środa, 31 października 2018

W czym Paweł Lisicki jest lepszy od Judasza Iskarioty?


      Kiedy po praz pierwszy trafiłem na tę rozmowę, poczułem tak przejmującą bezradność, że poprosiłem Coryllusa, żeby to on może się tym zajął, bo ja nie mam ani siły ani wystarczajcego talentu, by to coś objąć słowem. On się oczywiście zainteresował i obiecał, że kiedy już ogarnie to wszystko, co się wokół niego nagromadziło, pomyśli, co z tym zrobić, w międzyczasie jednak okazało się, że ja nie jestem w stanie przestać o tym myśleć i to do tego stopnia, że uznałem, że jeśli coś jednak na ten temat nie napiszę, to zwyczajnie zacznę wrzeszczeć. A zatem proszę posłuchać.
     Otóż na stronie internetowej telewizji TVP Info wpadłem na ekskluzywny wywiad, jakiego udzielił im Paweł Lisicki, naczelny redaktor tygodnika „Do Rzeczy”, a jednocześnie, jak się okazuje, od niedawna pisarz. Napisał mianowicie Lisicki książkę zatytułowaną „Epoka Antychrysta” i jak stanowi już sam tytuł wspomnianego wywiadu, „Franciszek: papież czy guru?”, opisuje czasy ostateczne, kiedy to na papieskim tronie zasiada papież przybierający imię… tu pragnę uspokoić wszystkich tych, co uznali, że Lisicki oszalał, nie Franciszka, lecz Judasza. Niestety, im posuwamy się dalej w tej rozmowie, Lisicki z każdą chwilą sobie coraz bardziej folguje, przedstawiając się nam nie tylko jako dziennikarz, polityczny komentator, pisarz, ale również pierwszego sortu teolog.
      Rozmowa jest akurat bardzo długa, więc choćby z tego powodu nie będę tu cytował większych jej fragmentów, natomiast zwrócę uwagę na ów aspekt teologiczny w przemyśleniach Lisickiego:
      Moja wizja zakorzeniona jest w Tradycji. To nie ja wymyśliłem postać Antychrysta. Chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało dziejowego postępu, polegającego na tym, że ludziom będzie się żyło coraz lepiej. Czeka nas Sąd Ostateczny, którego moment jest nieokreślony. Nie będzie to czas szczęścia, radości i spełnienia, lecz czas wydawania wyroków i katastrofy. Nie wiemy jednak, jak to się będzie przejawiało.
      Papież Judasz to oczywiście wytwór mojej wyobraźni, fikcja literacka. W Piśmie Świętym nie jest powiedziane, kim będzie Antychryst. Nie ma nic o tym, że będzie nim papież. Choć takie wizje w zachodnim chrześcijaństwie pojawiały się od XII-XIII wieku. Głosiły je sekty heretyckie. Jednak w najbardziej wyrazisty sposób papiestwo jako instytucję utożsamiali z Antychrystem Marcin Luter i protestanci.
      Żyjemy w epoce radykalnej transgresji. Dziś wszystkie znaczenia są zmieniane: pozytywne na negatywne, negatywne na pozytywne, dobro na zło, zło na dobro itd. W tym sensie imię „Judasz” dokładnie wyraża tę zmianę. Jest najbardziej radykalnym zaprzeczeniem tego, co można by nazwać religijną i moralną tradycją chrześcijańską”. 
      W tym momencie, skoro już wiemy, że wizja Lisickiego zakorzeniona jest w tradycji luterańskiej, zobaczmy, w jaki sposób uznał on, że owym Antychrystem jest właśnie papież Franciszek. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wszystkie te mądrości nagle tu wyparowują i okazuje się, że pretensje są wciąż takie same, jakie można znaleźć każdego dnia na Facebooku, czy Twittterze, a sprowadzające się do tego, że zdaniem Lisickiego, Papież kompletnie nie rozumie, czym jest Boże Miłosierdzie i należy mu to odpowiednio zgrabnie wytłumaczyć. Co Lisicki czyni ze prawdziwie teologiczną swadą:
      Człowiek nawet gdy popełni najcięższe grzechy, zawsze może mieć nadzieję na Miłosierdzie Boże. Ale pod warunkiem, że się nawróci. Tymczasem słowa papieża [iż żaden człowiek nigdy nie może być do końca potępiony] równie dobrze można interpretować tak, jakby nie istniało wieczne potępienie i stan ostatecznego zła.
      Jeśli dodać do tego obecne tam przekonanie, że najważniejszym przykazaniem jest miłość człowieka to zamiast chrześcijaństwa mamy świecki humanitaryzm. Bo warto pamiętać, że Ewangelie wyraźnie mówią, że pierwszym przykazaniem jest miłość Boga, a z niej dopiero wypływa nakaz miłości człowieka. 
      Nie mówimy jedynie o czysto teoretycznych abstraktach, ale również o tym, co kształtuje nasze życie. Człowiek inaczej żyje w świecie, w którym wieczne potępienie jest pewną realną możliwością, a inaczej w świecie, w którym nie uznaje się tego za możliwe.
      Czym innym jest nadzieja na Boże Miłosierdzie, a czym innym takie wyobrażenie Boga, które wyklucza karę, potępienie i sąd. Czym innym jest modlić się o nawrócenie grzesznika, a czym innym powiedzieć Bogu, że zuchwały grzesznik, który do końca trwał przy swoim i tak nie może zostać potępiony, bo to by oznaczało porażkę Boga
”.
       W tym momencie już Pawła Lisickiego sobie odsuniemy na bok, czas na komentarz. Pisałem o tym ostatnio parokrotnie, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Otóż ja nie jestem w stanie pojąć, jak to się dzieje, że tylu z nas, a mam tu na myśli ludzi Kościoła zarówno tych bardzo zaangażowanych, jak i funkcjonujących zaledwie od niedzieli do niedzieli, ale też tych, którzy uważają, że wystarczy „raz w roku spowiadać się i w czasach wielkanocnych Komunię Świętą przyjmować”, czego przykładem jest, co bardzo mocno podejrzewam, sam Lisicki, tak bardzo się modlą o to, by zbawienie było tylko dla wybranych. Kiedy ich słyszę, mam wrażenie, że oni są na granicy apostazji tylko z tego jednego powodu, że współczesny Kościół sugeruje, że prawdę o nieskończonym Bożym Miłosierdziu i nieskończonej Bozej Sprawiedliwości Dobry Bóg jest w stanie wręcz doskonale pogodzić.  Ja nie jestem w stanie zrozumieć, jak owi głosiciele tego, co nazywają „tradycyjnym nauczaniem Kościoła”, mają odwagę żyć w przekonaniu, że podczas gdy dzięki owemu Nieskończonemu Miłosierdziu oni sami zostaną zbawieni, to ciężka i niewzruszona ręka Bożej Sprawiedliwości tego czy innego „skurwysyna” weźmie za kark i wrzuci w wieczny ogień.
      Zastanawiam się na tym od pewnego czasu i doprawdy nie znajduję na to odpowiedzi. Z mojego punktu widzenia, za tego typu filozofię może już tylko stać nieskończona wręcz pycha, nieskończone zidiocenie, ewentualnie – i tu myślę, że najbardziej prawdopdoobnie – doraźna polityka. Nie sądzę bowiem, by ludzie tacy jak Tomasz Terlikowski, Grzegorz Górny, czy ostatnio właśnie Paweł Lisicki byli aż tak pyszni, lub aż tak głupi. Oni moim zdaniem muszą realizować jakąś politykę, która pomoże im to tu to tam dorobić do tego, co już jakoś zgarniają.
      Podobnie jest zresztą z portalem telewizji TVP Info, czy wpolityce.pl, które stoją ostatnio bardzo mocno na czele tej obłąkanej krucjaty, a których już zupełnie nie podejrzewam o to, że zatrudniają ludzi, którym coś takiego jak ów nieodgadniony dla nas od Początku dysonans między Miłosierdziem a Sprawiedliwością spędzał sen z powiek. Zwyczajnie nie wierzę, by którykolwiek z nich, żyjąc prawdziwą Wiarą, miał w sobie tę bezczelność, która mu każe łajać Papieża za to, że ten prosi Boga o zmiłowanie między innymi nad nimi.
     Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia kwestia, cóż to za czarna polityka, która ich tak mocno złapała za gardło, no ale to może już nam wyjaśni Coryllus, na co czekam z niecierpliwością.

Książki są tam gdzie zawsze. Serdecznie zachęcam.

     

wtorek, 30 października 2018

Nowa tablica na pożegnanie października


Czas biegnie tak szybko, że ani się obejrzałem, a tu wypada wrzucić kolejny odcinek „Wezwanych do tablicy”. Powinno być wesoło. Zapraszam.      


Wybory już za nami, my pisowska szarańcza, jak się domyślam, pisząc ten tekst jeszcze przed głosowaniem, wyszliśmy z nich z tarczą, a ja się już tylko zastanawiam, jak wpływ na ten wynik miało uaktywnienie się pod koniec kampanii najwybitniejscych przedstawicieli polskiego teatru i filmu. No bo proszę sobie wyobrazić sytuację, gdzie Polacy drapią się po swoich biednych głowach zastanawiając się, na kogo tu głosować, a na to wychodzi do nich aktor Jerzy Łukaszewicz i informuje ich, że ponieważ są „niedouczeni, wystaje im słoma z butów, są megalomanami, mają problem z porozumiewaniem się z innymi”, dają się uwodzić takim ludziom, jak Jarosław Kaczyński. Ja oczywiście rozumiem, że Łukaszewicz, podobnie jak większość jego znajomych, Polską i Polakami gardzi, i to jest u nich stan zupełnie naturalny. Chciałbym jednak temu dziwakowi przypomnieć, że czas kiedyśmy się tu wszyscy zachłysnęli Europą, kapitalizmem i paszportem w każdym domu, już dawno minął i dziś jest moda na Polskę właśnie, nawet za cenę wspomnianej słomy. Dziś ludzie, choćby i najmniej zainteresowani polityką, dobrze wiedzą, że największy wstyd to nie jest już wychodząca z butów słoma, lecz choćby gołe kostki Kuby Wojewódzkiego. Choćby one.

