużą oziębłość Prusaków wobec Ludwika i skonstatowawszy, że rząd pruski zupełnie się o niego nie troszczył, rozczulili się nad smutnym losem wygnańca i otoczyli go opieką. Hrabia de Lille zaczął więc prowadzić bardzo ożywione i miłe życie towarzyskie, był ceniony przez ówczesny warszawski salon, a książę Józef Poniatowski zorganizował na jego cześć zabawę na Wiśle.
Chyba dopiero wtedy Heinitz z Haugwitzem zrozumieli, że żarty się skończyły, tym bardziej, iż zaczynało docierać do ich głów, że w owej angielsko-prusko-francuskiej rozgrywce, należy także uwzględnić czynnik polski. Pojęli bowiem, że Polacy owszem, są pronapoleońscy, ale ta pronapoleońskość wcale nie polega na tym, by popierać Bonapartego w jego pragnieniu życia w pokoju i przyjaźni z Prusakami. Ministrowie zdecydowali się więc podjąć zdecydowane kroki, które miały doprowadzić do:
a) przekonania Napoleona, że Prusy nie godzą się na angielskie intrygi
b) przekonania Anglików, że próby uwikłania Prus w wojnę z Francją, są pozbawione sensu, a nawet mogą się okazać dla Anglii groźne
c) przekonania wewnątrzpruskiej opozycji, że zachowanie neutralności jest racją stanu Królestwa Prus i jakiekolwiek majstrowanie przy tej sprawie, może być niebezpieczne dla państwa i dla majstrujących
d) pozbawienia Polaków złudzeń, co do możliwości konfliktu Prus z Napoleonem
e) zastraszenia, a w efekcie uciszenia hrabiego de Lille.
By zrealizować powyższe cele, Heinitz z Haugwitzem zrobili tylko jedną, małą rzecz, finezyjnie przy tym odwołując się do pewnego symbolu, który powszechnie w ówczesnej Europie był zrozumiały. Rzecz owa przedstawiała się następująco: Na polecenie ministrów, wojskowy gubernator Warszawy, generał Georg Ludwig Köhler przeprosił hrabiego de Lille za swoją dotychczasową oziębłość wobec dostojnego gościa. Na znak swej dobrej woli, udostępnił Ludwikowi jako letnią rezydencję tzw. Biały Domek w królewskich Łazienkach,. Oprócz tego zapowiedział, że orkiestra wojskowa garnizonu warszawskiego, na cześć przyszłego władcy Francji zagra pod oknami Pałacu Kazanowskich – gdzie wówczas hrabia de Lille mieszkał – pruski w formie, a francuski w treści koncert.
Burbon się rozczulił, a z nim mieszkańcy Warszawy. Wyznaczonego dnia, orkiestra prowadzona przez Tamburmajora (niestety, nie znam nazwiska tego dziarskiego podoficera) pojawiła się na Krakowskim Przedmieściu, życzliwie oklaskiwana przez warszawiaków. Żołnierze ustawili się pod Pałacem Kazanowskich i wobec stojącego w oknie, uśmiechniętego
Ludwika Stanisława Ksawerego de Burbon, hrabiego Prowansji, brata zamordowanego przez Rewolucję Francuską Ludwika XVI, tytularnego króla Francji Ludwika XVIII – zagrali głośno i z polotem… Marsyliankę! Po czym Tamburmajor zasalutował zmartwiałemu hrabiemu de Lille i przy dźwiękach jakiegoś marsza, odprowadził żołnierzy do koszar.
Generał Köhler, nie zaniedbał oczywiście obowiązku wyrażenia wielkiego ubolewania z powodu zaistniałego incydentu i przepraszając Ludwika za doznaną zniewagę, wskazywał na głupotę i niesubordynację Tamburmajora (niestety, nie jest mi wiadome jaki awans otrzymał ów głupi i niesubordynowany podoficer).
Dźwięki Marsylianki wykonywane przez pruskich żołnierzy pod Pałacem Kazanowskich w Warszawie, słychać było w Berlinie, Paryżu, Londynie i innych europejskich stolicach. Po wysłuchaniu tej muzyki, świadomi rzeczy Polacy – posmutnieli; hrabia de Lille – postanowił odpocząć od korespondencji; królowa Luiza – na jakiś czas wycofała się z politycznej aktywności, bardziej odtąd poświęcając swoją uwagę kościołowi, kuchni i dzieciom; Napoleon – dziwnie poweselał i mówił o Prusach jako o sojuszniku; Anglicy – gdy się otrząsnęli, wystąpili do Bonapartego z propozycją podjęcia rozmów pokojowych. Propozycja została przyjęta, co w efekcie doprowadziło najpierw do rozejmu, a później do francusko-angielskiego traktatu pokojowego, zawartego w Amiens, 25 marca 1802 roku.
Czy to już koniec tej historii? Jasne, że nie.
Trwa pokój francusko-angielski zawarty w Amiens. Pokrwawieni przeciwnicy liżą rany. A oprócz tego, by nie tracić czasu, Prusy i Francja zgodnie pracują nad osłabieniem pozycji Austrii w Niemczech. Przygotowując się do położenia kresu istnieniu Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, Napoleon podczas zwołanej w lutym 1803 roku konferencji państw niemieckich, w porozumieniu z Prusami i Rosją (w tym czasie akurat profrancuską), poddał 61 (z 64) germańskich państewek i 42 (z 48) wolne miasta, władzy większych państwowych organizmów (tzn. Bawarii, Badenii, Wirtemberdze i Prusom). Osłabiona Austria oficjalnie mogła tylko wysyłać protestacyjne noty, a po cichu Johann Ludwig von Cobenzl – stara wyga austriackiej dyplomacji – usiłował zmontować kolejną, antynapoleońską koalicję. Niestety, usiłowania Cobenzla przyniosły ten tylko skutek, że zniecierpliwiona, szukająca dobrego pretekstu Anglia, po krótkim koncercie obopólnych angielsko-francuskich prowokacji, 18 maja 1803 roku, wypowiedziała Francji wojnę. Piszę „niestety”, ponieważ nikt wtedy Anglii nie poparł. Nawet Austria Anglików nie poparła. Ponoć Cobenzl, na wiadomość o poczynaniach Anglików wzruszył ramionami, mruknął: „Przynajmniej o rok za wcześnie”, i poszedł spać. Dumny Albion po raz kolejny okazał się być osamotnionym w swej niezłomności.
Cóż w takim razie Anglikom pozostało? Otóż spróbowali powtórzyć stary numer z uwikłaniem Prus w wojnę z Francją. Nie wiadomo dokładnie, czy sami wierzyli w powodzenie tego przedsięwzięcia (bo sytuacja polityczna w Europie, była w 1803 roku znacznie bardziej dla Anglii niekorzystna niż w 1801), tym niemniej próbowali, czego dowodem jest nagłe, korespondencyjne ożywienie hrabiego de Lille, spokojnie sobie żyjącego w Warszawie.
Nie chcąc znużyć zanadto czytelnika tą opowieścią powiem tylko, że na stary numer Anglików, Prusacy (Haugwitz; Heinitz zmarł w 1802 roku) odpowiedzieli równie starym numerem. A rzecz miała się następująco:
We wrześniu 1803 roku, przybyła do Warszawy Maria Józefina Sabaudzka, żona hrabiego de Lille. Do tej pory nie towarzyszyła mężowi w wygnaniu, korzystając z opieki swoich braci, władców Sardynii. Cała Warszawa uradowała się jej obecnością, a jedna z ówczesnych polskich pamiętnikarek, taki nakreśliła obraz tytularnej królowej Francji:
Żona Ludwika XVIII przyjechała (do Warszawy) znacznie później od innych członków rodziny. Pani ta była oryginalna, ognista i obdarzona fantazją. Miała duże, czarne oczy, wąsy, twarz jakby męską, czepek byle jak upięty na głowie i ruchy gwałtowne; nie wiadomo było od czego zacząć – czy ze zdziwieniem spoglądać na jej osobliwą figurę, czy śmiać się z jej dowcipów. Odcinała się w sposób zabawny od swego otoczenia – sztywnego i skrępowanego etykietą”.
Ta przepyszna dama, została przez generała Köhlera z całym należnym uszanowaniem zaproszona do Teatru Narodowego (za pozwoleniem męża, który z zasady do teatrów nie chadzał), by mogła oderwać się od codziennych trosk i rozweselić się oglądaniem sztuki (niestety, nie znam ówczesnego repertuaru) przygotowanej przez Wojciecha Bogusławskiego. O zaproszeniu Köhlera było głośno w Warszawie i stąd salonowe towarzystwo robiło wszystko, by być obecnym tego dnia w teatrze. Okazało się, że wiele miejsc było już zajętych przez pruskich oficerów i urzędników, którzy wraz ze swymi żonami i kochankami pragnęli –
na rozkaz gubernatora – oddać pokłon królowej. Sam generał nie był obecny, ponieważ niespodziewanie zachorował. I bez niego jednak wszyscy dobrze się bawili i lekko podekscytowani niecierpliwie wypatrywali Dostojnego Gościa.
Gdy Maria pojawiła się w loży, na jej widok publiczność zerwała się z miejsc, rozległy się oklaski, a Ktoś (ciekawe Kto?) na cześć Marii Józefiny Sabaudzkiej, księżniczki Sardynii i Piemontu, żony wygnanego przez Rewolucję Francuską Ludwika XVIII, tytularnej królowej Francji – zaintonował głosem czystym i mocnym… Marsyliankę!
W myśl zasady: „Jak jeden zacznie, to reszta pociągnie”, jakobińska pieśń rozległa się głośno po całym budynku, na co żona hrabiego de Lille rozpłakała się i wybiegła z teatru.
Generał Köhler wyraził oczywiście ubolewanie, a przepraszając Ludwika i jego małżonkę, w krótkich żołnierskich słowach ujawnił swoją opinię o niesubordynacji i głupocie Ktosia. W całej Europie zapanowało współczucie dla ciężko obrażonej przez warszawiaków Marii Józefiny. Kanclerz Cobenzl współczuł jej tak bardzo, że dowiedziawszy się o tym incydencie, powiedział o Anglikach: „Nie rok, ale dwa lata za wcześnie.” I poszedł spać. Luiza Pruska współczuła jej do tego stopnia, że przynajmniej na jakiś czas przestała kopać dołki pod Haugwitzem.
Nawet car Aleksander współczuł Marii Józefinie, odkładając planowane spotkanie z Luizą Pruską na prawie dwa lata. Oczywiście, współczuł też swej żonie hrabia de Lille, który znowuż postanowił odpocząć od korespondencji.
Jeden tylko Napoleon nie okazywał współczucia i zaczął na poważnie rozmyślać o inwazji na Anglię, albo przynajmniej o kontynentalnej blokadzie Wysp – blokadzie, której ekonomiczne, bolesne dla Anglików skutki, przeżyły Bonapartego.
A Anglia? Cóż Anglia… Anglia, jak zwykle – zwyciężyła! A młodzi Klemens Metternich i Adam Jerzy Czartoryski, z boku, w milczeniu uważnie wszystko obserwowali i pilnie się uczyli

Słowo wyjaśnienia:
Inspiracją do powyższego opowiadania (w większości konfabulowanego) jest niedawny tekst Toyaha o Waldemarze Pawlaku i ZUS-ie („Gdy nadlatują sępy”). Jak to nasz Szanowny Gospodarz skonstatował: „wszystko to słyszymy, trzymamy się za nasze biedne głowy, i czujemy, że świat nam umyka, bo nic nie rozumiemy”. Może opowieść o Ludwiku XVIII w Warszawie pomoże nam coś lepiej zrozumieć? Dla Toyaha jest jasne jedynie to, że Pawlak nie jest Haugwitzem. W takim razie Kim? Tamburmajorem? I Kto – jak Anglia – chce zwyciężyć Napoleona kosztem „głupich” Prusaków?
Dla mnie jest jasne tylko jedno: jesteśmy jak dziewiętnastowieczni warszawiacy – skazana na smutek, nieświadoma istoty rzeczy, ogłupiona, ograbiana do szczętu zabawka, w rękach bezwzględnych cwaniaków.

