poniedziałek, 30 listopada 2015

Targi, czyli razem do boju

Targi książki – jakiekolwiek targi książki, a już szczególnie targi tak wyjątkowe, jak Warszawskie Targi Historyczne – z punktu widzenia autora, mają to do siebie, że nigdzie indziej z tak pełną jaskrawością nie można w jednej niemal chwili ujrzeć cały sensu pisania. Wszyscy wiemy, jak wygląda typowa księgarnia. Wchodzimy do którejkolwiek z nich i pierwsze co widzimy, to te tony papieru, na którym wydrukowano słowa jakichś, w 99 procentach kompletnie anonimowych, autorów, słowa dla choćby najmniejszej cząstki świata obojętne, niepotrzebne, tak bardzo nieważne, że równie dobrze mogłoby ich nigdy nie być. No i leżą tam te książki, na które nikt nie zwraca uwagi, które następnie są coraz bardziej przeceniane, by wreszcie wylądować w tych smutnych koszach wystawionych na ulicy, czy w ulicznych antykwariatach, gdzie są dalej sprzedawane po złotówce, czy dwa złote za sztukę. I jeśli nawet jakimś cudem się zdarzy, że ktoś się jednak zdecyduje, autor będzie ostatnią osobą, która się o tym niezwykłym z pewnego punktu widzenia sukcesie dowie.
Znamy więc te księgarnie i ów cały tak egzotyczny rynek i myślę, że wtedy właśnie, w chwilach tego typu refleksji, mamy szanse sobie uświadomić, jak ważny może się stać bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Kiedy stoimy tam z tą książką i ktoś nagle się pojawia, mówi poproszę jedną, albo dwie, bo ta druga to na prezent, i czy można poprosić o dedykację, a potem płaci za ów produkt – bo to przecież w pewnym sensie jest produkt – można poczuć coś na kształt wstrząsu. No i równocześnie musi się pojawić pytanie, dlaczego? Z jakiej racji? Za co?
No ale jest jak jest i trzeba to wszystko z pokorą przyjąć.
Byliśmy tam na tych targach z Gabrielem przez cztery ostatnie dni (ja w sobotę i niedzielę) i chętnie potwierdzę wszystko, co on już zdążył napisać na blogu. Myśmy tam sprzedawali, sprzedawali i sprzedawali. Miałem już okazję być na różnego rodzaju targach, ale czegoś takiego, co się stało tym razem, ani nie widziałem, ani też sobie nie wyobrażałem. Jak to się stało, co takiego zaszło przez miniony rok, by sytuację tak drastycznie zmienić, nie mam bladego pojęcia, ale fakt jest faktem – tak ani wcześniej nie było, ani na coś takiego nawet się nie zanosiło.
A zatem, to jest pierwsze wrażenie, jakie można odnieść, kiedy się jest na targach książki. Ów nieprawdopodobny wręcz kontakt. Druga rzecz jednak, jaka się rzuca w oczy, to obecność praktycznie wszystkich tych gwiazd – i to gwiazd spod najróżniejszych szyldów – które się zna wyłącznie z mediów. Nie jestem w stanie wyliczyć, kto się tam nam przed oczami przewinął: Piotr Marciniak z TVN-u, Jacek Sasin z rządu, Piotr Semka z „tygodnika Pawła Lisickiego”, brat Karnowski bliźniak Karnowskiego, Longin Pastusiak z PRL-u, Rafał Ziemkiewicz z nie wiadomo skąd, Tomasz Turowski z Moskwy, Krystian Brodacki z „Jazz Forum”, a nawet słynny ksiądz Oko, którego ja już mam okazję spotykać od dłuższego czasu i nie mogę się pozbyć wrażenia, że on wychodzi z domu tylko po to, byśmy wszyscy mogli go ujrzeć, jak się porusza… no i wielu, wielu innych. Z niektórymi można porozmawiać. Więc, proszę sobie wyobrazić, że ja akurat miałem okazję wymienić parę uwag z jednym z nich, dziennikarzem tygodnika „W Sieci”. Ze względów oczywistych, nie wymienię jego nazwiska, natomiast opowiem, jak wyglądała owa rozmowa:

- Czemu pan to robi?

- Bo dobrze płacą.

- Ale to jest straszne. Przecież wy jesteście najgorsi.

- Owszem, najgorsi.

- Czyli chodzi o te pieniądze?

- Też.

- No dobra. Rozumiem. Natomiast pan zna tych ludzi, którzy tam piszą?

- Znam.

- Czemu więc to jest na takim poziomie? Czy oni tak piszą ze szczerego serca, czy może uważają czytelników za idiotów?

- Uważają was za idiotów.

- Czyli oni wierzą, że ja jestem takim durniem, że do mnie można tylko w ten sposób, bo inaczej nie dotrze?

- Tak. Właśnie tak.


Na targi książki jeżdżę od paru lat i mam z nich wiele wspomnień. Gdy chodzi o spotkania z czytelnikami, minione targi pozostaną jedne z najważniejszych. Spotkanie z dziennikarzem tygodnika „W Sieci”, jednym z ważniejszych prawicowych publicystów, uważam za coś, co wszystko właściwie ustawia w nowej kompletnie perspektywie. Ja oczywiście to wszystko niby od dawna wiedziałem i nawet o tym pisałem, tym razem jednak uzyskałem potwierdzenie słuszności moich przewidywań od osoby znajdującej się w centrum tego nieszczęścia. I to, z mojego punktu widzenia, stanowi wydarzenie, którego nie jestem nawet w stanie komentować.
W tej sytuacji wrócę do moich książek, do ludzi, którzy je kupują, no i do podstawowego pytania, czemu oni to robią? Otóż – pomijając oczywiście to co podstawowe, a więc to, że to sa zwyczajnie dobre książki – chodzi o to, że ja czytelnika nie traktuję, jak idioty. Ja go traktuję z powagą, szacunkiem i czułością. I on to wie, albo przynajmniej czuje. I nam obu to w zupełności wystarczy.
Spałem wczoraj w samym hotelu Hilton na Grzybowskiej, który mi ufundował jeden z odwiecznych przyjaciół tego bloga. Wstałem rano, oddałem w recepcji tę śmieszną kartę do otwierania drzwi i najpierw poszedłem na niedzielną mszę, a potem już pojechałem na same targi. I oto z samego rana odpadł mi guzik od koszuli, w związku z czym przynajmniej w okolicach mojego brzucha wyglądałem dość idiotycznie. W tej sytuacji, na blogu Gabriela zwróciłem się do wszystkich planujących wizytę na targach, by mi przynieśli igłę i granatową nitkę. No i się zaczęło. Zabawne? Nie koniecznie. Bo tu właśnie mamy pełen obraz tego, o czym ja chcę dziś opowiedzieć. Chodzi o to, że nie wolno ludzi traktować jak idiotów, nie należy ich oszukiwać, trzeba mieć do nich szacunek i z nimi rozmawiać, nawet z tymi, których nie jest łatwo szanować. A oni wtedy przyjdą i przyniosa nam igłę z nitką by nas poratować, gdy nam odpadnie guzik. Ot i cała zagadka.
Wychodziłem spod tej trasy W-Z już wprost pod Zamek, gdy nagle zobaczyłem coś co Warszawa uznała za konieczne szczególnie hołubić, czyli rzeźbę dwóch żołnierzy, polskiego i ruskiego sołdata jak stoją obok siebie, patrzą odważnie w przód, a pod spodem jest napis: „Razem w boju”. Zrobiłem im zdjęcie i wysłałem mojej żonie, a ona mi napisała: „To zupełnie jak ty z Gabrielem".
No a ja sobie pomyślałem, że może nie zupełnie, ale owszem, my też patrzymy przed siebie.

Już w czwartek rozpoczynają się targi we Wrocławiu. Ja będę na miejscu w sobotę i w niedzielę, no a Gabriel od początku. Zapraszam wszystkich. Póki co, książki można kupować wyłącznie w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 27 listopada 2015

Nowa opozycja, czyli opornik w klapę i bejsbol w dłoń

Jutro i pojutrze będę w Warszawie na targach, a zatem będziemy tu na blogu mieli krótką przerwę. Przedstawiam więc już dziś swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety” i niech on tu sobie pobędzie do niedzieli. A później się zobaczy. Wszystkich oczywiście zapraszam do Arkad Kubickiego, gdzie przez cały weekend będę siedział (lub stał) i podpisywał książki.


Wszystko zaczęło się tak, że Teatr Polski we Wrocławiu ogłosił premierę nowej sztuki, zatytułowanej „Śmierć i dziewczyna”, wyreżyserowanej przez niejaką Ewelinę Marciniak, a opartej na tekście pewnej Elfriede Jelinek, austriackiej komunistki, laureatki Nagrody Nobla, pod tym samym tytułem. Już we wstępnych, szeroko kolportowanych, zapowiedziach poinformowano nas, że w trakcie przedstawienia dojdzie do pełnego aktu seksualnego, w wykonaniu pornograficznych aktorów sprowadzonych specjalnie na tę okazję z Czech. Wedle tych samych informacji, trzeba było sięgnąć po wsparcie z zagranicy, ponieważ żaden z polskich artystów, na udział w tej hucpie się nie zgodził. Dowiedzieliśmy się też, że na scenie będziemy mogli podziwiać również dziewięcioletnie dziecko.
Było więc od początku rzeczą oczywistą, że wszystkie te informacje, a więc Jelinek, pornografia i dziecko, muszą spowodować odpowiedni rwetes, zwłaszcza gdy premiera ma mieć miejsce w nowej już politycznej sytuacji, która z pewnością będzie się wiązać z nową polityką kulturalną i nowymi zobowiązaniami władzy wobec społeczeństwa. No i dostaliśmy to, co musieliśmy dostać.
Ja nie znam ani twórczości tej komunistki, ani jej konkretnego dzieła, ani nawet nie oglądałem filmu Romana Polańskiego pod tym samym tytułem, i, jak się zdaje, powstałego z tej samej inspiracji, natomiast sytuacja, w której teatr utrzymujący się z publicznych pieniędzy wydaje owe pieniądze na realizację pornograficznych przedstawień, w oparciu o twórczość austriackich komunistek, szczególnie tych, które w uznaniu swoich zasług artystycznych zostały uhonorowane Nagrodą Nobla, wiem, że mam do czynienia albo z obłędem, albo z prowokacją.
Tym razem, jak już dziś wiemy, doszło do prowokacji. Kiedy bowiem napięcie wokół zbliżającej się premiery sięgnęło zenitu i zainterweniować musiał sam Minister Kultury, okazało się, że w ogóle nie wiadomo, o co ten cały zgiełk, bo o żadnej pornografii mowy być nie może, a sam Teatr Polski we Wrocławiu, z pełnymi gwarancjami ze strony swojego dyrektora, Krzysztofa Mieszkowskiego, udowodnił ten fakt niejako fizycznie: podczas premierowego przedstawienia, sprowadzeni z Czech aktorzy pornograficzni żadnego seksu nie uprawiali, a minister kultury Piotr Gliński już na samym starcie swojego urzędowania okazał się cenzorem i idiotą, podobnie jak reprezentowany przez niego rząd, z premier Szydło na czele i stale obecnym za jej plecami Jarosławem Kaczyńskim.
Pytany o wcześniejsze zapowiedzi, dyrektor teatru albo unika tematu, albo z odpowiednim uśmiechem opowiada coś o różnych sposobach promocji towaru, w czym mu dzielnie towarzyszą ogólnopolskie media, natomiast mnie zastanawia coś zupełnie innego. Otóż wygląda na to, że wyborcze zwycięstwo polskiej prawicy było tak poważne, a determinacja nowego rządu, by zrealizować wszystkie wyborcze zapowiedzi, tak wielka, że System postanowił działać i to działać totalnie, wykorzystując do walki wszystko, co jest pod ręką, nawet jakiś lokalny teatr.
Wygląda na to, że chętnych do współpracy jest wielu i wcale nie mam tu na myśli tylko Ryszarda Petru i jego kumpla Krzysztofa Mieszkowskiego.

Przypominam, że książki są stale do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 26 listopada 2015

Czy Trybunał Konstytucyjny przykryjemy szmatą?

Wymieniając oczywiście na pierwszym miejscu zdarzenie najważniejsze, a więc mam nadzieję, że ostateczne postawienie przez Parlament do pionu paru sędziów, którzy nagle uznali, że trzecia władza to władza pierwsza i w praktyce jedyna, wczorajszy dzień przyniósł parę drobniejszych satysfakcji, z których każda mogłaby się doczekać osobnej notki, no ale ponieważ mamy takie a nie inne tempo, odniosę się dziś krótko do każdej z nich. Oto podczas debaty sejmowej wystąpił Kornel Morawiecki i powiedział dwie rzeczy: pierwsza to ta, że prawo to nie matematyka, a druga, że owo prawo ma służyć Narodowi, bo w przeciwnym wypadku, staje się bezprawiem. Słowa Morawieckiego wywołały powszechny entuzjazm i powiem szczerze, że ja go podzielam w pełni. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio mieliśmy okazję doświadczyć tego rodzaju intensywności komentarza w stosunku do naszej rzeczywistości. Nie wiem, czy Morawiecki wcześniej to sobie przemyślał, czy tak mu to nagle przyszło do głowy, ale to było naprawdę coś, zwłaszcza w tym konkretnym wykonaniu. Chwała mu za to.
Po serii niezapomnianych głosowań, znaleźliśmy się w studio TVN24, gdzie postanowiono skontaktować się telefonicznie z sędzią Stępniem i spytać się go, jak się czuje. Rozmowa była długa i wynikało z niej niezbicie, że Stępień z tych wszystkich wrażeń zwariował, co mnie również ucieszyło. On wprawdzie cały czas zapewniał, że jest szczęśliwy, bo Sejm właśnie potwierdził, jak ważny jest Trybunał Konstytucyjny i mimo coraz większej konsternacji prowadzącego rozmowę, trzymał się swojej wersji do końca, myśmy tutaj mieli obraz człowieka, któremu jednoznacznie coś, jak to pięknie mówią Czesi, preskoczilo.
No i wreszcie pokazano nam prof. Rzeplińskiego, jak obrażony wychodzi z Sejmu i drze mordę na Bogu ducha winną dziennikarkę telewizji TVN24 jak najbardziej. Wszyscy dziś się skupiają na tym, co i w jaki sposób on do niej mówił, i podczas gdy również moim zdaniem ów przedziwny atak w istocie był godny uwagi, uważam jednocześnie, że o wiele ciekawiej było chwilę wcześniej, kiedy na Rzeplińskiego wyskoczyli dziennikarze z mikrofonami i kamerami, a on w pierwszym odruchu narzucił sobie na łeb płaszcz, dokładnie w taki sposób, jak to robią wyprowadzani z prokuratury, czy sądu przestępcy. To był oczywiście odruch i on go natychmiast próbował naprawić, ale liczy się pierwszy gest i owego gestu symbolika, i tego nikt i nic już nie zmieni. Po tym wszystkim, co się dzieje od miesięcy, po tych kolejnych kompromitacjach w wykonaniu tak zwanych „profesorów prawa”, po tym laniu, jakie oni wczoraj dostali, widok ich głównego czarownika, jak zakrywa płaszczem twarz, jest nie do zastąpienia.
Jakiż piękny poranek!