***

Tu jednak być może ciekawsze od tej słomy było to, co Olgierd Łukaszewicz miał do powiedzenia na temat rzekomego braku niedouczenia wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nauki, jakie pobierał w swojej młodości Olegierd Łukaszewicz i ludzie, których on szanuje, to nauki nie byle jakie, natomiast bardzo byłbym ciekawy dowiedzieć się co się z tą ich mądrością stało na przestrzeni lat, że taka choćby Krystyna Janda nieustannie demonstruje tak dramtatyczny brak inteligencji, że to zaczyna rodzić podejrzenia wobec całej, że tak to ujmę, korporacji. Osoby, które spędzają część swojego czasu w Internecie wiedzą zapewne, że jakieś dwa lata temu pojawiło się w Sieci zmanipulowane zdjęcie słynnego caritasowskiego „okna życia” w Radomiu, gdzie zamiast oryginalnego apelu „Mamo, pozwól mi żyć”, pojawiła się informacja, że „dzieci z wadami genetycznymi” nie będą przyjmowane ze względu na „brak chętnych do adopcji”. Lata minęły, żart się odpowiednio zestarzał, kurz opadł, a tu nagle owo zdjęcie znów zawładnęło wyobraźnią części internautów, w tym, owszem, wspomnianej Krystyny Jandy, która uznała, że ma do czynienia z najprawdziwszą prawdą, w dodatku prawdą potwierdzającą tylko jej najbardziej mroczne przeczucia. Przepraszam bardzo, ale przy tym stanie zidiocenia, jakie ma znaczenie to, co komu wystaje z butów?

***

Tak, tak. Krystyna Janda to ktoś o kim można by było pisać wiersze. Oto niedawno we wspomnianej Sieci pojawiła się tabela z robiącym bardzo poważne wrażenie zestawieniem, porównującym ceny w Polsce z roku 2015 i roku 2018. Otóż jak się okazuje, wówczas kiełbasa kosztowała 7 zł., podczas gdy dziś 27; mięso w roku 2015 można było kupić za złotych 12, a dziś trzeba za nie płacić złotych 30; prąd kosztował 200, a dziś 400;  masło 1,90, a teraz 9,50… i tak dalej w tym stylu. I to oczywiście aktorka Janda również uznała za informację wartą uwagi i puściła ją daleko w świat, jako dowód na to, że faszyzm puka do drzwi. Przepraszam bardzo, ale co to zdaniem Olgierda Łukaszewicza się tu z tymi Polakami wyprawia? Czyżby było jeszcze gorzej, niż mu się wydawało? A może, kiedy on mówi o Polakach, to nie ma na myśli siebie i Krystyny Jandy?

***

A może też tu nie chodzi wcale o to, że ktoś jest głupi, a kto inny mądry, ale o to, że w przedwyborczej gorączce niektórzy stracili zimną krew i na pewien czas przy okazji też rozum? W końcu, wbrew wiejskim przesądom, histeria to nie jest typowo kobieca przypadłość, a już zwłaszcza w czasach, gdy różnice między płciami zaczynają się niejako naturalnie zaciemniać. Myślę sobie o tej histerii, bo jak inaczej jak nie wynikiem ciężkiej histerii można nazwać zachowanie posła Platformy Obywatelskiej, Grzegorza Furgo, który znalazł gdzieś w Internecie dawny nazistowski plakat, sparodiowany w taki sposób, że jego propagandowe ostrze, zamiast w koalicję antyhitlerowską, zostało skierowane przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, i strasznie z siebie zadowolony opublikował go na swoim profilu. Dziś wszyscy się zastanawiają, czy poseł Furgo wiedział, że korzysta z propagandowych metod Heinricha Goebelsa, czy może, biedaczek, postąpił zupełnie bezmyślnie. Otóż rzecz w  tym, że to czy on wiedział, czy nie, to jest kwestia kompletnie bez znaczenia. To co się liczy to fakt, że w tym swoim antypisowskim zaślepieniu Furgo uznał, że owa estetyka to jest coś, co warte jest swojej ceny. A to z kolei oznacza, że oni już łapią się brzytwy. I to jest wiadomość dobra.

***

W ogóle dobrych wiadomości jest co niemiara. Jak już wspomniałem, kiedy piszę ten tekst, jesteśmy jeszcze kilka dni przed wyborami, więc wszystko co piszę otoczone jest pewnym ryzykiem. No ale, nawet jeśli założymy wariant najbardziej pesymistyczny, perspektywy naprawdę wygladają nienajgorzej. Jak wiemy, portal onet.pl zdecydował się utopić premiera Morawieckiego i po wielu miesiącach ciężkich poszukiwań w mrokach słynnych taśm z restauracji Sowa & Przyjaciele, znalazł parę zdań wypowiedzianych przez ówczesnego prezesa banku BZWBK, gdzie ten, owszem, zachowuje się jak prezes banku w rozmowie ze znajomymi podczas biznesowej kolacji. W odpowiedzi na te rewelacje zareagowała telewizja TVP Info i wywaliła Onetowi na głowę godziny dotychczas niepublikowanych wypowiedzi ludzi Platformy, z których każda jedna skutecznie przykrywa wszystko to co Morawiecki zdążył, czy nie zdążył powiedzieć. Na mnie największe wrażenie zrobiła rozmowa jednego z czołowych polityków Platformy Obywatelskiej z jednym z lokalnych biznesmanów na temat rządu Donalda Tuska, z której po drobnej edycji otrzymujemy coś takiego:
Znaczy, problem polega na jednej rzeczy. Mianowicie na tym, że to są ludzie, którym się coś chce, a natrafiają na taką rzecz, z którą ja bym sobie nie dał rady intelektualnie. Ja bym pierdolnął drzwiami. Znaczy ja bym popracował 3 tygodnie w tym rządzie i bym pierdolnął drzwiami. Bo tam pracuje taka banda debili, w innych resortach... Połowa gości to są idioci…To są goście, którzy nic nie rozumieją ani z ekonomii, ani z prawa. Oni z niczego nie... Jak ich, kurwa, nie potrząśniesz za jakieś... Kupa debili, kurwa. Olgierd, ma, kurwa, świętą rację”.
I to są ludzie, których Jarosław Kaczyński ma traktować jak konkurencję? Nie żartujmy, proszę.

*** 

Żartowałem z tym nie żartowaniem. Pożartować jest bowiem zawsze dobrze, zwłaszcza gdy atmosfera sprzyja. Oto, proszę sobie wyobrazić, że Jerzy Stepień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, a dziś jeden z czołowych bohaterów walki z pisowską szarańczą, w wywiadzie dla Onetu w następujący sposób skomentował fakt, że w roku 2005 Trybunał Konstytucyjny pod jego przewodnictwem zadecydował o wyższości Konstytucji nad prawem unijnym:
Jeśli zachodzi kolizja między prawem unijnym a polską konstytucją, ustawodawca w naszym kraju ma dwa wyjścia: albo dostosuje konstytucję do przepisów unijnych, albo wyjdzie z Unii. Trzeciego wyjścia nie ma”.
Skoro już wpadlismy w nastrój prawdziwie szampański,  ja w tej sytuacji chciałbym powiedzieć, że przy próbie oceny stanu w jakim się znalazł sędzia Stępień mamy dwie możliwości: on jest albo idiotą, albo agentem obcych służb.
Żartowałem. Możliwości jest cała masa. Jak to w życiu. Zwłaszczy gdy, jak wiemy, wciąż nie udało się zwalczyć problemu tak zwanych dopalaczy.


Książki jak zawsze są tam gdzie zawsze. Taki mi wyszedł żart. Zapraszam wszystkich. To się naprawdę da czytać.

poniedziałek, 29 października 2018

Co gryzie Louisa Cyphre?


      Proszę sobie wyobrazić, że moja codzienna obecność w Sieci doprowadziła mnie w końcu do miejsca, które wielu z nas określiłoby mianem zguby. I nie mam tu na myśli ani darmowej pornografii ani, co pewnie jeszcze gorsze, portalu pod nazwą wyborcza.pl, ale czegoś znacznie, znacznie gorszego, a mianowicie samego Jerzego Urbana, a konkretnie trzech zapisanych w Internecie rozmów, jakich ów Urban na przestrzeni lat udzielił po kolei: Kubie Wojewódzkiemu, Wojciechowi Jagielskiemu, oraz Elizie Michalik.
       Ktoś się zapyta, jak do tego doszło, a ja odpowiadam, że wszystko odbyło się błyskawicznie. Trafiłem na jedną z tych rozmów, wsłuchałem się w jej słowa, no a resztę załatwił już zwykły system podpowiedzi. I zapewne dziś musiałbym się tej swojej słabości wstydzić, gdyby nie fakt, że przy okazji udało mi się odkryć coś moim zdaniem nadzwyczaj ciekawego, a czym chcę się tu dziś z Czytelnikami podzielić, dla, jak powiedział Poeta, wspólnej korzyści i dobra wspólnego.
      Myślę że wszyscy tu wiemy kim jest Jerzy Urban i co sprawia, że on jest od lat z jednej strony osobą powszechnie znienawidzoną, a z drugiej budzącą niezwykłe wprost zainteresowanie. Gdyby jednak pojawiły się tu jakiekolwiek pytania, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż Jerzy Urban budzi aż takie emocje z tego jednego względu, że on głosi całkowitą wolność od jakichkolwiek tradycyjnie przyjętych moralnych zasad, a przy tym robi to tak by nikt go nie podejrzewał o to, że jest nieszczery. Jest też on przy tym człowiekiem wedle powszechnie przyjętych standardów inteligentnym, a więc każde jego słowo traktowane jest poważnie i z uwagą. A kiedy mówię „inteligentny” nie mam tu na myśli ani Adama Darskiego, ani tym bardziej Macieja Maleńczuka, którzy z punktu widzenia takiego Urbana zasługują co najwyżej na splunięcie, ale inteligentny autentycznie. Po wysłuchaniu wspomnianych trzech rozmów dochodzę do wniosku, że Jerzy Urban to jest faktycznie ktoś.
    Jest jednak coś w tym dziwnym człowieku co sprawia, że on dla mnie od wspomnianych Nergala, czy Maleńczuka odstaje jedynie pozornie. Rzecz w tym, że oni są od niego oczywiście znacznie głupsi, jednak pod pewnym szczególnym względem są z nim całkowicie zjednoczeni, a mianowicie w tym, że… tu bardzo wszystkich przepraszam za ów tak okropnie trywialny akcent… oni wszyscy pozostają w szczerej nienawiści dla dwóch rzeczy: Kościoła i PiS-u. I przyznam szczerze, że gdy chodzi o Nergala i Maleńczuka, to ja wszystko rozumiem: oni nie znoszą Kościoła oraz PiS-u i dają temu wyraz, normalnie, jak setki sympatyków Platformy Obywatelskiej, KOD-u, czy ostatnio Obywateli III RP. Gdy chodzi jednak o Jerzego Urbana, mamy do czynienia z czymś więcej. O ile tamci, owszem, apelują o przełom cywilizacyjny, który ma polegać na tym, że zamiast Prawa i Sprawiedliwosci w Polsce zacznie rządzić Europa, Jerzy Urban deklaruje swoje desinterresment dla jakichkolwiek wartości, pomijając tych symbolizowanych przez okres Stanu Wojennego, kiedy to mordowało się księży Kościoła Katolickiego w Polsce.
       I powiem szczerze, to byłbym w stanie zrozumieć, gdyby Urban był konsekwentny i konsekwentnie właśnie realizował w swoich naukach przykazania wspominanego tu wcześniej satanizmu laveyowskiego, któremu wydaje się on być bardzo bliski, i którego naczelna zasada sprowadza się do tego, by na najwyższym miejscu w hierarchii świata stawiać całkowite zaspokajanie swoich potrzeb wyłącznie na podstawie rachunku strat i zysków.
      Wysłuchałem bardzo uważnie trzech dość długich rozmów z Jerzym Urbanem i nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego filozofia, która zapewnia mu tak wielki medialny sukces, sprowadza się właśnie do głoszenia owej świętej zasady stawiającej na najwyzszym podium zaspokajanie swoich potrzeb jedynie na podstawie rachunku strat i zysków. I wszystko byłoby na swoim miejsu, gdyby nie fakt, że zamiast zachować zimny spokój wynikający z tego, że on swoją kalkulację zysków i strat już dawno przeprowadził, Jerzy Urban przez te w sumie niemal 90 minut gadki nie zajmuje się niczym innym jak PiS-em, Kościołem i – co ciekawe, w znacząco dużym stopniu – osobą Magdaleny Ogórek [sic!].
      Przepraszam bardzo, ale co Urbana, człowieka, który w swej niezwykłej inteligencji doszedł do przekonania, że nie liczy się nic, jak doraźna przyjemność, obchodzi Magdalena Ogórek, że już nie wspomnę o Kościele Katolickim? Czemu on, zamiast głosić wielkość świata pozbawionego jakichkolwiek wartości, pomijając utrzymywanie stałego orgazmu, zajmuje się nami? Ma wszystko. Komfort, pieniądze, jak rozumiem, zdrowie, tu i ówdzie sławę, intelektualnie potwierdzone poczucie spełnienia, a tu nagle okazuje się, że jemu nie dajemy spokoju my, a więc, wedle jego filozofii zaledwie ludzie, dla których liczyć się powinna wyłącznie kalkulacja zysków i strat, a się nie liczy. Przepraszam bardzo, ale coś mi się tu nie zgadza. Obawiam się, że ten biedaczek w ten czy inny sposób czuje, że jest jednak coś co mu burzy ów nieświęty spokój.
      Swoją drogą, ciekawe, że, z tego co widzę, od dziesięcioleci nikt nie zechciał zwrócić na to uwagi i poprosić go o komentarz, choćby jednym krótkim pytaniem: „Niech nam pan powie, panie Zły, czemu was to wszystko tak bardzo obchodzi?”