Podziękowania

Od jakiegoś czasu nie było podziękowań. A działo się tak nie dlatego, że nie było za co dziękować – bo akurat było pewnie bardziej niż kiedykolwiek – ale z tej prostej przyczyny, że nagle sobie pomyślałem, że z nimi jest coś nie tak. Bez jakichkolwiek konkretów, ale zdecydowanie coś nie tak. Ponieważ jednak w ostatnich miesiącach wzruszyła mnie bardzo ta niezwykła i uparta solidarność tych kilku z nas, co są tu niemal od początku, ale też i pojawienie się zupełnie nowych osób, pomyślałem, że wypada, choćby ze względu na nich – tych, co nas odnaleźli dopiero niedawno – wrócić choć na chwilkę do tamtego zwyczaju.
Poza tym, wczoraj nasz Ksiądz przysłał mi zupełnie niezwykły tekst, i przyszło mi do głowy, by go tu umieścić i zadedykować go tym wszystkim, dzięki którym wciąż jakoś żyjemy od miesiąca do miesiąca. Mogę tak zrobić, bo to jest wprawdzie tekst Księdza, ale przez to, że dedykowany mnie, to też już jakby mój, prawda? A więc Wam, którzyście mnie wspierali przez minione miesiące, dziękuję:

Joannie z Katowic
LEMMINGOWI
Naszemu człowiekowi z Gdyni
Jackowi z Nowego Dworu
Joli z Warszawy
Dance z Warszawy
Krzysztofowi spod Szczecina
i Radkowi ze Szczecina
Panu Wojtkowi z Łomianek
Joli z Sieprawia
Wieśkowi
Grabarzowi
Szymonowi z Warszawy
Elizie z Mężem
Kozikowi
Juliuszowi z Podkowy
Wioli z Janowic
Jackowi z Oświęcimia
Leszkowi z Krakowa
Edwardowi z Przegędzy
Henrykowi ze Skawiny
Józefowi z Warszawy
Michałowi z Piastowa
Sławkowi z Sosnowca
Wojtkowi z Zakrzówka
Marianowi z Józefowa
Braciom Szwedom
Andrzejowi i Bożenie z Legnicy
Księdzu
Krukowi
Pani Ani z Katowic
Michałowi ze Świecia
Magdzie i Markowi z Gdańska
Aparaturze Elektronicznej
Marii
Sławkowi z Zaczernia
Krystynie z Gdańska
Izie z Ząbek
Jerzemu z Warszawy
Janinie z Gniezna
Arturowi z Warszawy
Marylce
Piotrkowi z Barczewa
Małgosi z Częstochowy
Tadkowi z Bydgoszczy
Staszkowi z Radomia
Piotrowi z Krakowa
Krystynie z Sopotu
Basi z Buczkowic
Jackowi z Warszawy
Maćkowi z Aleksandrowa
Kasi z Libuszy
Bartkowi z Wrocławia
Krzysztofowi z Białegostoku
Teresie z Radomia
Annie z Warszawy
Jackowi i Irenie ze Szczytna
Janinie z Gniezna
Izie z Melomanów
Elizie z Kóż
Andrzejowi z Płocka
No i Arturowi za zorganizowanie mi pracy, i pozostałym Paypalowiczom, szczególnie tym najwierniejszym – Ewie i Piotrowi. I wszystkim tym, którzy zechcieli kupić moją książkę.

A tekst Księdza w kolejnym, osobnym wpisie.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Prawica - dla idiotów?

Markowi Migalskiemu poświęciłem tu swego czasu parę wpisów. Najpierw, kiedy jeszcze był skromnym, politycznym komentatorem, przyszło mi bronić go przed niesprawiedliwymi atakami złych ludzi, a potem, kiedy ze swoją grupą zaczął kwestionować przywództwo Jarosława Kaczyńskiego, już go sam potraktowałem tak jak od dwudziestu lat traktuję tych wszystkich mądrali, którzy na plecach Jarosława Kaczyńskiego wjechali do dużej polityki, i nagle zaczęli sobie niewiadomo co wyobrażać. A więc, z przysłowiowego buta. Od tego czasu Migalskim się nie interesuję, i jeśli jego wspomnienie, bo nawet już nie nazwisko, pojawia się w moich rozmyślaniach, to wyłącznie jako pusty i nicnieznaczący błysk.
Powtarzam. Marek Migalski nie dość że dziś nie spędza mi snu z powiek, to ja go wręcz nie uwzględniam w mojej politycznej, i jakiejkolwiek zresztą innej, perspektywie. Myślę sobie nawet, że gdyby nie to, że ostatnio zdarza mi się stosunkowo często zaglądać do Salonu24, gdzie Migalski prowadzi swój blog, zapomniałbym o nim, tak jak zapomniałem o Pawle Poncyliuszu, Elżbiecie Jakubiak, czy Zbigniewie Bujaku. Możliwe nawet, że gdyby nie ten jego blog, to ja bym na niego nawet nie zwrócił uwagi na ulicy. I nie chciałbym bardzo, żeby ktoś te moje słowa traktował, jak tanią złośliwość. Ja autentycznie Marka Migalskiego mam w nosie, i on mnie, przebywając sobie w tym moim nosie, ani ziębi ani parzy, a już z całą pewnością nie prowokuje do złośliwości.
Wpadając jednak od czasu do czasu do Salonu24, zdarza mi się, siłą rzeczy, wpadać też na blog Migalskiego. A skoro tak, to widzę, co go trapi, czym on się przejmuje i – co wynika bezpośrednio z tych zaobserwowanych przez mnie utrapień – jakie on ma plany wobec sceny, na której jakoś tam wciąż się porusza. I z tego co widzę, wynika, że on bardzo liczy na to, że Jarosław Kaczyński jednak zechce się usunąć z polityki, albo sam, albo z pomocą właściwie kogokolwiek. Sprawa ta robi wrażenie w przypadku Migalskiego tak podstawowe, że zakrawa wręcz na obsesję. No ale, jak już wcześniej zaznaczyłem, ja ten fakt zaledwie odnotowuję, i na tym koniec. Nie jestem w stanie się tym choćby minimalnie wzruszyć. O wiele bardziej – i to naprawdę o wiele bardziej – wzrusza mnie reakcja tzw. prawicowych komentatorów na to, co pisze Migalski. Otóż, na ile potrafię to odpowiednio ocenić, każde słowo przez niego wypowiedziane budzi autentyczną furię, w dodatku furię tak intelektualnie bezradną, że w rezultacie rozpływającą się w najbardziej prymitywnym trollowaniu każdego z jego wpisów. I nie ma znaczenia, czy Migalski pisze jak zwykle o Jarosławie Kaczyńskim, czy może, dla odmiany, spróbuje trochę pozaczepiać Donalda Tuska, czy może postanowi się zaledwie pochwalić, czym to się on ostatnio zajmuje w ramach swojego europejskiego posłowania – a tu, muszę mu przyznać, aktywny jest bardziej niż inni – atak jaki na niego jest kierowany ze strony tych wszystkich, którzy nie potrafią mu wybaczyć owego zaprzaństwa, jest zupełnie niewyobrażalny, i wręcz niewyobrażalnie chamski, bezmyślny i merytorycznie pusty. To jest zwykłe rzyganie.
Jakiś czas temu, Marek Migalski uznał, że może będzie dobrze przesunąć się trochę od doraźnej polityki w stronę swego rodzaju dziennikarstwa, raz na tydzień przeprowadzać rozmowy z jego kolegami politykami, i prezentować je na youtubie i w Salonie24. Pomysł jak pomysł, tyle że w tym wypadku akurat wcale nie najgorszy, a kto wie, czy nie zwyczajnie – ciekawy. No i oczywiście, wystarczyła sama zapowiedź tego projektu, by spowodować coś, co możnaby nazwać potężną debatą, gdyby to w istocie była debata. Niestety, wszystko zaczęło się od zwykłych insynuacji, że Migalski jest agentem, chamem, albo wariatem, a skończyło na wzorowym strollowaniu owego wpisu, gdzie już wszyscy z wszystkim prześcigali się w przebijaniu się nawzajem możliwie najgłupszymi komentarzami, z Migalskim na celowniku, w liczbie niemal 150. Po kilku dniach Migalski umieścił w Internecie ów pierwszy ze swoich wywiadów, a ponieważ jego rozmówcą był Jacek Kurski, którego lubię, rozmowę obejrzałem. I, przyznam szczerze, zrobiłem to z przyjemnością. To znaczy, nie było tam jakiś szczególnych fajerwerków, ale to trzeba Migalskiemu przyznać – przeprowadził porządny wywiad. Tym razem, komentarzy było jeszcze więcej, niż poprzednio, natomiast, jak idzie o ich charakter, wszystko pozostało na swoim miejscu. A więc czysty, chamski i bezmyślny trolling. I jeden jedyny cel tego wszystkiego – w najlepszym już wypadku – poza samym trollingiem, a więc próbą utopienia tej rozmowy w bezmyślnym i pełnym rechotu zgiełku – pokazać Migalskiemu, że jest idiotą i świnią.
Ktoś powie, że Migalski jest sobie sam winien, bo wkleja te swoje teksty i natychmiast o nich zapomina, pozostawiając je na łaskę i niełaskę idiotów. Że skoro jest on taki nonszalancki, niech ewentualne pretensje kieruje tylko do siebie. Ktoś inny, być może, doda do tego jeszcze to, że on akurat sobie na takie traktowanie zasłużył, i z każdym kolejnym dniem zasługuje coraz bardziej. Ja jednak chciałbym podkreślić raz jeszcze, że moim problemem nie jest Marek Migalski i to co go spotyka ze strony ludzi, którzy kiedyś go szanowali, a dziś już tylko i wyłącznie nienawidzą. Ja biorę nawet bardzo poważnie pod uwagę taką ewentualność, że Migalski, dla jakichś swoich niezidentyfikowanych celów, bardzo pragnie, by pod tymi jego notkami było odstawiane tego typu bydło. Że czym jego więcej, tym on w tym odnajduje dla siebie lepsze perspektywy. Jednak, powtarzam, moim problemem nie są „oni”. Ja się martwię rolą, jaką w tym wszystkim pełnią tak zwani „nasi”. A rola ta jest wyjątkowo przykra.
Prowadzę ten blog już od czterech niemal lat, i wśród najczęściej formułowanych pod moim adresem zarzutów jest ten, że ja bardzo źle znoszę jakakolwiek krytykę, a wręcz przeciwnie – jeśli tylko ktoś ma czelność mnie nie chwalić, ja tracę nerwy i robię się nieprzyjemny. Że jeśli ktoś chce ze mną żyć w pokoju, ma mi nieustannie kadzić i, broń Boże, nie próbować się ze mną spierać. Otóż to jest nieprawda. Oczywiście, ja mam bardzo silne przekonanie, że skoro już się angażuję w obronę własnego zdania, mam co do słuszności tego zdania rację. A więc – przyznaję – przekonać mnie do zmiany poglądów nie jest łatwo. Natomiast jeśli czegoś naprawdę nie znoszę, to nie błędnych, moim zdaniem, opinii, nie zarzutów że nie mam racji, lub że głupio myślę, nawet nie sytuacji, kiedy owe zarzuty są formułowane w sposób nieelegancki, lecz czegoś, co się w przestrzeni internetowej bardzo powszechnie nazywa trollowaniem, a co polega, mówiąc najbardziej ogólnie, na celowym dyskutowaniu nie na temat. I ja przyznaję, że trolli tępię bezlitośnie.
Trolle są różne. Mamy trolle, które są z pozoru łagodne i niemal nieszkodliwe, a których jedynym zadaniem jest celowe obniżanie intelektualnej jakości dyskusji, czy to przy pomocy lekkiej, choć nieustannej kpiny, ale są też trolle bardzo złośliwe, które dyskusje pod notkami autentycznie dewastują, przy pomocy wyzwisk, lub bardziej bezpośredniej agresji. Jednych i drugich pojawiło się tu w naszych dziejach paru, i mam nadzieję, że każdy wie, kogo mam na myśli.
Istnieje opinia, że wielu z owych trolli, to osoby wynajmowane przez czy to młodzieżówkę Platformy Obywatelskiej, czy przez redakcje różnych gazet, czy przez jakieś lewackie organizacje. Że atakują one mniej niszowe, politycznie niepoprawne blogi, po to, by je zdegradować i ostatecznie zniszczyć, nie dlatego, że oni nas nienawidzą, ale dlatego, że taki jest plan. Nie wiem, czy tak jest rzeczywiście. Może tak, może nie. I powiem szczerze, że nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy, jeśli ktoś przychodzi na mój blog i albo próbuje uruchomić dyskusję na temat moich kompleksów, lub na temat mojej sytuacji rodzinnej i zawodowej, albo zwyczajnie mnie i innych obrzuca bluzgami, czy zaledwie pojawia się tu w jakimś dziwnym przebraniu i zaczyna mieszać, robi to dla własnej satysfakcji, czy na zlecenie. Ja ten blog tak bardzo sobie cenię, że każdą próbę jego niszczenia znoszę nadzwyczaj źle. Jest jednak jeszcze coś. Ja zwyczajnie nie jestem w stanie pojąć, że normalny człowiek, który ma swoje życie, swoją pracę, lub swoje studia, czasem rodzinę i wynikające naturalnie z tego wszystkiego zmartwienia, zawraca sobie głowę dręczeniem ludzi całkowicie sobie obcych, którzy na jego życie ani nie mają żadnego wpływu, ani tego wpływu mieć nawet nie chcą. Pojawia się więc tu jakiś czytelnik i zaczyna dogadywać. Zostaje przegoniony, ale znów wraca i znów dogaduje. Mówi się mu, żeby się odczepił, bo nikt go tu nie chce, a on dalej przychodzi i jeszcze zapowiada, ze on będzie przychodził za każdym razem, jak tylko mu się zechce, bo my go jeszcze nie znamy, a on potrafi być uparty. Czemu? Po co? W jakim interesie? Przez jaki to dziwaczny stan emocji? Ja tego po prostu nie potrafię zrozumieć i bardzo to ciężko przeżywam.
Ale oczywiście próbuję to wszystko jakoś racjonalizować i czasem wydaje mi się, że to jednak jest tylko nienawiść. Oni nas tak nie lubią, a jednocześnie tak bardzo tę swoją nienawiść przeżywają, że skoro nie potrafią na przekonać argumentami, pozostaje im już tylko ta destrukcja. I, przyznam, że to wyjaśnienie zawsze wydawało mi się najbardziej sensowne. Że oni właśnie tacy są. Oni. Tak okropnie zapętleni w swoich obsesjach, że nie pozostaje im już nic innego jak pluć tą nienawiścią dzień i noc. I nagle patrzę na te komentarze na blogu Marka Migalskiego i cała ta z takim trudem budowana struktura mi się sypie. Bo nagle okazuje się, że to wcale nie chodzi o poglądy, ale o stan umysłu zupełnie niezależny od polityki. Marek Migalski poświęca dwa swoje wpisy na blogu na projekt polegający na przeprowadzaniu wywiadów z politykami, i to miejsce od rana do wieczora jest oblepione przez bandę durniów, a każdy z nich bardziej „nasz” od poprzedniego, którzy nie mają nic lepszego do zrobienia ze swoim dniem, jak tylko klikać, klikać, klikać, klikać, klikać…. Patrzę na ów wysyp najbardziej kretyńskich popisów naszych wybitnych patriotów na blogu Migalskiego, i daję słowo, że nie widzę jakiejkolwiek różnicy między nimi, a jakimś Abelardem, czy innym durniem, którzy się tu niekiedy kręcą. To jest dokładnie ten sam rodzaj, nie, nie nienawiści, ale zwykłego zezwierzeńcenia. To jest coś, co należy nazwać Zespołem Prawicowego Zbydlęcenia. I czuję dziś, jak nigdy wcześniej mocno, że jeśli przy okazji kolejnych wyborów mam razem z nimi wszystkimi iść do wyborów i wspólnie z nimi głosować na prawą, sprawiedliwą i wolną Polskę, to ja się chyba jednak wcześniej z tego procederu wypiszę.

