wtorek, 30 czerwca 2020

Andrzej Duda, czyli samotność długodystansowca


      Andrzej Duda rusza do ostatecznej walki o reelekcję, a ja sobie myślę, że jeśli dziś jednak sytuacja jest mocno inna od tej, którą mieliśmy pięć lat temu, to przede wszystkim dlatego, że wówczas jeszcze nie było tak, że naprzeciwko siebie stali on i cała reszta, już nawet nie Polski ale w ogóle całego politycznego świata. Również, powinniśmy pamiętać, że w roku 2015 także media nie były nastawione tak wrogo ani do PiS-u, ani tym bardziej do kandydata, który zresztą wcale nie robił wrażenia, jakby stanowił jakiekolwiek zagrożenie. Poza telewizją publiczną, właściwie nie było widać jakiejś szczególnej agresji. No i wreszcie, po wygraniu pierwszej tury wyborów, Andrzej Duda mógł jednak liczyć na tak zwany „przepływ elektoratów”. Dziś, gdy o to chodzi, praktycznie nie ma takiej możliwości, by udało się uzyskać te dodatkowe osiem czy dziewięć procent od kogokolwiek z głównych bohaterów tego pojedynku. A zatem Prezydentowi zostają już tylko ci, którzy w minioną niedzielę z jakiegoś powodu nie głosowali, oraz paradoksalnie ci co poszli na wybory ze względu na Bosaka, czy Hołownię, a skoro ich już nie ma, to oni umywają ręce.
       A ja, proszę sobie wyobrazić, uważam, że wciąż nie jest wcale gorzej niż było pięć lat temu. Przede wszystkim wierzę, że ta kampania będzie tak mocna, że druga tura wygeneruje jeszcze większą frekwencję i że to będą jednak głównie wyborcy Dudy. Poza tym – i to moim zdaniem jest coś, o czym nie wolno nam zapominać – on jest wciąż naprawdę dobry. Jest nawet lepszy niż był wtedy, jeszcze w roku 2014.
       Pisałem wtedy o tym. Była wczesna jesień owego roku, Jarosław Kaczyński zdecydował, że w nadchodzących wyborach kandydatem Prawa i Sprawiedliwości będzie Andrzej Duda, nad całym krajem rozległ się szyderczy śmiech, a ja niemal w tym samym momencie opublikowałem tu tekst z takim mianowicie fragmentem:
      Oto Prawo i Sprawiedliwość wystawia do tej walki Andrzeja Dudę i wszyscy wybuchają perlistym śmiechem. Przepraszam bardzo, ale z jakiego to powodu? W czyją to stronę ów śmiech jest skierowany? Czy naprawdę w stronę Dudy? A niby z jakiego powodu? Powiedzieliśmy już sobie, że, obiektywnie rzecz biorąc, od Komorowskiego lepszy jest każdy, a więc oczywiście też Duda. Jednak Duda jest też lepszy od wielu innych chętnych do tego, by kandydować w tych wyborach. Z tego co wiem, Duda wygląda nie najgorzej, jest bardzo elokwentny, inteligentny, jak się zdaje stosunkowo uczciwy, politycznie bardzo kompetentny, krótko mówiąc prezentuje się jako ktoś, przy kim wielu kandydatów w normalnej demokratycznej walce nie miałoby szans. A my tu mówimy o Bronisławie Komorowskim. Przepraszam bardzo, ale w jaki sposób Komorowski jest w stanie wygrać z Dudą, jeśli przyjmiemy, że te wybory będą uczciwe? Ktoś powie, że nie będą. Ktoś powie, że propaganda Systemu rozbije Dudę w proch. No i zgoda. Ja to bardzo poważnie biorę pod uwagę, tyle, że kogo nie rozbije? Nowaka? A czemu niby Nowak byłby się jej w stanie oprzeć, skoro w lipcu roku 2010 oni pokazali, co są w stanie zrobić z samym Jarosławem Kaczyńskim?
      Sprawa polega na tym, że przede wszystkim – podkreślam, z tego co o nim wiem – Duda jest dobry. Po prostu. To nie jest George Clooney, nie jest to też Ronald Reagan, czy Margaret Thatcher, ale jest dobry. Przede wszystkim jednak, jak już wcześniej się umówiliśmy, na Komorowskiego dobry jest każdy, tyle że nam nie jest potrzebny każdy, ale ktoś przynajmniej na te smutne czasy – adekwatny. Jeśli System uzna, że dość już tych oszustw, Duda wygra i to wygra w pierwszej turze. Jeśli nie, nie wygra ani Jarosław Kaczyński, ani nikt, kogo sobie wymyślimy. Jedno powinniśmy pamiętać – by się nie dać aż tak zaczarować. Trzymajmy się rzeczywistości”.
       Minęło pięć lat, mimo różnych przykrych niespodzianek, lat bardzo dobrych. Kto tego nie chce przyjąć, niech jego myśl gnije w spokoju. Bo prawda jest taka, że Duda jest zwyczajnie dobry, i podobnie jak pięć lat temu, wystarczająco dobry, zwłaszcza gdy naprzeciwko siebie ma kogoś być może jeszcze gorszego niż Bronisław Komorowski.




poniedziałek, 29 czerwca 2020

Kiedy polityka to być bardzo trudna temat


      Jeszcze zanim w ogóle doszło do tych wyborów, a już z pewnością dużo przed tym, jak dowiedzieliśmy się, że Andrzej Duda jednak nie powtórzył sukcesu Aleksandra Kwaśniewskiego z roku 2000 i będziemy musieli czekać kolejne dwa tygodnie na rozstrzygnięcie wciąż jak najbardziej aktualnej kwestii, co z Polską, rozmawiałem z naszą córką o sprawach dla nas tak ważnych, i ona mi powiedziała, że większość z jej koleżanek i kolegów nie ma bladego pojęcia, jak się nazywa obecny premier polskiego rządu; że już nie wspomnę o tym, że one tak naprawdę nie wiedzą nawet, czy ten rząd to to samo co Senat, czy może Parlament..
      Dziś, kiedy już wiemy, że Andrzej Duda zdobył te swoje czterdzieści parę procent głosów i brakuje mu jeszcze trochę, ja mam już tylko jeden problem: co z tymi wszystkimi, którzy w ogólnym zachwycie, że oto została pokonana kolejna bariera frekwencji, pozostają tam gdzie byli dotychczas, a więc w miejscu, gdzie tak naprawdę nikt nie wie, kto jest dziś premierem, a kto prezydentem, że już nie wspomnę o tym, jak się nazywa prezydent Warszawy.
      Pamiętam wybory w roku 2007, kiedy wydawało się, że Prawo i Sprawiedliwość musi odzyskać władzę, która mu została tak niespodziewanie odebrana, i moja, tym razem starsza, córka poinformowała mnie, że jej koleżanki ze studiów planują iść głosować, tyle że one nie bardzo wiedzą, kto jest tym kandydatem SLD: Tusk czy Kaczyński, bo im ktoś mówił, że na jednego z nich nie wolno głosować i one zapomniały, na którego to. Mało tego. Mam znajomą, osobę starannie wykształconą, inteligentną, z dobrą bardzo pracą, od dawna już nie należącą do tak zwanych młodych, wykształconych z dużych miast, która niedawno opowiedziała mi, jak się to właśnie dowiedziała, że Wałęsa żyje z wykładów, które wygłasza na całym świecie i choć ona wie, że to jest kompletny głupek, to podziwia go za to, że udało mu się nauczyć angielskiego aż tak dobrze, żeby wygłaszać wykłady. A ja sobie myślę, że punkt do którego doszliśmy my, ludzie którzy polityką żyją i jak najbardziej wiedzą, jak ma na nazwisko obecny Prezydent RP, i co to w ogóle jest owa III RP, to zarówno koniec pewnego etapu, jak i początek nowego, a my wobec owej nowej perspektywy stoimy kompletnie bezradni i nie jesteśmy w stanie wydusić z siebie jednego stęknięcia.
       A zatem jesteśmy po pierwszej rundzie wyborów, a ja już wiem, nie sprawdzając nawet oficjalnych wyników, że gdy chodzi o moją okolicę, tu dziś prezydentem jest Rafał Trzaskowski. Wiem, że wszyscy ci ludzie, lub zdecydowana większość z tych, których każdej niedzieli spotykam na mszy w kościele, z całą pewnością zagłosowali przeciwko Andrzejowi Dudzie. A to świadczy o tym, że moje dotychczasowe przekonanie, że ja żyję wśród osób, które lubią spokój i stateczność, jest funta kłaków warte. Oni nie marzą o niczym innym jak o tym, by coś się wreszcie zmieniło. Na spokój i stateczność czas również przyjdzie, ale dopiero wtedy, gdy o drugą kadencję będzie walczył ten no... no ten.... Trzaskiewicz, czy jak mu tam.
      A zatem przed nami druga tura wyborów i wszyscy się zastanawiamy, jak się dotychczasowe głosy rozłożą w niedzielę za dwa tygodnie. Gdy chodzi o mnie, to powiem szczerze, że nie mam bladego pojęcia, choć oczywiście mój wrodzony optymizm każe mi wierzyć w zwycięstwo prostego wiejskiego instynktu, swoją drogą Diabeł jeden wie, jak długo jeszcze. Natomiast nie da się ukryć, że sytuacja, gdy ktoś taki jak Rafał Trzaskowski zjednuje sobie sympatię 30 procent z części społeczeństwa, która w ogóle wie, z kim ma do czynienia, a cała reszta na temat prezydenta Andrzeja Dudy nie ma innych refleksji niż ta, że to jest zwykły fantom, musi martwić.
      Wydawało się, że kiedy rząd wprowadzi pamiętne 500+, 13 i 14 emeryturę dla starszych państwa, i pojawi się cała dodatkowa masa najróżniejszych – wydawałoby się, że zupełnie naturalnych –  gestów ze strony opiekuńczego państwa, okaże się, że wszyscy ci z nas, którzy z tych dobrodziejstw skorzystali, zechcą się zainteresować, dzięki komu to wszystko i jaka nauka z tego dla nich wynika.
        Okazuje się jednak, że nic z tego. Znaczna część z nas wciąż jest przekonana, że nasze życie faktycznie ogranicza się do tego, co my możemy zaobserwować na lokalnych placach zabaw, gdzie spędzamy czas czas ze swoimi dziećmi lub wnukami, no a potem oczywiście w audycjach Polsatu. Rozmyślam więc na temat wyników pierwszej tury prezydenckich wyborów i widzę ów wynik Rafała Trzaskowskiego: 30 procent. Trzydzieści procent ludzi w ogóle zainteresowanych tym co się dzieje, uznało, że to jest ich wybór.
      Nie wiem, jak się potoczy dalsza część kampanii. Nie mam pojęcia, czy wygra Andrzej Duda, czy prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski, wiem natomiast, że po tych wszystkich latach najpierw peerelu, a potem tego wszystkiego, co nawet nie jest w stanie uzyskać swojej odpowiedniej nazwy, przed nami jeszcze bardzo daleka droga, i może wtedy dopiero uda nam się ogłosić, że jest nas bezwzględna większość.
         A co się stanie za dwa tygodnie, jak mówię, nie mam bladego pojęcia, natomiast jak najbardziej jestem pewien, że przyjdzie w końcu taki moment, że się obudzimy. Tendencja w każdym razie jest zachowana.