Dziś już za godzinę rozpoczynają się kolejne Targi Książki Historycznej. Na miejscu jest już Coryllus z naszymi książkami, a ja sam dojadę w sobotę i zostanę do niedzieli. Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie. Warszawa, Arkady Kubickiego pod Zamkiem. Jeśli ktoś nie da rady, pozostaje jak zawsze księgarnia pod adresem www.coryllus.pl.

środa, 25 listopada 2015

Gdy polskie kino dostało raka

Nie umiem dziś powiedzieć, czy zdarzyło mi się tu już o tym wspominać, ale tak się złożyło, że moje najmłodsze dziecko, jeśli tylko nie spędza czasu na uniwersytecie, pracuje w lokalnym kinie. No i jest tak, że kiedy ona – bo mówimy o mojej córce – wraca z pracy do domu, niezmiennie relacjonuje nam kolejny polski film, który ona zmuszona była obejrzeć. I z tego, co opowiada, wynika, że dziś jedyny temat, którym się pasjonuje polska kinematografia to rak. Gdy chodzi o polskie kino, tam mamy widocznie jakąś parkę, która albo się na zmianę pieprzy, albo umiera na raka, a w tle jest ksiądz pijak i pedofil, dramat i łzy. Doszło wręcz do tego, że nawet sequel słynnej polskiej komedii zatytułowanej „Listy do M.” nie jest już komedią, a dramatem z nowotworem w tle. Tak zatem wygląda dziś polskie kino.
Jak wiemy, żeby obejrzeć sobie film – tak naprawdę film jakikolwiek – dziś już nie trzeba włączać telewizora, ani też tym bardziej wydawać 25 złotych, by pójść sobie na seans. Technika, jaką dziś dysponujemy, umożliwia nam korzystanie z dóbr kultury – każdej kultury – w stopniu niczym nieograniczonym, za przysłowiowe friko. Dziś, aby obejrzeć film, który nie trafił jeszcze za wspomniane 25 złotych do naszych kin, czy nie został jeszcze zakupiony przez którąkolwiek telewizji, wystarczy ściągnąć go sobie z Internetu, a jeśli ktoś nie zna języka, wraz z polskimi napisami, napisami w dodatku tworzonymi przez prawdziwych pasjonatów, a więc na poziomie najwyższym. Może to akurat podkreślę: te napisy są na poziomie najwyższym.
W tych dniach przebojem wspomnianego Internetu jest drugi sezon serialu zatytułowanego „Fargo”. Zaledwie wczoraj obejrzeliśmy tu sobie siódmy odcinek drugiego sezonu owego filmu. I przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że świat nam uciekł znacznie bardziej, niż można nam było choćby w najbardziej koszmarnych myślach podejrzewać. To jest już koniec.
Na ekrany polskich kin weszła kolejna część słynnej komedii „Listy do M.”, tym razem już nie jako komedia, lecz dramat, no a we Wrocławiu wystawiana jest sztuka oparta na twórczości słynnej austriackiej autorki-noblistki o nazwisku Jelinek. Podobno znakomita. I niech się nikomu nie wydaje, że tu chodzi o to, że my się zajmujemy jakimiś głupstwami; że tu chodzi wyłącznie o jakieś głupie filmy, głupie piosenki, głupie obrazki. Otóż nic z tego. To jest sens tego wszystkiego. Nie jakaś głupia polityka, nie historia, nie jakieś dyskusje o idei. Pop. Pop i nic więcej. A skoro znaleźliśmy się w tym miejscu, to powiedzmy sobie szczerze: stąd nie ma ucieczki.
Obejrzeliśmy właśnie kolejny odcinek „Fargo” i powtarzam: wygląda na to, że nie ma ratunku. Jak by tego było mało, Jarosław Kaczyński gdzieś przepadł.

Dziś mamy środę, jutro czwartek, potem piątek, a w sobotę widzimy się w Warszawie w Arkadach Kubickiego na targach. Zapraszam serdecznie. Jeśli ktoś ma zbyt daleko, zapraszam do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam jest wszystko co trzeba.

wtorek, 24 listopada 2015

Michael Bloomberg, czyli po ile informacja?

Ponieważ ostatnio jestem tak zarobiony, że nie mam głowy do tego, by żyć, dziś nie będzie nowej notki, lecz jeden z nowszysch tekstów do "Gazety Finansowej" o sprzedawcy informacji, Michaelu Bloombergu. Swoją drogą, polecam tę gazetę. Ona wprawdzie kosztuje aż 10 zł., ale to przecież zaledwie 4 zł. więcej od całego tego chłamu, z "W Sieci" na czele, a ile wrażeń!

Jeśli przyjrzymy się publikowanej już od wielu lat przez “Forbesa” liście najbogatszych ludzi na świecie, niemal w jednej chwili zauważymy, że sposobów na to, by się tam znaleźć jest niemal tyle, ile uczestników tej zabawy, jednak po tym, jak owe towarzystwo spróbujemy jakoś sklasyfikować, okaże się, że jednak zdecydowana mniejszość z nich zasłużyła się tym, że najpierw coś wymyślili, następnie to coś wyprodukowali, no a w końcu to coś sprzedali za pieniądze na tyle duże, by dzięki temu stać się współwłaścicielami świata. Spójrzmy na pierwszą dwudziestkę tego rankingu. Na pierwszym miejscu jest wprawdzie oczywiście Bill Gates, a więc człowiek, który dał nam komputer. Większość dalszych miejsc jednak zajmują albo zwykli spekulanci, a więc ludzie, których jedyny pomysł na życie sprowadza się do tego, by kupić taniej, a sprzedać drożej, albo – co jeszcze gorsze – tacy, którzy tak naprawdę osobiście nie potrafili wymyślić nic, a swoją fortunę zawdzięczają temu, że ich ojciec, czy dziadek, cały interes wraz z jego obsługą zostawił im w spadku, a oni dziś już tylko uważają, by osoby, które zatrudniają ich nie okradały. Dobrym przykładem jest tu dziś najbogatsza na świecie rodzina Waltonów.

I faktycznie, prawda jest taka, że poza Gatesem, z autentycznych twórców znajdziemy tam już tylko Amancio Ortegę, Larry’ego Ellisona, braci Koch, Bernarda Arnault, Jeffa Bezosa, Marka Zuckerberga, Sheldona Adelsona, no i tych dwóch od Google’a. Reszta, to, jak mówię, albo spekulanci, albo spadkobiercy. No a wśród całej dwudziestki jest ktoś, kto nie jest ani spekulantem, ani spadkobiercą, ani kimś, kto był na tyle sprytny, by wymyślić super produkt i go sprzedać, a mimo to ma te swoje paręnaście miliardów dolarów i nic nie wskazuje na to, by miał je nagle stracić. Mam na myśli Michaela Bloomberga, współtwórcę i właściciela największej na świecie agencji informacyjnej o skromnej nazwie Bloomberg L.P., człowieka przy którym nawet David Thomson ze swoim Reutersem jest taaaaki malutki.

Ktoś odpowiednio uprzedzony powie, że nie jest wielkim osiągnięciem odnieść sukces, nawet tak wielki, jak to obserwujemy w przypadku Bloomberga, jeśli przede wszystkim zauważymy, że człowiek nie ma na nazwisko Thomson, ale Bloomberg właśnie, a jego partnerzy w biznesie, z którymi on cały ów informacyjny interes rozkręcił, również noszą wiele mówiące nazwiska, a więc Secunda, czy może jeszcze bardziej – Zegar. I, owszem, ów tercet w postaci Bloomberga, Secundy i Zegara robi wrażenie, co nie zmienia faktu, że z całą pewnością trzeba im oddać to, co do nich należy. Przyjrzyjmy się więc, jak to wszystko się zaczęło.

Oto mamy dzień 14 lutego 1942 roku, kiedy to w szpitalu w Bostonie urodził się Michael Rubens Bloomberg. Jego rodzice, William Henry Bloomberg oraz Charlotte Rubens, pochodzący z rodzin rosyjskich Żydów, kiedy przyszedł na świat ich wybitny syn, prowadzili dość zamożne życie w miejscowości Allston w stanie Massachusetts. Kiedy chłopiec miał dwa lata, rodzina na kolejne dwa lata przeniosła się do Brookline w stanie Massachusetts, by wreszcie wylądować w Bostonie, gdzie w roku 1964 młody Bloomberg ukończył studia na miejscowym uniwersytecie, uzyskując tytuł inżyniera- elektryka, natomiast już dwa lata później w Szkole Biznesu Harvarda zdobył bardzo prestiżowy tytuł MBA.

W roku 1973 Michael Bloomberg został partnerem generalnym w Salomon Brothers, jednym z wielkich banków inwestycyjnych na Wall Street, gdzie początkowo zajmował się handlem akcjami, a następnie procesami wytwórczymi oprogramowania. I oto nadszedł dla dalszej kariery Bloomebrga kluczowy jak się zdaje rok, kiedy Salomon Brothers zostało wykupione przez Phibro Corporation, a sam Bloomberg został zwolniony z pracy z odprawą w wysokości… 10 milionów dolarów.

Zamiast rzucić się w wir korzystania z życia, Bloomberg postanowił w całości zainwestować otrzymane pieniądze i w roku 1981 wspólnie ze wspomnianymi wcześniej Secundą, Zegarem, oraz pewnym niezwykle zdolnym matematykiem o nazwisku Duncan MacMillan, założył firmę o nazwie Innovative Market Systems. Swój plan biznesowy oparł na założeniu, że Wall Street, podobnie jak zresztą cała branża finansowa, gotowi są płacić ciężkie pieniądze za biznesowe informacje, pod warunkiem, że owe informacje będą gwarantowały najwyższą jakość, będą przekazywane we wszystkich możliwych formach, no i oczywiście dostarczane najszybciej jak to tylko możliwe.

Na pierwsze efekty nie trzeba było długo czekać. Oto już rok później, w roku 1982, do Bloomberga zgłosiła się zarządzająca majątkiem w imieniu Bank of America firma o kultowej wręcz pozycji na rynku, o nazwie Merill Lynch, instalując u siebie 22 oferowane przez Bloomberga terminale, a przy okazji inwestując w rozwój firmy 30 milionów dolarów. Do roku 1984 terminale Bloomberga zostały zakupione prze wszystkich klientów Merill Lynch. W roku 1987 Bloomberg zmienił nazwę firmy na Bloomberg L.P., a do roku 1990 zainstalował 8 tysięcy kolejnych terminali. Dziś firma Bloomberga posiada już ponad 300 tysięcy dostarczających finansowe informację terminali na całym świecie i to one właśnie, mimo że Bloomberg L.P to naprawdę bardzo szeroki wachlarz najróżniejszych przedsięwzięć, stanowią główne źródło dochodów firmy. Kontrolowany komputerowo program informacyjny, dostępny w systemie subskrypcyjnym w cenie 1800 dolarów miesięcznie, pozwala użytkownikom korzystać z pełnego serwisu finansowego w celu monitorowania i analizowania w rzeczywistym czasie wszelkich danych finansowych z całego świata, zdobywania najświeższych informacji, oraz przesyłania wiadomości w stworzonym przez Bloomberga super-bezpiecznym systemie o nazwie Bloomberg Message.

Ale jak już powiedzieliśmy, fortuna Bloomberga to oczywiście nie tylko te terminale. Od chwili swojego debiutu, Bloomberg L.P. przejmuje, przejmuje i przejmuje, a wśród owych przejęć na czoło wysuwają się: stacja radiowa WNEW, którą w roku 1992 Bloomberg kupił za 13,5 miliona dolarów i natychmiast sformatował na radio informacyjne o nazwie Bloomberg Radio. W roku 2009 doszło do przejęcia słynnego magazynu „Business Week” z natychmiastową zmianą tytułu na „Bloomberg Businessweek”. W roku Bloomberg przejął firmę o nazwie Eagle Eye Publishing, zajmującą się publikacją danych związanych z rządowymi zakupami i uczynił ją częścią projektu o nazwie Bloomberg Government, zajmującego się w systemie subskrypcyjnym, w cenie 5700 dolarów rocznie, dostarczaniem narzędzi decyzyjnych, wiadomości, oraz analiz na rzecz stymulowania prac rządu. W roku 2009 Bloomberg kupił New Energy Finance, brytyjską firmę audytorską zajmującą się inwestowaniem w energię oraz w rynki węgla. W roku 2011 Bloomberg L.P. za niemal miliard dolarów stał się właścicielem projektu o nazwie Bureau of National Affairs, zajmującego się publikowaniem wysoko wyspecjalizowanych wiadomości oraz informacji z przeznaczeniem dla przedsiębiorców i rządów. Firma wydaje dziś ponad 350 publikacji na temat prawa spółek, praw pracowniczych, ochrony środowiska, zdrowia i bezpieczeństwa, zatrudnienia, własności intelektualnej, sporów pracowniczych, oraz kwestii podatkowych.

Poza przejmowaniem kolejnych firm i organizacji, Michael Bloomberg tworzy też własne projekty. W roku 1990, wspólnie z Matthew Winklerem, otworzył agencję o nazwie Bloomberg News w celu dostarczania posiadaczom subskrypcji wszelkich wiadomości finansowych. W roku 2010 Bloomberg News zatrudniał ponad 2300 dziennikarzy w 72 krajach na świecie. Informacje przekazywane są na żywo oczywiście przez wspomniane terminale, ale również przez Bloomberg Television, Bloomberg Radio, „Bloomberg Businessweek”, Bloomberg Markets, oraz naturalnie przez portal bloomberg.com.