Proszę uprzejmie o wpłacanie na podany obok numer konta, co tam kto ma luźnego. Bez tych pieniędzy, nie ma ani mnie, ani tego bloga. Dziękuję. No i przypominam o książce. Ona jest do kupienia w tak wielu miejscach, że każdy powinien sobie z tym bez problemu poradzić. Jeśli tylko mu zależy. I tu też wszystkim bardzo dziękuję

niedziela, 26 lutego 2012

Powrót człowieka z fartuszkiem

Z Andrzejem Olechowskim jest tak, że on zaczyna istnieć wyłącznie wtedy, gdy pojawia się w mediach. Jest to o tyle ewenement, że właściwie trudno sobie wyobrazić drugą taką publiczną postać, która by miała ten właśnie publiczny status. Weźmy Lecha Wałęsę. Jego możemy nie oglądać i nie słuchać przez cały boży rok, a i tak każdy z nas wie, że gdzieś w Gdańsku, czy może choćby i na plaży na Florydzie, Lech Wałęsa spędza swój kolejny dzień. Podobnie Adam Michnik, Jerzy Urban, czy Aleksander Kwaśniewski. Z Andrzejem Olechowskim jest tak, że on się pojawia i znika w sposób tak niezwykły, że trudno nie dojść do przekonania, że, jeśli on nagle jest, to wcale nie tak sobie, bo tak jakoś wyszło, ale w jakimś bardzo precyzyjnie określonym – diabli wiedzą przez kogo – celu.
Przyczyna mojego raptownego zainteresowania się Andrzejem Olechowskim, a, jak to wynika z treści poprzedniego akapitu, ono musi być raptowne w sposób zupełnie naturalny, jest zawsze taka sama, a to mianowicie ta, że oto jego znów się nagle zrobiło bardzo dużo. Co zajrzę do telewizora, czy rzucę okiem na przegląd prasy, nie ma możliwości, bym gdzieś nie trafił na tego człowieka. On znów jest wszędzie i oczywiście nieustannie gada. A ja nie mam wątpliwości, że jeśli ktoś taki jak Olechowski, ni stąd ni z owąd zaczyna się koło nas kręcić, to znaczy, że znów będzie się coś działo, lub, co gorsza, już się dzieje, a on został skierowany na któryś z odcinków, by nadać sprawom odpowiedni kierunek.
Pisałem już tu o Olechowskim, i wówczas sytuacja była dość podobna. A więc, z jednej strony, mieliśmy atmosferę pewnego przełomu, a z drugiej nagle Olechowskiego zrobiło się wszędzie bardzo dużo. Pisałem o nim, bo już wtedy miałem bardzo silne przekonanie, że jeśli któraś z publicznie znanych osób, faktycznie i bezpośrednio reprezentuje System, to właśnie jest to Olechowski. Pamiętam, jak kiedyś, kiedy jeszcze czytałem trochę „Gazetę Wyborczą”, trafiłem na wywiad, z którymś z ważnych polskich masonów. I w rozmowie tej, ów człowiek powiedział, że o ile masoneria stara się trzymać od polityki jak najdalej, to on musi przyznać, że oni raz się w sprawy publiczne, owszem, zaangażowali, a było to przy okazji czerwcowego przewrotu w roku 1992. Myślę, że to nie jest prawda. Może oczywiście być tak, że, bezpośrednio, oni angażują się faktycznie rzadko. Że, powiedzmy, raz im się to zdarzyło wtedy, kiedy niszczono rząd Jana Olszewskiego, a drugi raz, przy okazji sprawy Rywina, kiedy to reprezentowana przez Millera i Kwaśniewskiego post-komuna, została ostatecznie odsunięta od bezpośredniego zarządzania. Natomiast z całą pewnością, oni na wszystko mają oko na bieżąco. I uważam, że właśnie dziś zbliżamy się do czasu, kiedy ci państwo będą się musieli znów zaangażować.
Parę dni temu, czytałem trochę rozmowę z Andrzejem Olechowskim, jaką przeprowadził z nim jeden z – nawet nie pamiętam, który, i, jak wiemy, nie ma to żadnego znaczenia – dzienników, i wynika z niej, że zaufanie braci do Donalda Tuska wisi już niemal na włosku. Premier się zwyczajnie źle sprawuje. Od początku roku jest niestety bardzo, bardzo źle. Ale, jak zapewnia Olechowski, System widzi pewne szanse na podtrzymanie status quo. On sam stwierdza, że Donald Tusk wciąż jest w dobrej fizycznej i psychicznej formie, że jego przywództwo w partii wciąż utrzymuje bezpieczny poziom, no a poza tym – i to Olechowski oświadcza bardzo jednoznacznie – nie ma zgody na powrót do władzy Jarosława Kaczyńskiego, gdyż to co proponuje Kaczyński jest dla Systemu nie do przyjęcia. W tej sytuacji, jeszcze trzeba dać Donaldowi Tuskowi jedną – jedną! – szansę. Jeśli ją wykorzysta, przeżyje. Jeśli nie, trzeba będzie pomyśleć nad innym rozwiązaniem. Tę oto właśnie informację przywiózł Andrzej Olechowski do Polski.
Pozostaje wyjaśnić, dlaczego ja uważam, że to właśnie Olechowski jest tym emisariuszem. Pisałem też i o tym, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Proszę się nie gniewać, jeśli się będę powtarzał, ale uważam, że sytuacja to w pełni usprawiedliwia, i właściwie chyba skłonny jestem obiecać, że ja to, co poniżej będę przypominał za każdym razem, jak Olechowski się będzie pokazywał publicznie. Jest on bowiem od bardzo już dawna nie byle kim. Olechowski to nie z trudem już funkcjonujący Lech Wałęsa. Olechowski to też oczywiście ani Bronisław Komorowski, ani Donald Tusk, ani nawet nie Janusz Palikot. Olechowski to nie telewizja TVN24 i pan Mariusz Walter z rodziną. Jeśli ta nasza szczątkowa demokracja może dostać w łeb, to wyłącznie od kogoś takiego jak Andrzej Olechowski. Kiedy wspomniany wcześniej Wałęsa już był Bolkiem, ale jeszcze nie wszyscy sobie z tego zdawali sprawę, Olechowski przez wszystkich dobrych ludzi nazywany był nie inaczej jak TW Must. Co ciekawe, ta jego ubecka przeszłość nigdy nie wydawała się robić wrażenia ani na nim, ani na osobach z zewnątrz. Tak się jakoś zawsze składało, że Olechowski był powszechnie rozpoznawany jako były kapuś. On sam nawet chętnie przyznawał, że tak, on jak najbardziej współpracował, i co z tego? A jedyna znana mi reakcja na tę wiedzę ograniczała się do wzruszenia ramionami. A cóż tam ubek? Przez całe długie lata Olechowski funkcjonował na peryferiach polskiego życia politycznego i gospodarczego, zawsze w sytuacjach najbardziej podejrzanych z możliwych, i też nigdy to nikogo nie obchodziło. Doszło do tego, że on osiągnął taki stan, gdzie każdy wiedział, że ktoś taki jak Olechowski istnieje, że jest osobą niezwykle ważną i wpływową, ale przy tym wszyscyśmy się zachowywali, jakby to kim on jest, czym się zajmuje i z jakiej to w ogóle okazji jest wciąż osobą publiczną, nas w ogóle nie interesowało. Dziś już, między innymi właśnie dlatego, że żyjemy w świecie otwartym i demokratycznym, a ustawa ACTA wciąż nie weszła jeszcze w życie, wiemy o istnieniu tworu o nazwie Bilderberg. Dla przybliżenia, cytat z wikipedii:
Grupa Bilderberg, albo Klub Bilderberg – nieformalne międzynarodowe stowarzyszenie wpływowych osób ze świata polityki, biznesu i przemysłu. Spotkania grupy odbywają się raz do roku. Podczas nich omawiane są najważniejsze w danym czasie dla świata sprawy dotyczące polityki i ekonomii. Pierwsze spotkanie tego typu miało mieć miejsce w holenderskim Hotelu de Bilderberg (stąd pochodzi nazwa grupy) w Osterbeek w maju 1954, a odbyło się z inicjatywy wpływowego polskiego polityka i emigranta Józefa Retingera, który był stałym sekretarzem grupy aż do śmierci w 1960. Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów. Tym też należy tłumaczyć brak zainteresowania mediów spotkaniami, w których uczestniczą m.in. takie osobistości jak prezes Banku Światowego James Wolfensohn, żona byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Hillary Rodham Clinton, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, żona Billa Gatesa - Melinda Gates, czy Andrzej Olechowski. Według uczestników, ze względu na nieformalny charakter, spotkania pozwalają na swobodną wymianę poglądów niezależnie od aktualnych animozji politycznych. Niejawność spotkań i ogromne wpływy posiadane przez zaproszone osoby, spowodowały, że niektórzy komentatorzy przypisują członkom Grupy Bilderberga tworzenie nieformalnego rządu światowego, a w konsekwencji zamiar wprowadzania rozwiązań ekonomiczno-politycznych sprzecznych z wolą społeczeństwa. Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku. Grupa Bilderberg nie jest organizacją, ponieważ nie istnieje w niej coś takiego jak członkostwo i nie wybiera się żadnej rady, chociaż posiada oficjalne biuro w Lejdzie w Holandii. Domniemani uczestnicy Grupy Bilderberg z Polski to m.in.: Andrzej Olechowski - od 1994 Hanna Suchocka - 1998 Sławomir Sikora (prezes Citibanku) – 2004 Jacek Szwajcowski (prezes Polskiej Grupy Farmaceutycznej) - 2005 Aleksander Kwaśniewski - 2008
W tych dniach abp Michalik wystąpił ze słowem do swoich wiernych, w którym zwrócił uwagę na fakt, że w Polsce znów się uaktywniły tajne grupy i organizacje mające na celu zniszczenie Kościoła. W reakcji na tę wypowiedz podniosła się naturalna wrzawa, tak wielka, że nawet można było w niej usłyszeć głos Prawa i Sprawiedliwości w osobach niektórych ze swoich przedstawicieli. Że niby o co chodzi? Że a cóż to znów za fobie? Że czyżby znów nadjeżdżali cykliści? I takie tam. Kiedy już pierwsza fala gniewnych pomruków minęła, w telewizji TVN24 wystąpiło dwóch prawdziwych masonów. Najpierw Wielki Mistrz, Tadeusz Cegielski, syn Longina, ojciec Maxa, powiedział, że oni nie mają żadnych wpływów, co oczywiście akurat jest bardzo przykre, bo świat pod masońską władzą byliby znacznie lepszy. Po nim z kolei wystąpił dawny bohater solidarnościowej rewolucji, Wojciech Giełżyński, syn Witolda, jednak niestety, prawdopodobnie ze względu na jego mocno zaawansowany wiek, ów masoński przekaz praktycznie do mnie nie dotarł. Całość poprowadził Maciej Knapik, syn Tomasza, naturalnie, i, krztusząc się ze śmiechu, wyjaśnił, że z tą masonerią to oczywiście jakieś bajki.
A ja zachowuję tradycyjny spokój. Wiem z całą pewnością, że coś się dzieje. Inaczej, Andrzej Olechowski nie zabierałby głosu i nie pokazywał swojej boskiej czupryny publicznie. Siedziałby gdzieś w Szwajcarii, Brukseli, czy Paryżu i rysował te swoje kółka i trójkąty. Skoro jednak się pokazał, to znaczy, że coś jest na rzeczy. A więc ja osobiście mam oczy i uszy otwarte, i tego samego życzę wszystkim czytającym ten tekst. Bo nie ma nic gorszego, niż dostać w łeb przy śniadaniu, lub, co gorsza, przy kolacji.