Książki są tam gdzie zawsze. Ja wiem, że do tego trzeba odwagi, tym bardziej więc zachęcam.

     


niedziela, 28 października 2018

Dominik Tarczyński - kielecka reaktywacja


      Kampania przed wyborami samorządowymi ledwo co przekroczyła półmetek, a poseł Prawa i Sprawiedliwości Dominik Tarczyński, zapragnąwszy zaangażować się w walkę o prezydenturę Kielc dla popieranego przez PiS obecnego prezydenta, całkowicie bezprzytomnie zarzucił kandydatowi Koalicji Obywatelskiej Bogdanowi Wencie, że ten jako funkcjonariusz ZOMO w stanie wojennym pałował walczących o wolność Polaków. Wenta naturalnie Tarczyńskiego pozwał, ten zmuszony został przez sąd do tego by swoje łgarstwa odszczekać, a ja na tym blogu napisałem, że ów wybuch zidiocenia może kosztować PiS utratę, jak się zdaje, bardzo dobrze zarządzanych Kielc.
      Oczywiście, zgodnie z moimi obawami, obecny prezydent Kielc, Wojciech Lubawski, jak słyszę, prezydent dobry i jak dotychczas przez kielczan stosunkowo lubiany, w pierwszej turze z Wentą wyraźnie przegrał, a ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że owa porażka jest przede wszystkim reakcją na wybryk Tarczyńskiego. Z moich obserwacji bowiem wynika jednoznacznie, że czy to prezydentów miast, czy burmistrzów, czy sołtysów, nie jest w stanie pozbawić władzy w wyborach nikt i nic, z wyjątkiem śmierci w gangsterskich porachunkach. Lubawski z Wentą przegrał i za samo już to moim zdaniem Prezes powinien Tarczyńskiego wyrzucić z partii na zbitą mordę.
      A przecież to niestety, jak się dowiadujemy, nie koniec aktywności tego durnia. Oto kiedy obaj kandydaci zaczęli się przymierzać do rozstrzygającej rundy, Tarczyński jak gdyby nigdy nic uznał, że bez niego nic się nie dzieje i opublikował w Sieci zdjęcie wyborczego plakatu Wenty, gdzie ten prosi mieszkańców Kielc, by na niego głosowali, tyle, że ów apel był sporządzony w języku niemieckim. Ponieważ ow fejk został srobiony na tyle profesjonalnie, że część internautów uznała Wente za Niemca, spadła na niego taka fala hejtu, że zrobiła się z tego sprawa. W tej sytuacji Tarczyński zdecydował się zareagować i swój wpis usunął, przy tym jednak, z głupim uśmiechem, wyjaśnił, że to co on zrobił, to zaledwie „Mem. Fejk zwykły. Żart”, i żeby mu nie zawracać głowy głupstwami.
       Na Kielcach się nie znam. Byłem tam raz i przyznam, że wróciłem do domu pod bardzo pozytywnym wrażeniem. Mam też w Kielcach kolegę, który na temat swojego miasta nie wspomniał przy mnie jednym marnym słowem. Pytałem go też o ich prezydenta i tu podobnie nie usłyszałem jakichkolwiek skarg. Dziś wszystko wskazuje na to, że poseł Prawa i Sprawiedlwości załatwił Kielcom rewolucję. W tej sytuacji, wręcz rzutem na taśmę, proszę mojego kumpla z Kielc, by zechciał zaapelować do, wciąż jeszcze prezydenta, Lubawskiego, by ten publicznie i odpowiednio głośno przeprosił Wentę za zachowanie Tarczyńskiego, oświadczył, że darzy Wentę szacunkiem i jest mu przykro z powodu wiochy, którą ten bałwan odstawił, i poprosił mieszkańców Kielc, by ci się nad swoim miastem zlitowali.
      Czarno to widzę, ale kto wie? W końcu, ludzie, dajcie spokój! Po co wam ten Wenta?

Jak zawsze zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Jeśli ktoś ma ochotę na książkę z dedykacją, to proszę o kontakt pos adresem k.osiejuk@gmail.com.

sobota, 27 października 2018

Dlaczego kibicowałem Pawłowi Adamowiczowi w walce o prezydenturę Gdańska


Dziś proponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, w którym uzupełniam nieco refleksje, jakimi się tu dzieliłem w dzień po pierwszej turze wyborów. Mam nadzieję, że będzie pozytywnie.        


      Moje powyborcze refleksje koncentrują się wokół dwóch kwestii. Do pierwszej z nich odniosłem się jeszcze w poniedziałek na swoim blogu, wyrażając opinię, że dla każdego kto wie, czym jest dzisiejsza Warszawa, musi być oczywiste, że jej mieszkańcy w swojej przeważającej większości gotowi są zagłosować choćby na kij do mopa, zakładając że ten nie zburzy im owego szkaradziejstwa, jakim jest stojący na Placu Europejskim Warsaw Spire. Bo dla tych ludzi cały sens życia nie sprowadza się wbrew pozorom do obrony Konstytucji, miłości do Brukseli, czy nienawiści do PiS-u, lecz właśnie do upajania się rzekomą urodą owego Warsaw Spire i temu podobnych wieżowców, które oblepiły ich miasto.
      Dziś jednak chciałbym zwrócić uwagę czytelników „Warszawskiej Gazety” na problem nie Warszawy, lecz Gdańska. Otóż, w moim przekonaniu, nawet wyborczy sukces Prawa i Sprawiedliwości w skali ogólnopolskiej pozostaje w cieniu tego, co się wydarzyło w Gdańsku, a mam tu na myśli spektakularną porażkę młodego Wałęsy, a przy tym oczywiście Platformy Obywatelskiej. To że został on tak okrutnie zdystansowany przez Adamowicza, oczywiście może dziwić, zwłaszcza gdy się uzwględni cieżar, jaki ten niesie na swoim karku, jednak to wciąż jest ukochany prezydent tych nieszczęsnych ludzi i owa moc przyzwyczajenia. To jednak, że Wałęsę w pokonanym polu zostawił – i to z zachowaniem nie byle jakiego dystansu – Kacper Płażyński, stanowi szok, spod którego to miasto podniesie się prawdopodobnie już tylko jako zupełnie nowa jakość.
     Ale jest jeszcze coś być może nawet większego. Otóż pod pewnym względem Gdańsk robi dziś wrażenie jeszcze większego piekła, niż Warszawa. Oczywiście, Warszawa to mafia, która się rozpanoszyła pod okiem władz miasta, owe zrabowane miliardy, czy wreszcie symbol tego wszystkiego w postaci zwycięstwa Rafała Trzaskowskiego, jednak Gdańsk pod wieloma względami stanowi zupełnie inną jakość. Cokolwiek by mówić o Warszawie, to jednak jest wciąż polskie miasto, Gdańsk natomiast pod prezydenturą Adamowicza bardziej przypomina coś na kształt Berlina, Brukseli, czy Amsterdamu. I to wcale nie cywilizacyjnie, ale kulturowo. A to jest coś, czego nie da się pokonać aktem wyborczym, ale już tylko rozpalonym żelazem, lub kwasem siarkowym.
      Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy się dowiedziałem, że w najgorszym wypadku prezydentem Gdańska będzie nadal Adamowicz, którego los jest już napisany. Nie wierzę bowiem, że jest on w stanie uciec spod ostrza tych wszystkich afer, które go oplatają. Jeśli on nawet pokona Płażyńskiego, najdalej za rok trafi za kraty i to nie na miesiąc, dwa, czy rok. A więc wielkiej krzywdy Gdańskowi już nie zrobi. Co innego Wałęsa. Gdyby to jemu udało się wziąć Gdańsk, to piękne miasto mogłoby się już dziś zacząć pakować i to na dziesięciolecia.
      Na szczęście to już są strachy na lachy. Dziś przed Gdańskiem już tylko wszystko co najlepsze. I to jest prawdziwe dobra zmiana, jaką przyniosły te wybory.

