czwartek, 30 listopada 2017

O nienawiści kulturalnej i niekulturalnej

       Muszę się dziś przyznać do pewnej porażki. Oto przed wielu już laty jeden z Czytelników doniósł mi, że na blogu szczęśliwie nam dziś już nieobecnego Janusza Palikota ukazał się komiks, którego główny pomysł, a jednoczesnie dowcip, sprowadzał się do tego, by w sposób niezwykle graficzny, a jednocześnie wyjątkowo brutalny, proponować kolejne sposoby pozbawienia życia kolejnych polityków Prawa i Sprawiedliwosci, poczynając na Jarosławie Kaczyńskim, a kończąc na Beacie Kempie. Pamiętam dokładnie, kiedy Palikot opublikował na swoim blogu ów komiks. Było to parę już miesięcy po Smoleńskiej Katastrofie, wciąż parę tygodni przed zamordowaniem Marka Rosiaka, no a przede wszystkim jeszcze w czasie gdy ów dziwny człowiek wciąż był wiceprzewodniczącym Platformy Obywatelskiej i jedną z pierwszych gwiazd reżimowych mediów. Napisałem w tej sprawie tekst, będąc szczerze przekonanym, że nawet jeśli owa informacja nie spowoduje oficjalnej reakcji, to przynajmniej wywoła pewne poruszenie w Internecie. Nic z tego. Z do dziś dla mnie niepojętych powodów, nawet tu na tym blogu nie rozległo się nawet westchnienie.
      W kolejnych latach z uporem maniaka publikowałem tu ten tekst jeszcze kilka razy – ostatnio nawet latem tego roku – jednak wciąż, poza zdawkowymi komentarzami, bez jakiejkolwiek reakcji. I pewnie bym już na to machnął ręką, uznając, że są rzeczy, których już do końca życia nie ogarnę, gdyby nie ostatnio bardzo mocno przeżywane przez zarówno media, jak i polityków, ale, jak się okazuje, również przez wymiar sprawiedliwości, wydarzenie, jakie miało niedawno miejsce w Katowicach, kiedy to grupa lokalnych narodowców na prowizorycznie skonstruowanych szubienicach powiesiła portrety kilku europejskich parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej, których uznali za zdrajców Ojczyzny. Happening się odbył, jego animatorzy zabrali swój sprzęt i rozeszli się do domów i wydawałoby się, że z przyjemnością będziemy mogli o nim zapomnieć, kiedy to za sprawę zabrały się najpierw media, potem politycy, a po politykach oczywiście prokuratura, no i w efekcie mamy regularną awanturę, gdzie jedni krzyczą: „Łapać złodzieja!”, a drudzy udają głupiego i mówią: „To nie ja”. Ci sprytniejsi natomiast przypominają ową demonstrację sprzed lat, podczas której któryś z jej uczestników niósł sportretowanego Lecha Kaczyńskiego ze sznurem na szyi, czy pamiętny, ułożony zapewne przez jakąś zaangażowaną nauczycielkę języka polskiego, dwuwiersz: „Giertych do wora, a wór do jeziora”.
      No a ja po raz kolejny przypominam swój tekst sprzed lat, w którym opowiedziałem o tym, co na swoim blogu zamieścił wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej, Janusz Palikot, i co nie wywołało jakiejkolwiek reakcji. Nie zwrócili na to uwagi, ani politycy, ani media, ani nawet Internet. Palikot opowiadał nam, o tym, w jak fantastycznie przemyślany sposob będą zabijani Jarosław i Lech Kaczyńscy, Zbigniew Ziobro, Beata Kempa, Przemysław Gosiewski i inni, a świat udawał, że się nic nie dzieje. To coś wciąż jest do obejrzenia w Internecie, w tym samym kształcie co wtedy, bez słowa komentarza z zewnątrz, a tymczasem oto dziś nagle podnosi się wrzawa, bo gdzieś w Polsce jakaś polityczna nisza zrobiła happening pod nazwą „Śmierć zdrajcom Ojczyzny”?
       Dziś już wiem, że z tego nic nie będzie, ale skoro już zacząłem, to nawet za bardzo nie wypada mi przestać. Tym razem jednak nie będę wrzucał tu tamtej notki, lecz, natomiast chyba po raz pierwszy załączę odpowiedni link. Jeśli to czyta ktoś odpowiednio umocowany, proszę to potraktować jako doniesienie obywatelskie o przestępstwie. 


Dziś zaczynają się Warszawskie Targi Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem. Na miejscu jest już oczywiście Coryllus, a ja się pojawię w sobotę i zostanę do końca. Stoisko nr. 12. Zapraszam wszystkich. Będzie wesoło.

środa, 29 listopada 2017

Czy brat ministra Glińskiego będzie kręcił trzeciego "Pitbulla"?

Zanim przejdziemy do dzisiejszej notki, pragnę poinformować, że w miniony piątek w poznańskim kościele pod wezwaniem Michała Archanioła i Wniebowzięcia Najswiętszej Maryi Panny nasz ukochany ksiądz Rafał Krakowiak odprawił Mszę Świętą, na którą zrzuciliśmy się tu całkiem niedawno naszymi złotówkami, za nas, a przy okazji za duszę mojego dopiero co zmarłego Teścia. Miałem o tym wspomnieć wcześniej, ale i ze względu na swoją coraz gorszą kontrolę nad upływem czasu, ale też na fakt, że w tych dniach byliśmy tu zaabsorbowani czymś kompletnie innym – zapomniałem. Po prostu zapomniałem. Jedyne co mi dziś pozostaje, to prosić o zrozumienie i modlitwę, no i zachęcać do czytania kolejnej notki.  


       Ponieważ mój tekst o Dodzie, Emilach dwóch i koncernie farmaceutycznym Polpharm spotkał się z pewnym zainteresowaniem, a w miedzyczasie dotarły do mnie informacje normalnym ludziom nieznane, a faktycznie wręcz fascynujące, chciałbym dziś pociągnąć więc ów wątek bulwarowy, nawet ryzykując systuacje, gdzie wszyscy się zwyczajnie porzygamy. Mogę natomiast zapewnić, ze będzie krótko.
       Dla przypomnienia, rzecz poszła o to, że piosenkarka Dorota Rabczewska, popularnie znana jako Doda, miała chłopaka Emila, który bardzo o nią dbał, jednak któregoś dnia się o coś pogniewał i Dodę puścił kantem. Doda najpierw w zemscie porysowała mu samochód za okrągły milion złotych, a następnie wysłała na Emila swojego nowego chłopaka, również Emila, który przedstawił Emilowi nr 1 propozycję nie do odrzucenia w wyskości kolejnego miliona, na co Emil nr 1 powiadomił o wszystkim policję i dziś sprawa jest w tak zwanym toku.
       I oto okazuje się, że Emil nr 2 ma jak najbardziej nazwisko, dokładnie takie samo jak nasz słynny sędzia Stępień, i jest producentem być może najbardziej kasowej polskiej produkcji filmowej III RP, czyli „Pitbulla” Patryka Vegi.
       No i w tym momencie dochodzimy do głównego tematu naszego dzisiejszego rozważania, a tym samym tempo dzisiejszej notki nabiera ostrego przyspieszenia. Otóż, jak się okazuje, Emil Stępień, dzięki temu, że wszedł w romantyczny związek z Dorotą Rabczewską, czy to sam z siebie, czy to za namową swojej ukochanej, postanowił, że to ona stanie się główną bohaterką kolejnej części „Pitbulla” i zakomunikował Patrykowi Vedze: „Bierzemy Dodę”. Na to Vega, ostatnio dość mocno uczepiony obozu Dobrej Zmiany, postawił się i ogłosił, że skoro ma być Doda, to on się z interesu wycofuje, a za nim poszli wiernie pozostali aktorzy. W tym momencie Stepień zrobił najlepsze co mógł zrobić i zadzwonił do reżysera Pasikowskiego z propozycją, by ten zastąpił Vegę, Pasikowski, najwidoczniej ostatnio bezrobotny, oczywiście natychmiast propozycję przyjął i również zrobił coś, co musiało mu się wydać ruchem oczywistym, czyli zadzwonił do aktora Lindy… no i w tym momencie Linda mu najpierw powiedział, żeby spieprzał, a następnie ogłosił swoją decyzję publicznie.
       Jak wiele na to wskazuje, dziś o trzeciej częśći „Pitbulla”mowy być już nie może, choćby z tego względu, że Stepień ma zmartwienia znacznie poważniejsze niż to, kto zagra w jego nowym filmie zamiast Lindy. A my nagle widzimy, czym tak naprawdę dziś jest to, co przyszło nam nazywać, tak jak to bywało w czasach „Małych Dramatów”, „Pingwina” czy „Do widzenia do jutra”, Polskim Kinem. I nie udawajmy, że to co nas dziś tak przydusza do ziemi, to zaledwie Vega, Pasikowski, Linda i Stępień z Dodą na doczepkę, cała reszta natomiast, co się odbywa poza tym, to sukces za sukcesem, a też i minister Gliński nie pozwoli na to, by to tempo chocby minimalnie spadło. To wszystko to jest jedno towarzystwo i kwestią czasu jest tylko to, kto wyskoczy jako następny.


Tradycyjnie zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie kupujemy książki najlepsze. A za to, że one są faktycznie najlepsze, ja osobiście dam się pokroić.

wtorek, 28 listopada 2017

Czy przewodniczący Tusk jest idiotą, czy to tylko nerwy?

     Czy dzisiejszy tekst okaże się najkrótszym z wszystkich, jakie się tu miały okazję ukazać, tego póki co nie wiem, ale jest to akurat bardzo prawdopodobne. Jak wiemy, w ciągu minionych dwóch dni zamieściłem tu dwie notki, w których wyraziłem przekonanie, że numer, jaki Jaroslaw Kaczyński wykonał z atlasem kotów to mistrzostwo świata, gdy chodzi o tak zwany „polityczny pijar”. Oczywiście, jak większość tego, co tu zamieszczam, to wyłacznie moje intuicje i podejrzenia, jednak faktycznie od samego początku byłem mocno i szczerze przekonany, że to nie było tak, że Prezesowi przypadkiem wpadł w ręce ów atlas, a on równie przypadkowo postanowił go sobie przejrzeć w taki sposób, by go zechciały sfilmować wszystkie media. W moim rozumieniu polityki, było oczywiste, że to wszystko stanowiło nic ponad zaplanowaną i niezwykle udaną akcję, majacą na celu ocieplenie wizerunku Prezesa.
      Nie minął kolejny dzień, a ja mam wręcz pewność, że się w swojej ocenie nie pomyliłem. Oto wczoraj właśnie, na swoim twitterowym profilu, Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, ni z gruszki, ni z pietruszki, wrzucił zdjęcie, na którym całuje się z jakimś nikomu nieznanym dotychczas psem, a my rozumiemy, że również z przesłaniem, że on też, podobnie jak Prezes, kocha zwierzęta.
      Ktoś powie, że to jest coś o takim natężeniu żenady, że nie ma sposobu, by to odpowiednio skomentować. I oto, proszę sobie wyobrazić, że nie. Są sposoby skuteczne nawet na tego idiotę, ale do tego potrzebujemy osoby szczególnej, czyli pozostającej tu i ówdzie w publicznej pamięci Aleksandry Jakubowskiej. Oto Jakubowska, aktywna na Twitterze podobnie jak przewodniczący Tusk, w odpowiedzi na ów eksces, zamieściła zdjęcie całującego się z psem prezydenta Putina plus podpis: „Zbyt podobne, by spać spokojnie…”.
      Dziś, to co najlepsze, mamy wprawdzie za sobą, jednak wciąż nie milkną echa owej orki. Cieszmy się więc i radujmy. Najbliższe lata mamy w garści i nie odbierze im nam nawet Katarzyna Lubnauer.