sobota, 27 czerwca 2020

Konfederacja, czyli o rozgrywaniu tych, którzy się nigdy rozegrać nie pozwolą


       Zwycięstwo Andrzeja Dudy w prezydenckich wyborach roku 2015 zapowiadałem tu na tym blogu jeszcze jesienią roku 2014, kiedy chyba nawet sam Jarosław Kaczyński nie wierzył w to, że owe marzenia mogą się spełnić. Andrzej Duda został więc prezydentem, a ja muszę tu zupełnie szczerze przyznać, że – pomijając oczywistą radość z tego sukcesu – moja pierwsza poważna powyborcza refleksja dotyczyła tego, że w jego najbliższym otoczeniu pojawił się niejaki Kędryna. O tym też zdecydowałem się natychmiast napisać, jednak ponieważ w owej kwestii nie zmieniło się nic ani wówczas, ani też w kolejnych latach, z czasem postanowiłem to dziwadło i całą tajemnicę z nim związaną przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i skupić się na kwestiach bardziej istotnych. I również dziś, kiedy patrzę na całość prezydentury Andrzeja Dudy, nawet owo najświeższe zupełnie ujęcie, gdzie ów Kędryna, w całym swoim anturażu, prezentuje się Białym Domie w Waszyngtonie, nie zmienia mojej oceny pięciu lat owej prezydentury, i ten dziwny człowiek do dziś pozostaje jedynym, coraz mniej istotnym zgrzytem.
       Kiedy Andrzej Duda obejmował urząd Prezydenta RP i oczywiście w kolejnych latach, mimo różnego rodzaju wątpliwości, wiedziałem, że przede wszystkim nikogo lepszego od niego w najbliższych latach mieć nie będziemy, ale też, że on po zakończeni kadencji, w drugą wejdzie z takim przytupem, że świat się zatrzyma w podziwie. Czemu? No własnie z tego powodu, że on jest w tak oczywisty sposób najlepszy, że tu nie może być jakiejkolwiek dyskusji.
      I oto dziś stoimy przed jutrzejszymi wyborami i wygląda na to, że się pomyliłem. Mało tego. Nie dość że się pomyliłem, to w swoich zupełnie fatalnych przewidywaniach nie uwzględniłem takiej oto możliwości, że na drodze Andrzeja Dudy może stanąć coś równie marnego jak Rafał Trzaskowski. Tymczasem jutro mamy te wybory i jest bardzo prawdopodobne, że potrzebna będzie jeszcze druga tura, a i ona może nie wystarczyć.
       Czemu tak? Myślę o tym od pewnego czasu i przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Przede wszystkim oczywiście ta, że kampania nienawiści, z jaką mamy do czynienia nieprzerwanie od roku 2005 nie ustaje i zapewne nie ustanie do momentu, gdy jej pomysłodawcy nie zejdą ostatecznie ze sceny. To owa nienawiść do wszystkiego co jest związane czy to z nazwiskiem „Kaczyński”, czy bardziej już konkretnie z Prawem i Sprawiedliwością, przez te wszystkie lata do tego stopnia spętała umysły wielu, że, tak jak mówię, jedyne z tego wyjście prowadzi przez ostateczne unicestwienie projektu, który za tą nienawiścią stoi. I to jest pierwszy powód, dla którego ktoś taki jak Rafał Trzaskowski ma szanse by zostać Prezydentem RP w starciu z Andrzejem Dudą.
      Jest jednak coś jeszcze, co może stanowi siłę znacznie poważniejszą. W końcu nikt z nas chyba nie liczył, że wspomniana nienawiść tak łatwo wygaśnie. Tego akurat, że oni wszyscy nie odkleją się od owej strasznej obsesji mogliśmy się spodziewać. Mogliśmy się też oczywiście spodziewać, że przez minione pięć lat pojawi się grupa wyborców Andrzeja Dudy rozczarowanych jego prezydenturą, którzy konsekwentnie uznają, że trzeba postawić na kogoś, kto będzie znacznie lepszy. Powiem jednak zupełnie uczciwie, że absolutnie nie spodziewałem się tego, że po stronie przeciwników drugiej kadencji prezydenta Dudy pojawią się ludzie, którzy nie stwierdzą, że on popełnił mnóstwo błędów, czy okazał się wielokrotnie zwyczajnie nieudolny, ale że Andrzej Duda to przedstawiciel tak zwanej „żydokomuny”, a dziś odnoszę wrażenie, że jeśli faktycznie przyszłym Prezydentem RP zostanie Rafał Trzaskowski, to przede wszystkim z powodu zachowania jego wcześniejszych wyborców, którzy dziś uznali, że Duda to w rzeczy samej zdrajca, a kto wie, czy właśnie nie zwyczajny Żyd.
        Czytelnicy tego bloga, którzy przede wszystkim mają mnóstwo innych zajęć niż śledzenie internetowych debat, a poza tym zachowują jasność spojrzenia, mogą uznać, że tym razem to ja chyba jednak przesadziłem. Otóż nie.  Proszę sobie wyobrazić, że ja sam osobiście znam dziesiątki osób, dla których Andrzej Duda jest dziś przedstawicielem nowej żydokomuny i między nim a Trzaskowskim nie ma żadnej różnicy. A to są ludzie, którzy będą w nadchodzących wyborach głosować albo na Krzysztofa Bosaka, albo w ogóle. I to oni ostatecznie mogą sprawić, że Andrzej Duda nie wygra tych wyborów a na jego miejscu pojawi się Rafał Trzaskowski, „taki sam Żyd – bez znaczenia”.
      Zastanawiam się, jak do tego doszło, że tak wielu – a zapewniam, że ich jest naprawdę wielu – tak łatwo dało się uwieść tej propagandzie, zwróćmy uwagę, że propagandzie nie byle jakiej. Otóż mam wrażenie, że choć przez te pięć lat oczywiście wciąż słyszeliśmy głosy, że Duda to dupa, Adrian, długopis i takie tam, to jednak co moim zdaniem mogło mieć znaczenie największe, to owa zupełnie niezwykła informacja, uderzająca prosto w nasze najbardziej wrażliwe emocje, w nasze najbardziej bolesne obawy związane z przyszłością Polski, że prezydent Duda to żydowski agent.
       I znów, ktoś powie, że ja przesadzam, a ja na to mam wciąż tę samą odpowiedź: ja ludzi, którzy są o tym o czym powyżej napisałem święcie przekonani, i którzy wydawałoby się stanowią jądro prawicowego elektoratu, znam naprawdę wielu. I wiem też, że oni na Andrzeja Dudę głosować nie będą. Pozostaje pytanie, skąd oni się o zdradzie Andrzeja Dudy dowiedzieli? Czy wyłącznie z własnych przemyśleń? Czy na podstawie obserwacji jego zachowań? A może z którejś z jego nadzwyczaj istotnych wypowiedzi? Otóż nie. Oni otrzymali tę wiadomość ze szczególnego źródła, którego nie dość że sami nie znają, to co do istnienia którego nie mają nawet świadomości. Oni zostali najzwyczajniej w świecie  wypatrzeni przez tych, którzy z nas nawet na moment nie spuszczają wzroku i uznani za wręcz świetny materiał, który im posłuży do realizacji bieżących zadań.
         Jutro wybory, a ja mam już tylko jeden apel do części z nas: nie dajcie się oszukać, bo są sytuacje, gdzie jeśli okażemy się durniami, nawet Dobry Bóg nam tego nie daruje.



piątek, 26 czerwca 2020

Kto się boi Zbigniewa Preisnera?

Tak jak to zwykle bywa z tekstami, które piszę dla „Warszawskiej Gazety”, ze względu na tak zwany „cykl redakcyjny”, w chwili gdy one się ukazują, często są już kompletnie nieaktualne. Tym razem jednak sądzę, że to co dziś przedstawiam na naszym blogu, sobie bardzo dobrze poradzi niemal w przeddzień z dawna wyczekiwanych wyborów prezydenckich. A zatem serdecznie zapraszam.


       Kiedy ten tekst ukaże się w „Warszawskiej Gazecie”, zdąży się wydarzyć wiele rzeczy, które zajmą naszą uwagę, ja natomiast dziś myślę o czymś, co – mam nadzieję – pozostanie z nami przez jakiś czas. Otóż kiedy w ramach swojej kampanii prezydent Duda zagościł w Krakowie i odbył spotkanie z sympatykami, nieopodal zorganizowali demonstrację wyborcy Rafała Trzaskowskiego i aby podnieść temperaturę swojego wystąpienia, puścili z taśmy utwór wybitnego krakowskiego kompozytora Zbigniewa Preisnera zatytułowany „Miejcie nadzieję”. Tak się przy tym złożyło, że na miejscu pojawiły się szpicle z „Gazety Wyborczej” i uznały, że oto jest szansa by ponformować kogo trzeba – a w tym oczywiście samego Preisnera – że sztab Andrzeja Dudy bezprawnie wykorzystał jego dźwięki. Kiedy Preisner dowiedział się o tym, co się rzekomo stało, natychmiast opublikował oświadczenie, że on jako pierwszy wróg Andrzeja Dudy protestuje przeciwko owej kradzieży, a złodziei pozywa do sądu. W tym momencie jednak, kiedy okazało się że „Wyborcza” jak zwykle kłamała, wszyscy najbardziej owym newsem podekscytowani położyli uszy po sobie, a sam Preisner oświadczył, że on sam pozostaje bez winy, bo on tylko uwierzył słowom „Gazety Wyborczej”, no ale skoro ktoś tego potrzebuje, to on oczywiście przeprasza.
        Po co o tym piszę? Otóż rzecz polega na tym, że kompozytor Preisner już po raz drugi urządza publiczną awanturę związaną z tym, że PiS bezprawnie wykorzystuje jego melodie do partyjnej promocji, i po raz drugi strzelając kulą prosto w płot. Po raz drugi w ciągu ostatnich lat kompozytor Preisner daje o sobie znać wyłącznie z tego powodu, że coś mu się zwidziało odnośnie tego, że jest rzekomo bardzo popularny i że bez niego świat nie jest w stanie się kręcić. A ja bym w tym miejscu zwrócił uwagę na to, że ta choroba z pewnością ma nazwę, a w przypadku Zbigniewa Preisnera ona się po raz pierwszy objawiła w momencie gdy on zdecydował, że będzie się przedstawiał jako „Preisner, z domu Kowalski”.
      Oto bowiem mamy przed sobą człowieka, od pewnego czasu stanowiącego jeden z podstawowych autorytetów w walce o odsunięcie Jarosława Kaczyńskiego od politycznych wpływów, który dla nadania sobie powagi zmienia nazwisko z Kowalski na Preisner, a my zamiast go zwyczajnie wyszydzić i wyrzucić jednym kopem na margines zarówno politycznej, jak i artystycznej debaty, uznajemy jako głos w politycznej przepychance.
         Bardzo się wszyscy przejmujemy, gdy media doniosą o jakiejś mniej lub bardziej poważnej wpadce któregoś z polityków Prawa i Sprawiedliwości. Wystarczy że któryś z nich wypowie jakieś głupstwo, czy wykona jakiś niepotrzebny gest, natychmiast załamujemy ręce, że oto od dziś możemy się żegnać z nadzieją na zwycięstwo. Tymczasem wygląda na to, że oni sobie mogą folgować do woli. I to zupełnie bezkarnie. Już za chwilę wybory. Bardzo proszę, ogarnijmy się i uwierzmy wreszcie, że jesteśmy nietykalni. 