Zapraszam jak zawsze do kupowania moich książek, czy to przez księgarnie pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, czy osobiście u mnie, korzystając z adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com

piątek, 26 października 2018

O życiu w cuchnącym świecie


      Moje zdanie na temat Moniki Jaruzelskiej, córki TEGO Jaruzelskiego, pozostaje niezmienne od czasu, gdy przed wielu już laty w którymś z programów telewizji TVN, pokazując widzom swoją garderobę, wyciągnęła do kamery skórzaną kurtkę, którą „w 1956 tatuś przywiózł z Węgier”. Od tego czasu staram się też na Jaruzelską nie zwracać w ogóle uwagi, natomiast wczoraj na Facebooku wpadłem na mem, gdzie jej zdjęcie przyozdobione zostało rzekomym cytatem, gdzie ona zapewnia, że „nie przeszkadza jej to, że Polacy śmierdzą”, i powiem szczerze, że te słowa rzeczywiście mnie zaintrygowały. Pierwszym tego powodem było oczywiście to, że w ogole problem „śmierdzących Polaków” gdziekolwiek istnieje. Oczywiście wiem, że w pewnych kręgach, zwłaszcza od czasu gdy rząd Prawa i Sprawiedliwości wprowadził program 500+, słychać narzekania na to, że jesteśmy brudni, źle ubrani, wulgarni, pijani, no i oczywiście srają na wydmach, natomiast temat smrodu mi jakoś umknął. A tu nagle się okazuje, że, owszem, śmierdzimy.
       Drugi powód był nie mniej istotny. Otóż gdy chodzi akurat o Monikę Jaruzelską, to ja bym się raczej spodziewał, że skoro my już faktycznie śmierdzimy, to jej to powinno raczej przeszkadzać i to bardzo. A tu się nagle okazuje, że nie i to do tego stopnia nie, że ona postanowiła to publicznie zadeklarować. W tej sytuacji postanowiłem zrobić pierwszą sensowną rzecz, a więc wpisać w wyszukiwarkę powyższe słowa i sprawdzić kontekst owej wypowiedzi. I proszę sobie wyobrazić, że, gdy chodzi akurat o Jaruzelską, nie znalazłem nic tego rodzaju. Owszem, były tam odnośniki do najróżniejszych tekstów na temat śmierdzących Polaków, natomiast żaden z nich nie wskazywał na Monikę Jaruzelską, czy to zesmaczoną, czy też nie, owym smrodem. Zawęziłem więc pole poszukiwań i okazało się, że jest! Oto w roku 2013 – a moim zdaniem ów czas jest wyjątkowo w tym kontekście ważny – w wywiadzie udzielonym Rafałowi Ziemkiewiczowi w tygodniku „Do Rzeczy”, Jaruzelska faktycznie komentuje problem wspomnianegpo polskiego smrodu, tyle że nie mówi ona, że jej ów smród nie przeszkadza, ale że ona z tego typu zjawiskiem nie spotyka się w Polsce częściej niż gdziekolwiek indziej na świecie.
      Mówi Ziemkiewiczowi w roku 2013 Monika Jaruzelska:
      Jakaś pani Kasia opowiada, jak to codziennie cierpi w tramwaju, bo wie, że zaraz znowu wsiądzie tam staruszek, któremu śmierdzą skarpetki, a potem szereg komentujących jej traumę znawców orzeka, że niestety, Polacy się nie myją i powinni się strasznie wstydzić przed światem.
        Ja naprawdę dużo jeździłam po świecie i z ręką na sercu mogę zapewnić, że w każdym metrze, w każdej wielkiej stolicy tak samo można poczuć brzydkie zapachy. Zwłaszcza od ludzi, którzy cały dzień ciężko pracują i nie mogą się przy tym nie spocić”.
        W tym momencie, jak się mogę domyślić, część Czytelników zawoła: „No dobra, znów ktoś postanowił rozbawić internetowe towarzystwo i przy okazji pokazać, jak się robi prawdziwą politykę. Nie pierwszy to raz i nie ostatni. Nie ma o czym gadać”. A ja na to powiem, że, owszem, zdecydowanie jest o czym rozmawiać, bo mimo że Jaruzelska nie dość, że jest tu bez winy, to jeszcze zasługuje na nasze dobre słowo, problem istnieje, a o tym świadczy fakt, że jeszcze 5 lat temu – a więc w czasach kiedy nikomu, no może z wyjątkiem Prezesa, w głowie nawet nie świtała myśl o 500+ – problem tego smrodu najwyraźniej istniał i to do tego stopnia, że zarówno Jaruzelska, jak i Ziemkiewicz dokładnie wiedzieli, o czym rozmawiają. A skoro tak, to oni nie czytali o tym ani w „Newsweeku”, ani nie słyszeli w „Faktach” TVN, ale znali to zjawisko z autopsji. W końcu nie dość że oboje mieszkają w Warszawie, to jeszcze chodzili razem do tej samej szkoły.
        Wróciłem więc do Internetu i zajrzałem do tekstów, na które trafiłem na samym początku swoich poszukiwań i oto, co tam znalazłem. Jest rok 2012, my znajdujemy się na stronie fakt.pl, przed nami tekst zatytułowany „Obwąchano facetów z Polski i z Zachodu. Gorzej śmierdzą…”, a dalej już same konkrety:
      Wiecznie przepocone koszulki, niezmieniane przez kilka dni skarpety, zęby myte od przypadku, żadnej dbałości o linię i brak higieny osobistej. I ten obrzydliwy zapach, by nie powiedzieć smród... Tak w oczach kobiet rysuje się wizerunek statystycznego Polaka. Najgorsze, że przez lata nic się w tej kwestii nie zmienia. […] Polacy nigdy nie byli królami czystości. Wielu facetom do pełni szczęścia wystarcza woda z mydłem. Od czasu do czasu. Stereotyp mężczyzny, który dba o czystość, w naszym społeczeństwie kojarzy się negatywnie. Dezodorant? Eee, tam! Dla większości Polaków, zapach potu to świadectwo bycia prawdziwym mężczyzną, a skarpety nadają się do noszenia przez kilka dni.
      Mało? Proszę bardzo. Oto portal natemat.pl i rok 2013:
     Zatkać nos, wysiąść, czy zacisnąć zęby i jechać dalej – z takim dylematem zmaga się codziennie rzesza Polaków. 92 proc. badanych stwierdziło, że właśnie zapach współpasażerów najbardziej denerwuje ich w komunikacji miejskiej. Im tak wali spod tych pacholców, tak capi nieprzytomnie, jak z kibli w dawnej bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego”.
     A więc powtarzam: Ziemkiewicz i Monika Jaruzelska dokładnie wiedzieli, o czym rozmawiają. A ponieważ od tamtego czasu minęło już wiele lat, wiele przez ten czas się zmieniło, włącznie z tym, że niektórych z nas bardziej niż kiedyś stać na to, by się wozić tam i z powrotem eleganckimi autobusami, a może nawet przechadzać się w poblizu Warsaw Spire na Placu Europejskim, na zakończenie tych refleksji przytoczę fragment z, proszę sobie wyobrazić, Orwella, odnaleziony właśnie przy tej okazji również na wspomnianym Facebooku:
     W tym tkwi prawdziwa przyczyna podziałów klasowych na Zachodzie – prawdziwy powód, dla którego Europejczykowi wychowanemu w środowisku burżuazyjnym, nawet jeśli jest on komunistą, jedynie z najwyższym trudem przychodzi uważać człowieka pracującego fizycznie za równego sobie. Powód ten zawiera się w trzech straszliwych słowach, których dziś raczej się nie wymawia przez wzgląd na ostrożność, ale którymi szermowano w moich dziecięcych czasach. Oto i one:
niższa klasa śmierdzi.
       W tym miejscu oczywiście wyrasta przed nami nieprzekraczalna bariera. Albowiem żadne uczucie sympatii czy też antypatii nie jest tak przemożne, jak uczucie odrazy fizycznej. Nienawiść na tle rasowym, religijnym, różnice w wychowaniu, w usposobieniu, różnice intelektualne, a nawet różnice moralne – wszystko to można przezwyciężyć, lecz odrazy fizycznej nigdy. Można darzyć sympatią mordercę czy sodomitę, lecz nigdy kogoś o nieświeżym oddechu
”.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie dostępne są w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, a wybrane u mnie, ale za to z osobista dedylkacją. Kontaktować się proszę mailowo: k.osiejuk@gmail.com.

czwartek, 25 października 2018

Czy rozdział pod tytułem "Lech Wałęsa" zbliża się do końca?