Jak niektórym z nas wiadomo, moje książki sa do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.

       

poniedziałek, 27 listopada 2017

O pupie Doroty Rabczewskiej, koncernie Polpharma i Emilach dwóch

       Możliwe, że źle oceniam sytuację, ale myślę, że większość z nas wie już, że piosenkarka Rabczewska, znana skądinad jako Doda, została w tych dniach zatrzymana przez policję, a następnie zwolniona za kaucją, z zakazem opuszczania kraju, a wszystko przez to, że nieco wcześniej, wspólnie z jakimś Emilem i jego kolegami gangsterami, skierowała tak zwane groźny karalne pod adresem innego Emila, no a ów inny Emil się Emila numer 1 nie przestraszył, tylko o wszystkim powiadomił policję, no i mamy to co mamy. Nie wiem, czy to przez to, że ostatnio czuję pewne znudzenie poważną polityką, czy może przyczyną jest moja nigdy do końca nie pokonana słabość do tak zwanych „mediów bulwarowych”, ale najpierw zanotowałem tę informację, a już w kolejnej chwili nie mogłem nie zauważyć, że jej głównymi poza Dodą bohaterami były dwa Emile.
     Jak wiedzą Czytelnicy, ja liczę sobie 62 lata i mimo swoich doświadczeń związanych z kolejnymi dekadami, nigdy w życiu nie miałem okazji spotkać żadnego Emila. Miałem w pewnym momencie koleżankę o imieniu Żywia oraz ucznia imieniem Mieszko, natomiast Emil? Nigdy choćby przez mgnienie oka. I oto nagle dowiaduję się, że piosenkarka Rabczewska najpierw prowadzała się z jakimś Emilem, ten jej kupił pierścionek za 200 tysięcy złotych, potem ją rzucił, żądając zwrotu pierścionka, na co ta nasłała na niego swojego obecnego chłopaka, również Emila, ten nie dość, że poinformował Emila numer 1, że o pierścionku może zapomnieć, to jeszcze zażądał od niego okrągłego miliona złotych dla Rabczewskiej za straty moralne, no i mamy sprawę.
      Mamy więc tych dwóch Emilów, a ja sprawdzam pierwszego. Jak się okazuje, Emil nr 1 ma na nazwisko Haidar i jest Syryjczykiem, którego rodzina osiedliła się w Polsce na początku lat 90. Jego ojciec, Riad Haidar, zrobił karierę jako wybitny lekarz, i dziś jest ordynatorem oddziału neonatologii w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Białej Podlaskiej, natomiast jego Emil trzęsie rynkiem paliw na całej ścianie wschodniej i zalega swojemu Urzędowi Skarbowemu jakieś sześć milionów złotych.  Ma też Emil brata Kamila, który gra w muzycznym zespole, póki co bez sukcesów, natomiast jest ojcem dziecka niejakiej Zosi  Ślotały, celebrytki i byłej dziewczyny aktora Borysa Szyca, no i regularnie występuje w programie „Dzień dobry TVN”, jako tak zwany ambasasador Polskiej Akcji Humanitarnej.  
      No i, jak się dziś dowiadujemy, ów Emil, brat Kamila, rozkochał w sobie piosenkarkę Rabczewską, woził ja samochodem wartym milion złotych, kupił jej ten pierścionek za dwieście patyków, potem się na nią za coś obraził, ta mu z zemsty porysowała auto,no a teraz, nie dość, że nie chce oddać pierścionka, to dziś jeszcze nasyła na niego gangsterów.
     Gdy chodzi o Emila numer 2, to o nim wiemy do tego stopnia mało, że nawet zamiast nazwiska stoi zaledwie smutna literka es z kropką, ale za to, już samo to, co wiemy, robi wrażenie. Otóż – uwaga, uwaga – Emil Stepień, bo tak mu jest w rzeczywistości, to producent słynnego serii Patryka Vegi pod tytułem „Pitbull”. I to tyle, gdy chodzi o to tę część towarzystwa.
      Szukałem informacji na temat owego szczególnego trójkąta Emil – Dorota – Emil, gdy nagle natrafiłem na informację, że obecne przygody Rabczewskiej z prawem, to nie jest wcale jej debiut. Otóż okazuje się, że kilka lat temu Dorota Rabczewska spotkała się w toalecie gdzieś w Polsce z dziennikarką wspomnianej już wcześniej stacji TVN Agnieszką Szulim i ją czemuś  pobiła. Gdyby ktoś nie wiedział co to za jedna ta Szulim, poza tym, że jest jedna z tych ciź, które zatrudnia stacja TVN, służę informacją. Otóż Szulim debiutowała jako dziennikarka radiowa, potem trafiła do TVP, a z TVP przeszła do TVN-u, gdzie dziś prowadzi program „Azja Express”. Obecnie też Szulim nie nazywa się Szulim, lecz Agnieszka Szulim Bodziak Woźniak-Starak i jest byłą żoną motocyklisyyy wyścigowaego Bodziaka, oraz obecną Piotra Woźniaka-Staraka, syna Jerzego Woźniaka-Staraka, właściciela koncernu faramaceutycznego Polpharma, oraz piątego najbogatszego Polaka. Piotr, podobnie jak wcześniej wspomniany Emil, jest producentem filmowym, znanym z filmu „Bogowie”,  a my się już tylko zastanawiamy, kto tu w tym starciu ma lepszą pozycję, by tego drugiego dopaść w którejś z toalet i zostawić z podbitym okiem.
      No i na koniec jeszcze jedna refleksja, moim zdaniem wyjątkowo ponura. Otóż wspominałem tu niedawno swój tekst sprzed roku o tym, jak to prezydent Andrzej Duda z Małżonką zaszczycili swoją obecnością uroczystą galę zorganizowaną z okazji 25-lecia powstania gazety „Super Express”, podczas której piosenkarka Rabczewska pokazała Prezydentowi pupę i poczęstowała torcikiem. A my nie możemy nie widzieć, jak to się kręci: Doda, „Super Express”, Patryk Vega, Pitbull, Agnieszka Szulim, Emil nr 1, Emil nr 2, a na końcu, ni w pięć ni w dziesięć, Jerzy Starak ze swoim koncernem o nazwie Polpharma.
      A Jarosław Kaczyński z kompletnym spokojem przegląda „Atlas kotów”. Módlmy się wszyscy, by się okazało, że on wie, co robi.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Jednoczesnie informuję, ze już w tym tygodniu rozpoczynają się w Warszawie Targi Książki Historycznej, na których obecne będzie nasze wydownictwo Klinika Języka. Ja przyjeżdżam w sobotę i siedzę w miejscu do niedzieli. O szczegółach informuje Coryllus na swoim blogu.





niedziela, 26 listopada 2017

O tym jak kot Prezesa dokonał zmian we władzach Nowoczesnej

       Znana nam powszechnie „Nowoczesna” zorganizowała swój kongres wyborczy i pierwsza twarz owego projektu, dziś już słynny na całym świecie Ryszard Petru, została wymieniona na fotelu przewodniczącego partii przez posłankę Katarzynę Lubnauer. Moim zdaniem, jest to, choćby tylko ze względów ściśle estetycznych, zmiana na gorsze, ale naturalnie to nie jest mój problem. Co zatem będzie dalej z Petru, diabeł jeden wie i krzyż – może być i odwrócony – mu na drogę, natomiast my tu mamy bardzo interesujące informacje, gdy idzie o nową przewodniczącą. Otóż Katarzyna Lubnauer ma męża, dzieci, mieszkanie, plus różnego rodzaju inne nieruchomości i samochód, a oprócz tego pół miliona złotych oszczędności i kredyt we frankach w aktualnej wysokości 183 805 franków.
        I to jest, mimo jej plotkarskiego charakteru, oczywiście wiadomość pierwszorzędna, ponieważ wyjasnia nam znakomicie, o co ostatecznie chodzi w tej polityce. Wprawdzie media podają, że owe pół miliona oszczędności to zaledwie tyle co Ryszard Petru trzyma na jednym koncie, no ale i tak jesteśmy pod wrażeniem. Ja oczywiście przewodniczącej Lubnauer, podobnie jak prowadzonej przez nią partii, większej kariery nie wróżę i myślę, że i ona i partia są w sytuacji przypominającą tę, w której swego czasu znalazł Leszek Balcerowicz, przejmując kierownictwo nad Unią Demokratyczną. I to tyle, gdy chodzi o to przedziwne towarzystwo, bo przed nami sprawy daleko poważniejsze.
     Oto, jak zapewne większość z nas już wie, podczas jednej z ostatnich debat w Sejmie, Jarosław Kaczyński został sfotografowany i sfilmowany, jak siedzi na swoim tradycyjnym miejscu i z pełnym rozkoszy skupieniem na twarzy przegląda książkę zatytułowaną „Atlas kotów”. W Sejmie toczy się debata dotycząca między innymi tego, czy Polska zostanie ostatecznie zaliczona do krajów demokratycznych, czy faszystowskich, ale też decydująca o rozwoju dalszych relacji między rządem Prawa i Sprawiedliwości, a prezydentem Andrzejem Dudą, a w konsekwencji tego, jak PiS sobie poradzi w kolejnych wyborach, a tymczasem Jarosław Kaczyński, z miną jakby to wszystko go kompletnie nie obchodziło, studiuje atlas kotów.
      Z dochodzących do nas doniesień medialnych dowiadujemy się, że ów obraz został podany dalej przez wszystkie największe agencje informacyjne na świecie, a na podstawie towarzyszących im komentarzy możemy odnieść wrażenie, że być może, po raz pierwszy w całej historii III RP, System znalazł się w sytuacji, gdzie nie może prezesa Kaczyńskiego dotknąć nawet palcem. Oczywiście, to tu, to tam pojawiają się jakieś nędzne szyderstwa, jednak najwyraźniej nawet ich autorzy wiedzą, że one są kompletnie nieskuteczne, bo kto może mieć jakiekolwiek pretensje do starszego pana w okularach studiującego atlas kotów?
      Najnowsza informacja jest taka, że kiedy już opadł pierwszy kurz, Jarosław Kaczyński sporządził we wspomnianym atlasie odpowiednią dedykację, pod dedykacją umieścił swój podpis, a następnie całość wystawił na aukcji, z której cały dochód przeznaczył na pomoc dla zwierząt. Gdyby zatem ktoś nie wiedział, jak się w dzisiejszych czasach robi politykę, to proszę rzucic okiem na zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z atlasem kotów. A ja już na sam koniec chciałbym tylko wiedzieć, kto ten numer wymyślił.

Moje książki – a jest ich parę – są do nabycia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.

  

sobota, 25 listopada 2017

O czcicielach kości z Milicji Obywatelskiej

Ponieważ niedawno zachęcałem tu do kupowania kolejnego numeru dwutygodnika „Bez Cenzury” z zamówionym osobiście przez pana Piotra Bachurskiego moim tekstem na temat tak zwanego „kolekcjonera kości”, dziś chciałem poinformować, że decyzją obecnego naczelnego pisma, Jana Pińskiego tekst mój został odrzucony, a w jego miejsce pojawiło się jakieś kompletnie gówno bez znaczenia. Mamy na szczęście ten blog, więc nic nie ginie.