czwartek, 25 czerwca 2020

Za co kochamy kłamstwo, za co nim gardzimy?


      Jestem pewien, że choć prawdopodobnie większość z nas nie uznała tego za fakt jakoś szczególnie interesujący, z całą pewnością zauważyliśmy ową prawidłowość realizująca się w tym, że ile razy ktoś ze strony Prawa i Sprawiedliwości – czy to będzie Jarosław Kaczyński, czy premier Morawiecki, czy Andrzej Duda, czy choćby któryś z mniej eksponowanych polityków – powie lub zrobi coś, co doczeka się poważniejszych komentarzy, wśród owych głosów z całą pewnością pojawią się i takie, że tym razem słowo to czy gest Prawu i Sprawiedliwości zaszkodzi, a to się z całą pewnością przełoży na wyniki notowań w sondażach. I wcale mi najbardziej nie chodzi o oceny formułowane przez stronę opozycyjną, zwłaszcza że w owych środowiskach panika i wściekłość pozostają od lat na niezmienionym poziomie i im trudno byłoby zupełnie poważnie z jednej strony prorokować ostateczny upadek znienawidzonego projektu, a z drugiej demonstrować tak wielki przed nim strach. Mam tu raczej na myśli głosy dochodzące ze strony Prawa i Sprawiedliwości sympatyków. To my mianowicie od niemal zawsze jesteśmy tak strasznie wyczuleni na każdą naszą kompromitację, każdy błąd, czy choćby niezręczność, że nie dość, że to wszystko w jednej chwili otwarcie krytykujemy, to jeszcze właśnie wyrażamy bolesne przekonanie, że teraz to już jest po nas. A i tak nie wspominam o tych, co już dawno przez te wszystkie lapsusy nie dość, że nie pozostawili na ich autorach suchej nitki, to jeszcze wielokrotnie deklarowali, że na nich Prawo i Sprawiedliwość już nie powinno liczyć. Kto z nas choćby nie pamięta słynnego wystąpienia środowiska „Gazety Polskiej” na czele z Tomaszem Sakiewiczem, gdzie tuż po odwołaniu z rządu Antoniego Macierewicza, zadeklarowali oni, że już nigdy nie zagłosują na Andrzeja Dudę?
      Czemu oni to robią? Otóż moim zdaniem – niezależnie od tego jak ja ten rodzaj politycznej przenikliwości oceniam – ich problemem jest to, że jednak myślą, analizują, kombinują, oceniają, a przy tym wszystkim są nadzwyczaj wyczuleni na to, by ich poparcie miało uczciwe podstawy. Tacy są wyborcy prawicy. Uważam, że zdecydowana większość z nich – a powinienem właściwie napisać „nas” – nie chce kupować czegoś, do czego po pierwsze nie jest serdecznie przekonana, a przynajmniej w wyniku bardzo starannych kalkulacji nie dojdzie do przekonania, że jednak należy zacisnąć zęby i pozostać wiernym czemuś znacznie większemu. Nigdy jednak nie będzie tak, że jeśli nam się zwróci uwagę na oczywisty błąd, będziemy udawać, że niczego nie widzieliśmy, a nawet jeśli, to i tak nic nie szkodzi.
       Jak sytuacja wygląda po stronie przeciwnej? Bardzo dobrej odpowiedzi na to pytanie udziela reakcja elektoratu Platformy Obywatelskiej na niedawny podwójny wyrok sądu w sprawie oczywistego kłamstwa Rafała Trzaskowskiego w kwestii liczby osób, które straciły pracę w wyniku wirusowego kryzysu. Gdyby sytuacja była taka, że środowisko sędziowskie zastraszone przez PiS wydawałoby tego typu wyroki z tego typu uzasadnieniem, jak w przywołanym przypadku, przeciwko tak nędznej nawet opozycji jak Platforma Obywatelska, to przede wszystkim jego wyborcy w jednej chwili podnieśliby wielki wrzask, że skoro tak, to już jest z pewnością po PiS-ie, a duża część z nich – choćby i ja – ogłosiłaby, że takie towarzystwo to wstyd i się z niego wymiksowało. Czy coś takiego ma miejsce po tamtej stronie? Czy tam ktoś choćby coś mruknął na temat tego, że owe wyroki Trzaskowskiemu zaszkodzą? Mowy nie ma! Oni wszyscy dławią się nieprzytomną satysfakcją, a jeśli ich poprosić o opinię, to jak jeden mąż ogłoszą, że oto wreszcie zatriumfowała sprawiedliwość. I nie mówię tu tylko o politykach, czy wynajętych dziennikarzach, ale o zwykłych internetowych komentatorach. Tam nie można znaleźć jednego słowa obawy, że ta zabawa robi się dla nich bardzo niebezpieczna.
       Wczoraj Telewizja Publiczna przekroczyła jak się zdaje pewną całkiem nową granicę i Wiadomości TVP bez choćby próby pozorowania, że mamy do czynienia z wiadomościami, wyemitowały klasyczny program wyborczy Andrzeja Dudy. Kiedy czytam komentarze na Twitterze, a są to głównie głosy zdecydowanych wyborców Andrzeja Dudy, nie mogę nie zauważyć z jednej strony autentycznej wściekłości na Kurskiego, włącznie z formułowanymi bezpośrednio zarzutami, że on postanowił tak rozwścieczyć jego wyborców, by nie dopuścić do reelekcji Dudy, a z drugiej wspomnianych wcześniej obaw, że tego rodzaju bezwstydna propaganda musi Prezydentowi zaszkodzić. Jednocześnie jednak – i to jest to na co chcę bardzo zwrócić uwagę – nie spotkałem jednego komentarza ze strony czy to polityków opozycji, czy zatrudnianych przez nią dziennikarzy, czy wreszcie samych sympatyków, gdzie oni – a to by było przecież jak najbardziej naturalne – zaczęliby kibicować Kurskiemu, skakać z radości, otwierać szampany, bo oto nadchodzi koniec tego parszywego  polactwaJest wręcz przeciwnie. Furia z jaką oni reagują na to co się dzieje w TVP stała się jeszcze większa, nienawiść jeszcze bardziej gęsta, a obłęd jeszcze bardziej autentyczny. Przepraszam bardzo, ale tak się nie zachowują ludzie, którzy w porażkach przeciwnika ujrzeli swoją z dawna wyczekiwaną szansę. To jest reakcja ludzi wściekłych ze strachu.
       Prezydent Duda pojechał do Stanów na spotkanie z Trumpem i kiedy czytam komentarze choćby na Onecie, wiem, że ta wizyta to kompletna porażka. Z tego co czytam, jedyne co z niej pozostało to wspólne zdjęcie, a poza tym wielkie zero. No ale skoro tak, to czemu oni wszyscy dostali tak strasznych nerwów? Czemu drą mordy, że Trump, popierając Dudę, złamał wszelkie zasady? Czemu oni się tej wizyty tak strasznie boją? Przecież, wedle wszelkich danych, ona powinna dla Dudy być gwoździem do trumny. No ale, z drugiej strony, czemu wielu z nas się tak strasznie martwi, że on tam pojechał i w ten sposób naraził się z jednej strony na te wszystkie zarzuty – które mu oczywiście obniżą notowania – a poza tym odpuścił bardzo ważną część kampanii?
        O tym jeszcze porozmawiamy, natomiast znów pojawia się pytanie, tym razem jednak kierowane pod adresem przeciwnej strony, czemu oni się tak zachowują. Otóż tu też mam swoje podejrzenia. Oni mianowicie doskonale wiedzą, że to co im dało tak spektakularną i jakże długą, niekiedy robiącą wrażenie nigdy się nie kończącej, serię zwycięstw, a mianowicie bezczelna propaganda, kłamstwo i najbardziej prymitywny pijar, działają jak najbardziej i jeśli cokolwiek może im zaszkodzić to nie to, lecz proste fakty, a dokładnie rzecz biorąc tak zwane „liczby” i ich wpływ na życie każdego z nas. Jednocześnie zatem jest to powód dla którego, z jednej strony, oni słuchając Wiadomości TVP truchleją ze strachu, a z drugiej z tak nieprawdopodobnym entuzjazmem reagują choćby na ostatnie wyroki sądów. Za tym stoi wyłącznie już lata temu skutecznie wszczepiona w nich wiara w potęgę kłamstwa.
         Gdy chodzi o stronę przeciwną, czyli w tym wypadku o nas, nas tak strasznie boleśnie przeszywa wiara w piękno prawdy. I to jest nasza siła, a jednocześnie słabość. Na szczęście, właśnie dzięki tej własnie sile i tej słabości, dajemy radę. Mam nadzieję, że już za trzy dni pokażemy jak to działa w praktyce.