Proszę o wspieranie tego bloga w każdy możliwy sposób. Numer konta jest obok po prawej, a książka do kupienia ciut wyżej. Dziękuję.

piątek, 24 lutego 2012

Gdy nadlatują sępy

Poranny niedzielny program telewizji TVN24 „Kawa na ławę” oglądałem kiedyś dość regularnie, jednak od dłuższego czasu, z dość oczywistych, jak sądzę, względów, zdecydowanie i zupełnie naturalnie, obchodzę go szerokim łukiem. W końcu, przepraszam bardzo, ale jaki ja mogę mieć interes, czy choćby satysfakcję, ze śledzenia, jak grupka kumpli z pracy spotyka się w tefauenowskim studio na ciasteczkach, i wszyscy oni popisują się elokwencją i dowcipem. Przyznaję, był taki czas, gdy wydawało mi się – dziś widzę, jak naiwnie i głupio – że tam dochodzi do pewnego, może niezbyt wielkiego, ale jednak autentycznego napięcia, i wyobrażanie go sobie sprawiało mi pewną satysfakcję. No ale, jak mówię, okres ten w moim życiu już minął, i dziś czuję się tak, jakby go wręcz nigdy nie było.
Wspomniałem o względach oczywistych, choć wydaje mi się, że za tamtym gestem stał jeszcze jeden, może już nie tak prosty powód, i myślę, że warto go tu, jeszcze na początku tej notki, przedstawić. Otóż pamiętam, jak kilka lat temu dziennikarze prowadzący audycje w rodzaju „Kawy na ławę” właśnie, mieli zwyczaj zwracać uwagę zaproszonym gościom, by nie mówili w tym samym czasie, a już na pewno, by na siebie jednocześnie nie krzyczeli, bo przekaz mikrofonowy ma to do siebie, że przy tego typu sytuacjach do słuchacza dochodzi wyłącznie niezrozumiały zgiełk. A więc i tak nikt nie będzie w stanie docenić choćby najbardziej błyskotliwych argumentów. Pamiętam, że napomnienie to było powtarzane na tyle często i dobitnie, że po pewnym czasie, jakichś bardziej znaczących awantur praktycznie już nie było. Jedni przynajmniej starali się cierpliwie słuchać drugich, i wszystko jako tako grało. Ostatnio jednak dziennikarze przestali zwracać uwagę na ten jazgot, a czasem wręcz robią wrażenie, jakby go chcieli nawet sprowokować, i ostatnio ów sztandarowy typ telewizyjnego przekazu, a więc konfrontacja dwóch, czy więcej, politycznych stanowisk, najwidoczniej ma już kompletnie inny cel, niż zwykłą, nudną prezentację poglądów. A więc i znów, cóż tu po nas?
Kiedy wciąż jeszcze oglądałem „Kawę na ławę”, organizacja tego procederu wyglądała następująco. Włączałem telewizor przed godziną 11, zahaczałem o początek rozmowy, potem wszyscy szliśmy na Mszę, a w ciągu dnia, przy jakiejś spokojniejszej okazji, oglądałem to co się przed południem nagrało. Dziś, jak mówię, układ dnia jest zupełnie inny. Jednak akurat w niedzielę dwa tygodnie temu tak się porobiło, że „Kawę na ławę”, owszem, obejrzałem. We fragmencie, przyznaję, ale za to we fragmencie z punktu widzenia dzisiejszej notki, bardzo istotnym. Było więc tak, że z okazji rocznicy śmierci mojej i pani Toyahowej mamy poszliśmy wszyscy do kościoła już w sobotę, i w związku z tym, w niedzielę zostaliśmy w domu. Ponieważ nastąpiła taka dość pusta godzina, włączyliśmy sobie telewizor, a tam, jak najbardziej, Bogdan Rymanowski i jego goście, a wśród nich, jak najbardziej, Waldemar Pawlak ze swoim tabletem. I oto w pewnym momencie Rymanowski zwrócił się do Pawlaka w ten oto mniej więcej sposób: „Panie premierze, gdyby młodzi ludzie zapytali pana, jak się zabezpieczyć, by w przyszłości otrzymywać godną emeryturę, co by pan im doradził?” Na to Pawlak – znów mniej więcej – odpowiedział tak: „Jak idzie o mnie, to ja akurat nie jestem najlepszym adresatem tego pytania, bo osobiście raczej nie liczę na państwową emeryturę, i bardziej już jestem za tym, by dobrze wychowywać dzieci, tak by one nas w przyszłości wspierały”.
Oczywiście już wiem, co większość czytających ten tekst powie. Że mi się wszystko pomyliło, bo owszem – Pawlak, owszem – emerytury, tyle że nie dokładnie tak, a poza tym nie wtedy, no i że zdecydowanie powinienem zacząć zażywać magnez, czy diabli wiedzą, co tam działa na głowę. Że, zgoda, Pawlak faktycznie wyraził brak zaufania do państwowej opieki emerytalnej, tyle że nie w „Kawie na ławę”, ale kilka dni później, podczas krótkiej, przeprowadzonej z zaskoczenia, rozmowie z dziennikarką TVN CNBC, która go zaczepiła w korytarzu sejmowym, no i on, głupek, chlapnął coś o tych dzieciach. I że to jest fakt dziś już tak powszechnie znany i omawiany, że powinno być mi wstyd.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że nic z tego. Ja doskonale wiem, co mówię. Waldemar Pawlak wspomniał o swoim braku zaufania do ZUS-u dwukrotnie, a po raz pierwszy w tamtą niedzielę u Rymanowskiego. Słyszałem to ja, słyszała to pani Toyahowa, słyszeli to zaproszeni do studia koledzy Pawlaka, słyszał to wreszcie sam Rymanowski, tyle że tak się jakoś zdarzyło, że wówczas, z jakiegoś kompletnie dla mnie tajemniczego powodu, nikogo te jego słowa nie poruszyły. I oto, kilka dni potem, słyszę, że jest afera, bo Pawlakowi coś się niechcąco powiedziało na temat tego, że rozsądny Polak na ZUS nie powinien liczyć, i wszyscy się tą jego niezręcznością nagle bardzo podniecają. W pierwszej chwili uznałem, że to musi chodzić o tamtą wypowiedź w „Kawie na ławę” sprzed paru dni, a ów poślizg, to klasyczna medialna zagrywka, której sensu i tak nie zrozumiemy i nic nam do niej. Tymczasem nic podobnego. Bo oto okazuje się, że o „Kawie na ławę” akurat nikt nic nie wie, natomiast szedł sobie Waldemar Pawlak sejmowym korytarzem, kiedy to ni z tego ni z owego – całkowicie oczywiście niespodziewanie – doskoczyła do niego ambitna i niezwykle sprytna dziennikarka TVN CNBC, i zadała mu – niczego nie spodziewającemu się Premierowi – to podstępne pytanie… no i on wpadł jak śliwka w kompot.
Pierwsze reakcje były takie, że to z pewnością przejęzyczenie. Że Pawlak gdzieś się spieszył, no a ci dziennikarze, wiadomo jacy są, no i wyszło jak wyszło. Że to przecież niemożliwe, żeby on tak myślał naprawdę. No ale, z drugiej strony, kto wie? Pawlak, co by o nim nie mówić, to jednak kuty na cztery nogi, wytrawny gracz, i chyba wie co mówi. Może więc on to zrobił specjalnie, żeby zdenerwować premiera Tuska? No ale za chwilę jest już sam Główny Premier i zapewnia, że on jest pewien, że Pawlak się przejęzyczył, bo przecież kto by to widział, żeby takie rzeczy mówić? Po Tusku przychodzi minister Rostowski i stwierdza surowo, że skoro Pawlak widział, że coś się złego dzieje w ZUS-ie, to mógł chyba coś na ten temat powiedzieć na posiedzeniu rządu. A ja to wszystko słyszę, trzymam się za moją biedną głowę, i czuję, że to mnie zwyczajnie przerasta. I myślę sobie – co za cholera! Czyżby już wszyscy zwariowali i tylko ja tu jeden zostałem na tym zdziwaczałym świecie? Idę więc do Toyahowej i pytam, czy pamięta, jak Pawlak u Rymanowskiego powiedział, że on na ZUS nie liczy i jego będą utrzymywać jego dzieci. Pamięta. Oczywiście że pamięta. W końcuśmy razem go słuchali. Nie śniło mi się? Pewnie że nie.
Mija tydzień, i oto zaledwie wczoraj oglądam sobie jakąś konferencję prasową właśnie Pawlaka, i w pewnej chwili z kolejnym pytaniem startuje do niego dziennikarka TVN CNBC – ta sama co wtedy, na korytarzu. Tym razem jednak, pan Premier jest już ostrożny. Uśmiecha się leciutko, robi swoją popisową minę człowieka przygotowanego na wszystko, i mówi: „O nie! Tym razem mnie pani nie zaskoczy. Na panią to ja muszę teraz uważać”. Wszyscy z szacunkiem wzdychają, że a to sprytna bestia ta ich koleżanka, jak to ona ustawiła samego Waldemara Pawlaka, a wokół cały dziennikarski świat dyskutuje, co to teraz będzie z Pawlakiem i z koalicją. I co on chciał powiedzieć przez to, co tak nierozważnie powiedział. A ja to wszystko słyszę, trzymam się za moją biedną głowę, i czuje, że świat mi umyka.
To wszystko jest oczywiście bardzo trudne, a ja muszę przyznać, że chyba jednak nie znam odpowiedzi. Z drugiej jednak strony, kim byśmy byli, gdybyśmy chociaż nie próbowali. A zatem spróbuję. Spróbuję znaleźć wyjaśnienie tego, co się stało i co się – tak wyjątkowo już chyba bezczelnie – dzieje. Otóż przede wszystkim uważam – i wierzę, że większość czytelników tego bloga moje w tym przekonanie podziela – że to jest gra. Nie ma bowiem takiej możliwości, by do czegoś podobnego, zarówno po stronie samego Pawlaka, jak i po stronie ogłupiałych rzekomo mediów, mogło dojść przypadkowo. Takie rzeczy zwyczajnie się nie dzieją. Musiało więc być tak, że tamtej niedzieli zarówno Rymanowski wyszedł do Pawlaka ze swoim pytaniem w sprawie ZUS-u, jak i Pawlak powiedział to co powiedział, nie dlatego, bo tak wyszło, ale dlatego, że taka była umowa. Oczywiście, nie mam tu na myśli umowy między Rymanowskim a Pawlakiem – oni akurat w tego typu sprawach o niczym nie decydują – ale mówię o decyzjach na znacznie wyższym szczeblu. Chodziło więc o to, by Waldemar Pawlak, siedząc z tym swoim tabletem w tym tefauenowskim studio, powiedział, że on już ZUS skreślił. I teraz, przyznaję, że mam kłopot, bo kompletnie nie wiem, dlaczego na te jego słowa Rymanowski nie krzyknął: „Ależ panie premierze! Czy pan tak naprawdę?” i czemu już w tamtą niedzielę nie ruszyła „sprawa Pawlaka”. Czemu trzeba było czekać tyle dni? I czemu, wreszcie, nie można było zwyczajnie wrócić do tej „Kawy na ławę”, lecz zamiast tego, odstawiać ten teatr z Pawlakiem napadniętym przez podstępną dziennikarkę?
Po raz kolejny powtarzam, że nie wiem. Ale uważam, że tu chodziło o to, by, bez żadnego większego szumu, wypowiedź Pawlaka z „Kawy na ławę” ktoś sam zauważył. Kto? Nie mam pojęcia. Tyle że ten ktoś jej nie zauważył. Ponieważ jednak z jakiegoś powodu nie można było temu komuś podać jej w formie donosu, lub owej rewelacji, typu „Czy wiecie, co Pawlak w ubiegłą niedzielę powiedział?”, bo albo już było za późno, albo zaszło tam coś innego, całą akcję trzeba było powtórzyć raz jeszcze. Tyle że tym razem, z całą tą oprawą i z całą tą historią, która nam od tylu dni jest przekazywana, ku naszej wręcz niebywałej ekscytacji.
Ktoś mi powie, że przesadzam. Że to wszystko nie jest warte nawet wspomnienia, a co dopiero tak głębokiej analizy. I, powiem szczerze, że może i bym się nawet z tym zgodził. No bo w końcu, tych absurdów jest wokół nas tyle, że jeden więcej, czy jeden mniej naprawdę nie robi różnicy. Jednak ta wczorajsza reakcja Waldemara Pawlaka na konferencji dała mi naprawdę wiele do myślenia. Przecież to już był najbardziej tandetny cyrk. Z jednej strony, szybkie, nowoczesne dziennikarstwo, a z drugiej polityk, który udowodnił, czym jest nieostrożność w świecie, gdzie trzeba stale być czujnym wobec społecznej, realizowanej oczywiście przez nowoczesne media, kontroli.
O co więc poszło? Jaki był cel tej maskarady? Jak mówię, nie wiem. To jest dla mnie za trudne. Jedno w każdym już razie wiem na pewno. Zabawa ZUS-em, emeryturami, funduszami emerytalnymi, ubezpieczeniami, służbą zdrowia, lekarstwami, i wreszcie naszym życiem, trwa w najlepsze. Te pieniądze, które są od dziesiątek lat, miesiąc w miesiąc odprowadzane z naszych pensji, które z takim trudem otrzymujemy za naszą ciężką, tak strasznie ciężką, i często tak okropnie beznadziejną i nikomu niepotrzebną pracę, to już chyba jedna z ostatnich okazji, żeby jeszcze, już na sam koniec, coś dla siebie wyszarpać. A więc to właśnie wokół nich, wokół tych naszych pieniędzy, możemy zaobserwować te szare cienie. Leżą sobie te pieniądze, a wokół nich zbiera się jakieś mocno szemrane towarzystwo. Na razie jeszcze nikt się przed szereg nie wypuścił, ale prędzej czy później dojdzie do bardzo poważnej akcji. Niech nas tylko Bóg broni, byśmy, kiedy już dojdzie do najgorszego, nie tumanieli w blasku świateł lokalnych galerii handlowych, nic nie widząc, nic nie słysząc i nic już nie czując. Obojętni i już do końca wydrążeni.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy gest będę szczerze wdzięczny. No i przypominam o książce. Ona jest do kupienia w tu, a poza tym w Poznaniu, Katowicach i w Warszawie, pod znanymi już adresami. Dziękuję.