      Nasza dzisiejsza historia zaczyna się od czegoś, na co większość z nas patrzy z co najmniej pogardą, a co nawet nie miałoby szans zaistnieć w przestrzeni publicznej, gdyby nie tak zwane „media bulwarowe”. Oto bowiem jeszcze wiosną 2015 roku w jednym z ukazujących się w Polsce dzienników ukazał się następujący tekst:
      „Sataniści, czciciele wampirów czy może nekrofile? Nocą ktoś włamał się do grobowca na cmentarzu w Lęborku (woj. pomorskie). Roztrzaskał trumny i ukradł szczątki teścia Józefa Możdżana (74 l.). Był lany poniedziałek. Pan Józef jadł świąteczne śniadanie z córką, zięciem i wnukami. Nagle zadzwonił telefon. - To była sąsiadka. Powiedziała, że przy naszym rodzinnym grobowcu jest mnóstwo policji. Szybko tam pojechaliśmy - wspomina pan Józef. Na cmentarzu przecisnął się przez tłum gapiów i przeżył szok. - Grobowiec był rozbity, trumny połamane, a dookoła leżały szczątki mojej żony Danusi i jej mamy. Brakowało zwłok teścia, Jana P. (88 l.) - relacjonuje mężczyzna”.
      Wiadomość jak wiadomość. Dziesiątki podobnych trafia na łamy gazet każdego dnia na całym świecie. Tym razem jednak, jak się okazuje, mieliśmy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym, ale zacznijmy od poczatku.
      Znana propagandowa klisza, jak się należy domyślać, stworzona przez te same środowiska, które jeszcze przed wiekami ukuły określenie „Polnische Wirtschaft”, często niestety słusznie, propagują opinię, jakoby w Polsce jest tak, że jeśli ktoś już coś wymyśli, to wyjdzie z tego zaledwie nieudana parodia czegoś, co się znacznie wcześniej narodziło gdzieś w szerokim świecie, w Stanach Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, czy właśnie w Niemczech. Napisałem, że owe opinie są niekiedy niestety słuszne, choć równie słusznie byłoby pewnie powiedzieć, że jest naprawdę całe mnóstwo przeróżnego rodzaju zjawisk charakterystycznych dla wymienionych społeczeństw, z któymi my tu w Polsce szczęśliwie ani nie mamy, ani nie chcemy mieć nic wspólnego. I może lepiej, by tak jak jest pozostało, nawet jeśli ma się raz po raz okazywać, że nasza myśl techniczna, artystyczna, czy zwyczajnie czysto ludzka, pokazuje, jak bardzo potrafimy stanowić zaledwie szyderczą karykaturę czegoś, co tamci wymyślili wcześniej, i to ze zdecydowanie większym smakiem, a niekiedy i rozmachem.
      Część z nas zapewne pamięta dość swego czasu popularny film pod tytułem „Kolekcjoner kości”, ze znakomitą jak zawsze rolą Denzela Washingtona. Na wszelki wypadek może jednak przypomnę zarys owej historii. Oto w Nowym Jorku policja odnajduje kolejne, pozostawione w różnych miejscach, fragmenty kości, które prowadzą śledczych do serii morderstw. Jak się okazuje, zabójcą jest krążący po mieście jako taksówkarz były technik szpitalny, który najpierw uprowadza kolejnych swoich pasażerów, zabija, a następnie oznacza ich w taki sposób, że pozbawia ich fragmentów kości. Stąd też ów „kolekcjoner kości”.
     Sam film, mimo że znakomicie zrealizowany i zagrany, nie stanowił jakiegoś szczególnie wybitnego artystycznego wydarzenia, natomiast wygląda na to, że z sukcesem zainspirował do działania serię naśladowców na całym świecie, w tym jak się okazuje i u nas w Polsce, tyle że w tym akurat wypadku w żadnym wypadku na wspomnianym przeze mnie poziomie nędznej i okrutnie ponurej parodii. Oto się okazuje, że choć nie umiemy kręcic filmów tak dobrych, jak Amerykanie, pisać książek tak interesujących jak Brytyjczycy, czy komponować muzykę na takim poziomie jak choćby tak nieliczni przecież Islandczycy, czy Belgowie, wariatów mamy absolutnie najwybitniejszych. Jak się okazuje, nasi wariaci przewyższają nawet tych wariatów, których zachodni świat nie miał okazji podziwiać, a jedyne co potrafi, to kręcić o nich jakieś fikcyjne filmy. W pewnym sensie bowiem można by było powiedzieć, że jedyne, co łączy bohatera naszych dzisiejszych refleksji z jego nowojorskim pierwowzorem, to ów epitet, którym go obdarzyły media, czyli ni mniej ni więcej jak „kolekcjoner kości”, natomiast cała reszta, stawia naszego rodaka znacznie, znacznie wyżej od wszystkiego, o czym współczesny swiat zdążył usłyszeć.
     Oto proszę sobie wyobrazić, że przez minione kilka lat na Pomorzu systematycznie, średnio co kilka miesięcy, dochodziło do kradzieży szczątków z lokalnych miejscowych cmentarzy. Nie całych oczywiście. Odwiedzający groby swoich bliskich przychodzili zapalić świeczkę i się pomodlić, a na miejscu znajdowali rozbity grób i porozrywane zwłoki. Ostatni taki przypadek miał miejsce parę miesięcy temu, kiedy to z cmentarza w Kosakowie skradziono szczątki pochowanej 12 lat temu 67-letniej kobiety. Wcześniej nieco, bo jeszcze w maju, rozbito grób i skradziono fragmenty zwłok na cmentarzu komunalnym w Rumii, jednak podobne przypadki rejestrowano wielokrotnie znacznie wcześniej, nawet jeszcze 15, 16, a może i 17 lat temu temu, w związku z czym w pewnym momencie w policji została powołana specjalna grupa, której jedynym zadaniem było najpierw zbadanie, czy owe kradzieże to robota wielu różnych sprawców, czy może jednego szaleńca, a potem, kiedy już było pewne, że za tymi ekscesami stoi jeden człowiek, to tylko wytropienie go i skuteczne zatrzymanie.
     Dziś już wiemy, że owo polowanie trwało ponad 15 lat, ale też musimy przyznać, że tym razem nie mieliśmy w żadnym wypadku do czynienia z nieporadnością policjantów, lecz z nieprawdopodobnym wręcz sprytem owego „kolekcjonera”. Ów, jak się okazuje, z jednej strony, były milicjant, a jednocześnie ktoś kto nie działał w żadnym wypadku chaotycznie, lecz  według ściśle określonego planu – do dziś nieodgadnionego – przez te wszystkie lata pozostawał całkowicie nieuchwytny. Jak się dziś, po tym, jak Polska Policja odniosła ostateczny sukces, dowiadujemy, on potrafił iść na piechotę 20 kilometrów, by przenieść ludzkie szczątki z cmentarza do odległego lasu, tylko po to, by ewentualne poszukiwania koncentrowały się na poszukiwaniu samochodu.
      Mało tego. Jak się równiez dziś dowiadujemy, ów były milicjant, realizując swoje chore obsesje, wybierał ofiary w ten sposób, by litery ich nazwisk układały się we fragmenty Ewangelii Św. Jana. To stąd też dochodziło do sytuacji, kiedy on, w przypadku, gdy wcześniejsze próby mogły się łączyć ze zbyt dużym ryzykiem, potrafił wielokrotnie, z prawdziwym uporem atakować ten sam grób, zawsze w środku nocy i przy najbardziej wściekłej pogodzie, gdy mógł mieć pewność, że nikt go nie zaskoczy. A i tak, jego szczególna czujność wielokrotnie kazała mu odłożyc swoje plany na później i wrócić na to samo miejsce nawet po kilku miesiącach cierpliwego oczekiwania.
      Ktoś pewnie wreszcie zapyta, jak to się stało, że mimo wszystko udało się go wreszcie dopaść. Otóż któregoś dnia wreszcie w jednym z nadmorskich lasów policja odkryła dziewięć foliowych worków zawierających ludzkie szczątki, ukrytych pod deskami, oraz przysypanych ziemią, a przy nich nagrobne tabliczki, wskazujące, z których cmentarzy owe szczątki pochodzą. Jak wyglądały kolejne działania, nikt nam oczywiście nie powie i szczerze powiedziawszy, nic nas to nie powinno obchodzić, faktem jest, że po tych wszystkich latach, policja miała wystarczająco dużo informacji, by wytypować tego jednego człowieka i go aresztować.
     A zatem to jest historia owego pościgu, niekiedy niezwykle wręcz emocjonującego, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że dotychczasowy rozwój wypadków wskazywał na to, że mamy do czynienia z kimś, komu jest wciąż mało i wobec kogo istnieje autentyczne podejrzenie, że przyjdzie czas, kiedy mu owe cmentarze nie wystarczą i w końcu zacznie budować swój własny. To zatem jest jedna strona tej niezwykłej historii. Druga jest, jak się zdaje, jeszcze ciekawsza. Otóż, wedle wszelkich dochodzących do nas informacji, ów dziwny człowiek przede wszystkim odmawia jakiejkolwiek współpracy. Twierdzi, że on jest zaledwie niewinną ofiarą cudzych występków i faktycznie, gdyby nie odnalezione u niego w domu dowody, włącznie z bardzo starannie prowadzonymi zapiskami, w których on przez te wszystkie lata dokumentował każdy swój ruch, moglibyśmy wierzyć, że faktycznie mamy do czynienia z osobą calkowicie niewinną. Tak jednak jest, że to jest on, i w tej chwili jedyne co nas interesuje, to odpowiedź na pytanie, dlaczego? Co sprawiło, że ów człowiek przez 17 lat raz na jakiś czas wyruszał na owe, jak sam to nazywał, łowy, by otwierać groby, wyjmować z nich ciała, wycinać z nich fragmenty, następnie je zakopywac w lesie, specjalnie oznaczone i opisane, a po pewnym czasie odwiedzać cmentarze kolejne i bezcześcic kolejne zwłoki, oznaczać je i znów zakopywać gdzieś, w najbardziej odległych miejscach?
      Wspomnieliśmy tu już wcześniej, że istnieje podejrzenie, że za owym szaleństwem stała jakaś niezwykle ciemna metoda, miejscami nawet sięgajaca tak głęboko jak do Ewangelii. Biedni śledczy we współpracy z, jak się należy domyślić tabunami bardzo mądrych psychiatrów, zachodzą w głowę, czy jest możliwe, że tam mogło chodzić jeszcze o coś, czego nie umiemy odgadnąć. Może o fazy księżyca, może o pogodę, może wreszcie o siłę wiatru? A ów milicjant nie mówi nic, poza tym, że w ogóle nie wie, czemy się policja przyczepiła akurat do niego. A nas zastanawia jeszcze coś. Ile razy mamy do czynienia z podobnymi przypadkami, gdzie pojawia się ktoś, kto złamał prawo i jego historia jest na tyle ciekawa, że nagle staje się własnością publiczną, dowiadujemy się, że chodzi o jakiegoś Grzegorza P., Jerzego R., Arkadiusza W., czy Sebastaiana K. Tym razem, jedyne co wiemy to to, że zatrzymano jakiegoś 54-latka z Gdańska, bez imienia, czy choćby i marnego inicjału.
     I to jest moim zdaniem news. Oto po 17 latach polska policja ujmuje człowieka, który systematycznie nawiedzał okoliczne cmentarze, rozbijał groby, wyjmował ciała, wycinał z nich najróżniejsze fragmenty i ukrywał je w sobie tylko znanych miejscach, robił to sytemowo, wedle ściśle określonego planu, zgodnie z nieznaną nam i nikomu na świecie filozofią, a my nawet nie wiemy, jak on miał na imię. Czy to możliwe, że problem polega na tym, że mamy do czynienia z kimś komu było Lucjan F. i nie ma nikogo, nawet wsród zawsze niezwykle twardych policjantów, by nam to ujawnić?
      Musimy na koniec wrócić do kwestii wspomnianego na początku Hollywoodu. Jak wiemy, film „Kolekcjoner kości” to robota solidna, w solidnym wykonaniu i zapewniająca równie solidne emocje. Tam oczywiście mieliśmy do czynienia z morderstwami, oraz ze ścisle związanym z nimi okrucieństwem, a więc autentycznymi emocjami. Tu natomiast nie mamy choćby jednego porządnego morderstwa, jednego świeżego trupa, jedynie jakiegoś wariata snującego się w deszczu i mrozie po cmentarzach, odkopującego groby sprzed lat, nie wiadomo po co i dla jakich przyjemności. No i tę wiadomość, że są jakieś nazwiska, jakieś literki i jakieś nawiązania do Ewangelii. A autor tego przedsięwzięcia wciąż pozostaje całkowicie ukryty. I to jest coś prawdziwe poruszajacego.