      Na pewno nie tylko ja zauważyłem, że w ostatnich miesiącach Lechowi Wałęsie pogorszyło się na tyle wyraźnie, że jego stan, w tych z nas nawet, którzy wydawałoby się zdążyli się przyzwyczaić do jego wybryków, musi budzić niepokój. Tempo oraz intensywność z jaką on się zaczyna obsuwać sprawia, że nawet gdybym chciał to wszystko próbować na bieżąco komentować – a oczywiście nie większej na to ochoty nie mam – nie byłbym w stanie, choćby z tego względu, że bym zwyczajnie za nim nie nadążył. Tym razem jednak trafiłem na coś, co wzbudziło we mnie taki niepokój, że postanowiłem ostrzec Czytelników, że szykuje się coś być może spektakularnego w wymiarze dotychczas nieznanym. Oto zaledwie wczoraj znalazłem na Facebooku mem, którego Wałęsa w sposób oczywisty autorem nie jest, ale, który on, owszem, zamieścił na swoim profilu, jak rozumiem po to, byśmy wszyscy zaczerpnęli z niego naukę. Popatrzmy może:



       Oczywiście wszyscy rozumiemy, że główny przekaz owego projektu sprowadza się do konceptu, że Lech Wałęsa w naszej najnowszej historii jest kimś na miarę Chrystusa, jednak po przyjrzeniu się temu z uwagą, z pewnością dostrzeżemy, że wśród tych wszystkch tak zwanych „prawdziwych” bohaterów Okrągłego Stołu, znajduje się również Jarosław Kaczyński, co dziwić może tylko na początku. Jeśli zajrzymy do poważnych analiz malowidła DaVinci, dowiemy się, że postać, którą jego nazwisko reprezentuje, to oczywiście sam Judasz. A zatem niewykluczone, że w tych pokręconych umysłach w równym stopniu chodziło o Wałęsę – Chrystusa, co Kaczyńskiego – Judasza i to był faktyczny powód dla którego powstał ten obrazek.
        No ale skoro to już uzgodniliśmy, pozostaje pytanie, kto ten mem wykonał, kto go Wałęsie podsunął, no i wreszcie w jakim celu. Pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa, to ta, że stojące za owym dziełem intencje są jak najbardziej szczere, jego autorem jest któryś z licznych fanów Przewodniczącego, a przesłał mu go po to, by mu sprawić radość i satysfakcję. Jest to oczywiście możliwe, jednak ja akurat w owe „szczere” intencje nie jestem w stanie uwierzyć. Zwyczajnie nie wyobrażam sobie, by był na świecie ktoś jeszcze, poza samym Wałęsą, który wpadłby na pomysł, by go porównać do Jezusa. Oczywiście, wystarczy poczytać komentarze pod dowolnym internetowym wpisem byłego prezydenta, by zobaczyć, że w tych łbach naprawdę szaleństwo się kotłuje, jednak bez przesady. Są bowiem pewne granice obłąkania. A zatem, tam musi być coś jeszcze.
      Otóż widząc, jak Lech Wałęsa chętnie i bez ociągania się połknął ów haczyk, przyjąłem taką teorię, że w dzisiejszej, nadzwyczaj trudnej dla opozycji politycznej sytuacji, ktoś tam wymyślił, że coś z tym Wałęsą trzeba jednak zrobić i zaplanował przeprowadzenie wobec niego czegoś na kształt „ostatecznego rozwiązania”. Jak już wspomniałem na początku, od pewnego czasu obserwujemy stopniowe pogrążanie się Wałęsy w czymś, co dotychczas nawet u niego nie miało miejsca, a najnowszy numer z Jezusem, to bardzo poważny krok jeszcze dalej w stronę dna. A to przecież – przy wspomnianym tempie oraz intensywności – nie może być jego ostatnie słowo. Niechybnie już za rogiem czekają na nas kolejne ekscesy, których kształtu i barw nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Jaki zatem jest cel tego szczególnego projektu? Moim zdaniem na jego końcu jest ostateczne zamknięcie rozdziału pod tytułem „Lech Wałęsa”. W jaki sposób to nastąpi, tego oczywiście nie wiemy. On może oczywiście osiągnąć punkt, gdzie to wariactwo doprowadzi go do takiego stanu, że trzeba go będzie zamknąć w szpitalu dla osób nerwowo chorych, albo że – co znacznie prostsze i chyba dla dobrej to tu to tam o nim pamięci bardziej skuteczne – to go zwyczajnie zabije i po krótkiej, choć odpowiednio nagłośnionej żałobie, świat o tym dziwnym człowieku ostatecznie zapomni. Inna sprawa, że w mojej opinii tak właśnie chyba by było dla wszystkich najlepiej.

środa, 24 października 2018

O lawinie, która zakleja oczy


       Poprzednie wybory regionalne miały miejsce 16 listopada 2014, czyli  w czarnych jeszcze bardzo czasach i, jak pamiętamy, Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło w nich wynik całkiem nienajgorszy. Jednak – co nam się dziś przypomina aż nazbyt często i z odpowiednią satysfakcją – nawet jeśli mieliśmy to tu to tam do czynienia ze zwycięstwem, to owe zwycięstwa najczęściej były jak psu na budę, bo i tak niemal w całej Polsce władzę wciąż trzymała Platforma Obywatelska z PSL-em.  Napisałem tu wówczas króciutki tekst, zatytułowany „Lawina”, w którym wyraziłem wiarę w to, że nawet jeśli wciąż jeszcze tym szubrawcom władzy nie odbierzemy, to lawina już ruszyła i oni przed nią już nie dadzą rady uskoczyć.
       Ów listopad to był również czas, kiedy Prawo i Sprawiedliwość przedstawiło swojego kandydata w wyborach prezydenckich w maju 2015 roku, mianowicie Andrzeja Dudę. Podobnie jak wielu z nas ze smutkiem przyjmowało przejmowanie kolejnych sejmików w kraju przez koalicję Platformy z PSL-em, a gdzieniegdzie i z SLD, tu również – i kto wie, czy nawet nie więcej osób i z jeszcze większym smutkiem – przyjmowało tę pozornie tak kurozalną propozycję, a ja wciąż wierzyłem, że to co słyszę to odgłos wspomnianej lawiny, której już nic nie zatrzyma.
     Wtedy również swoje refleksje przedstawiłem na naszym blogu, pisząc między innymi tak:
     Oto Prawo i Sprawiedliwość wystawia do tej walki Andrzeja Dudę i wszyscy wybuchają perlistym śmiechem. Przepraszam bardzo, ale z jakiego to powodu? W czyją to stronę ów śmiech jest skierowany? Czy naprawdę w stronę Dudy? A niby z jakiego powodu? Powiedzieliśmy już sobie, że, obiektywnie rzecz biorąc, od Komorowskiego lepszy jest każdy, a więc oczywiście też Duda. Tu jednak mamy coś więcej: Duda, obiektywnie rzecz biorąc, jest lepszy od wielu, wielu innych chętnych do tego, by kandydować w tych wyborach, a już na pewno od prof. Nowaka, który tu i ówdzie był aż nazbyt poważnie proponowany do tej roboty. Z tego co wiem, Duda wygląda nienajgorzej, jest bardzo elokwentny, inteligentny, jak się zdaje stosunkowo uczciwy, politycznie bardzo kompetentny, krótko mówiąc prezentuje się jako ktoś, przy kim wielu kandydatów w normalnej demokratycznej walce nie miałoby szans. A my tu mówimy o Bronisławie Komorowskim? Przepraszam bardzo, ale w jaki sposób Komorowski jest w stanie wygrać z Dudą, jeśli przyjmiemy, że te wybory, podobnie jak poprzedzająca je kampania, będą uczciwe? Ktoś powie, że nie będą. Ktoś powie, że propaganda Systemu Dudę rozbije w proch. No i zgoda. Ja to bardzo poważnie biorę pod uwagę, tyle, że kogo nie rozbije? Nowaka? A czemu niby Nowak byłby się jej w stanie oprzeć, skoro w lipcu roku 2010 oni pokazali, co są w stanie zrobić z samym Jarosławem Kaczyńskim?
Sprawa polega na tym, że przede wszystkim – podkreślam, z tego co o nim wiem – Duda jest dobry. Po prostu. To nie jest George Clooney, nie jest to też Ronald Reagan, czy Margaret Thatcher, ale jest dobry. Przede wszystkim jednak, jak już wcześniej się umówiliśmy, na Komorowskiego dobry jest każdy, tyle że nam nie jest potrzebny każdy, ale ktoś przynajmniej na te smutne czasy – adekwatny. Jeśli System uzna, że dość już tych oszustw, Duda wygra i to wygra w pierwszej turze. Jeśli nie, nie wygra ani Jarosław Kaczyński, ani nikt, kogo sobie wymyślimy. Jedno powinniśmy pamiętać, by nie dać się aż tak zaczarować. Trzymajmy się rzeczywistości. Spójrzmy na to zdjęcie i pamiętajmy – to nie oni są naszym przeciwnikiem. To są eksponaty z ruskiego gabinetu figur woskowych. Wystarczy, że temperatura wzrośnie choćby o jedną kreskę, oni się roztopią i nie zostanie z nich nawet kupka kupy. I to wcale nie dlatego, że wosk nie zamienia się w gówno”.
      Oglądałem wczoraj fragment obrad Sejmu, podczas których Agnieszka Dudzińska wreszcie została wybrana Rzecznikiem Praw Obywatelskich, a jednocześnie posłowie opozycji urządzili wręcz obłąkany harmider, by uczcić pojawienie się na sali nowego prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego i jestem pewien, że i tym razem wielu z nas zrobiło się smutno tak jak kiedyś, widząc jak to kłamstwo ma się wciąż tak bardzo dobrze.
     A ja wciąż powtarzam to, co powiedziałem już wtedy. Ta lawina już pędzi i zabiera wszystko co stanie na jej drodze. A my sobie stoimy nieco z boju i patrzymy z zachwytem. A to i tak wciąż jest dopiero początek, a przed nami dwa kolejne wyborcze terminy i nie mamy żadnego powodu, by się lękać.
     Na koniec pewne, na szczęście stare już zdjęcie, pokazujące być może ten dzień kiedy to się tak naprawdę zaczęło.




wtorek, 23 października 2018

O terrorze w świecie wewnętrzynym i zewnętrznym


       Tuż przed wrzuceniem tego tekstu oglądam TVP Info, a tam w tonie najbardziej entuzjastycznym informacja, że w gminie Czyżew, dotychczasowy burmistrz miasta, kandydatka Prawa i Sprawiedliwości zdobyła 92 procent głosów, tym samym osiągając najlepszy wynik w kraju. Pan w studio pyta znajdującego się na miejscu kolegę, skąd taki sukces, a odpowiedz jest szybka i prosta: to wszystko przez to, że pani burmistrz wiele zrobiła dla miasta i mieszkańców i oni za to ją w taki sposób wynagrodzili. I to jest oczywiście zarówno fantastyczna wiadomość, jak i piękna nauka o tym, jak to ciężka uczciwa praca zostaje doceniona, ja bym jednak o wiele bardziej był zadowolony, gdyby reporterzy TVP Info pojechali do Wałbrzycha, Lublina, Warszawy, Olsztyna, Kielc, Krakowa, Łodzi, Częstochowy, Legionowa, czy Gdańska i tam poszukali inspiracji gdy chodzi o to, za co bywamy nagradzani, a za co karani. Tu bowiem odpowiedzi mogłyby na nas zrobić wrażenie jeszcze większe.