czwartek, 23 lutego 2012

Kto kogo sponsoruje i co z tego wynika?

Parę dni temu, podczas dyskusji pod jednym z wpisów u nas na blogu, nasz kolega redpill wrzucił niezwykle ciekawą moim zdaniem myśl, którą bym tu chciał dziś bardzo konstruktywnie rozwinąć, że problem jaki mamy z naszymi mediami sprowadza się do tego, że praktycznie wszystkie one zajmują się dokładnie tym samym, z tą różnicą, że jedni mają takie poglądy na sprawę, a drudzy – inne. Ów stan rzeczy prowadzi do tego, że społeczeństwo jest w swoich zainteresowaniach w zorganizowany i bardzo skuteczny sposób ograniczane. Istnieje cała gama tematów, które stanowią przedmiot publicznej debaty i praktycznie nie ma możliwości, by ta debata została choćby w minimalnym stopniu poszerzona, czy choćby tylko pogłębiona, bo każda próba zajrzenia w głąb, musi prowadzić do jej poszerzenia, a tego przecież oczywiście nie chcemy.
Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że bardzo pieczołowicie chronione jest status quo. Z jednej strony mamy zwolenników Platformy Obywatelskiej, z drugiej wyborców Prawa i Sprawiedliwości, gdzieś tam pomiędzy nimi kręcą się jacyś ekscentrycy w postaci sympatyków radykalnej lewicy spod znaku Palikota, czy Millera, lub mieszkańców wsi związanych zawodowo, czy rodzinnie z PSL-em, a poza tym jest już tylko ów tłum konsumentów, nie zainteresowanych niczym szczególnym, poza tym, żeby jakoś przecierpieć do przyszłego tygodnia. A debata? Debata, owszem, jest, tyle że ona dotyczy wyłącznie tego, czy w Smoleńsku doszło do zamachu, czy do błędu pilotów, czy media kłamią, czy informują, czy rząd Donalda Tuska jest zły, czy dobry, i czy Jarosław Kaczyński jest wybitnym politykiem, czy wybitnym sukinsynem. I tu, każdy może powiedziec dokładnie wszystko, co mu przyjdzie do głowy. A jeśli ma odpowiednie koneksje, to co ma do powiedzenia może opublikować w przestrzeni jak najbardziej publicznej.
Niedawno wyraziłem oburzenie sugestią, jaką w rozmowie z Janem Dworakiem przedstawił któryś z redaktorów Karnowskich, że media w Polsce nie są wolne i że o tę wolność dziennikarze tacy jak on muszą walczyć. Chodziło mi o to, że moim zdaniem, mówiąc to co mówi, Karnowski plecie zwykłe banialuki, bo problemem polskich mediów wcale nie jest brak wolności, lecz umysłowe lenistwo dziennikarzy i ich lęk przed zrobieniem tego jednego kroku poza ten krąg, który ich otacza. Jeśli ktoś cierpi brak wolności, to raczej społeczeństwo, które jest skazane na to, co mu się poda, natomiast jak idzie o media – to tam panuje niczym wręcz niezakłócona anarchia.
Spójrzmy może bardziej dokładnie na tygodnik „Uważam Rze”. Wedle informacji, jaką dziś podały właśnie media, jest to jeden z trzech najchętniej czytanych tygodników w Polsce. Na pierwszym miejscu jest katolicki „Gość Niedzielny”, za „Gościem” idzie peerelowska „Polityka”, a za nimi tuż tuż prawicowo-konserwatywne „Uważam Rze”. I oczywiście możnaby się cieszyć z tego, że zarówno „Newsweek”, jak i „Wprost”, nie mówiąc już o „Przekroju” lecą na łeb na szyję, i że prawica jest górą, tyle że dobrze się jest przy tym zastanowić, jaką to korzyść mamy my, my prawicowa opinia publiczna, z czytania tego, co tam jest zamieszczane? Mam przed sobą ostatni numer „Uważam Rze” i co tam znajduję? Przede wszystkim jest bardzo dużo materiału na temat tego, że jednak są dowody na to, że Wałęsa nie był jednak bohaterem. Jest wywiad z Krzysztofem Wyszkowskim, że kłamstwo na temat Wałęsy jest fundamentem na którym spoczywa dzisiejsza Polska. Jest duży artykuł Piotra Semki o tym, że Robert Krasowski napisał książkę o Wałęsie i że to tekst bardzo nieuczciwy. Jest też tekst red. Feusette o tym, że Tusk musi odejść, bo jest zwyczajnie beznadziejny. Jest też duży tekst Piotra Gursztyna o tym, że Stefan Niesiołowski to osoba wyjątkowo podła i że wszyscy to wiedzą. Jest dość duży tekst żony prof. Biniendy o tym, że oficjalne informacje na temat przyczyn smoleńskiej katastrofy to celowe kłamstwa. Jest duży tekst poświęcony osobie Andrzeja Żydka – człowieka, który jesienią zeszłego roku podpalił się pod Kancelarią Premiera, w którym jego autor opowiada nam o tym, kim tak naprawdę jest ten biedny człowiek, i jak to reżimowa propaganda i będące na jej usługach media, postanowiły jego historię zakłamać. Jest też wreszcie artykuł Macieja Pawlickiego o najnowszym filmie Małgorzaty Szumowskiej „Sponsoring”, gdzie autor sugeruje, że film ów jest „płaski i pretensjonalny”.
O Wałęsie nie ma co tu więcej wspominać. Podobnie o Tusku. Myślę, że nikomu nie są potrzebne moje mądrości, by miał świadomość, że choćby w Polsce ukazało się nagle 50 nowych tygodników, i pięć nowych kanałów informacyjnych o czysto prawicowym nastawieniu, które by całkowicie poświęciły się wbijaniu społeczeństwu do głowy, że Wałęsa to „Bolek”, a Tusk to ruski jełop, z tych informacji i z tej wolności do informacji nie wyniknie jakakolwiek nowa jakość. Najwyżej my się ucieszymy, że znowu ktoś publicznie powiedział prawdę, a oni dostaną cholery, że prawica znów obraża bohatera. I tyle wszystkiego. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na dwa z wymienionych wyżej tekstów. Pierwszy to ten o Andrzeju Żydku. Niby wszystko jest w porządku. Marek Pyza dzielnie informuje nas, że człowiek ten wcale nie był jakimś prowincjonalnym nieudacznikiem, ale byłym policjantem o niezwykle barwnej i imponującej historii, że przekręty, jakie on wykrył w warszawskim Urzędzie Skarbowym przekraczały swoją skalą wszystko, co możemy sobie wyobrazić, że za tę determinację w ujawnianiu patologii polskie państwo doprowadziło do ruiny jego i jego rodzinę, i że bardzo aktywnie ową nagonkę wspierały media. Jest nawet duże kolorowe zdjęcie Andrzeja Żydka, z którego możemy się już na sto procent przekonać, że to w istocie jest nie byle kto. I fantastycznie! I świetnie! Oto dziennikarstwo najwyższej próby.
Niestety, kiedy się zadumać nad samym tym tekstem i tym że on został nagle ni z gruszki ni z pietruszki opublikowany, nie ma sposobu, by nie dojść nagle do wniosku, że ani jedna informacja w nim podana nie jest nowa. Każdy kto miał choćby minimalnie oczy, uszy i serce otwarte w dniach, kiedy sprawa tego podpalenia była wciąż jeszcze newsem, doskonale to wszystko już od dawna wiedział. Więcej. Ktoś kto tę sprawę obserwował baczniej, wie też coś, czego akurat red. Pyza nie napisał. Co tak naprawdę red. Pyza wręcz, intencjonalnie, czy nie – bez znaczenia – ukrył. Chodzi mianowicie o to, że wbrew temu, co napisane jest w tekście Pyzy, 23 września, około południa „we wszystkich serwisach” NIE pojawiła się informacja o tym, że w Warszawie podpalił się człowiek. Prawda jest taka – i na tym blogu mieliśmy już okazję o tym rozmawiać już wtedy – że owa informacja „we wszystkich serwisach” pojawiła się dopiero po godzinie 14, a więc jakieś trzy godziny po tym strasznym wydarzeniu. Że przez te 3 godziny „wszystkie serwisy” bardzo cierpliwie czekały na instrukcje, jak się wobec tej wiadomości zachować. A więc tego tam nie ma. Podobnie jak nie ma nawet próby zadania pytania: dlaczego, i udzielenia choćby najbardziej skromnej odpowiedzi – dlaczego. Redakcja „Uważam Rze” publikuje ten kompletnie bezużyteczny tekst, ozdabia go fantastycznie wzruszającym tytułem „Niewygodne płomienie”, bardzo efektownym nadtytułem „To opowieść o uczciwości, determinacji, miłości i desperacji. O państwie, które zawiodło, i mediach które nie stanęły na wysokości zadania” i wszystko praktycznie zostawia w tym miejscu. W miejscu, gdzie ci, którzy sprawę znają i się nią w ogóle przejmują, w najlepszym wypadku pokiwają głowami i powtórzą po raz setny: „Wszystko przez tego rudego Niemca”, a ci co mają to całe podpalenie głęboko w nosie, oburzą się, że co to za bezczelność! Państwo zawiodło? Co to za pisobolszewickie chamstwo!