środa, 24 czerwca 2020

Polityka, czyli o chorobach psychicznych typu bezobjawowego


Dzisiejszy tekst chciałbym zadedykować wszystkim tym, którzy w minionych dniach zechcieli wesprzeć mnie w mojej potyczce z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Wyniki owej akcji przerosły moje najśmielsze oczekiwania i dziś mogę powiedzieć, że moje zaległości wobec ZUS-u zostały niemal w pełni pokryte przez ten blog i jego czytelników. Bardzo wszystkim dziękuję, a każdy z nas z pewnością wie, że to jest kierowane specjalnie  do niego. Bardzo proszę, bądźcie ze mną, a ja, póki jakoś ciągnę, będę z Wami.


      Jak niektórzy pewnie wiedzą, po tym jak z domu wyfrunęła najpierw nasza starsza córka, a potem syn, zostaliśmy tu w trójkę, a ja osobiście w swoim egoizmie mam nadzieję, że tak już zostanie. Tym razem jednak chciałem opowiadać nie do końca o tym, a wręcz w pewnym sensie nawiązać do bohatera mojej wczorajszej notki. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że moje najmłodsze dziecko podczas jednej z naszych jak najbardziej poważnych rozmów, wyraziło opinię, że każdy kto ma choćby odrobinę rozumu powinien mieć świadomość, że aby zostać, jak najbardziej słusznie zresztą, zakwalifikowanym jako pierwszej klasy zboczeniec, wcale nie trzeba być gejem, lesbijką, czy innym pedofilem. Jej mianowicie zdaniem, gdybyśmy tylko mieli możliwość zobaczyć co się dzieje za ścianą choćby mieszkania obok, moglibyśmy się bardzo zdziwić. Zdaniem mojej córki, cała masa ludzi jak najbardziej heteroseksualnych, a często owymi „zboczeńcami” zwyczajnie gardzących, w swoim domowym zaciszu odstawiają takie sztuki, że wielu z owych przebierańców poczułoby niekłamaną zazdrość.
       Pisałem zresztą już o tym, że moim zdaniem istnieją dwa żywioły, które jeśli tylko wymkną się spod kontroli, mogą prowadzić do absolutnie najgorszych wynaturzeń, a mam tu na myśli religię i seks. To właśnie seks i religia mają w sobie tak nieprawdopodobną moc, że w odpowiednim ujęciu mogą doprowadzić do śmierci... co ja mówię do śmierci? Wręcz do masakry. Przykłady znamy z mediów.
        A zatem, tu sprawa jest jasna: różnego rodzaju wariatów jest u nas pod dostatkiem i, powtórzę to raz jeszcze, by się zakwalifikować do owej dziwnej drużyny nie trzeba być tak zwanym gejem.
       Jeśli natomiast ktoś mnie spyta, co sprawiło, że postanowiłem tu dziś wspomnieć o moim dziecku, to już chętnie odpowiadam. Wcale nie chodzi ani o nią, ani tym bardziej o tych zboczeńców, ale o politykę, jak zawsze. Otóż stało się tak, że, jak słyszę, w telewizji TVN24 wystąpił, ostatnio już chyba pełną gębą profesor, Ireneusz Krzemiński, swoją drogą powszechnie znany gej, i ogłosił że kandydat w wyborach na prezydenta Robert Biedroń jest osobą psychicznie chorą, ponieważ zamiast wycofać się z kandydowania i przekazać swoje głosy Rafałowi Trzaskowskiemu, on z uporem godnym lepszej sprawy próbuje wciąż bez sensu walczyć o jak najlepszą polityczną pozycję. Dziennikarz, który prowadził z Krzemińskim rozmowę, znany nam aż nazbyt dobrze Andrzej Morozowski s.Mordechaja Mozesa, zamiast zwrócić Profesorowi uwagę na niestosowność jego wystąpienia, poparł go w całej rozciągłości i potwierdził, że faktycznie Robert Biedroń, nie rezygnując z kandydowania na rzecz Rafała Trzaskowskiego, musi być osobą psychicznie chorą.
        Dziś – niestety głównie tylko Internet – żyje owym wydarzeniem, a część wyborców Andrzeja Dudy wręcz wieści nieuchronną klęskę jego największemu rywalowi Rafałowi Trzaskowskiemu, który ni stąd ni zowąd okazał się kandydatem osób psychicznie chorych. A jeśli ktoś mnie spyta, o co chodzi, chętnie odpowiem. Otóż w moim mniemaniu, problemem największym wcale nie jest Robert Biedroń, który – a ja tu jestem jak najbardziej otwarty na dyskusję – jak najbardziej może zostać zakwalifikowany jako osoba ciężko zaburzona, ale cała masa innych, pozornie jak najbardziej ułożonych polityków i osób związanych z branżą obu płci, których twarze codziennie oglądamy w telewizji i których słów z mniejszą lub większą irytacją wysłuchujemy w jednej czy drugiej telewizji. Otóż moim, nadzwyczaj zresztą pewnym swego zdaniem, oni wszyscy są nie mniej, a kto wie czy nawet nie znacznie bardziej, psychicznie zaburzeni niż wspomniany wcześniej Robert Biedroń. Oczywiście, ja biorę też pod uwagę taką możliwość, że część z nich doskonale panuje nad miejscem, w którym się znaleźli i kiedy to się już wszystko skończy, oni wrócą do swoich zwykłych zajęć i znów staną sie normalnymi ludźmi, podejrzewam przy tym jednak, że wśród nich – a jest ich z całą pewnością znaczna większość – znajdują się pierwszej klasy wariaci. I w tym momencie, jestem gotów przyznać nawet i to, że zarówno prof. Krzemiński, jak i red. Morozowski mają absolutną rację twierdząc, że Robert Biedroń jest osobą psychicznie chorą, natomiast nie ma absolutnie najmniejszej szansy, by oni choćby wspomnieli coś w tym temacie, że również oni, jak jeden mąż, są najprawdopodobniej ludźmi ciężko umysłowo zaburzonymi.
        W czym rzecz? Opisywałem tu niedawno sytuację, kiedy to poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki wszedł na sejmową mównicę i zwyczajnie zemdlał. Poinformowałem tu przy tej okazji, że gdybym to ja był posłem do Parlamentu i to mnie by się zdarzyło nagle walnąć na swój pisowski ryj – przy okazji, pozdrowienia dla pisarki Nurowskiej, jeszcze jednej z owej wesołej gromadki, której poświęcony jest dzisiejszy tekst –  podczas sejmowego wystąpienia, moja żona i dzieci zrobiliby wszystko, bym się w to gówno dłużej nie angażował. Poseł Platformy Obywatelskiej Robert Kropiwnicki natomiast w jednej chwili się pozbierał i wrócił do swoich codziennych zajęć, a na dowód tego że czuje się świetnie, oświadczył że jest wciąż w lepszej formie niż polski rząd.
        Jeśli ktoś wciąż nie rozumie, do czego zmierzam, pragnę oświadczyć że, moim zdaniem, znaczna część osób zaangażowanych w bieżącą politykę – czy to po stronie samej polityki, mediów, czy trybun – to są ludzie ciężko psychicznie zaburzeni. A w tej sytuacji, mam już tylko jedną uwagę, a przy okazji i apel, do tych wszystkich, co się obrazili na Roberta Biedronia: odpieprzcie się od pedała, bo jest całkiem możliwe, że on jest wciąż jeszcze najbardziej normalny z was wszystkich.





        

wtorek, 23 czerwca 2020

Czy szefem kancelarii prezydenta Trzaskowskiego zostanie aktor Deląg?


      Szczerze zupełnie powiem, że jeszcze chwilę temu nie dość, że nie wiedziałem kim jest Paweł Deląg, to owo nazwisko nawet nie pojawiło się w moich myślach. Dziś jednak – swoją drogą, Diabeł jeden wie, jak dziwnym wygibasem losu – wpadłem na jego trop i dziś już wiem: Paweł Deląg to wybitny polski aktor, a przy okazji tak zwany celebryta. Jak mówię, jak do tego doszło, nie mam bladego pojęcia, ale wystarczył ten jeden raz, by i on znalazł się na liście setek, a kto wie, czy dziś już nawet nie tysięcy bohaterów tego bloga.
      Przejdźmy może od razu do rzeczy:
W latach 1990-1993 był związany z aktorką Katarzyną Gajdarską, z którą ma syna Pawła (ur. 1993). W kolejnych latach spotykał się z Marią SewerynKatarzyną Skrzynecką (1996), Bogną Sworowską (2000-2002), Violettą Kołakowską (2002-2003), Elizą Ryciak (2003), Patrycją Markowską (2003–2005), Agnieszką Harlą (2005-2006), Marie Mouté (2007–2008), Agnieszką Sienkiewicz (2008), Jolantą Borowiec (2009), Emmą Kiworkową-Rączkowską (2009–2016), Dominiką Kulczyk (2016) i Ewą Misiak (2018). W 2013 zamieszkał w Moskwie.
      A teraz ciąg dalszy:
Jestem teraz singlem i to jeszcze potrwa jakąś chwilę. Potrzebny mi jest czas ochronny. Wierzę jednak w miłość.  Jeśli mężczyzna kocha, a potrafi pięknie i głęboko, to nie daj Boże, żeby trafił na pozbawioną empatii królową lodu. Mam na myśli kobietę, która nie jest w stanie odwzajemnić uczuć. To gotowy materiał na tragedię, niemal szekspirowską. Nie chce się wyłącznie brać, ale przede wszystkim dawać. Jest troska kobieca i troska męska. Chcę się opiekować kobietą, chcę, żeby czuła się przy mnie bezpiecznie”.
      Ktoś mnie spyta, jak to się stało, że upadłem aż tak nisko i czy nie jest mi z tego powodu wstyd. A ja chętnie odpowiem, że wcale nie uważam, bym w ogóle upadł, a nawet jeśli, to miałem naprawdę dobre intencje. W jakiś to przedziwny sposób? Otóż, jak wiemy, nadchodzi nieuchronnie dzień wyborów, a jednocześnie moment, kiedy albo odetchniemy z ulgą, albo będziemy musieli zacisnąć zęby i jakoś to upokorzenie znieść. Wiem że są chwile kiedy nie jest łatwo, ale chciałbym dziś zwrócić uwagę, że jeśli w najbliższą niedzielę uznamy, że trzeba tu wpuścić tego kosmitę, to pozostaniemy już tylko z nim, z Pawłem Delągiem i tym jego mięsem. A już na pewno nie poprawią naszego humoru otaczające nas z każdej strony pomazane billboardy z szalenie zabawnym napisem Dupa2010.




poniedziałek, 22 czerwca 2020

Za co artysta estradowy Tricky lubi Polskę?