       I pewnie jeszcze dłużej pozostawalibyśmy w stanie owego zagubienia poznawczego, gdyby nie to, że są ludzie, którzy odobnie jak my stawiaja sobie różne ciekawe pytania, a co więcej, mają kompetencje, by na nie szukać pogłębionych odpowiedzi. Być może, część Czytelników pamięta, jak parę lat temu na tym blogu opublikowałem tekst swojego kolegi, wybitnego psychoterapeuty z Katowic, Gerarda Warcoka zatytułowany „O dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy, o terrorze w wewnętrznym i zewnętrznym świecie, oraz o pierwiastku twórczym i życiodajności”. Proszę zatem sobie wyobrazić, że owa praca jest wciąż w toku, dziś już licząc 70 stron i mamy nadzieję, że już niedługo będzie gotowa do wydania w formie osobnej książki, a tymczasem chciałbym tu przedstawić jeden z jej rozdziałów, zatytułowany „Opór przed zmiana na lepsze”. Bardzo proszę.

      
      W nieświadomym dążeniu do przywrócenia rajskiej niewinności niewiedzy dochodzi do zasupłania się na nowe i dobre. Sprzyja temu poczucie, że znane, nawet jeśli jest złe, to jest do przewidzenia, a więc paradoksalnie pod kontrolą. W sytuacji, gdy powstaje jakikolwiek spójny obraz świata przy braku poczucia bezpieczeństwa i zdrowej pewności siebie, dysonans poznawczy jest szczególnie trudny do psychicznego strawienia. Kruchy aparat psychiczny, dążąc do zachowania spójności, usuwa informacje, które burzą ład, nawet ten zbudowany z fałszywych przesłanek. Ludzie nie wierzą, że może być dobrze, a tego, co nieznane, boją się, gdyż nie czują się wystarczająco pewnie. Mniej lub bardziej świadomie dążą do zachowania swojskiego świata z lęku przed destabilizacją, jaka może nastąpić wraz z z nowym.
            Niektórzy wymyślają sztuczne zagrożenia. Uzasadnione obawy i normalne niepewności potęgują w umyśle do męczących przesadnych skrajności. Konstruują swoje życie w oparciu o poszukiwanie problemów i ciągłe niezadowolenie. Świadomość irracjonalności takiej postawy i własnej wobec niej bezsilności nasila karzące poczucie winy.
            Przyjęcie czegoś dobrego dla siebie w takich warunkach  staje się kłopotliwe, a nawet wzbudza poczucie „bycia pasożytem”. Trudno takim osobom się wyrwać z błędnego, niszczycielskiego kręgu.
            Nieświadomy mechanizm projekcji własnych nieakceptowanych, ciemnych stron, powoduje, że pojedyńcze osoby i całe grupy oraz idee są obsadzone nieadekwatnymi merytorycznie ocenami. Przykładem może być określenie polityka, że „...jest  jak Hitler”, a na pytanie: ile osób zabił? - po chwili zaskoczenia można usłyszeć: „jest gorszy, bo zabija wzrokiem” (i niekończące się najgorsze złorzeczenia). Każdy może być autorem i adresatem projekcji.
            Jak trudno być kontenerem dla odrzucanych przez ludzi ich własnych niechcianych części osobowości doświadczają na co dzień w swych gabinetach psychoterapeuci. Niezwykłą odporność na agresywne ataki mają politycy, niektórzy prawdopodobnie dzięki poczuciu słuszności swej misji.
            Rzutowanie na świat zewnętrzny swych najmroczniejszych bądź niewygodnych i nieakceptowanych stron, pozwala człowiekowi zachować dobre mniemanie o sobie i emocjonalną równowagę. Im silniejszy nieświadomy lęk przed powrotem wyprojektowanego na obiekty zewnętrzne zła, tym bardziej dramatyczne są obrony wyprojektowanych treści.
        Doprowadza to (także ludzi postrzeganych w swym otoczeniu  jako dobrych), do masywnych ataków wściekłości i totalnej dewaluacji swych oponentów. To, że nawet zwykła odrębość w politycznych sympatiach, błyskawicznie odwraca  przyjaciół od siebie oraz skłóca boleśnie  rodziny, wskazuje jak groźny  jest nieświadomy lęk przed własnym psychicznym cieniem i przed grożącą destabilizacją psychiczną w przypadku wycofania projekcji z obiektów zewnętrznych. Czasem wyprojektowane treści bezwiednie powracają do ich autorów w postaci przejęzyczeń, np. „dość dyktatury kobiet!” - skandują równo i bez namysłu uczestnicy wieców w „obronie uciemiężonych kobiet”. Rzutowanie własnych sympatycznych właściwości na wybrane „obiekty” powoduje ich idealizację i wybaczającą pobłażliwość wobec wszelakich przewinień. Nieświadome lokowanie w tychże „obiektach” zewnętrznych własnych dobrych cech może pozbawiać człowieka poczucia, że sam dysponuje dobrą życiową energią i że może mieć jasne, pogodne życie. W takich warunkach trudno jest wejść na drogę prawdziwego wzrostu psychicznego.
            Irracjonalne zacietrzewienie się na przyjmowanie do wiadomości „niewłaściwych” faktów bądź na ich emocjonalne zaakceptowanie, uruchamia popęd agresji oraz poczucie własnej siły i pychy. Raźniej jest pałać złością i tzw. świętym oburzeniem niż zwyczajnie po ludzku się wstydzić. Wstydliwe zakłopotanie błędnymi wyborami życiowymi oraz poczucie utraconego potencjalnego dobra potrafi usztywnić człowieka w nieadekwatnym interpretowniu świata według własnego „nieświadomego psychicznego kodu”. Zmiana, nawet na lepsze, niekiedy jest utożsamiana się z poczuciem własnej porażki i unicestwieniem dotychczasowego życia.
            Taktyka „spalonej ziemi” działa w zewnętrznym i wewnętrznym świecie człowieka. Sporo jest przypadków ludzi, którzy zakochują się w osobach  czy ideach, które wiodą do zguby. Przykładem może być młoda kobieta zaangażowana w wymarzone od dzieciństwa studia, która obdarzyła swą miłością mężczyznę uzależnionego od alkoholu i narkotyków, mającego z przeróżnych powodów liczne problemy ze sobą i w życiu. Nie przeszła obojętnie wobec „uchodźcy” z normalnego życia. Szlachetnie i szczerze dążyła do jego uratowania. Problemem jest to, że jednocześnie zaczęła rujnować swoje dotychczasowe życie. Studia utraciły wartość, przestała dbać o siebie, o swoje ciało i o zwykłe ludzkie potrzeby i ambicje. Mimo powtarzających się coraz dotkliwszych nadużyć i upokorzeń od obiektu swej miłości – sama nie jest w stanie odeń się oderwać, szczególnie gdy jest ciągle omamiana. Nieatrakcyjne i bezsensowne wydają się zgliszcza, na które miałaby powrócić. Musi być dalej walczącą o coś, mimo wiedzy, że to ją niszczy. Terroryzuje samą siebie i swe najbliższe otoczenie. Im więcej się w coś inwestuje, tym trudniej pogodzić się z utratą nietrafionej inwestycji. Czasem taki mechanizm funkcjonowania powtarza się przez całe życie, jak echo nie wyleczonych urazów z przeszłości.
            Podobnie dzieje sie w przestrzeni publicznej. Brak zdrowych granic i nieumiarkowanie, np. w przyjmowaniu „uchodźców” może doprowadzić do zguby pojedyńcze osoby i całe państwa.
            „Opór przed zmianą” – „nie dam za wygraną”  utrzymuje człowieka w mniemaniu, iż jest bytem rozstrzygającym. Ratuje od lęku przed nowym, nieznanym życiem bądź pustką. Ludzie  trzymają się tego co mają  wewnątrz i na zewnątrz siebie. Czymś zwykłym jest widok dziecka, które zawstydzone i ukarane przez matkę lgnie do jej nóg.
            Czasem wystarczy raz się oparzyć, by się chronić lecz niekiedy ludzie przywierają do ognia destrukcyjnej miłości, skwierczą i roztapiają się, aż do zatracenia własnego Ja.
            Dochodzi do zamknięcia się w błędnym kole: poczucie niespełnienia i nieżycia w emocjonalnej i etycznej prawdzie potęguje lęk przed śmiercią i „zawieszenie się” w rozwoju.
Tkwi się w ułudzie zatrzymania czasu. Gdy otoczenie jawi się jako nieprzyjazne i zagrażające rodzi się silne napięcie wewnętrzne, lęk i wrogość. „Mężnieje” postawa schizo-paranoidalna i podążanie dalej na swej życiowej drodze staje się tak trudne, jak przejście w mgle przez pole minowe pod ciągłym ostrzałem. Przy wewnętrznym chaosie trudno jest podążać za swoimi naturalnymi potrzebami. „Hakiem” na którym człowiek się zawiesza jest ujednoznacznianie się własnych życiodajnych pragnień z pokusami i zakazanym owocem. Ich zaspokojenie mogłoby strącić z dotychczasowego raju i doprowadzić do totalnego upadku.
Nawet jeśli coś zaczyna robić dla siebie to z reguły tego nie kończy. Na przeciwnym biegunie są ci, którzy zajadają się zakazanymi „owocami” nie bacząc na to czym są one naszpikowane.
            Innym powodem zatrzymania się w psychicznym rozwoju jest pułapka tkwiąca w światopoglądzie, że „wszystko jest możliwe”. Zdarza się, że młodzi ludzie nie podejmują pracy i innych życiowych aktywności, by nie utracić cudownego przekonania, iż  „mogą stać się tym, kim zechcą”. Świadomość, że sami się oszukują bynajmniej ich nie wzmacnia.  Ma miejsce oscylowanie między skrajnościami: poczuciem swej wielkości bądź małości i całkowitym „opasaniem”  a „rozpasaniem” w ekspresji emocji i dążeniu do tzw. „bycia sobą”.
            Gdy nie ma mocnych fundamentów i kośćca psychika próbuje ratować się poprzez nasilenie  usztywnienia, które prowadzi do braku adekwatnych reakcji na ostrzegawcze sygnały. Narastają szkody i sprzeniewierzanie się samemu sobie. Przychodzi coraz większa niepewność siebie, często przewrotnie zamieniana na pyszałkowatość. Wstyd zmienia się z emocji naprawczej w zadręczanie się i silną złość skierowaną na siebie, bądź wyprojektowaną na świat zewnętrzny. Własne działania torpedowane są przez negatywne myśli i uczucia na swój temat. Traci się twórczą ciekawość i ochotę na zwykłe ludzkie aktywności.
            Niektórzy oswajają się z rolą nieudacznika, ofiary bądź chorego. Wcale nie tak rzadko staje się to stylem życia i źródłem utrzymania. Zdolność wytrzymywania  złego traktowania siebie – dowartościowuje, a brak męczeństwa powoduje, że człowiek czuje się „nic nie warty”.
            Powrót do zdrowia staje się kryzysem. Destrukcyjna władza, która upada, podrywa się do desperackiego ataku. Pacjent wystepuje przeciwko psychoterapii. Podobnie dzieje sie od wieków w życiu społecznym. Na powitanie rodzacej się „jasności” zjawia się „komitet sił ciemności”. Wtedy dochodzi czasem do aktów  terroru, powtarza się tragiczna biblijna „rzeź niewiniątek”.
            Szkodzący obiekt może nabrać wartości pozytywnej ponieważ przetrwał agresywne zachowania i fantazje. W relacji z destrukcyjną władzą rodzi się „miłująca destrukcja”. Zdarza się, że niektórzy od dzieciństwa budują swą siłę i niekiedy samych siebie w dawaniu odporu rodzicowi – dyktatorowi. Wzorcem relacji z innymi osobami staje się bycie w wiecznym konfliktcie. Odważna walka z siłami destrukcji dostarcza poczucia dumy i zostaje sposobem na życie. Nieumiejętność i niechęć „zwykłego” istnienia może prowadzić do poszukiwania kolejnych wrogów, coraz częściej urojonych. Dla kobiet i mężczyzn pasją staje się wtenczas kontrolowanie innych.  Obrońcy pokrzywdzonych przepoczwarzają się w terrorystów. Niektórzy gnębienie ograniczają do obszaru własnej głowy. Żyją w irracjonalnym lęku, iż mogliby kogoś skrzywdzić, często dotyczy to osób, które najbardziej kochają.
            Chwilową ulgę od wrogich myśli znajdują w innym rodzaju umęczenia, np. w  zapracowywaniu się, na siłowni oraz w odurzaniu się.
            Zjawiające się wątpliwości na temat miłości do władzy, która jest destrukcyjna, rozpraszają tzw. autorytety. Najczęściej są to fałszywe autorytety bądź ludzie zasłużenie kiedyś podziwiani i lubiani, którzy z różnych powodów przeszli na „ciemną stronę mocy”. Jak pisał C. G. Jung, zło często kroczy pod wzniosłymi sztandarami. Media kreują gwiazdorów, celebrytów i różnych opiniotwórczych wyroczni, namaszczając ich na współczesne wzorce.
        Trwa żonglerka celebrytami – opiniodawcami. W zależności od doraźnych potrzeb, jedni nagle zapadają się jak pod ziemię, inni wyłaniają się z mroku.
            Innym podstępnym autorytetem, do którego odwołują się wewnętrzni i zewnętrzni tyrani, jest rozsądek. Prawda jest jednak taka, że czasem osiąga się znacznie więcej, postępując pozornie wbrew rozsądkowi. Gdybyśmy wszyscy mieli się kierować wyłącznie rozsądkiem, nawet i ten tekst, by nie powstał.