Z każdym kolejnym dniem nabieram coraz mocniejszego przekonania, że poza ksiegarnią pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, nie ma nic. Zachęcam więc. Nie trzeba szukać nigdzie indziej.


piątek, 24 listopada 2017

Czy Marek to dziewczyna, czyli totalna opozycja napada

Ostatnio one pojawiały się tu z opóźnieniem, a zatem nic nie zaszkodzi, jeśli dziś swój cotygodniowy felieton dla „Warszawskiej Gazety” wrzucę tu jednocześnie z jego publikacją na papierze. Zapraszam.

 Ponieważ te felietony stały się ostatnio zbyt poważne, by nie powiedzieć, ponure, pomyślałem sobie, że dziś przedstawię coś lekkiego. Oto gdzieś w okolice Marszu Niepodległości zaplątała się niejaka Ewa Hołuszko i jakiś chuligan zniszczył jej nieustalonej marki samochód. Oto, w jaki sposób relacjonuje zdarzenie bulwarówka „Fakt””:
„Legendarna działaczka ‘Solidarności’ Ewa Hołuszko straciła samochód po Marszu Niepodległości. Ktoś powybijał w nim szyby pachołkami i zniszczył lusterka. Auto nadaje się do kasacji”.
W jaki sposób auto, w którym ktoś powybiłał szyby i zniszczył lusterka nadaje się do kasacji, tego oczywiście nie wiemy, podobnie oczywiście, jak nie wiemy, jak ktoś o nazwisku Ewa Holuszko, staje się nagle „legendarnym działaczem ‘Solidarności’”, ale przed nami informacje kolejne. Oto, jak się dowiadujemy, „działaczka jest przekonana, że sprawcy to narodowcy, którzy są wrogo nastawieni wobec osób transpłciowych”.
Oooops!
Właśnie tak. Okazuje się, że dzisiejsza Ewa Hołuszko, to jest tak naprawdę – oczywiście równie jak ona „legendarny” – Marek Hołuszko, o którym dla dziennika „Fakt” tak opowiada inny działacz dawnej „Solidarności”, Henryk Wujec: „Ta wiadomość o przemianie Marka to był – muszę przyznać – wielki szok. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że Marek czuje się kobietą. Nasze rozmowy w więzieniu, czasem bardzo intymne, nigdy na to nie wskazywały, wręcz przeciwnie. Ewa Hołuszko do 2000 r. była Markiem Hołuszką. – Myśmy się z tym oswajali stopniowo, bo najpierw znaliśmy jego, potem ją”.  A ja tu pragnę już tylko zwrócić uwagę na ten fragment: „Wręcz przeciwnie”. Ciekawe, prawda?
No ale, jak słyszymy, Marek Hołuszko, w wolnej już Polsce, przeszedł operację korekcji płci, stał się Ewą, no i rozpoczął marsz ku temu, co się stało podczas minionego Marszu. Jak podaje „Fakt”, Ewa Hołuszko, mimo iż jest absolwentką trzech kierunków na Uniwersytecie Warszawskim, oraz jednego na Politechnice, od wielu lat jest bezrobotna, mieszka w piwnicy, żyje w kompletnej nędzy… i z tego co możemy obserwować, to, co podobno narodowcy zrobili z jej samochodem, daje jej szansę na pewne odbicie się od dna. Oto rozpoczęła się zbiórka na nowy samochód oraz remont wspomnianej wcześniej piwnicy, no a dalej to już może i kariera posła. Przepraszam – posłanki.
Skoro dotarliśmy do takiego poziomu obłędu, podejdźmy jeszcze wyżej. Oto sprawa Hołuszko trafiła do samego „Newsweeka”, a tam zabiera głos niejaki Marcin Rzeczkowski, uczeń Hołuszko z „liceum dla tzw. trudnej młodzieży”. Proszę posłuchać: „Patrzyłem na Ewę i myślałem, że jestem taki sam jak ona, tylko odwrotnie. Wystraszyłem się, patrząc na reakcje. Cofnąłem się do etapu męskiej lesbijki”. Dziś Rzeczkowski jest już Rzeczkowską, a my mamy pełny obraz tego, z czym mamy do czynienia dziś w Kraju. Oto podczas gdy my zajmujemy się konfliktem między prezydentem Dudą, a ministrem Macierewiczem, oni, jak zawsze, zastanawiają się, czy on, to ona, i czy ona, to on.
       Warto żyć.


Jak zawsze zachęcam do czytania moich książek. Można je kupować w paru różnych miejscach, ale najlepiej w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.  

czwartek, 23 listopada 2017

Siedem refleksji na zmurszałe tematy

Od czasu gdy „Polska Niepodległa” przeszła na cykl dwutygodniowy, znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie do wyboru mamy już tylko albo uznać, że tu nie ma miejsca dla tematów, które nikogo już nie interesują i zapomnieć o tym, co nas jeszcze niedawno tak skutecznie wciągało, albo zacisnąć zęby i żyć wspomnieniami.  No i się zwyczajnie pouśmiechać. Uśmiechajmy się zatem.

Miniony tydzień zdominowany został przez jedno praktycznie wydarzenie i chyba nie mamy wyjścia, jak się odpowiednio zaangażować. Dotychczas o tym pewnie nikt z nas nie miał bladego pojęcia, ale okazało się właśnie, że wśród wielu pisarzy, znanych, mniej znanych i w ogóle nieznanych, chodzi też po naszym świecie człowiek o nazwisku Janusz Rudnicki. Wielka kariera Rudnickiego rozpoczęła się już jakiś czas temu i jak się można domyślić, nie jest ona związana w żaden sposób z jego działalnościa literacką. Rzecz w tym, że kiedy ten, poproszony przez Wirtualną Polskę o opinię na temat Polski i jej obecnej politycznej sytuacji, powiedział, co nastepuje: „Mój najbardziej dotkliwy wkurw to nasz polski antysemityzm. Niestety nasz. Piekący, tępy i zajadły. Wyssany z mlekiem cholera wie jakiej matki, nieangielski i niekreolski. Kiedy widzę, słyszę i czytam to, co wydaje z siebie to bydło, brakuje mi tchu. Myślę sobie: ‘Co za koszmar!’. Łapię się na tym, że najchętniej zagnałbym ich do stodoły i niechby ich tam spalił ogień ich nienawiści. Polacy en block to kartofle. Przeciętny Polak to kundel. Najbardziej to widać na lotniskach, przez które przewijają się wszystkie rasy świata. Polski lud ma do dziś mordy z obrazów Dudy-Gracza. Jeśli przyjąć, że na przykład prymitywna i zacofana amerykańska Polonia jest wypadkową tego ludu, no to co?
Formuła tej rubryki jest taka, że nie ma tu możliwości poświęcenia większej ilości miejsca wypowiedziom Rudnickiego, myślę jednak, że to co pokazałem wyżej, w pełni wystarczy. Choćby tylko po to, byśmy się mogli zadumać nad tym, jak naprawdę dziś niewiele trzeba, by zostać przyjętym do tak zwanej „elity”. Wystarczy na jednym oddechu wypowiedzieć słowa „wkurw” i Polska.

***

A trzeba przyznać, że dziś Rudnicki, niewykluczone, że właśnie dzieki tej wypowiedzi i jej szczególnej poetyce, stał się częścią elity pełną gębą. Ale zacznijmy od początku. Otóż jakiś czas temu niejaka Anna Śmigulec z „Wysokich Obcasów” umówiła się z Rudnickim w kawiarni i w pewnym momencie, kiedy sobie tak z nim siedziała przy stoliku, pojawił się jakiś kolega Rudnickiego, a ten powitał go okrzykiem: „Chodź! Kurwy już są”. Dziennikarka się obraziła i to co się stało, opisała publicznie, prawdopodobnie licząc na to, że po aferze Harveya Weinsteina i spółki uda jej się odpowiednio zaistnieć. I proszę sobie wyobrazić, że… nic z tego. Niemal w tym samym momencie, gdy ukazały się rewelacje owej Śmigulec, zorganizowany i uruchomiony został front obrony Rudnickiego, co ciekawe głównie przez jego znajome, które ogłosiły, że im tego typu zachowanie Janusza nie przeszkadza, bo wszyscy wiedzą, że Rudnicki to taki śmieszek i jemu wolno więcej, niż tym obślizgłym męskim szowinistom z PiS-u.

***

W sumie, to jest bardzo ciekawe, co mówią koleżanki  redaktor Śmigulec, że wszyscy doskonale i od dawna wiedzą, że Rudnicki to takie wesołe chamiszcze, bo to by wskazywało na to, że kiedy ona szła na spotkanie z nim w tej knajpie, również doskonale wiedziała czego się może spodziewać. Czy to możliwe więc, że ona by bardzo dobrze zniosła sytuację, w której Rudnicki nazywa ją „kurwą”, tyle że w sytuacji tête-à-tête, a nie w towarzystwie obcych? Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko brzmi wręcz nieprawdopodobnie, jednak musimy pamiętać, że cały czas mamy do czynienia ze środowiskami bezpośrednio związanymi z „Gazetą Wyborczą”, a to jest świat, gdzie wszystkie, dosłownie wszystkie, reguły są odwrócone, a normalny człowiek może się zapuszczać wyłącznie na własne ryzyko.

***

No popatrzmy może na wypowiedź dziennikarki „Wyborczej”, prywatnie żony niesławnego redaktora Jacka Żakowskiego, gdzie ona w następujący sposób tłumaczy nam zagadkę Janusza Rudnickiego: „Pamiętam, jak Janusz Rudnicki wkręcił mnie (skutecznie), że jego nowa dziewczyna, którą za chwilę miałam poznać, jest prostytutką i to wyjątkowo tanią – 50 zeta za godzinę. Albo jak na imprezie przekonywał kolegę, że już ze mną ustalił, że wezmą mnie na dwa baty. Albo jak wyrywał dziewczynę (przy mnie) na historię o tym, że totalnie na niego lecę, ale jestem za brzydka i mu przy mnie nie staje. Albo, że jak mu dam dupy, to będę mogła sobie dopić jego piwo […] oczywiście rozumiem, że nie wszystkim muszą się podobać takie seksistowskie żarty, i że nie każdy musi je rozumieć. No ale przecież nie wolno za to Januszka (na miły bóg) wrzucać do jednego worka z Weinsteinem”.
Mam nadzieję, że wiedzą Państwo, o co mi chodzi, kiedy mówię, że to towarzystwo jest z innego świata, ani ludzkiego, ani zwierzęcego, ani nawet chyba świata nieożywionego. No bo zastanówmy się, czy nie byłoby się nam łatwiej porozumieć z taką choćby sztachetą w płocie?