        Jeden z rozdziałów swojej książki „Rock’n’roll czyli podwójny nokaut” – swoją drogą polecam, zapewniając jednocześnie wszystkich tych, którzy muzykę, a już zwłaszcza rock’n’roll traktują z przymrużeniem oka, że to nie jest książka o muzyce – poświęciłem artyście w gruncie rzeczy kompletnie nieznanemu, a z mojego punktu widzenia, gdy chodzi o muzykę popularną, stanowiącego gwiazdę pierwszej wielkości. Gdy chodzi o Tricky’ego, bo jego mam tu na myśli, myślę, że nie ma drugiego takiego artysty, na którego mogę zawsze liczyć w tym sensie, że gdy już naprawdę nie jestem w stanie wymyślić, czego miałbym ochotę sobie posłuchać, to on zawsze będzie spełniał wszelkie moje życzenia. Jak mówię, Tricky, pomijając dość ograniczone grono fanów, którzy śledzą każdą jego nutkę, jest artystą praktycznie nieznanym, a ponieważ dodatkowo jeszcze, rodzaj muzyki jaką on prezentuje stanowi coś już kompletnie niszowego, dzisiejszy tekst w żadnym wypadku nie ma na celu przedstawiania jego twórczości, a tym bardziej zachęcania do tego, by się z nią zapoznać, natomiast dotyczy jak najbardziej naszych polskich, dla mnie szalenie ważnych spraw. W jakiż to sposób, już pędzę tłumaczyć.
        Zanim jednak przejdę do rzeczy, słowo wstępu. Tak jak u znanego powszechnie – choć pewnie też nie aż tak powszechnie, jak się to niektórym z nas wydaje –  Leonarda Cohena, bardzo ważną rolę – dla niektórych wręcz równorzędną z samym Kierownikiem – odgrywały tak zwane Aniołki, czyli dziewczyny, które dla jego piosenek tworzyły niepowtarzalne wręcz tło, tak samo w piosenkach Tricky’ego niemal zawsze musiała być obecna jakaś dziewczyna, z głosem jak z innej planety. Różnica była taka, że jeśli u Cohena one faktycznie stanowiły tło, tu tu tłem był raczej Tricky. On oczywiście był liderem, pomysłodawcą całego projektu, oraz oczywiście kompozytorem, jednak w tym wszystkim jego głos był często schowany z tyłu, niekiedy wręcz w formie szeptu. A to sprawiało, że dziewczyny Tricky’ego to było zawsze naprawdę coś. A dla mnie jeszcze jeden powód, by Tricky’ego traktować jak lek na całe zło.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, że od paru lat – a ja, choć oczywiście miałem na nią oko, dowiedziałem się o tym dopiero teraz – dziewczyną Tricky’ego jest niejaka Marta Złakowska, dziewczyna z Krakowa, którą on poznał podczas jednego z występów w Polsce i tak się nię zachwycił, że ją wziął jak swoją i dziś wszystkie jego piosenki sygnowane są jak najbardziej znakiem firmowym Tricky feat. Marta. A ja się zastanawiam, czemu on się nią zainteresował? Czy poszło o to, że ona ma jakiś zupełnie fantastyczny głos? Nie sądzę. Francesca Belmonte chociażby może spać zupełnie spokojnie.  Mimo to, Złakowska absolutnie mu nie szkodzi, natomiast przede wszystkim ona jest moim zdaniem niezwykle śliczna w takim sensie, w jakim śliczna może być nie Włoszka, Francuska, czy tym bardziej Murzynka skądkolwiek, ale właśnie dziewczyna z Krakowa, Przemyśla, czy Torunia. Poza tym, kiedy na nią patrzę i jej słucham, myślę sobie, że jest bardzo prawdopodobne, że kiedy Tricky ją wypatrzył, od razu się w niej zakochał, nie w tym sensie, żeby ją ciągnąć do łóżka, ale ponieważ uznał, że to jest naprawdę fajna dziewczyna. Występuje więc ta Marta dziś z Trickym, nagrywa z nim kolejne piosenki, w przygotowaniu jest jego kolejna płyta, na której ona będzie oczywiście występowała w głównej roli, a ja mam przy tym naprawdę wielką satysfakcję. Dlaczego? Odpowiedź jest jasna: bo jest Polką.
       Pamiętamy być może fantastyczny, jeden z najważniejszych zespołów w historii muzyki popularnej, Blood Sweat & Tears z cudownym wokalistą Davidem Clayton Thomasem. Otóż kiedy ów Clayton Thomas postanowił odejść od zespołu i podjąć karierę solową, kierownictwo projektu, jak głosi plotka, zaproponowało by został ich wokalistą Czesławowi Niemenowi, jednak ten odmówił. Nie wiem czy to prawda, nawet jeśli potwierdził ją sam Niemen. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że oni nie byli w stanie znaleźć do tej roli kogoś, kto może nie miałby tak fantastycznego głosu jak on, ale za to umiał śpiewać po angielsku, no i jednak pochodziłby z lokalnego środowiska.  No ale owa plotka była tak często powtarzana, że w końcu została uznana za fakt, a ja do dziś bardzo jako taki chcę ją traktować, i jestem bardzo dumny z tego, że to nasz Czesław Niemen miał szansę zastąpić Claytona Thomasa jako wokalistę zespołu Blood Sweat & Tears, jednego z największych muzycznych projektów w historii muzyki popularnej.
        Otóż proszę sobie wyobrazić, że dziś tego, że na najnowszej płycie Tricky’ego będzie śpiewała Marta Złakowska, dziewczyna stąd, mogę być oczywiście pewien, ale przede wszystkim uważam to za największy sukces polskiego przemysłu rozrywkowego w ogóle. I, powtarzam to raz jeszcze, nie ma znaczenia, czy my akurat ten rodzaj sztuki uważamy za wart uwagi, czy nie zasługujący nawet na splunięcie. Faktem bowiem jest, że Tricky, to jest firma, dla wielu środowisk w branży wręcz kultowa, i dziś oni wszyscy doskonale wiedzą, że owa Marta to Polka. A ja cierpię na ów wyszydzany przez wielu kompleks, że kiedy okazuje się, że Polacy błyszczą w świecie, to czuję autentyczną radość i dumę. I w owym zapętleniu myślę sobie, że to będzie dopiero figiel jak ten Murzyn uzna, że dla niego nie ma lepszego miejsca na Ziemi jak Polska i się tu przeprowadzi.




     

niedziela, 21 czerwca 2020

O tych co ze sprytnym błyskiem w oku kopią sobie grób


W tę deszczową niedzielę proponuję zapoznać się z moim najnowszym felietonem napisanym na zamówienie „Warszawskiej Gazety”, z nadzieją, że on się dobrze wkomponuje w to wszystko, co każdego niemal dnia od ponad 10 lat tu zamieszczam. Przy okazji bardzo chciałbym podziękować wszystkim czytelnikom, którzy w tych dniach zechcieli mnie wesprzeć w moim starciu z ZUS-em i jeszcze raz – mam nadzieję, że po raz ostatni – zwrócić się do wszystkich tych, którzy przychodzą tu czytać te teksty i mają z tego pewną przyjemność, z prośbą o tę szczególną pomoc na numer konta 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591, ewentualnie w systemie PayPal pod moim zwykłym adresem k.osiejuk@gmail.com.


      Dzisiejszy felieton jest przedostatnim przed pierwszą – a mam nadzieję, że jednocześnie ostatnią – rundą wyborów prezydenckich, a ja sobie myślę przede wszystkim o tych z nas, którzy uważają się za polskich patriotów, nie znoszą wszystkiego co Polsce zagraża, są znakomicie wyczuleni na każdy wrogi gest pod adresem Polski, a jednocześnie z różnych bardzo powodów są zdecydowani zrobić wszystko, by Andrzej Duda nie został wybrany na drugą kadencję. Kogo mam na myśli? Oczywiście przede wszystkim środowiska związane z... no właśnie nie wiem, jak je nazwać. Z Januszem Korwinem-Mikke? Grzegorzem Braunem? Ruchami katolickimi stojącymi w opozycji do papieża Franciszka, takimi jak Fronda, czy Polonia Christiana? Czy może wreszcie chodzi mi o ludzi, którzy tak naprawdę nie są związani jakimikolwiek politycznymi układami, natomiast bardzo źle znoszą rzekome niszczenie polskiej pozycji w świecie, czy to przez agresję w stosunku do środowisk sędziowskich, czy w ogóle tak zwanej „Konstytucji”.
      Oni wszyscy szczerze nie znoszą tego wszystkiego co działo się w Polsce w latach 2007-2015, wiedzą znakomicie, że Platforma Obywatelska, a dziś tak zwana Koalicja Obywatelska to banda cynicznych i bezwzględnych oszustów, którym jest dokładnie wszystko jedno, o ile tylko zagwarantuje im się władzę i możliwość żerowania na niej w sposób możliwie swobodny, ludzi, którzy dla własnej wygody głównie finansowej gotowi są przyjąć wszelką możliwą ideę, a mimo to, jest coś co jest im jeszcze bardziej niemiłe, a mianowicie Andrzej Duda. Czemu tak? Zadawałem sobie to pytanie wielokrotnie i powiem szczerze, że nie jestem w stanie znaleźć na nie odpowiedzi, której byłbym pewien. Wiadomym jest, że w przypadku przegranej Andrzeja Dudy, każdy z nich traci dosłownie wszystko, włącznie z nadzieją na to, że kiedyś w przyszłości również i ich marzenia zostaną spełnione. Każdy przytomny człowiek wie z całą pewnością, że jeśli prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski, prawdopodobnie rozpocznie się długi upadek, na którego końcu będziemy mieli już tylko tak zwany Nowy Wspaniały Świat, którego żaden z nas nie przeżyje. Tymczasem wygląda na to, że oni tego albo nie wiedzą, albo mają nadzieję, że przy wykorzystaniu pewnych bardzo sprytnych politycznych posunięć, to oni wreszcie przejmą władzę i wypędza z Polski całe zło, które ją niszczy, a więc Żydów, pedałów, lewaków oraz morderców niewinnych nienarodzonych dzieci.
        Powstaje pytanie, dlaczego oni uznali, że na ich drodze stoi nie Rafał Trzaskowski ze swoim tajnym jak najbardziej sztabem wyborczym, ale Andrzej Duda, choćby i ze swoim Panem i Stwórcą, Jarosławem Kaczyńskim? Tego nie wiem. Jest jednak tak, że to ci dwaj dla wielu z nas, polskich patriotów i ludzi nadzwyczaj ideowych, stanowią największe zło.
        W tej sytuacji powtarzam po raz kolejny i nie ostatni. Pamiętajmy: jeśli nadchodzące wybory wygra Rafał Trzaskowski, możemy pakować manatki i wracać do naszych ulubionych zajęć, jak choćby podziwiania Michała Żebrowskiego w roli Wiedźmina.