Przyjrzyjmy się może wspomnianej telewizji, którą większość z nas z pewnością zna ze swoich telewizorów. Kanał ów powstał w roku 1994, jako płatna oferta nadająca przez 13 godzin dziennie siedem dni w tygodniu, jednak już wkrótce sieć weszła na rynek telewizji kablowych i tym sposobem przekształciła się w nadającą na żywo, 24 godziny na dobę stację, odbieraną w 200 milionów gospodarstw domowych na świecie.

Poza telewizją, oraz wspomnianymi wcześniej Bloomberg Markets oraz Bloomberg Government, Michael Bloomberg oferuje subskrypcję serwisu o nazwie Bloomberg Law, dostarczającego, jak sama nazwa wskazuje, wszelkiego rodzaju informacje prawne, ale też zwykłe wiadomości.

Jest również Michael Bloomberg autorem tak zwanego Bloomberg Innovation Index, a więc corocznego rankingu dotyczącego innowacyjności poszczególnych krajów. Ocena oparta jest na sześciu kryteriach, a mianowicie na zaawansowaniu prac badawczo-rozwojowych, produkcji, rozwoju technologicznym, liczby osób z wyższym wykształceniem, liczby instytutów badawczych, oraz liczby uznanych patentów. Przy prowadzeniu klasyfikacji, Bloomberg korzysta z danych uzyskiwanych z Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowej Organizacji Własności Intelektualnej, Biura Patentów i Znaków Towarowych USA, Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, oraz UNESCO.

No i można by było opisywać kolejne, niemal nigdy niekończące się projekty Bloomberga, ale raz, że nie ma tu na to miejsca, a poza tym i tak już wiemy, że im głębiej będziemy w to wchodzić tym bardziej czytelne będą nasze wnioski co do tego, że przy tej skali przedsięwzięcia, stoimy już niemal na granicy tego, co już stary Rotshschild planował a propos tak zwanego „rządu światowego”. To bowiem, z czym mamy tu do czynienia, w połączeniu oczywiście z osobistą pozycją samego Bloomberga, jego majątkiem i powiązaniami, tworzy obraz naprawdę bardzo jednoznaczny. A zatem, w jakikolwiek sposób powiększy naszą wiedzę wymienianie takich nazw jak: Bloomberg View, Bloomberg Tradebook, Bloomberg Beta, czy Open Bloomberg, my i tak już wiemy, że na pytanie „Kim jest ten cały Bloomberg”, odpowiedź jest jedna – „Bloomberg to jest wszystko”.

Dziś Michael Bloomberg zajmuje 14 miejsce na forbesowskiej liście najbogatszych ludzi na świecie, z majątkiem 35 miliardów dolarów, jednak biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze w roku 2012 to było zaledwie 22 miliardów i miejsce 20., a w 2009 jeszcze mniej, bo 16 miliardów i pozycja jeszcze niższa, choć i tak ze wzrostem w stosunku do roku poprzedniego o 4,5 miliarda dolarów – w tamtym czasie największy wzrost na świecie – należy podejrzewać, że przed Bloombergiem perspektywy są naprawdę jasne i już niedługo Waltonowie ze swoimi sklepami, gdzie wszystko jest naprawdę tanie, wreszcie zrozumieją, że to nie oni rządzą światem. Fakt, bowiem, że między marcem roku 2007 a marcem roku 2009 Bloomberg przesunął się na liście „Forbesa” z pozycji 142. na 17. mówi wystarczająco dużo każdemu.

Jest jednak w życiu i karierze Michaela Bloomberga coś jeszcze, co pozwala nam z jednej strony odetchnąć nieco od tych wszystkich informacji dotyczących czystego pieniądza, a z drugiej pokazuje jeszcze bardziej jego potęgę. Oto 1 stycznia roku 2002 z nominacji Partii Republikańskiej Michael Bloomberg objął urząd 108. burmistrza Nowego Jorku, a więc miasta historycznie typowo demokratycznego, w roku 2005 został wybrany ponownie, no a w roku 2009 znów dostąpił tego zaszczytu, choć dwa lata wcześniej, z przyczyn, których możemy się zaledwie domyślać, ogłosił niezależność i przez resztę kadencji działał jako polityk niezależny.

Jednak gdy chodzi o poglądy polityczne, można przyjąć, że Bloomberg to typowy przedstawiciel owego szczególnego gatunku właściciele świata, dla których poglądy polityczne, czy moralne były zawsze podporządkowane wyborom stojącym z ich punktu widzenia znacznie wyżej w jakiejkolwiek hierarchii. Kiedy startował w wyborach na stanowiska burmistrza Nowego Jorku, przedstawiał się jako Republikanin, mimo że wcześniej przez wiele lat był członkiem Partii Demokratycznej. Kiedy w roku 2007 ogłaszał swoją niezależność od Republikanów, wprawdzie jeszcze nie składał jakichś bardzo wyraźnych deklaracji, jednak dziś, bez najmniejszych zastrzeżeń, przedstawia się jako zwolennik powszechnego prawa do aborcji, praw homoseksualistów, adopcji dzieci przez homoseksualne małżeństwa, finansowania badań nad komórkami macierzystymi, zakazu posiadania broni, oraz przyznawania obywatelstwa emigrantom, a więc tego wszystkiego czego też oczekuje od tej posłusznej masy współczesny świat. I jest czymś tylko pozornie paradoksalnym, że przy tych wszystkich swoich przekonaniach, gdy chodzi o kwestie gospodarcze i związane ze światowymi finansami, pozostaje Bloomberg zdeklarowanym konserwatystą.

I tak powoli możemy się zbliżać do końca naszej opowieści, uzbrojeni w wiedzę, która zgodnie z zasadą, że w dzisiejszym świecie należy mieć zawsze oczy i uszy szeroko otwarte, na wypadek, gdyby coś nas nagle miało zaskoczyć. Ale powiedzmy może jeszcze, że, pomijając to wszystko, co już wiemy, Michael Bloomberg żyje sobie jak każdy skromny miliarder. A zatem, w roku 1975 Bloomberg poślubił kobietę z Yorkshire nazwiskiem Susan Brown, z którą miał dwie córki, Emmę i Georginę. Małżeństwo rozpadło się w roku 1993, jednak, z tego co oboje twierdzą, pozostają w przyjacielskich stosunkach. Kiedy Bloomberg urzędował, jako burmistrz Nowego Jorku, poznał z kolei kobietę nazwiskiem Diana Taylor, z którą do dziś pozostaje w nieformalnym związku. Jest właścicielem 13 posiadłości na całym świecie, w tym świeżo nabytego historycznego kwartału kamienic na słynnej londyńskiej ulicy Knightsbridge, wcześniej należący do równie słynnej angielskiej pisarki George Eliot.

No i może jeszcze coś, co znakomicie podkreśla jego wybitną pozycję. W październiku 2014 roku królowa Elżbieta II przyznała Bloombergowi honorowy tytuł Rycerza Komandora Najwspanialszego Orderu Brytyjskiego Imperium, a więc najważniejsze wyróżnienie przyznawane przez Imperium osobom dla Imperium zasłużonym za „ogromne biznesowe i filantropijne osiągnięcia, które na wiele różnych sposobów były z korzyścią dla brytyjsko-amerykańskich stosunków”. Wprawdzie Bloomberg, nie będąc brytyjskim obywatelem, nie może używać tytułu „sir”, jednak z całą pewnością, jak wszyscy znakomicie wiemy, owe trzy literki KBE po nazwisku pod pewnymi względami stanowią wartość nie do przecenienia.



Pierwszych 39 tekstów o miliarderach znalazło się w mojej książce o podróżach na dziewiąty krąg. Do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Tych, którzy mają ochotę na dedykację autora, zapraszam do Warszawy na Targi Książki Historycznej. Będę na miejscu w najbliższą sobotę i niedzielę.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Zbieramy na opornik dla prof. Zolla

Jeszcze wczoraj wieczorem, kiedy wróciliśmy z żoną do domu ze zwyczajowej niedzielnej rodzinnej wizyty, syn mój zaprezentował mi rozmowę, jaką z ministrem kultury Piotrem Glińskim przeprowadziła w publicznej telewizji dziennikarka nazwiskiem Karolina Lewicka. Ja tę Lewicką trochę znam, a trafiłem na nią po raz pierwszy, i do wczoraj jedyny, jeszcze podczas kampanii prezydenckiej, kiedy ta prowadziła jeden z programów związanych z wyborami i przyznaję, że byłem pod wrażeniem. Później jeszcze parę razy, ktoś mi o niej opowiadał i informacje jakie otrzymywałem potwierdzały moje oryginalne refleksje. Obejrzałem więc rozmowę z Piotrem Glińskim, jaką przeprowadziła z nim red. Lewicka i pomyślałem sobie, że jeśli dziś wciąż powtarzamy wciąż, że nie jest dobrze, to tak naprawdę wyłącznie w tym sensie, że osiem lat bezpośrednich rządów Platformy Obywatelskiej, a tak naprawdę po 10 latach owej strasznej propagandy, znaczna część z nas najzwyczajniej zatraciła poczucie rzeczywistości. Dla wielu z nas polityka, a dokładnie ów konflikt między Prawem i Sprawiedliwością, a resztą świata, stał się czymś, co zdeterminowało całe ich życie do tego stopnia, że oni gotowi są poświęcić wszystko, byleby ów pissssssss przestał ich zmuszać do tego, by się budzili w środku nocy z wrzaskiem. A mówiąc „wszystko”, mam na myśli jak najbardziej wszystko.
Popatrzmy na tę Lewicką. Jako przedstawiciel publicznej telewizji zaprasza ona do studia ministra kultury, zadaje mu pytanie, kiedy zaproszony minister zaczyna spokojnie na nie odpowiadać, ta wyskakuje na niego z mordą, a gdy on z kolei prosi ją, by mu dała spokojnie odpowiedzieć, ona go elegancko informuje, że jeśli on ma ochotę sobie pogadać, niech urządzi konferencję prasową, a nie wykorzystuje do swoich popisów telewizyjnego studia i tak już do końca. Ktoś powie, że to jest tak zwane agresywne dziennikarstwo, które stanowi współczesny standard, a my powinniśmy takich redaktorów, jak Lewicka, strzec, jak źrenicy oka. Otóż nic podobnego. Lewicka nie jest nowoczesnym dziennikarzem. Nowoczesny dziennikarz, gdyby mu zależało, by Glińskiego skompromitować, nie kłóciłby się z nim jak dziecko, ale – gdyby tylko dojrzał okazję – wkręcałby go stopniowo w obmyśloną przez siebie ścieżkę i go po niej prowadził tak długo, aż widzowie by zobaczyli, że minister to kretyn. Jedynym skutkiem zachowania Lewickiej natomiast było to, że myśmy zobaczyli, po raz kolejny zresztą, że ona nienawidzi PiS-u i gdy dochodzi co do czego, to ona nie jest w stanie tego ukryć i efekt jest taki, że biedny Gliński chciał coś powiedzieć, ale trafił na półprzytomną wariatkę.
Otóż to – wariatkę. Te osiem, a tak naprawdę, już 10 lat sprawiło, że ludzie dotychczas, mądrzejsi, czy głupsi, ale jakoś utrzymujący się w średniej powszechnie akceptowanej skali, przez swoje polityczne zaangażowanie najzwyczajniej w świecie oszaleli. Mamy więc tę Lewicką, która zaprasza do studia Glińskiego, zadaje mu pierwsze pytanie, on zaczyna „Proszę pani”, a ona w tym momencie zaczyna na niego wrzeszczeć, żeby on albo odpowiadał na pytania, albo zorganizował sobie konferencję prasową. A zachowuje się tak, niosąc ze sobą cały bagaż swojej dotychczasowej sławy. A zatem ona powinna wiedzieć, że za takie zachowanie już w najbliższym czasie – powiedzmy to otwarcie – straci pracę i nie znajdzie żadnej innej na choćby zbliżonym poziomie. TVN jej nie przyjmie, bo tam jednak standardy są wyższe i oparte na bardziej przemyślanych zachowaniach, Superstacja należy do Polsatu, a Polsat, jak wiemy, szykuje się do tego, by się stać się stacją reżimową, „Wyborcza” i „Newsweek”, jak sądzę, nie szukają pracowników, „Polityka” skupia się na starej komunistycznej gwardii, więc pozostają już tylko pisma takie jak „Fakty i Mity”, czy może parlamentarne wybory za cztery lata. Czy to możliwe więc, że on na tym poziomie w ogóle nie kalkuluje?
A zatem, czemu ona to robi? Czemu ona nie potrafi zadbać o swój podstawowy interes? Ktoś powie, że ona jest osobą ideową i dla niej nie liczy się nic, poza walką z PiS-em. Ona stoi na posterunku i nie zejdzie z niego do śmierci głodowej. No ale ja właśnie o tym mówię. Ta kobieta, podobnie jak wielu innych najzwyczajniej w świecie zwariowała. Ona PiS-u nienawidzi, a więc kiedy zaprasza do swojego studia Piotra Glińskiego, to wyłącznie z tą jedną myślą: „Ja tego skurwysyna-faszystę zniszczę”. I w tym momencie jest już po niej. Na zawsze.
A przecież nie oszukujmy się. Tu wcale nie chodzi o tę nieszczęsna Lewicką, która, jak słyszę, już została przez swojego pryncypała zawieszona za rażące „odbiegnięcie od standardów”. Nie chodzi nawet o dziennikarzy. Oni tak naprawdę są zaledwie marnym odpryskiem tego obłędu. Spójrzmy natomiast choćby na to, co się dzieje w ostatnich dniach z Trybunałem Konstytucyjnym. Przecież to jest dokładnie to samo, tyle że na znacznie wyższym poziomie. O ile ta Lewicka to jakieś nieszczęście po bibliotekarstwie, czy dziennikarstwie z rodzicami, czy narzeczonym siostry, którzy jej załatwili tę robotę, taki Zoll już samym nazwiskiem zabija. No i posłuchajmy, co takiego ów wybitny człowiek mówi:
Skończyło się dwudziestopięciolecie Polski demokratycznej. Powinno się dzisiaj uświadomić Polakom, w pierwszej kolejności obywatelom popierającym PiS, że ich wolności i prawa zostały oddane w ręce pana Kaczyńskiego, którego nikt nie kontroluje i który przed nikim nie odpowiada. Za chwilę będziemy żyli w systemie totalitarnym. Władza wykonawcza jest w rękach jednej partii, władza ustawodawcza jest w rękach jednej partii. Obie te władze polują na władzę sądowniczą. I jeszcze ta jedna partia ma specsłużby i chce całkowicie przejąć media publiczne. Nie będzie żadnej kontroli”.
Każdy kto się interesuje sprawami publicznymi, wie, kim jest prof. Zoll, a mając tę wiedzę, wie też, że wchodzimy na poziom poważny. I oto nagle okazuje się, że ów Zoll to człowiek, któremu nienawiść do PiS-u tak zawróciła w głowie, że on z tej nienawiści najzwyczajniej w świecie zwariował. I ja tu mam na myśli wymiar praktyczny tego całego szaleństwa. No bo co sobie ów Zoll wyobraża? Że on ma naprzeciwko siebie prezydenta, rząd, parlament i wygadując te idiotyzmy o totalitaryzmie, odniesie jakikolwiek sukces? Przecież Prawo i Sprawiedliwość, jeśli tylko zechce, jedną ustawą doprowadzi do tego, że tacy ludzie jak Zoll ze swoimi kumplami profesorami będą mogli najwyżej pisać felietony w „Gazecie Wyborczej”, a klienci galerii handlowych, a więc wyborcy jedyne co będą wiedzieć, to fakt, że prezydent nazywa się Duda, a premier Szydło. Więc czemu on to robi? Czemu on się aż tak napina. Bo go bardzo zasmucił fakt, że jego tytuł profesorski nie zrobił w świecie odpowiedniego wrażenia? Pewnie tak, no ale ja właśnie o tym piszę. O obłędzie.
I pomyśleć tylko, że wszystko się zaczęło tak naprawdę od pierwszego expose Donalda Tuska, w którym ten cwaniak przez trzy godziny gadał o miłości, a specjalista od politycznego wizerunku Eryk Mistewicz powiedział, że oto nadchodzą czasy postpolityki, czyli tak zwanej „story”, dzięki której społeczeństwa uda się zmienić w stado baranów i wreszcie zapanuje porządek. Karolina Lewicka, dziennikarka TVP Info chciała koniecznie wydusić od ministra Glińskiego wyznanie, czemu on nie chciał dopuścić do tego, by pornografia weszła do przestrzeni publicznej. Ile razy on jej próbował to wyjaśnić, wyskakiwała na niego z mordą i informowała, że jeśli mu się podoba, niech spieprza. Posłuchaj więc, moje drogie dziecko. Znalazłaś sobie bardzo złe wzory. W ten sposób, jedyne co osiągniesz, to … co ja zresztą będę mówił. Sama zobaczysz już w ciągu najbliższych tygodni, a odpowiednimi refleksjami wymienisz się ewentualnie z prof. Zollem.

Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie www.coryllus.pl. Tam nie ma nic, czego ktoś kto lubi czytać książki by nie potrzebował.

niedziela, 22 listopada 2015

Czy prezydent Hollande mógłby zostać szatniarzem u Macierewicza?

Przedstawiam swój najświeższy felieton dla „Warszawskiej Gazety”.

Pamiętam, zbliżał się pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w Islandii dymił wulkan, kolejni europejscy przywódcy odwoływali przyjazd do Krakowa, no i w końcu do owego wybitnego grona osób, które – ku zimnej satysfakcji wielu – postanowiły ograniczyć swój udział do krótkiej noty kondolencyjnej, dołączył również prezydent Sarkozy. Żona moja wówczas wypowiedziała słowa, które pamiętam do dziś: „No i dobrze. Tego jeszcze brakuje, by on i ta cizia mieli profanować tę uroczystość”. Gdyby ktoś nie pamiętał, chodziło o ówczesną kochankę prezydenta Francji… a może akurat żonę? Obojętne.
Parę dni temu, przy okazji żałoby związanej z terrorystycznym atakiem na Paryż i śmiercią być może setek osób, lubiany przez mnie red. Rymanowski wyraził opinię, że może nadszedł czas, byśmy zaczęli się martwić swego rodzaju kryzysem przywództwa w Europie, w tym sensie, że osoby, które dziś rządzą tą częścią świata, to durnie. Oczywiście, Rymanowski słowa „durnie” nie użył, natomiast ja, owszem, tak dokładnie zrozumiałem wyrażoną przez niego troskę. Moim zdaniem, bowiem, to co obserwujemy od kilkanastu lat, gdy chodzi o przywództwo właśnie, to upadek tak straszny, że czasem można odnieść wrażenie, że nawet taki Donald Tusk, jako tak zwany Przewodniczący Rady Europejskiej, na owym przysłowiowym bezrybiu może spokojnie zadawać szyku jako poważny, dobrze odżywiony rak. I nie chodzi o to, że politycy formatu Margaret Thatcher, czy Helmuta Kohla to melodia przeszłości, bo oni tak naprawdę też stanowili swego czasu dość wyraźny wyjątek, ale o to, że dzisiejsi premierzy, prezydenci i szefowie różnych europejskich instytucji, to banda zepsutych idiotów na poziomie przysłowiowego Dyzmy. Przepraszam bardzo, ale, nawet jeśli pominiemy wspomnianego wcześniej Tuska, który z nich tak naprawdę zasługuje na choćby najbardziej podstawowy szacunek? Juncker, Schultz, a może jakiś Cohn-Bendit? Przecież nie oszukujmy się; jeśli się oderwiemy od bieżącej propagandy, każdy z nich choćby przy takim Leszku Millerze jest kompletnym zerem. Jeśli przyjrzymy się nim w oderwaniu od tego niszczącego nas medialnego przekazu, to zobaczymy, że to są ludzie na poziomie ulicy.
Minione dni przyniosły nam wypowiedź prezydenta Francji Hollande’a, że te ponad 130 zabitych w paryskich atakach, to nie jest robota arabskich muzułmanów, lecz obywateli Francji, i że to jak najbardziej Francuzi Francuzom zgotowali ów los. A ja sobie myślę, mam w nosie, w jaki sposób Francuzi reagują na te słowa. W ogóle, szczerze powiedziawszy, Francuzi, jeśli idzie o nadzieje, jakie ja wiążę z kierunkiem, w jakim się rozwija mój świat, nie są moim problemem od wielu już lat. Natomiast, owszem, słysząc powyższe refleksje prezydenta Francji, myślę sobie, że to jest prawdziwe szczęście, że w tym zidiociałym świecie udało nam się zachować takie postaci, jak Andrzej Duda, czy Jarosław Kaczyński. Że mamy premier Beatę Szydło, ministra Macierewicza, Kamińskiego, Ziobrę i że w ogóle udało się nam zachować ten skrawek ziemi. Tej ziemi.

Na sam koniec, jako prezent dla nas wszystkich, wystąpienie naszego prof. Ryszarda Legutki w europarlamencie.



Przypominam, że w najbliższy czwartek w Warszawie rozpoczynają się Targi Książki Historycznej. Informacja, gdzie nas będzie można szukać dokładnie jeszcze się pojawi, natomiast już dziś zapowiadam, że ja będę na miejscu w sobotę i w niedzielę. Książki są oczywiście zawsze do kupienia na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 21 listopada 2015

Czy sędziom Trybunału byłoby do twarzy w perukach?

Skoro od paru dni jedynym praktycznie tematem jest zamach rządu Prawa i Sprawiedliwości pod patronatem prezydenta Andrzeja Dudy na tak zwaną „niezależność i odrębność” Trybunału Konstytucyjnego, nie widzę sposobu, by się do sprawy jakoś nie odnieść. Tym razem jednak nie będę się silił na jakiekolwiek komentarze, ale przedstawię gołe fakty. Otóż Trybunał Konstytucyjny w Polsce to 15 sędziów, a jeśli uwzględnimy naszą dziś dość szczególną sytuację polityczną – sędziów 17. Wszyscy oni, jak przystało na „niezależne i odrębne” jednostki, zostali wydelegowani do swoich zadań przez partie polityczne i aktualnie tworzą następującą drużynę:

1. Zbigniew Cieślak – Prawo i Sprawiedliwość
2. Teresa Liszcz – Prawo i Sprawiedliwość
3. Mirosław Granat – Samoobrona/LPR
4. Andrzej Rzepliński – Platforma Obywatelska
5. Stanisław Biernat – Platforma Obywatelska
6. Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz – Platforma Obywatelska
7. Stanisław Rymar – Platforma Obywatelska
8. Piotr Tuleja – Platforma Obywatelska
9. Marek Zubik – Polskie Stronnictwo Ludowe
10. Małgorzata Pyziak-Szafnicka – Platforma Obywatelska
11. Andrzej wróbel – PSL/SLD
12. Leon Kieres – PSL/SLD/PO
13. Roman Hauser – PSL/SLD/PO
14. Krzysztof Ślebzak – PSL/SLD/PO
15. Andrzej Jakubecki – PSL/SLD/PO
16. Bronisław Sitek – PSL
17. Andrzej Sokala – SLD

Ponieważ dwóch pierwszych sędziów z tej listy za parę dni kończy swoją służbę, otrzymujemy to, co otrzymujemy, a mianowicie Trybunał Konstytucyjny złożony z 15 wybitnych sędziów, którzy, cokolwiek by o nich nie mówić, mają jedną cechę wspólną, a mianowicie szczerze nienawidzą Jarosława Kaczyńskiego i wszystkiego, co się z nim kojarzy. Najpierw, jeszcze w maju, naród wybrał Andrzeja Dudę prezydentem, następnie, parę tygodni temu, Prawo i Sprawiedliwość, w sposób bezwzględny, wygrało wybory parlamentarne, tymczasem Trybunał Konstytucyjny składa się niemal wyłącznie z osób, które do obecnej władzy czują jedynie obrzydzenie i życzą jej wszystkiego najgorszego, a jakby tego było mało, za parę dni dwóch ostatnich członków Trybunału, choćby teoretycznie związanych z obecnym rządem, kończy swoją kadencję, a na ich miejsce wchodzą kolejni nominaci Platformy Obywatelskiej, SLD i PSL-u.
Tak się ma sytuacja? Otóż nie. Dzięki determinacji rządu i prezydenta owa katastrofa nam nie grozi. Dzięki politycznym zdolnościom Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi, Polska ma szansę zachować odpowiedni kulturowy i cywilizacyjny wymiar. Oczywiście Zły jak zwykle warczy, do tego jednak zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Damy radę. A kiedy już wpadniemy w naprawdę dobry nastrój, wprowadzimy rozporządzenie, by sędziowie musieli nosić peruki, wtedy oni będą wyglądać jak z Monty Pythona, a tytuł profesora nabierze wreszcie odpowiedniego kolorytu.

Książki, przypominam, można zamawiać wyłącznie przez internet na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 20 listopada 2015

Kiedy Polska zacznie przyjmować uchodźców z Francji?

Determinacja oraz bezwzględność, z jaką rząd Prawa i Sprawiedliwości rozpoczął swoją misję, zrobiły wrażenie, jak się zdaje, nie tylko na mnie. To, co mamy okazję obserwować od pierwszej chwili, gdy rząd Beaty Szydło otrzymał wsparcie Parlamentu, stanowi pokaz siły, z jakim chyba nie mieliśmy oglądać od czerwca roku 1992, z tym, że o ile wówczas można było się spodziewać, że owa hucpa musi się kiedyś skończyć, dziś, jak wszystko na to wskazuje, przed Jarosławem Kaczyńskim i jego projektem świat stoi otworem. Z tego, co możemy zaobserwować, wynika, że – z powodów, o których wspomnę nieco później – tego, co przed nami, powstrzymać nie jest już w stanie nikt. I bardzo proszę, niech mi nikt nie mówi o „Gazecie Wyborczej”, o telewizji TVN24, czy o zapowiadanej bardzo silnej opozycji ze strony ugrupowania Ryszarda Petru i Platformy Obywatelskiej. To co tak wyraźnie widzimy, a więc przejmowanie państwa ze skutecznością dotychczas niespotykaną, to przede wszystkim coś, co musiało zostać autoryzowane na poziomie znacznie wyższym, niż ten, którego jest w stanie sięgnąć Donald Tusk, że już nie wspomnę o przewodniczącym Neumannie, no a poza tym, nie żartujmy – kogo obchodzi polityka, skoro i tak wszyscy spędzają czas w miejscowej galerii?
A zatem, wygląda na to, że tym razem uda się sprawy doprowadzić do końca, i to paradoksalnie dzięki tytanicznej wręcz pracy wykonanej przez ustępującą ekipę, która pokazała, że można naprawdę wszystko. A ja mam już tylko jedna refleksję. Jakież to okropne, że Paweł Kukiz ze swoimi ludźmi nie zorientowali się w sytuacji i w najbardziej kluczowym momencie postanowili głosować przeciwko rządowi. Ja jestem w stanie zrozumieć, że w 2005 roku biedny Andrzej Lepper się tak fatalnie pomylił, i że Roman Giertych ze swoimi chłopakami uznali, że to ich czas właśnie nadszedł. W końcu wtedy faktycznie wszystko się dopiero zaczynało. No ale dziś, kiedy wszystko jest takie przejrzyste? Co za wstyd!
Wczoraj na portalu wpolityce.pl ukazała się analiza zatytułowana „Ostre posunięcia na otwarcie kadencji pokazują, że zmiana będzie realna. Choć styl pozostawia nieco do życzenia”. Okazuje się, że „naszym” nie odpowiada styl. Jest władza, są decyzję, tylko czy nie byłoby lepiej, gdyby – rozumiem, że ze względu na opinię tak zwanej „władzy prawdziwej” – udało się zachować styl. Posłuchajcie więc, moi mili państwo: zarówno styl jak i treść mieliśmy przez minione osiem lat, z każdym miesiącem coraz bardziej, do tego stopnia, że dziś wszyscy zarówno jedno jak i drugie maję w dupie. Na starej i bardzo prostej zasadzie, że wszystko już było. Cokolwiek więc zrobią dziś Macierewicz z Ziobrą i Błaszczakiem na dokładkę, z błogosławieństwem pani premier Szydło, oraz oczywiście z upoważnienia pana prezesa Kaczyńskiego, może najwyżej zostać skrytykowane przez byłego premiera Marcinkiewicza w telewizyjnym programie Moniki Olejnik, i to też jedynie przez najbliższe tygodnie. I to wszystko. Jak już to zostało powiedziane, najistotniejsze decyzje zostały podjęte na szczeblu na tyle wysokim, że na jego widok, my tu, blogerzy Salonu24, nieskromnie zasłaniamy oczy.