Otóż to. Przed nami stoi człowiek, który, widząc, że dochodzi do oszustw na skalę wręcz niespotykaną, informuje o tym odpowiednie osoby i niemal w jednej chwili, w majestacie prawa, pod okiem najbardziej oficjalnych służb, zostaje przez te właśnie osoby doprowadzony do ruiny. To że wciąż jeszcze żyje, jest zasługą pewnie tylko jakiegoś niezbadanego cudu… i w tym momencie, zarówno państwo, jak i wysługujące się mu media wraz z dziennikarzami, którzy – wbrew temu co zdaje się sugerować Pyza – są bytami jak najbardziej realnymi i mają nawet swoje nazwiska, z najczystszym wyrachowaniem, metodycznie, robią wszystko by go skompromitować i jego pamięć ośmieszyć, a „Uważam Rze” – dzielnie i bezkompromisowo – informuje nas, że „media nie stanęły na wysokości zadania”, a państwo „zawiodło”. Przepraszam bardzo, ale czy to może o to chodzi w tej słynnej już walce o wolność słowa? O prawo do swobodnego informowania, że media nie stanęły na wysokości zadania?
Zapyta mnie pewnie ktoś, że a cóż więcej może na to wszystko zrobić redakcja „Uważam Rze” i sam Marek Pyza? Przedstawić listę swoich kolegów dziennikarzy, którzy wzięli udział w tej strasznej nagonce? Zbadać, kto do kogo i w jakiej sprawie, w interesującym nas momencie dzwonił? A czemu nie? Na początek byłoby to zdecydowanie bardziej skuteczne niż jakieś popisywanie się pustą retoryką nie wiadomo do kogo adresowaną. Ale przecież rozwiązań jest znacznie więcej. Mogliby nasi bojownicy o prawdę wziąć przykład właśnie z tych swoich kolegów i się zwyczajnie zaangażować w sprawę. Przejąć się nią, i choć odrobinę się dla niej poświęcić. Mogliby choćby, zamiast wypełniać 14 stron prowadzącym do niczego powtarzaniem imienia Bolek, choć parę z nich oddać sprawie wyjaśnienia tej jednej kwestii – jak to się dzieje, że w Polsce dochodzi do takich wydarzeń, jak ta związana z przypadkiem Andrzeja Żydka. Rozpętać tak zwaną medialną akcję na rzecz wytropienia reżimowych oprawców tego człowieka. Zamiast informować opinię publiczną o tym, że Małgorzata Szumowska nakręciła beznadziejny film, zwrócić się do wszystkich zainteresowanych sprawą, z apelem, by się wytłumaczyli z próby doprowadzenia do śmierci, najpierw faktycznej, a później cywilnej, niewinnego człowieka. A później spróbować wszystkim durniom wyjaśnić, dlaczego to wszystko jest takie ważne. Na przykład.
Niestety, zamiast tego mamy recenzję filmu Szumowskiej. I tu wszystko powtarza się dokładnie wedle tej samej metody, co w przypadku historii Andrzeja Żydka. Szumowska kręci film na takim samym poziomie jak 99 procent współczesnych polskich filmow, opowiadający sytuację całkowicie wymyśloną i sztuczną, tak sztuczną i wymyśloną, że nie dającą nawet szansy na to, by ja potraktować jako jakąś alegorię, czy artystycznie motywowaną przestrogę. Przed nami najbardziej typowa polska produkcja filmowa, której celem jest, z jednej strony, przedstawienie widzowi stanu umysłu i wyobrażeń klasycznego przedstawiciela krakowsko-warszawskiego artystycznego establishmentu odnośnie tego, czym jest Polska, a z drugiej, ostateczne zdemoralizowanie przeciętnie ogłupiałego obywatela, tak by wiedział, że to co mu się dotychczas wydawało, że jest życiem, życiem wcale nie jest, a on sam jest nieznierozumiejącym baranem z prowincji. Oto cała postać i sens filmu Szumowskiej. I w tym własnie momencie, przychodzi do nas Maciej Pawlicki, człowiek od którego, wydawałoby się, możnaby wymagać, podstawowej orientacji w przedmiocie, i zamiast wyśmiać Szumowską za to, że jest głupia i nie ma pojęcia o świecie, kieruje do niej pretensje, że przedstawiła bardzo poważny problem społeczny i opisała go na zimno, zamiast się zaangażować moralnie. No i że on ma wrażenie, że ona zamiast potępić to panoszące się po Polsce zło, robi wrażenie, jakby nas tym chciała epatować. A więc, że zamiast moralitetu, mamy bulwar.
Mam nadzieje, że jestem właściwie rozumiany. Rzecz w tym, że podobnie jak problem dziewczynek prostytuujących się po galeriach handlowych, opisany przez niejaką Rosłaniec w jej filmowym debiucie, czy zidiociałych nauczycieli uczących się angielskiego na kiblu, pokazany przez Koterskiego w „Dniu świra”, te dzisiejsze kobiety ze swoimi sponsorami, to kompletna fikcja, istniejąca jedynie w głowach szukających okazji do złapania jakiejś fuchy warszawskich psychologów i paru artystów, którzy coś tam posłyszeli i uznali, że to jest fascynujący temat. Problemem nie są bowiem ani te dzieci, ani te niby-bizneswomen, które obszczywają jacyś biznesmeni, ani ci odmóżdżeni nauczyciele, ale ci, którzy z pojedynczych przypadków starają się robić ogólnospołeczny problem. Ja świetnie sobie przypominam – pisałem o tym zresztą parokrotnie na blogu – te wszystkie pojawiające się regularnie sensacyjne reportaże w ogólnopolskich magazynach ilustrowanych o ekskluzywnych prostytutkach, o warszawskich biznesmenach, którzy korzystają z ich usług podczas przerwy na lunch, o małżeńskich trójkątach i kwadratach, o zwykłych, skromnych studentkach, które zarabiają na życie świadcząc seksualne usługi na wysokim poziomie, a wszystko to podlane sosem rzekomej powszechności, które ociera się już wręcz o modę. Po co to wszystko? Na pewno tego, oczywiście, nie wiem, ale mogę się domyślać, że może po to, by przeciętny człowiek zrozumiał, jak bardzo został z tyłu za współczesnym światem.
I teraz, ta cała antycywilizacyjna propaganda, zgodnie z leninowskim przekonaniem, że film to klucz do duszy narodu, nasi reżyserzy biorą się kolejno za te wszystkie tematy i robią z nich filmy, tak by ten właśnie naród się zastanawiał, dokąd to ten świat zmierza? Wydawałoby się, że jest to idealna okazja do kontrataku. Do zareagowania na to kłamstwo i pokazanie, że to jest właśnie nic więcej jak kłamstwo, mające na celu zdemoralizować Bogu ducha winnego człowieka. I kto to może – wydawałoby się – zrobić lepiej, niż właśnie ci z nas, którzy wiedzą, co jest dobro, a co jest zło, i mają przy tym dostęp do szerokiej opinii? Tymczasem nic z tego. Oni przyjęli zaproponowany temat debaty i mówią nam, co oni sądzą na temat tego wielkiego społecznego problemu, jakim jest sponsoring. Dokładnie tak.
Powtórzę jeszcze raz. System prowadzi swój atak w sposób bardzo precyzyjnie zamierzony. Najpierw wprowadza temat debaty, a następnie prowadzi ją tak, by, posiadając wszystkie, znane nam przecież tak świetnie, możliwości wpływania na opinię publiczność, udowodnić, że nasza narracja jest do niczego. W tej sytuacji, to co do nas dociera, to zmasowana propaganda, której nie jesteśmy się w stanie oprzeć. I w tej dyskusji – co jest absolutnie porażające – możemy powiedzieć wszystko co chcemy, możemy oprzeć się na najbardziej podstawowym rozsądku i najbardziej oczywistej logice, a i tak nie mamy wobec tego kłamstwa żadnej szansy, bo dyskutujemy na tematy, które oni wybrali. I w tej sytuacji, moglibyśmy bardzo łatwo zmienić temat na zdecydowanie mniej im pasujący, tyle że tego nie robimy. Dlaczego? Właśnie nie wiem. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że dlatego, że jesteśmy beznadziejnie głupi. Ale, jak mówię, nie wiem.
O Andrzeju Żydku i jego dręczycielach nie chce mi się już nawet myśleć, ale weźmy tę Szumowską. To że ten jej nowy film jest beznadziejnie słaby, jest dla każdego średnio obeznanego we współczesnej polskiej kinematografii sprawą oczywistą. Wiemy też, że opisana przez nią sytuacja jest z gruntu nieprawdziwa, a to, że ona w ogóle się za to zabrała, świadczy tylko o stanie tych umysłów. I na to wszystko przychodzi Maciej Pawlicki i chce z Szumowską dyskutować, czy ten sponsoring to coś z czym trzeba walczyć, czy się może temu podporządkować. A przecież w ogóle możnaby o tym filmie nie gadać. Wystarczyłoby sobie przeczytać, kto to taki ta Szumowska. Kim był jej ojciec, kim jej mama, kim jest jej siostra, kim brat, a jako ilustracje tego, co ta niezwykle uzdolniona rodzina potrafi, przytoczyć którąś ze złotych myśli spłodzonych przez wybitny umysł jej świętej już dziś pamięci mamy. Choćby tę:
Wiedza jest wtedy, gdy o czymś nie tylko wiesz, lecz możesz to zobaczyć, opisać, zdefiniować, a nawet dotknąć. A wiara, gdy nie widzisz, nie zobaczysz, nie dotkniesz, a mimo to jesteś pewien, że jest”.
No, geniusz! Po prostu, geniusz! To są właśnie te elity. I robią z nami dokładnie to co chcą. Co za ból!