Skoro już zwracamy się tu do osób odważnych, zachęcam do kupowania moich książek. Będą jak znalazł, a wszelkie informacje są dostępne pod adresem k.osiejuk@gmail.com.




poniedziałek, 22 października 2018

Z wizytą w Gotham City


Dzisiejszy tekst dedykuję Izie z Melomanów, która w sobotnie popołudnie w Alejach Jerozolimskich szczęśliwie nas wypatrzyła i swoim uprzejmym gestem podtrzymała mnie w wierze, że wciąż warto. 



      Pierwszym powodem naszej wizyty w Warszawie był oczywiście George Ezra i jego piosenki, tak się jednak ostatecznie stało, że zupełnie niespodziewanie to zupełnie niezwykłe miasto w pewnym sensie przysłoniło wrażenia, których nam w pierwszej kolejności dostarczył ów występ.
      W Warszawie bywam parę razy w roku, ostatni raz miałem tę okazję w kwietniu z okazji Targów Wydawców Katolickich i muszę stwierdzić, że tempo w jakim to miasto traci swoją duszę robi naprawdę wrażenie. O ile podczas poprzedniego tam pobytu największe wrażenie robiło to gówno obok Złotych Tarasów, gdzie, jak słyszę, piłkarz Lewandowski kupił sobie mieszkanie, dziś tego typu punktów, czy to powstało, czy właśnie powstaje kilka razy więcej. A to świadczy o tym, że ambicje Warszawiaków sięgają dziś estetyki jakiegoś Singapuru, czy ukochanego miejsca na Ziemi posła Szejnfelda, czyli Dubaiu.
     Szliśmy sobie wczoraj przez tereny dawnego Getta, podziwialiśmy to co jeszcze pozostało z tamtych czasów i nagle przed nami pojawiła się para, gdzie pan podzielił się z panią uwagą, że to bardzo dobrze, że są burzone stare kamienice, bo one tylko niepotrzebnie zajmują miejsce przeznaczone pod owe piękne wieżowce.
      Dzień wcześniej jechaliśmy taksówką pod Torwar i kiedy żona moja powiedziała coś do kierowcy na temat pięknej architektury mijanych kamienic, ten tylko coś mruknął a propos tego, że może i tak, tyle że to wszystko jest już bardzo stare.
      A ja w tym momencie pomyślałem sobie, że – wbrew moim najszczerszym nadziejom – Patryk Jaki przegrałby bój o Warszawę nawet gdyby owa Warszawa wystawiła przeciwko niemu nie tego durnia Trzaskowskiego, ale zwykły drąg od mopa. Dlaczego? Dlatego, że większość mieszkańców tego miasta nie jest w stanie sięgnąć swoimi marzeniami dalej niż tak zwany Plac Europejski i rownie tak zwany Warsaw Spire. Szliśmy więc przez to nieszczęsne miasto, mijaliśmy te szklane domy, czy to już gotowe, czy dopiero w towarzystwie dźwigów, i doszliśmy do przekonania, że mijani przez nas ludzie prędzej się uduszą, niż to swoje szczęście oddadzą komuś, kto im wcześniej nie obieca, że im tego wszystkiego nie zabierze. A nawet jeśli owa obietnica padnie, i zostanie dodatkowo poparta kolejną, że obok Torwaru i Stodoły, również Sala Kongresowa, jak za dawnych lat, zapewni Warszawie status europejskiej stolicy kultury, to wciąż będzie zbyt mało, bo strach przed tym, że oni to wszystko nagle stracą, przybiera dziś już formę autentycznej psychozy.
     Wczoraj wieczorem wstępne sondaże pokazały, że kolejnym prezydentem Warszawy będzie Rafał Trzaskowski, a więc człowiek, który w pewnym momencie kampanii stanowił dla Warszawy taki problem, że ona zupełnie na poważnie zastanawiała się, czy go nie zastąpić wspomnianym wczesniej kijem od mopa. A ja sobie myślę, że to co się właśnie stało, wskazuje dobitnie na to, że gdy chodzi o to szczególne miejsce, polityka nie ma najmniejszego znaczenia. Nie chodzi o PiS, nie chodzi o faszyzm, nie chodzi o sądy i Konstytucję, ani wreszcie o tak zwany Polexit. Ludzie dla których Warszawa stała się źródłem wiary nadziei i miłości, całą tę politykę mają głęboko w nosie. To co ich porusza to wyłącznie nadzieja na kolejną zburzoną kamienicę i kolejny nowo postawiony szklany wieżowiec, najlepiej tak wysoki, by go było widać z Piaseczna czy z Konstancina. I z każdym rokiem owa obojętność staje się coraz bardziej obsesyjna. To co się dla tych biednych durniów liczy, to tylko gwarancja, że nikt im nie zburzy Warsaw Spire i nie poprzewraca tych dźwigów, które z każdej strony to coś oblepiają.
      Nawet za cenę utrzymania tego fantastycznego daszka, który ich pewnego dnia spali na popiół.



Moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a częściowo też tu u mnie na miejscu. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com. Zachęcam i zapraszam.


sobota, 20 października 2018

George Ezra w Warszawie


       Dzięki cierpliwej przyjaźni naszego kolegi Lemminga, jedziemy za chwilę z Toyahową do Warszawy na koncert George’a Ezry, a zatem do poniedziałku! A tymczasem zostawiam Was z dwiema przepięknymi piosenkami, kto wie, czy nie najpiękniejszymi w tym stuleciu. No i ten głos. Ten głos.







        A na wybory zdążymy. Spokojna głowa.

piątek, 19 października 2018

Głupota, czyli ósmy grzech główny


      Zapraszam dziś do czytania najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”, a w niej mojego felietonu. Dziś o naszych baranach.

      Pamiętam, jak w ciemnych latach 90-tych, kiedy to III RP dopiero zaczynała pokazywać swoją wstrętną twarz, po latach starań, przy zaangażowaniu służb jawnych i niejawnych doprowadzono do praktycznej likwidacji Porozumienia Centrum, z którego na placu boju pozostał nieomalże jedynie Jarosław Kaczyński. Posłował więc on sobie, kompletnie bez sensuw ramach maleńkiego klubu Jana Olszewskiego i w pewnym momencie atmosfera zrobiła się tak beznadziejna, że w jednym z wywiadów zauważył samotny prezes, że dalsza walka jest bezcelowa, skoro jedynym powodem uprawiania polityki okazuje się być odbieranie co miesiąc poselskiej pensji.
     Pamiętam też dobrze, jak wypowiedź tę zrelacjonowała „Gazeta Wyborcza”, przytaczając sam jej koniec, gdzie Jarosław Kaczyński mówi, że jedynym powodem uprawiania polityki jest comiesięczne odbieranie pensji. Śmiechu i szyderstw oczywiście było co niemiara, niestety ani po raz pierwszy, ani tym bardziej po raz ostatni, z tą może różnicą, że wraz z postępem czasu nastąpił równie znaczący postęp w technikach manipulacji i dziś obywatele wymagają czegoś znacznie bardziej przekonującego, niż tego typu kłamstwa. Okazuje się, że nie wszyscy i nie zawsze.
       Przypomniał mi się bowiem tamten incydent całkiem niedawno, kiedy to Prawo i Sprawiedliwość, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, jaką dała nam Dobra Zmiana, zdecydowało się powołać na stanowsko Rzecznika Praw Dziecka osobę, która rzeczywiście będzie tym rzecznikiem tak jak na to polskie dzieci zasługują, a więc Agnieszkę Dudzińską. Kandydatura Dudzińskiej została zgłoszona, zaaprobowana przez odpowiednią komisję i ostatecznie skierowana do ostatecznego głosowania w Sejmie. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało się że wszystko jest już tylko formalnością, zgłosiła się posłanka Platformy Obywatelskiej i przytoczyła publiczną wypowiedź Dudzińskiej, w której ta wyraziła opinię, że skoro przyjmujemy dopuszczalność aborcji, by „zaoszczędzić” rodzicom cierpień związanych z wychowywaniem chorego dziecka, należy konsekwentnie dopuscić eutanazję, w przypadku, gdy urodzi się dziecko autystyczne, czy cierpiące na porażenie mózgowe. Przytoczyła posłanka Kochan ową wypowiedź, tyle że całkowicie pomijając jej pierwszy fragment i skupiając się wyłącznie na owej eutanazji.
      Pewnie nie byłaby ta historia na tyle ciekawa, by robić tu reklamę osobie tak podłej, że nie zasługującej choćby na splunięcie, gdyby nie fakt, że ową tak bezczelnie prymitywną przynętę połknęła na tyle duża grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości, że kandydatura Dudzińskiej, ku nieprzytomnej wręcz radości totalnej opozycji, przepadła. I to jest moim zdaniem problem dla nas, wyborców Prawa i Sprawiedliwości, którzy tak bardzo liczą na to, że dzięki swojemu wyborowi, uda się im przejść ten tak strasznie ciężki okres powszechnego upadku cywilizacji. Jeśli bowiem tam są ludzie – a z tego co wiem, wśród tych najbardziej zaczadzonych owym kłamstwem były nie byle jakie nazwiska – to znaczy, że najwyższy czas, by się za nich wziąć i to wziąć na poważnie. Bo jeśli oni zamierzają dalej się wieźć na swojej głupocie, to marny nasz los.