***

Wspomniałem na początku, że ostatnie dni zostały zdominowane przez relacje towarzyskie między polskimi feministkami, a pisarzem Rudnickim, ale to nie jest do końca prawda. Oto mniej więcej w tym samym czasie, gdy po lewackiej strony sceny toczyła się debata na temat róznic między relacjami Harveya Weinsteinem z jego aktorkami, a relacjami, jakie łączą polskie feministki z ich partnerami seksualnymi, Kościół reprezentowany tu przez grupę szanowanych powszechnie duchownych podjął debatę na temat moralnej dopuszczalności samobójstwa, z tym zastrzeżeniem, że owo samobójstwo jest wyrazem protestu przeciwko rzadom Prawa i Sprawiedliwości. Najbardziej chyba spektakularne okazało się wystąpienie biskupa Tadeusza Pieronka, w którym głosząc wielkość rozpaczliwego protestu Piotra Szczęsnego wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości, wyznał, że on wprawdzie również jest bardzo rozczarowany PiS-em, jednak sam sobie nie wyobraża, by mógł się osobiście oblać benzyną i podpalić, bo mu „brakuje odwagi”. Proszę zwrócić uwagę, że księdzu biskupowi nie chodzi ani o to, że samobójstwo to bardzo ciężki grzech, lub że życie jest zbyt piekne, by je poświęcać na ołtarzu bieżącej polityki, ale wyłącznie o brak odwagi. A my się tylko możemy domyślić, że gdyby nie owo tchórzostwo, to biskup Pieronek by nam urządził taki popis, że Prezesowi i Błaszczakowi poszłoby w pięty.

***

Swoją drogą, z tego biskupa Pieronka jest poważny cwaniak. Chwaląc „bohaterski” czyn Piotra Szczęsnego swoją wypowiedź układa w taki sposób, by nikt mu nie zarzucił, że występuje w imieniu Kościoła. Każde jego słowo to wyłącznie jego osobista moralno-polityczna refleksja. Podobnym sprytem wykazał się również popularny internetowy jezuita, o. Grzegorz Kramer, który też coś tam chlapnął na temat „odwagi”, ale szybko się zreflektował i wszystkich wielokrotnie przeprosił. O wiele mniej rozsądnie postąpił inny wybitny ksiądz, Adam Boniecki, który w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” zasugerował, że współczesna nauka Kościoła rozróżnia samobójstwo od samobójstwa i pewne jego rodzaje usprawiedliwia.  Wygłosił ksiądz Boniecki tę naukę i natychmiast dostał w łeb od swoich przełożonych, którzy mu udzielili bardzo poważnego ostrzeżenia za to, że miesza ludziom w głowach. Ciekawe. Zapuścił ksiądz Boniecki brodę, uznając zapewne, że to go zbliży intelektualnie do nieświętej pamięci Bronisława Geremka. A tu… taaaaka lipa.

***

Zrobił się nagle nastrój dość ponury, dobrze by więc było się nam na koniec nieco pośmiać. Proszę więc bardzo. Oto z okazji zbliżającego się Święta Niepodległości zorganizowano w Gdańsku spotkanie z Adamem Michnikiem, na którym pojawiła się niespodziewanie grupa działaczy Młodzieży Wszechpolskiej, która postanowiła powitać Michnika tradycyjnym chlebem i solą, ale ze względu na brak jednego i drugiego, przyniosła ze sobą wiadro ze smołą. Co by o nich nie mówić, chłopaki z Młodzieży Wszechpolskiej humor mają nozrównany. Kiedy piszę dzisiejszy tekst, słyszę, że Donald Tusk zdecydował się przyjąć zaproszenie na obchody Dnia Niepodległości i pojawi się na Placu Piłsudskiego. Pewnie nic z tego nie wyjdzie ale naprawdę miło jest sobie wyobrazić, jakby to było, gdyby oni zechcieli ten numer ze smołą wykonać raz jeszcze.

Książki oczywiście są nadal tam gdzie wcześniej, czyli pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam uczciwie i serdecznie.






środa, 22 listopada 2017

Przejmujemy ZPR-y, czyli zmiana jeszcze lepsza - repryza

      W dyskusji pod moim wczorajszym tekstem o oczach Antoniego Macierewicza, na pierwszy plan wysunęły się dwa zarzuty. Jeden pod adresem Andrzeja Dudy i pani Agaty, że owa parka, zamiast pracować na rzecz Ojczyzny, dba wyłącznie o to, by się stroić i rozdawać uśmiechy, drugi, adresowany już tylko do mnie, że z takim zacięciem atakuję ministra Macierewicza, natomiast jakąś dziwną ochroną objąłem Prezydenta. Gdy chodzi o pretensję pierwszą, to głosu zabierać nie mam ochoty, bo uważam, że nasze oczekiwania w stosunku osób występujących publicznie, na poziomie tak zwanego wizerunku, to kwestia gustu. Mnie na przykład to, jak się prezentują prezydent Duda z Małżonką bardzo odpowiada, natomiast domyślam się, że dla wielu z nas wzorem najbardziej naturalnej elegancji są Witold Gadowski, czy Stanisław Janecki. A więc o tym już ani słowa.   
      Chciałbym natomiast zareagować na zarzut podniesiony przede wszystkim przez naszego kolegę Bendixa, jakobym ja na tym blogu prezydenta Dudę wyłącznie ozłacał i nawet seria tekstów na temat Kędryny, to robota nie moja, tylko Coryllusa. Otóż rzecz w tym, że ja od roku 2009 o Antonim Macierewiczu na tym blogu wspomniałem siedem razy i, pomijając wczorajszy tekst, bez jednego krytycznego słowa. Z drugiej strony, o Prezydencie wspomniałem chyba ze sto razy i jeśli ktoś ma ochotę, to niech sobie sprawdzi, czy zawsze w tonie wskazującym na to, że ja mam do niego jakąś niedobrą słabość. Dziś, w obliczu sporu miedzy Andrzejem Dudą, a Antonim Macierewiczem, trzymam stronę Prezydenta. Swoje powody przedstawiłem i nie będę ich tu powtarzał. Natomiast specjalnie dla Bendixa, który wprawdzie podobno czyta wszystko co ja publikuję, tyle że wciąż mu się plącze kto, co i jak, przypominam swój tekst zatytułowany „Przejmujemy ZPR-y, czyli zmiana jeszcze lepsza”, którego rocznicę będziemy obchodzić w najbliższy piątek.
   

      Oto niemal niepostrzeżenie najstarsze dziecko III RP, popularna bulwarówka „Super Express” ukończyła 25 lat i pewnie pies z kulawą nogą by na to wydarzenie nie zwrócił uwagi, gdyby nie to, że przy tej okazji w Teatrze Polskim doszło do wielkiej fety, którą swoją obecnością zdecydowali się zaszczycić prezydent Andrzej Duda z Małżonką. Ktoś powie, że z tym psem to nieprawda. Przede wszystkim, „Super Express” to bardzo poważne przedsięwzięcie, w dodatku, przez osobę swojego naczelnego, przedsięwzięcie niezwykle zasłużone dla Dobrej Zmiany, no a poza tym cóż tam taki prezydent choćby i z małżonką jest w stanie zmienić, kiedy tam bawią się tak zasłużone nie tylko dla III RP osoby, jak Maryla Rodowicz, Katarzyna Cichopek, Cezary Pazura z żoną, Monika Olejnik, detektyw Rutkowski, Beata Tadla, Jan Pietrzak, Andrzej Gołota, Leszek Miller, a nawet piosenkarka Doda? Czy naprawdę trzeba tam było ściągać prezydenta Dudę, żeby te urodziny rozbrzmiały szerokim echem po całym kraju, zwłaszcza że całość transmitowała państwowa telewizja?
      A to przecież nie koniec atrakcji. Jak się dowiadujemy z najlepszego źródła, bo od samego jubilata: „wielką galę rozpoczęło oczywiście odśpiewanie ‘Sto lat’, a właściwie Happy Birthday w wykonaniu Dody wystylizowanej na Marliyn Monroe. Redaktor naczelny "Super Expressu" podziękował wszystkim Czytelnikom gazety - Jesteśmy dumni z naszych czytelników, którzy mają wielkie serca i za te serca chciałem podziękować. Dziękuję państwu za te 25 lat i ‎mamy nadzieję że przed nami kolejne 25.Jakby tego było mało, podczas uroczystości ogłoszono wyniki jubileuszowego plebiscytu. I tak oto sportowcem 25-lecia został Andrzej Gołota, filmem 25-lecia „Dzień świra”, aktorem 25-lecia Cezary Pazura, przedsiębiorcą 25-lecia Roman Kluska, osobowością 25-lecia Ilona Łepkowska, artystą 25-lecia Zenon (nie mylić z Wacławem) Martyniuk, natomiast nagroda specjalna 25-lecia przypadła piosenkarce Dodzie, która z tej okazji wraz ze swoją grupą muzyczną Virgin wykonała premierowo piosenkę „Kopiuj wklej”. Przepraszam bardzo, ale czy naprawdę do pełni sukcesu tego przedsięwzięcia potrzebny był tam jeszcze prezydent Duda z panią Agatą?
      Otóż okazuje się, że tak. Oni tam też się pojawili. Dziś jest tak, że część z nas zastygła w krępującym milczeniu, część się zastanawia, czy w związku z obecnością pary prezydenckiej, strój jaki na sobie miała Doda był odpowiedni do sytuacji, a jeszcze inni się cieszą, że to świetnie, że Prezydent tam zawitał, bo należy wspierać polski biznes, a jak wiemy „Super Express”, to biznes jak najbardziej polski, bo utrzymywany przez jak najbardziej polskie Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe i ich szefa, człowieka nazwiskiem Benbenek – Polaka, pełną, że się tak wyrażę, gębą. Właśnie tak. A zatem, to my. Co ciekawe, tamta strona milczy jak grób. Kiedy moglibyśmy się spodziewać fali okrutnego szyderstwa, oni akurat zatopili się w uprzejmej dyskrecji. Ciekawe, prawda?
       W tym momencie, z tak zwanej ostrożności procesowej, będę musiał swoją dzisiejszą notkę zakończyć i tylko powiem, że głupio jest patrzeć, jak mój prezydent jest pięknie rozprowadzany przez swoje otoczenie. Bo nie oszukujmy się. To nie jest tak, że on już od paru tygodni chodził podniecony i wszystkim powtarzał, by mu nie zapomniano przypomnieć o urodzinach „Super Expressu”. To tak nie działa. Kiedy się jest prezydentem, chodzi się w różne miejsca, a więc tu, tam i jeszcze gdzie indziej, a niekiedy jest i tak, że dla podniesienia rangi wydarzenia, wraz z żoną. A gdzie, to akurat sam prezydent do tego już głowy nie ma.
       A więc, jak mówię, to już jest koniec. A ja tylko chciałbym powiedzieć mojemu prezydentowi, że jeśli tak bardzo lubi brać udział w imprezach urodzinowych, to następnym razem niech wpadnie na urodziny mojego psa. Tak będzie dla niego i dla nas wszystkich zdecydowanie lepiej. A jak ktoś mi powie, że ja się tak nakręciłem ze względu na pupę piosenkarki Dody, to go stąd wyrzucę.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl.

wtorek, 21 listopada 2017

Antoni Macierewicz, czyli czy te oczy mogą kłamać?