Tyle dobrego, że książki są na miejscu. Przypominam i polecam: www.coryllus.pl.

czwartek, 19 listopada 2015

Jeśli nie chcesz widzieć tej treści, przejdź na stronę salon24.pl

Od czasu gdy zarówno mój blog, jak i blog Coryllusa, zostały przez administrację Salonu24 ukryte w taki sposób, że ktokolwiek będzie miał ochotę sobie poczytać nasze codzienne refleksje – zgodnie z radą, jakiej któryś z administratorów udzielił jednemu z czytelników – niech wypieprza i korzysta z naszych prywatnych blogów, albo najpierw zdejmie specjalną blokadę, przez właścicieli portalu założoną przeciwko treściom pornograficznym, a i potem, zapoznając się z tym, co mamy do powiedzenia, mieć na naczelnym miejscu wywieszone ostrzeżenie: „Widzisz ten tekst, ponieważ odblokowałeś filtr na stronie głównej Salon24.pl. Jeśli nie chcesz widzieć takich treści, zmień ustawienia filtra”, do głowy przychodzą najróżniejsze wspomnienia, a wraz z nimi odpowiednie myśli.
Otóż ja pamiętam, jak we wspomnianym Salonie24 przez parę dobrych lat, dzień w dzień, udzielał się internauta o imieniu Pantryjota, dla którego jedynym sensem blogowania, poza zwykłym szydzeniem z Kościoła i wartości, było nieustanne i najbardziej brutalne obrażanie mnie i Coryllusa właśnie. Pantryjota to był człowiek, którego niechęć do Coryllusa i do mnie była tak obsesyjna i tak wielka, że on w pewnym momencie założył nawet specjalną stronę, która w samym swoim tytule – Golonka i Goryllus – zawierała oczywiste szyderstwo. Kiedy zarówno blog, jak i owa dodatkowa strona Pantryjocie nie wystarczyły, zaczął on po kolei otwierać kolejne konta a wraz z nimi nowe blogi, również z jednym i wyłącznym zamiarem – obrażania Goryllusa i Golonki. W pewnym momencie doszło do tego, że on obsługiwał 5 (słownie pięć) kont, z jednym przeznaczeniem – dręczenia mnie i Coryllusa oraz naszych rodzin.
Owa agresja któregoś dnia osiągnęła taki poziom, że zgłosiłem zachowanie Pantryjoty do Administracji, jednak bez jakiegokolwiek odzewu. Ponawiałem swoją skargę raz zarazem i wreszcie otrzymałem odpowiedź, że Administracja nie widzi powodu do interwencji. Miesiące i lata mijały, Pantryjota działał dalej, wciąż w kolejnych odsłonach i wciąż z jednym jedynym zamiarem obrażania Coryllusa, mnie i naszych rodzin, ja wciąż składałem skargi do Administracji – bez efektu. Ponieważ pomyślałem sobie, że może Coryllus i ja dla administracji Salonu24 nie stanowimy wartości godnej uwagi, przestałem słać skargi, z jednym wyjątkiem. Któregoś dnia ów Pantryjota zamieścił na swoim blogu tekst, w którym opisał zmarłego w Smoleńsku Przemysława Gosiewskiego, jak próbuje skorzystać z dworcowego pisuaru, ale ponieważ ze względu na swoje fizyczne ograniczenia, nie potrafi tego zrobić, budzi wyłącznie śmiech i szyderstwo. Administracja na moja skargę nie zareagowała, a tekst Pantryjoty o sikającym ś.p. Przemysławie Gosiewskim pozostał nienaruszony. Wreszcie któryś z administratorów zareagował, udało się ukryć jedno z tych kont, po pewnym czasie kolejne, no i w końcu – tu już nie wiem, do jakiego stopnia było to zasługą Administracji, a do jakiego wynikiem gestu samego zainteresowanego – wszystkie kolejne blogi Pantryjoty zostały zamknięte.
A więc sukces po latach, tak? Przepraszam bardzo, ale w obliczu tego, do czego doszło w tych dniach, a więc skutecznego, bez jednego słowa ostrzeżenia, bez choćby próby wyjaśnienia, ukrycia blogów mojego i Coryllusa, mam bardzo mocne podejrzenie, że mamy do czynienia z czymś, co zasługuje na słowa najwyższej pogardy. Szkoda tylko, że ten rodzaj wstydu musimy przeżywać wraz z powrotem do władzy Prawa i Sprawiedliwości.

Przypominam, że wszystkie moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Gorąco polecam.

środa, 18 listopada 2015

Czy Salon24 S.A. płaci podatki na Białorusi?

Jestem niemal w stu procentach pewien, że był już taki czas, gdy administracja Salonu24 poczuła się z tak mocno, że zaczęła jeszcze bardziej arbitralnie niż zwykle korzystać z czegoś, co nosi nazwę „Regulaminu”. Czy to miało miejsce prze okazji zwycięstwa Platformy Obywatelskiej w wyborach roku 2011, czy może stanowiło reakcję na jakiś inny polityczny kryzys, dziś już nie pamiętam, ale wiem, że problem nie jest nowy i że ma on za każdym razem tę samą twarz – a mianowicie twarz cenzora, który może wszystko i zawsze, a odpowiada wyłącznie przed swoim dobrym lub złym samopoczuciem.
Pamiętam też, że zawsze, ile razu dochodziło do owego przesilenia, zarówno właściciele Salonu24, jak i część piszących, używali na swoją obronę argumentu odwołującego się do faktu, że Salon24 to interes prywatny, a więc ci co nim zarządzają mogą robić co chcą, o ile tylko to co robią podoba się ich sponsorom. No i na to ja od zawsze mam do nich jedno tylko słowo, które już tu parę razy wypowiedziałem, ale dziś, gdy Prawo i Sprawiedliwość przejmuje w Polsce władzę, a Igor Janke z żoną i kumplami czują się mocno jak nigdy. Będzie krótko i bardzo proszę się skupić.
Wyobraźmy sobie mianowicie, że ja u siebie w Katowicach zarejestruję i otworzę jakikolwiek punkt usługowy i pierwsze co zrobię, to w głównym miejscu lokalu zawieszę pięknie oprawioną w ramkę tabliczkę z napisem „Regulamin”, a niżej choćby tylko dwa punkty:
Salon Dobrych Usług S.A. ma prawo, według własnego uznania odmówić całkowicie lub czasowo obsługiwania osób, które:
- łamią zasady obowiązujące na terenie Salonu, a ustalone przez jego właściciela, lub zachowują się niezgodnie z zasadami współżycia społecznego.
- działają na szkodę Salonu Dobrych Usług, lub Salonu Dobrych Usług S.A., w szczególności poprzez narażanie na szwank dobrego imienia Salonu Dobrych Usług
”.
Otóż ja jestem absolutnie pewien, że w momencie gdy organ wydający zezwolenia na różnego rodzaju działalność usługową dowie się, że ja tam powiesiłem coś takiego, w jednej chwili każe mi ową aktywność zawiesić i pozwoli mi ją wznowić dopiero po tym, jak ściągnę ze ściany ten idiotyczny tekst. A jeśli ja jakimś cudem będę dalej działał wedle oryginalnego planu i zacznę z mojego lokalu wyrzucać osoby, które moim zdaniem „łamią zasady i działają na szkodę”, bo moim zdaniem wyglądają i zachowują się głupio, a choć jedna z tych osób się na ową dyskryminację poskarży, to przyjdzie policja i mnie z mojego prywatnego jak najbardziej interesu wyprowadzi. Dlaczego? Dlatego, że ja grubych, głupich, ateistów, komunistów, lemingów, ludzi zarówno brzydkich i przystojniejszych od siebie mogę wyrzucać wyłącznie ze swojego domu, albo z mojego bloga, natomiast nie z miejsca, które funkcjonuje na zasadzie oferty publicznej.
Ileś lat temu Igor Janke zebrał odpowiednie pieniądze, uruchomił internetowy biznes pod nazwą Salon24 i zaprosił nas, byśmy tu prowadzili swoje blogi. Wyszło jak wyszło, ale przyznać trzeba, że mamy ten Salon i on wcale nie najgorzej funkcjonuje. Ludzie tu przychodzą, czytają, piszą, komentują, a Igor Janke jakoś z tego żyje. Krótko mówiąc, on świadczy publicznie usługi, a my z tych usług korzystamy, siłą rzeczy pomagając mu ów interes rozwijać. I oto nagle, któregoś dnia on ogłasza: „Goryllus i Golonka obsługiwani będą wyłącznie na stojąco i w kącie”. Bardzo to szczególne zachowanie. Zwłaszcza w tak zwanej Europie.
Ja wiem, że to, iż którykolwiek z nich coś z tego zrozumie są marne. W tej sytuacji zatem trzeba będzie chyba im konsekwencje tego typu zachowań wyjaśnić w sposób bardziej praktyczny.

Książki jak zawsze są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl . Zapraszam gorąco. Również osoby łamiące regulamin Salonu24 S.A.

wtorek, 17 listopada 2015

Czy alexa.com ma swoje serwery w Konstancinie?

O istnieniu portalu o nazwie alexa.com dowiedziałem się absolutnym przypadkiem. Któregoś dnia jeden z komentatorów bloga prowadzonego przez Coryllusa poinformował nas, że ów portal, zajmujący się globalnie i, jak się wydaje, bardzo profesjonalnie, badaniem popularności przeróżnych stron internetowych, donosi, że gdy chodzi o salon24.pl, ten jedną czwartą rejestrowanych odsłon zawdzięcza blogowi prowadzonemu przez Coryllusa właśnie i przez mnie. Od tego czasu raz na jakiś czas zaglądałem tam, by sprawdzić, jak się nam wiedzie i w pewnym momencie sytuacja zrobiła się tak optymistyczna, że wedle informacji podawanych przez ową Aleksę, ja i Gabriel odpowiadaliśmy za jedną trzecią rejestrowanych przez Salon24 odsłon. Konkretnie było tak, że około 40% odwiedzających Salon24 internautów wchodziło tam z bezpośredniego adresu salon24.pl, około 20% przez blog Coryllusa i jakieś 15 procent przez blog mój. Czwarte i piąte miejsce, dużo już niżej, zajmowali blogerzy znacznie mniej popularni, choć, owszem, rozpoznawalni.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że od pewnego czasu na stronie alexa.com można zauważyć pewne zamieszanie, przejawiające się z jednej strony w gwałtownym spadku wyniku Coryllusa i mojego, a na miejsce czwarte i piąte awans dwóch blogów kompletnie nieznanych i nieważnych, w tym jednego z ostatnią notką zamieszczoną w maju, a drugiego, dosłownie bez żadnej notki. Po pewnym czasie, Coryllus musiał ustąpić swoje drugie miejsce na rzecz wcześniej nieobecnego adresu newsroom.salon24.pl, by ostatecznie wylądować na miejscu piątym, za blogiem o adresie rosemann.salon24.pl.
Obecnie sytuacja jest taka, że niemal dwie trzecie odsłon Salon24 generuje samodzielnie, natomiast na dalszych miejscach, z jednocyfrowym wynikiem, znajdują się kolejno blogi Osiejuka, Rosemanna i Coryllusa.
Ktoś się spyta, po jasną cholerę ja się w ogóle zajmuję czymś tak nieistotnym? Czy chodzi może o to, że ja się zdenerwowałem rzekomym spadkiem popularności naszych blogów? A więc w żadnym wypadku. Nasz sukces tak naprawdę zależy w bardzo nikłym stopniu od tego, które miejsce zajmujemy w rankingu alexa.com. Wręcz odwrotnie – to raczej sukces Salonu24 jest pochodną sukcesu odnoszonego przez prowadzone przez Lucynę Maciejewską wydawnictwo i sprzedaż książek, które Coryllus i ja wydajemy. A więc doniesienia Aleksy o wiele bardziej niż o naszej sytuacji mówią nam o sytuacji, w jakiej się znalazł sam Salon24. Otóż moim zdaniem, ostatnio publikowane przez portal alexa.com dane dotyczące Salonu24 stanowią wynik oczywistego oszustwa przeprowadzonego w sposób oczywisty przez sam Salon24. Wydaje się zupełnie jasne, że w sobie tylko znany sposób właściciele portalu dokonali manipulacji w rejestratorze odsłon, w taki sposób, by skutecznie ukryć fakt, że oni faktycznie bazują na dwóch blogach, w dodatku blogach autentycznie i szczerze przez siebie znienawidzonych.
Skąd ja mam aż taką pewność, że to, z czym mamy do czynienia, to wynik manipulacji? Otóż mam tu dwa argumenty. Przede wszystkim, ja doskonale sobie zdaję sprawę z tego, jak popularność zarówno mojego, jak i bloga Coryllusa, nie spada, lecz wręcz odwrotnie – rośnie. Kiedy widzę rosnącą liczbę komentarzy, w tym komentarzy ze strony czytelników zupełnie nowych, ale również zwiększającą się systematycznie liczbę odsłon, obserwuję też sprzedaż naszych książek, nie widzę jakiejkolwiek logiki w sugestii, że równocześnie z tym wzrostem, występuje aż tak dramatyczny spadek w rankingu Aleksy. Druga kwestia jest jeszcze bardziej przekonująca. Otóż nie ma takiej możliwości, żeby blog Coryllusa spadł tak dramatycznie, by go wyprzedził nie tylko Rosemann, ale nawet ktoś taki jak Osiejuk. Ja oczywiście jestem osobą wybitnie zarozumiałą i przekonaną o swoich talentach, do tego stopnia, że jestem gotów nawet twierdzić, że od Coryllusa jest pisarzem wybitniejszym, natomiast wiem też, że nie ma takiej możliwości, by mój blog nagle stał się popularniejszy od bloga Coryllusa. To jest zdarzenie wbrew nie tylko podstawowemu doświadczeniu, ale przede wszystkim wbrew prostej fizyce. Jeśli więc nagle ukazuje się ranking, wskazujący na to, że blog Coryllusa jest mniej popularny nawet nie od bloga Rosemanna, ale od bloga Osiejuka, my nawet nie musimy sprawdzać licznika, by wiedzieć, że mamy do czynienia z jakimś absurdalnym przekrętem.
I pewnie owym oszustwem bym się w ogóle nie przejął, gdyby nie to, co się stało parę dni temu, a mam tu na myśli ukrycie przez Administrację w całości bloga Coryllusa, absolutnie, bezdyskusyjnie i w sposób zupełnie oczywisty, pierwszego bloga w Salonie24. Ja patrzę na to, jak oni zaatakowali wolną myśl i widzę ich – ludzi dokładnie tych samych – jak siedzą przy tych serwerach i nieustannie i z obłędnym zapałem coś tam grzebią, tylko po to, by zniszczyć projekt, którego nienawidzą… i nagle wszystko mi się zaczyna układać w całość.
Przepraszam Cię, Stary, ale ja marnie to widzę. Nie zdziwię się, jak nie minie parę tygodni, a oni Twoje konto, a z nim Twój blog, stąd zwyczajnie usuną pod pretekstem konieczności obrony demokracji. Wtedy ja oczywiście się stąd też wyniosę i wreszcie Rosemann zostanie prawdziwą gwiazdą, a oni w rankingu alexa.com spadną z miejsca 525 na 916.