Książki cierpliwie czekają na odważnych czytelników pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo polecam.

czwartek, 18 października 2018

Za co Diabeł lubi ludzi bezgrzesznych?


       Na fali iście kosmicznego ataku, jaki został skierowany przeciwko Kościołowi z tytułu plagi sodomii, jaka rzekomo ogarnęła poszczególne Jego struktury, głos w sprawie zabrali już chyba wszyscy, zaczynając od artysty estradowego Nergala, a kończąc oczywiście na mnie. Wśród całego tego zgiełku największe chyba wrażenie zrobiła jednak wypowiedź Stanisława Michalkiewicza w sprawie miliona złotych, jakie Kościół został zmuszony zapłacić pewnej kobiecie z tego powodu, że w dzieciństwie została ona – jak to się ostatnio przyjęło mówić – wykorzystana seksualnie przez któregoś z księży. Michalkiewicz, na dokładnie takim poziomie, z jakiego go znamy i do którego zdołał nas przyzwyczaić, komentując ów wyrok  wyraził opinię, że biorąc pod uwagę wysokość owego odszkodowania, owo wówczas 13-letnie dziecko, a dziś już młoda kobieta, może powiedzieć, że tamten czy to gwałt, czy zaledwie niefortunny zbieg okoliczności, wcale nie był aż taki niefortunny, jak by się mogło w pierwszej chwili wydawać. Nie wspominając już o całym szeregu zawodowych prostytutek, które przez całe swoje życie zawodowe nie zarobiły nawet drobnej części tego miliona.
     Zapytał mnie mój syn, co sądze o Michalkiewiczu i jego mądrościach, a ja mu odpowiedziałem, że moje zdanie na temat tego dziwnego człowieka nie zmienia się od kilkunastu dobrych lat, a moim zdaniem jego główny grzech polega nie na tym, że on nie ma racji w tym co głosi, ale na tym, że nawet jeśli jakimś cudem wyczuwa prawdę, to jest tak zapatrzony w siebie, że zanim zdoła ją opisać, to z owej prawdy zostają wyłącznie funta kłaków warte idiotyzmy. I tak też było w przypadku historii tego nieszczęsnego dziecka, oraz owego niegodziwego księdza, który to dziecko postanowił pewnego dnia na swoją zgubę przygarnąć. Michalkiewicz oczywiście, jako człowiek było nie było inteligentny, wiedział że sprawa nie jest tak prosta jakby się mogło wydawać, ale, jak mówię, zbrakło mu odrobiny skromności, by się zreflektować zanim palnął to głupstwo.
      A zatem mamy tę tragedię, związaną z jednej strony z losem jaki połączył tego księdza i tamtą dziewczynkę, a z drugiej ten kompletnie idiotyczny wyrok sądu, którego zapewne jedyną intencją było dokuczyć Kościołowi, ale przy tym też ów wciąż nie opisany do końca problem związany z tym, co seks potrafi robić z ludźmi i roli, jaką w tej zarazie odgrywają tak zwani „inni szatani”. A przecież wydawałoby się, że nie ma nic prostszego jak wskazać palcem na tak oczywistego winowajcę tego stanu rzeczy, jakim jest współczesna kultura, moda, rozrywka, czy wreszcie media, które, gdyby tylko mogły, karmiłyby społeczeństwa wyłącznie wspomnianym seksem, no ale też – paradoksalnie, dzięki stałemu sprzeciwowi chrześcijańskiej cywilizacji – nie mogą.
      Piszę ten tekst i – nie po raz pierwszy zresztą – ogarnia mnie owa niedparta świadomość, że to o czym chciałbym napisać jest tak oczywiste, że aż wstyd jest wychodzić z argumentami tak dziecinnie trywialnymi, a jednocześnie zwyczajnie zawstydzającymi. Czy naprawdę mamy skończyć na tym, że będziemy rozmawiać o owej modzie, która każe kobietom paradować w poszarpanej i potarganej odzieży, a może o tych hostessach w telewizyjnym programie Kuby Wojewódzkiego, które regularnie podsuwają mu pod nos swoje gołe pupy, a on udaje, że dostał kolejnego wzwodu? Przecież nie.
       No ale trzeba coś powiedzieć. Otóż pozwolę sobie może w tej sytuacji nieco przesunąć poziom argumentacji na coś, o czym tu chyba dotychczas nie rozmawialiśmy, a mam na myśli przestrzeń, gdzie jakimś cudem kampania #MeToo i nie dociera i już nie dotrze. Oto znany nam tu trochę amerykański felietonista Bob Greene swego czasu opisał przygody, jakich zaznał będąc jeszcze młodym dziennkarzem, zajmującym się relacjonowaniem wielkich wydarzeń rockowych tu i tam. Proszę posłuchać:
     Stosunek zespołów do kobiet był taki, jakby stanowiły one jedno z zamawianych do pokoju dań. Było ich zawsze mnóstwo, o każdej porze, a więc, o czym tu myśleć? Pewnego wiosennego wieczoru znalazłem się w hotelowym pokoju z Faces, ówczesnym zespołem Roda Stewarta. Pewna dziewczyna, kręcąca się przy zespole od dłuższego już czasu, pokazywała jasno, że jest chętna pójść do łóżka z każdym, kto tylko ją zechce. Dla chłopaków w zespole to było jednak rozwiązanie zbyt konwencjonalne. Zamiast się z nią kochać, rozebrali ją, położyli na podłodze, a następnie, metodycznie, zaczęli wkładać w nią różne przedmioty. Kostki mydła z łazienki, klucze do pokoju, banana, skórkę od banana – pokładali się przy tym ze śmiechu. A dziewczyna śmiała się również. Leżała z szeroko rozłożonymi nogami i wesoło rozmawiała z muzykami. Faces byli wówczas jedną z największych muzycznych atrakcji na świecie, a więc dziewczyna czuła się jednoznacznie zaszczycona.
[…]
      Pewnego wieczoru, po koncercie  zespołu Alice Coopera, wrócilismy do hotelu, gdzie czekały już na nas dziesiątki miejscowych nastolatek. Pięknie wyszykowane, wymalowane, stały cierpliwie przed hotelem i posłusznie szły do pokoju każdego kto kiwnął na nie palcem. Nigdy nie udało mi się odkryć, w jaki sposób tyle tak młodych dziewcząt potrafiło tak często spędzać noce poza domem, ale one rzeczywiście tam przychodziły i zostawały. Nad ranem członkowie zespołu schodzili na parking do podstawionych samochodów, by udać się na lotnisko, a te dziewczyny czekały już na nich na parkingu. W świetle poranka, wyglądały o wiele mniej egzotycznie niż poprzedniego wieczoru, blade, z rozmazanym makijażem, w wymiętych sukienkach, czekając tylko na jedno słowo pożegnania”.
      Ktoś mnie spyta, po co ja przytaczam te historie? Czy może chcę w ten sposób zasugerować, że te wszystkie kobiety dostały to czego chciały, a więc na swój los zasłużyły? Oczywiście że nie. Owszem, były wśród nich zapewne i takie, ale przecież nie tylko. Chodzi mi o coś innego. Otóż wielu z bohaterów lat czasów opisywanych przez Greene’a wciąż żyje i to żyje ciesząc się powszechnym podziwem i szacunkiem. I to nie tylko Rod Stewart, czy Alice Cooper, ale i Paul McCartney, Mick Jagger, Eric Clapton, Robert Plant… można wymieniać. Wielu z nich to pierwszej klasy gwałciciele i pedofile, wcale nie mniej doświadczeni niż, nie przymierzając Roman Polański, i żeby to wiedzieć nie trzeba nawet świadectwa Boba Greene’a. Przecież o tym, co się tam działo można przeczytać w oficjalnych biografiach muzyków, ale nawet w ich autobiografiach, gdzie oni o tym mówią bez cienia wstydu, a niektórzy z nich otrzymują jeszcze za to od Królowej tytuły szlacheckie.
       A więc jeszcze raz. Ja nikogo nie usprawiedliwiam. Ani aktorów, ani poetów, ani sportowców, ani telewizyjnych gwiazd, ani też oczywiście księży. Ja chcę zaledwie zwrócić uwagę na fakt, że są sytuacje, kiedy to co nas rzekomo tak bardzo oburza, nagle staje się czymś kompletnie nieznaczącym, a czasem wręcz naturalnym. I chciałbym wiedzieć, czemu tak jest? Czy to możliwe, że tak naprawdę powód jest zawsze ten sam? Czy to możliwe, że skoro już postanowilismy czynić zło, ono absolutnie nie może być wynikiem grzechu, czy naszych słabości, lecz wyłącznie sposobem na życie i sukces? Skoro już zdecydowalismy się czynić zło, powinniśmy przede wszystkim zadeklarować, że robimy to z czystym sumieniem i prawdziwą radością, bez głupich wyrzutów sumienia. Wtedy dopiero doznamy usprawiedliwienia.

Gdyby ktoś był w jakikolwiek sposób zainteresowany, zapraszam do korzystania z mojego adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com.