      Muszę się przyznać do czegoś, o czym tu wcześniej ani nie wspominałem, ani wspominać nie chciałem, z różnych względow. Przede wszystkim nigdy nie miałem wrażenia, że sprawa jest na tyle pilna, by się nią zajmować, no a poza tym zawsze istniały powody, by ją traktować jako zbyt delikatną politycznie, by się specjalnie popisywać swoimi przemyśleniami, a tym bardziej składać jakieś deklaracje. Ponieważ jednak nadszedł moim zdaniem odpowiedni czas, chciałbym powiedzieć, że gdy chodzi o Antoniego Macierewicza, mój do niego stosunek oscylował niemal wyłącznie między bardzo silną niechęcią połączoną z kompletnym brakiem zaufania, a rozbawieniem wynikającym z jego zawsze tak spektakularnych popisów w politycznej debacie.
     Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że tego typu słowa na tym blogu mogą wywołać pewną konsternację, od razu powiem, dlaczego Antoniego Macierewicza, z bardzo krótkimi przerwami, niemal zawsze źle tolerowałem. I wbrew temu, co się może niektórym z nas wydawać, wcale nie chodzi o jego pojedyncze wypowiedzi, czy zachowania, bo tu on akurat zawsze starał się robić wrażenie bardzo dobre. Ja Macierewicza nie lubię głównie ze względu na historię, jaką on za sobą ciągnie przez całe lata 90, a więc przez ową dziwną dekadę, kiedy naprawde szło w Polsce na ostro. Z jednej strony mieliśmy połączone siły Systemu próbujące nas przydusić do ziemi, z drugiej Jarosława Kaczyńskiego, starającego się, najczęściej całkowicie samotnie, odnaleźć się w tej wojnie, a na tym tle kręcił się Antoni Macierewicz, polityk w końcu nie z ostatniego rzędu, realizujac swój zawsze niezwykle cwany plan wyzwolenia Polski spod postsowieckiej okupacji, z którym wszedł nawet w lata 2000. Gdyby ktoś nie pamiętał, proszę spojrzeć, jak wyglądała jego polityczna kariera po tym, jak upadł rząd Olszewskiego, wedle doniesień Wikipedii:
     „19 lipca 1992 został usunięty z ZChN, tworząc m.in. wraz z Mariuszem Maraskiem i Piotrem Walerychem małą partię pod nazwą Akcja Polska, która weszła w czerwcu 1993 w skład Ruchu dla Rzeczypospolitej Jana Olszewskiego. W wybprach parlamentarnych w tym samym roku bez powodzenia ubiegał się o reelekcję z listy Koalicji dla Rzeczypospolitej w krakowskim (otrzymał 11 586 głosów).
       W listopadzie 1993 reaktywował Akcję Polską. W 1995 wstąpił do Ruchu Odbudowy Polski, a w 1996 został wiceprzewodniczącym rady naczelnej tej partii. W wyborach parlamentarnych w 1997  z listy ROP wszedł do Sejmu III kadencji, uzyskując 15 221 głosów. Po rozłamie w tej partii, tuż po wyborach został prezesem założonej przez siebie partii Ruch Katolicko-Narodowy. W latach 1996–1997 współdziałał w opracowaniu Obywatelskiego Projektu Konstytucji. W 2001 został liczbą 24 900 głosów wybrany do Sejmu z listy Ligi Polskich Rodzin w okręgu warszawskim, której klub opuścił po kilku miesiącach na skutek konfliktu z Romanem Giertychem. W IV kadencji od 2004 do 2005 był członkiem sejmowej komisji śledczej ds. prywatyzacji PKN Orlen.
      W wyborach samorządowych w 2002 kandydował na stanowisko prezydenta Warszawy. Kampanię zakończył w pierwszej turze, z poparciem 5849 wyborców (1,09%), zajmując 8. miejsce na czternastu kandydatów. Współtworzył wówczas koalicję Razem Polsce, zrzeszającą niewielkie konserwatywno-narodowe ugrupowania prawicy, która zaprzestała działalności po porażce w tych wyborach. Od maja do lipca 2004 reprezentował Polskę w Parlamencie Europejskim.
      Wraz z Janem Olszewskim i Gabrielem Janowskim i z poparciem Anny Walentynowicz przed wyborami parlamentarnymi w 2005 stworzył federacyjną partię Ruch Patriotyczny, która w wyborach do Sejmu nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 1,05% głosów”.
      Czy wszyscy widzą to co ja widzę? Proszę mi zatem powiedzieć, jakie zasługi dla wolnej Polski, poza zwykłym pyskowaniem i robieniem wrażenia, miał Antoni Macierewicz przez te wszystkie lata, kiedy się wszystko rozstrzygało? Mam nadzieje, że nie zaliczymy do nich tego jednego procenta głosów przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu w wyborach samorządowych w 2002 roku, ani nawet kolejnego procenta dla oczywiście bardzo patriotycznego ruchu w wyborach do Sejmu w roku 2005, tym razem przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. Przepraszam bardzo, ale kim byłby dziś Antoni Macierewicz, gdyby nie to, że po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, w roku 2006 Jarosław Kaczyński nie podjął decyzji, że najwyższy czas zlikwidować Wojskowe Służby Informacyjne i z sobie znanych powodów uznał, że nikt nie zrobi tego lepiej od Macierewicza?
     A zatem wiemy już, jakie mam zarzuty do Antoniego Macierewicza. Według mnie, politykiem jest on wyjątkowo marnym, a przede wszystkim niesamodzielnym, tyle że przez jakieś nie do końca przez nas poznane cechy charakteru, czy temperamentu, został wykorzystany przez Jarosława Kaczyńskiego, który jak wiemy kieruje się przede wszystkim zimną kalkulacją, a nie emocjami, do realizowania pewnych zadań dla Polski, no i je lepiej lub gorzej realizuje… do niedawna. Otóż, jak wszyscy zauważyliśmy, w ostatnich miesiącach obecność Antoniego Macierewicza w publicznej przestrzeni nie jest związana z jego osiągnięciami w badaniu przyczyn i przebiegu Katastrofy Smoleńskiej, co – zechciejmy sobie łaskawie przypomnieć – w pewnym momencie było przedstawiane, niemal jako jego znak firmowy, lecz kompletnie bezsensowny spór z prezydentem Dudą o jednego z jego zaufanych generałów. Nie będę tu wyjaśniał konkretnie, w czym rzecz – kto chce, może sobie łatwo doczytać w innych miejscach – natomiast chciałbym zwrócić uwage na fakt, że awantura z Prezydentem jest naprawdę jednym z niewielu tematów, które dostarczają paliwa tym wszystkim, którzy nie liczą już dziś na nic, jak tylko na to, że Jarosław Kaczyński umrze i pusci ten cały bałagan samopas.
      Ktoś powie, że to Duda jest zdrajcą, a nie Macierewicz, to Duda ma żonę Żydówkę i epizod w Unii Demokratycznej, a Antoni Macierewicz to wielki polski patriota. A ja się tu kłócić nie będę i powiem, że może i taka jest prawda: Duda to Żyd, a Macierewicz to polski bohater. Tyle że, przepraszam bardzo, ale co z tego, jeśli Andrzej Duda jest dziś legalnie urzędująceym prezydentem, w dodatku cieszącym się najwyższą popularnością wśród najbardziej patriotycznie zorientowanej części społeczeństwa i, póki co, gwarantującym kolejne zwycięstwa Dobrej Zmiany, a Macierewicz tak czy inaczej pozostaje wyłącznie jednym z ministrów w rządzie Beaty Szydło, którego w każdej chwili można zastąpić kimkolwiek, bez absolutnie żadnej szkody dla dalszych losów kraju? Że co? Że Macierewicz się obrazi i założy kolejny ruch o kolejnej bardzo fantazyjnie brzmiącej nazwie i w następnych wyborach dostanie swoje tradycyjne 1,09 %? A cóż to komukolwiek szkodzi?
      A zatem, ja od Macierewicza dziś oczekuję tylko jednego. Niech się na chwilę chociaż oderwie od szykowania swojej kandydatury na – wreszcie! – przyszłego lidera polskiej prawicy, bo on jest tak słaby, że z nim wygra nawet Patryk Jaki, a kto wie, czy nawet nie Dominik Tarczyński.
      Kończę ten tekst i już czuję swąd wściekłości, jakiej ten blog dotychczas nie zaznał. W tej sytuacji, myślę, że nic nie zaszkodzi, jak do tego wszystkiego dorzucę jeszcze jedną refleksję odnośnie wrażenia, jakie Antoni Macierewicz robi na swoich sympatykach podczas swoich medialnych występów. Otóż moja świętej pamięci ciocia Marysia któregoś dnia, widząc w telewizji Donalda Tuska, powiedziała: „Popatrz na niego. Stawia te oczy jak złodziej”. Otóż moim zdaniem Antoni Macierewicz stawia oczy jak złodziej. Od zawsze i nigdy inaczej. Nawet wtedy, gdy informował Wałęsę, że wie, że ten wie, że on wie. I wcale nie chodzi mi o tę mityczną nienawiść. Wcale nie. W oczach Macierewicza nie ma śladu nienawiści. Tam jest sama miłość. I to jest drugi powód, dla którego mu nie ufam.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Naprawdę trudno znaleźć coś choćby podobnego.



poniedziałek, 20 listopada 2017

O karze za ludobójstwo

Znów jesteśmy nieco spóźnieni, ale, jak to mówią, co ma wisieć, nie utonie, a więc dziś przedstawiam swój ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że mocny jak należy.

       Pomijając fakt, że jest coś dziwnego w tym, że materiały ani w żaden sposób tajne, ani nawet nie pochodzące z tak powszechnie ostatnio ujawnianych podsłuchów, wychodzą na wierzch dopiero po wielu latach, warto zwrócić uwagę na fakt, że oto media ujawniły fragment posiedzenia tak zwanej Komisji Millera, badającej Smoleńską Katastrofę, fragment prawdziwie wstrzasający. To bowiem co słyszymy wskazuje na fakt, że swego czasu bardzo medialnie eksploatowany wątek rzekomej obecności generała Błasika w kokpicie tupolewa, był od początku do końca prowokacją mającą na celu zrzucenie winy za katastrofę bezpośrednio na Generała, a pośrednio oczywiście na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego polecenia ten zobowiązany był wykonywać. Chodzi o to, że podczas posiedzenia Komisji przewodniczący Miller zarządził, by mimo oczywistego braku dowodów, a nawet podejrzeń, wspólnie i jednogłośnie przekazać do wiadomości publicznej informację, że wedle ustaleń Komisji, generał Błasik tuż przed katastrofą wtargnął do kokpitu.
     Owa informacja, już sama w sobie, robi na każdym nieuprzedzonym obserwatorze wrażenie, to natomiast, co mnie tu interesuje szczególnie, to dwie kwestie, na które, jak się zdaje, mało kto zwrócił uwagę. Otóż przede wszystkim nie mogłem nie zauważyć, że w momencie, gdy sam przewodniczący Miller dość niezgrabnie, zapewne czująć, że bierze udział w ciężkim przekręcie, proponuje, by nie ogłaszać jednoznacznie, że w kabinie znajdował się generał Błasik, ale osoba „spoza załogi”, ewentualnie „Pan Generał dowódca Sił Powietrznych”, jednak bez nazwisk, do rozmowy wtrąca się któryś z pozostałych członków Komisji i mówi co następuje: „Jeżeli  można, ja bym wolał jednak, żeby to było już w tym opisie, bo po co, po co potem dowiązywać ten wątek kryminalny w innym miejscu? […] Czemu tu pisać, że osoba spoza załogi? Jeśli tu w opisie napiszemy, że jest to Dowódca Sił Powietrznych, to te klocki bardziej będą pasowały do siebie”.
      Rzecz w tym, że chciałbym bardzo się dowiedzieć, kto wygłosił te słowa. Kto przede wszystkim, w ów wyjątkowo parszywy sposób wrzucił tu ten „wątek kryminalny”, no i kto to taki wpadł na pomysł, że tu tak naprawdę chodzi tylko o to, by „te klocki pasowały so siebie”. Chciałbym bardzo poznać twarz i nazwisko tego tak wybitnie gorliwego człowieka. A to z jednego i tylko jednego powodu, który się zresztą wiąże z drugim interesującym mnie bardzo elementem tej sprawy.
      Otóż, jak już wspomniałem, zapis owej narady nie był ani utajniony, ani też szczególnie chroniony. Wszystko też tam brzmi bardzo wyraźnie, nie słychać jakichkolwiek cięć. Wszystko więc wskazuje na to, że oni tam sobie rozmawiali w pełnym przekonaniu, że nie ma takiej siły, która mogłaby spuścić na nich jakąkolwiek karę. To zatem ich poczucie bezkarności, bardzo mnie moblizuje do tego, by z nich wszystkich wyciągnąć tego jednego specjalistę od „kryminalnych wątków” i „klocków” i mu osobiście wyrwać serce z gardła.