Serdecznie proszę wszystkich, którym wciąż zależy, o finansowe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy, on będzie musiał zdechnąć. Zwyczajnie. No i przypominam o książce. Powiedzcie ludziom, których znacie, że naprawdę warto. Niech sobie kupią. Tu, tam i tam. Naprawdę warto. Dziękuję.

środa, 22 lutego 2012

Jedna refleksja w temacie pewnych urodzin

Może ktoś nie wie – ja, na przykład nie wiedziałem – istnieje sport, chyba, skoro jest prezentowany na Eurosporcie, niezbyt niszowy, który polega krótko mówiąc na tym, że zamyka się w klatce dwóch bandziorów i każe im się bić. Nie jest to ani boks, ani zapasy, ani kickboxing, lecz tak jakby wszystko to połączone do kupy, no a poza tym zawodnicy nie wyglądają jak sportowcy, ale jak właśnie tacy gorsi bandyci. Gdyby można było to porównać do czegokolwiek, to coś bardziej przypomina tzw. wrestling, tyle że o ile tam mamy do czynienia ze swego rodzaju iluzją, tu wszystko co się dzieje, dzieje się naprawdę – prawdziwa jest przemoc, prawdziwa krew i prawdziwe okrucieństwo.
Jest jednak jeszcze coś, co odróżnia te walki w klatkach od wrestlingu. Wrestling to w gruncie rzeczy cyrk. Zawodnicy są fantazyjnie poprzebierani, a sama walka wygląda jak swego rodzaju rytuał wypełniony najbardziej wymyślnymi popisami. Tu, w tych klatkach, widać wyraźnie, co sprawia, że wrestling to jednak tylko zabawa. Gdyby któryś z tych zawodników w klatce spróbował jakichś sztuczek, dostał by od razu w łeb i został wyniesiony. W klatkach nie ma nic szczególnie spektakularnego – tam jest tylko chęć zakończenia tej udręki w jak najkrótszym czasie. Z tego chyba też powodu, walka w klatce trwa zwykle krótko. Bardzo krótko.
Skąd to ja jestem taki mądry? Otóż proszę sobie wyobrazić, że stąd, że parę dni temu obejrzałem sobie na Eurosporcie chyba z cztery takie walki pod rząd. A stało się to tak, że późnym wieczorem siedziałem sobie przed telewizorem i na kanale TVP Historia oglądałem jakiś wspomnieniowy program Tomasza Raczka o Zygmuncie Kałużyńskim. Weszła sobie na to moja młodsza córka i zapytała, co to za sympatyczny staruszek, ja jej na to odpowiedziałem, że on już nie żyje, ale jak żył, to był komunistą, homoseksualistą – ja zawsze przy niej używam tej nomenklatury, bo ona nienawidzi słowa „pedał” – i prawdopodobnie oficerem służb, natomiast, przyznaję, to bardzo sympatyczny i inteligentny człowiek. Córka moja się oburzyła, informując mnie, że to jest absolutnie okropne, że ile razy ona zobaczy w telewizji kogoś, kto jej się podoba, ten natychmiast z mojej relacji okazuje się komunistą, homoseksualistą, albo agentem, i sobie poszła.
W pewnym momencie Zygmunt Kałużyński powiedział coś, co mnie absolutnie poraziło. Otóż, z tym swoim niepowtarzalnym, cudownie radosnym, prawdziwie szatańskim uśmiechem, oświadczył, że jego zdaniem wszystkie ideowe wybory, jakie człowiek podejmuje, opierają się na interesie. A przynajmniej tak zawsze było w jego wypadku. Nie pamiętam oczywiście, jak on to powiedział dokładnie, ale mniej więcej brzmiało to tak, że jeśli on swego czasu popierał Stalina, a dziś wspiera reżim peerelowski, to wyłącznie dlatego, że jemu się tak opłaca. On wręcz kilka razy podkreślił słowo „interes”. Interes jako przywileje, interes jako mieszkanie, interes jako pieniądze. Na koniec, gdyby ktoś myślał, że się przesłyszał, powtórzył, że dla niego tego typu postawa jest czymś całkowicie naturalnym. Później Kałużyński mówił jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, takich choćby jak to, że jego zdaniem, cała sztuka – sztuka absolutnie dowolna – jest wyłącznie kłamstwem, a jej celem jest to, żeby właśnie przez to kłamstwo pokazać coś pięknego, a więc prawdziwego. Nie do wiary. Nie do wiary.
Słuchałem Zygmunta Kałużyńskiego, i myślałem sobie, że co to za cholera, że przez te wszystkie lata, tylu naprawdę miłych, inteligentnych, dowcipnych, czasem wręcz autentycznie mądrych ludzi sprzedało się Złu? I jak to, do ciężkiej cholery, jest, że oni mają w sobie tyle uroku, który potrafi przyciągać, wydawałoby się, nawet tych najbardziej porządnych i wrażliwych. Patrzyłem na Zygmunta Kałużyńskiego, jak z tą swoją niezwykłą energią i tym nieprawdopodobnie pięknym uśmiechem, głosił potęgę kłamstwa i tryumf Zła, i pomyślałem sobie, że to właśnie tak musi działać. Pojawia się taki pełen niemal nieskończonego wigoru staruszek, a na to przychodzi ktoś całkowicie czysty, bez jakichkolwiek uprzedzeń, bez szczególnych pretensji i oczekiwań, i ulega temu urokowi w sposób niemal pełny, tylko dlatego że nagle widzi to życie. Takie pełne wolności i zwycięstwa nad śmiercią.
Pooglądałem więc sobie trochę tego Kałużyńskiego, a następnie zajrzałem, co słychać w sporcie, a tam właśnie była ta klatka. Pisałem wcześniej, że tam nie ma tego cyrku co w przypadku wrestlingu. Jednak, choć faktycznie, walki w klatce są znacznie bardziej surowe, nie jest to do końca prawda. Ci mężczyźni też jakoś starają się nadać swojemu występowi kolorów. A więc przede wszystkim mają bardzo jednoznacznie brzmiące przezwiska, no i niekiedy założą na siebie jakiś równie jednoznaczny strój, który przynajmniej umożliwi im mocne wejście. W pewnym momencie pojawił się człowiek przebrany za księdza. Oczywiście przebrany nie całkiem, od stóp do głów, bo miał na sobie obcisłe majtki, obcisłą koszulę bez rękawów, natomiast pod szyję założył sobie coś w rodzaju fartuszka z koloratką. Co najważniejsze jednak, gdyby ktoś nie bardzo wiedział, co się dzieje, po obu stronach miał eskortę złożoną z kobiet w typowo burdelowatym rynsztunku, a więc w stringach, z siatkowanymi pończochami i wylewającymi się spod biustonosza piersiami, tyle że na głowach, zamiast króliczych uszu, miały one zakonne welony, a w dłoniach trzymały duże krzyże. No i może ciekawe jeszcze w tym było to, że owemu wejściu towarzyszyła nie muzyka organowa, ani kościelne dzwony, ale „O Fortuna!” Orffa.
A zatem wszedł ten niby-ksiądz, z tymi niby-zakonnicami na ring, energicznie jak jasna cholera, zaczął się prężyć, wznosić ramiona w geście zwycięstwa, robić bojowe miny, i zanim walka rozpoczęła się na dobre, dostał w ryj… i został wyniesiony. Niewykluczone że do szpitala, albo prosto tam, gdzie mógł się nim zająć już autentyczny ksiądz, wraz z autentycznymi siostrami zakonnymi. I oczywiście, przyznaję, że z jednej strony wyglądało to okropnie, jednak z drugiej, ten rodzaj szybkiej i bezrefleksyjnej sprawiedliwości, zawsze na mnie robi wrażenie. No ale to jest już zupełnie inna historia.

Jeśli ktoś uznał ten tekst za ważny, inspirujący, a przede wszystkim wart tego czasu, bardzo proszę o wrzucenie do przygotowanej obok puszki cokolwiek tam kto ma na zbyciu, bo powiem szczerze, sytuacja robi się autentycznie groźna. Co do książki, domyślam się, że kto ją chciał mieć, to ją ma, a reszta woli czytać co innego. Na wszelki wypadek jednak informuję, że oprócz tego bloga, ona jest wciąż do kupienia w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3 maja, w Poznaniu w księgarni u Karmelitów na ulicy Działowej, no i w sklepie Foto-Mag w Alei KEN w Warszawie. Dziękuję.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Ballada o małym ołowianym żołnierzu, czyli Polska nie jest pop