sobota, 20 czerwca 2020

Jeszcze raz o tym czego nigdy nie będzie nam wolno wiedzieć


      Muszę przyznać, że kiedy pisałem wczorajszy tekst o kontrolowaniu przepływu informacji, byłem niemal pewien, że to nie jest koniec tematu i że będę musiał do tej kwestii już za chwilę wrócić. Z dwóch powodów. Przede wszystkim, byłem przekonany, że wielu z nas nie zrozumie powagi sytuacji i ów tekst zwyczajnie zlekceważy, a ponadto mocno się obawiałem – jak się okazuje, bardzo słusznie – że sprawa owej niemieckiej państwowej pedofilii sprzed lat będzie przez kolejne dni wałkowana przez wszystkie media, z każdą chwilą z coraz większym przekonaniem, że oto właśnie ujawniana jest wielka, dotychczas całkowicie nieznana tajemnica. O co chodzi? Otóż, o czym od lat informuje choćby głupia Wikipedia, przez całe lata 70. pewien słynny niemiecki psycholog nazwiskiem Helmut Kentler prowadził pod państwowym patronatem swój autorski eksperyment, w ramach którego zgarnięte z ulic Berlina patologiczne dzieci przekazywał pod opiekę notorycznym pedofilom, chcąc udowodnić doświadczalnie, czy stosunki seksualne między dziećmi a dorosłymi mogą wpływać pozytywnie nie tylko na dorosłych, ale również na owe dzieci. I oto nagle dziś, kiedy ów Kentler szczęśliwie zdechł, a jego wyczyny w międzyczasie zdążyły już się stać historią, nasze – ale przecież nie tylko nasze – media ni stąd ni zowąd ogłaszają owe zdarzenia sprzed lat, jako rzekomo właśnie odkrytą sensację. Słuchałem wczoraj informacji nadchodzących z różnych mediów i tam nikt – dosłownie nikt – nie zająknął się, że sprawa tego Kentlera i jego eksperymentu to pieśń ponurej bardzo przeszłości, a jeśli ktoś się zapyta, dlaczego, to ja mam na to odpowiedź jedną: żeby broń Boże nikt nie zapytał, dlaczego, skoro to było coś aż tak dużego, myśmy o tym nie mieli okazji się w odpowiednim czasie dowiedzieć? No i jakie interesy nagle stoją za tym, by właśnie dziś zapadła decyzja, że należy nas o tym zboczeńcu poinformować? I to z takim hukiem.
        Otóż, nie po raz pierwszy zresztą w ogóle, ale i również na tym blogu, dochodzę do wniosku, że system reglamentacji informacji jest tak skonstruowany, że są rzeczy o których powinniśmy się dowiadywać albo natychmiast, ewentualnie z odpowiednim opóźnieniem, albo wreszcie nigdy, i że przypadek owego Niemca i jego zboczonych obsesji nie jest wcale pierwszym, ale też niestety nie ostatnim. Jestem pewien, że przed nami jest jeszcze cała kupa podobnych rewelacji, które staną się rewelacjami wyłącznie dlatego, że w odpowiednim czasie komuś bardzo zależało, żeby jeszcze przez jakiś czas one pozostały w możliwie starannym ukryciu.
      Ja bym jednak chciał wspomnieć o dwóch kwestiach, które w pewnym momencie zaistniały wyłącznie na tym blogu, a ich faktyczny czas pewnie dopiero nadejdzie. Oto stali czytelnicy wciąż pamiętają, jak opublikowałem tu tekst o tym, że w Bangladeszu zawalił się gmach w którym współcześni niewolnicy produkowali towar dla wielkich globalnych sieci odzieżowych, skutkiem czego zginęło blisko 2 tysiące osób. O owym zdarzeniu, wbrew pozorom, wcale nie dowiedziałem się z popularnych mediów, które akurat w tej sprawie solidarnie milczały, ale informację na ten temat wytropiłem dzięki nadzwyczajnemu przypadkowi. Zamieściłem więc na ten temat tekst i trzeba było jeszcze kolejnego tygodnia, by wiadomość o tej tragedii zaczęła się pojawiać w mediach głównego nurtu  inna sprawa, że maksymalnie ostrożnie  zarówno tu, jak i na szerokim świecie. Czemu tak to się stało, właściwie rozumiem. W tanią produkcję odzieży w rejonach reprezentowanych w tym wypadku przez ów nieszczęsny Bangladesz zaangażowane są tak wielkie pieniądze i tak wielkie kariery, że ci idioci prawdopodobnie faktycznie uwierzyli, że te 2 tys. ofiar skutecznie uda się przykryć medialnym wrzaskiem, a kiedy okazało się, że chyba nie do końca, to coś tam na ten temat wspomnieli, a dziś i tak świat nie ma bladego pojęcia o być może najbardziej tragicznej katastrofie budowlanej w historii współczesnego świata.
        Jest jednak jeszcze coś, o skali moim zdaniem znacznie przekraczającej nie tylko ów Bangladesz, ale praktycznie wszystko, co dziś pozostaje praktycznie zapomniane, a mianowicie tak zwany „indyjski żywopłot”. Niektórzy – znów niestety głównie stali czytelnicy tego bloga – wiedzą, że w w XIX wieku stacjonujący w Indiach Brytyjczycy, w celu zablokowania nielegalnego przemytu soli ze wschodu kraju na zachód, posadzili złożony z najbardziej trujących krzewów autentyczny żywopłot o długości niemal 3 tys. kilometrów, wysoki i szeroki na cztery metry, przedzielający Indie z północy na południe. Ówczesne kroniki wskazują, że ów żywopłot, na którym poniosło okrutną śmierć tysiące Hindusów, funkcjonował przez kilkadziesiąt lat i tworzył konstrukcję, którą swoją wielkością można porównać wyłącznie z Wielkim Murem Chińskim.
       Dziś po nim nie ma śladu, każdy najdrobniejszy kolec został z indyjskiej ziemi starannie usunięty, ale to co najbardziej nas dziś interesujące to fakt, że dziś ów jak najbardziej historyczny fakt jest opisany wyłącznie w trzech miejscach: w książce Roya Moxhama, człowieka, który ową niezwykłą prawdę prawdę odkrył i opisał, w Wikipedii oczywiście, no i w mojej książce o Brytyjskim Imperium, o której tu od pewnego czasu wspominam i zachęcam do jej kupowania.
        Czemu zatem jest tak, że coś tak autentycznie dużego pozostaje całkowicie zapomniane, i to zapomniane jak najbardziej celowo? Co sprawia, że Brytyjczycy, znani z tego, że się nie wstydzą niczego, nawet swoich największych występków, w szczerym przekonaniu, że wszystko co pomagało budować Imperium zasługuje nie tylko na pełne wybaczenie, ale też na wszelkie zaszczyty, o tym żywopłocie rozmawiać nie pozwalają? Powody mogą być różne, ale, szczerze powiedziawszy, one mnie aż tak bardzo nie interesują. O wiele bardziej ciekawi mnie to, że pewnie któregoś dnia – kto wie, czy nie dopiero po mojej śmierci –  światowe media podadzą informację, że oto właśnie brytyjscy historycy znaleźli dowody na to, że w połowie XIX wieku na terenie Indii został posadzony żywopłot, którego potęga – gdyby ówczesna technika na to pozwalała – byłby widoczny z Kosmosu, a którego jedynym celem było wymordowanie tak wielu jak to tylko możliwe tubylców, którzy odważyli się wystąpić przeciwko brytyjskim interesom w tej części świata. I nikomu nie przyjdzie do głowy się zastanawiać nad tym, że wiele lat temu, pewien brytyjski bibliotekarz, a za nim pewien polski bloger postanowili o tym w swoim własnym skromnym gronie opowiedzieć.

Zachęcam więc wszystkich do kupowania książki, w której to wszystko jest odpowiednio przedstawione. „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola”, moja ostatnia książka, do nabycia tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. 