Wszystkich czytelników zapraszam do odwiedzania strony www.coryllus.pl, gdzie znajduje się również nasza księgarnia, w której można kupować wszystkie nasze książki.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Nowy rząd, czyli bez przebaczenia

Zupełnie niespodziewanie, dzięki nowej polityce Salonu24, znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie właściwie ja na tym blogu mam już tylko jeden temat, jednak minął weekend, jutro muszę napisać kolejny tekst dla pana Piotra Bachurskiego, a okazuje się, że w tym zamieszaniu zgubił nam się felieton z minionego piątku. A zatem, zapraszam do refleksji na temat rządu pani Beaty Szydło, a do Salonu24 wrócimy jutro.

Jeszcze chwilę temu, kiedy dla normalnie myślącego obserwatora było czymś absolutnie oczywistym, że to właśnie Beata Szydło będzie premierem nowego rządu Prawa i Sprawiedliwości – celowo nie używam nazwy Zjednoczonej Prawicy, bo, owszem, uważam się za człowieka normalnie myślącego – natomiast wokół toczyła się zażarta debata, czy jednak przypadkiem w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński nie ogłosi, że z tą Szydło to był taki pijar, natomiast premierem oczywiście będzie on, głos zabrał niczym, nomen omen, diabeł z pudełka sam Jan Maria Rokita i twierdząc, że oczywiście najlepiej byłoby, gdyby to Kaczyński został premierem, zasugerował, że ten faktycznie bardzo by tym premierem chciał być, ale się fatalnie przestraszył reżimowej propagandy i uwierzył w swój smutny los kingmakera.
Jak mówię, ja od początku wiedziałem, że Szydło stanowi propozycję zarówno poważną, jak i ostateczną, i to wcale nie dlatego, że jestem taki naiwny, ale przez to, że wielokrotnie już wiele lat temu słuchałem deklaracji Prezesa, gdzie on podkreślał, że gdyby mógł tylko wybierać, nigdy nie aspirowałby ani do bycia premierem, ani prezydentem, ani ministrem, ani marszałkiem Sejmu, a zaledwie do ewentualnie skromnej funkcji posła, a przede wszystkim szefa zwycięskiej partii. Właśnie tak: z tego co zdążyłem usłyszeć z jego ust, wynikało, że jego marzenia nigdy nie sięgały wyżej – a może i niżej – niż do stanowiska szefa partii, która będzie tworzyć rząd.
No i na to przychodzi główny niezależny analityk polityczny Kraju, Jan Maria Rokita i ogłasza, że Jarosław Kaczyński stchórzył wobec propagandy reżimu. Bo on oczywiście premierem zostałby bardzo chętnie, ale boi się, co powie System. A my dziś dostajemy ostateczną informację o składzie nowego rządu i okazuje się, że ministrem obrony będzie Antoni Macierewicz, szefem służb Mariusz Kamiński, ministrem sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, a na dodatek powszechnie znienawidzony i wyszydzany Witold Waszczykowski szefem MSZ. Przepraszam bardzo, ale w jaki to sposób owe nominacje mają świadczyć o tym, że Jarosław Kaczyński się boi? Jak nominacje te mogą w jakikolwiek sposób wzbudzać nasze wątpliwości co do tego, czy nowy rząd będzie faktycznie rządem zmiany? Jakie one nam dają prawo by kwestionować – jak to robią z zaangażowaniem godnym, w ich szczególnie wypadku, znacznie lepszej sprawy tak zwani „nasi” – pomysł powołania na stanowisko „gospodarczego” wicepremiera w nowym rządzie dotychczasowego prezesa banku BZWBK, Mateusza Morawieckiego? Czy ja może mam sprawy rozumieć w ten sposób, że Jarosław Kaczyński, aby zasłużyć sobie na dobre słowo Systemu, najpierw sam zrezygnował z kandydowania, potem wziął do rządu sprzedajnego bankstera, a następnie nagle zrobił się strasznie odważny i narażając się na publiczny, wielomiesięczny, niekończący się, lincz, awansował Macierewicza, Kamińskiego i Ziobrę, bo on ma coś z głową?
Otóż nic z tego. O ile można się już jakoś orientować, będzie ostro. A durnie albo się zamkną sami, albo my ich zamkniemy.

Nasze książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam bardzo serdecznie.

niedziela, 15 listopada 2015

George Soros, człowiek, który obrabował Bank of England

Książka o 39 wyprawach na dziewiąty krąg już się ukazała, jednak nie zmienia to faktu, że kolejne teksty do „Gazety Finansowej” ukazują się dalej tak samo regularnie, jak miało to miejsce wcześniej. Ponieważ jednak jest raczej pewne, że kolejny tom owych refleksji się nie ukaże, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi, gdy od czasu do czasu opublikuję tu wybrane portrety tych szczególnych ludzi w ich drodze po kolejnych kręgach piekła. Proszę bardzo, oto sam mistrz Soros.


Kiedy przestudiujemy publikowaną przez magazyn „Forbes” listę najbogatszych ludzi na świecie i ich rodzin, znajdziemy tam zaledwie czterech Polaków, i to zdecydowanie na dalszych miejscach, niż te, które są zajmowane przez owych prawdziwych właścicieli tego świata. Zmarły niedawno Jan Kulczyk, Zygmunt Solorz, Michał Sołowow, Leszek Czarnecki, Dariusz Miłek, no i warto przy tym podkreślić, że z całej tej piątki jedynie Kulczyk, przynajmniej do czasu gdy niespodziewanie nam zmarł, przez ostatnie lata wykazywał jakiś tam wzrost. Reszta, na czele z Czarneckim, leci na łeb na szyję i nic nie wskazuje, by coś się tu miało zmienić.
A więc, mimo że jako kraj i naród, mamy naprawdę wiele powodów, by się chwalić naszymi osiągnięciami, to jednak gdy chodzi o ludzi, którzy ciężką pracą dorobili się pozycji globalnej, nie bardzo jest nawet o czym rozmawiać. I oto nagle, jeśli dobrze poszukać, okazuje się, że jest w tym wszystkim ktoś, kto wprawdzie nie jest Polakiem, a zaledwie Węgrem, wedle wszelkich danych Polsce życzy jak najgorzej, przez ostatnie lata zrobił naprawdę wiele, by nasz kraj sprowadzić do pozycji klienta wielkich mocarstw, a nas samych zubożyć w stopniu niewybaczalnym, dla którego jednak Polska z całą pewnością jest wciąż terenem bardzo szczególnej aktywności. A przez to jest niewykluczone, że choć nie jest on obywatelem naszego kraju, gdyby się mocno postarać, kiedy dojdzie co do czego, można by było go sądzić właśnie tu. A mowa o człowieku nazwiskiem George Soros, jednym z trzydziestu najbogatszych ludzi na świecie.
O jakiego rodzaju „zasługach” Sorosa dla Polski mówimy? Otóż kiedy w czerwcu 1989 roku doszło do częściowo wolnych wyborów, władzę w kraju objęła koalicja tak zwanej Solidarności oraz nawróconych na liberalizm komunistów, ministrem finansów został Leszek Balcerowicz i rozpoczęło się wdrażanie tak zwanego „planu Balcerowicza”, George Soros był już na miejscu. Wedle wielu opinii, które po latach coraz bardziej robią wrażenie gołych faktów, ów „plan Balecerowicza” to tak naprawdę nic innego, jak oryginalny plan George’a Sorosa, którego celem od początku było doprowadzenie do upadku polskiego przemysłu, ciężkiego rozwarstwienia społeczeństwa i znacznego poszerzenia sfery społecznego ubóstwa. Na czym ów plan polegał dokładnie, możemy tylko spekulować, natomiast jest rzeczą niewątpliwą, że filozofia, która jej autora niosła, sprowadzała się do starego stricte liberalnego przekonania, że jeśli z danego społeczeństwa uda się wygenerować drobną grupę bardzo silnych pod względem finansowym jednostek, to ta właśnie grupa będzie w stanie się zająć całością, a reszta społeczeństwa albo zdoła skorzystać z różnego rodzaju okazji i zostanie dokooptowana do projektu przynajmniej w charakterze elementu aspirującego, albo, że tak to brutalnie ujmę, zdechnie.
A to też przecież jeszcze nie wszystko. Oto, jak powszechnie wiadomo, George Soros to otwarty ateista, który przy różnych okazjach Boga nazywa absurdem, a więc, jak uczy oświadczenie, to również jeden z tych, którzy za swoje podstawowe zadanie uważają zniszczenie chrześcijaństwa, a dokładnie Rzymskiego Kościoła. I oto ten właśnie człowiek wydaje swoje prywatne pieniądze na specjalny przewodnik dla islamskich imigrantów, z mapami, kontaktami i wszelkimi informacjami, które mogą się okazać przydatne. I pewnie nawet byśmy dziś o tym nie rozmawiali, gdyby nie reporter brytyjskiego telewizyjnego kanału Sky News, który w pozostawionych przez przybyłych na grecką wyspę Lesbos ludzi śmieciach nie odkrył owego, napisanego w arabskim języku, przewodnika. Z informacji, do jakich doszło Sky News, wynikało, że to właśnie działacze organizacji o pięknej nazwie „Welcome To Europe”, której właścicielem jest nie kto inny jak wspomniany George Soros, rozdawali zupełnie za darmo owe przewodniki w Turcji. I wystarczy przyjrzeć się działalności owej organizacji, która nawet specjalnie się ze swoją historią nie chowa, by zobaczyć, że ich głównym celem jest właśnie przeprowadzenie każdego z tak zwanych „uchodźców” do dowolnego kraju Unii Europejskiej. Co wskazuje na to, że to z czym mamy do czynienia, to zaledwie znakomicie zorganizowana akcja przesiedleńcza.
A przecież to nie jest pierwszy przypadek, gdy ów szczególny człowiek zaangażował się w niszczenie cywilizacji, którą zwykliśmy nazywać „cywilizacją białego człowieka”. Znamy bardzo dobrze finansowany przez nikogo innego jak tylko Sorosa właśnie projekt, by tym razem w Stanach Zjednoczonych do roku 2016 naturalizować niemal 15 milionów emigrantów. Sam Soros zresztą nie próbuje nawet ukrywać, że jego celem na dziś jest stworzenie „nowej demokratycznej społeczności”, zarówno tu u nas w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych, w celu pozbawienia narodów poczucia tożsamości i odcięcia ich od korzeni, w tym wypadku przez zainstalowanie tu i tam kultury islamu, a tym samym zniszczenie chrześcijaństwa.
Przyjrzyjmy się więc bliżej temu dziwnemu Węgrowi. Urodził się jako György Schwartz 12 sierpnia 1930 roku w Budapeszcie w niepraktykującej rodzinie żydowskiej. Jego mama Erzsébet pochodziła z rodziny prowadzącej z dużym sukcesem sklep z jedwabiem, natomiast ojciec Tivadar był uznanym prawnikiem. W roku 1936 stary Schwartz, jako bardzo zaangażowany esperantysta – a kto wie, czy też nie miłośnik kabały – postanowił całej swojej rodzinie zmienić nazwisko na Soros, co poza oczywistym palindromem, w owym Esperanto tłumaczyło się jako “rozkwitnę”.
Po zakończeniu wojny, kiedy Węgry wyszły spod niemieckiej okupacji, by wpaść pod okupację sowiecką, w roku 1947 George Soros wyjechał do Anglii, gdzie jako bardzo ubogi student zapisał się na studia w słynnej London School of Economics. Tam studiował pod kierunkiem samego Karla Poppera, a potem wszystko już potoczyło się tak jak to zwykle się w tego typu sytuacjach dzieje, włącznie z najsłynniejszym chyba wydarzeniem w biznesowej karierze Sorosa, kiedy to w pamiętną Czarną Środę 1992 roku, dzięki przeprowadzeniu krótkiej sprzedaży funtów o wartości 10 miliardów dolarów, w ciągu jednego dnia George Soros zarobił okrągły jeden miliard dolarów, uzyskując w ten sposób dożywotni tytuł „Człowieka, który obrabował Bank of England”.
Nie będziemy się jednak zajmować tym akurat aspektem kariery Sorosa, podobnie jak też nie widzimy najmniejszego sensu, by analizować, w jaki sposób tak zwana „dobroczynna działalność” owego niezwykłego filantropa doprowadziła go do niemal trzydziestomiliardowego majątku, a to z tej prostej przyczyny, że czytelnicy „Gazety Finansowej” znakomicie wiedzą, jak się skutecznie organizuje tego typu przekręty. Wydaje się natomiast, że nie zaszkodzi przyjrzeć się rodzinnemu życiu bohatera naszej dzisiejszej historii. Być może ona lepiej nawet niż wszystkie anegdoty związane z jego karierą biznesową pokaże nam, z kim tu dziś mamy tak naprawdę do czynienia.
George Soros był żonaty trzykrotnie i dwukrotnie się rozwodził. W roku 1960 ożenił się z emigrantką z Niemiec, sierotą wojenną, o nazwisku Annaliese Witschak. Mimo że sama nie była Żydówką, i studiując samo nazwisko, można by było spoglądać raczej ku jej polskim korzeniom, została z otwartymi rękami przyjęta przez rodziców Sorosa, za co sama ostatecznie urodziła mu troje dzieci. Pierwsze z nich to syn, Robert Daniel, założyciel Centralnego Uniwersytetu Europejskiego w Budapeszcie, jak również całej sieci przeróżnych fundacji działających na rzecz poprawiania kondycji całego świata w Europie Środkowej. W roku 1992, podczas ceremonii w Nowym Jorku, prowadzonej przez rabina Dawida Posnera poślubił ów Robert Daniel niejaką Melissę Robin Schiff. Kolejne dziecko Sorosa, to córka Andrea Soros Colombel, założycielka i prezes tak zwanej Trace Foundation, zajmującej się promowaniem kulturowej tożsamości Tybetu. Andrea jest również założycielem i członkiem zarządu kolejnego – nie bójmy się tego słowa – geszeftu o nazwie Acumen Fund, walczącego z ubóstwem na świecie. Jest też żoną niejakiego Erica Colombela, który nie bardzo wiadomo, czym się zajmuje, ale z całą pewnością nie zajmuje się domem.
Kolejne dziecko Sorosa z pierwszego małżeństwa to Jonathan Tivadar, działacz społeczny i filantrop, współzałożyciel organizacji działającej pod nazwą „Friends of Democracy”, poświęcającą całą swoja energię na rzecz ograniczenia wpływu pieniądza w polityce. Właśnie tak. Ograniczenie wpływu pieniądza w polityce – to jest podstawowy cel „Friends of Democracy”.
W roku 1983 George Soros ożenił się z młodszą od siebie o 25 lat Susan Weber, z którą przeżył ponad 20 lat i z którą miał kolejne dzieci, tym razem synów Alexandra i Gregorego. Alexander zyskuje dziś powszechną sławę jako wybitny zawodowy filantrop i bojownik o sprawy, które – tu cytat – „nie są dziś przedmiotem powszechnej uwagi”. Jest on członkiem zarządu dwóch organizacji, jednej o nazwie „Jewish Funds for Justice”, co – nie mogę się powstrzymać, by tego nie przetłumaczyć – przekłada się na język polski jako „Żydowski Fundusz Sprawiedliwości”, oraz drugiej – „Global Witness”, czyli „Globalny Świadek”. Drugie natomiast dziecko pani Weber-Soros to Gregory James – skromny artysta, a my możemy jedynie przypuszczać, że to pierwszy z tej bandy, który zwyczajnie nie wytrzymał, oszalał i zaczął malować duże kolorowe obrazy.
W roku 2008 Soros poznał swoją obecną żonę, tym razem młodszą od siebie o całe 42 lata Japonkę, Tamiko Bolton, która prowadzi w Internecie sprzedaż witamin i suplementów diety. Jak możemy się domyślać, z sukcesem.
Starszy brat Sorosa, Paul, zanim zmarł w roku 2013, wybitny inwestor i oczywiście jak najbardziej filantrop, prowadził swego czasu kolejną fundację na rzecz „rozwoju młodych Amerykanów”. Jego żoną była Daisy Soros z domu Schlenger, podobnie jak jej mąż, żydowska emigrantka z Węgier, z którą oboje mieli dwóch synów, Petera i Jeffreya. Peter ożenił się z Florą Fraser, córką znanej brytyjskiej pisarki Lady Antonii Fraser, oraz równie znanego polityka Sir Hugh Frasera, ale przede wszystkim przyrodnią córką słynnego brytyjskiego autora Harolda Pintera. Czym się zajmowali na co dzień – nie wiadomo.
Powtórzmy to jeszcze raz. George Soros, człowiek, który jakieś 25 lat, a może i więcej, temu zawitał do Polski i zorganizował nam życie, reprezentuje historię tak bogatą i tak prawdziwie fascynującą, że moglibyśmy ją tu opisywać przez kolejne strony. Ale, jak już powiedzieliśmy, to nie ma sensu. Owa kariera bowiem jest na tyle typowa dla pewnego, ściśle określonego, rodzaju geszeftu, że każde dodatkowe słowo przyprawi nas o ziewanie. Oto bowiem człowiek, który ani nic nie stworzył, ani nie wymyślił, ani nie wyprodukował, ani wreszcie nic nie sprzedał. Oto człowiek, który postanowił, że zrobi interes na globalnej filantropii, a ów interes zostanie poprowadzony z takim rozmachem i w sposób tak bezczelnie bezwzględny, że jego rodzinę, ale również jego samego doprowadzi do miejsca, w którym będzie się mógł przedstawiać, jako jeden z najbardziej zamożnych ludzi na świecie.
Pomyślmy tylko. 30 miliardów dolarów w kieszeni jakiegoś węgierskiego emigranta i jego rodziny, którzy zajmują się wyłącznie uszczęśliwianiem świata. I to uszczęśliwianiem nie przez to, że mu ofiaruje sieć sklepów z eleganckimi ciuchami, czy wyjątkowo smaczną czekoladkę, czy wreszcie komórkowy telefon, który milionom użytkownikom na świecie pozwoli zabić czas w podróży. Nie. Tu mamy do czynienia z uszczęśliwianie tego typu, że jedyne co normalny człowiek jest w stanie z tego zauważyć, to nędzę i niekończącą się beznadzieję.
30 miliardów dolarów wyłącznie za to, że się sprzedało duszę diabłu. I to jest wynik nie byle jaki. I to jest powód dla którego dziś tu rozprawiamy na temat tej dziwnej rodziny. No bo przecież nie to, że jeszcze bardzo niedawno były prezydent Komorowski odznaczył Sorosa Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi.