Mam czapkę popularnie zwaną kaszkietem, lub oprychówą, w której chodzę cały boży dzień od października do kwietnia. Szczerze powiedziawszy, mam dwie takie czapki, jednak w związku z tym, że pies mojej córki jedną z nich uszkodził, chodzę już tylko w jednej. Za to tej ładniejszej. Jej uroda – i jednocześnie wyjątkowość – sprowadza się do tego, że jest to czapka w czerwoną szkocką kratę – tak zwany Royal Stewart – która, jak to szkocka krata, ma swój wyjątkowy urok, no a poza tym rzuca się w oczy. Jechałem więc sobie któregoś dnia tramwajem, a obok mnie zabawiało się wesoło troje dzieci w górnym wieku gimnazjalnym. Dwaj chłopcy i dziewczynka. Dzieci były bardzo sympatyczne, bardzo wesołe, bardzo elokwentne i, co tu akurat być może najważniejsze – wszystkie były naprawdę pięknie wystrojone w czystym punk rockowym szyku. Kiedy mówię, że one się zabawiały, nie mam na myśli jakichś szczególnych ekscesów. Owszem, zachowywały się dość głośno, ale przede wszystkim nie klęły, no i opowiadały pewnej stojącej obok nich miłej starszej pani – która najprawdopodobniej, zanim jeszcze wsiadłem do tramwaju, ich zagadnęła – że one się zachowują tak głośno, bo w szkole jest terror i one muszą tam się zachowywać bardzo grzecznie, więc jak mają czas wolny, to lubią sobie poużywać. Naprawdę, tak jej jeden przez drugiego objaśniały swoją ciężką sytuację wieku dziecięcego. Jeden z tych chłopców w pewnym momencie zrobił się tak zabawny, że zaczął tej pani tłumaczyć, że oni tak naprawdę mają są mocno szurnięci, ale to też przez szkołę, bo tam jest tak intelektualna atmosfera, że oni od tych mądrości zwyczajnie zwariowali.
Dzieci się bawiły, ja ich obserwowałem kątem oka i oczywiście w skupieniu wchłaniałem każde słowo, kiedy nagle chłopczyk, który tak fatalnie zwariował od kontaktów ze szkolnymi intelektualistami, zwrócił się do mnie bardzo grzecznie, i powiedział, że on bardzo przeprasza, ale jemu się okropnie podoba moja czapka, i czy ja bym może nie chciał mu jej sprzedać. Że on ma wprawdzie tylko 5 złotych, no ale nie mógł się powstrzymać, więc mnie pyta. Powiedziałem mu, że ja go rozumiem, bo to jest świetna punk rockowa czapka, ale ponieważ ona ma dla mnie zbyt dużą wartość, więc musi zostać tak jak jest. W tej już chwili dziecko nie miało wyjścia, więc zapytało mnie, czy ja wiem, co to punk, ja mu odpowiedziałem, że jak najbardziej, no i dalej już poszło gładko. Dojechaliśmy do mojego przystanku, dzieci wysiadły ze mną, odprowadziły mnie pod dom i w końcu się pożegnaliśmy.
To było jeszcze wiosną zeszłego roku. Parę miesięcy temu, jechałem sobie tramwajem i nagle podszedł do mnie chłopczyk w wieku wczesno licealnym, pięknie wystrojony, jak nie przymierzając Joey Ramone, powiedział grzecznie dzień dobry, i zapytał, czy go poznaję. Ponieważ go nie poznałem, przypomniał mi, że to on ode mnie kiedyś chciał kupić czapkę. Ucieszyłem się bardzo, że to on znów przeszedł mi drogę, no i sobie zaczęliśmy rozmawiać, tym razem jednak już znacznie spokojniej, niż przed pół rokiem. Normalnie, najpierw o tym czy był na „Offie”, czego słucha, a później czy jemu wolno chodzić do szkoły w takim stroju, na co on mi powiedział, że nie wolno, bo on chodzi do szkoły, gdzie trzeba mieć mundurki, no ale stara się zawsze mieć coś takiego, co pozwala mu zachować tożsamość, no i ostatecznie – tak jak to zwykle bywa gdy człowiek się natknie na nauczyciela – zaczęliśmy gadać o szkole. I w pewnym momencie on mi się przyznał, że właśnie dostał jakąś naganę, bo była akademia, grano hymn, a on nie wstał. No bo co to za pomysł, żeby wstawać, bo jest grany hymn? A niby cóż to takiego ten hymn?
Powiedziałem więc mu, że z niego jest dupa, a nie punk. Cóż to bowiem za punk, który nie kocha swojej ojczyzny? Prawdziwi punk rockerzy byli zawsze wielkimi patriotami i ja sobie nawet nie jestem w stanie wyobrazić, żeby taki John Lydon nie wstał, kiedy grany jest brytyjski hymn. Oczywiście, można uważać, że Królowa to faszystka i takie tam, ale Anglia to Anglia. Brytania to Brytania. Ojczyznę trzeba kochać. Z Ojczyzny trzeba być dumnym. Flagą brytyjską trzeba się owinąć i dumnie paradować tak, by każdy wiedział, kto tu jest lepszy. Czyżby polscy punk rockerzy byli może Europejczykami? Nie wiem, co ten miły chłopak sobie pomyślał, bo to już był koniec mojej jazdy, a on mieszka jeszcze parę przystanków dalej, no i też od tego czasu go nie miałem szczęścia spotkać, natomiast mam nadzieję, że on zrozumiał co do niego mówiłem, bo to na moje oko zdecydowanie mądre dziecko. I mam nadzieję, że on dziś już wie, że bycie punkiem to nie żarty, lecz prawdziwe zobowiązanie.
Słucham dziś koncertu zespołu Public Image Ltd., i słyszę, jak John Lydon zapowiada piosenkę „Warrior”. I słyszę jak on wrzeszczy, że oto specjalna dedykacja dla wszystkich brytyjskich żołnierzy, którzy walczą o na frontach całego świata. Dla wszystkich brytyjskich bohaterów, którzy oddają swoje życie za sprawę. Za ludzi odważnych i pełnych poświęcenia. I takie tam. Normalny pop. Słucham występu Dave’a Matthewsa z Timem Reynoldsem, i słyszę jak on, zanim zacznie śpiewać kolejną piosenkę, opowiada historię jednego z żołnierzy, który wrócił z wojny w Iraku i niestety zostawił tam swoje wszystkie zmysły. Zamiast grać, gada przez chyba pięć minut, i nikt ani nie krzyczy, ani go nie pogania, ani się niecierpliwi, kiedy on wreszcie zacznie śpiewać, tylko wszyscy słuchają w nabożnym skupieniu historii o swoim żołnierzu.
Oglądam koncert Roda Stewarta w Royal Albert Hall, i oto nagle Rod Stewart zapowiada swój wielki przybój „Rhythm of my Hart” i zaczyna coś opowiadać o brytyjskich żołnierzach walczących na wszystkich frontach na świecie i że ta piosenka jest dla nich, a potem nagle na scenę wychodzi żona Stewarta przebrana w szkocki narodowy strój z tymi swoimi długimi nogami i z kobzą i się pręży maszerując po scenie wojskowym krokiem, a na wielkim telebimie, niemal nad całym tym pięknym wnętrzem Royal Albert Hall, powiewa wielka brytyjska flaga. Tak zwany ‘Union Jack”. Ta ich „biało-czerwona”. Normalnie – pop. Pop jak jasna cholera.
Ja tu już kiedyś pisałem z sercem krwawiącym, że coś co za granicą się nazywa „Brytania ma talent”, „Kanada ma talent”, „Bułgaria ma talent”, „Indonezja ma talent”, w Polsce nazywa się zwyczajnie „Mam talent”. Dokładnie tak, jakby komuś nagle zrobiło się wstyd, że miałby zacząć powiewać narodową flagą w sytuacjach tak przyziemnych, jak program telewizyjny. Albo w ogóle powiewać flagą. Bo niby w jakim celu? I przed kim? Oczywiście jest to wszystko okropnie przykre, natomiast dziś wygląda na to, że ta rozpacz prowadzi nas jeszcze dalej, i to w miejsca jeszcze bardziej ponure. Oto gdzieś w jakiejś tatrzańskiej chałupie, jak pewnie większość z nas wie, w dniach kiedy przez Polskę przechodziła fala najgorszych mrozów, znaleziono jakiegoś zamarzniętego biedaka, który ani nie potrafił nic powiedzieć, ani nic sobie przypomnieć i w ogóle wyglądał, jakby go nie było. Dziś już wiemy, kim jest ten człowiek. To żołnierz, którego Polska swego czasu wysłała, by służył w naszych oddziałach za granicą, i który, tak jak się złożyło – bywa – od tej wojny zwariował, no i jakoś nikt tego nie zauważył. Dziś się też dowiadujemy, że nasze Ministerstwo Obrony Narodowej okazało się tak honorowe, że swojemu żołnierzowi zapewniło opiekę i leczenie. Mimo kłopotów z budżetem… no i w ogóle międzynarodowym kryzysem gospodarczym. I nawet mu nie kazaliśmy za to płacić. Tacy jesteśmy!
Czytam dziś, że w kręgach rządowo-medialnych dyskutuje się, jak to się stało, że mogło dojść do tak przykrego zaniedbania. I przy okazji tej dyskusji, okazuje się, że polscy żołnierze wracający z misji zagranicznych, często nie są w stanie normalnie żyć i funkcjonować, i jeśli tak się nieszczęśliwie ułoży, że rodzina nie będzie na tyle przedsiębiorcza i zorganizowana, by się o los swojego brata, męża, czy syna zatroszczyć – to on równie dobrze może zdechnąć gdzieś pod płotem. I, jak to się często dzieje w tego typu sytuacjach, konkluzja jest taka, że zabrakło jakiegoś przepisu, lub urzędnicy nie zdążyli z wprowadzeniem jakiejś specjalnej ustawy. W tym wypadku ustawy o opiece nad kombatantami.
A ja wiem, że to co się dzieje z żołnierzami poddanymi ciężkiemu doświadczeniu wojny, jest czymś tak strasznym, że często nie ma żadnego sposobu, by ich w jakikolwiek sposób reanimować. Czytałem kiedyś tekst o pewnym amerykańskim kombatancie, nazwiskiem Arthur Joseph Kelly, którzy walczył na frontach II Wojny Światowej i, tak jak wielu jemu podobnych, z tego strachu oszalał. Został zwolniony ze służby, wrócił do kraju, jakiś czas spędził w szpitalu, ale ponieważ nie było sposobu, by go doprowadzić do porządku, został wypisany do domu. Oczywiście otrzymał odpowiednią rentę, być może nawet dano mu jakiś medal, który mu wysokość tej renty jeszcze odrobinę podniósł, jednak on już nie potrafił zyć w zwykłym świecie. A ponieważ z jakiegoś powodu w domu mieszkać nie chciał, poszedł do remizy strażackiej, wokół której lubił się kręcić jeszcze jako dziecko. No i strażacy go przyjęli. Ma się rozumieć, że nigdy nie został strażakiem, ale ze strażakami mieszkał i starał się im pomagać, jak tylko potrafił. A więc sprzątał, palił w piecu, no i był ich kolegą. Przez dziesiątki lat. Aż umarł. Wtedy strażacy urządzili mu prawdziwie strażacki, uroczysty pogrzeb, no i go pochowali. Jak strażaka. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że jest to historia wyjątkowa, jednak nie mogę przestać myśleć, że w Polsce on by jednak w najlepszym wypadku znalazł jakiś ciepły kąt w tatrzańskiej chałupie. No i, naturalnie, o jakiejkolwiek rencie nawet nie miałby co marzyć, o ile sam by sobie jej nie wystał.
Dyskusja na temat znalezionego w górskim szałasie żołnierza nabiera rumieńców. Mam wręcz wrażenie, że wszystko tak naprawdę dopiero przed nami. Wprawdzie w pierwszej chwili ta historia nie miała w sobie zupełnie nic interesującego – normalnie, znaleziono gdzieś jakiegoś brudnego i zarośniętego wariata. Później, kiedy się okazało, że on jest jakiś dziwny, bo najwyraźniej zna obce języki, a to na durniach zawsze robi odpowiednie wrażenie, poczuliśmy to charakterystyczne łaskotanie, które się pojawia za każdym razem, gdy ma się zdarzyć coś ciekawego. No a jeszcze później, kiedy wyszło na jaw, że mamy do czynienia z człowiekiem cierpiącym na ów zespół stresu bojowego, zaczęliśmy już w pełni czuć tego newsa. A ja sobie dziś myślę, że kiedy on już jako tako dojdzie do siebie – co w końcu nie jest wykluczone – i będzie można wysłuchać jego opowieści, może się stać niemal tak sławny, jak ojciec „Madzi z Sosnowca”. No i będą nam towarzyszyć dwie równoległe historie – jedna o tym żołnierzu i jego przygodach na wojnie, a druga o urzędnikach z ministerstwa, którzy czegoś tam nie dopatrzyli. Wprawdzie Kazik o nim piosenki już nie zaśpiewa, bo jeszcze nie daj Boże musiałby zawiesić gdzieś biało-czerwoną szmatę, ale przynajmniej dowiemy się co to takiego „shell shock”. Jakiś zaproszony do studia telewizyjnego psycholog opowie nam o tym zespole pod kątem medycznym, a TVN24 pokażę jakieś kawałki z amerykańskich archiwów.
Miejmy tylko nadzieję, że przy okazji nie pojawi się więcej zapomnianych, gnijących gdzieś w jakichś wiejskich chatach, byłych bohaterów z Iraku, czy Afganistanu, bo jak ich się zbierze zbyt wielu, to może się okazać, że temat się nam spali. Zwyczajnie, wedle starego, dobrze nam wszystkim znanego schematu. I na samą myśl, że gdzieś znowu znaleziono jakiegoś stukniętego żołnierzyka, ludzie zaczną raptownie przełączać kanały w swoich telewizorach, by zobaczyć, czy nie lecą jakieś powtórki z ostatniego „Mam talent”.

Proszę wspierać ten blog finansowo pod podanym obok numerem konta, i zachęcam do kupowania książki o liściu. Naprawdę warto. Dziękuję.