piątek, 19 czerwca 2020

O tym co wiemy, czego się dopiero dowiemy i czego nie będziemy wiedzieć nigdy


      Nie będę ukrywał, że gdy chodzi o moje aktualne priorytety, to najchętniej nie pisałbym o niczym innym jak tylko o zbliżających się wyborach prezydenckich i o tym, jak będziemy musieli sobie radzić gdy przez jakiś przedziwną złośliwość losu, prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski. Z drugiej strony, jeśli tak naprawdę się nad tym zastanowić, to o czym tu pisać? Że nie ma na świecie socjologa, który byłby w stanie zbadać tak zwane społeczne zachowania w sytuacjach rozstrzygających? A cóż ja mogę mieć na ten temat do powiedzenia? Że demokracja to fatalne nieporozumienie, czy może że jest pewien zestaw argumentów i związanej z nimi siły przekonywania, która sprawi, że się nagle wszyscy ogarniemy, podczas gdy w ostatecznym rozrachunku, jak zawsze wszystko jest kwestią nieogarnianego przez nas przypadku? A zatem, muszę się przyznać do porażki i poświęcić dzisiejszy tekst kwestii absolutnie różnej od tego, czym wszyscy dziś żyjemy, a w moim odczuciu dotyczącej spraw absolutnie podstawowych.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że znaczna część mediów ledwie co wczoraj przekazała rzekomą rewelację, która poruszyła serca i umysły wielu, że oto jeszcze w roku 1969 władze działającej na terenie Berlina opieki społecznej przekazały w ręce niejakiego Dr Helmuta Kentlera, seksuologa z Hannoveru, troje porzuconych przez patologiczne rodziny dzieci, a ten w ramach prowadzonych przez siebie badań jak najbardziej naukowych, umieścił te dzieci w domach znanych służbom pedofilów, w przekonaniu, że w ten sposób owi pedofile znajdą drogę do skutecznej resocjalizacji, a jeśli nie, to przynajmniej sobie odpowiednio poużywają. Od tego czasu projekt zwany powszechnie „eksperymentem Kentlera” tylko się rozwijał prowadząc do stanu, gdzie w latach 70. w samym Berlinie ponad tysiąc dzieci trafiło w ręce pedofilów, a wszystko z tej jednej przyczyny, że pewien ważny naukowiec postanowił sprawdzić, czy jego teorie trzymają się kupy, a niemieckie państwo mu to z najwyższą radością umożliwiło.
       Jak wspomniałem, były to lata 70-te, a ja tylko wspomnę, że był to też czas, gdy w roku 1975 znany nam tu ówdzie Daniel Cohn-Bendit, ówcześnie jeszcze nie poseł do Europarlamentu, lecz zaledwie wychowawaca w przedszkolu, wydał książkę, w której wychwalał same korzyści płynące z „erotycznych zabaw” między dorosłymi a dziećmi. Co ja mówię o roku 1975? Jeszcze w roku 1981, lokalny polityk Jürgen Trittin, po latach poseł do Bundestagu oraz przez siedem lat minister w rządzie Gerharda Schrödera, w imieniu Partii Zielonych podpisał petycję wzywającą do uznania pedofilii jako skłonność naturalną, w żaden sposób nie podlegającą kryminalizacji.
       I oto dziś niemal wszystkie media głównego nurtu podają informację, że oto właśnie owa afera ujrzała światło dzienne i wobec niej cały świat zamarł w bezruchu. O co chodzi? Rzecz w tym, że o Kentlerze i jego szatańskim eksperymencie świat miał okazję usłyszeć już przynajmniej – przynajmniej! –  cztery lata temu, a więc – by nie wspominać już o mediach niemieckich –  choćby z artykułu jaki ukazał się w roku 2016 choćby w dzienniku „The Irish Times”, gdzie wszystko zostało opisane bez jakichkolwiek niedomówień. A zatem, jeśli dziś nagle nasze media, od TVP Info przez Onet po TVN24, jako wiadomość dnia podają informację, że Niemcy znalazły się w samym centrum pedofilskiej afery, to ja mam do powiedzenia tylko jedno: oni nas od początku do końca prowadzą na smyczy, którą raz nieco poluzowują, a innym razem ściągają tak byśmy zajmowali się tylko tym, czym aktualnie powinniśmy się zajmować.
      Czytam dziś doniesienia zarówno na portalu TVP Info, jak i TVN24 i widzę jak tu i tam sprawa owego Kentlera przedstawiana jest jako absolutny news. Mało tego, z tego co czytam wynika, że sprawa zaczęła swoje nowe życie również w Niemczech. Tam też nagle wszyscy się nagle przebudzili i zauważyli, że coś takiego jak „eksperyment Kentlera” w ogóle kiedykolwiek miał miejsce. A ja się już tylko zastanawiam nad ową raz dłuższą raz krótszą smyczą, i wcale nie tylko wtedy gdy chodzi o jakieś niemieckie tajemnice, ale w ogóle, gdy przed sobą mamy to czym żyjemy na co dzień. Wygląda bowiem na to, że wszystko czego się dowiadujemy i co zostaje nam wyznaczone jako temat do bieżących smutków i radości podlega bardzo starannej reglamentacji. O tym, czym one chcą byśmy żyli, media z całą pewnością nas poinformują. To co w aktualnej sytuacji nie powinno stanowić przedmiotu naszych trosk, zostanie również bardzo starannie rozplanowane w czasie tak byśmy niegdy nie czuli ani przesytu ani niedosytu emocji. Cel jest jeden: każdy z nas ma mieć dokładnie tyle w głowie, ile mu zostało przydzielone. A jeśli komuś mało, niech cierpliwie poczeka, a na pewno przyjdzie czas, kiedy będzie mógł sobie poszumieć.
       A w tej sytuacji starajmy się pamiętać, że nie ma nic ważniejszego niż nasza pierwotna intuicja. I nie dajmy sobie wmówić, że nie jesteśmy w stanie mieć własnego zdania, o ile ktoś nam nie pozwoli go mieć.


      

czwartek, 18 czerwca 2020

Siedem krótkich kawałków na ratowanie Polski


Od czasu gdy „Polska Niepodległa” z dwutygodniowego przeszła na cykl miesięczny, a w dodatku przez tę zarazę poproszono mnie, bym materiały do mojej „Tablicy” przysyłał o tydzień wcześniej niż miało to miejsce dotychczas, kiedy te kawałki zostaną udostępnione ogółowi Czytelników, wszystko to stanie się do tego stopnia nieaktualne, że być może nie będzie w ogóle o czym gadać. Na szczęście my się tu spotykamy praktycznie codziennie, więc też możemy trzymać rękę na pulsie. Do wyborów zatem pozostały już zaledwie niespełna dwa tygodnie, więc będziemy mieli nieco okazji sobie na ten temat porozmawiać. Dziś zatem mój najbardziej świeży zestaw wesołych kawałków na tematy mniej lub bardziej istotne. Zapraszam. Przy okazji ponawiam swój przedwczorajszy apel o bardzo doraźne wsparcie. Byłem wczoraj w ZUS-ie i wygląda na to, że nie ma litości. Mój numer konta: Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591, a jeśli ktoś chciałby skorzystać z systemu PayPal, to proszę używać mojego zwykłego adresu: k.osiejuk@gmail.com. Dziękuję z góry, a z dołu tym, którzy już na moją prośbę o pomoc uprzejmie zareagowali.




Kiedy już najnowsza „Tablica” trafi do kiosków, będziemy albo po wyborach, albo wciąż niepewni ostatecznego rozstrzygnięcia czekali na Wielki Finał, dziś natomiast widzimy, że po stronie zajmowanej przez Rafała Trzaskowskiego napięcie osiągnęło poziom, gdzie ów kandydat poczuł się zmuszony do skorzystania z usług będących zawsze pod ręką aktorów, a na czoło owego przedstawienia wysunął się sam Bogusław Linda, który zgodził się wystąpić w scenie, gdzie patrząc w oko kamery swoim słynnym zimnym wzrokiem bezwzględnego esbeka, raz, a po chwili jeszcze raz, łamie niewidzialny długopis i wygłasza kwestię: „Trzask prask i po długopisie”.  Jako ludzie zaznajomieni z całym politycznym kabaretem ostatniego dwudziestolecia wiemy, że chodzić tu musi o to, że Andrzej Duda, jako tak zwany „Długopis”, wybory musi przegrać, ja natomiast zastanawiam się, co stało za samym pomysłem zaangażowania do tego klipu aktora Lindy i to w taki a nie inny sposób, no i jaka to myśl mogła uruchomić wiarę w to, że z pewnością niemała aktorska gaża nie pójdzie na marne. Pojawia się w tym momencie podejrzenie, że wszystko odbyło się w następujący sposób:

- I wtedy złamiesz długopis i powiesz „Trzask i po długopisie", czaisz? Że Trzaskowski załatwi Dudę - Długopis.
- Ale ja nie mam długopisu.
- To nie wiem, udawaj, że masz, jesteś podobno aktorem
[...]
- Dlaczego dwa razy złamałeś?
- Nie mówiliście, że ma być raz. Skoro tyle zapłaciliście, to uznałem, że mogę za friko dodać ten drugi. Ostatni raz robię dla was kampanię, sk...syny”.

***

No więc z Lindą wyszło jak wyszło, natomiast wiele wskazuje na to, że sztab Trzaskowskiego stawiając na aktorów, postawił również na aktorów niezawodowych. Otóż jakieś krety zainstalowane przez sztab Andrzeja Dudy w garderobie Rafała Trzaskowskiego uzyskały skądś scenariusz wyborczego klipu kontrkandydata, który, jak rozumiemy, miał kwestie kampanii rozstrzygnąć w ciągu paru minut. Otóż plan był taki, by wśród tak zwanych „zwykłych ludzi” przeprowadzić casting i w ten sposób wyłonić osoby o wyglądzie wiejskiego głupka, tłustej sklepowej, łysego kibola-faszysty, półprzytomnego żołnierza Powstania Warszawskiego, krakowskiego intelektualisty, osoby widocznie niepełnosprawnej, gdzie każdy z nich solidarnie wypowie słowa poparcia dla kandydatury Rafała Trzaskowskiego i w ten sposób będzie można pokazać, że niezależnie od codziennych podziałów, za Trzaskowskim stoi cała Polska.
Oczywiście, dzięki owemu wyciekowi, z projektu nic nie wyszło, i wszyscy w sztabie zaczęli solidarnie udawać, że nic się nie stało. Ja natomiast chciałbym wyjaśnić, dlaczego pochwaliłem sztab Trzaskowskiego za to, że postawił na aktorów niezawodowych. Moim zdaniem, gdyby miało dojść do tego, że otyłą sklepową zagra Dorota Stalińska, kalekę Zbigniew Zamachowski, kibola młody Stuhr, intelektualistę Stuhr stary, a powstańca Daniel Olbrychski, to byśmy mieli taki cyrk, że informacja o owym projekcie zostałaby przez sztab Dudy skutecznie ukryta, ów klip zostałby nakręcony i wyemitowany i dziś oni by już byli praktycznie po wyborach.

***

Uczciwie powiem jednak, że chodzi mi nieustannie po głowie myśl, że oni i tak mają już ten wyścig z głowy. Wprawdzie Państwowa Komisja Wyborcza – ale pewnie też bez szczególnych pretensji ze strony Prawa i Sprawiedliwości, w obawie przed międzynarodowym skandalem – uznała autentyczność owych nadzwyczaj komicznych 1 600 tys. podpisów jakie rzekomo zebrał Rafał Trzaskowski, jednak każdy kolejny dzień owej kampanii wskazuje na to, że jedyne co może powstrzymać ich kandydata przed dogonieniem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, to postawa pozostałych kandydatów, dotychczas zdecydowanie aspirujących do tego, by powalczyć z aktualnym prezydentem. Weźmy choćby takiego Krzysztofa Bosaka, który wprawdzie od samego początku nie mógł liczyć na jakieś szczególnie silne poparcie, jednak zdecydowanie miał szansę na uzyskanie wyniku, który dałby mu odpowiednią pozycję na kolejne wybory. Tymczasem odezwał się, jak rozumiem, przez nikogo ani nie pytany, ani tym bardziej nie zachęcany, były poseł Jacek Wilk, który zaapelował do ostatnich „prawdziwych polskich patriotów”, by w ewentualnej drugiej turze, którą oczywiście Bosak przegra, głosowali na Trzaskowskiego. Dlaczego? Bo PiS to klasyczna żydokomuna. Przepraszam bardzo, ale jeśli istnieje jeszcze jakieś bardziej skaliste i zamulone dno politycznej przebiegłości, to nie pozostaje nam nic innego jak ponownie zajrzeć do norki, w której przebywają celebryci.