Jak się okazuje, zapowiadane spotkanie w Opolu odbędzie się dopiero w styczniu przyszłego roku, o czym będę informował na bieżąco. Natomiast targi w Warszawie i we Wrocławiu są oczywiście jak najbardziej aktualne. Podobnie jak aktualna jest oferta księgarni Coryllusa, gdzie jest do nabycia wspomniane „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Szczerze zachęcam: http://coryllus.pl/?wpsc-product=39-wypraw-na-dziewiaty-krag

sobota, 14 listopada 2015

Salon napada!

Od czasu gdy administracja Salonu 24 usunęła mój tekst przestrzegający przed profanacją Najświętszego Sakramentu, jakiej usiłowali dokonać organizatorzy festiwalu Unsound w dwóch krakowskich kościołach, mam bardzo mocne przekonanie, że owa Administracja to jest z reguły jeden człowiek uzbrojony przez Igora Janke i jego żonę w prawo podejmowania całkowicie arbitralnych decyzji, w szczerym przekonaniu, że ponieważ owe decyzje tak naprawdę mają znaczenie wyłącznie dla osób bezpośrednio zainteresowanych, nikt nie musi się z niczego i przed nikim tłumaczyć. W końcu nie oszukujmy się. Wedle rankingu prowadzonego przez portal alexa.com, monitorujący aktywność portali internetowych od Wenezueli po Chiny, Salon24 w samej Polsce zajmuje dopiero pozycję 538, a to nam mówi tyle tylko, że to miejsce, które zarówno Coryllus, jak i ja zaszczycamy swoją obecnością, to jest czarna i głęboka nisza, którą nie tylko świat, ale nawet prowincjonalna Polska ma głęboko w nosie.
Skąd ja wiem, że decyzje administracji Salonu24 to decyzje jednego człowieka, odpowiadającego jedynie przed sobą i pozbawionego jakiejkolwiek kontroli z zewnątrz, którego nazwiska Igor Janke prawdopodobnie nawet nie pamięta? Otóż właśnie owa decyzja, by w odpowiedzi na jeden idiotyczny, pozbawiony jakiejkolwiek mocy prawnej, ale również elementarnej powagi, mail jakiegoś bałwana grożący Salonowi sprawą sądową, mój tekst usunąć kazała mi podejrzewać, że za tym nie stał jakikolwiek system, lecz jeden kompletnie pusty łeb jakiegoś durnia. Podejrzenie to jeszcze bardziej się umocniło, kiedy ten głupek zaczął do mnie słać prywatne maile, tłumacząc mi, że to, co on zrobił, wcale nie wynikało ze strachu przed konsekwencjami prawnymi, ale wynikało z czystego oburzenia faktem, że ja oskarżyłem bez żadnych podstaw Davida Tibeta, gorliwego chrześcijanina, o satanistyczne praktyki, co naruszyło dobre imię Salonu24. Tym bardziej utrzymało mnie w tym przekonaniu to, że ów – anonimowy oczywiście – administrator jednoznacznie i stanowczo zażądał ode mnie, bym pod żadnym pozorem, w jakiejkolwiek formie i w jakimkolwiek miejscu nie ujawniał treści jego maili. Czytałem bowiem kolejne przysyłane do mnie na mój prywatny adres mailowy wiadomości od tego dziwnego człowieka i nabierałem coraz większego przekonania, że za nimi nie może stać nic innego jak tylko jakieś prywatne szaleństwo i nieujawnione do końca kompleksy. A Igor Janke akurat pewnie siedzi w jakiejś warszawskiej knajpie, wpieprza z kumplami sushi i ma wszystko w nosie. Tak to właśnie moim zdaniem wygląda.
Nie pamiętam dokładnie, o której godzinie dzisiejsza notka Coryllusa została przez administrację Salonu24 usunięta, a jego blog zwinięty, natomiast wiem, że to miało miejsce praktycznie w jednej chwili po jej opublikowaniu. Biorąc więc pod uwagę szybkość reakcji, oraz niewątpliwą rangę tego typu decyzji – przepraszam bardzo, ale nie zwija się ot tak sobie bloga, który w praktyce generuje połowę odsłon portalu, a przede wszystkim zapewnia mu jako taką rozpoznawalność – muszę uznać, że z jednej strony, za tym posunięciem stoi jedna pusta myśl jednego durnia, a z drugiej, kompletne bezhołowie w zarządzaniu portalem. Sposób, w jaki została usunięta dzisiejsza notka Coryllusa, a przy okazji ukryty cały blog, świadczy o tym, że właściciele Platformy stracili kompletnie kontrolę nad interesem. I ja już właściwie widzę tylko dwie możliwości rozwoju sytuacji: albo Igor Janke się opamięta i w jednej chwili wyrzuci z pracy tylu bałwanów, ilu w obecnej sytuacji wypada wyrzucić, by interes zaczął normalnie działać, albo zwiną też mój blog. Z uzasadnieniem, że oto właśnie złamałem szósty punkt regulaminu, pozycja pierwsza i druga. Stoję gotowy i aż się nie mogę doczekać.

Przypominam, że nasze książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl i tego nie zmieni nic.

Polska dla Polaków, Polacy dla Polski

Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga wiedzą to znakomicie, jednak na wszelki wypadek chciałbym powiedzieć bardzo wyraźnie, że w stosunku do tak zwanych narodowców mam stosunek dokładnie taki sam, jak do socjalistów, liberałów, czy – ostatnio – euroentuzjastów, a więc, krótko mówiąc, uważam ich za prowokatorów pozostających na usługach Systemu. A zatem, ile razy widzę w telewizji jakiegoś Winninickiego, Bosaka, czy Zawiszę (swoją drogą, ciekawe, czy oni do Michalkiewicza mają jakieś osobiste pretensje, czy może on zwyczajnie czeka na lepsze propozycje), czy w ogóle kogokolwiek, kto mi powtarza, jak to Polska jest dla Polaków, a Jezus Chrystus powinien być natychmiast intronizowany, by bronić Ojczyznę przed żydowskimi hordami, właściwie nawet się już nie smucę, lecz jedynie wzruszam ramionami i robię swoje.
I oto, kiedy dowiedziałem się, że Marsz Niepodległości, przechodzący regularnie rok w rok ulicami Warszawy, który obchodzi mnie co przysłowiowy zeszłoroczny śnieg, w tym roku wyruszył pod hasłem „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski”, pomyślałem sobie, że to jest coś absolutnie fantastycznego, że ci durnie nagle potrafili wymyślić coś tak znakomitego: „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski”. To że oni przy pomocy jednego prostego językowego zabiegu potrafili kompletnie odwrócić ów tak ich niszczący przekaz „Polska dla Polaków” i tym samym stworzyć całkowicie nowe hasło. „Polska dla Polaków, Polacy dla Polski”. Proszę przyjrzeć się temu zawołaniu i zastanowić się, co w tym jest takiego, byśmy się musieli jakoś szczególnie oburzać? Otóż nic. Zero. To jest absolutnie neutralny przekaz, w żadnej mierze niekontrowersyjny, przekaz, powiedziałbym, skupiony wyłącznie na naszych prostych, patriotycznych emocjach… Tymczasem, jak czytam różnego rodzaju doniesienia, dowiaduję się, że wszyscy są śmiertelnie oburzeni, bo narodowcy znów ruszyli do boju pod hasłem „Polska dla Polaków”. Przepraszam bardzo, ale nic z tego. Od dziś, cytowanie tego hasła bez drugiego jego członu nie ma najmniejszego sensu i stanowi oczywistą manipulację.
A już zwłaszcza w wykonaniu tych co od rana wołają „Wszyscy jesteśmy Francuzami” i śpiewają: „Marchons! Marchons! Qu'un sang impur abreuve nos sillons”.