Na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl możemy znależć moje książki. Naprawdę szczerze polecam.

niedziela, 19 listopada 2017

Telefon do tamtego świata

      Pochowaliśmy wczoraj na cmentarzu w Przemyślu mojego teścia, a ja mam z tej okazji refleksję, moim zdaniem, zupełnie szczególną. Otóż w swoim kazaniu podczas mszy żałobnej ksiądz w pewnym momencie rzucił mniej więcej taką myśl: „Żegnamy dziś Andrzeja, ale to tylko na chwilę. Niedługo się z nim znów spotkamy i będziemy razem już na zawsze. I co do tego zgadzamy się chyba wszyscy. Nawet ci, którzy uważają, że Boga nie ma i że w ogóle nie ma nic, lubią od czasu do czasu wspomnieć o tym, że nasi zmarli gdzieś tam sobie żyją, myślą o nas, spoglądaja na nas z góry, no i że czekają na to, by się znów z nami połączyć”, a my wszyscy kiwaliśmy głowami i powtarzaliśmy sobie w duchu, że tak, to są naprawdę piękne słowa.
     I ja też słuchałem tego, co mówił ksiądz i myślałem sobie, że to w rzeczy samej są słowa bardzo piękne, głębokie i mądre. I przypomniałem sobie natychmiast pogrzeb Wisławy Szymborskiej, uroczystość całkowicie świecką, gdzie nie było ani Boga, ani nawet specjalnie zamówionego księdza, były natomiast kolejne przemówienia ludzi, którzy wciąż powtarzali, że żegnają się z Szymborską zaledwie na chwilę, a tymczasem niech ona tam gdzieś, Diabeł jeden wie gdzie, słucha swojej ukochanej Elli Fitzgerald. Tak było i ja tam byłem i przyznaję, że patrząc na ten cyrk coraz bardziej drętwiałem.
      Pochowaliśmy więc mojego teścia, wróciliśmy do Katowic i w pewnym momencie oboje uznaliśmy, że wypada teraz jak zawsze zadzwonić do niego i opowiedzieć mu o tym, jak było. Powiedzieć mu, jak było w Przemyślu, że lało, ale za to było dużo ludzi, że przyjechała nawet Jedynakowa i przywiozła jakiś pierścień Solidarności dla Mamy i że wujek Janek wszystko odpowiednio zorganizował i była ciocia Bożenka i mnie nie poznała, że ciocia Ewa bardzo ładnie wyglądała i że byli Maciek i Jacek, że przyjechała nawet Jadzia z Opola, a wujek Jurek po operacji chodzi o lasce, że Martynka była bardzo grzeczna i wszyscy byli zachwyceni, jaka ona śliczna, że Antek z Dorotą zamówili naprawdę najpiękniejszy wieniec, a Zosia się popłakała i że wujek Staszek wygłosił bardzo piękne kazanie o tym, że się pożegnaliśmy tylko na chwilę, no i że po pogrzebie poszliśmy na obiad, że był bardzo dobry rosół, zupełnie jak w domu, że ta autostrada do Katowic jest tak wygodna, że wróciliśmy do Katowic w dwie godziny i dwadzieścia minut, inna sprawa, że Krzysiek jechał 160 na godzinę, no i na samym końcu, że Liverpool wygrał z Southhampton 3:0… no i w tym momencie zrozumieliśmy, że koniec już z tymi telefonami i że nie ma dokąd dzwonić. Przynajmniej nie przez najbliższe lata.
      Siedzieliśmy tak sobie zadumani nad tym i owym, kiedy zadzwonił telefon właśnie i to był ktoś bardzo nam bliski, jeden z tych, o których podczas kazania mówił ksiądz, że nawet oni wierzą, że mimo iż nie ma nic, to jednak coś jest, i zapytał nas, jak tam na pogrzebie. A ja oczywiście opowiedziałem mu o tym, jak to mamy wielką ochotę zadzwonić do naszego taty i mu o wszystkim opowiedzieć, a tu nagle okazuje się, że ani nie ma gdzie dzwonić, ani cokolwiek opowiadać. I oto, proszę sobie wyobrazić, że ów nasz brat i przyjaciel powiedział zupełnie poważnie i szczerze, że ależ powinniśmy i tak zadzwonić, a kiedy się zgłosi automatyczna sekretarka, to mamy i tak gadać i powiedzieć wszystko, co mamy do powiedzenia, a tato nas z całą pewnością usłyszy.
     Jak? W jaki sposób? Przy pomocy jakich elektronicznych, a może kosmicznych urządzeń? Tego akurat już się nie dowiedzieliśmy.
     No a przede wszystkim nie dowiedzieliśmy się, skąd nagle pomysł, by szukać czegoś, czego nikt nie zgubił. I może to i dobrze. Jeszcze byśmy się dowiedzieli, że zdecydowana większość księży to pedofile, a Boga wymyślili pierwotni ludzie ze strachu przed piorunami.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania naszych książek. Naprawdę warto.

     

piątek, 17 listopada 2017

A teraz, drogie dzieci, pani Rowling zrobi wam bliznę

Jutro chowamy mojego teścia, a więc jeszcze przez parę dni będę tu głównie z doskoku. Ponieważ nie chce tak zupełnie zostawić tego bloga z, że tak to określę, pustymi rękami, chciałbym przypomnieć swój dość już stary tekst, jeszcze z roku 2009, w którym przedstawiłem, moim zdaniem, bezwzględnie najbardziej solidną krytykę cyklu powieściowego o małym czarodzieju Harrym Potterze. Bardzo jestem z tego dumny.