***

Oto, proszę sobie wyobrazić, głos w kwestii zbliżających się wyborów zabrała pisarka Manuela Gretkowska i ogłosiła, że ona akurat będzie głosować na Rafała Trzaskowskiego, ponieważ
od 1989 nie mieliśmy tak fotogenicznego prezydenta Warszawy, ani uwodzicielskiego kandydata na prezydenta Polski. Trzaskowski to zwycięzca sondaży typujących ideał Polaków w kategorii rządzący: mężczyzna w średnim wieku, odpowiedzialny, żonaty, dzieciaty. Na Tinderze też to mu by nie przeszkadzało, gdyby kandydował do kadencji trwałego związku. Polska chce wreszcie miłości, a nie tylko pierdolenia.
Przeglądając prezydencką ofertę ostatniego 30-lecia widać, że zaletą Trzaskowskiego jest: brak okularów, wykształcenie, trzeźwość, również polityczna, brak brata bliźniaka, wąsów i nie bycie kretynem. Jak na ten kraj to wyjątek i sukces”.
Oczywiście cała ta wypowiedź robi wrażenie, ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na ostatnią frazę: „Jak na ten kraj to wyjątek i sukces”. Moim zdaniem to jest coś absolutnie niezwykłego, jak oni muszą gardzić Polską, skoro nawet wychwalając wszelkie boskie niemal przymioty swojego kandydata, nie mogą się powstrzymać przed uwagą, że on jest taki wspaniały wyłącznie na tle tego polskiego gówna. No a przy tym, już niezależnie od wszystkiego, ciekawe jest też to jak to się dzieje, że taka gwiazda jak Manuela Gretkowska byłaby gotowa pójść do łóżka z Trzaskowskim, wyłącznie z braku kogoś z lepszymi, bo zagranicznymi, papierami.

***

Gdy mowa o papierach, warto byłoby poznać, jakie papiery posiada były artysta estradowy Zbigniew Hołdys, który w tych niełatwych przecież dniach zebrał się w sobie i wrzucił na swój profil na Twitterze krótki, ale jakże bogaty w treść komentarz:
Biblia zaczyna się na ‘bi’. Przypadek?”
Ja oczywiście, biorąc pod uwagę niezgłębione poziomy umysłu Zbigniewa Hołdysa, nie jestem w stanie stwierdzić z całą pewnością, czy on chciał tu zwyczajnie zażartować, czy  może faktycznie dopadła go tej treści refleksja. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę to co o nim zdążyłem się dotychczas dowiedzieć, zakładam, że on wcale nie żartuje, a skoro tak, to nie zdziwię się, jak oni jeszcze na finiszu kampanii zaczną studiować Pismo Święte i cytować wybrane fragmenty. Na początek proponuję:
Złorzecz Bogu i umieraj!”

***

Skoro doszliśmy do spraw Wiary, nie możemy zlekceważyć Szymona Hołowni, a więc zdaniem wielu, jedynego prawdziwego chrześcijanina wśród wszystkich kandydatów do urzędu prezydenta. Otóż ów kandydat, w reakcji na ogłoszenie przez prezydenta Dudę tak zwanej Karty Rodziny, powiedział co następuje:
Kiedy słucham tych ornitologiczno-teologiczno-homofobicznych wypowiedzi Joachima Brudzińskiego, jak słucham homofobicznych głupot, które wygaduje prezydent Duda, to zastanawiam się, czy mają świadomość, że te słowa, które rzucają i w ich mniemaniu cementują jakąś wspólnotę, doprowadzą prawdopodobnie do samobójstwa kogoś w zupełnie realnym świecie”.
A ja jestem absolutnie pewien, że Hołownia wie, co mówi. Jako wieloletni pracownik stacji TVN, on z całą pewnością doskonale zna listę wszystkich aktualnych oraz potencjalnych kandydatów do kolejnych spektakularnych samobójstw, których to jego szefostwo hoduje od lat. I wie, że każdy dzień może byc tym, kiedy któremuś z nich zostaną za pokwitowaniem wydane zapalniczka, flaszka z jakąś łatwopalną cieczą, oraz odpowiedni list. Nie zdziwię się też, jeśli pierwszego z nich – a ja mam wielką nadzieję, że i ostatniego – oni odpalą jeszcze przed wyborami. Jak słyszę, jeden już się znalazł, niestety chyba jednak jakiś trefny, bo z pretensjami wyłącznie do sądów.

***
A ja już na sam koniec chciałbym w ramach suplementu już poza „Polską Niepodległą”, dodać jeszcze jedną refleksję. Oto po zakończeniu wczorajszej debaty, TVP Info na swoim twitterowym koncie zaproponowała sondaż, gdzie można było obstawiać zwycięzcę owej debaty. Niestety już po paru minutach, kiedy okazało się, że projekt został zaatakowany przez tak zwane boty, a więc aplikacje stworzone w celu automatycznego generowania głosów, z których na kandydata Trzaskowskiego przypadało kilkanaście głosów na sekundę, w efekcie czego on w pewnym momencie zaczął osiągać wynik grubo ponad 80%, TVP Info musiało zabawę przerwać i ogłosić jej koniec. Gdy chodzi o mnie, to ja akurat bardzo jestem z tego co się stało zadowolony. Rzecz w tym, że jesli oni naprawdę myślą, ze przez takie sztuczki – jak rozumiem prosto z inowrocławskiego Ratusza – napędzą swojemu kandydatowi głosów, to znaczy, że my akurat mamy już z górki.

***

Do usłyszenia mam nadzieję, że w nie popsutej Polsce.







środa, 17 czerwca 2020

Czy Andrzej Duda słusznie twierdzi, że jesteśmy mądrzy?

      Myślę, że oryginalny plan był taki, że na fali szaleństwa spod znaku LGBT, Robert Biedroń i jego mama grzecznie poproszą prezydenta Dudę o spotkanie, na którym oni pokażą mu jak wygląda miłość dziecka do matki, oraz matki do dziecka, niezależnie od tego czy dziecko jest gejem, lesbijką, czy transseksualistą, i jak bardzo potrafi boleć okrucieństwo z jakim Andrzej Duda traktuje Bogu ducha winnych ludzi, a ten w odpowiedzi wzruszy z pogardą ramionami i powie im, że ze „zboczeńcamii” nie rozmawia.
      Początek wyglądał jak dwustuzłotowy banknot:
Proponuję prezydentowi Dudzie spotkanie, chętnie spotkam się, przyjdę z moją mamą, z moim partnerem porozmawiam z prezydentem Dudą, jak żyje się z osobom LGBT. Panie prezydencie, proszę o spotkanie, przyjdę z moją mamą. Pan powie mojej mamie, że wychowała kogoś innego, niż człowieka, tak jak pan to powiedział, albo wyjaśnimy sobie te sprawy
      Jak mówię, pomysł był naprawdę bardzo dobry, niemal wręcz doskonały i pewnie przyniósłby przeciwnikom obecnego Prezydenta niezmierzone szkody, gdyby nie owo „niemal”. Otóż, jak wszyscy wiemy, Andrzej Duda, zamiast wydąć pogardliwie wargi i poinformować media, że jest zajęty kampanią i nie ma czasu na próżne pogawędki, podanie o spotkanie rozpatrzył pozytywnie i zaprosił Biedronia z mamą do Pałacu Prezydenckiego. W tym momencie wydarzyły się dwie rzeczy. Z jednej strony, Prezydent został zaatakowany przez dotychczasowych – przynajmniej tak wynika z ich deklaracji – zwolenników za to, że spotykając się ze wspomnianymi „zboczeńcami” zsunął się do poziomu Rafała Trzaskowskiego, a jednocześnie pokazał swoją prawdziwą, tęczową duszę; z drugiej natomiast, obóz kandydata Biedronia wpadł w panikę, słusznie zresztą bardzo zauważając, że to co oryginalnie miało przynieść Dudzie niechybną porażkę, zostanie wykorzystane przez niego ściśle propagandowo i w efekcie pozwoli mu się zaprezentować, jako człowiek nie dość że otwarty, to jeszcze na tyle wyluzowany, że on nawet w ogniu kampanii może sobie pozwolić na niezaplanowane spotkania z tymi, którzy nagle zażyczyli sobie z nim pogadać, choćby i „pedałami”. Wpadł zatem Robert Biedroń w panikę, błyskawicznie napisał swojej mamie krótki tekst, w którym ta – szczerze jak dziecko – poinformowała że zaproszenia nie może przyjąć, bo nie będzie brała udziału w działaniach, których jedynym celem jest promocja kandydatury takiej jak Andrzeja Dudy – rasisty i homofoba.
     Ups!
     Ja oczywiście nie jestem w stanie już teraz przewidzieć, jak się teraz potoczy propagandowe rozgrywanie sytuacji, wedle wszelkiej logiki, dla Prezydenta zwycięskiej, a dla jej autorów kompromitującej, bo przede wszystkim jest całkiem prawdopodobne, że rozpowszechniana zapewne przez opozycyjne media plotka pozwoli wielu z nas uwierzyć, że to Andrzej Duda zapragnął spotkać się z tą dziwną parką, to oni z godnością pokazali mu plecy i wreszcie to on teraz wyszedł z tym swoim głupim zaproszeniem, jak Adrian na na mydle. To jest moim zdaniem bardzo prawdopodobne, ale nie można też wykluczyć czegoś jeszcze gorszego. Otóż ci wszyscy rzekomi i autentyczni wyborcy Andrzeja Dudy, którzy po oficjalnej zapowiedzi wspomnianej audiencji, uznali go za kogoś kto tylko po to, by się podlizać towarzystwu spod znaku „gender”, gotów jest wystąpić przeciwko tym, którzy go wybrali, nawet nie spróbują zauważyć swojego błędu. Jest całkiem możliwe, że oni wręcz uznają, że Prezydent został w gruncie rzeczy wystrychnięty przez Biedronia na dudka, który to wszystko w taki właśnie sposób zaplanował i dostał dokładnie to czego chciał.
        Ktoś się mnie zapyta, dlaczego wbrew temu co głosi sam Andrzej Duda, że Polacy są mądrzy i nie dadzą się łatwo oszukać, próbuję sugerować, że jest wręcz odwrotnie? Otóż przyznaję, że choć bardzo bym chciał się mylić, aż nazbyt często czuję, że tu akurat mój prezydent się fatalnie myli i pokłada w nas zbyt dużą wiarę. W takich też sytuacjach naprawdę jestem szczęśliwy, że istnieje telewizja TVP Info w kształcie zaprojektowanym przez było nie było pierwszej klasy cwaniaka, Jacka Kurskiego, i oni jakimś cudem potrafią przemówić do resztek rozumu przynajmniej części z tych cymbałów.