Wszystkich czytelników tego bloga zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki, w tym najnowsza o ludziach wędrujących na dziewiąty krąg piekła.

piątek, 13 listopada 2015

Gdy nasi zeszli metr w głąb

Wczorajsze wystąpienie Andrzeja Dudy w Sejmie, pomijając oczywiście nieliczne głosy polityków Platformy Obywatelskiej, oraz części widzów „Szkła Kontaktowego”, spotkało się z powszechnie życzliwym przyjęciem. To co mnie jednak zaskoczyło najbardziej, to uderzająco uprzejmy sposób, w jaki Prezydenta potraktowała „Wyborcza”, tytułując swoją relację z uroczystości w Sejmie: „Dobre przemówienie prezydenta na inauguracji Sejmu”.
Rozmawiałem o tym trochę ze swoim synem i on mnie nagle zapytał, czy potrafię sobie wyobrazić, że taki portal wpolityce.pl, czy jakiekolwiek tak zwane „nasze” medium, byłoby w stanie w odwrotnej sytuacji, a więc komentując wystąpienie kogoś z tamtej strony, napisać coś podobnego. Ja oczywiście mam świadomość, że z punktu widzenia mediów prawicowych zagadka ta jest pozbawiona sensu z tego prostego powodu, że ani Tusk, ani Kopacz, ani Komorowski, ani Schetyna, ani w ogóle żaden z nich dobrego przemówienia wygłosić nie są w stanie, no ale nie ulega też dla mnie też wątpliwości, że patrząc na sprawę choćby zaledwie teoretycznie, takiej możliwości zwyczajnie nie ma. Dokładnie tak samo jak „nasi” na temat naszej walki z festiwalem Unsound, w przeciwieństwie do „Wyborczej” właśnie, nawet się nie zająknęli, tak jestem w stu procentach przekonany, że nawet gdyby taki dajmy na to Tusk jakimś cudem wygłosił przemówienie najwyższej próby, oni by i tak wyłącznie rechotali, że nie ma się co tak napinać, bo i tak sprawiedliwość go nie ominie, albo w ogóle by sprawy nie skomentowali, tylko napisali coś o Kasi Tusk i jej nowej książce, albo o tym, że ambasador Arabski niedługo pójdzie siedzieć.
Tusk wprawdzie, o ile mi wiadomo, wczoraj nic nie powiedział, natomiast, owszem, zabrała głos odchodząca premier Kopacz i odczytała przygotowany jej jak sądzę przez Michała Kamińskiego tekst, który znów, pomijając najbardziej zaplątanych w swoje szaleństwo polityków Platformy i część widzów „Szkła Kontaktowego”, przez większość obserwatorów został oceniony bardzo negatywnie. I tu znów „Wyborcza” zatytułowała swój artykuł: „Kluby o przemówieniu Kopacz - żenujące, agresywne, emocjonalne”.
A nam już w tej sytuacji pozostaje tylko rzucić okiem, co na ten temat piszą „nasi”. A tu jedna z gwiazd tygodnika „W Sieci” oraz portalu wpolityce.pl, Dorota Łosiewicz, w ten oto sposób tytułuje swój komentarz: „Ewa Kopacz powinna była jechać na Maltę. Kompromitacja byłaby mniejsza. A teraz wypadałoby ze wstydu schować głowę w piach... Najlepiej ‘na metr w głąb’”. Daję słowo, że nic nie przekręciłem. To jest tytuł odpowiedniego tekstu na ten temat opublikowanego wczoraj na prowadzonym przez braci Karnowskich portalu wpolityce.pl.
No ale to nie wszystko. Proszę popatrzeć, w jaki sposób Łosiewicz ubiera swoje refleksje: „Znacie to uczucie, gdy w eleganckim stroju, wchodzicie na wytworne przyjęcie, jest miło i kulturalnie, wszyscy dobrze się bawią i nagle ktoś na środku sali ‘puszcza pawia’? Nie? Wystarczyło oglądać dzisiejsze obrady Sejmu VIII kadencji, by tak się poczuć. Ustępująca premier postanowiła na odchodnym ‘puścić pawia’ na wyborców i zebranych na sali obrad”.
Ja oczywiście rozumiem, że przez osiem lat swoich rządów Platforma Obywatelska sobie „nazbierała” tyle, że już się spod tego raczej nie wygrzebie, a sama Ewa Kopacz ma tu zasługi szczególne, włącznie z owym pamiętnym i tak strasznym „metrem w głąb”. Ja również, podobnie jak Łosiewicz słuchałem jej pożegnalnego wystąpienia i też mam na jego temat swoje zdanie, natomiast powiem zupełnie uczciwie, że jeśli mam już wybierać między Kopacz, a Łosiewicz, wybieram Kopacz. A to z tego prostego powodu, że jestem pewien, że ona akurat, podobnie jak ja, i w odróżnieniu od redaktorów wpolityce.pl, nie zna tego uczucia, gdy „wszyscy dobrze się bawią i nagle ktoś na środku sali ‘puszcza pawia’”. Tu akurat większą tak zwaną „solidarność cywilizacyjną” czuję z Kopacz. Że nie wspomnę już o „Wyborczej”.

Jak się okazuje, zapowiadane spotkanie w Opolu odbędzie się dopiero w styczniu przyszłego roku, o czym będę informował na bieżąco. Natomiast targi w Warszawie i we Wrocławiu są oczywiście jak najbardziej aktualne. Podobnie jak aktualna jest oferta księgarni Coryllusa, gdzie jest do nabycia moja najnowsza książka „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Szczerze zachęcam: http://coryllus.pl/?wpsc-product=39-wypraw-na-dziewiaty-krag


czwartek, 12 listopada 2015

Polska młodzież śpiewa polskie piosenki - refleksje na Święto Niepodległości

Właściwie od pierwszego momentu, kiedy wydaliśmy naszą książkę o muzyce, otrzymuję ze strony czytelników prośby, by wydać jej drugą część, i za każdym razem odpowiadam, że póki co jest to niemożliwe, a to z tego prostego względu, że oryginał sprzedaje się wręcz fatalnie – najgorzej ze wszystkich moich książek. A zatem, przynajmniej dopóki nakład pierwszej części się nie sprzeda, nie ma o czym mówić.
Ktoś zapyta, dlaczego ta sprzedaż jest taka marna, a ja chętnie odpowiem. Ona jest marna moim zdaniem wyłącznie z powodu tytułu. Kiedy napisałem te refleksje, uznałem, że zatytułujemy je „Philthy Animal vs. Kylie Minogue, czyli podwójny nokaut”, na co Gabriel natychmiast zaprotestował i powiedział, że musimy wymyślić coś bardziej rozpoznawalnego. No i wtedy sobie pomyślałem, że niech będzie ów rock and roll, jako symbol i hasło. No i dziś wygląda na to, że to był błąd, ponieważ wielu potencjalnych czytelników, uznając, że ów rock and roll, to faktycznie albo hasło albo fakt, książki nie kupuje, bo prawdziwym rock and rollem się nie interesują, a rock and roll jako przenośnia jest zbyt prostackie, by to traktować poważnie. Tymczasem moja książka o muzyce jest nie o rock and rollu, lecz właśnie o muzyce, o jej wszystkich rodzajach, o jej wielkości i upadku, ale może przede wszystkim – i tu pozwolę sobie na lekką prowokację – o zespole Chochoły. Najwybitniejszym polskim zespole big beatowym i jednym z najwybitniejszych zespołów big beatowych na świecie. O czymś, co praktycznie zanim jeszcze powstało, zostało zniszczone.
Pomyślałem sobie o tych Chochołach, ponieważ właśnie kupiłem sobie ich płytę, zawierającą niemal wszystkie ich piosenki od dnia, gdy zaczęli śpiewać, do czasu gdy Czesław Niemen ich zniszczył i unicestwił. I proszę sobie wyobrazić, że gdybym jeszcze dwa lata temu wiedział, to co wiem dzisiaj, rozdział mojej książki o muzyce, poświęcony Chochołom byłby znacznie bardziej głęboki i interesujący. Ja bym oczywiście nadal utrzymywał, że Chochoły to zjawisko na znacznie wyższym poziomie muzycznym niż The Who, bardzo bliskie temu, co tworzyli Animalsi i The Kinks, tyle że ową teorię rozwinąłbym już do samego końca. No a zatem, w tej sytuacji, pozwolę sobie przedstawić bardzo krótki suplement do tego, o czym rozmawialiśmy wtedy.
Oto proszę sobie wyobrazić, że zespół Chochoły w kształcie jaki nas interesuje, a więc z Tomaszem Jaśkiewiczem na gitarze, Pawłem Brodowskim na basie, Tomaszem Butowttem na perkusji Marianem Zimińskim na organach i oczywiście grającym na organkach wokalistą Dariuszem Pankowskim, to zaledwie rok działalności i osiem piosenek skomponowanych wyłącznie przez Zimińskiego z tekstem Stanisława Szydłowskiego. Oczywiście, znanego z filmu „Wojna Domowa” hitu pod tytułem „Tylko wróć” tu nie liczymy, bo to – choć z całą pewnością wybitna – jest piosenka przez Chochoły jedynie wykonywana. A więc mamy tych chłopaków, którzy jeszcze w roku 1963 zaczynają coś tam grać, z nadzieją, że z sukcesem dołączą do polskiej sceny big beatowej, próbują to tu to tam na jakiś lokalnych przeglądach piosenki i wreszcie, po szeregu zmian w składzie zespołu, nadchodzi rok 1966 i Marian Zimiński pisze dla nich tych osiem kolejnych piosenek, zupełnie innych niż wszystko co dotychczas grali, w „brudnym” stylu Animalsów, czy może jeszcze bardziej Kinksów… i okazuje się, że w tym momencie oni przestają istnieć. Okazuje się, że dopóki oni grali jeszcze te głupkowate big beaty w rodzaju „Grażyny”, czy „Niewinnego złodzieja”, to mogli na coś liczyć. Kiedy jednak pojawiły się „Zaimki”, czy „Nadążyć chcę” wszystko się skończyło i zespół znalazł się na skraju niebytu. Dziś na temat „Chochołów” jest tak mało oficjalnych informacji, że właściwie możemy tylko spekulować, jak to się wszystko toczyło, ale wydaje się, że taki dokładnie był przebieg wypadków. Oni zaczęli grać to, czego grać nie wypadało i na samym starcie wpadli na faktyczną metę.
No i wtedy do współpracy zaprosił ich Czesław Niemen, który też dotychczas tylko coś tam próbował z Nibiesko-Czarnymi, jak nie przymierzając Michaj Burano, a oni nie zastanawiając się ani chwili, jego propozycję przyjęli, zmienili nazwę na Akwarele, Pankowski oczywiście natychmiast gdzieś przepadł i do dziś pies z kulawą nogą nie wie, co u niego słychać. Bardzo ciekawe są dwie ostatnie piosenki na płycie Chochołów. To jest też rok 1966, jednak już bez Pankowskiego, który zapewne dowiedział się, że ta przygoda dla niego już się skończyła i gdzieś zniknął, natomiast nowym wokalistą jest przez tę krótką chwilę niejaki Roman Środa występujący pod pseudonimem Rene Glaneau, no i dostajemy owe dwie piosenki, w tym do dziś największy hit zespołu „Skandal w rodzinie”, tak potwornie żenujący syf, że jedynym wytłumaczeniem tego, że oni zgodzili się wziąć w tym udział, jest dla mnie to, że oni chyba już na sam koniec musieli wypełnić jakieś zobowiązania. No a potem powstały Akwarele.
Ja mam oczywiście pretensje do Niemena o to, że on ich właściwie w dwa czy trzy lata zużył, wykręcił jak szmatę i wyrzucił, ale z drugiej strony też wiem, że gdyby nie on, oni sami by się nie utrzymali i pewnie faktycznie jeszcze przez parę lat grali z tym Środą, by w końcu zniknąć, tak jak choćby Polanie, inny bardzo dobry zespół. Ale jest też możliwe, że Zimiński z Jaśkiewiczem, Brodowskim i Buttowttem przeczekaliby ten trudny czas i jeszcze coś stworzyli, może na dłużej. Naprawdę nie wiem i tego się już nie dowiem. W każdym razie, kiedy słucham tych ośmiu piosenek, myślę sobie, że mieliśmy swoich Animalsów, mieliśmy swoich Kinksów, tyle że od tych dwóch o tyle lepszych, że jak by nie liczyć, ani jedni ani drudzy ośmiu tak fantastycznych piosenek nie mieli. To co grali może i było lepsze od Chochołów, ale ośmiu tak dobrych piosenek nie mieli. Cztery, pięć, sześć…. No ale ośmiu nie nazbieramy. I wielka szkoda, że dziś po latach o Chochołach cisza. Nawet nie wiadomo, który z nich jeszcze żyje.



Jeśli ktoś ma ochotę na więcej, zapraszam na stronę http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut.

wtorek, 10 listopada 2015

Wolny rynek, czyli o wykorzystywaniu okazji

Muszę się przyznać do pewnej słabości. Słabości nie, że tak to ujmę, globalnej, ale drobnej, dotyczącej tylko tego dzisiejszego poranka, która jednak zmusza mnie do tego, by nie napisać kolejnej, codziennej refleksji na tematy bieżące, ale próbować wyjść z tej pułapki bocznym korytarzem. Otóż od wczoraj jestem tak okropnie zajęty, a przede mną tyle naprawdę ciężkich zajęć, które nie mogą czekać, że zwyczajnie nie jestem w stanie siąść i napisać coś bardziej oryginalnego. Kiedyś było oczywiście łatwiej, jednak lata lecą i wygląda na to, że lepiej już nie będzie. To, co wcześniej trwało minutę, dziś trwa minut pięć, a za rok to pewnie będzie minut piętnaście i tak dalej. A zatem opowiem o pewnym filmie, który tak naprawdę widziałem już wiele lat temu, ale ostatnio mi się przypomniał i mam go wciąż w głowie. Mam na myśli „8 mm” Joela Schumachera z Nicolasem Cage’em. Opowiem go i sobie pójdę.
Oto Nicolas Cage jest prywatnym detektywem, który pewnego dnia otrzymuje finansowo bardzo interesujące zlecenie od pewnej starszej pani, której mąż właśnie zmarł, a ona po jego śmierci otworzyła jego sejf, w którym znalazła pornograficzny film nakręcony na tytułowej ośmiomilimetrowej taśmie, gdzie można obejrzeć coś, co wygląda na prawdziwe morderstwo. Jakiś człowiek w skórzanej masce najpierw gwałci dziewczynę, a potem podrzyna jej gardło, a wszystko wygląda na tyle realistycznie, że starsza pani zwyczajnie się niepokoi. Zlecenie natomiast polega na tym, że Cage ma pójść tropem owej taśmy i sprawdzić, czy to morderstwo jest autentyczne, czy to jest zaledwie jeszcze jeden fake dla zboczeńców.
Cage oczywiście bierze tę robotę i wyrusza w świat. Najpierw wchodzi w świat prostej pornografii, gdzie oczywiście nic nie znajduje, z niego przechodzi w klimaty bardziej dosłowne, wreszcie trafia do miejsca, gdzie faktycznie otrzymuje ofertę rzekomo prawdziwego morderstwa. Za ciężkie pieniądze (wdowa płaci) kupuje ten film, jednak po niezbyt długim czasie musi uznać, że to „morderstwo” nie jest jednak morderstwem autentycznym. Oczywiście, w tym momencie on już operuje w miejscach, gdzie można kupić nie tylko brutalną pornografię, ale dużo, dużo więcej, jednak wciąż pieniądze, jakimi się tam obraca, nie gwarantują morderstwa. No i w końcu ktoś biednego Cage’a kieruje o szczebel wyżej i tam okazuje się, że za naprawdę duże pieniądze można dostać morderstwo prawdziwe, bez jakiegokolwiek retuszu. Tym razem prawdziwe. Wystarczy mieć pieniądze, być odpowiednio nakręconym, no i oczywiście posiadać właściwe dojścia. Tak jak oferta kreuje popyt, tak też popyt tworzy ofertę, a wolny rynek to rynek jak najbardziej wolny. I tego my akurat nie zmienimy.
I jeśli ktoś sądzi, że tu będzie jakaś pointa, albo chociaż skromny link do czegoś bardziej aktualnego, żałuję, ale nic z tego. Chciałem polecić pewien film i to wszystko. No i może jeszcze zachęcę wszystkich do kupowania mojej książki zatytułowanej „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. I tak naprawdę tylko tam. Bo tak naprawdę wszystko od zawsze sprowadza się albo do marnowania, albo do wykorzystywania okazji.