      
      Robię gołąbki dla mojej rodziny i chodzą mi po głowie różne myśli. Oto gotuje się druga kapusta, a ja siadłem na chwilę, żeby chociaż zacząć ten dzisiejszy wpis. I przypomina mi się film, polski, zrobiony jeszcze wtedy, gdy polskie filmy dało się z przyjemnością oglądać, zatytułowany Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy. Chodzi o to, że Maklakiewicz gra człowieka, który właśnie wyszedł z więzienia, mieszka z matką staruszką, która go utrzymuje i od czasu do czasu, ponieważ go bardzo kocha, daje mu parę złotych na to, żeby on mógł się z kolegami schlać. Któregoś dnia, pod klasyczną PRL-owska budką z piwem zaczepia go dzielnicowy i pyta, czy mu nie wstyd być na utrzymaniu starej matki: I wówczas Maklakiewicz mówi tak: „Dopóki człowiek ma matkę, pozostaje dzieckiem. Gdy ją straci, dba o swoje utrzymanie. Tu wiek nie ma nic do rzeczy”. Scena ta, z punktu widzenia dzisiejszych standardów, a pewnie i wszelkich standardów, jest absolutnie horrendalna. Jeśli się nad nią zastanowić, to od czasu jak Jezus powiedział ewangelistom o niebieskich ptakach, nie było zdania równie porażającego w swoim przesłaniu. Jak by ktoś nie wiedział, to dodam tylko, że za tym akurat stoi Jan Himilsbach. Podobnie jak Maklakiewicz, pijak. I podobnie jak ja – degenerat.
       Przypomniał mi się ten cudowny polski film, a po nim, natychmiast inny, już nie polski, ale normalny – hollywoodzki. Też stary, z 1984 roku, a zatytułowany Miejsca w sercu. Sally Field gra kobietę, której mąż nagle umiera, zostawiając ją z czworgiem chyba dzieci. Dzieci jak dzieci – zwykłe. Ani bardzo grzeczne, ani bardzo niegrzeczne. Tyle że, może dlatego, że akcja filmu dzieje się jeszcze w starych bardzo czasach, nie chodzą w bejsbolówkach, ani w kapturach, ani nie mają tatuaży, ani kolczyków w nosie i w pępkach. A ona też – klasyczna wdowa, która całe życie doskonale wiedziała co ma robić, żeby rodzina funkcjonowała, ale też świetnie wiedziała, że są rzeczy, o które ona dbać nie musi, bo od tego ma męża. Pewnego razu, najstarszy syn chuligani się i wypada go ukarać. Niestety Field nie wie, jak, a przede wszystkim, jakie kary, się wyznacza i wymierza,. Więc zwraca się do tego niegrzecznego, najstarszego syna z kluczowym pytaniem: „Co by zrobił ojciec?” I wtedy ten chłopak najpierw się zastanawia i szczerze odpowiada, że o ile on dobrze pamięta to by mu wlepił pięć (a może dziesięć – tym razem ja nie pamiętam) pasów na tyłek. No i je zbiera, praktycznie wymuszając je na biednej matce.
      Co mi strzeliło do głowy, żeby opowiadać filmy? Część tej zagadki została już wyjaśniona. Ale oczywiście, powodów jest więcej i z pewnością ważniejszych. Pierwszy jest taki, że obiecałem napisać, dlaczego podoba mi się książka A.A. Milne o Kubusiu Puchatku, i dlaczego nie podoba mi się cykl książek o Harrym Potterze. A żeby cokolwiek napisać, należy to pisanie jakoś zacząć. A zatem, proszę potraktować to co wyżej jako wstęp. Jest jednak i inny powód takiego a nie innego wstępu. Chciałem najlepiej jak umiem pokazać, co mnie przyciąga, jeśli idzie o sztukę, taką jak film, czy literatura, a więc jeśli idzie o wykreowaną opowieść, lub obraz. Chodzi bowiem zawsze tylko o to, żeby to przede wszystkim było coś tak prostego, że aż zwalającego z nóg. A poza tym, żeby to było opowiedziane w taki sposób, że słuchając tej opowieści, człowiek zapomina że oddycha. A to jest zadanie nie do wykonania przez byle kogo. Tego się nie da zrobić tak, że ktoś w ramach pijackiej, albo po-pijackiej przygody, przeżyje coś, co wyda mu się zabawne i uzna, że to on w takim razie napisze na ten temat całą książkę, albo nakręci o tym cały film. Dodatkowo, nie może być tak, że ktoś, zastanawiając się nad własnym życiem, wpadnie na pomysł, że właściwie, skoro nie udało mu się dostać na medycynę, czy zatrudnić w banku, można by zostać artystą i od tego czasu zaczyna się wyłącznie zajmować szukaniem odpowiednich kontaktów. Krótko mówiąc, jeśli chce się malować obrazy, pisać książki, układać piosenki, kręcić wielkie filmy, czy grać piękne melodie na instrumencie i liczyć na to, że się to sprzeda, trzeba być jednym ze stu tysięcy, a nie jednym z dziesięciu.
      Albo trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. A to miejsce i czas, wcale nie muszą być wybrane bardzo uczciwie. Nie wiem na pewno, czy to co opowiada o sobie ani Rowling jest prawdą, ale oficjalna wersja jest taka, że ona kiedyś nabazgrała parę słów w knajpie na chusteczce do nosa i jej wyszedł Harry Potter. Z tym świstkiem bibułki poszła do któregoś wydawcy i w ten sposób stała się najsłynniejszą i najbogatszą autorką książek dla dzieci na świecie. I to jest pierwszy powód, dla którego twierdzę, że całą tą histerią związaną z Potterem stoi zwykłe oszustwo. Przypadki się zdarzają, ale nie w taki sposób. Talenty również spadają na nas z nieba, ale nie ot tak sobie. Najlepszym dowodem na to, że cudów nie ma, a wszystko jest bardzo starannie planowane, jest choćby kompletnie zapomniany i zlekceważony talent człowieka o imieniu Schmaletz, o którym kiedyś tu wspomniałem. Nawet Al Cooper i Mike Bloomfield, kiedy nagrywali z Dylanem Highway 61 Revisited, byli wielkimi gitarzystami już wcześniej, a Cooper na tyle wybitnym i zdeterminowanym muzykiem, że nawet mógł sobie pozwolić na to, by grać nagle na organach.
      Ale wracajmy do Pottera. Jego wyjątkowa bylejakość opiera się nie na jednym filarze – czyli na bylejakości talentu jego autorki – lecz na trzech bardzo mocnych podstawach. Jeden, to wspomniany już styl pisarski. Ta książka napisana jest w taki sposób, że każdy przeciętny copywriter w każdym przeciętnym wydawnictwie umie tak pisać. Tam nie ma jednego zdania, które wskazywałoby na to, że ona potrafi więcej, niż ktokolwiek inny, będący w tym zawodzie. Co więcej, skoro już pojawił się ten copywriter, cała narracja i cała fabuła tej ksiązki prowadzona jest tak, jakby pisała ją nie jedna osoba, lecz kilka. Efekt jest taki, że Harry widzi lustro, nagle z lustra wychodzi potwór, ale kiedy już go ma zabić, Harry wypowiada zaklęcie i w tym momencie zamienia się w sowę i wylatuje przez okno. Tymczasem okazuje się, że sowa, w którą on się zamienił nie umie latać, bo kiedy wypowiadał zaklęcie, coś mu się pomyliło i przez tą swoją pomyłkę sprowadził Valdemorta i zmienił go w sowę i teraz Harry jest Valdemortem … i tak to się ciągnie. Dokładnie na zasadzie telenoweli. Albo jeszcze gorzej: Kiedyś grałem na komputerze Atari w taką grę, gdzie trzeba było wybierać jedną z dróg. Idziesz albo do lasu, albo na polanę? Wybierasz las. W tej sytuacji rozpalasz ognisko, czy zbierasz grzyby? Zbierasz grzyby. Skoro zbierasz grzyby – znajdujesz złotą monetę, czy pięknego grzyba? Znajdujesz monetę… I w ten sposób do usranego końca. Oto fabuła Harrego Pottera. Nie istnieje żaden logiczny i przemyślany plan, lecz wyłącznie seria epizodów, z których każdy wynika z poprzedniego i które można ciągnąć w nieskończoność, do czasu jak ktoś nie powie: „Panowie, kończmy” i wtedy wszyscy giną, albo się żenią, albo ulatują w kosmos.
      Obrońcy Harrego Pottera twierdzą, że to wszystko jest nieważne, bo to jest książka dla dzieci i liczy się przygoda i przesłanie. A przesłaniem jest przyjaźń, wierność, miłość, więc dzieci – czytelnicy tej książki – mają wszystko co trzeba, żeby się przez nią stać lepszymi i mądrzejszymi ludźmi. A to, że świat przedstawiony w książce, to świat czarów i czarodziei, tylko wzmacnia dziecięcą wyobraźnię i też przez to czyni ich lepszymi. Tyle że to nieprawda. W przygodach Harrego Pottera nie ma ani miłości, ani przyjaźni, ani wierności, ani nawet zdrady. Jedyne co tam jest to kompletny chaos i przypadek, który jest wynikiem tego że w tamtym świecie hula nieustanna magia, gdzie wszyscy rzucają na siebie zaklęcia i wszyscy wszystkich chcą zniszczyć, lub uratować. Każdy w każdym momencie może stać się dobry, albo zły, zależnie albo od fantazji osoby, która aktualnie pisze kolejny rozdział, albo od potrzeb scenariuszowych. Dodatkowo jeszcze, ta magia, która trzyma w kleszczach jakikolwiek sensowny kształt tej opowieści, i która się nigdy nie kończy, bo wszyscy są magikami równie wybitnymi jak i kompletnie nieudanymi, nie jest magią prawdziwą, a więc magią na widok której moglibyśmy sobie pomyśleć, że oto jest coś o czym nigdy wcześniej nawet nie pomyśleliśmy, ale magią w takiej postaci, jak ją mógłby sobie wyobrazić każdy głupek. A więc lustra, z których coś wyłazi, albo stoły, które zaczynają chodzić, albo samochód, który fruwa. I to ma rozbudzać wyobraźnię dzieci? Dziękuję bardzo. Wolę „Lethal Weapon IV”. Przynajmniej tam ktoś jest lepszy, lub silniejszy, lub mądrzejszy i nie jestem wystawiony na rozwiązania takie, jakie są w Potterze, gdzie nawet największy czarodziej świata, czyli Dumbledore co drugi dzień jest głupi, niesprawiedliwy, albo kompletnie nieprzytomny, a jedyne co potrafi naprawdę, to robić magiczne sztuczki prosto z programu David Coppperfield Show.
      No i jest jeszcze jeden aspekt tej ksiązki, czy serii książek, który sprawia, że ona stała się tak popularna i która uczyniła z Rowling gwiazdę. Chodzi mi o ten podstawowy, a zarazem jedyny pomysł na ten projekt. W normalnych bajkach było zawsze tak, że istniał świat realny i świat czarodziejski. Przygoda polegała na tym, że niekiedy świat czarodziejski przenikał do świata naszego i z tego się coś tam ciekawego rodziło. Tu, jak się zdaje, po raz pierwszy zostało zaproponowane takie rozwiązanie, że to wszystko jest naszym światem, z tą różnica, że – jak się okazuje – niektórzy z naszych sąsiadów i znajomych to czarodzieje. I oni są od nas lepsi, więksi, szlachetniejsi, jakby wybrani. Oni są elitą. Okazuje się, że istnieje może i tu, za rogiem, świat równoległy, gdzie niektórzy z nas spędzają czas wtedy, kiedy ich nie widzimy. Oczywiście, przygody Harrego Pottera nie mogły pokazać tamtego świata w sposób zbyt egzotyczny, raz że autorzy tej ksiązki ani by tego dobrze zrobić nie potrafili, ani im by się nie chciało, a przede wszystkim dlatego, że ci czarodzieje muszą być tacy jak my, bo inaczej dziecięcy czytelnik nic by z tego co tam się dzieje nie zrozumiał. A więc oni ściągają na lekcjach, na święta mają choinkę, jedzą jajecznicę, i oczywiście jeżdżą pociągiem z przedziałami. Mimo to jednak, tylko pozornie sa tacy jak my, ponieważ kiedy ich zobaczymy na tle zwykłych ludzi, czyli tzw. mugoli, którzy są po prostu nicnieznaczącym robactwem, zobaczymy, że między nami a nimi jest cały kosmos. Oni są wybrani.
      I to jest własnie aksjologia powieści Rowling. Jeśli chcesz się wydostać ze świata mugoli, musisz stać się czarodziejem. A do tego nie potrzebujesz ani inaczej się ubierać, jeść tego czego nie lubisz, więcej się uczyć, mieć mniej wad, czy słabości, być ładnym, czy przystojnym, Wystarczy że się zdeklarujesz, że chcesz do nich przystąpić. A więc zostać czarodziejem. Ciekawa sprawa w Kamieniu filozoficznym Dumbledore mówi w pewnym momencie tak: „Scars can come in useful.I have one myself above my left knee which is a perfect map of the London Underground”, co po polsku brzmi tak: “Blizny mogą się przydać. Sam mam jedną nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra”. O co chodzi z tym metrem i z tymi bliznami. Co ta głupkowata z pozoru informacja może powiedzieć dziecku, które jedyne co z tego wszystkiego wie, to to, ze chciałoby zostać czarodziejem, jak Harry Potter? Dokładnie nic. Fakt jest jednak taki, że dla światowej masonerii, londyńskie metro stanowi symbol ich zwycięstwa i władzy. Plan londyńskiego metra dokładnie bowiem odzwierciedla układ kabały, a więc jednego z podstawowych dla masońskiej symboliki znaku http://www.johncoulthart.com/pantechnicon/kabbalah.html. A to, że o tej „koincydencji” w swojej piosence „Station to Station” nie do końca popowy piosenkarz David Bowie śpiewa "Here are we, one magical movement from Kether to Malkuth", wcale nie trywializuje problemu, lecz wręcz przeciwnie.
       Pomijając ogólne wrażenie, wynikające z całego szeregu śladów, tropów i okoliczności, jest to jedyny dla mnie całkowicie jednoznaczny dowód, że Harry Potter ma ukryte inspiracje masońskie. I nawet jeśli w kolejce do komentowania tego wpisu stoi już cała masa osób, które gotowe są mi zarzucać obsesje i brak powagi, ja mam wciąż jedno pytanie: Po ciężką cholerę Dumbledore w powieści Rowling ma tę bliznę? Tak sobie? To taki żart? Taki kaprys? To jest nic nie znacząca zabawa? Dziękuję bardzo, ale ja się w kabałę bawić nie mam ochoty. Szczególnie gdy ona jest mi wrzucana podstępnie. A ja jeszcze wiem coś więcej. Że w tej „wspaniałej” książce jest ich prawdopodobnie dużo więcej, tyle że proszę ode mnie nie wymagać za wiele. Na tym akurat się nie znam i nawet nie mam odpowiednich ambicji. Zwłaszcza że celem tego wpisu tak naprawdę nie jest szukanie satanistycznych inspiracji dla literackich osiągnięć J.K. Rowling, lecz wykazanie, że to jest po prostu nędzna literatura, od której każdego roku na świcie powstaje cały szereg mądrzejszych i lepiej napisanych książek. Choćby takich jak cykl opowieści Johna Bellairsa o Louisie Barnavelcie, o której jednak pies z kulawą nogą nie słyszał, bo w jej sprawie w księgarniach na całym świecie nie rozdawano czapek i różdżek. I jeszcze wyrażenie zdziwienia, że ludzie z pozoru inteligentni, wrażliwi i myślący, bez mrugnięcia okiem przyjęli aż tak nachalną manipulację.
       Ktoś może zapytać, dlaczego, skoro za sukcesem Harrego Pottera stały aż tak wielkie wpływy, czemu w efekcie powstało coś tak taniego i płytkiego? Przyznam się że nie wiem. Są jednak na to dwa wyjaśnienia. Jedno to takie, że oni są mocni wyłącznie w starciu z tak nędznym przeciwnikiem, co by akurat było dość pocieszające. Drugie jest znacznie smutniejsze. Oni wiedzą, że przy takim przeciwniku, mogą działać nawet na ćwierć gwizdka. A i tak, to co chcą – skutecznie osiągną.
       Harry Potter. Kiedyś będziemy się tego wstydzić.

Zapraszam jak zawsze do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.